Rozdział 2
Nocni mordercy
Rok 2002, listopad, Szczyrk
Obudziła ją konieczność natychmiastowego skorzystania z toalety, jednak Amelia nie miała ochoty wygrzebywać się z ciepłej pościeli. Usiłowała ponownie zasnąć, lecz potrzeba okazała się zbyt dojmująca, by mogła ją zlekceważyć. Mogłoby dojść do kompromitującego wypadku, a takie ośmioletnim dziewczynkom absolutnie nie powinny się przydarzać.
Wstała i bezszelestnie niczym duch przemknęła przez wyłożony miękkim dywanem przedpokój, jak zawsze oświetlony małą lampką. Amelia często miewała nocne koszmary i biegła wówczas w panice do sypialni rodziców. Kiedyś w ciemnościach pomyliła kierunki i spadła ze schodów, toteż od tamtej pory w przedpokoju zawsze paliło się delikatne światło, stłumione abażurem, tak by nie przenikało przez matowe szyby w drzwiach.
Dziewczynka zostawiła uchylone drzwi i nie zapalając lampy, z uczuciem nieopisanej ulgi usiadła na sedesie. Po pewnym czasie wstała i już wyciągnęła rękę w stronę przycisku spłuczki, ale nagle usłyszała ciche kroki na schodach, a chwilę później doszedł ją szept:
- Rozdzielamy się?
Odpowiedział mu mocniejszy, ostry, jakby poirytowany głos.
- Żadnego rozdzielania. Najpierw rodzice, potem mała. Robimy wszystko zgodnie z planem.
Wiedziona nagłym impulsem Amelia przylgnęła płasko do ściany obok drzwi, by nadchodzący nie mogli jej zobaczyć. Przeraziły ją obce głosy i zbliżające się kroki, choć nieraz się zdarzało, że znajomi rodziców pozostawali na noc. Tym razem jednak wyczuwała w tych głosach coś złowieszczego i była przekonana, że zwiastują nieszczęście.
Kroki minęły łazienkę. Dziewczynka przemogła obawę i wysunęła głowę, chcąc się przekonać, że niepotrzebnie panikuje. To na pewno koledzy taty chcą zrobić mu kawał!
Spóźniła się jednak i zdążyła dostrzec tylko ciemną sylwetkę znikającą w sypialni rodziców. Wyłącznie jedną, co oznaczało, że właściciel drugiego głosu jako pierwszy wszedł do środka. Bez zastanowienia przebiegła na palcach przez przedpokój i zajrzała ostrożnie przez szeroko uchylone drzwi.
W bladej poświacie przedpokojowej lampki krew wydała jej się całkiem czarna. Tryskała równomiernie z gardła matki i skapywała z lśniącego ostrza wielkiego noża. Nocny przybysz stał z pochyloną głową i przyglądał mu się uważnie. Nagle drgnął. Wolno, starannie wytarł ostrze w róg kołdry i odwrócił się w stronę ukrytej w mroku drugiej połowy wielkiego małżeńskiego łóżka, skąd dobiegał gulgoczący charkot.
- Pospiesz się - syknął drugi z napastników swym dziwnym, ostrym głosem. - Trzeba poszukać tej gówniary.
Amelia wcisnęła pięść w usta, by stłumić krzyk, oderwała się od framugi i bezszelestnie przemknęła w stronę schodów. Blada jak jej plącząca się wokół nóg nocna koszulka, z rozwianymi włosami i przerażeniem w oczach, wyglądała jak mały duszek ścigany przez niewidzialnego wroga. Na parterze skierowała się w stronę drzwi wejściowych, lecz nagle usłyszała gniewny okrzyk:
- Tu nikogo nie ma! Uciekła!
Zastygła w pół kroku, sparaliżowana strachem.
- Może nie nocowała w domu? - spytał drugi, ten bardziej ostry głos. - Cholera jasna, miałeś to sprawdzić!
Obcy na piętrze nie starali się już zachować ciszy. Głośno trzasnęły pchnięte z nadmierną energią drzwi, potem drugie. Teraz szukają mnie w łazience, pomyślała, lecz nie zrobiła najmniejszego ruchu, nadal tkwiąc w dziwacznym wykroku, z tłumiącą szloch dłonią na ustach.
- I sprawdziłem. Na pewno nocowała. Może coś dosłyszała i wybiegła na ulicę?
Kroki w przedpokoju także przestały być ciche. A może tylko w uszach przerażonego dziecka wzmogły się do niemal grzmotu? Zbliżały się w stronę schodów i nagle Amelia odzyskała zdolność poruszania się. Nie spróbowała jednak wydostać się na zewnątrz; wiedziała, że okazja na udaną ucieczkę minęła, zaprzepaszczona bezpowrotnie przez atak paniki. Teraz jedynym ratunkiem była kuchnia.
Cztery lata temu rodzice kupili nowe meble. Dziewczynka nie rozumiała radości matki, gładzącej lśniące blaty i przeglądającej się w błyszczących szybkach. Była na to zbyt mała. Ją zachwyciło coś zupełnie innego. Odkryła w jednym miejscu świetną kryjówkę i później kilka razy ją wykorzystała, obserwując przez szparę między szafkami miotających się w popłochu rodziców. Potem schowanko przestało być atrakcyjne, bo nie dość, że stało się przewidywalne, to jeszcze Amelia czuła wyrzuty sumienia, że z jej powodu mama płakała.
Teraz dziewczynka przebiegła po lśniących płytkach, pod wpływem emanującego z nich chłodu podkurczając palce u stóp, i przesunęła czajnik, by dostać się do kryjówki.
Szafki zostały ustawione przy dwóch ścianach, a w rogu, w miejscu zetknięcia się, położono blat, by zakrywał powstałą lukę. Matka zażyczyła sobie, żeby umocowano go na zawiasach, gdyż uznała, że można by wykorzystać to miejsce do przechowywania rzadko używanych przedmiotów. Plan nie wypalił, schowek bowiem okazał się niewygodny. Gdy raz wrzuciła tam kilka zapasowych rolek ręczników, musiała później położyć się na blacie i wsunąć do dziury prawie cały tułów, by wydobyć leżące na podłodze rolki.
Amelia wspięła się na szafkę, uniosła narożny blat i wskoczyła do środka, po czym ostrożnie chwyciła skraj płyty i pociągnęła w dół. Zrobiła to w samą porę, gdyż kilka chwil później kuchnię rozjaśniło światło lampy. Przysunęła buzię do szpary między niedokładnie stykającymi się szafkami i zobaczyła dwie pary nóg. Potem usłyszała stukot otwieranych i zamykanych drzwiczek.
- Nie ma jej tutaj - warknął pierwszy głos. - Kurwa mać! Gdzie ta mała dziwka mogła się schować? W piwnicy?
- Tu nie ma piwnicy - odpowiedział drugi, ten ostry. - Tak wynika z moich obserwacji. A ty co myślałeś? Że sprawdzam to wszystko, bo mam takie hobby?
- Ale jest pomieszczenie gospodarcze. Zobaczę tam, a ty sprawdź tę komodę i szafę w przedpokoju.
Minęło kilka minut, podczas których Amelia bała się nawet głębiej odetchnąć. Za każdym razem, gdy nogi zbliżały się do szpary między meblami, niemal umierała z przerażenia, że zaraz zostanie odkryta. Zmieszane ze smarkami łzy spływały jej po brodzie, lecz nie odważyła się ich obetrzeć trzymanym w zaciśniętych kurczowo palcach rąbkiem koszuli. Mogłaby nieopatrznie uderzyć łokciem w bok szafki lub wywołać inny hałas, a wtedy straciłaby ostatnią szansę na ocalenie.
Ostry zamknął z hukiem drzwiczki komody.
- W kuchni jej nie ma - zawołał. - Zobaczę w przedpokoju.
Po minucie lub dwóch uszu dziewczynki dobiegła odpowiedź:
- W pomieszczeniu gospodarczym nie ma miejsca, żeby się schować, ale tam jest otwarte okno.
- No i...?
- Jest środek listopada - tłumaczył cierpliwie łagodniejszy z głosów. - Nikt normalny nie otwiera na noc okna, zwłaszcza kiedy zostawia włączone ogrzewanie. Musiała tamtędy uciec. Do ziemi jest z okna jakieś dwa metry, ale stoi tam jakaś skrzynia. Może schowała się w ogrodzie?
Właściciel ostrego głosu nie odpowiedział. Dziewczynka usłyszała kroki oddalające się w kierunku salonu i domyśliła się, że intruzi zamierzają wyjść do ogrodu przez taras. Odczekała jakiś czas, nim odważyła się obetrzeć zasmarkaną buzię i zmienić pozycję z kucek w przyklęk. Omal nie krzyknęła przy tym z bólu, gdy przykurczone mięśnie zaprotestowały z całą mocą. Ale fizyczny ból był niczym w porównaniu z tym odczuwanym w sercu.
- Nie ma ich - szepnęła bezgłośnie. - Nie ma i już nie będzie.
Przymknęła powieki, żeby nie widzieć światła lampy sączącego się przez szparę. Uświadomiła sobie z nagłą pewnością, że jeśli przeżyje, nie będzie się bać ciemności. Dla niej światło już zgasło i nigdy ponownie się nie rozjarzy.
Intruzi powrócili. Słusznie zatem się domyślała, że nie zdąży opuścić kryjówki i uciec na tyle daleko, by jej nie dogonili. Pokręcili się jeszcze jakiś czas po domu, rzucając w przelocie jakieś uwagi. Właściciel łagodnego głosu głównie klął, a ten drugi zwracał mu uwagę na niestosowność używania tak okropnych wyrazów. Naraz zarządził:
- Musimy już iść, bo za chwilę zrobi się widno.
- A ona?
- Trudno. Tym razem jej się udało. Ale nie bój się, dostaniemy ją prędzej czy później. Ta dziewczyna nie ma prawa żyć!
Po kilku minutach trzasnęły drzwi wejściowe i nastała cisza. Amelia spróbowała się podnieść, lecz opadła z powrotem na kolana, całkowicie wyzuta z sił. Teraz, gdy zagrożenie minęło, nie miała dość energii nawet na to, by zmienić niewygodną pozycję. Przymknęła powieki i pochyliła się do przodu, dotykając rozpalonym czołem chłodnego boku szafki.
Marek Gibas wjechał prawymi kołami na chodnik przed domem Anny i Pawła Butkiewiczów i zatrąbił. W oczekiwaniu na przyjście kolegi wyjął ze schowka batonik, chwilę walczył ze stawiającym opór opakowaniem, wreszcie wgryzł się z lubością w czekoladową słodycz. Gdy ostatni kawałek rozpłynął się w ustach, Gibas zerknął w stronę furtki, lecz Paweł jeszcze się nie pojawił. Wydało mu się to co najmniej dziwne, gdyż z nich dwóch właśnie Butkiewicz zawsze był bardziej obowiązkowy i patologicznie wręcz nienawidził się spóźniać.
Marek zatrąbił ponownie, a kiedy po kolejnych minutach czekania kolega nadal nie wyszedł z domu, poirytowany mężczyzna wysiadł z samochodu. Już po kilku krokach zorientował się, że furtka jest tylko przymknięta, i poczuł ukłucie niepokoju. Butkiewicz niemal obsesyjnie dbał o bezpieczeństwo i zawsze pamiętał o zamknięciu wszystkich zamków.
Nie dalej jak dwa dni temu przyznał, iż wbrew zdaniu żony umówił się z firmą ochroniarską na zainstalowanie systemu alarmowego. Ania uważała, że naklejka oznajmiająca o monitorowaniu obiektu tylko przyciągnie potencjalnych włamywaczy, informując, że w domu jest coś, co warto chronić, ale Paweł chciał zrobić po swojemu. Dlaczego więc pozwolił, by furtka została otwarta? Przyczyny mogły być różne. Na przykład wyskoczył na moment do pobliskiego sklepu albo ktoś do nich wpadł na chwilę...
Gibas wzruszył ramionami i wszedł na posesję. Zauważył światło w oknie i pomyślał, że pewnie Paweł stracił poczucie czasu i popija jeszcze kawę. Zadzwonił i jednocześnie machinalnie nacisnął klamkę, a drzwi otworzyły się z cichym szmerem.
- Paweł, pospiesz się! - zawołał, idąc w głąb domu. - Ruchy, chłopie, już za dwadzieścia siódma.
Odpowiedziała mu niczym niezmącona cisza. Zajrzał do kuchni nienoszącej śladów czyjejś obecności i niezdecydowany przystanął w progu. Jeszcze raz omiótł wzrokiem pomieszczenie wyglądające, jakby nikt go nigdy nie używał, i aż się wzdrygnął na myśl, że miałby mieszkać w tym sterylnym domu. Lubił żonę kolegi, ale pedanteria Ani doprowadzała go do szału. Z jej powodu nigdy nie czuł się u Butkiewiczów swobodnie; bał się, że nakruszy lub coś rozleje, a wówczas Anna natychmiast przybiegnie ze ścierką.
Wrócił do przedpokoju, mimochodem spojrzał w górę schodów i spostrzegł, że przedpokój jest jasno oświetlony. To zaniepokoiło go jeszcze bardziej, ponieważ kolega niejednokrotnie narzekał, że z powodu idiotycznych szybek w drzwiach nie może rano zapalać górnego światła, żeby nie obudzić swoich dziewczyn.
- To nie jest normalne - mruknął. - Coś musiało się stać. Może dziecko się rozchorowało albo sami są chorzy?
Nie wahając się dłużej, wbiegł na piętro i na wprost, do sypialni Butkiewiczów. Gdy mijał pokój dziecka, zauważył rozgrzebaną pościel na pustym łóżku i to utwierdziło go w przekonaniu, że nietypowemu zachowaniu gospodarzy winna jest choroba. Zapewne dziewczynka śpi razem z rodzicami. Zapukał energicznie w drzwi ich sypialni, lecz nie otrzymał żadnej odpowiedzi, toteż z krótkim "wchodzę" otworzył je na całą szerokość. Zrobił krok do przodu i zamarł.
Jako pierwszy ze zmysłów zareagował węch. Skrzydełka nosa zadrżały pod wpływem odrażającego odoru, będącego mieszaniną metalicznego zapachu krwi i smrodu ekskrementów. Dopiero potem do węchu dołączył wzrok i Marek zobaczył leżące na łóżku dwa ciała. Zamrugał i szybko zamknął oczy, lecz gdy znów je otworzył, przerażający obraz nie tylko nie zniknął, lecz dodatkowo powiększył się o jeszcze jeden, nie mniej przerażający element.
Gibas wstrząsnął się ze zgrozy, wypadł z pokoju, w dzikim pędzie zbiegł po schodach i wypadł na ulicę.
- Kurwa! Kurwa!
Powtarzał to słowo niczym mantrę. Gdyby ktoś go obserwował, na widok biegającego tam i z powrotem od drzwi do furtki mężczyzny z rozwianymi połami płaszcza i szaleństwem w oczach musiałby dojść do wniosku, że ma przed sobą niebezpiecznego furiata. Na szczęście ulica była całkiem pusta.
Zdolność logicznego myślenia wróciła Gibasowi dopiero w samochodzie. Czym prędzej wydobył z kieszeni komórkę i zadzwonił pod numer alarmowy.
Amelię obudziły czyjeś głosy. W pierwszej chwili nie pamiętała, gdzie się znajduje, i usiłowała wstać; dopiero gdy uderzyła głową w blat, przypomniała sobie o nocnej tragedii. Czym prędzej zasłoniła usta dłonią, tłumiąc jęk, ale było już za późno.
- Słyszałeś? - dobiegł ją czyjś głos. Był nowy, z całą pewnością nie należał do żadnego z nocnych intruzów. - W kuchni chyba ktoś jest.
Odpowiedź brzmiała zbyt niewyraźnie, by mogła ją zrozumieć, pojęła jednak, że tym razem w domu jest znacznie więcej ludzi niż przedtem. Wzięli sobie kogoś do pomocy, przemknęło jej przez myśl i ogarnęło ją takie przerażenie, że nawet nie poczuła ciepłego strumienia moczu spływającego na uda. Usłyszała rytmiczny, twardy stukot kroków i przytknęła buzię do szpary.
Ciężkie, sznurowane buty miały ten sam odcień intensywnej czerni, co wpuszczone w nie spodnie. Wydały jej się inne niż te widziane w nocy, ale ani odrobinę mniej groźne. Zbliżały się coraz bardziej, aż przystanęły jakiś metr przed jej kryjówką. Amelka wstrzymała oddech, łudząc się, że intruz postoi chwilę i odejdzie, lecz w głębi serca zdawała sobie sprawę, że to już koniec. Wiedziała dlaczego, czuła wszak zapach moczu, domyśliła się też, że cuchnąca ciecz wypłynęła spod szafki i że to właśnie ona ją zdradziła.
Niespodziewanie obcy kucnął i dziewczynka zobaczyła tuż przed sobą surową męską twarz. Intensywnie niebieskie oczy spoglądały wprost na nią. Przez kilka chwil intruz trwał w niewygodnej pozycji, potem wyprostował się i zawołał:
- Dziecko jest tutaj!
Przez jakiś czas mocował się z blatem i Amelia poczuła bezrozumną nadzieję, że zniechęci się i odejdzie, gdy nagle wnętrze schowanka zalało światło.
- Nic ci nie jest, mała? Możesz wstać? Spróbuję cię stamtąd wydostać. Poczekaj chwilę, dobrze?
Wyciągnął ręce. Dziewczynka chciała się odsunąć, a ten ruch sprawił, że zdrętwiałe od trwania w przyklęku ciało przeszył ostry ból. Krzyknęła i straciła przytomność.
Aspirant Mariusz Olbrycht z coraz większym zniecierpliwieniem obserwował krzątających się techników. Potem przeniósł wzrok na łóżko i na widok krwawych plam na ogołoconych z pościeli materacach poczuł dławienie w gardle. Biedna mała, pomyślał. Miał nadzieję, że dziewczynka nie widziała tego, co on nadal miał pod powiekami.
- Kurwa mać - szepnął bezradnie.
Miał czterdzieści lat i blisko dwadzieścia służby, a jednak nigdy dotąd nie spotkał się z czymś podobnym. Nie ulegało wątpliwości, że Annie i Pawłowi Butkiewiczom poderżnięto gardła. O ile jednak kobietę pozbawiono życia jednym zdecydowanym cięciem, w przypadku mężczyzny zrobiono to na raty. Ponieważ nic nie wskazywało na brak wprawy, można było śmiało założyć, że zabójca bawił się swoją ofiarą i napawał się jej cierpieniem.
Śmierć Butkiewiczów najwyraźniej nie zaspokoiła jego pragnienia zemsty, dominacji lub chęci upokorzenia. Na tym etapie śledztwa Olbrycht nie miał pojęcia, które z tych uczuć powodowało sprawcą, lecz nie zmieniało to faktu, że pozbawienie życia dwojga ludzi nie usatysfakcjonowało mordercy. Pragnął czegoś bardziej spektakularnego i zrobił to. Wszystkie dostępne fragmenty ścian krzyczały brązowawą czerwienią zabarwiającą je od podłogi do niemal sufitu.
- Ale jatka - skomentował prokurator Andrzej Jóźka. - Co trzeba mieć w głowie, żeby zrobić coś takiego?
Pytanie było z gatunku retorycznych, więc policjant nie odpowiedział. Nadal wpatrywał się w pomalowaną krwią ścianę, gdzie na gładkiej płaszczyźnie dostrzegł kilka grubych włosów.
- Zaplanował to - stwierdził krótko.
Zdjął pęsetą trzy najbliższe włosy i poprosił jednego z techników o torebkę na wilgotne dowody rzeczowe, lecz ten tylko pokręcił głową i wskazał inną torebkę, z przyczepioną już metryczką. Aspirant podziękował mu wzrokiem i zrobił przepraszający gest. Powinien był się domyślić, że Wojtek Skuza nie przegapi żadnych śladów. Jego dokładność była wręcz legendarna.
- Co zaplanował i dlaczego pan tak uważa? - spytał Jóźka, a w jego głosie zabrzmiała źle skrywana nuta irytacji.
Podkomisarz Skuza wydał z siebie dźwięk do złudzenia przypominający prychnięcie i czym prędzej wrócił do swoich zajęć. Olbrycht stłumił rozbawienie, wywołane przewidywalnością zachowań prokuratora. Jóźka bardzo nie lubił nie wiedzieć. Wpadał wtedy w zły humor, zwłaszcza gdy przekonywał się, że jest w tej niewiedzy osamotniony.
- Jedyne, co udało nam się w tej pieprzonej sprawie na razie ustalić, to fakt, że zabójstw nie dokonano w celach rabunkowych. Biżuteria pani domu znajduje się nadal w kasetce, a są to całkiem ładne i zapewne wartościowe przedmioty. Sprawca nie tknął też pieniędzy ani kart płatniczych, a szafki i szuflady nie noszą śladów przeszukania.
- Co to ma wspólnego z przylepionymi do krwi włosami? - zirytował się Jóźka.
Westchnienie było ciche, na granicy słyszalności, a jednak go zaalarmowało. Popatrzył podejrzliwie na aspiranta, lecz ten odpowiedział niewinnym spojrzeniem.
- To są włosy z pędzla. Ławkowca, wnioskując z grubości i długości. W całym domu jest tylko jedno miejsce, gdzie gospodarze przechowywali podobne przedmioty. W pomieszczeniu gospodarczym znaleźliśmy narzędzia ogrodnicze, ręczną piłkę do drewna, lekką siekierkę, dwa młotki i śrubokręty. W szafce stoi wysoki pojemnik z szufladkami do przechowywania różnych dinksów, a za nią leży kuweta malarska, wałek i kilka pędzli.
Irytacja prokuratora sięgnęła zenitu. Widać było, że nadal nic nie rozumie i że doprowadza go to do furii.
- Co to są dinksy? - warknął. - Mów pan po ludzku.
Mariusz uniósł ręce w odwiecznym geście oznaczającym kapitulację.
- Okej, już mówię. - Zmrużył oczy, by ukryć kpiący błysk, i zaczął wymieniać: - Gwoździe różnej wielkości. Śruby i wkręty. Klucze imbusowe. Wiertła widiowe i zwykłe. Podkładki i nakrętki... Podać rozmiary?
- Kurwa, jaja pan sobie robi? Co mi pan tu pier... - wybuchnął Jóźka i nagle urwał w pół słowa. Widocznie przypomniał sobie, że przed chwilą zażądał opisu zawartości pojemnika. - Skąd wniosek, że zabójca przyniósł własny pędzel? - spytał już spokojnie. - Sam pan mówił, że znaleźliście tam artykuły malarskie.
- Znaleźliśmy - przyznał pogodnie Olbrycht. - Ale on nie znalazł.
- Skąd pan może...?
- Stąd, że nie można dostać się do nich bez wyjęcia najpierw pojemnika z dinksami, a tego od dawna nie ruszano.
- Skąd pan może to wiedzieć? - powtórzył pytanie prokurator.
Tym razem policjant mu nie przerwał, uśmiechnął się tylko leciutko i zaczął tłumaczyć cierpliwie jak dziecku:
- Pojemnik mieści się w szafce na styk. Nie da się go unieść ani przesunąć w bok. Jedyny sposób to wyjąć dwie szufladki, włożyć ręce w otwory i wysunąć skrzynkę do przodu. Zrobiliśmy to, zgarniając przy okazji grubą warstwę kurzu zalegającą na półce. Stąd wniosek, że pojemnika od dawna nikt nie ruszał, co potwierdza dodatkowo nasze ustalenia, że zabójca nie przeszukiwał mebli. I drugi wniosek: skoro użył ławkowca, musiał go tutaj przynieść. Świadczy o tym zresztą fakt, że zabrał go z powrotem, bo po kiego grzyba miałby zabierać cudzy pędzel, a zostawiać szmal? To wszystko prowadzi z kolei do wniosku trzeciego: sprawca to zaplanował.
W miarę jak Olbrycht mówił, mina Jóźki rzedła coraz bardziej. Po wysłuchaniu wniosków prokurator uśmiechnął się kwaśno do aspiranta.
- Widzę, że nic tu po mnie, skoro na miejscu są takie asy. - Podniósł klips przytrzymujący dokumenty na sztywnej podkładce i wyciągnął kilka kartek. - Tu ma pan potrzebne kwity. Jakby co, to proszę dzwonić. A jutro o jedenastej chcę pana widzieć u siebie z planem śledztwa i pierwszymi wnioskami.
Odwrócił się i nie czekając na odpowiedź, zniknął za drzwiami.