Dlaczego krowa robi placki, a koń pączki?
Tak, zgadza się - to pytanie pochodzi ze słynnego dowcipu. A my przecież nie chcemy być jak ten przemądrzały facet. Dlatego w tym rozdziale na serio poszukamy odpowiedzi. Oprócz krów i koni wiele innych zwierząt żywi się trawą. Ale nie będziemy tutaj poruszać tematu końcowych efektów trawienia bezkręgowców. Skupimy się na ssakach. A zaczniemy od naszej mućki.
Żeby odpowiedzieć na pytanie, dlaczego kupa krowy wygląda jak... jak wygląda, najrozsądniej będzie dowiedzieć się, jak działa jej proces trawienia. A jest to całkiem ciekawa sprawa. Oczywiście wszystko zaczyna się w mor... w jamie ustnej. Bydło posiada siekacze tylko na żuchwie, zwanej też dolną szczęką. Nimi to zrywa trawę, zioła, młode pędy, zgarnia ślimaki i co tam jej się jeszcze nawinie. Żuje przez chwilę, trochę naślini i zaraz połyka. Taka porcyjka trafia do żwacza. Żwacz to taki bardzo duży worek - mający ponad 100 litrów pojemności - gdzie żyje bardzo wiele bakterii i pierwotniaków. Bo wiecie, że również w naszym przypadku to bytujące w jelitach mikroorganizmy rozkładają większość substancji, prawda? Zwierzę żywi się tym, co mu one zostawią lub rozłożą. No i te bakterie wcinają sobie, co im krowa wrzuci, pierwotniaki wcinają sobie bakterie - ale też rozdrabniają twarde roślinne struktury - produkując tym samym pożywne białko zwierzęce i wszyscy są jako tako szczęśliwi... mniej więcej przez minutę, bo średnio co minutę krowie się odbija (no dobra - co minutę, ale gdy zwierzę nie je, lecz odpoczywa), następuje skurcz żwacza, który wysyła porcyjkę już nadtrawionej zieleniny z powrotem do jamy ustnej (przy okazji ulatnia się trochę gazów - to ważne dla zdrowia). Tym razem działają trzonowce - bardzo dokładnie rozcierają pożywienie, które znowu wędruje do żwacza, gdzie poddawane jest dalszemu rozkładowi przez mikroorganizmy - na prostsze substancje - oraz selekcji. Selekcją zajmuje się czepiec. Jest to organ nie do końca wyraźnie oddzielony od żwacza. Znajdują się w nim mechanoreceptory (takie kosmki czuciowe), dzięki którym czepiec może "zdecydować", gdzie skierować treść pokarmową - do ponownego przeżucia czy do ksiąg. Księgi to kolejny organ trawienny. Ma kształt spłaszczonej kuli, a w środku zbudowany jest z cienkich, równoległych fałd - trochę mogą przypominać kartki książki. Możliwe, że ma to coś wspólnego z nazwą narządu. Jego zadaniem jest wchłanianie - głównie sodu i potasu, no i wody. Dalej mieści się trawieniec, czyli taki "właściwy żołądek". W nim, z pomocą mocno kwasowych enzymów, trawione są białka. Pamiętacie pierwotniaki? Część z nich wraz z zieleniną i bakteriami wędruje aż tutaj. I krowa je trawi. Mięsożerna mućka, co Wy na to? Nie, ślimaki się nie liczą, one były przypadkiem. Dalej mamy już tylko "klasyczne" jelito cienkie. W nim z kolei odczyn staje się zasadowy. I tak już proste substancje rozłożone zostają na jeszcze prostsze, wchłaniane są aminokwasy i woda. Jelito grube to przede wszystkim odzysk wody i luźny transport w kierunku finiszu16. Ot, przepis na krowi placek.
Koń - w przeciwieństwie do krowy - nie należy do przeżuwaczy. Te dwa gatunki w ogóle są daleko spokrewnione. Koniom jest na przykład bliżej do łasicy lub słonia morskiego niż do krowy. Ale to taki tam szczególik. Należą one z natury do zwierząt płochliwych i uciekających. Dlatego też szybko trawią - no może bardziej sprawiają wrażenie, że robią to w pośpiechu. Wszystko zaczyna się - jakby nie było - od jamy ustnej. Nazywa się ją pyskiem. W naturze... Mała przerwa. Konie tak w ogóle pochodzą z Ameryki Północnej. Stamtąd udało im się rozprzestrzenić na inne kontynenty, a chwilę później (w geologicznych standardach) wyginęły w swej ojczyźnie. Przykładami dzikich koni były na przykład tarpany. Zostały głównie zebry i konie Przewalskiego. Mustangi to tylko potomkowie zdziczałych zwierząt przywiezionych przez Europejczyków podczas kolonizacji. Mustang by się pewnie obraził, gdyby to czytał. Na pocieszenie - konie Przewalskiego też być może pochodzą od (dawno, to dawno) udomowionych wierzchowców. Koniec przerwy. W naturze żywią się raczej trawą niż owsem z obroku. Pomaga im w tym ruchliwa górna warga i słynne, piękne zęby, pokryte oczywiście twardym szkliwem, aby zapobiegać ścieraniu. Długi - tak ze 30 centymetrów - język pomaga dobrze zieleninę naślinić. Nawet bardzo dobrze. Dysponują w tym celu specjalnymi gruczołami i przewodami doprowadzającymi ślinę do pyska. To wszystko jest bardzo potrzebne, bo przełyk mają długi, wąski i do tego z zakrętami. Dość łatwo jest im się "zatkać", a to może spowodować poważne problemy. Za przełykiem - tym razem dość typowo - znajduje się żołądek. Już widzicie, że proces trawienia będzie się różnił, prawda? Pamiętacie, ile litrów miał krowi żwacz? Jak nie, to sprawdźcie. No, to koński żołądek ma 15 litrów. I to w porywach. Na łączeniu z przełykiem konie mają mięśniową pętlę. Jak to pętla - zaciska się, aby dokładnie porcjować pożywienie. Niestety działa to też w drugą stronę - uniemożliwia wymiotowanie i co najmniej utrudnia uchodzenie gazów z żołądka. A to znowu może generować kłopoty. Sam żołądek, mimo że ma tylko jedną komorę, można podzielić (umownie - nie kroimy koni, zwłaszcza wciąż żywych) na dwie strefy: gruczołową i bezgruczołową. Bezgruczołowa jest pierwsza, patrząc od pyska. W niej pokarm sobie rozmięka, pęcznieje i czeka w kolejce do tej drugiej strefy. Ta zaś wypełniona jest sokami trawiennymi o bardzo wysokiej kwasowości. Pomaga to - przynajmniej wstępnie - trawić białka i dezaktywować mikrożyjątka. Potem mamy jelito cienkie. Da się wyróżnić w nim trzy części, a jego długość może sięgać do 30 metrów. A ja, trochę na złość, a trochę, żeby Was aktywować, napiszę o nim krótko. Tyle tylko, że enzymy17 w nim występujące pomagają trawić cukry, białka i tłuszcze, a kosmki jelitowe we współpracy z całym organem i jego regularnymi - trzy do sześciu razy na minutę - skurczami przesuwają treść pokarmową dalej. I znowu, jak przy żołądku, wydzielane są dokładne, niewielkie porcje. Trafiają one do jelita grubego. To ma długość 7-9 metrów i znowu dzieli się na trzy części. Ale tym razem już Wam nieco opowiem. Zaczyna się od jelita ślepego. To trochę taki odpowiednik krowiego żwacza, tylko po drugiej stronie żołądka. Tu również mikroflora18 rozkłada włókna i złożone cukry roślinne. I całkiem nieźle jej to idzie. Jedyna różnica (bo nie posunę się do określenia "wada") polega na tym, że koń już nie może posilić się pożywnym białkiem zwierzęcym pierwotniaków, które odeszły na wieczną wartę (właściwie układ trawienny krowy pomaga im w tym odejściu bez zbędnego czekania). Dalej mamy okrężnicę - najdłuższy odcinek jelita grubego. Robi to, co okrężnice robią najlepiej, czyli wchłania przydatne dla organizmu substancje, a z pozostałych produktów trawienia formuje kał. Kosmki jelitowe odsysają z niego wodę, a robaczkowe ruchy mięśni gładkich posuwają go naprzód, tworząc przy tym charakterystyczne pączki. Koń kończy się jelitem prostym i odbytem ze zwieraczami. Ich funkcję każdy już raczej zna.
Podsumujmy. I koń, i krowa jedzą trawę i inne zielone. Oba zwierzęta mają duże brzuchy, pełne bogatej mikroflory jelitowej. Różnią się jednak położeniem "głównej komory fermentacyjnej". Jak już wiemy, skutkuje to odmiennym jadłospisem - krowa to taki trochę ukryty mięsożerca. Co więcej, czas mechanicznego rozdrabniania pokarmu jest zupełnie odmienny. Podczas gdy nasze szlachetne rumaki gryzą, pożują trochę, rozglądając się czujnie w poszukiwaniu zagrożenia i zaraz połykają, poczciwe mućki bez pośpiechu rozcierają treść pokarmową całymi godzinami. No i dochodzi do tego kwestia odzysku wody. Skąd to się bierze? Myślę, że możemy spróbować pospekulować. Pierwszy, najważniejszy powód - oddzielne pochodzenie ewolucyjne. Drugi - środowisko życia. Konie pochodzą - uwaga - od dzikich koni, biegających po raczej otwartych stepach. Te musiały być szybkie, zawsze gotowe do biegu i liczyć się z niewielkimi zasobami wody. Bydło zaś pochodzi od tura. Tury były wielkimi zwierzętami ze sporymi, ostrymi rogami i żyły w lasach. Co za tym idzie? Strategia obronna stad dzikiego bydła to czasami, owszem, ucieczka, ale czasami również zbicie się w ciasny krąg potężnych mięśni, najeżony od zewnątrz wspomnianymi rogami. Czyli można sobie darować pośpiech na rzecz budowania cielska. Cały ten akapit mógłbym spróbować też zastąpić stwierdzeniem: krowa należy do przeżuwaczy, a koń nie. Ale to nie byłaby wiarygodna odpowiedź. W końcu do tej grupy należą również owce, kozy, jelenie i antylopy, a one robią drobne bobki w sporych ilościach. I, kurczę, już się szykowałem do pisania kolejnego akapitu, już zbierałem informacje. Grzebałem w artykułach o procesach trawiennych kóz, owiec, jeleni - czym się one różnią od krowich. No i okazało się, że nie różnią się prawie niczym. Przynajmniej w skali dokładności tej książki, a nie studiów weterynaryjnych. Różnica w kupach pochodzi głównie z częstotliwości ruchów robaczkowych jelita grubego i odzysku wody. Sarna to nie żubr - lepiej jej uciekać przed drapieżnikami, niż próbować walczyć. A więc i czas spędzany przy wodopoju warto ograniczać.
Choć do przeżuwaczy często jeszcze przypisywane są wielbłądy i ich bliscy krewni, czyli lamy i alpaki, nie są nimi. W przeciwieństwie choćby do żyraf. Żyrafa - przeżuwacze, dromader - wielbłądowate. Mimo to trawią bardzo podobnie do krów czy antylop, więc ich bogate wnętrze potrafimy już sobie wyobrazić. Poza buźką. Chyba wszyscy wiedzą, że dromadery żyją na pustyni, a konkretnie tam, gdzie ich zaprowadzi właściciel. Zgadza się, nie występują już w stanie dzikim. Zostały udomowione jakieś trzy tysiące lat temu i tylko takie się ostały. Swoją drogą są eksportowane do Australii, a także krzyżowane z - dzikimi już, przynajmniej w części - baktrianami. Wychodzi z tego bardzo dorodna krzyżówka. Poczytajcie sobie. Wróćmy do paszczy dromadera. Kojarzycie jamę Saarlaca? Takiego wielkiego potwora żyjącego w dziurze na Tatooine w "Powrocie Jedi"? Jeśli nie, to macie kolejną pracę domową. W każdym razie wnętrze jamy ustnej wielbłądów wygląda podobnie. I działa podobnie. Cokolwiek tam wpadnie, ma już niewielkie szanse na ucieczkę. Innymi słowy, policzki, język i inne powierzchnie są pokryte bardzo licznymi wyrostkami, skierowanymi do wewnątrz i posiadającymi różne funkcje. Część to mechaniczne popychacze, ale część pełni funkcję sensoryczną - dotykową lub smakową. Niektóre pokryte są keratyną19. Czyni je to podobnymi w dotyku do plastiku. I odpornymi na uszkodzenia przez spożywane rośliny. Domyślacie się, co jedzą dromadery? Dokładnie tak - to, co znajdą. A znajdują ciernie, twarde liście i kaktusy z długimi, ostrymi igłami. Czasami zaboli, ale za to jakie są pożywne! Zresztą - ostry smak to też praktycznie ból, a jednak niektórzy go lubią.
Koń, krowa, owca, wielbłąd, żyrafa - same kopytne, a przecież nie tylko one wcinają trawę. Rzućmy okiem na inne zwierzęta z naszego podwórka. Zajęczaki, a konkretnie zającowate, czyli zające i króliki. I tu mamy chwilkę na zaznaczenie, iż króliki to nie gryzonie. Pierwsza różnica - siekacze. Zajęczaki mają dwie pary górnych siekaczy, a gryzonie tylko jedną. Druga ważna różnica - pożywienie. Zajęczaki są wyłącznie roślinożerne, gryzonie zasadniczo wszystkożerne. Może niektórzy widzieli polującego chomika, choćby udomowionego. Od razu widać, że nie jest jaroszem. Mamy to? Okej, sprawdźmy, jak trawi królik. Co, robi się trochę monotonnie? Postaram się skrócić i pokazać tylko najciekawsze aspekty. Bo króliki - jak karasie w paście o fanatyku wędkarstwa - jedzą g... Tak właśnie: grudki odchodów. Pytanie - dlaczego? Zajęczaki to trochę takie miniaturowe konie, jeśli chodzi o trawienie. Oczywiście nie całkiem - inaczej bym o nich nie pisał. Mają paszczę z siekaczami do rwania ziół, trawy, gałązek i innych części roślin oraz z zębami policzkowymi służącymi do dość pobieżnego rozdrobnienia pokarmu. Jak konie mają żołądek z częścią gruczołową i bezgruczołową i podobnie jak one nie potrafią zwrócić treści żołądkowej ani nawet sobie beknąć. Wszystko, co już przejdzie przez wpust żołądka, może wyjść tylko jedyną słuszną drogą. Dość typowo czeka je tam kąpiel z mocno kwasowych enzymów. Pożywienie nie powinno przebywać w żołądku dłużej niż 6 godzin. Uwaga - to samo pożywienie. Według niektórych źródeł zajęczaki powinny mieć możliwość wcinania czegoś cały czas. Pierwszy powód - żeby mocne kwasy nie uszkodziły delikatnych ścianek narządu o grubości 1-2 milimetrów pokrytego jedynie warstwą śluzu. Drugi powód to możliwość przepychania treści pokarmowej dalej, w dół układu pokarmowego. Czyli do dwunastnicy, a z niej - do długiego i krętego jelita czczego. Co ciekawe, tu jedzenie przebywa jedynie około 20 minut. Po drodze jednak jego pH20 zostaje zobojętnione, a co niektóre substancje odżywcze - wchłonięte. Dlaczego niektóre? Bo rozdrobniona zielenina wcale tak łatwo się w żołądku nie trawi. Ale o tym już wiemy - potrzebna jest armia bakterii, grzybów i pierwotniaków. Do nich też dojdziemy. A może raczej przejdziemy przez jelito biodrowe. Taki tam fragment jelita cienkiego, w którym pokarm przebywa około godzinki. Ważne, że kończy się połączeniem z jelitem ślepym i okrężnicą. Ta ostatnia z kolei dzieli się na dwa odcinki: okrężnicę proksymalną i dystalną. Proksymalna jest ciekawsza. W przekroju wygląda trochę jak bieżnik opony. Królik - ale i zając czy inny szczekuszkowaty - filtruje tam treść pokarmową. Woda i dobrze rozdrobnione cząstki pokarmu - takie poniżej 0,5 milimetra średnicy - są zawracane do jelita ślepego. Cała reszta zrzucana jest dalej i wydalana w postaci twardych grudek. A w jelicie ślepym - no w końcu! - zachodzi najważniejsza część procesu trawienia. Czyli uczta dla mikroflory jelitowej. No i co teraz? Drobnoustroje się najedzą, a ssak ma się zadowolić marnymi resztkami? Otóż nie. Ssak "nauczył się" (przypominam, że ewolucja nie jest procesem celowo ukierunkowanym, a tym bardziej świadomym) zamykać drogę z żołądka do okrężnicy, aby przepuścić pożywne, pokryte śluzem bobki zwane cekotrofami. To właśnie je zwierzę delikatnie wybiera bezpośrednio z odbytu, zamykając układ pokarmowy w pętlę. Trochę jak koń, trochę jak krowa - tamta też zjadała pierwotniaki, aby cieszyć się ich białkiem. Cóż... Mięsożerna krowa, mięsożerny królik - może Monty Python miał trochę racji?
W rozdziale o trawieniu roślin (wiem, że tytuł wybrzmiewa nieco inaczej, ale to tylko tytuł) szkoda byłoby nie przypomnieć sobie o największych lądowych zwierzętach wszech czasów. O zauropodach. Chociaż i one będą jedynie pretekstem do krótkiej opowieści o... kamieniach. Dinozaury z rodzaju Diplodocus i im podobne żywiły się twardymi, mocno włóknistymi częściami roślin. I wcale nie miały zębów, które pozwoliłyby im mleć zielsko, jak robią to krowy. Posiadały raczej zestaw kołków do zdzierania liści przeznaczonych zaraz do połknięcia. No i jak to teraz strawić? Owszem, miały wielkie brzuchy, na pewno bogatą florę jelitową, ale najwidoczniej to nie wystarczało, by efektywnie wykorzystywać substancje odżywcze ukryte za roślinnymi ścianami komórkowymi. Chwila dla wyobraźni. Mamy pralkę. Albo lepiej - betoniarkę. Wrzucamy tam, powiedzmy, grubą łodygę słonecznika w kawałkach po kilkanaście centymetrów. Uruchamiamy obroty i wracamy za 30 minut. Co widzimy po wyłączeniu betoniarki? Łodyga nadal jest w kawałkach po kilkanaście centymetrów. Miejscami trochę uszkodzona, ale ogółem dużo się nie zmieniło. A teraz zróbmy to samo, tylko wrzućmy do bębna garść kamieni różnego rodzaju. Co zastaniemy po powrocie? Prawdopodobnie wióry. No tak - i kamienie. Mniej więcej tak by działał żołądek zauropoda bez gastrolitów i z nimi. Czym więc one są? Definicja tego słowa jest dosyć szeroka. Obejmuje między innymi zmiany patologiczne w układzie pokarmowym zwierzęcia oraz zapasy wapnia zgromadzone przez skorupiaki. Po co? Kiedy taki krab zmienia pancerz, nie chce być zbyt długo miękki i podatny na ataki. Gromadzi więc wspomniane zapasy, aby być w stanie jak najszybciej wytworzyć nowy egzoszkielet. Nas jednak będzie interesować inny aspekt (to znaczy - oczywiście zachęcam, aby Was zainteresowało możliwie wiele aspektów). Gastrolity jako kamienie i drobiny skalne celowo połykane przez zwierzęta. To, że są połykane, nie podlega dyskusji. To, czy połykały je dinozaury, przez długi czas wydawało się mało wiarygodne. Choćby dlatego, że jednym z warunków uznania, że wygładzone kamyczki z mikroskopijnymi rowkami spowodowanymi prawdopodobnie działaniem soków trawiennych to rzeczywiście gastrolity, było znalezienie ich bardzo blisko - a najlepiej wewnątrz - szkieletu. Nie zawsze tak się jednak działo. I znowu - powodów może być wiele. Na przykład to, że takie obrobione skałki są całkiem atrakcyjne dla innych zwierząt i mogą być wybierane z okolic zwłok. No bo po co się męczyć i samemu obtaczać w brzuchu skalne odłamki, skoro są już gotowe? A jeszcze by się zwierzę miało skaleczyć przy okazji. Tak, jasne, mogły też wyciągnąć gastrolity z rzeki lub pozbierać na plaży. I to tak naprawdę rodzi kolejne problemy. Kości w naturze nie leżą zbyt długo. Są rozwlekane, zjadane lub gniją i się rozpadają. Największe szanse na fosylizację - czyli stanie się skamieniałością - mają szkielety w jakiś sposób zasłonięte przed resztą świata. Na przykład przez muł rzeki, morza albo jeziora. Czyli taki, trzymajmy się koncepcji, dinozaur musiałby sobie umrzeć gdzieś na brzegu, a najlepiej wpaść do wody. Ich pneumatyczne kości21 nie pozwalały przez jakiś czas ciału zatonąć. Czas wystarczający, aby procesy gnilne otworzyły brzuch, a gastrolity beztrosko wysypały się na dno. I jak tu teraz odróżnić je od zwykłych kamieni? Poza tym - jak je znaleźć? No ale moment - skoro to takie trudne, skąd więc w ogóle pomysł, że dinozaury wpadły na tę rewolucyjną ideę? Po prostu wiele współczesnych zwierząt robi to nadal. Choćby dinozaury, czyli ptaki. Strusie potrafią połykać kamienie nawet 10-centymetrowej długości, mniejsze zadowalają się czasem drobinkami piasku. I są im one potrzebne, a niektórym wręcz niezbędne do przeżycia. Zdarza się, że w zimowe miesiące, kiedy śniegi uniemożliwiają dostęp do świeżych kamyczków, żywiące się nasionami ptaki padają z głodu z pełnymi brzuchami - po prostu nie są w stanie ich strawić. Sytuacja smutna i podobna do jeszcze bardziej tragicznej, bo powodowanej przez człowieka.
Wróćmy na chwilkę do jeleni. Jak wiemy, ich procesy trawienne zależą od flory jelitowej (i żwaczowej i tak dalej). A ona zmienia się powoli w zależności od dostępności naturalnego pokarmu. Z biegiem pór roku mogą być to pączki, trawa, liście, a zimą kora czy mchy i porosty. I flora się dostosowuje. Czasami jest chłodno i głodno, ale daje się żyć. I wtedy do akcji wchodzą myśliwi. Nie dość, że strzelają, to jeszcze dokarmiają. Na przykład sianem, którego jelenie nie są w stanie efektywnie trawić. I padają w dużych liczbach z pełnymi brzuchami. Wróćmy jednak do gastrolitów. Nie tylko ptaki z nich korzystają. Robią to też niektóre jaszczurki, aby lepiej im się trawiło bezkręgowce o twardych pancerzykach. Podobnie zresztą foki czy lwy morskie. Chociaż one wykorzystują kamienie również do regulowania pływalności. Być może przy okazji, ale to robią. A tak całkiem celowo jako balast stosują je płazy - takie jak aksolotl- oraz gady, takie jak krokodyle i na przykład wymarłe plezjozaury.
Na koniec rozdziału opowiem Wam ciekawostkę. Może nie do końca w temacie trawienia, ale... Będzie to tak naprawdę przytoczona treść odcinka programu "PBS Eons", który możecie znaleźć na YouTubie i który gorąco polecam. W każdym razie paleontolodzy natrafili na terenie Ekwadoru na zbiorowisko skamieniałości Eremthorium. Takich sporych, trzyipółtonowych leniwców naziemnych. Było ich tam po prostu dużo i wyglądało na to, że wszystkie zginęły w bardzo zbliżonym czasie. Naukowcy postanowili więc rozwiązać zagadkę i poznać przyczynę ich śmierci. Typy były różne. Poczynając od naturalnej pułapki, jaką bywają jeziorka asfaltowe - ale nie było szkieletów padlinożerców w okolicy, a i rozkład skamielin był za mało skoncentrowany - przez zjawiska katastrofalne - ale brak było śladów pyłów wulkanicznych czy osadów naniesionych powodzią - drapieżniki - ale co mogło zabić tak wielkie zwierzęta w sile wieku, na ludzi było jeszcze zbyt wcześnie - i kilka innych hipotez. Żadna jednak nie znalazła potwierdzenia. Wtedy przypomniano sobie o innych współczesnych zwierzętach przypominających swoją budową czołgi. O hipopotamach. Im również zdarza się ginąć masowo. I nie mówimy tu o obławie kłusowników czy stratowaniu przez wściekłe słonie. Tak naprawdę niemal zabijają się same. Hipcie lubią się moczyć w wodzie. Robią to w bardzo dużych grupach. Nie zadają sobie przy tym trudu, aby wyjść na brzeg, skorzystać z toalety. Nie ma większego problemu, dopóki wody jest pod dostatkiem i wszystko gdzieś tam spływa. Gorzej, gdy przychodzi susza, a rzeka zamienia się w gęste, cuchnące błoto. Idealne miejsce dla chorobotwórczych drobnoustrojów. Najwidoczniej stado ogromnych leniwców spotkał podobny koniec - zginęły otoczone własną kupą (tytuł odcinka po angielsku to "Did These Giant Sloths Poop Themselves To Death?". To tylko ciekawostka. Jeśli szukacie morału, to proponuję taki: dbanie o higienę - bez zbytniej przesady - przydaje się. Dlaczego bez przesady? Kiedyś o tym pogadamy. Teraz jednak czas oderwać się trochę od biologii. Popatrzmy w niebo.
16 Tak naprawdę jelito grube to jeden z najważniejszych organów i spełnia pewne bardzo istotne funkcje, ale to już w innym rozdziale.
17 Takie specjalne struktury - w większości - białkowe wspomagające rozkład różnych substancji.
18 Zakładam, że nie pierwszy raz spotykacie się z tym określeniem. Zastanawialiście się jednak, czym sobie te wszystkie bakterie, grzyby i protisty zasłużyły na określenie "flora", skoro żadne z nich nie są roślinami? To po prostu spadek po czasach, w których organizmy kwalifikowało się po fenotypie, czyli cechach zewnętrznych. Upraszczając - ktoś stwierdził, że skoro nie biega, to pewnie roślina. Z grzybami było podobnie.
19 Takie odporne na czynniki zewnętrzne białko, z którego zbudowane są paznokcie, włosy, rogi nosorożca czy igły jeża.
20 Skala pH to skala służąca do pomiaru kwasowości cieczy. Porównuje się przy jej użyciu stosunek jonów wodorowych (od kwasów) do wodorotlenkowych (od zasad). Ważne jest to, że im niższe pH, tym bardziej kwasowy odczyn roztworu.
21 Kojarzycie określenie, że ptaki - współcześnie żyjące dinozaury - mają kości puste w środku? Kiedyś wyobrażałem je sobie jako rurki, ale przypominają bardziej gąbkę. Całkiem fajne rozwiązanie - pozwala latać albo np. nie połamać się pod własnym ciężarem.