OD AUTORA
Pierwsze skojarzenia związane z Izraelem? Ortodoksyjni Żydzi modlący się pod Ścianą Płaczu, drzewka oliwne w Ogrodzie Sprawiedliwych Yad Vashem, Morze Martwe, w którym - ponoć - nie da się utonąć, rolnicze kibuce, piękne młode kobiety w mundurach izraelskiej armii czy parady LGBT w liberalnym Tel Awiwie. Mieście, w którym ponoć mieszka mniej Żydów niż w Nowym Jorku.
Inne skojarzenia? Mojżesz, król Dawid, Jezus, premier Ben Gurion, pisarz Amos Oz, żona Lota zamieniona w słup soli. I Albert Einstein, który miał zostać prezydentem Izraela, ale w końcu uznał, że to robota nie dla niego.
A w ostatnich latach - Lior Raz, czyli Doron, główny bohater świetnego serialu Fauda. Serialu, który opowiada o służbach specjalnych działających pod przykryciem w środowisku palestyńskich terrorystów. Serial jest bardzo popularny na całym świecie - także w Polsce - czego dowodem jest to, że powstały już jego cztery sezony i prawdopodobnie na tym się nie skończy.
Jak na tak mały kraj, czternaście razy mniejszy od Polski, całkiem niemało tych skojarzeń.
Wszystko to i prawda, i nieprawda.
Podczas jednej z wizyt w Tel Awiwie poznałem Mikiego, Żyda, którego rodzina przybyła do Izraela z Kenii. Miki to człowiek na poziomie. Ma dużą wiedzę i chętnie opowiada mi o historii swojego kraju. Przyznaję: nie wiedziałem, że Żydzi mieszkają też w głębokiej Afryce. Sądziłem, że większość obywateli Izraela wywodzi się z Europy Środkowej (aszkenazyjczycy), a reszta to mizrachijczycy z północnej Afryki i Bliskiego Wschodu. Mówię o tym Mikiemu. - W Polsce też byli Żydzi? - zareagował. Zdębiałem. Zacząłem opowiadać o tragicznej historii II wojny światowej. Owszem, miał świadomość, co się wtedy działo, ale nie kojarzył tego z konkretnymi miejscami czy z określonym odłamem społeczności żydowskiej. W naszej rozmowie nie padło słowo "Holocaust". Miki znacznie więcej wiedział o prześladowaniu Żydów choćby w Jemenie.
Zrozumiałem po jakimś czasie, że Izrael po prostu się zmienia, a retoryka syjonistyczna (czyli wywodząca się z naszej części Europy) już nie jest dominująca. Napływ ludności z krajów afrykańskich nie tylko zmienił kuchnię Izraela - kawioru czy karpia po żydowsku w Izraelu raczej nie uświadczycie, natomiast humus czy falafel jest dostępny na każdym kroku. Zmienił też świadomość, czym jest żydostwo. Od innego usłyszałem: "Nie mów o mnie Żyd! Jestem Izraelczykiem, a nie Żydem!".
Wspomniane kibuce - wymysł syjonistów, wzorowany na radzieckich kołchozach - też już znikają ze społeczno-gospodarczej mapy Izraela i tak naprawdę przetrwały jedynie w powieściach Amosa Oza.
W takim właśnie tyglu społecznym i mieszance idei musiało się pojawić to, co zazwyczaj zjawia się w warunkach chaosu i zmian - mafia. I szybko urosła do wielkich rozmiarów, stając się może nie znakiem firmowym Izraela, ale na pewno jedną z największych zmór tego kraju.
Mafia nie odróżnia ortodoksów od syjonistów, nie dzieli ludzi na białych i tych o ciemniejszej karnacji. Możesz nosić jarmułkę, a możesz świecić łysiną, ba - nie musisz być Żydem, możesz być Arabem, bo jaka to różnica? Bo żeby być członkiem mafii, ważne jest, żebyś umiał posługiwać się bronią, miał łeb na karku, nie pękał na widok policji i lubił pieniądze.
Amerykański publicysta Takuan Seiyo napisał, że Izrael przestał być ambasadą starej Europy na Bliskim Wschodzie, a stał się czymś pomiędzy libańskim targowiskiem a dyskoteką w Moskwie.
To idealna gleba, by rozkwitała przestępczość.
PROLOG
Piątek, a do tego trzynastego, okazał się wyjątkowo pechowy dla Alego Jarushiego. Nocą, a raczej wczesnym rankiem ten pięćdziesięcioletni gangster, jeden z najważniejszych bossów podziemia kryminalnego w Izraelu, rozstał się ze światem. Jak na mafiosa przystało, nie zmarł w swoim łóżku otoczony kochającą rodziną, ale zabójca zastrzelił go na jednej z ulic miasta Ramla, w pobliżu meczetu. Zdążył jeszcze trafić na stół operacyjny szpitala Shamir Medical Center, ale lekarzom nie udało się uratować jego życia.
Jarushi był kimś więcej niż znanym bandytą - był celebrytą, który wystąpił nawet w jednym z odcinków popularnego serialu dokumentalnego True Face, emitowanego przez telewizję Channel 13. To tam padły złowróżbne słowa bossa: "Nikt nie zostaje zabity bez powodu". Dlaczego więc on został zastrzelony?
Informacja o śmierci szefa klanu Jarushich, jednej z najpotężniejszych organizacji przestępczych kraju, złożonej z izraelskich Arabów, była główną wiadomością tego dnia. Jarushi, choć miał na koncie wiele grzechów, uchodził jednocześnie za faceta, który chętnie podejmuje się mediacji między zwaśnionymi grupami przestępczymi i w jakimś sensie sprawuje kontrolę nad izraelską ośmiornicą. Jeśli ktoś mógł zapobiec jakiemuś konfliktowi, to tą osobą był Ali Jarushi i policja doskonale o tym wiedziała.
Dlatego śmierć bossa musiała poruszyć wielu członków izraelskiego podziemia kryminalnego - i tych starszych, którzy albo zeszli ze sceny, albo szykowali się na gangsterską emeryturę, i tych, których można by określić mianem "młodych wilków". Z pewnością wiadomość o zabójstwie dotarła do Icchaka Abergila, odsiadującej wyrok wielkiej legendy izraelskiej mafii. Kto wie, być może kadisz za duszę zmarłego odmówił także słynny weteran gangsterskich porachunków Zeev Rosenstein, człowiek, na którego przeprowadzono kilka zamachów, a on wciąż wychodził z nich cało. "Tym razem to jeszcze nie ja" - mógłby pomyśleć Shalom Domrani, szef potężnego gangu z południa kraju, uważany za jednego z najbliższych sojuszników klanu Jarushich. Boss, który - jakby to napisał poeta - kulom się nie kłaniał, choć niejeden zamach na niego przeprowadzono.
Wiele do powiedzenia o zabitym miałby też pewnie Felix Abutbul, przedstawiciel najstarszego pokolenia mafiosów z Ziemi Świętej, ale on akurat trafił w zaświaty na wiele lat przed Alim - zastrzelił go cyngiel, który wytropił Abutbula w czeskiej Pradze. Ciekawe, czy stary Abutbul byłby zdumiony, gdyby się dowiedział, że jednym z tych, którzy zostali aresztowani w sprawie zabójstwa Alego Jarushiego, był przedstawiciel młodego pokolenia Abutbulów, Avi. I czy uznałby to za błąd, że miał on cokolwiek wspólnego z zabiciem człowieka, który starał się łagodzić wszelkie konflikty w izraelskim półświatku? Może odetchnąłby z ulgą, gdy prokuratura w końcu uznała, że dowody na udział Aviego w spisku są zbyt słabe, aby akt oskarżenia utrzymał się przed sądem.
W tym miejscu należy koniecznie napisać: klan Jarushich, choć wywodzący się z Arabów, którzy przybyli z Libii, zawsze utrzymywał z Żydami bardzo dobre stosunki. Trzeba pamiętać bowiem, że Ramla, czyli matecznik klanu, to miejsce naznaczone trudną historią. Tuż po powstaniu Państwa Izrael Żydzi wypędzili z miasta Arabów, prowadząc całe rodziny w upale i bezlitosnym słońcu do Ramallah. Wiele osób nie przeżyło tego marszu. Krytykowane przez społeczność międzynarodową władze Izraela tłumaczyły, że to był czas wojny z Palestyńczykami i taka decyzja była wymuszona względami strategicznymi. Ale z biegiem lat Arabowie wracali do Ramli i często okazywali Żydom swoją niechęć. Tymczasem rodzina Jarushich postanowiła chronić Żydów przed arabskimi atakami, narażając się na niechęć z ich strony. Zyskali za to przychylność nowych sąsiadów, dlatego nawet przedstawiciele władz izraelskich (przynajmniej na niższych szczeblach) przyznawali, że klan Jarushich nie zawsze zakłóca porządek publiczny, a czasami służy dobrej sprawie. I klan umiał to wykorzystać.
W materiałach na temat zabójstwa Jarushiego dziennikarze bardzo akcentowali silne związki mafijnego klanu z politykami, a konkretnie z partią Likud, czyli formacją premiera Binjamina Netanjahu. W 2017 roku prowadzone było postępowanie w związku z zarzutami korupcyjnymi wobec pochodzącego z Maroka Davida Bitana, jednego z liderów tej partii. Okazało się bowiem, że polityk miał spore długi (16 milionów szekli), nie był w stanie ich spłacać i z pomocą pospieszył mu jeden z prominentnych członków klanu, Hussam Jarushi. Zaoferował pożyczkę, a ten nie odmówił i - jak twierdzą media - "przytulił milion szekli".
Bitan mafii też nie był w stanie zwrócić pieniędzy, więc padła propozycja, że dług zostanie umorzony w zamian za drobne przysługi. Na przykład za pomoc w przeforsowaniu pewnych regulacji prawnych, na które Bitan, jako członek Knesetu, ma na pewno wpływ. A jeśli nie na regulacje parlamentu, to przynajmniej na życzliwość polityków szczebla lokalnego, decydujących o rozmaitych zamówieniach publicznych (to na nich tak bardzo wzbogaciły się włoskie grupy przestępcze - od camorry po 'ndranghetę). A tak się składa, że rodzina Jarushich, jak wiele grup o charakterze mafijnym na całym świecie, postanowiła ostro wejść na rynek deweloperski. Najbardziej interesowały ją tereny w takich miastach jak Ramla, Lod, Rechowot czy Riszon le-Cijjon. A wiadomo, że bez życzliwości władz lokalnych nie ma co marzyć o budowaniu z rozmachem. Tak się składa, że kiedyś zastępcą burmistrza we wspomnianym Riszon le-Cijjon był właśnie Bitan. Był też szefem komitetu budownictwa i planowania we władzach tej miejscowości, więc sprawy budowy osiedli nie stanowiły dla niego żadnej tajemnicy.
Gdyby Bitan nie był ważnym politykiem, ale na przykład drobnym przedsiębiorcą, który popełnił nieostrożność i skorzystał z gangsterskiej bankowości, sprawa skończyłaby się zapewne tzw. wycieczką do lasu. Tam delikwent z pistoletem przy skroni zostałby przekonany, by zwrócił dług, i to powiększony - powiedzmy - o sto procent. Na szczęście dla Bitana lasy w Izraelu występują tak naprawdę jedynie w Galilei, czyli na północy, a poza tym polityk w kieszeni to zawsze mocny atut w mafijnym biznesie.
Korupcyjny skandal był wielki, media się licytowały, jak szybko Bitan zrzeknie się mandatu poselskiego, a jednak jest jego członkiem do dziś (piszę to w styczniu 2024 roku) i pracuje w kilku komisjach parlamentarnych.
Wróćmy do Jarushiego. On wiedział, że wojna arabsko-żydowska, choć to z nią kojarzy się życie w Izraelu, tak naprawdę nikomu się nie opłaca. Wychodził z założenia, że to, co jest na pierwszych stronach gazet, nie ma prawa być rzeczywistością izraelskiej mafii. Jeśli żydowscy i arabscy gangsterzy będą współpracowali, wówczas będą kontrolować cały kraj. Zarobią też fortunę w różnych miejscach na świecie. Wystarczy tylko dobrze żyć z innymi grupami przestępczymi - z kolumbijskimi kartelami kokainowymi, z salwadorskimi sicarios, z nowojorskimi gangami typu Gambino i Genovese czy rosyjskimi mafiosami, zwanymi worami w zakonie.
Dlatego pewnie wielu wspomnianych wyżej bossów nie zrozumiało tego, co się stało, choć przecież każdy z nich w ciągu wielu lat gangsterskiej kariery polował na konkurencję i sam był zwierzyną łowną. Jak to w mafii. Przynajmniej izraelskiej, nieco bardziej brutalnej niż większość zorganizowanych grup przestępczych w innych krajach świata. I to jest opowieść o nich - o bossach, którym udało się zamienić życie w Ziemi Obiecanej w koszmarny sen.
rozdział pierwszy
BOMBĄ W "WILKA"
Jeśli wierzyć twórcom izraelskiego kina, tamtejsza gangsterka składa się głównie z fajnych, przyzwoitych facetów. Wprawdzie trafiają się zwyrodnialcy ze skłonnością do nadmiernej przemocy - zresztą takich można spotkać nie tylko w podziemiu kryminalnym - ale większość to porządne chłopaki. Tacy jak Steve i Chuma z popularnej komedii Maktub, wyreżyserowanej przez Odeda Raza. Steve i Chuma pracują dla dość groteskowego bossa Elkaslasiego i specjalizują się w wymuszaniu haraczy od restauratorów. Knajpy były zawsze oczkiem w głowie bandytów - albo brali je pod rzekomą ochronę, czyli pobierali spore pieniądze za to, że nie będą przewracać stolików na gości i demolować barów, albo zakładali własne restauracje. I nie wymyślili tego ani Polacy, ani Izraelczycy. Wracając do Steve'a i Chumy - nawracają się pod wpływem zamachu bombowego, z którego cudem wychodzą żywi. Postanawiają, że od tej pory staną się "rycerzami jasnej strony mocy" - będą wyciągać z jerozolimskiej Ściany Płaczu kartki z prośbami do Boga i w Jego imieniu pomagać tym, którzy pomocy najbardziej potrzebują. Czyli przed nimi wielka praca, bo w szczelinach świętego muru znajdują się dziesiątki tysięcy takich kartek.
Niestety, takie rzeczy tylko w filmie - rzeczywistość wygląda bardziej ponuro.
* * * * *
Zeev Rosenstein, znany bardziej jako "Wilk" (urodził się w 1954 roku w Jaffie), budował swoje przestępcze imperium przez lata i na przełomie tysiącleci stał się jednym z najważniejszych bossów izraelskiego podziemia kryminalnego. Potęgę zbudował głównie, choć nie tylko, na handlu narkotykami, przede wszystkim ecstasy. Dostarczał je na rynek izraelski, a także amerykański, co za jakiś czas stanie się przyczyną zguby. Ale po kolei. Wiadomo, że tam gdzie są sukces i wielkie pieniądze, tam pojawia się wroga konkurencja. "Wilk" wprawdzie pamiętał o tej zasadzie i z reguły starał się zawsze mieć przy sobie ochronę, ale jednak czuł się mocniejszy od przeciwników.
11 grudnia 2003 roku boss udał się do swojego kantoru wymiany walut na ulicy Yehudy Haleviego w Tel Awiwie, czyli na tyłach modnego i gwarnego bulwaru Rothschilda. Jeśli gdzieś Tel Awiw przypomina Miami, to właśnie tam. Szeroki bulwar, na który cień rzucają potężne, nowoczesne wieżowce i strzeliste palmy, przyciąga młodych ludzi, spędzających długie godziny w ogródkach zatłoczonych barów. Ulicą suną sportowe supersamochody, z których płyną przeboje arabskiego disco. To najbardziej kosmopolityczna część izraelskiej metropolii.
Gdy Rosenstein opuszczał swój kantor, okolicą wstrząsnął potężny wybuch. Ładunek, który był przeznaczony dla bossa, zabił trzy niewinne osoby i ranił kilkunastu przechodniów. On sam wyszedł z zamachu jedynie z niewielkimi obrażeniami. To była już siódma próba wysłania bossa w zaświaty, na mieście zaczęło się więc mówić, że "Wilk" ma do dyspozycji siedem żyć. Policja nie od razu była w stanie wskazać zleceniodawcę - akurat trwała druga intifada i ataki terrorystyczne Palestyńczyków w Izraelu były na porządku dziennym. Uznano jednak, że chodzi o "mafijne porachunki". Dziennikarze nie mieli wątpliwości: tego dnia narodziła się prawdziwa izraelska mafia. Co do tej tezy można mieć wątpliwości, tak samo, jak trudno przyjąć za pewnik, że początek polskiej mafii to wydarzenia w podwarszawskim hotelu George, gdzie w lipcu 1990 roku w wymianie ognia z policją zginął pruszkowski gangster Andrzej C. "Szarak". Tworzenie się zorganizowanego podziemia kryminalnego to rozciągnięty w czasie proces, ale media lubią uproszczenia i nośne tytuły.
Tak czy owak, zdarzenie to stało się impulsem, by zdecydowanie wzmocnić służby odpowiedzialne za walkę ze zorganizowaną przestępczością. I tak jak pięć lat po rozbiciu grupy pruszkowskiej powstało w Polsce Centralne Biuro Śledcze, tak pięć lat po zamachu na Rosensteina zaczęła działać jednostka Lahav 433 (języki ognia) - elitarna formacja wyspecjalizowana w tropieniu struktur mafijnych. Na początku XXI wieku izraelskie służby mundurowe miały problemy kadrowe - wielu policjantów, rozczarowanych niskimi pensjami i wyczerpującą pracą, rezygnowało z państwowej służby i przechodziło na drugą stronę, zostając ochroniarzami bossów. W Polsce też tak było. Przykład - Krzysztof M. "Fragles", antyterrorysta, który zamienił policję na grupę przestępczą z podwarszawskich Marek. W 2003 roku zabili go policjanci, dawni koledzy ze służby.
Komu mogło zależeć na śmierci Zeeva Rosensteina? A raczej: komu najbardziej, bo na brak wrogów nie narzekał. Śledczy doszli do wniosku, że po tak drastyczne środki mógł sięgnąć jedynie ktoś, kto dorównywał wpływami Rosensteinowi.
Tak naprawdę tylko jedna osoba wchodziła w grę: Icchak Abergil.
* * * * *
Potęga Abergila czy raczej mafijnego klanu Abergilów, wywodzących się z marokańskich Żydów, sięga przełomu lat 80. i 90. XX wieku - wtedy to na przestępczą scenę Izraela wkroczył Yaakov Abergil, najstarszy z czwórki braci. Na razie nie miał zamiaru przekazywać władzy swoim braciom: Icchakowi, Meirowi czy Abrahamowi. Wierzył, że będzie żył długo, sprawując niepodzielną władzę nad syndykatem.
Ale los czy raczej konkurencja widziały to inaczej: w 2002 roku Yaakov zginął od kul prawdopodobnie innej mafijnej dynastii, czyli klanu Abutbulów. Ta organizacja przestępcza należała do weteranów izraelskiej gangsterki, a jej lider - Felix - był bardzo szanowany w półświatku. Kiedy Abutbulowie zorientowali się, że "na mieście" pojawiły się młode wilki (także w postaci Abergilów, choć nie tylko), które nie zamierzają respektować dawno ustalonej hierarchii ani reguł gry, sięgnęli po sprawdzone metody podporządkowywania sobie niepokornych. Abergilowie jednak nie zamierzali się podporządkować Abutbulom i tak zaczęła się wojna. Niecałe dwa miesiące po śmierci Yaakova został zastrzelony Felix Abutbul. Cyngiel, poruszający się motocyklem, dopadł go w Pradze pod kasynem w hotelu Royal na ulicy Na Přikopě, należącym do starego bossa. Ta okolica to samo centrum starej Pragi, niedaleko placu Wacława, gdzie czynsze są niebotyczne. Teraz na miejscu kasyna jest hotel Friday, niemający nic wspólnego z dawnym właścicielem.
Izraelska policja nie miała wątpliwości: egzekucja była odwetem za śmierć najstarszego z braci Abergilów.
W każdym razie polowanie na gangsterów klanu Abutbulów - i tych najważniejszych, i "żołnierzy" - było częścią tej samej wojny, którą Abergilowie prowadzili z Rosensteinem. Zeev, podobnie jak Felix, należał do starszej generacji przestępców, wydawało mu się, że świat jest już podzielony na strefy wpływów i nikt nie będzie próbował tego podważać.
Tymczasem tacy gangsterzy jak Yaakov Abergil nie dość, że nie respektowali zastanych porządków ani hierarchii, to jeszcze wchodzili w ich interesy. Choćby w hazard, który "od zawsze" znajdował się pod kontrolą Rosensteina, a tu nagle pojawiła się konkurencja. Można więc powiedzieć, że Abutbulowie i Rosenstein byli w tej wojnie sojusznikami, choć stali się nimi tak naprawdę w obliczu zagrożenia ze strony młodych.
Policja ustaliła, że wyrok na Rosensteina zapadł podczas spotkania jego wrogów w Brukseli - głównymi rozgrywającymi byli Icchak Abergil oraz jego sojusznik Avi Ruhan. Ten pierwszy miał wówczas powiedzieć: "Jeśli chcesz uszkodzić Rosensteina, musisz mieć pieniądze".
Tak się składa, że tych zamachowcom nie brakowało.
Płynęły do nich szerokim strumieniem z wielu części świata.
rozdział drugi
SALWADORSCY SOJUSZNICY
Po śmierci Yaakova Abergila mafijne stery przejął Icchak. Pod jego rządami klan rozkwitł, wchodząc we wszystkie rejony, jakie były akurat modne i jakie dawały olbrzymie zyski: narkotyki, nielegalny hazard, wymuszenia rozbójnicze czy pranie brudnych pieniędzy.
Rodzina Abergilów miała rozmach, więc szybko zaczęła zdobywać przyczółki w Stanach Zjednoczonych i w Meksyku. Oczywiście, aby funkcjonować na zagranicznych rynkach, klan musiał wchodzić w sojusze z tamtejszymi grupami przestępczymi, co oznaczało, że będą też wrogowie.
Najbliższym sojusznikiem stała się amerykańska struktura znana jako Vineland Boyz z Los Angeles (początkowo znana jako Barrio 18, czyli gang z 18. ulicy), a groźnym przeciwnikiem - meksykańska mafia. Amerykanie (czy raczej Salwadorczycy zamieszkujący USA) mieli rozprowadzać narkotyki Izraelczyków, co oczywiście wzbudziło sprzeciw tych, którzy uważali południowe stany USA za swoje terytorium działania. Inna sprawa, że wojna Vineland Boyz z Meksykanami nie zaczęła się wraz z pojawieniem się Abergilów w Kalifornii - w 1998 roku Meksykanie zamordowali niejakiego Teddy'ego Lopeza, uważanego za twórcę Vineland Boyz. Lopez został dźgnięty kilka razy nożem, gdy popijał piwo w nocnym klubie Baby Doe's w Monterey Park. Wiadomo, że zabójcy wywodzili się z gangu Sureno, podporządkowanego meksykańskiej mafii.
Tak naprawdę Salwadorczycy mieli na pieńku z Meksykanami od zawsze, czyli od czasu, gdy zbiegli przed wojną w swoim kraju i próbowali rozpocząć nowe życie w Stanach. W Salwadorze nie czekało ich nic dobrego - kryli się po lasach przed przymusowym wcieleniem do rządowej armii, a tam trafiali pod skrzydła partyzantów. Ci zaś uczyli ich posługiwać się bronią palną czy kryć przed przeciwnikiem, generalnie pokazali im, jak przetrwać w ekstremalnych warunkach. W Stanach asymilowali się z wielkim trudem, o wiele gorzej niż Meksykanie, którzy patrzyli na nich z góry i upokarzali przy byle okazji. Tak to wyglądało w latach 80. XX wieku.
Genezę salwadorsko-meksykańskiego konfliktu w świecie przestępczym znakomicie opisali dwaj reporterzy Óscar Martínez i Juan José Martínez, autorzy książki Młody z Hollywood (wyd. Filtry, przeł. Tomasz Pindel). Oto fragment rozdziału opowiadającego o tym, jak wyglądała edukacja imigrantów: "Już same lekcje były dla skołowanych Salwadorczyków prawdziwą torturą. Chłopcy grali w baseball, futbol amerykański albo four corners, czyli gry dla przyjezdnych niezrozumiałe. Inni - w tym przedstawiciele wcześniejszych fal migracji, na przykład Meksykanie - organizowali się w grupy, bili się i wypracowali skomplikowany system porozumiewania się gestami. Należeli do czegoś, czego Salwadorczycy dotąd nie znali: do gangów, pandilli. Było ich wiele i były najróżniejsze. [...] Szkolne łazienki i korytarze były oznaczone niezrozumiałymi symbolami sygnalizującymi obecność tego czy innego gangu. Wyjście ze szkoły i powrót do domu to był jeden wielki chaos. Trzeba było wiedzieć, którędy iść, bo inaczej można było wkroczyć na zakazany teren i oberwać. Członkowie pandilli zorientowali się, że nowi to idealne ofiary. Przyjezdni byli niezorganizowani, bardzo ubodzy, a przede wszystkim stanowili konkurencję. [...] Salwadorczycy zagrażali monopolowi starych grup hispanos, a nigdy, absolutnie nigdy w historii ludzkości zderzenie nieprzystających kultur nie kończyło się dobrze".
Dlatego Salwadorczycy zaczęli się organizować we własne grupy, spośród których największą i najbardziej ponurą sławę zyskał gang Mara Salvatrucha. Ale Barrio 18 także należało do gangsterskiej czołówki.
Tak się składa, że Abergil i jego ludzie również wzrastali w rzeczywistości, która bardziej hartuje, niż rozleniwia, więc Izraelczycy z Maroka szybko porozumieli się z Salwadorczykami z USA.
Vineland Boyz, podobnie jak inne formacje wywodzące się z Ameryki Środkowej, szukali wsparcia w wojnie z Meksykanami, więc chętnie wchodzili w różne, także zagraniczne, alianse. Oprócz współpracy z Abergilami związali się także z organizacją Ormiańska Siła, operującą na terenie Kalifornii, która wyposażyła Vineland w broń oraz wsparła przy handlu metamfetaminą. Co ciekawe, jeden z liderów Ormiańskiej Siły, Armen Petrosjan, został - podobnie jak Lopez - zabity przez kilera z gangu Sureno. Tak więc klan Abergilów, wchodząc w układ z Vineland Boyz, miał naturalnego sojusznika w Ormianach. A ci ostatni z kolei mieli doskonałe przełożenie na grupy przestępcze z byłego Związku Radzieckiego znane pod umowną nazwą Rosyjska Mafia. Ta zaś - jak równa z równym - rozmawiała z Sycylijczykami, z kartelami kolumbijskimi czy nowojorskimi klanami, takimi jak choćby Gambino. Niezła międzynarodówka.
Tu dygresja. Ormiańskie podziemie kryminalne miało duże wpływy także w Polsce. Gangsterzy z Kaukazu pojawili się w Warszawie mniej więcej wtedy, kiedy Stadion Dziesięciolecia stał się największym targowiskiem w Europie, i niemal od razu zmonopolizowali na nim handel. Ich lider, Aleksander J. pseudonim Said, był jedną z najmroczniejszych postaci w stołecznym półświatku. Jego bezwzględność wobec rodaków, którzy nie chcieli uznać jego pozycji, stała się wręcz legendarna: nie zwykł nikogo przekonywać słownymi argumentami, po prostu wysyłał zabójców. "Said" zmarł na raka wątroby w polskim więzieniu.
Tak czy inaczej, Icchak Abergil, dzięki swoim międzynarodowym koneksjom, mógł planować naprawdę duże przedsięwzięcia. Ale także być częścią wojen gangów narkotykowych. W swej głośnej książce McMafia. Zbrodnia nie ma granic (wyd. W.A.B.) Misha Glenny, ceniony ekspert w zakresie międzynarodowej przestępczości zorganizowanej (który zresztą zawsze powtarza, że w jednej czwartej jest Żydem), zauważył: "W 2003 roku Departament Stanu USA opublikował raport, w którym stwierdzono, że Izrael jest centrum światowego handlu ecstasy z filiami na całym świecie - od Europy po Amerykę Północną. Izraelskie organizacje handlujące narkotykami są głównym źródłem dystrybucji ecstasy do grup w Stanach Zjednoczonych. Do tego celu używa się ekspresowych usług pocztowych, komercyjnych linii lotniczych, a ostatnio nawet przesyłek lotniczych. [...] DEA [amerykańska Agencja do Walki z Narkotykami - przyp. red.] sugerowała, że wojny gangów w Nowym Jorku, Las Vegas i Los Angeles o podział zysków z handlu ecstasy mogą być bezpośrednio powiązane z otwartym konfliktem między rodzinami w Izraelu. To prawdopodobnie nic dziwnego, że izraelscy gangsterzy mieli potężne wpływy w Las Vegas, jako że był to niegdyś rewir najsławniejszego żydowskiego przestępcy w Ameryce, nieżyjącego Meyera Lansky'ego oraz jego protegowanego Bugsy'ego Siegla. Lansky był jednym z niewielu kryminalistów, których Izrael wydał Stanom Zjednoczonym".
Czy więc rzeczywiście Abergil, rozwijając swą karierę w Stanach Zjednoczonych, "jechał na legendzie" Lansky'ego? Czy może jednak korzystał z dobrych relacji nawiązanych przez Żydów znacznie młodszych od legendarnego bossa? Bo Lansky nie zajmował się handlem ecstasy i robił pieniądze na czymś zupełnie innym - o wiele bardziej interesowały go choćby kasyna. I ich budowa, i zyski, jakie przynosiły.
I tu są pewne podobieństwa między braćmi Abergilami a imperium Lansky'ego, bo ci pierwsi również postanowili położyć rękę na zyskach z hazardu. I tego legalnego, i tego nielegalnego. Pod skrzydłami klanu w kilku miastach Izraela powstały domy gry znajdujące się poza kontrolą fiskusa - działały na tyle sprawnie, że bracia postanowili wejść w temat jeszcze głębiej. Nie tylko w Izraelu.
Zdecydowali się otworzyć kasyno w Rumunii, kraju, który - jeśli chodzi o funkcjonowanie hazardu - był niezwykle liberalny, a jego władze nie wnikały w to, kto, jak i ile zarobił przy stole z ruletką czy black jackiem. Dzięki współpracy z firmami deweloperskimi, budującymi rezydencje w izraelskich kurortach, Abergilowie zgromadzili wystarczające fundusze na tę inwestycję. Jednak inne mafijne rody także miały ochotę na choćby część rumuńskiego tortu. Jednym z nich był klan Muslich (w niektórych źródłach Mosli), w którym ważną rolę odgrywał Shai Musli (władzę dzielił z bratem - Yossim), wywodzący się z Hatikvy, czyli z południowej części Tel Awiwu. Shai również chciał mieć kasyno w Rumunii i jeździł do Bukaresztu wraz ze swym przybocznym - Shimmym Anu - aby jak najszybciej przekuć pomysł w czyn. Udało się - Musli zaczęli zarabiać na hazardzie w kraju Drakuli. Bracia Abergilowie uznali to za sygnał do wojny, bo przecież rumuński tort mógł nie wystarczyć dla wszystkich. Poza tym obie organizacje przestępcze miały ze sobą na pieńku już od dawna, tocząc boje także w Izraelu. Wojna była krwawa, bo obie mafie dysponowały podobną siłą i nikt nie zamierzał ustąpić.
Klan Muslich miał wielu wrogów, którzy przystępowali do sojuszu z Abergilami; szczególnie przydatna okazała się grupa Avi Ruhana, wyjątkowo bezwzględnego bandyty. O Ruhanie zrobiło się głośno w 2015 roku, gdy media doniosły o zamachu bombowym w Hod ha-Szaron, w którym zginął sprzedawca owoców Shai Bachar. Bachar, który rzekomo miał dług u Ruhana i nie zamierzał go zwrócić, dysponował dużą wiedzą i zgodził się złożyć w tej sprawie zeznania. Metody, jakimi ludzie Ruhana przekonywali do zwrotu pieniędzy, były jak z gangsterskiego podręcznika - pewnego dnia bandyci dopadli nieszczęśnika w restauracji i pocięli mu nożem ramię. Nękali go na tyle dotkliwie, że Bachar postanowił się schronić pod skrzydłami policji.
W momencie zamachu bombowego Ruhan znajdował się wprawdzie w areszcie śledczym, ale miał na tyle długie ręce, że dopadł Bachara i wysłał go tam, skąd już nie mógł składać zeznań.
Kiedy izraelska policja i Interpol zaczęły deptać gangsterom po piętach, bossowie obu zwaśnionych stron wyjechali - jak się to mówi w gangsterskim slangu - "na wystawkę". Czyli uciekli do kraju, w którym nie musieli się obawiać organów ścigania. W tamtym czasie, czyli około 2013 roku, takim państwem była Republika Południowej Afryki. Co ciekawe, mniej więcej w tym samym czasie ukrywali się tam dwaj Polacy: Janusz G. pseudonim Graf, znany boss polskiego półświatka, oraz Janusz Lazarowicz, były szef XIV Narodowego Funduszu Inwestycyjnego. Obaj byli podejrzani o udział w zabójstwie inwestora giełdowego Piotra Głowali i przestępstwa finansowe.
Zapewne zarówno członkowie klanu Abergilów, jak i Muslich czuli się tam bezpiecznie, bo nie nękała ich policja, ale przecież nikt nie powiedział, że w mafijnej wojnie nastąpiło zawieszenie broni.
W listopadzie 2013 roku na przedmieściach Johannesburga znaleziono ciało Shimmy'ego Anu (kiler oddał kilka strzałów w jego stronę, po czym zbiegł). Parę lat wcześniej trafił do więzienia jego brat Yossi, skazany za usiłowanie zabójstw. Chodziło o ludzi z kręgu klanu Abergilów, choć sam boss, Icchak, był już wtedy w zakładzie karnym, i to w zupełnie innej części świata, czyli w Izraelu.
Tak naprawdę kariera Icchaka zakończyła się w sierpniu 2008 roku. Wtedy został aresztowany wraz z bratem Meirem w związku z zabójstwem trzydziestojednoletniej pracownicy socjalnej Margarity Lautin, która stała się przypadkową ofiarą mafijnych porachunków.
Był piękny letni dzień. Lautin razem z mężem i córkami spacerowała modną nadmorską promenadą w Bat Yam, kurorcie znajdującym się na południe od Tel Awiwu, w bezpośrednim sąsiedztwie Starej Jafy.
Rodzina zasiadła w restauracji. Do lokalu wkroczył kiler i zaczął strzelać z broni automatycznej. Strzelał na oślep, zupełnie jakby chciał zabić wszystkich, którzy siedzieli przy stolikach. Margarita zasłoniła ciałem córkę i wtedy trafiło ją kilka kul. Zmarła na miejscu. Tylko ona poniosła śmierć; wielu innych zostało rannych.
Policja szybko ustaliła i sprawców, i motyw. Oczywiście, zabójcom nie chodziło o Lautin, ale o dwóch gangsterów z konkurencyjnych grup przestępczych: Ramiego Meiera i Mottiego Hasina. Oni również spędzali dzień w Bat Yam. Nie spodziewali się, że podąża za nimi śmierć w osobie Ronena Ben Adiego, którego na miejsce zbrodni przywiózł Shimon Sabah. Śledczy nie mieli wątpliwości, że kilerzy działali na zlecenie kierownictwa klanu Abergilów.
Opinia publiczna była w szoku i oburzona - policja już nie mogła udawać, że nie wiadomo, kto tak naprawdę rządzi półświatkiem i kto wydaje wyroki śmierci.
Co ciekawe, do zabójstwa doszło w czasie, gdy nastąpiło odprężenie w stosunkach izraelsko-palestyńskich - od lipca obowiązywało zawieszenie broni w Gazie. Zrobiło się o wiele spokojniej, ludzie przestali się obawiać pocisków wystrzeliwanych ze Strefy Gazy. Kurort Bat Yam dzieli od niej jedynie około pięćdziesięciu kilometrów, więc być może, gdyby nie zawieszenie broni, rodzina Margarity Lautin nie wybrałaby się nad morze. Wprawdzie wkrótce sytuacja polityczna znów się zaogniła - w listopadzie 2008 roku zaczął się kolejny akt konfliktu w Gazie. Ale wtedy, w sierpniu, wydawało się dziwne, że władze są w stanie rozwiązywać trudne problemy palestyńskie, a zupełnie sobie nie radzą z zagrożeniem, jakie stanowi mafia. Tym razem policja nie zamierzała się bawić w półśrodki, zadowalając się płotkami, ale aresztowała grube ryby: Icchaka oraz Meira.
Oczywiście, zarzuty nie mogły dotyczyć jedynie zabójstwa pracownicy socjalnej - ostatecznie chodziło o gangsterów poszukiwanych na całym świecie. 26 sierpnia prokuratura w Jerozolimie postawiła braciom kolejny zarzut: tym razem nakłaniania do zabójstwa dilera narkotykowego Samiego Atiasa, który został zastrzelony na przedmieściach Los Angeles. Atias był jednym z zaufanych rodziny Abergilów i przez ręce jego oraz jego kompanów przechodziły wielkie ilości ecstasy, docierające na Zachodnie Wybrzeże USA. Trudno ustalić, czy rzeczywiście tak było, ale zdaniem braci oraz ich sojuszników z Vineland Boyz Atias "przytulił" 350 tysięcy tabletek narkotyku o wartości kilku milionów dolarów i nie zamierzał się dzielić zyskami. Dlatego latynoski cyngiel strzelił mu w głowę w sierpniu 2003 roku w Sherman Oaks. Icchak Abergil początkowo zapewniał, że nie ma nic wspólnego z Ameryką, ale w końcu przyznał, że Atias bruździł w rodzinnych interesach, i to na dużą skalę. Jednak za zabójstwo odpowiedział kto inny: należący do najbliższego kręgu współpracowników braci Moshe Malul. Bo to on na miejscu, czyli w Kalifornii, kierował egzekucją, choć strzał oddał członek gangu z Vineland. Do dziś nie ustalono tożsamości cyngla - wiadomo jedynie, że wystawił mu go właśnie Malul oraz jego kumpel Luis Sandoval (od pewnego czasu jeździli za Atiasem, by ustalić jego rozkład dnia).
Amerykański sąd po kilku latach od zamachu ostatecznie skazał Malula na piętnaście lat więzienia. Pętla na szyi klanu Abergilów zaczęła się zaciskać. W 2009 roku władze USA wystąpiły do władz w Jerozolimie o ekstradycję Icchaka i Meira (także Malula, który wrócił do ojczyzny, obawiając się amerykańskich organów ścigania). Meir, przed wylotem, krytykował w izraelskiej telewizji amerykański wymiar sprawiedliwości. "Tam nie skazują zawodowcy, ale zwykli ludzie, czyli ława przysięgłych. Prokuratorowi łatwo ich przekonać o winie oskarżonego". I dodał: "Jeśli zażądają ode mnie, abym się przyznał do zabójstwa Kennedy'ego, i obiecają mi wolność, przyznam się. Powiem wszystko, byle tylko nie siedzieć za kratkami".
Tak czy inaczej, potęga klanu Abergilów zaczęła się kruszyć.
Jak wyliczyła policja, w 2004 roku gang zainwestował dziesiątki milionów szekli w rozmaite nieruchomości, zarządzał trzydziestoma siedmioma firmami, dysponował czterdziestoma ośmioma apartamentami i pięćdziesięcioma sześcioma samochodami.
Główne źródło zysku stanowiły narkotyki - jednym z portów, którymi wysyłał je za ocean, była Antwerpia. Korzystał także z portów holenderskich. Dlatego w maju 2008 roku boss, wraz z kilkoma wspólnikami, został skazany (in absentia) przez sąd w Antwerpii na pięć lat więzienia. Oczywiście, wyroków było więcej, wydanych w różnych krajach świata.
Zdawał sobie sprawę, że wcześniej czy później przyjdzie mu zapłacić za swoje winy, i doskonale przygotował się do roli oskarżonego.
[...]