Gąszcz - Robert Małecki

Reflow text when sidebars are open.
W otwartym, płytkim grobie deszcz tworzył drobne kałuże.
Ostrze szpadla ponownie wbiło się z łoskotem w glebę. Mężczyzna napiął mięśnie, wstrzymał oddech i jęknął cicho, wyszarpując urobek z czarnych trzewi. Odrzucił go na bok, na niewielką pryzmę, a wtedy kilka grudek potoczyło się po jej zboczu i z powrotem wpadło do wykopu.
Serce napędzało krew dudniącą w skroniach. Z wysiłku zakręciło mu się w głowie. Kopał już długo, a ziemia, paskudnie ciężka, nasiąkała deszczem. Przerastały ją korzenie drzew, krzewów i gęstych traw. Liczył, że szybko sobie poradzi, ale wcale tak nie było. Mimo że na miejsce kopania wybrał małą leśną polanę.
Machnął szpadlem jeszcze dwa razy, po czym, dysząc, oparł się o trzonek, żeby chwilę odetchnąć. Odsunął z czoła kosmyki mokrych włosów i rozprostował zbolałe plecy. Dopiero teraz czuł, jak pulsowało mu w krzyżu. Skrzywił się i rozejrzał uważnie. Przeklinał cholerną pogodę, chociaż musiał przyznać, że w zasadzie jest jego sprzymierzeńcem, bo zatrzymała spacerowiczów w domach. Wmawiał sobie, że żaden z nich nie byłby na tyle głupi, by moknąć w nadwiślańskim rezerwacie przyrody u podnóży Chełmna.
Zresztą w ogóle początek sierpnia nie rozpieszczał. Poprzedniego dnia silne wichury łamały gałęzie i zrzucały konary na ziemię. Posuszu było pełno. W nocy wiatr ustał, a donośny gwizd i zawodzenie zastąpiło grzechotanie kropel o parapet. Dudnienie narastało i stawało się coraz bardziej natarczywe. Nie mógł przez to spać. Stres nie ułatwiał też odnalezienia sposobu na uspokojenie. Stopy tarły bezwiednie o siebie. Wzrok podążał za nierównościami sufitu, przynajmniej wtedy, gdy światła samochodowych lamp wpadały przez okno i przesuwały się po nim jasnymi trapezami. Wówczas jeszcze jego świat wydawał się poukładany i przewidywalny, bo to, co zamierzał, miało być jedynie twardą, męską rozmową. Musiał w końcu zareagować. Nie lubił tego, dobrze jednak wiedział, że miarka się przebrała.
Matka, kiedy umierała, poprosiła go, by opiekował się rodziną i nie pozwolił nikogo skrzywdzić. Mieli się trzymać razem. Więzy krwi to nie sznurek, który da się przeciąć, mówiła. I miała rację. Nie mógł jej zawieść. Nie wtedy, gdy dostrzegł jej oblicze, wpatrując się w sufit. Uśmiechała się, była z niego dumna.
Zostawił nocne wspomnienie i nakazał sobie kopać dalej.
Dłonie piekły, mięśnie się napinały, oddech ponownie przyspieszył. Ale pryzma ziemi nie urosła znacząco.
Splunął pod nogi i otarł czoło, które zalewały zimne strugi, wpadające do oczu. Znowu nabrał tchu, zacisnął palce na mokrym drewnianym trzonku i pewnym ruchem ponownie wbił szpadel w ziemię. Stanął na nim, by sztych wszedł głębiej. Odrzucił urobek i powtórzył czynność.
Miał wrażenie, że to się nie uda. Kopał już długo, a efekty jego pracy wciąż były mizerne. Wiedział, że grób powinien być głęboki, żeby zwierzęta nie odkopały ciała, ale na razie nie zszedł poniżej pół metra. Gdyby chciał wykopać głębszą mogiłę, musiałby tu spędzić znacznie więcej czasu.
Za duże ryzyko.
Miejsce wybrał dobre, nie miał żadnych wątpliwości. Gęste rośliny, które sięgały do kolan, wykopał razem z darnią, by po wszystkim mógł je posadowić z powrotem. Przykryłyby czarny, spory prostokąt i nawet gdyby ktoś tędy przeszedł, nie zauważyłby rozkopanej gleby.
Niestety, z upływem czasu narastała w nim panika. I chociaż szum deszczu bijącego w korony drzew liściastych sprawiał wrażenie ogłuszającego, zdawało mu się, że słyszy policyjną syrenę i że skądś dobiegają zbliżające się głosy i nawoływanie.
- Dawid, Dawid! - niosło się w jego głowie, coraz głośniej i głośniej.
Zacisnął powieki i zagryzł zęby.
- Ciszej, kurwa - warknął.
Odrzucił szpadel i potarł energicznie twarz, która zabrudziła się ziemią.
Nie uda się. Wiedział to doskonale. Miał ochotę wrócić do domu i zapomnieć o wszystkim. Ale gdyby tak zrobił, ktoś w końcu natknąłby się na ciało, które zostawił w gąszczu kilkadziesiąt metrów stąd. Mimo to przykrył je zalegającymi konarami i gałęziami.
Chciało mu się wyć. Pęcherze na dłoniach popękały, tworząc mocno szczypiące rany.
Zmrużył oczy, żeby zerknąć przez deszcz w stalową watę chmur pokrywających niebo. I wtedy ono do niego przemówiło. Dojrzał w obłokach twarz matki. Jej spokojny głos rozbrzmiał mu w głowie.
Dlaczego wcześniej na to nie wpadł? Uparł się, żeby pozbyć się ciała w tym przeklętym miejscu. Był skończonym durniem. Matka miała rację. Zawsze tak było. Teraz widział to jasno i wyraźnie.
Niepotrzebnie zmarnował tyle czasu.
Splunął w dół i ciężko dysząc, zabrał łopatę.
Wrócił do samochodu zaparkowanego w głębi lasu na wąskim dukcie. Uchylił tylną klapę. Odłożył szpadel. Wiedział, że teraz czeka go najtrudniejsze zadanie. Mięśnie rąk paliły, lecz nie mógł sobie pozwolić na chwilę słabości.
Musiał zabrać stąd trupa i tak jak radziła mu matka, zakopać go gdzie indziej. I nic już nie zrobi na wariata, byle jak, byle szybko. Da sobie więcej czasu. Odpocznie, coś zje, nabierze sił. Pomyśli. Na wszystko znajdzie się rada, mówiła matka.
Zamknął samochód, po czym znowu się rozejrzał i nasłuchiwał. Nikogo. Cisza.
I bardzo dobrze. Tak właśnie miało być.
Zadrżał z zimna, bo dopiero teraz zdał sobie sprawę, że jest całkiem przemoczony. Wszedł w las i starał się unosić wysoko nogi, żeby się nie potknąć. Woda chlupotała w butach, drżenie ciała nie ustawało.
Z oddali zobaczył stertę gałęzi i od razu poczuł mrowienie w koniuszkach palców.
Miał do losu żal, że tak to się potoczyło. Gdyby tylko mógł cofnąć czas, wówczas spotkanie nie zakończyłoby się tak tragicznie. Tak bardzo chciałby się ocknąć z koszmaru, z tym niewyobrażalnie ogromnym poczuciem ulgi, które spływa na każdego, kto wydobywa się z mrocznej, sennej otchłani.
Niestety, to nie był koszmar. Dlatego starał się opanować. Wiedział, że najważniejsze jest teraz zabranie ciała ze sobą, a potem wszystko się ułoży. Reszta przyjdzie sama.
Kiedy podszedł bliżej, zamarł. Rozejrzał się.
To nie tu, przeraził się. Musiał się pomylić, był pewien, że nie trafił tam, gdzie powinien, że coś przeoczył po drodze. Zbyt dużo myślał i się zgubił. Zabrakło skupienia i uważności. Gdzieś wewnątrz jego trzewi zrodził się prawdziwy i nieporównywalny z niczym ziąb, którego fala już wezbrała i rozlewała się gwałtownie.
- Co jest... - rzucił przerażony, po czym szarpnął za posusz, którym przykrył trupa.
Miał ochotę wyć wniebogłosy.
Bo zwłok tam nie było.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki