Gangsterzy. Tom 1 - K. C. Hiddenstorm

Kup ebooka

36.90 zł
29.52 zł (20,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

Część pierwsza

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

Część druga

1

2

3

4

5

6

7

OD AUTORKI

1

Ryan Taylor zatrzymał się w połowie sali na dolnym poziomie Nieskończoności. Poprawił słuchawkę w uchu i rozejrzał się z pozornym znudzeniem. W rzeczywistości jego czujne oczy rejestrowały każdy szczegół, wszystko, co mogło oznaczać potencjalne zagrożenie. Klub był jednym z największych w mieście, ale paradoksalnie najistotniejszym pomieszczeniem był pokój na tyłach, niewielki w porównaniu z rozmiarami obu sal. Tylko nieliczni wiedzieli o jego istnieniu, a jeśli wiedzieli, to znaczy, że grali tam o bardzo wysokie stawki. Zadanie Ryana polegało na tym, żeby nie przeszkadzał im nikt niepożądany. Między innymi.

Muzyka mieszała się ze szmerem głosów. Był piątek wieczór i panował spory ruch. Ludzie tańczyli, pili alkohol, gapili się na striptizerki, zostawiali dolary przy barze. W powietrzu unosiła się woń perfum, potu, pieniędzy i zepsucia. Do jednej z kelnerek zagadywał tajniak, który wcześniej kręcił się na górnym poziomie. Natrętny jak mucha i równie nieszkodliwy. Wracał do Nieskończoności z godną podziwu regularnością, przekonany, że wreszcie znajdzie coś, co pozwoli mu zamknąć tę budę i pociągnąć wszystkich na dno. I za każdym razem wychodził z niczym.

Ktoś łagodnie trącił go w ramię. Ryan odwrócił się i zobaczył niską brunetkę, uśmiechającą się do niego z pijackim rozmarzeniem.

- Przepraszam najmocniej - powiedziała, unosząc butelkę piwa. - Nie zauważyłam pana.

Ryan dał jej znak, by szła dalej. Mimo że nie nosił identyfikatora, trudno byłoby go pomylić z jednym z gości. Ludzie, wyjąwszy pijane panny, ochoczo schodzili mu z drogi, bezbłędnie odczytując wypisane na twarzy ostrzeżenie. Był wysoki, barczysty, miał zaczesane do tyłu krótkie ciemne włosy, przeszywające spojrzenie lekko skośnych nefrytowych oczu i chód zdradzający pobyt w armii. Szyty na miarę garnitur skrywał wysportowane, pokryte tatuażami ciało.

- Jedynka, jesteś? - W słuchawce rozległ się głos. Tej nocy był to Tony.

- Jestem - potwierdził Ryan, odprowadzając spojrzeniem tajniaka. Skończył rozmowę z kelnerką i dryfował w stronę kolejnej ofiary.

- Ta złodziejka znowu przylazła - oznajmił Tony. - Mignęła mi na kamerze na parkingu, ale chyba nie weszła do środka.

- Przyjąłem - powiedział Ryan.

Bardziej wyczuł, niż usłyszał przebijające się przez muzykę zamieszanie. Poprawił poły marynarki i zaczął się powoli przesuwać w stronę wejścia. Kątem oka zauważył przypatrującą mu się brunetkę. Tę, która go potrąciła.

Minął krótki przedsionek i znalazł się przed tłumem czekających na wpuszczenie gości. Steven, czarnoskóry mężczyzna z brylantowymi kolczykami, przywoływał do siebie kolejne osoby, sprawdzał je ręcznym wykrywaczem metalu, po czym wpuszczał bądź nie. Drugi ochroniarz tłumaczył coś Lilly, byłej pracownicy, gestykulując z coraz większym zniecierpliwieniem. Jego ręka raz za razem manipulowała przy paralizatorze. Nie wyglądało to zbyt dobrze.

- Jakiś problem, Joe? - zapytał Ryan, stanąwszy w otwartych drzwiach lokalu. Rześkie, przyjemnie chłodne powietrze owiało mu twarz.

Łysy mężczyzna, nazwany Joe, odwrócił się w jego stronę.

- Dziwk... to znaczy ta pani... nie chce stąd iść - oznajmił, kiwając głową w stronę ładnej kobiety w krótkiej pstrokatej sukience. Zaplecione w warkoczyki włosy spływały jej na ramiona, pomalowane na neonową zieleń paznokcie jaśniały jakimś upiornym blaskiem.

- Zajmę się tym - rzucił Ryan, wymijając go.

- Cześć, słodziutki - powiedziała kobieta, uśmiechając się na jego widok. Z niedużej kwadratowej torebki wygrzebała paczkę lucky strikeów, wytrząsnęła jednego i wsunęła sobie do ust. Jeszcze chwilę pogrzebała w torebce, wyłowiła tanią plastikową zapalniczkę i przypaliła papierosa. Rozżarzył się na czerwono, maleńki punkcik pośród granatu nocy. - Cieszę się, że cię widzę.

- Ja wręcz przeciwnie - odparł Ryan.

- Możesz powiedzieć swoim chłopcom, żeby nie odstawiali cyrku i mnie wpuścili? - zapytała, zalotnie trzepocząc rzęsami..

- Tak się składa, że nie mogę - wyjaśnił. Zmrużył oczy, gdy kobieta wydmuchnęła dym w jego stronę. Mięśnie szczęki napięły się pod skórą.

- A jeśli cię ładnie poproszę? - Nie dawała za wygraną.

- Lilly, zrób sobie i mnie tę przysługę i wynoś się stąd - powiedział z lodowatym spokojem.

Kobieta zaciągnęła się zachłannie i wypuściła kolejną potężną chmurę dymu.

- Chcę tam wejść - powiedziała z uporem. - Mam do tego prawo.

Rozejrzał się na boki i zrobił krok w jej stronę.

- Straciłaś to prawo w momencie, gdy postanowiłaś okradać klientów - odparował.

Prychnęła.

- Niczego mi nie...

- Wystarczy tego pierdolenia. - Ryan dyskretnie ujął ją pod ramię i pociągnął za róg budynku. Pulchny łysiejący facet popatrzył w ślad za nimi, ale szybko stracił zainteresowanie.

- Ała, hej, to boli - poskarżyła się dziewczyna. - Zluzuj trochę, co?

Ryan mocniej zacisnął palce na jej ciele.

- Ojej, naprawdę? To też boli?

- Sukinsyn - warknęła. Próbowała podnieść papierosa do ust, ale Ryan szarpnął jej ramieniem tak, że niedopałek spadł na ziemię. Popatrzyła za nim tęsknym wzrokiem, następnie przeniosła go na twarz wlokącego ją mężczyzny. - A kiedy chciałeś, potrafiłeś być taki słodki. - Zerknęła na widoczną pod marynarką kaburę i uśmiechnęła się bezczelnie. - Pamiętasz, jak się zabawialiśmy i co wtedy robiłeś ze swoim pistolecikiem?

Ryan zatrzymał się i pchnął Lilly na ścianę budynku. Tłoczący się przed wejściem ludzie zostali daleko poza zasięgiem wzroku, dudniąca muzyka dolatywała tu zaledwie jako echo samej siebie.

- Widzę cię tu po raz ostatni, jasne? - Jego głos wciąż był lodowato spokojny.

- A jeśli nie? - Ujęła w palce jeden z warkoczyków i przeciągnęła po nim dłonią. - Jeśli będę tu wracać? Jeśli się nie wyniosę i nie dam ci spokoju?

Złapał ją za nadgarstek i wykręcił. Syknęła.

- Jeśli nie, to ci w tym pomogę. - Popatrzył na nią przeciągle. - A to nie będzie dla ciebie przyjemne. Zrozumiałaś?

Kobieta skuliła się pod tym spojrzeniem. Na jej twarzy malowała się przemieszana ze strachem nienawiść.

- Straszny z ciebie sukinsyn - powtórzyła.

Ryan się uśmiechnął.

- Za to mi płacą.

Przyjrzała mu się z namysłem i powoli pokręciła głową.

- Nie. Ty to lubisz.

Westchnął.

- To jak? - zapytał, nie przestając wykręcać jej nadgarstka. - Przestaniesz tu przychodzić?

W oczach kobiety zamajaczyły łzy.

- Dobra! - zgodziła się. - Dobra, przestanę.

Puścił jej nadgarstek i klepnął w pośladek.

- Wspaniale. To teraz bądź grzeczna i spieprzaj, zanim mnie zdenerwujesz.

Lilly jeszcze chwilę stała bez ruchu. Wreszcie postąpiła krok do przodu, obciągnęła kusą sukienkę, ledwie zasłaniającą majtki i z godnością, na jaką w tym momencie było ją stać, pomaszerowała wzdłuż ściany.

Ryan patrzył za nią z nieprzeniknioną miną. Jej sylwetka malała, stapiając się z mrokiem nocy. Neonowe paznokcie jeszcze chwilę jaśniały w ciemności niczym świetliki, wreszcie i one zniknęły. Od wejścia dobiegł perlisty śmiech, wyraźny jak błyskawica, znajomy w jakiś przykry, męczący sposób.

Zerknął na zegarek. Wskazówki pokazywały kwadrans po północy. Jeszcze trzy i pół, może cztery godziny i wróci do domu. Nie będzie senny, więc naleje sobie szklankę whisky, potem następną, a jeszcze później...

- Jedynka, gdzie ty polazłeś? - odezwał się ukryty w słuchawce Tony.

- Jakiś problem? - zapytał.

- Tak - potwierdził Tony. - Zaplecze.

- Idę. - Ryan strzepnął poły marynarki i ruszył do wejścia.

Przeciął salę, wymijając gości z niewymuszoną wprawą. Rozejrzał się za tajniakiem, przekonany, że to on jest źródłem problemów, ale nie. Facet stał grzecznie przy barze z jakąś niebieskowłosą małolatą. Na jego widok uniósł dłoń w geście pozdrowienia, ale Ryan go zignorował.

Za wejściem do toalet skręcił w prawo i znalazł się w długim korytarzu prowadzącym na tyły budynku. Barwione świetlówki na suficie oblewały ściany fioletem, przełamując ich czerń. Doszedł do podwójnych drzwi, zatrzymał się i zerknął przez ramię, sprawdzając, czy nikt za nim nie idzie. Wprawdzie nie słyszał kroków, ale... W tym fachu podobno każdy prędzej czy później wpada w paranoję. Pchnął dźwignię paniczną i wszedł do środka. Do jego nozdrzy doleciał zapach cygar, wody kolońskiej i dobrego, mocnego alkoholu. Bardzo przyjemna mieszanka.

W przeciwieństwie do rozgrywającej się sceny.

- Nie pozwolę się, kurwa, okiwać! Nie pozwolę, słyszycie?! - darł się tyczkowaty mężczyzna, rzucając karty na obciągnięty zielonym suknem stół do pokera. Z piskiem odsunął krzesło i poderwał się na nogi. - Myślicie, że ślepy jestem?!

Nikt nie odpowiedział. Pozostali patrzyli na niego z minami wyrażającymi zaniepokojenie, znużenie czy wręcz rozbawienie. Ryan kolejno przeskoczył spojrzeniem po ich twarzach. Kojarzył każdego z widzenia, tego wieczoru nie było tu nikogo nowego. Symboliczny kufer wypełniony pieniędzmi stał w rogu; pewne rzeczy nigdy się nie zmieniały.

- No co, nagle was, kurwa, przytkało? - wył mężczyzna.

Vincent Russo, jeden z graczy i szef lokalu w tej samej osobie, zerknął na Ryana i ledwie zauważalnie skinął głową. Następnie przygładził idealnie ułożone srebrne włosy i zajął się oglądaniem żetonu podniesionego z pokaźnej kupki. Na palcach miał sygnety z drogimi kamieniami, mieniącymi się w świetle zawieszonej nad stołem lampy. Dalej, na prawo, stał barek. Przysadzisty blondyn popatrzył w jego stronę i zrobił ruch, jakby chciał wstać i nalać sobie drinka, ale Russo powstrzymał go gestem.

- Ty? - Pokrzykujący gracz wskazał siedzącego na prawo od niego mężczyznę o nieprawdopodobnie czarnych włosach. Ryan uznał, że muszą być farbowane. - Ty się, kurwa, cieszysz, tak?

Mężczyzna zaprzeczył powolnym ruchem głowy.

- A mnie się wydaje, że się cieszysz! - brnął tyczkowaty facet. Jego obwisłe policzki zabarwił niezdrowy rumieniec.

- Proszę zachować spokój - poradził Ryan, podchodząc do niego. Położył mu dłoń na ramieniu i zmusił, by usiadł na krześle.

Facet syknął, gdy palce Ryana wbiły mu się w bark, po czym potulnie klapnął na siedzenie.

- Możemy już chyba... - zaczął przysadzisty blondyn, ale ten nie dał mu dokończyć.

- Kantowałeś, mały skurwielu! - zawył, dźgając powietrze przed oczami siedzącego obok blondyna Azjaty.

- Proszę zachować spokój - powtórzył Ryan, wzmacniając chwyt.

Facet drgnął. Spojrzał Ryanowi w twarz, następnie na jego rękę i zamrugał, jak gdyby dopiero teraz uzmysłowił sobie, że trzyma go za ramię.

- Możesz wziąć tę gadkę o spokoju i wsadzić sobie w dupę! - fuknął. - Oni mnie, kurwa, ojebali! Zwłaszcza ten mały, żółty chuj! I jeśli komuś się wydaje, że...

Ryan odchylił połę marynarki, ukazując rękojeść tkwiącego w kaburze pistoletu.

- Ja też mogę panu wsadzić różne rzeczy, na przykład lufę w gardło, ale chyba nikt by tego nie chciał, prawda? - szepnął mu do ucha.

Mężczyzna zbladł.

- Oni mnie, do kurwy nędzy...

- Sugeruję, aby przedyskutował pan ze mną tę sprawę na zewnątrz - powiedział Ryan, ale to nie była sugestia, co facet bezbłędnie wyczytał z jego oczu. - Tej nocy ma pan już chyba dość pokera.

Tyczkowaty gracz niechętnie skinął głową. Złapał się krawędzi stołu i wstał chwiejnie, jak gdyby nagle najprostszy ruch stanowił wielki problem. Powiódł wzrokiem po pozostałych i zrobił ciężki, chrapliwy wdech.

- Żółty skurwiel - wymamrotał, rzucając siedzącemu przed nim Azjacie mściwe spojrzenie.

- Rano ktoś się z tobą skontaktuje, Anton - odezwał się Russo, nie przerywając oględzin żetonu. - Spokojnej nocy.

Anton kwiknął. Otworzył usta, przemyślał sprawę i zamknął je, nie mówiąc ani słowa. Ryan wbił mu palce pod żebra i poprowadził w stronę wyjścia.

Kiedy drzwi się za nimi zamknęły, odgradzając od pozostałych graczy, mężczyzna zaczął skomleć.

- Nie rozumiesz, człowieku? Muszę tam wrócić! Muszę się odegrać!

Ryan uśmiechnął się bez cienia współczucia.

- Obawiam się, że to niemożliwe.

- Ale ja muszę! - zaoponował Anton. Wczepił się palcami w poły marynarki Ryana i zaczął szarpać.

Ryan złapał go za przeguby, wbijając paznokcie w miękką skórę i oderwał ręce od swojego garnituru.

- Może pan wypić drinka na koszt firmy, a potem wrócić do domu - powiedział spokojnie. - Może pan też zrobić coś głupiego i bardzo pożałować. Co pan wybiera?

Facet nerwowo przełknął ślinę.

- Faktycznie - zgodził się. - Jakoś zaschło mi w gardle.