Gąszcz - Mija Kabat

-
Proszę czekać

 

Jadwidze

 

 

 

POCZĄTEK: ROK DWA TYSIĄCE KTÓRYŚ

 

To był piątek siedemnastego listopada. Agnieszka właśnie przeglądała depesze w PAP-ie, kiedy wibrujący dzwonek komórki wyrwał ją z zamyślenia. Spojrzała na wyświetlacz. Dzwonił Jasiek Szatkowski, kumpel ze studiów, który teraz prowadził firmę PR-owską. Jasiek należał do ludzi bardzo dobrze zorientowanych w meandrach polityczno-gospodarczych, dlatego czasami plotkowali o rozmaitych sprawach, ale akurat ostatnio się nie odzywał.

- No, cześć, co tam? - zapytała.

- Masz być za pół godziny w centrum, w naszym miejscu.

- Stary, mam dyżur w redakcji, nigdzie nie jadę!

- Chrzań dyżur. Przyjeżdżaj, i to już, nie pożałujesz. Pa! - Jasiek się rozłączył.

Agnieszka zastanawiała się chwilę, spojrzała na zegarek. Była siedemnasta dwadzieścia. Poszła do Antka, który był tego dnia redaktorem prowadzącym.

- Muszę wyjść na pół godziny. Coś naprawdę pilnego.

- Spotkanie z informatorem, hm? W sklepie Zara Wracam? - spytał drwiąco.

- Misiu, nie mam kasy na ciuchy, bo mi kiepsko płacisz. To może być coś ważnego.

- Nie mów do mnie "misiu" - warknął.

Wrzuciła swoje graty do torby i poszła do samochodu. Owe "nasze miejsce" to knajpa Pod Szurniętym Kotem w centrum, gdzie zawsze trudno jest znaleźć miejsce do parkowania. W końcu się udało. Weszła do środka. Było dość obskurnie i ciemno. Sama nie mogła zrozumieć, dlaczego wciąż tu przychodzą całą paczką. To chyba sentyment z czasów studiów. Nie pojmowała też, jak taka speluna mogła się utrzymać w centrum miasta. Szurnięty Kot trwał mimo wichrów historii i nic nie zapowiadało jego końca.

Na sali przy stolikach siedziało kilka osób, ale Jaśka ani śladu. Zaklęła pod nosem. Przyszło jej do głowy, że postanowił zrobić głupi kawał. Ruszyła niepewnie w stronę baru. Dopiero teraz go zobaczyła. Siedział w kącie z Ryśkiem Jańczykiem, który kiedyś kolegował się z ich całą paczką, choć studiował na politechnice. Obaj wyglądali na bardzo zaaferowanych.

- Jak mi zawracaliście głowę z powodu jakichś głupot... - zaczęła.

- Siadaj i nie gadaj - uciął Jasiek.

- Wyciągaj komórkę i wyjmij baterię - dodał Rysiek.

- Czy wyście na głowę upadli? Chyba naoglądaliście się za dużo filmów z Jamesem Bondem - stwierdziła, ale posłusznie rozmontowała telefon.

- O twoje krzesło jest oparta teczka, a w niej raport. Hit hitów. Będziesz nas całować po rękach za ten raport - powiedział Jańczyk bez żadnych wstępów.

Agnieszka wiedziała, że Rysiek pracuje dla Biura Śledczego. Biuro jest instytucją po części niezależną od Agencji Bezpieczeństwa i rządu, bo posada szefa BŚ była kadencyjna. Na czele Biura stał Piotr Stelmaszczyk powołany na to stanowisko jeszcze za czasów poprzedniej ekipy rządzącej. Rząd Pankiewicza chciałby odwołać Stelmaszczyka i wsadzić tam swojego człowieka, ale musiał najpierw zmienić ustawę. I praca nad zmianą tej ustawy właśnie trwała w Sejmie. Wiele wskazywało na to, że dni Stelmaszczyka były policzone.

Agnieszka znała Stelmaszczyka, ale nie na tyle, żeby go prosić o jakieś informacje. Szef Biura Śledczego zawsze był dosyć sztywny, zasłaniał się tajemnicą służbową i nigdy niczego nie można było z niego wydobyć.

- To raport o tym, co robią z Naftą. Szykuje się naprawdę niezły przekręt w białych rękawiczkach. Tu jest wszystko. Notatki służbowe, raporty z podsłuchów. Czegoś takiego jeszcze nie miałaś w rękach - zapewniał Rysiek. - Do jutra nie możesz nikomu mówić o raporcie. W redakcji zrób ze trzy kopie. Jedną zabierz do domu. Dopiero w niedzielę powiesz swoim o raporcie, ale tylko w wąskim gronie. Nie rozpowiadajcie o tym po redakcji. Opublikujesz go dopiero w poniedziałek. To ważne, bo we wtorek odbywa się kluczowe spotkanie w sprawie Nafty i może dojść do podpisania umowy, a wtedy to już będzie po ptakach.

- Zaraz, zaraz, czy ja jestem na etacie Biura Śledczego, czy co, żebyście mi dyktowali, co mam robić. Co to jest? Operatywka? - oburzyła się, ale czuła już wypieki na policzkach.

Zarówno Rysiek, jak i Jaś zignorowali te słabe protesty.

- Lepiej słuchaj dobrze...

- Ja nic nie rozumiem. Jakie spotkanie, jaka umowa? Ludzie, zwolnijcie tempo...

Ale oni wciąż zdawali się jej nie słuchać.

- Odradzamy ci dzwonienie do ludzi po opinię o raporcie już teraz, zrobisz to następnego dnia. Jeśli rozejdzie się, że masz raport, zaczną się naciski, groźby, interwencje. Mogą nakazać niektórym ludziom u nas w Biurze zaprzeczać temu, że raport istnieje. Jakieś dokumenty, które były jego bazą czy coś w tym rodzaju, mogą w tajemniczy sposób zniknąć. Dlatego trzeba działać z zaskoczenia. Nie rozmawiaj z nikim, a już na pewno nie przez telefon. Możesz być na podsłuchu.

- Ja? - zdziwiła się.

Spojrzeli na nią z politowaniem.

- Dziecko - zaczął Jasiek - opublikowałaś serię tekstów o Nafcie, wyciągnęłaś ich malutkie przekręciki, mają z twojego powodu kłopoty. Nie dlatego, że odkryłaś jakąś Amerykę, bo te ich przekręciki są bez znaczenia, ale dlatego, że szum wokół Nafty bardzo im szkodzi w realizacji planów - ich planów gigantycznego skoku na kasę. Chwilami miałaś intuicję, jeśli chodzi o to co oni tam, wiesz, kombinują. I to dlatego założyli ci podsłuch. Ale wielu rzeczy nie kumasz. Ten raport otworzy ci oczy. Uznaliśmy, że właśnie ty musisz go mieć, bo słyszysz, co w trawie piszczy. Zawsze uważaj na to, co mówisz, kiedy rozmawiasz przez komórkę. A już na pewno nie wspominaj o nas.

- Dlaczego to robicie, dlaczego ujawniacie raport? Możesz za to pójść do paki - spojrzała na Ryśka.

- Stelmaszczyk jest na wylocie, jak przyjdzie człowiek Pankiewicza, raport zostanie zniszczony, nie mamy w tej sprawie żadnych wątpliwości. Jeżeli go nie ujawnimy teraz, to oni spokojnie przeprowadzą swój plan. Z całym szacunkiem dla twej pisaniny, nie jesteś w stanie nic zrobić - stwierdził Jańczyk.

Agnieszka patrzyła na nich ze zdumieniem.

- Dobra - rzucił po chwili - idziemy. No już... Zaraz, która godzina? Nie możemy tu długo siedzieć. Nie kontaktuj się z nami w najbliższych dniach, a właściwie miesiącach. No, bo rozumiesz, nie można. Ani z Jaśkiem, ani ze mną. My wyjdziemy pierwsi, ty dwadzieścia minut po nas.

- Ale, gdybym miała pytania czy coś...

- Nie będziesz miała pytań.

Obaj wstali, rzucając na stół drobne.

- Zapłać za nas - Jasiek się uśmiechnął.

- Ale co ty masz z tym wspólnego? - spojrzała na niego uważnie.

- Nic, Rysiek potrzebował pośrednika w kontaktach z tobą, bo nie chciał sam do ciebie dzwonić. Trzeba zacierać ślady.

Gdy zniknęli w drzwiach, sięgnęła po teczkę i wyciągnęła plik papierów. Trochę przeszkadzał jej dym papierosowy wszechobecny w tej spelunce, ale rozłożyła papiery na stole i zaczęła czytać. Tak wciągnęła ją lektura, że zapomniała o bożym świecie. Szczęka opadała jej coraz bardziej. - Jezu! - szepnęła. Spojrzała na zegarek. Było po siódmej. Zgarnęła papiery, zapłaciła za herbatę i niedopitą colę i szybko wyszła. Nie zapięła nawet płaszcza, choć na dworze było już mroźno. Trzęsła się, ale nie z zimna, lecz z wrażenia. Wiedziała, że raport to bomba, która wstrząśnie całym światem politycznym.

Wróciła do redakcji i natychmiast zrobiła pięć kopii dokumentu. Jedną wsadziła do działowego sejfu, resztę pochowała po biurkach, a ostatnią kopię włożyła do torby.

Siedziała na dyżurze do dwudziestej drugiej, ale nikomu nic nie mówiła.

W sobotę nie mogła sobie znaleźć miejsca w domu. Wybrała się z małą na plac zabaw, a potem poszła do rodziców, gdzie Weronika grała w coś z dziadkami, a ona sama otworzyła laptopa i zaczęła pisać. Wchodziła do Internetu, sprawdzała fakty, szukała szczegółów w archiwum "Kroniki Polskiej". Skończyła tekst przed kolacją.

- Strasznie jesteś przejęta. Coś się stało? - spytała mama, gdy siedzieli wszyscy przy stole.

- Nie, nie. Nic się nie stało. Złapałam ciekawy temat. A właśnie, mamo, muszę jutro iść do redakcji - powiedziała, patrząc błagalnie.

- No, chociaż w niedzielę mogłabyś nie pracować. No, bo, ile można... - burknęła matka.

- Obiecuję, że za tydzień nie będę.

Wróciły z Weroniką do domu. Mała szybko zasnęła - Agnieszka nawet nie zdążyła do końca przeczytać jej bajki. Poszła do kuchni, żeby zrobić sobie herbatę. Nie mogła myśleć o niczym innym. Nie mogła czytać. Miała kłopoty z zaśnięciem. W kółko układała cały tekst od nowa. Po pierwszej w końcu zasnęła. Śniło jej się, że przyjeżdża do redakcji i szuka raportu, który nagle zniknął. Nie może go znaleźć, pyta ludzi dookoła, ale bez skutku. Obudziła się zmęczona. Właściwie obudziła ją Weronika. Stała przed łóżkiem i podciągając jej na siłę powieki do góry, pytała słodziutko:

- Mama, śpisz?

Z rodzicami spotkała się na mszy o dziesiątej, a potem pognała do redakcji. W niedzielę o tej porze nie było prawie nikogo. W końcu w południe zjawił się Jacek Korczyński, zastępca redaktora naczelnego, a za nim Antek Reszka. Wparowała do gabinetu Jacka, ciągnąc ze sobą Antka.

- Mam taką bombę, o jakiej wam się nie śniło - rzuciła. - Mam raport o Nafcie napisany przez Biuro Śledcze. To może nawet wywrócić ten rząd - mówiła podniecona.

Jacek wziął raport i rzucił okiem. Przewrócił kilka kartek, zajrzał do podsumowania.

- Skąd to masz? - spytał.

- Od dwóch gości, ale nie mogę podać ich nazwisk.

- Ale skąd wiesz, że raport jest autentyczny? - dociekał Antek.

- Wiem na pewno, znam tych ludzi od lat, nie wpuściliby mnie w maliny. Mówię ci.

Agnieszka zaczęła mu tłumaczyć, że trzeba na razie wszystko trzymać w tajemnicy, lepiej nie dzwonić po opinie w tej sprawie do rządu czy gdziekolwiek, bo może z tego wybuchnąć afera, zaczną się naciski. Jacek kiwał głową. Do swojej asystentki rzucił głośno:

- Kaśka, połącz mnie szybko z Pawłem i Michałem. A Leszek będzie?

- Tak, zaraz ma być - odkrzyknęła.

- Paweł, musisz przyjechać. No wiem, ale przyjeżdżaj... Nie, nie mogę ci powiedzieć... - Jacek odłożył słuchawkę.

- Leszek już jest, Michała nie mogę złapać. Nie odbiera komórki - krzyknęła Kaśka.

Poszli do gabinetu naczelnego.

Leszek Jasiński rozmawiał przez telefon. Ruchem ręki dał im znać, aby siadali. Sięgnął po papierosa. On jeden w redakcji miał przywilej palenia w swoim gabinecie. Reszta musiała oddawać się nałogowi na dworze albo w specjalnie wyznaczonych do tego kanciapach, gdzie okropnie śmierdziało. Gdy odłożył słuchawkę, Agnieszka zaczęła mu relacjonować całą sprawę z wypiekami na twarzy. Tak, musiała sama przed sobą się przyznać, że się bała. Bała się, że Leszek zablokuje publikację, bo była ryzykowna, bo musiał zaufać, że źródło jest pewne. Bo to wywołałoby aferę na wielką skalę, a z aferami bywa tak, że mogą uderzyć też w posłańca. Bo wreszcie Leszek uważał, że rząd Pankiewicza nie jest znowuż taki zły, choć nie był bezkrytyczny.

Gdy skończyła, spojrzała na Leszka wyczekująco. W połowie jej opowieści do gabinetu wszedł jeszcze Paweł Maciejak, drugi wicenaczelny.

- Słuchajcie, zastanówmy się chwilę. Nie wiadomo, co tu jest grane. Uważam, że musimy być bardzo ostrożni. Stelmaszczyk podrzuca nam jakiś kwit, ale dlaczego ten kwit ma być wiarygodny? Może to jest jakaś podpucha? Może on się mści? To jakieś jego osobiste porachunki. - oponował Maciejak.

- Jedno nie wyklucza drugiego. Porachunki porachunkami, ale raport może być prawdziwy - powiedział Jacek.

Agnieszka pomyślała, że spełniają się właśnie jej najgorsze przeczucia.

- To jest bardzo poważne oskarżenie. Na pewno uderzy w ten rząd, ale czy my chcemy to robić akurat dzisiaj, kiedy sytuacja jest tak niepewna? Związki zapowiadają strajki. W tym kraju niemal żaden rząd, żadna koalicja nie jest w stanie dotrwać do końca kadencji. A teraz jeszcze trwają negocjacje z Unią Europejską. Zastanówmy się nad konsekwencjami - dalej oponował Paweł.

Leszek zgasił papierosa. Spojrzał na Agnieszkę.

- Pisz, nie mówimy nic o tym na kolegium ani teraz, ani po południu. Kolumna z tym tekstem nie może wisieć w newsroomie. Nie mówimy o tym w redakcji. Nie dzwonimy do nikogo. Dopiero po osiemnastej zadzwonisz do rzecznika Biura Śledczego, zapytasz go, czy taki raport powstał, i zażądasz oficjalnej odpowiedzi. To nasze zabezpieczenie. Dzwonisz tylko tam, nigdzie indziej. Musisz stanąć na głowie, żeby mieć oficjalną wypowiedź biura.

Agnieszka była pod wrażeniem. Leszek podjął decyzję bez cienia wahania.

- Cholera, a jak to jest podpucha, a jak ten raport to jakieś bzdury? Jesteś pewien, żeby to puszczać? - pytał Paweł. - Ja bym się z tym wstrzymał. Nie róbmy tego na łapu-capu. Spokojnie, nic się nie stanie, jak z tym poczekamy, posprawdzamy...

- To nie są bzdury. Ten raport mówi prawdę i ja to wiem, choć nie mam żadnej podkładki. Dlatego zrobimy, jak mówię. Dobra, do roboty - zakończył Leszek.

Paweł otworzył usta, ale nie zdążył się odezwać, bo Leszek go ubiegł:

- Po prostu wiem i nie pytaj, skąd. Takich rzeczy się nie przepuszcza. To się publikuje. Wiem, że dostaniemy za to jakoś po głowie, i wiem, że moment jest kiepski, ale trudno.

Gdy wychodzili z gabinetu, Agnieszka powiedziała do Jacka i Antka:

- Ja to właściwie już napisałam.

- No to wrzucaj na jedynkę, zaraz przeczytam - odparł Jacek. - I ty, Antek, też rzuć na to okiem - dodał.

Agnieszka niemal w podskokach pobiegła do biura. Otworzyła swój katalog i skopiowała tekst do katalogu jedynki. Po półgodzinie Jacek wezwał ją do siebie.

- Nic nie rozumiem z tego tekstu - podrapał się po głowie. - Zróbmy tak. Ty mi to opowiesz. Spróbujemy to ułożyć w logiczną całość. I wtedy napiszesz jeszcze raz - zakończył.

- O Jezu, tyle pracy w to włożyłam. Przecież to jest proste jak konstrukcja cepa. Człowieku, czego chcesz? - jęczała Agnieszka.

- Jeszcze raz. Spróbujmy to ułożyć. W tym tekście panuje kompletny chaos. Spróbujesz mi to opowiedzieć. Wiesz, w taki sposób, żebym zrozumiał - Jacek był nieugięty. - Ja wiem, że to jest hit, ale właśnie dlatego nie możemy tego spieprzyć. Nie możemy opublikować bełkotu, z którego zwykły czytelnik nic nie zrozumie - tłumaczył.

- Bełkotu? - Agnieszka była już trochę zła. Oślepiało ją słońce wchodzące przez okno.

- Przesadziłem, oczywiście nie bełkotu. Ale ten tekst musi być tip-top. Mamy czas na to, żeby zrobić z tego brylant. No, zaczynaj!

- Koncern paliwowy Polska Nafta to spółka giełdowa. Jest po części własnością państwa. Skarb Państwa ma w Nafcie jedną trzecią udziałów. Reszta należy do różnych inwestorów giełdowych. Mimo że rząd nie ma połowy udziałów, to i tak jest najsilniejszym akcjonariuszem, bo reszta właścicieli ma stosunkowo niewielkie pakiety akcji. Wobec tego to minister skarbu jest głównym rozgrywającym, jeśli chodzi o obsadę rady nadzorczej i zarządu spółki. Takim drobnym akcjonariuszem, mającym trzy procent akcji Nafty jest Marek Keller, jeden z najpotężniejszych polskich milionerów, a właściwie miliarderów. Keller ma niezwykłe wręcz znajomości w rządzie, a dzięki temu olbrzymi wpływ na firmę. Mimo że ma tak mały pakiet akcji, to minister skarbu popiera jego kandydata na szefa rady nadzorczej.

Zaraz po przejęciu władzy przez lewicę i Keller, i rząd dążyli do odwołania Stefana Kowalskiego, szefa Nafty, ulokowanego tam przez poprzednią ekipę. Przyjechało Abecadło... To znaczy Agencja Bezpieczeństwa. Panowie w ciemnych okularach zawieźli Kowalskiego do prokuratury. Postawiono mu zarzuty niegospodarności. Następnego dnia przestraszona rada nadzorcza go odwołała. Prezesem koncernu został człowiek, który był kiedyś bliskim współpracownikiem Kellera, Tomasz Perczyk.

Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego rząd jest tak uległy wobec próśb jednego z najbogatszych Polaków? Minister skarbu Jan Owczarek odpowiada, że Perczyk jest bardzo kompetentny i nie ma powodu, by rząd nie wsparł tej kandydatury.

Dodajmy, że tuż przed odwołaniem Kowalskiego ówczesny zarząd szykował nową umowę na dostawy ropy i właśnie zamierzał ją podpisać. Gdy w Nafcie nastał Perczyk, natychmiast zmieniono dostawcę ropy i podpisano umowę z kimś innym. Ta nowa spółka nazywa się Oil International.

Dwa miesiące później sąd uznał, że spektakularne zatrzymanie Kowalskiego nie miało podstaw, bo on od dawna stawiał się na każde wezwanie prokuratury i wbrew temu, co mówiła prokuratura, nie zamierzał wcale uciekać za granicę. Sprawa - co do meritum, czyli niegospodarności - jest jeszcze w toku.

Po pół roku urzędowania prezes Nafty Tomasz Perczyk zaczyna promować ideę zbudowania wokół Nafty środkowoeuropejskiego koncernu paliwowego. Na pierwszy rzut oka pomysł wspaniały. Polska spółka staje się potentatem na rynku paliwowym. Projekt promuje Keller. Pierwszy etap to fuzja z czeskim koncernem paliwowym Petrolex. Ale fuzja ma nastąpić na bardzo ciekawych zasadach. Spółki wymienią się pakietami własnych akcji. Nafta będzie miała dwadzieścia procent akcji Petroleksu, a Petrolex - dwadzieścia procent Nafty. Dodajmy, że w Petroleksie Keller też ma dziesięć procent akcji. Na tę wymianę akcji z Czechami skarb państwa przeznaczy swoje udziały. Tym samym państwo praktycznie traciłoby kontrolę nad spółką i zostało z niewielkim pakietem trzynastu procent akcji. Kto by więc kontrolował Naftę?

- No właśnie kto?

- Oficjalnie nikt, a właściwie jakaś koalicja akcjonariuszy. W praktyce byłby to Keller.

- Dlaczego?

- Bo człowiek Kellera rządzi Naftą, a to prezes Nafty jest dysponentem, jakby właścicielem tych dwudziestu procent Petroleksu. Z drugiej strony to prezes Petroleksu jest dysponentem pakietu akcji Nafty. Dodajmy, że prezes jest osobą - nazwijmy to - sympatyzującą z Kellerem. Jeśli zarządy obu spółek trzymają sztamę, i to pod patronatem Kellera, to Keller razem z nimi sprawuje kontrolę na tym potężnym koncernem, a Skarb Państwa jest tylko mało liczącym się akcjonariuszem. Tym samym Keller, nie wykładając pieniędzy, przejmuje gigantyczne imperium. A Skarb Państwa oddaje swoje akcje, traci kontrolę nad firmą paliwową, nie inkasując ani złotówki!