Ganimedes - Bartosz Ejzak
9.99 zł
7.99 zł
(9,99 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Pewnego razu człowiek o imieniu Siemowit i nazwisku Tullius przemierzał świat w pustym przedziale na trasie z Y do Wąpierska. Krajobraz był wyjątkowo monotonny, dlatego podróżny nie zamierzał podziwiać widoków, które dawały ułudę, że wszystko cofa się zamiast przeć naprzód, analizował za to niejasny zarys własnej twarzy w lustrzanym odbiciu na szybie. Nudził się. Choć oba miasta, startowe oraz docelowe, znajdowały się niezwykle blisko siebie, pociąg planowo miał dotrzeć na miejsce za ponad godzinę z uwagi na fakt, iż podążał okrężną drogą i zatrzymywał się na wszystkich pomniejszych stacjach. Tullius jechał więc, a że cierpiał z powodu nadmiaru czasu, to jadąc - rozmyślał.
Był już mężczyzną niemal trzydziestoletnim i przeżywał mały przedsmak przedwczesnego kryzysu wieku średniego, który przejawiał się zbyt częstym popadaniem w nostalgiczną zadumę. Wprawdzie przez ostatnią dekadę nic na dobrą sprawę nie uległo zmianie, nic prócz perspektywy, lecz ileż Siemowit by dał, aby móc cofnąć się w czasie co najmniej o dziesięć lat! Młodość oficjalnie minęła, wraz z nią na skrzydłach gołębicy odfrunęła ciekawość świata, pozostawiając za sobą jeno wulgarny trzepot płowiejących skrzydeł. Poranne kawy przy papierosie, stanowiące niegdyś rytuał wkraczającej dziarsko w dorosłość jednostki, przemieniły się w smutny nawyk, jaki trzeba odbębnić, aby rozpocząć nowy dzień. Nowo poznawani ludzie również całkiem spowszednieli. Niegdyś wielobarwni niczym rajskie ptaki, teraz wydawali się szarzy, podobni jeden do drugiego. Nawet wakacje nie bawiły jak dawniej, bo skóra, zgrubiała, parciejąca z wiekiem, uodporniła się na dreszczyk emocji towarzyszący tak dalekim, jak i bliskim podróżom.
Ze względu na politykę Y niewielu mieszkańcom udawało się opuścić miasto, Siemowit odczuwał więc niemałą radość, a może nawet ulgę, iż w końcu wybrał się na zasłużony wypoczynek. Chociaż upragnioną, trzydziestodniową przepustkę dziwnym trafem otrzymał akurat wtedy, gdy okoliczności nie mogły być bardziej niesprzyjające... Nękany problemami materialnymi, aby urzeczywistnić wyjazd, musiał zastawić kilka wartościowych przedmiotów, w tym piękny, drogocenny zegarek. Rozstanie z pamiątką po ludziach, których już nie ma i czasach, które nie wrócą, okazało się niezwykle bolesne, lecz cóż to dla osoby mogącej przetrzymać niejedno, zdolnej wyżyć nawet o chlebie i wodzie, byle tylko wyrwać się na moment ze swojego paskudnego życia?...
Zasuwane drzwi otworzyły się z trzaskiem na oścież, natomiast do przedziału, w którym podróżny urządził sobie samotnię, wtargnął obcy człowiek. Szok zadziałał pobudzająco, naraz rozpierzchły się ponure myśli. W wejściu stał dość wysoki, osobliwie wyglądający mężczyzna w przekrzywionym lekko meloniku, spiczastych bucikach i garniturze doskonale dopasowanym, jeśli przymknąć oko na zbyt długie mankiety. Nie to jednak świadczyło o nietypowej prezencji intruza, lecz kolor jego stroju, jegomość bowiem cały był odziany na biało, a u szyi pobrzękiwał mu wielki, złoty łańcuch.
- Przepraszam, tu wolne? - zapytał z głupia frant, po czym nie tyle wszedł, ile wręcz wparował do środka.
Siemowit wzruszył tylko ramionami i wskazał niedbałym ruchem dłoni miejsce naprzeciwko. Wyraźny, lawendowy zapach dusząco ostrej wody kolońskiej wypełnił ciasne pomieszczenie. Nieciekawy typ jak tylko usadowił się już wygodnie, wbił w towarzysza natarczywe, przeciągłe spojrzenie. Oczka miał małe, spojrzenie świdrujące, w ogóle nie mrugał. Upiorne wrażenie potęgowały dodatkowo zbyt szeroko rozstawione kości policzkowe oraz drobny, mieniący się perliście nad ustami siwy wąsik.
- Zegarek mi się rozregulował - zagadnął w końcu nieznajomy. - Wie pan może która godzina?
Początkowo pełen energii, teraz zastygł w niemal całkowitym bezruchu. Uśmiechnięty tylko nieco złośliwie, sprawiał wrażenie osoby, przy której lepiej mieć się na baczności.
- Nie wziąłem swojego, przykro mi - burknął Siemowit, przeżuwając w ustach bodajże tuzin przekleństw.
- To niefortunne - wymamrotał od niechcenia dziwaczny jegomość.
- Istotnie - odparł Siemowit. - A podczas drogi zupełnie straciłem rachubę czasu.
- Skoro już jesteśmy towarzyszami podróży, mogę zapytać, dokąd pan zmierza?
- Do Wąpierska - odparł krótko Tullius.
- Aha! Zatem wypoczynek? Sprawy biznesowe?
Siemowit zamrugał, nie był przecież człowiekiem zamożnym. Ktoś, komu za jedyny bagaż służy niewielka, rozpadająca się walizka i kto ubrany jest w wytartą tweedową marynarkę z pocerowanymi, plisowanymi rękawami, nie mógł sprawiać wrażenia turysty ani tym bardziej biznesmena, prędzej niewyróżniającego się szarego człowieka. Pytanie mężczyzny w bieli wydawało się zatem z założenia bezsensowne i nie świadczyło o kurtuazji, przypominało raczej prostackie spytki, ostentacyjnie nietaktowne.
- Ależ ja mieszkam w Wąpiersku - skłamał szybko wypytywany. Świadom swego niezbyt reprezentacyjnego ubioru, dodał jeszcze z głupawym uśmieszkiem: - Żyję razem z kochaną rodziną w zacisznej, uroczej dzielnicy na przedmieściach.
- Cóż to za dzielnica, którą pan tak zachwala, jeśli można wiedzieć? - Siemowit podał byle jaką nazwę. - O tak, słyszałem o niej wiele, macie tam dość spory park, czyż nie mam racji?
- Dużo ptaków oraz fontanna. - Padła cierpka odpowiedź.
Fizjonomia natręta rozluźniła się na moment, zachichotał szczerze, może nawet serdecznie, szybko jednak opamiętał się i począł wypytywać dalej:
- A z daleka pan jedzie?
Pomijając fakt, że recytował zdania, jakby wyuczył się ich na pamięć z taniego podręcznika, to jako szpieg nie mógł być bardziej bezpośredni. Siemowit odetchnął więc z ulgą, w końcu okazał się wystarczająco roztropny, by uniknąć skrzętnie zastawionych sideł. Co on sobie w ogóle myślał, ten człowiek, że z kim ma do czynienia? Przygłupem, półinteligentem, który poddany indagacji, zwierzy się pierwszej lepszej napotkanej osobie ze swej skomplikowanej sytuacji? O Y zabroniono mówić, o jego istnieniu nikt na zewnątrz nie miał zielonego pojęcia, natomiast za ujawnienie tajemnicy rządowej groziły ponoć najbardziej surowe konsekwencje. A zatem władzom chodziło może po prostu, aby zaszczuć, zastraszyć, przetestować dyskrecję wyjeżdżającego? Były to podobno powszechnie stosowane praktyki.
- Ze stolicy. Sam pan rozumie, interesy. Dżentelmenowi nie wypada mówić.
- Ależ oczywiście, oczywiście! Natychmiast rozpoznałem w panu człowieka kulturalnego, bo, jak mawiają, swój do swego ciągnie.
Sprawiał teraz wrażenie nieco rozczarowanego. Niewykluczone, że spodziewał się o wiele barwniejszej konfabulacji.
- Zaiste. Proszę wybaczyć, ale poznaję znajomą okolicę, niedługo wysiadam. Życzę miłego dnia!
Siemowit wstał i już miał chwycić obluzowany uchwyt walizeczki, gdy mały mężczyzna w bieli złapał go bezpardonowo za przegub, pociągnął następnie ku sobie, po czym wyszeptał:
- Jest pan rozważny. - Słowa brzmiały głucho, niczym zza przepierzenia do zupełnie innego świata. - Ma pan szczęście, że nie wygadał pan sekretu istnienia naszego miasta.
Pociąg zaczął zwalniać, uścisk zelżał nieco. Wtedy Siemowit szarpnął, uwolnił się i nim opuścił przedział, rzucił przez ramię:
- Do widzenia panu!
A więc plotki powtarzane przez innych mieszkańców były prawdziwe i każdy, kto wyjeżdżał chociażby na jeden dzień, znajdował się pod ścisłą kontrolą! Chciano najwyraźniej przyłapać Tulliusa na łamaniu złotej zasady, w myśl której o Y poza jego obrębem mówić nie wolno. Też coś. To byłoby przecież czyste szaleństwo, rozpowiadać wszystkim wkoło o sekrecie rządowym, wszak życie w miejscowości, której nie ma na żadnej z oficjalnych map świata, już samo w sobie sprawą jest dość śliską.
Stanęli wreszcie. Dworzec w Wąpiersku witał podróżnych nie inaczej, jak wszystkie dworce w małych miejscowościach - trzema peronami, odrobiną zieleni, ceglaną stróżówką i żółtym gmachem o odpadającym tynku. Mimo to już pierwszy haust zaczerpniętego powietrza niósł ze sobą obietnicę nowości oraz niepowtarzalną świeżość. Pełen animuszu, Siemowit nie zamierzał dłużej roztrząsać przykrego zajścia w pociągu, ponieważ pragnął beztrosko cieszyć się krótkim wypoczynkiem. A nie było to znowu wcale takie proste. Przepustka obejmowała zaledwie miesiąc i ani dnia dłużej, toteż wiedza, że człowiek jedynie posmakuje wolności, nie mogąc się nią porządnie zachłysnąć, wydawała się ogromnie przytłaczająca. Dany czas należało wykorzystać pod presją, na dodatek możliwie jak najlepiej.
Coś się zbliżało, coś złowrogiego a niepojętego, niczym groza niesiona przez Totentanz - spłoszone kobiety, pierzchajcie, zawodźcie, mężczyźni bezradni.
Dworzec w Wąpiersku znajdował się na obrzeżach, a ponieważ Siemowit nie znał miasta, zdecydował, że najlepiej będzie złapać pierwszy lepszy autobus zmierzający do centrum. Poza tym zbliżał się wieczór i Tullius nie miał pewności, czy uda mu się odnaleźć drogę do noclegu, o jaki zatroszczył się przed przyjazdem.
Kierowca, nie bacząc na zasady ruchu drogowego, co rusz rozpędzał pojazd, który dzikimi susami mijał skrzyżowania oraz zwinnie wślizgiwał się w ostre zakręty. Następnie zwalniał, by przez chwilę ulotną zabawić przy ponurych, opuszczonych przystankach - na każdym wysiadało kilka osób, do środka nie wchodził zaś nikt.
Samo miasto jawiło się jako niemal całkiem wyludnione królestwo zapuszczonych domostw świecących nagimi cegłami oraz szarych gmachów. Górowały nad nimi jedynie rozsiane tu i ówdzie kominy fabryczne, strzeliste niczym gotyckie wieże. W bramach, ponurych i tajemniczych, stały dumnie wyprostowane lokalne prostytutki, obok których zniewieściali mężczyźni przemykali przyspieszonym krokiem.
Siemowit podziwiał po drodze arcydzieła sztuki graficiarskiej, jakimi upstrzone były niemal wszystkie mieszkania, bloki oraz kamienice. Prócz napisów gloryfikujących bądź poniżających dokonania rodzimych klubów sportowych, doszukał się na obdrapanych ścianach niejednego wcale celnego aforyzmu. Zapamiętał na przykład: "Szaleństwo ceną mądrości". Po drodze dało się również zauważyć kilka sylabotonicznych wierszyków, które, gdyby oczyścić je uprzednio z wulgaryzmów, odnalezione w starych rękopisach, uchodziłyby zapewne za dość kunsztowne pod względem formy.
W końcu zajechał na miejsce. Zlokalizowanie odpowiedniego adresu, wbrew wcześniejszym obawom, nie nastręczyło zbyt wielu problemów, ponieważ mieszkańcy Wąpierska okazali się wyjątkowo pomocni, wszak nie na co dzień pojawiał się na ulicach ich niewielkiego miasteczka ktoś nowy, kto zaszczyca swą obecnością te nieciekawe strony. W każdym razie wystarczyło zboczyć z głównego bulwaru, a następnie skręcić w wąską alejkę wijącą się wieloma domkami pod górę. Drewniana brama z numerem 37 - to tutaj Siemowit Tullius wynajął mały pokój na poddaszu w dość brzydkim i ciasnym, ale za to atrakcyjnym cenowo motelu tuż obok centrum miasta. Właścicielka przybytku, jak się okazało, wypatrywała gościa od samego rana i gdy tylko zadzwonił do drzwi, natychmiast wybiegła mu na spotkanie. Sprawiała wrażenie serdecznej, wyrozumiałej kobiety, co pomyślnie wróżyło człowiekowi o niepewnej sytuacji materialnej.
- Pan uważa na schody - trajkotała, wręczając Tulliusowi klucze po wpłacie tygodniowej zaliczki i dopełnieniu wszelkich innych formalności. - Są strome, a jak wypastuję je z rana, łatwo można się przewrócić. Pewnego razu jeden z moich lokatorów złamał w ten sposób biodro. Ile problemów z tego wynikło, pan nie da wiary!
Rzeczywiście, pokoik był niewielkich rozmiarów, za łóżko zaś musiał posłużyć stary, tętniący życiem roztoczy, niezbyt wygodny materac. Na domiar złego w nocy wiało przez dziurę wybitą w szybie, lecz teraz, u schyłku lata, te biwakowe wręcz warunki nie doskwierały Siemowitowi zbytnio, ponieważ i tak miał w zwyczaju kłaść się dopiero o świcie, kiedy robiło się już nieco cieplej.
Szybko się zadomowił i nie narzekał na nic prócz osamotnienia. W Wąpiersku miał wprawdzie kilku starych przyjaciół, u których był zawsze mile widziany, nie chciał jednak odnawiać zaśniedziałych kontaktów sprzed lat, pragnął za to poudawać, że zaczyna wszystko od początku. Z pozoru otwarty, pozostał realistą, nie liczył więc na możliwość zadzierzgnięcia głębszej znajomości z właścicielką motelu, gdyż była to bardzo prosta osóbka, podobnie jak dziewczyna sprzedająca pieczywo w piekarni na rogu czy nawet leciwy kioskarz, który handlował spod lady papierosami (i nie tylko zresztą papierosami) przywiezionymi z przemytu. Choć nigdy nie wymienili ze staruszkiem zbędnych słów, z wyjątkiem może zwyczajowych uprzejmości, widywali się bardzo regularnie, ponieważ przestępcza działalność drobnego sprzedawcy uczyniła z Siemowita zagorzałego czytelnika codziennej prasy.
Natomiast u domowników, czy to przejezdnych, czy zatrzymujących się w motelu na dłużej, świeżo przybyły zdążył wyrobić sobie opinię dziwaka, gdyż chodził w dziurawych spodniach, a we wspólnej łazience na korytarzu bez poczucia wstydu czy choćby lekkiego skrępowania śpiewał inkantacje ku czci samego Lucyfera. "Szatan, Szatan, Szatan, Szatan...!" - skandował, po czym następowała nędzna imitacja odgłosu, jaki zwykli wydawać z siebie Turcy podczas szarży na wroga w dół zbocza porosłego dzikimi trawami. Niewypowiedziane było zaskoczenie Tulliusa, gdy po pewnym czasie niski, choć zdecydowanie kobiecy głos z dołu zaczął mu odpowiadać: "Gloria, gloria, gloria, in excelsis Deo"... To eteryczne i nienamacalne porozumienie z pokrewną duszą wystarczało na razie za całą kompanię.
Ułuda nowego życia, miraż odmiany niezwykle nęciły, Siemowit nie rezygnował więc z drobnych rekreacji i choć w pojedynkę, nadal czerpał wiele radości z przebywania poza Y. Dni mijały, bawił się dobrze. Nie lubił wychodzić z domu, kiedy świeciło słońce, ale za to wieczorem - wieczorem napięcie narastało i niecierpliwił się, by ujrzeć ponownie Wąpiersk po zmroku. Gdy więc szaruga za oknem przeistaczała się w ciemność nocy, którą zamiast gwiazd rozjaśniały kolorowe neony, podrywał się z miejsca, brał prysznic, a potem ruszał czym prędzej z tanim, nieaktualnym już nieco przewodnikiem w kieszeni - ku miastu! ku miastu! Tam natłok wrażeń wprost onieśmielał: zatłoczone puby i ludzie młodzi, palący papierosy łapczywie przy wejściach; wirujące płomienie początkujących połykaczy ognia i seks wirujący, odbijający się echem wysokich obcasów łomoczących o bruk; wreszcie bary szybkiej obsługi dla sytych wrażeń, lecz złaknionych bardziej przyziemnego pokrzepienia. No i oczywiście wszystkie wystawy sklepowe, jakże roziskrzone, kuszące także nocą! W kapturze na głowie, po paru piwach wypitych tu i tam, Siemowit przypatrywał się wszystkiemu z zapartym tchem.
W międzyczasie głowę świeżo przybyłego zaprzątała również kwestia jego społecznego statusu, rzecz naturalna w zupełnie nowym otoczeniu. Uważany za turystę, był tak naprawdę człowiekiem z nieistniejącego miasta, toteż pochodził znikąd, a na dodatek miał fałszywą, narzuconą odgórnie przez biurokratów z Y tożsamość. Mimo że odwiedzał niemal każdy przybytek, jaki napotkał na swej drodze, miał poczucie, iż są to miejsca znajdujące się poza jego zasięgiem, takie, które można podziwiać z daleka, lecz których progu przekroczyć nie wolno. Postanowił jednak nie zaprzątać sobie tym zbytnio głowy i zupełnie anonimowy, przepędzał czas na uroczym, nieco nostalgicznym próżnowaniu, uciesznie korzystając z życia.
Skutki tej beztroski odczuł znacznie szybciej, niż się spodziewał, ponieważ kieszeń, niezbyt głęboka, już w połowie pierwszego tygodnia zaczynała świecić pustkami. Zatroskany, wychodził właśnie z motelu, gotów na kolejną z wieczornych eskapad. Przeliczając w myślach oszczędności, ujrzał wyzywająco ubraną kobietę z burzą upiętych w kok włosów. Stała przy śmietniku w pobliskiej bramie, jednej z tych, o których była już mowa. Na widok Tulliusa uniosła brwi, po czym z wyzywającą miną zapytała:
- Szatan?
- Gloria! - odparł natychmiast Siemowit bez cienia zażenowania.
Hasło zadziałało, rozpoznali się bowiem w okamgnieniu, a mężczyzna śmiałym krokiem postąpił ku damie. Wymienili się papierosami oraz przelotnymi spojrzeniami. Paliła całkiem niezły tytoń. Pochylona nad śmietnikiem, skuliła ramiona, przez co obfity jej biust, głęboko wydekoltowany, zafalował w blasku księżyca niczym morze muśnięte wieczorną bryzą.
- Któż waść? Póki co kojarzę tylko pański humor niewybredny. No i to, że dość nędzny z pana śpiewak.
Taki sposób wypowiadania się zabrzmiałby niezwykle osobliwie w czyichkolwiek ustach, nie mówiąc już o ustach prostytutki.
- Siemowit Tullius, do usług! Nie przeszkadzam? Może pani planowała tu jakieś inne interesy?
- Skądże znowu! Noc taka spokojna... Jeśli jednak baczysz na pozory, szlachetny mężu, może wprzódy zechcesz-li być mym alfonsem?
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.