Garnitur wybrany przez grubego stylistę z zakładu pogrzebowego przy szpitalu - Anna Wiśniewska-Grabarczyk

Kup ebooka

19.90 zł
15.52 zł (9,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Kwa­tera B2-1-32

Oj­cze mój

któ­ryś jest w pia­chu

[kwa­tera B2-1-32]

o wą­tłych ko­ściach

[oboj­czyk zła­many jesz­cze za ży­cia]

o dło­niach bez formy

[nie utrzy­masz dłu­go­pisu i nie roz­wią­żesz już żad­nej krzy­żówki Z głową ]

Oj­cze mój

do nie­po­zna­nia

[za ży­cia nie no­si­łeś gar­ni­turu!]

Kto wpadł na ten po­mysł?

.

Gar­ni­tur wy­brany przez gru­bego sty­li­stę z za­kładu po­grze­bo­wego przy szpi­talu

Jak on na to­bie leży?

[gar­ni­tur

wy­brany przez gru­bego sty­li­stę z za­kładu po­grze­bo­wego przy szpi­talu]

Je­steś sze­roki w ba­rach jak Rambo

ma­te­riał tnie nitki pod brodą prze­cina jabłko na ćwiartki ła­mie się

pod dyk­tando mar­twej klatki uspo­kaja

do­piero na wy­so­ko­ści brzu­cha

tu je­steś pła­ski jak de­ska do kro­je­nia chleba trzy słoje - trzy gu­ziki

spo­kojny jak je­zioro

taka się uczy­niła ci­sza że sły­chać było dy­got li­ści bu­ko­wych na bez­wie­trzu[*]

W bio­drach - oj pa­nie tyle tu miej­sca trzeba zwę­zić - nie zwę­zili

I tak już do końca - to­niesz od ud przez ko­lana i łydki aż po kostki

Piękny fi­nisz! Ostat­nie me­try! Do­pły­nął!

[je­steś mi­strzem]

[*] W. Or­kan, Po­mór 206, [cyt. za:] Słow­nik ję­zyka pol­skiego pod red. Wi­tolda Do­ro­szew­skiego, https://sjp.pwn.pl/do­ro­szew­ski/bez­wie­trze
.

***

Oj­cze mój

któ­ryś jest w pia­chu

[Kto wpadł na ten po­mysł?]

.

Sa­mo­loty nie la­tają na za­wo­ła­nie

Kiedy brali ci miarę

[na gar­ni­tur wy­brany przez gru­bego sty­li­stę z za­kładu po­grze­bo­wego przy szpi­talu]

mnie od­wo­łano sa­mo­lot

Sa­mo­loty nie la­tają na za­wo­ła­nie!

Sia­dam obok ste­war­desy o moc­nych udach

biorę za nią łyk kawy z od­tłusz­czo­nym mle­kiem

prze­le­wasz się przez zimne palce (nie­do­czyn­ność tar­czycy

stwier­dzona w pod­sta­wówce)

i spa­dasz klek­sem przed ter­mi­na­lem

Sia­dam obok ste­war­desy o moc­nych udach

które pęcz­nieją świe­żym mle­kiem

pa­ru­jesz z po­sadzki (wszyst­kie po­sadzki lot­nisk

ja­kie wi­dzia­łam są nie­ska­zi­tel­nie czy­ste)

Sia­dam obok ste­war­desy o moc­nych udach

bo­imy się obie że szwy za­raz pusz­czą gdy brali mi miarę by­łam przed ciążą

nić ła­pie ostatni od­dech

Pro­szę nie wy­pły­wać za boje!

Je­zioro stopy na wy­so­ko­ści przy­mru­żo­nych oczu pod­bró­dek

wbity w su­chy pia­sek

buty bu­ciory san­dały szpi­leczki klapki ja­ponki

ka­napki bu­telki wy­pi­jane do ostat­niej kro­pli sok w wo­reczku z chudą słomką

łok­cie wbite w ręcz­nik ręcz­nik wbity w mi­liony zia­re­nek

Je­zioro mi się my­śli

Czy ty umar­łeś nad je­zio­rem?

Nie nad je­zio­rem ale pod ge­ra­nium (kilka wier­szy da­lej)

Wa­li­zeczki wa­lizy torby ple­caki

(było ta­kie słowo "ne­se­ser")

bieg w kie­runku bramki

At­ten­tion ple­ase!

Je­stem co­raz słab­sza zwie­szam głowę pod płytę lot­ni­ska pod pia­sek

i w końcu stróżka na owło­sio­nych łyd­kach

za­pach wody chłód z je­ziora wy­be­be­szony

od­kła­dam książkę i wcho­dzę w błę­kit

Sa­mo­loty roz­bi­jają się no­skami w dół albo kładą na skrzy­dle

Na­uczy­łeś mnie pły­wać na ple­cach i żabką

ogar­niam wzro­kiem wy­sepkę z pęp­kiem buk zgar­biony

nad wier­szem księ­życ nad kost­nicą

zwi­sam jak nie­to­perz nad twoim mar­twym cia­łem ko­łuję jak sęp

la­ta­wiec

I w końcu roz­wie­ram palce lą­duję przed bramką

czuję jak żo­łą­dek bun­tuje się przed tą wy­obra­żoną kawą

Od two­jej śmierci nic nie ja­dłam

(ty nie jesz ja nie jem)

płynę na pu­sty żo­łą­dek

Dwie żaby na środku nieba

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki