Od Autora
OD AUTORA
Na przełomie wieków w przestępczym półświatku Polski trup słał się
gęsto. Niemal każdego dnia media informowały o przestępczych
porachunkach. Niewątpliwie w gangsterskich egzekucjach przodowała
Warszawa.
"Pruszków" i "Wołomin" zrobiły tu, co swoje. Jednak prawdziwa wojna
gangów o wpływy w Warszawie i całej Polsce zaczęła się po upadku tych
dwóch dużych organizacji przestępczych. Wówczas na scenę wkroczyły mniej
znane dotychczas grupy gangsterskie. O wpływy w stolicy i okolicach
walczyli: "Mutanci", gangi "Kikira" oraz "Szkatuły", "Żoliborz",
"Wyszków", "Ożarów", gang nowodworski i najpotężniejsza z tych grup -
"Mokotów".
Nastał czas trwającej latami wojny gangów. Kształtował się nowy
gangsterski porządek Warszawy, a wkrótce także Polski. Nie mogło się
obyć bez ofiar.
Nikogo nadmiernie nie dziwiło, że jeden gangster zabijał drugiego.
Bandyci załatwiali porachunki bezpośrednio na ulicach, strzelając do
siebie z karabinów maszynowych czy też podkładając bomby. Zastanawiała
natomiast nieudolność, a niekiedy bierność organów ścigania w wyjaśnianiu tych zbrodni. Choć często do egzekucji dochodziło na oczach
wielu świadków, to znaczna część zbrodni nie została nigdy wyjaśniona
lub wyjaśniono je pozornie.
Ta książka poświęcona jest niewyjaśnionym mafijnym morderstwom.
Egzekucjom, których zleceniodawcy i wykonawcy nigdy nie zostali
rozliczeni. Myślę, że wiele z nich udało mi się wyjaśnić. W tej książce
ujawniam kulisy kilkudziesięciu dotychczas nierozwikłanych i nierozliczonych zbrodni. Jestem przekonany, że w przypadku wielu z nich
- po lekturze "Gangsterskich egzekucji" - sprawcy staną się oczywiści.
"Dla mnie to bomba. Czytam i nie mogę się oderwać. Są momenty, że
dreszcze mnie przechodzą. Mimo że znam niektóre sytuacje z życia, bo sam
w nich uczestniczyłem..." - napisał do mnie po lekturze fragmentów tej
książki jeden ze znanych warszawskich gangsterów.
Ta książka zapewne wstrząśnie nie tylko światem przestępczym, lecz także
policją, bowiem ukazuje całą gamę zaniedbań i zaniechań popełnionych
przed laty przez śledczych.
Nie ma tu konfabulacji, koloryzowania lub puszczania wodzów fantazji. Są
wyłącznie fakty oraz relacje uczestników i świadków opisywanych zdarzeń.
W niektórych przypadkach, ze względu na ich bezpieczeństwo, zmieniłem
dane i pseudonimy.
Zapraszam do lektury, która być może nie będzie należała do przyjemnych,
gdyż wchodzicie Państwo do przedsionka piekła zbrodni. Tu kończą się
wszelkie znane nam zasady. Tu normy określa ten, kto ma władzę. A władzę
daje zbrodnia.
Janusz Szostak
Rozdział 1
ROZDZIAŁ 1
Nie ma przyjaźni z gangsterami
Przez wiele lat gang dowodzony przez Sławomira O. "Uchala" bezkarnie
terroryzował nadbużański Wyszków. Ten mechanik samochodowy uważał się za
właściciela malowniczego mazowieckiego miasteczka. W bandyckiej
hierarchii wybił się dzięki znajomościom, jakie zawarł w więzieniu z hersztami "Wołomina".
Henryk N. "Dziad" także wydawał się zadowolony z tej znajomości: - Jak
będzie trzeba, to dzwonię do "Uchala" i przyjeżdżają chłopaki z Wyszkowa
w czterdzieści samochodów - zapewniał mnie w czasie apogeum wojny z "Pruszkowem".
Natomiast "Uchal" chełpił się swego czasu, że jego ludzie rozprawili się
z pruszkowskimi gangsterami. Do próby sił miało dojść przed barem
Paragraf, naprzeciwko gmachu sądów w alei Solidarności w Warszawie. W konfrontacji rzekomo udział wzięło ponad 200 gangsterów z obu gangów.
Górą miał być "Uchal" i jego ekipa. Jednak trudno znaleźć potwierdzenie
tej legendy.
- Pierwszy raz o tym słyszę - mówi mi Mariusz K. "Golden", związany
przed laty z "Wołominem" i mocno nieprzychylny "Pruszkowowi". - Co do
rozpędzenia pruszkowiaków, to była taka sytuacja, ale dotyczyła
"Salaputa", wspólnika "Kikira", który ostrzelał z karabinu maszynowego
pruszkowskich. Byli tam na pewno "Pershing" i jego ochrona. To działo
się gdzieś w pobliżu "pigalaka". Niedługo po tym jak "Wariat" wysiadł z samochodu na światłach przy Dworcu Centralnym. Podszedł do auta
"Pershinga", wyjął klamkę i strzelił. Ale zapomniał załadować gnata i lufa była bez naboju. "Pershing" się zesrał i poszli z piskiem opon.
"Salaput" wtedy z nim walczył. Ale nie słyszałem, aby byli tam ludzie
"Uchala" - mój rozmówca rozwiewa mit o poskromieniu "Pruszkowa" przez
"Wyszków".
Niemniej "Uchal" zbudował swoją legendę. W latach 1996-2003 kierował
jedną z najgroźniejszych grup przestępczych w Polsce. Tak przynajmniej
ocenili to prokuratura i sąd. Opłacali mu się niemal wszyscy
przedsiębiorcy w Wyszkowie i okolicy. Gangster nie krył, że ma w kieszeni miejscową komendę policji oraz prokuraturę. Było to dla
wszystkich oczywiste. Informowały o tym media, a gangsterzy i policjanci
nadal żyli w doskonałej komitywie. Gang współpracował także z grupami
przestępczymi z Łomży i Suwałk. W tym rejonie Polski grupa wyszkowska
nie miała konkurencji.
Jednym z filarów gangu "Uchala" był niejaki "Buhaj". Według moich
rozmówców był człowiekiem pozbawionym skrupułów. Mimo tej ułomności
charakteru miał przyjaciela - Sławomira K. ps. "Kurzątek". Wiadomo
jednak, że każda przyjaźń przechodzi ciężką próbę, gdy w grę wchodzą
pieniądze. Ta tego testu nie wytrzymała.
- Pod koniec 2002 roku Sławek wziął do sprzedania od "Mutantów"
kradziony autobus. Chcieli za niego 30 tysięcy dolarów - objaśnia mi
szczegóły tego geszeftu Zygmunt, jeden ze starych wołomińskich gangusów.
- Pośredniczył w tym Marek D. nazywany Wackiem, który latał z "Mutantami". "Buhaj" z "Kurzątkiem" wzięli ten autobus w komis. Czas
mijał, a oni nie mogli go opchnąć. "Kurzątek" jednak nie chciał dłużej
zwlekać z zapłatą dla "Mutantów". Zamierzał zwrócić im kasę, ale "Buhaj"
był odmiennego zdania. I w tym czasie poszedł na leczenie do szpitala
psychiatrycznego, bo chciał sobie wyrobić żółte papiery. Ale, jak się
później okazało, nie tylko o to mu chodziło. Ja wówczas umówiłem się z "Kurzątkiem" przed hotelem w Wyszkowie. Zadzwoniłem do Sławka, że czekam
na niego. Odpowiedział, że będzie za piętnaście minut, tylko jeszcze na
chwilę spotka się ze szwagrem "Buhaja". Ten typ miał ksywkę "Chałapa".
Sławek pojechał na spotkanie z nim. Po piętnastu minutach, gdy nadal go
nie było, zadzwoniłem ponownie do niego. Telefon był wyłączony.
Pomyślałem, że coś się dzieje. Pojechałem do Warszawy i od tego czasu
Sławek już nigdy nie odezwał się do mnie ani do nikogo innego. Ślad po
nim zaginął.
Na drugi dzień mój rozmówca zadzwonił do "Buhaja":
- Co z "Kurzątkiem", bo nie mogę się do niego dodzwonić?
- Nie mam pojęcia, co się z nim dzieje. - "Buhaj" odebrał telefon w szpitalu.
- Ale chyba go zawinęli "Mutanci", bo im nie oddał pieniędzy za autobus
- łgał wyszkowski gangus, jakby zupełnie nie przejął się losem
przyjaciela.
- Nie wiedział, że ja dzwoniłem do Sławka pięć minut przed jego
zaginięciem i powiedział mi, że spotyka się ze szwagrem "Buhaja" -
zauważa mój informator i dodaje: - Leżąc w szpitalu, "Buhaj" zapewnił
sobie alibi. Poświęcił przyjaciela dla paru dolarów. "Mutanci" nie
wiedzieli, że "Buhaj" też należy do tego autobusu. Widzisz sam, co
ludzie mogą zrobić dla paru groszy. On zarobił na tym autokarze
przynajmniej dubla. A dla 45 tysięcy dolarów zakopali przyjaciela.
Zawsze łatwiej zabić kogoś, kto się tego nie spodziewa, ufa i podjedzie
w każde miejsce, które mu wskażesz. Nie ma wtedy żadnego ryzyka, że coś
nie wyjdzie, nie trzeba nadstawiać karku, dokonując napadu na obcą
osobę. W podobny sposób pozbyli się innego swojego kumpla, "Miękkiego" -
twierdzi mój rozmówca.
Wieczorem 5 lutego 2003 roku Sławomir K. "Miękki" podjechał audi przed
swój dom w Rybienku Leśnym. Mężczyzna został zaskoczony przez kilera,
który zaszedł go od tyłu i strzelił mu w potylicę. Kolejne pociski
trafiły w plecy. Na ratunek nie było szansy. Sprawców tej egzekucji
nigdy nie ustalono, choć dla nikogo nie było tajemnicą, iż "Miękki" jest
ofiarą porachunków wyszkowskiego świata przestępczego. Mówiło się, że
"Miękki" chce przejąć "Wyszków". To jednak nie miało prawa się udać.
Marek D. ps. "Wacek", który pośredniczył przy dilu z autobusem
"Mutantów", także nie miał żadnych zasad moralnych. To on miał stać za
zleceniem uprowadzenia syna swojego dobrego kolegi Tadeusza W.
- "Wacek" latał dla "Uchala" i "Mutantów" - objaśnia Zygmunt. - On
dobrze znał się z ojcem tego chłopaka i go wystawił.
- Siedemnastoletni wówczas Kamil W. był synem właściciela ubojni cieląt
w Turzynie i najbogatszego człowieka w powiecie wyszkowskim. Uprowadzono
go w nocy z 8 na 9 lipca 2000 roku, gdy wracał z dyskoteki w Brańszczyku. Odwoził z kolegą, również Kamilem, dziewczynę, którą ten
poznał na dyskotece. Gdy zostawili ją przed domem i zawrócili do
Turzyna, doszło do napadu.
W nocy do rodziny W. w Turzynie przybiegł Kamil Z. Był zdenerwowany,
mówił, że jakieś samochody zablokowały im drogę i kilku mężczyzn
wyciągnęło Kamila z samochodu, a on zdołał uciec. Około ósmej rano, 9
lipca 2000 roku, ojciec chłopaka odebrał telefon. Męski głos w słuchawce
poinformował go, że porywacze mają jego syna i zażądał miliona dolarów
okupu.
- To jest mięso, to się psuje. Zbieraj jak najszybciej te pieniądze, bo
jak nie, to otrzymasz palec, ucho lub inną część ciała swojego syna -
groził bandyta Tadeuszowi W., który po chwili usłyszał także głos
swojego syna:
- Tata, ratuj, bo ja dłużej nie wytrzymam! - krzyczał rozpaczliwie
Kamil.
Jak się później okazało, chłopaka przetrzymywano w miejscowości Sadoleś
koło Węgrowa. Cały czas był skuty łańcuchami i kajdankami, a na głowie
miał torbę foliową oklejoną taśmą.
- Ojciec tego Kamila przyjaźnił się z "Wackiem", "Kikirem", "Klepakiem"
i "Jogim". Oni na święta zawsze dostawali za darmo wędliny z jego
masarni. Organizował im imprezy na swój koszt. Mówili na niego "Cielak",
bo zanim otworzył masarnię, to skupował cielęce skóry i handlował nimi.
Skupował je na targach od osób, które handlowały cielęciną. Chciał być
kolegą tych gangusów, bo obawiał się, że "Uchal" będzie przysyłał mu
ludzi po haracz. Tak się asekurował. Jednak znajomości ze światem
przestępczym okazały się dla niego zgubą. Bo przy dzieleniu się
jajeczkiem czy przy śledziku z tymi niby-kolegami zawsze był alkohol. A "Cielak" jak się napił, to lubił się chwalić tym, ile zarabia. To tylko
podsycało pomysły biesiadników, kombinowali, jak mu odebrać tę kasę -
objaśnia Robert, były członek grupy markowskiej, który uczestniczył w tych spotkaniach. - Założenia tych ludzi były proste. Skoro obraca się
wśród bandziorów i chce być sztywny [w tym przypadku: trzymający się
przestępczych zasad - przyp. red.], to nie pójdzie na policję. No i "Wacek" dogadał się z "Mutantami", że porwą "Cielakowi" syna. Ale nie
powiedzą o tym ani "Kikirowi", ani "Uchalowi", bo "Wacek" latał i z "Uchalem", i z "Mutantami". Jednak "Cielak" nie był taki charakterny,
jak uważano, i na początku poszedł po pomoc do Krzysztofa Rutkowskiego,
a ten zgłosił porwanie na policję.
Policja 31 lipca 2000 roku zatrzymała jedenaście osób podejrzanych o udział w porwaniu , a 2 sierpnia Kamil został oswobodzony. Znaleziono go
w bagażniku poloneza zostawionego na parkingu w Błoniu. Był związany
łańcuchami, skuty kajdankami, na oczach od trzech tygodni miał
przepaskę.
- Dobrze, że uwalnialiśmy go w nocy, bo w dzień mógłby oślepnąć -
zauważył wówczas komisarz Tadeusz Kaczmarek z mazowieckiej policji.
Kamil był wycieńczony. Porywacze przez tydzień nie dawali
siedemnastolatkowi jedzenia. Chłopak miał odparzone nogi i uda, bo, jak
zeznał, w trzydziestostopniowym upale musiał się załatwiać w spodnie.
Gdy prosił o wodę, kopali go po genitaliach. Od kajdanek miał okaleczone
dłonie.
- Porywacze byli tak tępi, że nie potrafili zdjąć chłopakowi kajdanek,
bo zgubili kluczyk. Przez ich głupotę i brak wyobraźni o mały włos nie
straciłby rąk. Tych ludzi cechowała totalna znieczulica. Nie wiem, czy
było to wynikiem ograniczenia umysłowego, ale oni nie mieli empatii do
drugiego człowieka. Pewnie w domu otrzymali zimne wychowanie. Dla nich
najważniejsze było, aby zdobyć pieniądze za tego dzieciaka. Nieważne, w jakim stanie będzie chłopak. Gdy nieraz słuchałem, jak opowiadali o swoich wyczynach, to wydawało mi się, że koloryzują, ale potem okazywało
się, że oni są tacy w rzeczywistości - ocenia Robert.
Za uprowadzenie Kamila W. przed sądem odpowiedziało pięć osób: Mirosław
K. "Miron" i jego żona Monika, Marek G., Wiesław K. i Rafał T. "Tołdi".
Skazano ich 6 grudnia 2002 roku na kary od półtora roku w zawieszeniu do
piętnastu lat pozbawienia wolności. Najdłuższy wyrok przypadł w udziale
"Mironowi", który dziś jest świadkiem koronnym.
Jednak głównych organizatorów porwania nie udało się posadzić na ławie
oskarżonych. Przy okazji tej sprawy cień padł także na Krzysztofa
Rutkowskiego. Dwóch uczestników porwania - "Miron" i "Tołdi" - poważnie
obciążyło detektywa, twierdząc, że prawdopodobnie współpracował z gangsterami.
- My mieliśmy porywać, a on miał się zajmować sprawami okupu. To od
Rutkowskiego wiedzieliśmy, co dzieje się w domu porwanego Kamila W. -
twierdził "Tołdi" w rozmowie z TVP Info. Także "Miron" poważnie obciążył
detektywa.
Jak twierdzi gangster, w 1999 roku w domu Jacka K. "Młodego Klepaka" z gangu wołomińskiego doszło do współdziałania gangu z Rutkowskim:
- "Omawialiśmy współpracę w zakresie porwań. Została podjęta rozmowa, że
po uprowadzeniu przez nas jakichś ludzi będziemy informowali o tym Jacka
K., a on będzie przekazywał te informacje Rutkowskiemu" - stwierdził
"Miron". Według niego układ był prosty: detektyw - mając kontakt z porywaczami - będzie dawał znać kidnaperom, aby zwolnili zakładnika, a wtedy odbierze wynagrodzenie od rodziny i podzieli się pieniędzmi z przestępcami.
Jednak Krzysztof Rutkowski stanowczo zaprzeczał tego typu rewelacjom.
- To jest idiota ten "Miron". Jak poszedł na współpracę z policją i Rutkowskim, to później wygadywał, co mu się tylko wydawało - kwituje
jeden z dawnych kompanów Mirosława K.
O relacje "Mirona" z Krzysztofem Rutkowskim pytam Zygmunta ze starego
"Wołomina".
- Na mieście to on był urka [w tym przypadku: chojrak, zabijaka -
przyp. aut.]. Zwłaszcza w grupie, z kolegami, znęcał się nad innymi i kozaczył. Szczególnie bywał aktywny, gdy bił słabszego lub niemogącego
się bronić. Podobnie jak "Kozioł" albo "Tołdi". Ale gdy trzeba było za
to trochę posiedzieć, to od razu pierwsi szli na współpracę. - Zygmunt
surowo ocenia dawnych kolegów. - "Miron" przy tym porwaniu od razu
dogadał się z Rutkowskim. A ten dał mu telefon, aby zadzwonił do Jurka
B. ["Mutant" vel "Juri" - boss gangu "Mutantów" - przyp. aut.],
prosząc go, żeby wypuścili tego chłopaka, to wszystko będzie dobrze.
"Mutant" był wtedy z "Kozłem" i Jackiem K. "Kalbarem", u którego kuzyna
w Sadolesiu ten chłopak był więziony. Odpowiedział "Mironowi", że nie
wie, o czym gada, i kazał mu zadzwonić, jak wytrzeźwieje. Jednak
powstała panika, bo już było zagrożenie z dwóch stron. Od policji i "Kikira", który po porwaniu chłopaka dzwonił do "Mutantów" i prosił,
żeby pomogli mu znaleźć tych, co porwali syna jego przyjaciela.
- To tak, jakby na mnie podnieśli rękę - tłumaczył Andrzej C. "Kikir".
Wkrótce tak też się stało. Ludzie "Kikira" wydali na niego wyrok
śmierci.
Rozdział 2
ROZDZIAŁ 2
Śmierć na raty
Andrzej C. "Kikir", legenda warszawskiego półświatka. Stał na czele
grupy markowskiej i podlegali mu także "Mutanci". Co prawda "Kikir"
regularnie siedział w więzieniu, ale często wychodził na przepustki i miał kontakt ze swoimi ludźmi. Gdy porwano Kamila W., był właśnie na
wolności. Czuł, że jego ludzie mogą mieć z tym coś wspólnego.
- "Kikir" spotkał się z "Mutantami" przed cmentarzem w Markach -
opowiada mi "Golden". - Byli tam między innymi: "Juri", "Pikus" i "Cieluś".
- Macie coś wspólnego z porwaniem tego małolata? - zapytał "Kikir" bez
zbędnych wstępów.
- No co ty, Andrzej! Nikt by ciebie w chuja nie walił - odpalił Robert
C. "Cieluś", zwany też Robinsonem.
- To wasza robota? - "Kikir" nie zważał na deklarację "Cielusia". -
Przyznajcie się od razu, to da się to jakoś odkręcić. Nikt nie będzie
miał do was żalu. Ale jak się wyda, że to jednak ktoś z was zrobił, to
żywcem zakopię na tym cmentarzu - zagroził swoim ludziom.
- Jak wrócili z tej cmentarnej rozmowy, to od razu zawołali tych
chłopaków, co do tego porwania byli, i ustalili, że trzeba "Kikira"
zlikwidować, bo on ich wszystkich odjebie - twierdzi "Golden".
- "Kikir" nie przewidział tego, że jego ludzie mogą stanąć przeciwko
niemu. Zupełnie się przeliczył - ocenia Jan "Majami" Fabiańczyk, były
stołeczny policjant.
Zrozumiał, że jego ludzie go okłamali dopiero wówczas, gdy wkrótce w ręce policji wpadło kilku porywaczy. To przelało czarę goryczy. Andrzej
C. wpadł w szał. I to był praktycznie koniec jego gangu.
- Część chłopaków została z "Kikirem", inni przystali do "Jurija". U "Kikira" został kret - "Cieluś". Wyłapywał dla "Mutantów" informacje -
zeznawał "Tołdi".
- "Kozioł" opowiadał, że wówczas zapanowała wśród nich straszna panika,
bo "Kikir" o pomoc zwrócił się do "Klepaka" i wszyscy od niego też byli
za znalezieniem tych, którzy porwali syna ich kolegi - tłumaczy Zygmunt.
- A gdyby wyszło, że "Mutanci" ich okłamali, to od momentu rozmowy przed
cmentarzem ich życie było na kartę kredytową. Wiedzieli, że ten debet
zaraz się skończy, jeżeli nie wyprzedzą ruchów "Kikira" i go nie odpalą.
Skupili się na zorganizowaniu zamachu na niego.
Było wiadomo, że musi polać się krew: - Albo on nas zabije, albo my
jego! - stwierdzili rebelianci i postanowili się pozbyć byłego szefa.
W nocy z 23 na 24 września 2000 roku - dzień po tym, jak wyszedł na
pięciodniową przepustkę z więzienia w Radomiu - "Kikir" jechał swoim bmw
wraz z żoną, za nim renaultem clio podążał Arkadiusz Z., osobisty
ochroniarz. Wracali z dyskoteki. Powoli zbliżała się północ, gdy byli
niedaleko Emilianowa i zaledwie kilkanaście kilometrów od centrum
Warszawy. Nie zwrócili uwagi na wyprzedzający ich samochód terenowy. W chwilę później w ich kierunku padły strzały. Kule poszatkowały oba
samochody. "Kikir", jego żona i ochroniarz zostali ranni. Najpoważniej
ucierpiał Andrzej C., który w czasie ataku zamachowców własnym ciałem
osłaniał małżonkę. Kule uszkodziły mu tętnicę i żyłę ramienną.
"Poczułem, jak kule rozrywają mi sweter i skórę na klatce piersiowej.
Strzelali do mnie chyba z karabinów automatycznych. Nie wiem, kto chciał
mnie zabić" - zeznawał "Kikir" przesłuchującym go policjantom.
Tylko błyskawiczna pomoc lekarska i skomplikowana operacja uratowały mu
życie. Andrzej C. dochodził do siebie w szpitalu wojskowym przy
Szaserów.
Okazuje się, że gangster z Marek miał w tym czasie problemy nie tylko z "Mutantami". Miesiąc przed atakiem na samochód "Kikira", na drodze z Wołomina do Duczek, ostrzelano auto Grzegorza K. "Ojca" - gangstera
powiązanego w tym czasie z "Dziadem".
- Wyszedłem z tego bez szwanku - wyjaśnia mi "Ojciec". - Ale ci kilerzy
mieli pecha, bo poznałem, kto do mnie strzelał. Tydzień później "Kikir"
wyszedł na przepustkę i spotkał się ze mną. Wymyślił tłumaczenie godne
Nagrody Nobla. Powiedział, że to on kazał mnie postraszyć, bo działo się
to w czasie, gdy "Mutanci" narzucili haracz na Janusza Ch. za to, że
wiedział, iż "Dziad" chciał odpalić "Kikira", a Janusz go nie ostrzegł.
I za to miał ponieść karę.
- Mocno skomplikowane - zauważam.
Było to tak, że koło domu "Kikira" znaleziono ładunek wybuchowy - dwa
pociski armatnie zakopane przy drodze w Markach. Nieopodal w busie
siedzieli Cezary L. "Ślepy" oraz Janusz Ch. - obaj powiązani z Henrykiem
N. "Dziadem" - czekali, aby dać znać, gdy "Kikir" będzie wracał do domu.
Wtedy "Długopis" miał zdetonować bombę. Andrzej C. miał zginąć, gdyż
popierał Czesława K. "Cebera" w sporze z "Dziadem".
W lokalu, który "Ślepy" prowadził w Wołominie, pojawił się pewnego dnia
"Ceber" i oznajmił, że zamierza zabrać z lombardu "Dziada" zdeponowane
tam pieniądze i otworzyć własny biznes.
- "Ceber" planował uruchomić swój kantor oraz lombard i wycofał
pieniądze zainwestowane w biznes z "Dziadem". Heniek bał się, że straci
klientów w swoim lombardzie. Co było równoznaczne z wyrokiem na "Cebera"
- mówił mi o tym Grzegorz K. "Ojciec" w książce "Komando śmierci".
"Ceber" domagał się także od "Ślepego" i Janusza Ch. zabrania swojej
kasy włożonej do lombardu "Dziada" i przyniesienia do jego, który
rzekomo otwiera razem z żoną Stanisława K.
- Im to się jednak nie spodobało. Z tą wiadomością, którą usłyszeli od
Cześka, pobiegli od razu do "Dziada". Panika była duża. Zapadła decyzja
o eliminacji "Cebera" - mówi Zygmunt, który był świadkiem tej rozmowy.
Wszystkich jednak zaskoczyło, że interesy z "Ceberem" chce robić, przez
swoją żonę, Stanisław K.
- Ze Staśkiem nie było kontaktu, ponieważ siedział i nikt nie wiedział,
jakie jest jego zdanie na ten temat - dodaje Zygmunt. - Przed
zamknięciem Stasiek prowadził już kantor i zostawił lokal, a jego żona
twierdziła, że "Ceber" tylko od niej go wynajął. A ona i Stasiek nie są
jego wspólnikami w tym biznesie. To było końcem działalności i życia
"Cebera".
"Cebera" w tym sporze z "Dziadem" wspierali "Kikir" i "Salaput". Dlatego
Henryk N. dedykował "Kikirowi" dwa pociski armatnie. Ale Janusz Ch. i "Ślepy" zostali tego wieczoru wylegitymowani przez policyjny patrol.
Zatem odpuszczono sobie zamach. Jednak pozostawiono pociski zakopane
przy drodze. Ze względu na to, że były zakopywane w nocy, zamachowcy
zostawili wiele śladów, które rano dostrzegli ludzie "Kikira". Szybko
zorientowali się, że coś jest zakopane w pobliżu domu ich bossa.
- Te pociski zobaczył Wiesiek "Krawiec" - wyjaśnia Zygmunt. "Markowscy"
gangsterzy zgłosili to na policję. Wezwano saperów, którzy rozbroili
ładunek.
- Szybko skojarzono, kto stoi za próbą zamachu, że to robota "Dziada".
Wtedy naprawdę zaczęto się bać "Dziada" i jego ludzi. Bo wcześniej to
się śmieli z niego, że to węglarz i gołębiarz. Bo co z niego za bandyta,
jak nie latał z giwerą po mieście i nic nie ukradł, a jego największym
przestępstwem był handel spirytusem, który sprowadzał "Wariat". Dopiero
wtedy docenili "Dziada" także inni. Jednak niektórzy nadal nie wierzyli,
że "Dziad" ma takie jaja - zauważa chłodno Zygmunt.
Andrzej C. od początku domyślał się, że może to być robota "Dziada".
Potwierdziła to informacja, którą dostał od policji, że w pobliżu
parkował samochód, którym kierował Cezary L. Tego wieczoru już nie żył.
Rzekomo torturował go "Fragles", któremu wyznał, że był z nim Janusz H.
Do uprowadzenia i śmierci Cezarego L. jeszcze wrócimy.
Tymczasem zapadła decyzja o porwaniu Janusza Ch. "Kikir" był wściekły,
że ten nie powiedział mu o bombie, choć przez wiele lat się przyjaźnili.
Zatem wyrok był przesądzony i nie przewidywano od niego odwołania.
Jednak mareccy gangsterzy nie chcieli od razu zabić Janusza Ch.
Planowali go najpierw okraść, bo było z czego. Niechybnie potem
poszedłby do piachu. Ale "Kikir" nie zdążył w pełni zrealizować tego
planu.
- Wywieźli Janusza do lasu i pobili, a gdy go wypuszczali, to jeszcze
przecięli mu ścięgna nożem nad piętą, aby go upokorzyć. Była to wspólna
akcja ludzi "Kikira" oraz "Klepaka". Janka wydzwonił "Rudy" od
"Klepaka". Jak podjechał mercedesem, to już na niego czekali wołomińscy
z "Mutantami". Zabrali mu samochód i narzucili 50 tysięcy dolarów kary.
Gdy Janusz wrócił ze szpitala po zszyciu nogi, była 23.00. Zadzwonił do
mnie i do mojego wspólnika Staśka K. Pojechaliśmy do Janka i gdy
wracałem od niego, około pierwszej w nocy, zajechał mi drogę polonez, a jeden z pasażerów zaczął do mnie strzelać. Ta akcja była zorganizowana
na szybko i nie zdążyli się nawet przebrać, zamaskować. Byli w tych
samych ubraniach, w jakich widziałem ich rano. Tylko kominiarki włożyli.
Wrzuciłem wsteczny, długie światła i cofałem się tak szybko, jak się
dało. Uderzyłem samochodem w jakąś barierę, wyskoczyłem na drogę i wtedy
w światłach mojego auta zobaczyłem, kim są napastnicy. Od razu był
przypał, bo przeżyłem, a oni byli pewni, że zginę - snuje opowieść
"Ojciec".
- Zdaje się, że mniej więcej w tym czasie "Kikir" trafił do szpitala
przy Szaserów po ostrzelaniu jego bmw. Niektórzy twierdzili, że za tym
zamachem stał pan. Motyw by się znalazł.
- Istniała taka wersja i byłem w kręgu podejrzewanych. Mogłem mieć powód
po tym, jak usiłowano mnie zabić. Ale ja tego nie zrobiłem.
- Jak zatem potoczyły się wypadki po nieudanym zamachu na pana?
- Wtedy "Klepak" i "Rudy" uderzyli o pomoc do "Kikira" i nakłaniali go,
aby wziął to na siebie. Było to w tym samym czasie, gdy Andrzejowi C.
ostrzelali bmw, a on trafił do szpitala przy Szaserów. "Kikir" poprosił,
aby go tam odwiedził mój wspólnik Stasiek K. Tłumaczył mu, że tylko
chciał mnie postraszyć, bo wiedział, że jak ja ze Staśkiem przyjechałem
do Janka, to Janek nie będzie płacił "Kikirowi" żadnych pieniędzy. Wtedy
"Kikir" usłyszał jeszcze od Staśka, że muszą oddać Jankowi mercedesa i wtedy będziemy kwita. Andrzej obiecał, że zaraz "Mutanci" oddadzą to
auto. I rzeczywiście postawili je na stacji benzynowej i powiedzieli
nam, gdzie jest do odebrania. "Kikir" zgodził się na to tylko dlatego,
że ja mu kiedyś życie uratowałem. No to byliśmy już kwita - objaśnia
Grzegorz K. "Ojciec"
- To mocno pogmatwana historia - zauważam, usiłując ogarnąć niemal
filmową opowieść "Ojca".
- No fakt. Te bzdury, co on opowiadał, Stasiek nagrywał na dyktafon,
żeby potem puścić tę rozmowę "Klepakowi". W tej sprawie jest istotne to,
o czym już mówiliśmy, że gdy "Kikir" został ostrzelany, to mnie jako
pierwszego typował na zamachowca. Nikt wtedy nie brał pod uwagę
"Mutantów". Po tej strzelaninie "Mutanci" od razu odwiedzili go w szpitalu, on im zakomunikował, że mnie podejrzewa o ten zamach. Bardzo
im wówczas ulżyło.
Ta sytuacja mocno zmyliła "Kikira", w konsekwencji tego nie zdążył
wyzdrowieć - 20 października zastrzelono go w sali oddziału
chirurgicznego. Już wcześniej podejmowano takie próby, lecz zamachowcy
przychodzili po czasie widzeń i nie byli wpuszczani przez pielęgniarki
na oddział. Pojawiały się także budzące grozę pomysły, aby do sali, w której leży boss grupy mareckiej, wrzucić granaty.
W końcu sprawy w swoje ręce postanowił wziąć Ukrainiec Albert Juriowicz
P. "Alik". Był to znany płatny zabójca wcześniej związany z lubelskim
gangiem "Pierza". Za to zlecenie zażądał rzekomo 100 tysięcy złotych.
"Mutanci" zorganizowali zrzutkę na kilera, jednak udało im się zebrać
tylko 30 tysięcy.
"Alik" przyszedł do szpitala około 21.00. Wszedł do środka pewnym
krokiem przez główne wejście. Nikt nie zwracał na niego uwagi. Nikt go
nie zatrzymywał, mimo że godziny widzeń dawno minęły, ponieważ kiler był
przebrany za księdza. Szedł prosto do celu, w kierunku sali numer 10.
Andrzej C. leżał w niej sam. Ponoć gdy kiler stanął w drzwiach, to
"Kikir" usiłował schować się pod łóżko. Egzekutor oddał do niego co
najmniej sześć strzałów. Kule rozerwały żołądek, serce i płuca.
Tymczasem mafijny cyngiel spokojnie wyszedł ze szpitala.
W notatce, którą na miejscu zbrodni sporządził jeden z policjantów,
czytamy: "Ochroniarz zaprowadził nas na oddział chirurgii do sali numer
10, gdzie między łóżkami na brzuchu leżał mężczyzna z widocznymi ranami
postrzałowymi w górnej partii pleców. Ustaliłem, że denatem jest pacjent
szpitala Andrzej C., syn Waldemara, urodzony 26 listopada 1960 roku".
Za miesiąc "Kikir" miał obchodzić 40. urodziny.
- Gdyby Andrzej nie próbował walczyć ze wszystkimi, toby się
zorientował, że jego własna ekipa chciała go zabić za to, że szuka
porywaczy Kamila - twierdzi "Ojciec". - Gdyby nie pochytrzył się na tego
mercedesa Janka, to pewnie miałby podpowiedziane, kto porwał tego
chłopaka. Bo my wiedzieliśmy, że to "Mutanci" zrobili. "Tołdi" mówił
swojemu wujkowi Władkowi K., który był naszym wspólnikiem, że wozi do
Sadolesia żarcie, a tam trzymają tego chłopaka. Mówił też, że "Kikira"
ostrzelali i chcą go dobić w szpitalu. Te grupy w tamtym czasie były ze
sobą powiązane. Jednak nie każdy zasługiwał, aby go ostrzec przed
wrogiem. Po ostrzelaniu mojego samochodu nikt "Kikirowi" nie zamierzał
drugi raz ratować życia. I właśnie od tej pory żył na debecie.
Czekaliśmy, jak długo to potrwa. "Klepak" z "Rudym" po tej akcji z "Kikirem" zostali sami. Wiedzieli, że nie mogą już liczyć na pomoc
"Mutantów" - dodaje "Ojciec".
- W obawie, że za strzelanie do mnie może być odwet, podjęli decyzję, że
muszą odpalić Staśka K., bo mieszkał w Wołominie i był związany z "Dziadem". Na Wołominie dużo ludzi zwracało się do niego o pomoc, co nie
podobało się "Klepakowi" i "Rudemu" - "Ojciec" objaśnia kulisy
gangsterskich porachunków.
Było grudniowe popołudnie 2000 roku, kiedy Stanisław K. podjechał pod
swój dom w Wołominie. Był bardzo ostrożny. Nigdy nie zatrzymywał się,
gdy pod sklepem naprzeciwko jego domu stał jakikolwiek samochód lub
kręcił się ktoś podejrzany. Tego dnia stracił czujność i podjechał. Gdy
otwierała się automatyczna brama jego posesji, ze stojącego pod Żabką
samochodu wyskoczyło dwóch kilerów. Zaczęli strzelać do auta K.
Mężczyzna był osaczony - mógł jechać jedynie do przodu. Egzekutorzy
wbiegli za nim na podwórko. Dalej nie miał już dokąd uciekać. Uderzył
samochodem w dom. Słysząc hałas, z okna domu wyjrzała żona Stanisława K.
Widziała kilerów dobiegających do auta męża i jak padł martwy, trafiony
kulami zamachowców.
- Od tej pory "Klepak" stał się bardzo elektryczny [ostrożny - przyp.
aut.], gdyż w Wołominie został Tomek D. "Daca", pasierb Staśka. A ten
nie uchodził za normalnego. Nieraz po pijanemu strzelał do ludzi od
"Klepaka" - opowiada Zygmunt. - Stasiek zawsze go wyciągał z kłopotów i załatwiał wszystko tak, żeby nie było konsekwencji. Mówił, że chłopak ma
problemy z głową po trepanacji czaszki. Gdy Staśka już nie było, to
Tomek najpierw jednemu typowi na siłowni w Wołominie strzelił w stopę,
to jakoś zostało załagodzone. Ale wkrótce mocno się rozbrykał. Gdy dwóch
ochroniarzy wyrzuciło go z baru, poszedł do domu po broń. Wrócił i zaczął strzelać. Postrzelił jednego. Tego już nie dało się załagodzić i "Daca" wylądował w areszcie. Jednak biegli uznali, że był niepoczytalny
i dostał tylko dwa lata. Tyle, co na sankcji przesiedział.
"Daca" miał między innymi na koncie udział w wielu brutalnych napadach
na konwojentów. Był związany z "Mokotowem", a 19 maja 2018 roku brał
rzekomo udział w rozkmince [próbie rozwiązania jakichś problemów -
przyp. aut.] grupy mokotowskiej z czeczeńską mafią w Pruszkowie. Jest
oskarżony w procesie gangu obcinaczy palców.
Wróćmy jednak do egzekucji wykonanej na "Kikirze". Jego morderca także
niedługo cieszył się życiem.
19 kwietnia 2001 roku na ulicę Olbrachta, na warszawskiej Woli,
przyjechał rowerem kiler. Niejednokrotnie bywał tu prywatnie. Tym razem
miał wykonać egzekucję na "Aliku", mordercy "Kikira".
Ukrainiec wyszedł na spacer ze swoim psem. Gdy szedł ulicą Olbrachta,
pojawił się przy nim rowerzysta, który niespodziewanie wyciągnął broń,
oddał dziesięć strzałów, po czym zakręcił szybko pedałami i odjechał.
- "Alik" był związany z "Mutantami" i oni po zabójstwie "Kikira"
zwariowali, licząc, że przejmą Warszawę i będą rządzić - wyjawia
"Obuch", były mokotowski gangster. - Chcieli wejść na Ursynów. "Alik"
zaczął się prężyć do "Korka" przez telefon. Ale ten grzecznie go
poprosił, żeby "Mutanci" dali sobie spokój i odpuścili Ursynów. Byłem
przy tej rozmowie i widziałem, jak Andrzej się wkurwił, gdy usłyszał od
"Alika", że nie wie, z kim rozmawia, i jego czas się skończył.
- Od tej chwili żyjesz na kredyt, ciesz się każdym następnym dniem, bo
to długo nie potrwa - nakręcał się ukraiński kiler. I to było jego
największym nieszczęściem, gdyż obraził i zlekceważył potężnego
przeciwnika. Po tej rozmowie od razu było zebranie mokotowskich
gangusów.
- Kto zna tego ruskiego kutasa? - padło pytanie. - Popytajcie o niego na
mieście.
Okazało się, że "Alika" znał jeden z późniejszych liderów młodego
"Mokotowa". Ukrainiec często przychodził do knajpy, w której pracowała
jego dziewczyna.
- Jeżdżę tam po nią i często widuję tego "Alika", co z "Mutantami" lata.
- No to wyczapujesz go [zastrzelisz - przyp. aut.]. - Młody gangster
dostał bojowe zadanie.
- Była to jego pierwsza robota, tak zwana firmówka. Ale nie miał sam
tego robić. Dostał za kompana swojego dobrego kumpla. Od rozmowy "Korka"
z "Alikiem" nie minęły dwa tygodnie. Dali im sprzęt i kasę jako premię.
Pojechali na akcję na rowerach. O mały włos zostaliby uwaleni przy tej
robocie. Bo gdy "Alik" wyszedł na spacer z psem i zobaczył, że ci dwaj
pedałują w jego stronę, to wyczuł zagrożenie i zaczął się ostrzeliwać -
relacjonuje "Obuch", jakby przy tym był. - Po tej robocie tych dwóch
zaczęło brać zlecenia za kasę. Oddychali pełną piersią, gdyż wtedy
dopuszczono ich do Andrzeja. To zabójstwo ustawiło jednego z nich wysoko
w hierarchii "Mokotowa". Poczuł się wtedy bogiem, że to on był tym,
który ustalił, gdzie szukać "Alika", i go odpalił. Wszyscy po tej akcji
byli dowartościowani. Wtedy także było powiedziane, że gdy kogokolwiek z naszych porwą i będą chcieli okupu, to za nikogo nie płacimy, ale go
pomścimy. Jeśli nawet go nie wypuszczą, to chłopaki zemszczą się za
kolegę.
W ten sposób ukraiński kiler uniknął oficjalnych zarzutów zabójstwa
Andrzeja C. "Kikira".
Wydawało się, że w wyjaśnieniu tej zbrodni pomogą, znani nam już z porwania Kamila W., Mirosław K. "Miron", który został świadkiem
koronnym, oraz Rafał T. "Tołdi", tak zwana sześćdziesiątka [mały
świadek koronny - przyp. aut.]. To oni opowiedzieli śledczym, kto i dlaczego zlecił zabójstwo Andrzeja C., a kto był kilerem. Na podstawie
ich zeznań prokuratura oskarżyła: Jerzego B. "Jurija" vel "Mutanta",
Wojciecha Ć. "Ćwiarę", Marka K. "Muła", Krzysztofa B. "Kozła", Adama S.
oraz "Tołdiego".
Zdaniem śledczych Adam S. kierował samochodem, z którego strzelano do
"Kikira" na trasie z Wyszkowa do Warszawy. Strzelać mieli "Jurij" oraz
"Alik", który - wynajęty między innymi przez "Jurija", "Ćwiarę" i "Muła"
- poszedł do szpitala i zastrzelił Andrzeja C.
Jednak zdaniem sądu nie było dowodów na to, aby członkowie gangu
"Mutantów" mieli związek z zabójstwem Andrzeja C. "Kikira". Zatem
wszyscy oskarżeni zostali uniewinnieni.
Egzekucja "Kikira" to splot wielu wydarzeń wywołanych porwaniem
siedemnastoletniego Kamila W., co pociągnęło za sobą lawinę innych
incydentów, z których część zakończyła się śmiercią ich uczestników.
"Kikir" i Stanisław K. nie byli jedynymi.
Rozdział 3
ROZDZIAŁ 3
Bombowe porachunki
W tym czasie na stałe do arsenału stołecznych gangsterów wchodziły
bomby. Był to nader skuteczny oręż w ogarniającej Warszawę wojnie
gangów. Nie zawsze jednak udało się w pełni osiągnąć planowany cel.
Jednym z głośniejszych zamachów była próba likwidacji Zygmunta R.
"Bola", jednego z pruszkowskich bossów. Tak informował o tym "Express
Wieczorny": "W bloku przy ulicy Ostrobramskiej 78 w Warszawie
eksplodowała bomba podłożona pod mieszkanie Zygmunta R., znanego jako
Bolo, lidera grupy pruszkowskiej. Ranny mężczyzna trafił do szpitala. W wyniku eksplozji zniszczeniu uległy trzy piętra bloku, frontowa ściana
klatki schodowej, winda i dziewięć mieszkań, w tym mieszkanie Zygmunta
R. Był to pierwszy w stolicy zamach bombowy, który mógł spowodować
śmierć niewinnych osób".
Do eksplozji doszło w lutym 1995 roku.
"Bolo" został potraktowany ładunkiem wybuchowym przymocowanym do klamki.
Gdy chciał otworzyć drzwi, detonacja wdmuchnęła go do mieszkania, a drzwi ustrzegły od śmierci. Doleciał chyba do łazienki. Pozostała
energia wybuchu wywaliła ścianę elewacyjną na poszczególnych piętrach -
wspominał jeden z mieszkańców osiedla. - Widziałem na własne oczy, jak
ściana się najpierw wydęła, potem buchnął szary kurz w gęstych kłębach,
a dopiero potem dotarło do mnie, że słyszę wybuch, który o mało nie
wywalił mi szyb. Bo mieszkam prawie naprzeciwko.
- Tam bombę podłożył Czarek D. "Młody Dreszcz" z Pawłem D. "Długopisem".
To był człowiek, który założył też bombę u "Cebera" w Markach oraz w Multi Pubie na Saskiej Kępie - mówi mój informator. - Było to jedno z ulubionych miejsc spotkań pruszkowiaków. Początkowo o zamach
podejrzewano Wojciecha K. "Kiełbasę", ale za tym stali "Młody Dreszcz" z "Dziadem" i "Wariatem", który obsesyjnie polował na "Pershinga".
"Wariat" wysłał do Multi Pubu "Długopisa", aby podłożył tam bombę.
Ładunek, który zainstalowano w przewodzie wentylacyjnym, miał zostać
zdetonowany po przyjeździe pruszkowskiego bossa. Jednak tego dnia
"Pershing" nie pojawił się na śniadaniu. Zaś zamachowcy zostali zmyleni,
gdyż jeden z gangsterów przyjechał na Saską Kępę samochodem "Pershinga".
Gdy nastąpiła eksplozja, na głowy gangsterów grających w bilard zwalił
się sufit. Nikt jednak nie zginął ani nie odniósł poważniejszych
obrażeń.
- Bomba na Saskiej Kępie też była założona, żeby pozbyć się rywali.
Pewnie tak by się stało, gdyby "Długopis" potrafił przewidzieć, że
pocisk wpuszczony w komin wentylacyjny nie opuści się do samej podłogi,
tylko zawiśnie na wysokości sufitu. Dlatego eksplozja wywołana w momencie przybycia potencjalnych ofiar nie spowodowała u nich żadnych
obrażeń. Pocisk wybuchł nad ich głowami. Przeżyli jak Hitler, któremu
życie uratowały fart i gruby stół. - Zygmunt ucieka się do historycznych
porównań, przywołując zamach na Adolfa Hitlera z 20 lipca 1944 roku w Kwaterze Głównej Wehrmachtu w Wilczym Szańcu. Tam jednak zginęły cztery
osoby, w Multi Pubie nikt.
- "Długopis" dopiero po wybuchu ocenił, gdzie popełnił błąd. Ale to nie
był zawodowiec, który znał się na wybuchach. Nie potrafił przewidzieć,
jakie będą zniszczenia. On się uczył na swoich nieudanych eksplozjach -
wyjaśnia mój rozmówca. - W tamtym czasie za większością wybuchów stał
"Długopis", który robił też bomby dla Karola S.
"Długopis" nie doczekał sędziwego wieku. Zastrzelono go 26 marca 2001
roku w Sulejówku obok baru Kubuś. Sprawcy zwabili go w to miejsce, a następnie zastrzelili z bliskiej odległości. W tej sprawie policjanci z Wydziału do Walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstw zatrzymali w 2018
roku czterdziestoczteroletniego Rafała S. i trzydziestosiedmioletnią
Annę C.
Wróćmy jednak do zamachu na "Bola", zwanego niekiedy "Kabanem".
- Co było motywem tego zamachu? - pytam byłego współpracownika Henryka
N. "Dziada".
- Bomba była podłożona za złoto, które "Bolo" dostał na przechowanie od
Jacka D. "Dreszcza", ojca Czarka. To było trzy i pół kilograma. Potem
rozpowiadali razem z "Parasolem", że to Czarek zabił ojca i jego
wspólnika. Mówili też, że to "Masa", "Kiełbasa" i Wojciech P. mieli mieć
to złoto, co było nieprawdą. To "Bolo" z "Parasolem" zawinęli złoto i mieli motyw, by zabić "Dreszcza". Wykorzystali to, że młody był z ojcem
w konflikcie. Gdy zginął Jacek, to pruszkowscy zaczęli rozpowiadać, że
Czarek zabił własnego ojca i żeby "Kiełbasa" z "Masą" rozliczyli się z Czarkiem. I że nawet Jackowi pomnika nie postawili. Dlatego Czarek tak
się mścił na "Bolu" i z "Pruszkowa" przyszedł do "Dziada", żeby u niego
latać i aby Heniek pomógł mu odebrać to złoto.
Do tych kwestii odniósł się także Jarosław Sokołowski "Masa" w protokole
z przesłuchania 14 lipca 2000 roku: "W grupie dochodziło do konfliktów
pomiędzy Dreszczami, ponieważ Jacek krótko trzymał Czarka, nas traktował
jak kolegów, a jego cały czas jak niechcianego syna, który musi być mu w pełni podporządkowany. Ośmieszał go przy grupie, nie pozwalał mu na
robienie różnych rzeczy bez pozwolenia, złamał mu charakter. W konsekwencji Czarek odłączył się od grupy i poszedł do grupy Henryka N.
Początkowo ukrywał, że jest w grupie Dziada, dopiero po śmierci ojca
przestał się z tym ukrywać. Jacek D. został zastrzelony na klatce
schodowej w bloku, w którym mieszkał. Nie pamiętam, kiedy to było.
Początkowo nie było wiadomo, kto zastrzelił Jacka D. Potem różne osoby
zebrały informacje, żeby wykryć zabójcę. Żona Jacka pieniądze i złoto
przekazała przy mnie Kiełbasie, był przy tym Czarek. Kiełbasa powiedział
mu, że nic nie dostanie, ponieważ nie należy mu się, bo zgodnie z wolą
ojca pieniądze są na operację dla dziewięcioletniego Tomka, syna Jacka.
Pieniądze i złoto zapakowane były w torbę foliową, nie wiem, ile tego
było, ponieważ Kiełbasa nie powiedział mi. Pieniądze Jacka były też u Wojtka P. (...)".
- Wtedy bomba była najlepszą walką, bo można było ją założyć w nocy i nikt nic o tym nie wiedział, a kilerzy czuli się bezpiecznie. - Zygmunt
nie ma wątpliwości. - Lepiej niż wziąć klamkę i strzelać.
- Jak zdobywaliście ładunki wybuchowe?
- W prosty sposób. Wystarczył wykrywacz metalu i trochę znajomości
historii, gdzie były walki podczas II wojny światowej. "Długopis"
jeździł z wykrywaczem w okolice Pułtuska i tam bez problemu znajdował
pociski moździerzowe, w których potem nawiercał otwór i wkładał
zapalnik, i bomba była gotowa.
- Miał jakiś specjalny warsztat?
- Większość pocisków, które były założone przez "Długopisa", była
wiercona w garażu "Dziada", który znajdował się obok jego domu. To może
się wydawać nieprawdopodobne, ale tak było. Ja widziałem, jak oni wiercą
w pociskach. Dla "Cebera" zrobili ładunek z dwóch pocisków. Jeden
wiercił wiertarką, a drugi stał obok i polewał wodą z butelki, aby
studzić metal, bo w tych pociskach był bardzo twardy. "Długopis"
wiercił, a "Ślepy" polewał wodą.
Tak było też przed założeniem dwóch pocisków moździerzowych u Czesława
K. "Cebera" 13 marca 1995 roku w jego domu w Markach.
- Czemu "Ceber" miał się pożegnać z życiem? - pytam Zygmunta.
- Heniek postanowił, że pozbędzie się Cześka, gdyż zaczął być jego
wrogiem, i to niebezpiecznym, a jeszcze chciał robić konkurencję
"Dziadowi". Pół kilometra od lombardu Heńka, w Ząbkach, na ulicy
Skorupki, postanowił otworzyć kantor i lombard wspólnie z żoną Staśka
K., który akurat siedział.
Według mojego rozmówcy przed założeniem bomby w domu "Cebera" "Dziad"
kazał swojemu synowi Pawłowi N. "Mrówie" wybić szybę w domu "Cebera",
aby potem otworzyć okno. Chodziło o to, żeby "Długopis" ze "Ślepym"
mogli założyć przy drzwiach przygotowane wcześniej pociski.
- Ja widziałem, jak wiercą w pociskach. Zrobili ładunek z dwóch
pocisków. "Długopis" je zawiózł do domu, który należał do "Cebera". Tam
uwiązał drut od ładunku do drzwi i powstała pułapka. Gdy Czesiek
otworzył drzwi, to nastąpił wybuch. To była prosta konstrukcja bomby i detonatora - twierdzi Zygmunt.
- Po włożeniu urządzenia w szparę w drzwiach działało na wzór pułapki na
myszy. Baterię z zapalnikiem łączyły dwa przewody. Po otworzeniu drzwi
wpadała ta pułapka i zwierało przewody. To było proste jak konstrukcja
cepa.
"Dziad" wiedział, jak działa "Ceber" i co zrobi, gdy dowie się, że ktoś
przy tym domu się kręcił. Dlatego przestrzegł "Mrówę", by sam poszedł
wybić szybę, aby nie było żadnych świadków.
Historia domu, w którym miała znaleźć się bomba, jest znamienna dla
interesów, jakie prowadzili "Dziad" z "Ceberem". Ów dom obaj przejęli za
długi, które sami sprowokowali. Pożyczyli właścicielowi posesji
pieniądze pod jego zastaw. Wiedzieli od początku, na co jest mu
potrzebna gotówka. Był to handlarz ze Stadionu Dziesięciolecia.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki