ROZDZIAŁ CZWARTY
TAJEMNICE
Mieszkanie Marii i Gucia wyglądało jak żywcem wyjęte z katalogu meblarskiego. Idealnie harmonijne, wszystko do siebie pasowało i każdy, kto przekroczył jego próg, czuł się jak u siebie. Czy to uczucie, które ich łączyło, czy też po prostu dobra ręka Marii - nie wiadomo, co sprawiało, że przyjaciółki uwielbiały się tu spotykać. Zwykle wyglądało to w ten sposób, że Gucio szedł do herbaciarni na partię szachów, a one wpadały z aromatycznymi wypiekami na plotki albo wspólne oglądanie jakiegoś filmu.
Tym razem tylko Barbara przyniosła zaopatrzenie. Z ogromnego wiklinowego koszyka dochodziły takie zapachy, że nawet pogrążona w żałobie Maria poczuła falę narastającego apetytu. Nic dziwnego, od kilku dni żywiła się suchym chlebem i to tylko wtedy, gdy ktoś wspomniał, że powinna coś zjeść albo odpocząć.
- To było okropne, jak ona mogła? - Olga szeptem rozwodziła się nad zachowaniem byłej żony Gucia. Maria udawała, że tego nie słyszy. Szarlotka, chociaż pyszna, co chwilę stawała jej w gardle. Trzymając w drżących palcach widelec, ostrożnie dzieliła ciasto na mikroskopijne kawałki i wsuwała do ust. Żucie sprawiało ból, podobnie jak patrzenie na pokoje, w których nadal czuć było obecność Gucia. Łzy same napływały do oczu.
- Daj już spokój, nie ma o czym mówić. - W końcu Barbara nie wytrzymała i stanęła nad Olgą. - Co robimy z dzisiejszym popołudniem? Zobaczcie, jest pięknie. Może pójdziemy na spacer?
- Przepraszam. - Maria odstawiła talerzyk z niedojedzonym ciastem i pomknęła do łazienki.
- No i co narobiłaś? - wypaliła Barbara do Olgi, która tylko sapnęła i dostojnie się podniosła. W czerni wyglądała pięknie. Miała szyk i styl, którego zazdrościła jej niejedna kobieta, a panom opadały szczęki, gdy tylko pojawiała się na ich orbicie. Może to kocie oczy, może rude, lśniące długie włosy, a może smukła, zgrabna sylwetka - w każdym razie kipiała seksapilem i nawet bijący licznik lat tego nie zmienił. Wręcz przeciwnie. Jakby z każdym rokiem tajemnicza i magnetyzująca aura spowijająca jej postać stawała się silniejsza. Dochodziło do absurdalnych sytuacji, że nawet nastoletni chłopcy ulegali jej urokowi, przez co niejednokrotnie miała kłopoty z młodocianymi adoratorami. Nie garbiła się, nie przytyła, zmarszczki ledwie musnęły jej twarz.
- Powiedziałam tylko prawdę. - Olga wzruszyła ramionami.
- Myślisz, że ona o tym nie wie? Przecież byłyśmy na tym samym pogrzebie.
No tak, jednego Oldze brakowało. Empatii. Stukając szpilkami, przeszła do przedpokoju. Jak gdyby nigdy nic, sięgnęła do miniaturowej torebki po szminkę i zaczęła poprawiać makijaż. Za jej plecami trwała burzliwa dyskusja między Serafiną a Barbarą, jak wyciągnąć wdowę na świeże powietrze. Skończyło się na uporczywym łomotaniu w drzwi od łazienki, prośbach i groźbach. Na wszystkie te zabiegi odpowiadała głucha cisza. Gdy negocjacje spełzły na niczym, Olga wzięła sprawę w swoje wypielęgnowane ręce. Uzbrojona w pilniczek podeszła do drzwi, których zamek ledwie musnęła, a już stały otworem. Chwilę potem ubierały w płaszcz szlochającą Marię i ignorowały jej żądanie zostawienia w spokoju. Ani na chwilę nie przeszło im przez myśl po prostu wyjść. Wyciągnęły ją niemal siłą. Właściwie to dokonała tego Barbara, która miała wprawę w podobnych sytuacjach. Serafina była zbyt delikatna, mogła tylko głaskać dłoń przyjaciółki i wspierać ją ciepłym słowem. Więc Barbara przejęła dowodzenie. Zgromadziła w sobie mnóstwo siły i miłości, którą obdarzała wszystkich wokół. Nie to co Olga. Ruda kocica sunęła za nimi lekko zamyślona, paliła długiego papierosa i łowiła wszystkie pożądliwe spojrzenia. Bawiło ją to. Rozkoszowała się spacerem. Nie pasowała do pozostałych kobiet, a jednocześnie łączyła ją z nimi nierozerwalna więź.
- No już, kochana, oddychaj głęboko. Zobacz, wiewiórki. Może usiądziemy trochę na ławce? - Barbara wciąż otaczała Marię szerokim ramieniem, bojąc się, że jeśli choć na chwilę poluzuje uścisk, ta upadnie. W końcu i jej zaczęło to doskwierać. Ręka cierpła, a po plecach spływał pot. Jesień była wyjątkowo ciepła tego roku.
- A może pójdziemy na drinka? - wtrąciła się Olga.
- Może jednak do herbaciarni? - zaproponowała Serafina i poprawiła kapelusz, który nasunął się jej na oczy. Wzrokiem wciąż śledziła rude stworzonka.
- Proszę, wróćmy do domu. - Maria zaszlochała. - Naprawdę nie czuję się najlepiej.
- Kochanie, nie możesz żywcem pogrzebać się w domu. Tam wszystko przypomina ci Gucia. - Barbara starała się być delikatna, ale nie szło jej to najlepiej. Maria rozpłakała się na dobre, wtórując jakiemuś dziecku w wózku, które matka próbowała nerwowo ukołysać do snu w alejce obok. Kółka wózka skrzypiały irytująco. Zniecierpliwiona Olga przewróciła oczami.
- Nie możemy jej tak zostawić. Zróbmy coś. - Serafina starała się ratować sytuację.
- Ale co? Panna z Zielonego Wzgórza ma jakiś pomysł? - zapytała Barbara.
Olga, podobna wiewiórkom, z gracją usiadła obok Marii.
- Prosiłam, żebyś mnie tak nie nazywała.
- Oj tam, oj tam. Nie prychaj tak, bo ci kapelutek spadnie.
- Proszę was, przestańcie. Gdyby Gucio tu był... - zaczęła Maria.
- No już, już... spokojnie. Płacz pomaga, ale nie chcemy tu utonąć, prawda? Nie ma co rozpaczać. Niedługo nasza kolej.
- Barbaro! To nie najlepszy sposób pocieszania. - Serafina, nadal oburzona, niecierpliwie przestępowała z nogi na nogę. Czuła się rozdarta. Bardzo chciała być z przyjaciółkami, a jednocześnie nie mogła przestać myśleć o siostrzenicy. Martwiła się o nią. W końcu podjęła decyzję. - Przepraszam was, kochane, spotkamy się jutro, muszę zmykać.
Zaskoczone kobiety słowem nie skomentowały, gdy każdą cmoknęła w policzek i czmychnęła ścieżką między krzakami.
- A tej co? Gdybyśmy nie stały nad grobem, pomyślałabym, że ma schadzkę. - Barbara wciąż wpatrywała się w miejsce, w którym zniknęła Serafina.
- Na moje to poleciała na sabat czarownic. Pytanie tylko, gdzie zaparkowała miotłę. - Olga nie mogła sobie darować symbolicznej dawki złośliwości.
- Może powinnyśmy się zainteresować, co się takiego stało? Nasza kruszynka nigdy nie miała tajemnic. - Maria nadal trzymała zmiętą chusteczkę w dłoni, chociaż łzy jakby same przestały płynąć po jej policzkach.
Popołudniowe słońce powoli przegrywało z chłodem, a trzy kobiety stwierdziły, że jednak skorzystają z pomysłu Serafiny, i wolnym krokiem ruszyły w stronę herbaciarni. Pogrążona w żałobie Maria nie odzywała się, gdy Olga z Barbarą uprzejmie wymieniały uszczypliwości.
- Ech... naprawdę już tylko to nas czeka? Kolejne pogrzeby i spotkania nad herbatą?
W lokalu było przytulnie i niemal pusto. W środku tygodnia rzadko ktoś tu zaglądał. Szydełkowe serwety i herbaciane róże w porcelanowych wazonikach nie zachęcały innych grup wiekowych do odwiedzenia tego miejsca. Znudzona właścicielka, która stała za ladą, jednak zdawała się tym nie przejmować. Kiedy przeszła na emeryturę, mąż sprezentował jej drogi podarunek w postaci uroczego miejsca, w którym regularnie spotykały się przyjaciółki.
- A czego byś jeszcze chciała? Wreszcie mogę odpocząć. - Barbara nalała do trzech filiżanek herbatę z ogromnego porcelanowego czajnika. W tle grała cicho muzyka. Za oknem przejeżdżały samochody i zapadał mrok. One siedziały w cieple i wspominały Gucia.
- Bardzo mi przykro z powodu twojej straty, to na koszt firmy. - Na stoliku pojawiły się talerzyki z ciastem ze śliwkami i kruszonką. Właścicielka, Jagoda, dosiadła się do nich bez pytania. - Miałaś dużo szczęścia, wiesz o tym, prawda? A tak już jest, że odchodzimy. Ciężko się z tym pogodzić, ale w końcu ból minie. - Westchnęła. - Zaparzę świeżej herbaty.
- To prawda, był wyjątkowy, ale zasłużyłaś na niego. Wiesz, że to jeszcze nie koniec? Pozbierasz się, zobaczysz. Zapomnij o tym, co mówią te stare raszple. - Olga pochyliła się w stronę milczącej Marii.
- Jak możesz tak mówić? Przecież kochali się nad życie - wtrąciła oburzona Barbara.
- No i co? To znaczy, że poprzeczka została zawieszona wysoko i że Maria ma prawo oczekiwać od życia jeszcze więcej.
- Olga! - Barbara tupnęła nogą. - To, że ty byś tak postąpiła, nie znaczy, że my też. I niby co ona ma zrobić?
- Nie wiem, niech jedzie do Ciechocinka. Zabawi się, poszaleje.
- Nie wierzę, że to mówisz, jesteś szalona.
- Tylko dlatego, że nie chcę dać się pochować żywcem? Myślisz, że nic więcej już nas nie spotka? Mylisz się! To nasz czas! Już nie musisz niczym się przejmować. Nie grozi ci ciąża, dzieci ci nie płaczą, nie musisz się dobrze prowadzić, jako zdziwaczała staruszka możesz mieć w głębokim poważaniu, co sobie o tobie ludzie pomyślą, bo zawsze znajdzie się wytłumaczenie w postaci jakiegoś alzheimera. Zrozum. Możesz napaść na bank, nago przebiec się ulicami albo nawet iść do sex-shopu! Bo nie wiesz, czy jutro nie umrzesz! Jakie to ma znaczenie? Ile jest rzeczy, których chciałaś spróbować, ale się bałaś albo wstydziłaś?
- To niedorzeczne. - Barbara kręciła głową nad wystygłą herbatą i z troską patrzyła na Olgę. Obawiała się najgorszego, że ruda piękność zwariowała. To było do przewidzenia. Ona jedna nie radziła sobie z tym, że czas biegł i że od dawna była stara.
- Olga ma rację. Powinnyśmy coś zrobić. - Maria zaskoczyła wszystkich spokojem. Otarła oczy i przestała pociągać nosem, wpatrywała się w Olgę, jakby ta nagle zaczęła ogłaszać wszem wobec prawdy objawione.
- Nigdy wam tego nie mówiłam. - Miały wrażenie, że nawet na ulicy zapadła cisza. Właścicielka lokalu, gotowa jeszcze przed chwilą, by wrócić do polerowania filiżanek, zamarła w oczekiwaniu. - Zawsze z Guciem chcieliśmy polecieć balonem, ale nigdy się nam to nie udało. A wy? Co chciałyście zrobić, a na co nie starczyło wam czasu albo odwagi? - Maria wyprostowała się, a na jej bladych ustach pojawił się cień uśmiechu. Oczy rozjarzyły się niezdrowym blaskiem.
- Głupoty. Ja mam wszystko, co chciałam. Nie wiem, co wam chodzi po głowach. - Barbara uniosła obie dłonie w obronnym geście. Nie czuła się już tak pewnie. Pomysł Olgi wprawił ją w niepokój.
- No dalej, nie drocz się z nami. Każdy ma jakiś sekret. Na pewno i ty o czymś marzysz. O czymś zakazanym, niegrzecznym. - Olga kpiła w żywe oczy i nawet tego nie ukrywała. Zignorowała krzywe spojrzenie pani Jagody, która jakby zapomniała o obowiązkach właścicielki i dosiadła się do nich przy okazji podania czajnika ze świeżą herbatą.
- Moim zdaniem czas wracać. Mam jeszcze kilka rzeczy do zrobienia - ucięła temat Barbara.
- Nie, proszę was, nie idźmy jeszcze. - Maria znowu zachowywała się jak mała, przestraszona myszka.
- Kochana, możesz dzisiaj spać u mnie. - Olga nagle przypomniała sobie o ludzkich uczuciach, a Maria, o dziwo, z ulgą przyjęła tę propozycję.
Kiedy się rozstawały, wybiła godzina zamknięcia lokalu.