XII. WYKLĘTY
patrzony matczynym zezwoleniem i błogosławieństwami wyruszyłem pełen radości do Bombaju, zostawiwszy w domu żonę i kilkumiesięczne dziecko. Kiedy przybyliśmy na miejsce, przyjaciele mego brata oświadczyli mu, że w czerwcu i lipcu Ocean Indyjski jest bardzo burzliwy, a wobec tego, że ma to być moja pierwsza podróż morzem, ich zdaniem powinienem odłożyć wyjazd aż do listopada. Ktoś dodał, że właśnie niedawno podczas burzy zatonął parowiec.
Wszystko to sprawiło, że brat zabronił mi wyruszyć w owym czasie w tak ryzykowną podróż. Zostawiwszy mnie u swego przyjaciela w Bombaju, sam powrócił do Radźkotu. Pieniądze przeznaczone na moją podróż dał na przechowanie szwagrowi, a swych przyjaciół prosił, by w razie potrzeby okazali mi pomoc.
Mój pobyt w Bombaju przedłużał się niepomiernie. Nie przestawałem marzyć o dniu wyjazdu do Anglii. Tymczasem członkowie tej samej co ja kasty byli ogromnie wzburzeni moim zamiarem udania się do Anglii. Żaden z hindusów przynależnych do modh bania nie był dotychczas w Anglii, a jeżeli ja mam zamiar uczynić coś podobnego, to należy mi to wyperswadować! W tym celu zostało zwołane zebranie całej kasty, a mnie wezwano do stawienia się na nim. Uczyniłem to. W jaki sposób potrafiłem się zdobyć na podobną odwagę - nie umiem powiedzieć. Pewny siebie, bez najmniejszych wahań stanąłem przed tym zebraniem.
Szeth54 - przewodniczący gminy - który był moim dalekim krewnym i utrzymywał przyjazne stosunki z moim ojcem, od razu wystąpił z oskarżeniem przeciwko mnie.
- Twój zamiar udania się do Anglii - oświadczył mi - został uznany przez naszą kastę za niewłaściwy. Nasza religia nie pozwala na odbywanie zamorskich podróży. Słyszeliśmy również, że jest niemożliwe żyć w tamtym kraju, nie narażając na szwank naszej religii. Jest się tam zmuszonym jeść i pić wraz z Europejczykami!
Na co odpowiedziałem:
- Bynajmniej nie sądzę, by nasza religia była przeciwna wyjazdom do Anglii. Zamierzam udać się do tego kraju dla dalszych studiów. Uroczyście przyrzekłem mojej matce, iż powstrzymam się od robienia tych trzech rzeczy, których się najwięcej obawiacie. Jestem pewien, że to ślubowanie uchroni mnie od złego!
- A my zapewniamy ciebie - podjął ponownie szeth - że dotrzymanie w tamtym kraju wierności naszej religii jest niemożliwe. Wiesz, jakie stosunki łączyły mnie z twoim ojcem, i powinieneś posłuchać mojej rady!
- Wiem o tym - odrzekłem - jesteście starsi ode mnie, ale nic na to nie poradzę. Nie mogę zrezygnować z wyjazdu do Anglii. Przyjaciel i doradca mego ojca, uczony bramin, nie widzi żadnych przeszkód, bym wyjechał, a moja matka i bracia również wyrazili zgodę.
- Złamiesz przykazania naszej kasty!
- Trudno! Moim zdaniem kasta nie powinna się wtrącać do tych spraw.
Ta odpowiedź oburzyła szetha. Rzucił na mnie przekleństwo. Siedziałem jak skamieniały. Wtedy szeth wyrzekł te oto słowa: "Ten chłopiec od dziś jest wyklęty! Każdy, kto mu przyjdzie z pomocą lub odprowadzi go do przystani, skąd będzie odpływał, zostanie ukarany przeze mnie grzywną w wysokości jednej rupii i czterech ann!"
Ten wyrok nie zrobił na mnie żadnego wrażenia. Odszedłem, zastanawiając się jednak nad tym, jak postąpi mój brat. Na szczęście pozostał przy swoim i napisał do mnie, zapewniając, że udziela mi nadal swego zezwolenia oraz że słowa szetha nie mają znaczenia.
To wydarzenie zwiększyło jednak moje obawy związane z wyjazdem do Anglii. Co będzie, jeżeli im się uda skłonić mego brata do zmiany decyzji? A może zajdą jakieś nieprzewidziane wypadki?
Kiedy się więc zamartwiałem, dowiedziałem się naraz, że pewien prawnik z Dżunagadhu udaje się do Anglii, wezwany do stawienia się przed sądem, i że odpływa statkiem czwartego września. Spotkałem się z przyjaciółmi, których mój brat przed wyjazdem prosił, by się mną opiekowali. Ci również byli zdania, że powinienem skorzystać z okazji i udać się w podróż w tak odpowiednim towarzystwie. Nie było więc czasu do stracenia. Wysłałem telegram do brata, prosząc go o pozwolenie wyjazdu, na co otrzymałem zezwalającą odpowiedź.
Zwróciłem się do szwagra, by mi dał pieniądze, ale on powołał się na słowa szetha i powiedział, że nie może narazić się na wyrzucenie go z kasty. Odwołałem się wtedy do przyjaciela naszej rodziny z prośbą o umożliwienie mi opłacenia kosztów podróży oraz związanych z nią wydatków. Pieniądze wyłożone na mnie miały być zwrócone przez mego brata. Ów przyjaciel nie tylko spełnił moją prośbę, ale wszelkimi sposobami podtrzymał mnie na duchu. Byłem mu za to bezgranicznie wdzięczny.
Część otrzymanych od niego pieniędzy natychmiast wydałem na opłacenie kosztów przejazdu, następnie musiałem się odpowiednio wyekwipować! Pomocą i radą służył mi inny przyjaciel naszej rodziny, który miał duże doświadczenie w tych sprawach. Kupił dla mnie ubranie i różne inne rzeczy. Niektóre części garderoby podobały mi się, innych nie lubiłem. Na przykład krawaty, które później chętnie nosiłem, z początku wydawały mi się czymś obrzydliwym. Krótką marynarkę również uważałem za nieskromny strój. Wszystkie te uprzedzenia były jednak bez znaczenia wobec pragnienia znalezienia się w Anglii, które ogarnęło mnie wszechwładnie. Miałem również aż nadto wszelkiej żywności na czas podróży. Mój przyjaciel zarezerwował dla mnie miejsce w tej samej kabinie, w której miał odbyć podróż ów prawnik, nazwiskiem Trjambakrai Mazmudar. Zostałem mu przedstawiony.
Był to mężczyzna w sile wieku, dobrze znający świat i mający duże doświadczenie, natomiast ja byłem całkowicie niedoświadczonym osiemnastoletnim młodzikiem. Mazmudar zapewnił moich przyjaciół, że mogą być o mnie spokojni.
Czwartego września odpłynąłem wreszcie z Bombaju.
III. MAŁŻEŃSTWO DZIECIĘCE
ie mam zbyt wielkiej ochoty do napisania tego rozdziału i wiem, że w trakcie tej opowieści będę miał niejedną gorzką pigułkę do przełknięcia. Nie mogę jednak postąpić inaczej, jeżeli chcę uchodzić za człowieka, który przede wszystkim uznaje prawdę. Obowiązkiem, który mi sprawia sporo przykrości, jest opowiedzenie, jak wstąpiłem w związki małżeńskie, mając trzynaście lat.
Kiedy patrzę na młodzież mającą tyleż, co ja wtedy, lat, a pozostającą dziś pod moją opieką, wzbiera we mnie uczucie litości dla siebie samego oraz cieszę się z tego, że oni uniknęli losu, który mnie spotkał. Nie widzę żadnego moralnego argumentu na poparcie potrzeby zawierania tych zdecydowanie przedwczesnych małżeństw.
Chcę jednak ustrzec czytelników przed popełnieniem błędu: zostałem ożeniony, nie zaś zaręczony. Gdyż w Katiawadzie przestrzegane są dwa różne obyczaje: zaręczyny i małżeństwo. Zaręczyny są uprzednim przyrzeczeniem ze strony rodziców chłopca i dziewczyny, iż oboje zawrą związek małżeński, przy czym przyrzeczenie to nie jest nienaruszalne. Śmierć chłopca nie czyni wdową dziewczyny. Jest to porozumienie zawarte wyłącznie pomiędzy rodzicami i dzieci nie mają z nim nic wspólnego. Często nie są nawet o tym powiadamiane. Okazuje się, że - nic nie wiedząc o tym - byłem trzykrotnie zaręczony. Opowiedziano mi, że dwie dziewczyny, które zostały wybrane dla mnie, umarły jedna po drugiej, stąd też wiem, że byłem trzy razy zaręczony. Natomiast jak przez mgłę przypominam sobie, że obrządek moich trzecich zaręczyn odbył się, kiedy miałem siedem lat. Nie pamiętam jednak, by mnie o tym powiadomiono.
W niniejszym rozdziale opowiadam o swoim małżeństwie, którego dzieje najdokładniej sobie przypominam.
Wypada jeszcze raz nadmienić, że było nas trzech braci. Najstarszy był już żonaty. Rodzina postanowiła ożenić jednocześnie średniego brata, który był starszy ode mnie o dwa, trzy lata, naszego kuzyna, starszego mniej więcej o rok, i mnie. Przy powzięciu podobnej decyzji bynajmniej nie brano pod uwagę, czy to będzie z korzyścią dla nas, jeszcze mniej liczono się z naszą wolą - była to po prostu sprawa wygodna dla rodziny, no i pewna oszczędność.
Małżeństwa wśród hindusów nie są czymś prostym. Bardzo często rodziny narzeczonej i narzeczonego doprowadzają się przez nie do ruiny. Traci się majątek, marnuje czas. Przygotowania trwają nieraz całe miesiące - chodzi o szycie strojów i ozdób, o gromadzenie środków na ucztę weselną. Jedni starają się prześcignąć drugich liczbą i rozmaitością przygotowanych potraw. Kobiety obdarzone głosem, czy też nie, ćwiczą się w śpiewie aż do zachrypnięcia, czasami nawet zapadają na zdrowiu i zakłócają spokój swoim sąsiadom. Ci z kolei spokojnie znoszą wszystkie niewygody i wrzaski, wszystkie brudy i nieporządki, wiedząc, że przyjdzie czas, kiedy oni sami będą musieli zachować się w podobny sposób.
Toteż dorośli w mojej rodzinie byli zdania, że najlepiej będzie, jeżeli załatwią to wszystko za jednym zamachem. Wydatki będą mniejsze, a efekt - większy. Łatwiej jest bowiem narazić się na wydatki, skoro się wie, że będą jednorazowe, a nie trzykrotne. Mój ojciec i stryj byli już starzy, a my byliśmy ostatnimi ich dziećmi, które należało ożenić. Możliwe również, że chcieli po raz ostatni w życiu zabawić się jak należy. Wszystkie te względy zadecydowały więc o tym, że miała się odbyć potrójna uroczystość weselna i - jak już wcześniej powiedziałem - przygotowania do niej trwały od paru miesięcy.
Otóż jedynie dzięki tym przygotowaniom my, chłopcy, zostaliśmy zawczasu powiadomieni o zbliżających się wydarzeniach. Nie sądzę, by wtedy oznaczało to dla mnie coś ponad perspektywę otrzymania nowego odzienia, walenia w bęben, uczestniczenia w pochodzie weselnym, wzięcia udziału w obfitych ucztach weselnych i pozyskania obcej mi dziewczyny do zabawy. Cielesne potrzeby przyszły później. Chciałbym właściwie ukryć za kurtyną uczucie wstydu, jakiego wtedy doznawałem, podając jedynie parę szczegółów zasługujących na to, by o nich opowiedzieć. Wrócę zresztą do nich później, chociaż one również mają mało wspólnego z zasadniczym celem, dla którego podjąłem się opisania całego tego wydarzenia.
A więc mój brat i ja zostaliśmy przywiezieni z Radźkotu do Porbandaru. Przytrafiło się również parę zabawnych szczegółów poprzedzających moment kulminacyjny obchodu, jak między innymi to, że wysmarowano nam całe ciało wonnymi olejkami, sporządzonymi z żółcienia - ale wolę raczej pominąć te szczegóły.
Chociaż mój ojciec był diwanem, jednak był sługą państwa, tym bardziej że cieszył się względami thakore saheba, a ten nie chciał mu aż do ostatniej chwili pozwolić wyjechać. Kiedy wreszcie przystał na to, kazał sporządzić dla mego ojca specjalne furgony, dzięki czemu podróż została skrócona o dwa dni. Los chciał jednak, by się stało inaczej. Porbandar jest odległy od Radźkotu o sto dwadzieścia mil, podróż końmi trwa pięć dni. Mój ojciec odbył ją wprawdzie w ciągu trzech, ale powóz wpadł na trzeci furgon i ojciec został ciężko poraniony. Na miejsce przybył cały obandażowany.
Zarówno jego, jak i nasze zainteresowanie nadchodzącymi wydarzeniami osłabło, ale uroczystości weselne musiały się odbyć. Czyż można było odłożyć datę ślubu? Jednak w swojej chłopięcej uciesze z racji mającego się odbyć wesela zapomniałem o smutku, jaki powinny były we mnie wzbudzić obrażenia mego rodziciela.
Wprawdzie byłem bardzo przywiązany do moich rodziców, ale nie mniejszą przyjemność sprawiały mi wszelkie uciechy cielesne. Dopiero później dane mi było poznać, że szczęście i wszelkie przyjemności winny być złożone w ofierze i zastąpione czcią dla rodziców. I oto, jak gdyby kara za moje pragnienie uciech, przytrafiło się coś, co na całe życie pozostało w mojej pamięci i o czym opowiem później.
Niszkulanand23 śpiewa: "Wyrzeczenie się przedmiotów bez wyrzeczenia pragnień ma krótki żywot, choćbyś nie wiem jak mocno do tego dążył...". Ilekroć sam śpiewam tę pieśń lub słyszę, jak ją śpiewają, w mojej pamięci uparcie powraca to przykre wydarzenie i napełnia mnie uczuciem wstydu.
Mimo odniesionych obrażeń mój ojciec zachował się bardzo dzielnie i wziął udział we wszystkich uroczystościach weselnych. Dziś jeszcze, kiedy o tym pomyślę, widzę miejsce, na którym siedział podczas różnych faz obchodzonej uroczystości. Anim przypuszczał wtedy, że nadejdzie dzień, gdy będę surowo osądzał mego ojca za to, że ożenił mnie, jeszcze dziecko, ale wtedy wszystko wydawało mi się w największym porządku, właściwe i zabawne. Zresztą, sam miałem wtedy ogromną ochotę ożenić się, a wszystko, cokolwiek czynił naonczas mój ojciec, nie mogło podlegać żadnym zastrzeżeniom.
Wszystko to żywo zachowało się w mojej pamięci. Dziś jeszcze widzę siebie, jak siedzimy na naszym weselnym tronie, jak wykonujemy ceremoniał Saptapadi24, jak my, nowo poślubieni małżonkowie, kładziemy sobie wzajemnie do ust kawałki słodkiego kansaru25, jak rozpoczynamy wspólne pożycie. I - ach! - ta pierwsza poślubna noc! Dwoje niewinnych dzieci wbrew swojej woli zostało rzuconych w ocean życia. Żona mojego brata pouczyła mnie, jak mam się zachować w pierwszą noc poślubną. Nie wiem, kto uświadomił moją żonę. Nigdy jej o to nie pytałem ani nie mam zamiaru czynić tego obecnie. Czytelnik może być pewny, że oboje byliśmy zbyt zdenerwowani, by móc spojrzeć na siebie.
Byliśmy poza tym ogromnie nieśmiali. Jak przemówić do niej i co jej powiedzieć? Całe uprzednie pouczenie niewiele mi się przydało, gdyż w takich przypadkach raczej przydaje się brak wszelkich pouczeń. Świadomość tego, w jaki sposób przyszliśmy na świat, czyni wszelkie uświadamianie zgoła zbytecznym. Stopniowo coraz lepiej poznawaliśmy się nawzajem, rozmawialiśmy ze sobą bez skrępowania. Byliśmy w jednym wieku. Nie uczyniłem jednak nic, by zapewnić sobie autorytet małżonka.
VIII. KRADZIEŻE I SKRUCHY
hcę jeszcze opowiedzieć o paru innych przewinach, jakie popełniłem zarówno w okresie spożywania przeze mnie mięsa, jak i znacznie wcześniej, przed moim ślubem lub też po nim.
Mój krewniak i ja staliśmy się nałogowymi palaczami tytoniu. Nie znajdowaliśmy co prawda żadnej szczególnej przyjemności w paleniu ani nie pociągał nas specjalnie zapach dymu tytoniowego - po prostu podobało nam się samo wypuszczanie z ust kłębów dymu. Mój stryj był nałogowym palaczem i kiedy widzieliśmy go palącego, przyszło nam do głowy naśladować go, ale nie mieliśmy pieniędzy. Zaczęliśmy więc wykradać niedopałki papierosów pozostawione przez stryja.
Nie zawsze jednak można było upolować owe niedopałki, a ponadto nie dawały one tyle dymu. Wtedy zaczęliśmy wykradać miedziaki z kieszeni naszej służby, by móc kupować indyjskie papierosy. Problemem było to, gdzie je przechować. Nie mogliśmy też palić w obecności starszych. Jakoś nam uchodziło w ciągu paru tygodni to palenie za skradzione miedziaki. Dowiedzieliśmy się później, że łodygi niektórych roślin są porowate i nadają się do palenia. Zdobyliśmy je i zaczęliśmy palić.
Ale to nas bynajmniej nie zaspokajało. Zaczęła nas pożerać potrzeba niezależności. Już to samo, że nie wolno nam nic zrobić bez zezwolenia starszych, było nie do zniesienia. Wreszcie, zniechęceni do ostateczności, postanowiliśmy popełnić samobójstwo.
Jak jednak wprowadzić w czyn to postanowienie? Skąd wziąć truciznę? Słyszeliśmy, jakoby nasiona dhatury były trujące. Poszliśmy do dżungli na ich poszukiwanie i znaleźliśmy je. Wieczór wydawał nam się odpowiednią porą do wprowadzenia w czyn naszego zamiaru. Udaliśmy się do Kedardźi Mandir34, nalaliśmy topionego bawolego masła do lampy płonącej w świątyni, dostąpiliśmy błogosławieństwa, a następnie zaczęliśmy się rozglądać za jakimś samotnym kącikiem. Zabrakło nam jednak odwagi. A co będzie, jeżeli trucizna nie uśmierci nas od razu? A w ogóle, co nam z tego przyjdzie, że sobie odbierzemy życie? Dlaczego raczej nie walczyć o zdobycie większej niezależności? Przełknęliśmy jednak każdy po dwa, trzy nasiona. Nie mieliśmy odwagi połknąć więcej, każdy z nas bał się przecież śmierci, postanowiliśmy więc dla uspokojenia pójść do Ramdźi Mandir35 i porzucić wszelką myśl o samobójstwie.
Wtedy zrozumiałem, że łatwiej jest myśleć o samobójstwie, aniżeli je popełnić, a gdy słyszałem, że ktoś grozi popełnieniem samobójstwa, nie robiło to na mnie zbyt wielkiego wrażenia.
Owe samobójcze myśli w rezultacie doprowadziły do tego, że obydwaj postanowiliśmy zrezygnować z palenia papierosów i wykradania służbie miedziaków na papierosy. Później, nawet gdy byłem dorosły, nigdy już nie odczuwałem chęci palenia tytoniu i zawsze uważałem ten nałóg za barbarzyński, brzydki i szkodliwy dla zdrowia. Nigdy nie mogłem zrozumieć, skąd na świecie powstał nieprzeparty nałóg palenia, nigdy też nie byłem w stanie podróżować w przedziałach dla palących. Po prostu dusiłem się.
Znacznie poważniejsza od tych kradzieży była ta, której się dopuściłem nieco później. Owe miedziaki "ściągałem", kiedy miałem dwanaście, trzynaście lat, a może i mniej. Następną kradzież popełniłem w wieku piętnastu lat. Tym razem skradłem trochę złota z bransoletki mego brata, tego właśnie, co to również jadł mięso. Zadłużyłem się na jakieś dwadzieścia pięć rupii. Na ręce mój brat nosił bransoletkę z prawdziwego złota. Nie było trudno odczepić z niej parę kółek.
Trudno - stało się: dług został spłacony, ale to było ponad moje siły. Przysiągłem, że nigdy więcej nic nie ukradnę, poza tym postanowiłem, że przyznam się ojcu do wszystkiego. Nie miałem jednak odwagi przemówić do niego - nie dlatego, abym się bał, że mnie zbije. Nie przypominam sobie, by ojciec kiedykolwiek uderzył któreś z dzieci. Powstrzymywała mnie obawa przed bólem, który mogę mu sprawić. Zdawałem sobie sprawę, że muszę się na to zdobyć, bo bez przyznania się do winy nie może być oczyszczenia się z niej. Wreszcie postanowiłem, że napiszę całą mą spowiedź, wręczę ją ojcu i poproszę go, by mi wybaczył. Spisałem wszystko na świstku papieru i sam mu go podałem. Nie tylko przyznałem się do winy, lecz prosiłem o wymierzenie mi odpowiedniej kary za nią, a skończyłem, zaklinając ojca, by za moje przewinienie nie nałożył kary na siebie. Jednocześnie przysiągłem, że nigdy więcej nie popełnię żadnej kradzieży.
Wręczając tę kartkę ojcu, dygotałem cały. Ojciec cierpiał wtedy na wrzody i leżał w łóżku, które składało się ze zwykłych drewnianych desek. Wręczyłem mu kartkę i usiadłem naprzeciw niego.
Ojciec przeczytał, a po policzkach spłynęły mu perliste łzy, które spadły na papier i go zamoczyły. Ojciec przymknął oczy, rozmyślał, ściskając w ręce kartkę. Następnie usiadł na łóżku, by jeszcze raz ją przeczytać, i znów się położył. Mnie również łzy ciekły po twarzy. Widziałem, jak ojciec cierpi. Gdybym był malarzem, potrafiłbym dziś jeszcze namalować całą tę scenę - tak żywo pozostała mi w pamięci.
Te perliste krople oczyściły moje serce i zmyły ze mnie mój grzech. Zrozumieć to potrafi jedynie ten, kto sam doznał podobnej miłości, bo - jak głoszą słowa psalmu:
Ten jedynie,
Kogo poraził grot miłości,
Zdolen jest poznać jej moc.
Była to dla mnie poglądowa lekcja ahimsy. Wtedy nauczyła mnie jedynie tego, czym jest miłość ojcowska, dziś wiem, że był to dowód prawdziwej ahimsy (czyli nauki o nieczynieniu nikomu zła). Gdy staje się ona wszechobejmująca, potrafi zmienić wszystko, czego się dotknie, i wtedy jej potęga nie ma granic.
Podobny rodzaj niezwykłej pobłażliwości nie był właściwy memu ojcu. Sądziłem raczej, że będzie się gniewał, mówił surowe słowa i pocierał swe czoło, ale ojciec był niezwykle łagodnie usposobiony i skłonny jestem przypisać to mojej szczerej spowiedzi. Bo szczere przyznanie się do winy, któremu towarzyszy obietnica, iż nigdy więcej nie popełni się czegoś podobnego, jeżeli się ją składa komuś, kto ma prawo ją przyjąć, jest najczystszą formą skruchy.
Wiem, że moja spowiedź sprawiła, że ojciec nabrał do mnie całkowitego zaufania, i ponad wszelką miarę wzmogła w nim uczucie, jakie dla mnie żywił.
XI. PRZYGOTOWANIA DO WYJAZDU DO ANGLII
gzaminy maturalne złożyłem w 1887 roku. Odbywały się one w dwóch miastach: Ahmedabadzie i Bombaju. Powszechne ubóstwo kraju zmuszało uczniów do wybierania najbliższego i najtańszego miasta. Ubóstwo mojej rodziny dyktowało mi podobny wybór. Była to moja pierwsza podróż, którą odbyłem z Radźkotu do Ahmedabadu, i w dodatku sam. Moja rodzina życzyła sobie, abym po złożeniu matury kontynuował naukę w college'u. Jeden znajdował się w Bhawnagadzie49, drugi w Bombaju, a że pierwszy był tańszy, obrałem to miasto i wstąpiłem do Samaldas College. Zacząłem uczęszczać na wykłady, ale wkrótce poczułem się jak rzucony na fale bezbrzeżnego oceanu. Wszystko było ogromnie trudne. Nie byłem w stanie nie tylko nadążyć, ale nawet zrozumieć wykładów moich profesorów. Nie było to zresztą ich winą. Wykładowcy w tym college'u uważani byli za bardzo dobrych - to ja byłem niedouczony. Pod koniec pierwszego semestru wróciłem do domu.
W osobie Mawdźiego Dave'a, który był przebiegłym i wykształconym braminem, mieliśmy starego przyjaciela i doradcę naszej rodziny. Utrzymywał on bliskie stosunki z nami nawet po śmierci ojca. Tak się złożyło, że odwiedził nas podczas moich ferii. W rozmowie z matką i moim starszym bratem dopytywał się o moje postępy w nauce. Dowiedziawszy się, że studiuję w Samaldas College, powiedział: "Czasy się zmieniły. Żaden z was nie może mieć nadziei na dziedzictwo gadi (tronu) waszego ojca, jeżeli nie otrzyma właściwego wykształcenia. Wobec tego, że ten młodzieniec kontynuuje studia, powinniście wszyscy dbać o to, aby uzyskał ojcowski gadi. Otrzymanie stopnia B.A.50 zajmie mu od czterech do pięciu lat, i w najlepszym razie pozwoli objąć stanowisko za pięćdziesiąt rupii, ale nie wystarczy do zostania diwanem. Jeżeli, podobnie jak mój syn, wybierze studia prawnicze, zajmie mu to jeszcze więcej czasu, a tymczasem zjawi się mnóstwo prawników, którzy będą się ubiegali o stanowisko diwana. Byłbym raczej zdania, byście go posłali do Anglii. Mój syn, Kewalram, powiada, że można tam bardzo łatwo zostać adwokatem. On wraca za trzy lata. Koszt studiów nie wyniesie więcej niż cztery do pięciu tysięcy rupii. Spójrzcie tylko na tego adwokata, który właśnie powrócił z Anglii. Jaki wytworny tryb życia prowadzi.
Niechby tylko zechciał zostać diwanem, a przyznano by mu zaraz tę godność. Bardzo usilnie doradzałbym wam wysłać Mohandasa do Anglii jeszcze w tym roku. Kewalram ma licznych przyjaciół w Anglii, da mu listy polecające i wasz syn będzie miał tam wszystko ułatwione".
Joszidźi51, jak przywykliśmy nazywać starego Mawdźiego Dave'a, zwrócił się do mnie z pewną siebie miną i zapytał: "Czy nie wolałbyś wyjechać do Anglii, niż studiować tutaj?".
Niczego nie pragnąłem bardziej! Trudności, jakie mi sprawiały studia na miejscu, bardzo mnie onieśmielały, zerwałem się więc z miejsca na tę propozycję i odpowiedziałem, że im wcześniej to nastąpi, tym lepiej. Złożenie egzaminów nie było rzeczą łatwą, czy nie mógłbym więc zacząć studiować medycyny?
Brat mi przerwał: "Ojciec nigdy nie lubił medycyny. Miał właśnie ciebie na myśli, kiedy mówił, że my, wyznawcy Wisznu, nie powinniśmy mieć nic wspólnego z krajaniem trupów. Ojciec przeznaczył ciebie na studia prawnicze".
Joszidźi przyklasnął tym słowom, mówiąc: "Nie jestem tak jak wasz ojciec przeciwny studiom medycznym. Nasze śastry52 również nie są temu przeciwne, ale zawód lekarza nie uczyni z ciebie diwana, a ja pragnąłbym, abyś nim został albo nawet kimś więcej. Jedynie obierając tę drogę, będziesz mógł zapewnić pomoc waszej licznej rodzinie. Czasy zmieniają się szybko i są coraz trudniejsze - dlatego obecnie najmądrzej jest zostać adwokatem".
Zwracając się do mojej matki, joszidźi dodał: "A teraz muszę już odejść. Zastanówcie się nad tym, co powiedziałem. Mam nadzieję, że kiedy przybędę do was następnym razem, dowiem się o twoich przygotowaniach do podróży do Anglii. Proszę, dajcie mi znać, czy mogę wam być w czymś pomocny".
Joszidźi odszedł, a ja zacząłem budować zamki na lodzie.
Mój starszy brat był poważnie zatroskany. Jak znaleźć fundusze na wysłanie mnie? I w ogóle czy można było mieć zaufanie do takiego jak ja młodzika i wysłać go samego za granicę?
Matka się zamartwiała. Nie była skłonna się ze mną rozstawać. Oto jakimi sposobami usiłowała odwieść mnie od tego zamiaru: "Stryj - mówiła - jest teraz najstarszym członkiem rodziny. Powinno się przede wszystkim zasięgnąć jego rady. Jeżeli on wyrazi swą zgodę, zajmiemy się tym".
Mój brat był innego zdania i powiedział do mnie: "Mamy pewne roszczenia wobec rządu Porbandaru. Mister Lely jest administratorem i jest bardzo dobrego zdania o naszej rodzinie, stryj jest również bardzo dobrze notowany u niego. Możliwe, że uda mu się uzyskać pewną pomoc rządową na twoje studia w Anglii".
Bardzo mi to odpowiadało i czyniłem przygotowania do wyjazdu do Porbandaru. Kolei w owych czasach jeszcze nie było. Miałem przed sobą pięciodniową podróż wozem, ciągnionym przez woły. Przyznałem się już przedtem do tego, że byłem tchórzem, ale moje tchórzostwo rozwiało się wobec gorącego, całkowicie pochłaniającego mnie pragnienia wyjazdu do Anglii. Wynająłem wóz zaprzężony w woły aż do Dhoradży, a stamtąd ruszyłem w drogę na wielbłądzie, chcąc w ten sposób o jeden dzień wcześniej przybyć do Porbandaru. Była to moja pierwsza jazda na wielbłądzie. Wreszcie przybyłem na miejsce, z pokorą pozdrowiłem mego stryja i opowiedziałem mu o wszystkim. Stryj zastanowił się i odrzekł: "Nie mam pewności, czy pobyt w Anglii nie odbije się niekorzystnie na twoich uczuciach religijnych. Sądząc z tego, co słyszałem, mam raczej pewne wątpliwości. Spotykając się z tymi znakomitymi adwokatami, nie spostrzegam żadnej różnicy pomiędzy nimi a Europejczykami. O ile chodzi o sprawy odżywiania się, nie mają oni żadnych skrupułów. Nie wyjmują cygar z ust. Ubierają się równie bezwstydnie jak Anglicy. Wszystko to stoi w sprzeczności z naszymi rodzinnymi tradycjami. Ja sam wkrótce udam się na pielgrzymkę, niewiele mi już pozostało lat życia. Jakżebym mógł, stojąc u progu śmierci, pozwolić ci na wyjazd do Anglii, na przebycie tylu mórz? Nie chcę jednak stanąć w poprzek twojej drogi, tu chodzi przecież głównie o zgodę twojej matki. Jeżeli ona ci pozwoli - ruszaj z Bogiem! Powiedz jej, że się nie sprzeciwiam. Wyjedziesz, mając moje błogosławieństwo".
- Niczego więcej nie pragnę od ciebie, stryju! - odpowiedziałem. - Będę usiłował teraz przekonać moją matkę. A czy stryj nie mógłby mi dać polecającego listu do mister Lely'ego?
- Jakże mógłbym to zrobić? - odparł stryj. - Ale to jest bardzo dobry człowiek. Postaraj się, by cię przyjął, i opowiedz mu, z jakiej pochodzisz rodziny. Z pewnością okaże ci pomoc.
Nie rozumiem, dlaczego stryj nie dał mi owego listu polecającego. Mam jednak wrażenie, że nie chciał współdziałać w sprawie mego wyjazdu do Anglii, który uważał za sprzeczny z zasadami religijnymi.
Napisałem do mister Lely'ego, który wezwał mnie, bym się zgłosił do jego rezydencji. Spostrzegł mnie, idąc do góry schodami, oświadczył oschle: "Niech pan wpierw złoży swój magisterski egzamin i następnie zobaczy się ze mną. Na razie nie mogę panu okazać żadnej pomocy". Po czym szybko pobiegł schodami.
A ja tak starannie przygotowałem się do tego spotkania. Nauczyłem się na pamięć kilku sentencji, umiałem składać niski pokłon i pozdrawiać go obiema rękami. Wszystko na próżno.
Pomyślałem wtedy o biżuterii mojej żony, o moim starszym bracie, w którym pokładałem wszystkie swe nadzieje. Był hojny aż do przesady i kochał mnie jak swego syna.
Wróciłem więc z Porbandaru do Radźkotu i opowiedziałem o wszystkim, co miało miejsce. Zapytałem o radę joszidźiego, który sądził nawet, że mogę zaciągnąć na ten cel pożyczkę. Zaproponowałem zastawienie kosztowności mojej żony, za co dałoby się otrzymać od dwóch do trzech tysięcy rupii. Brat również obiecał postarać się o pieniądze.
Matka wciąż jeszcze była przeciwna memu wyjazdowi. Zaczęła gromadzić szczegółowe informacje: ktoś powiedział jej, że młodzież wykoleja się w Anglii, inny - że przyzwyczaja się do spożywania mięsa, jeszcze ktoś opowiedział, jakoby ta młodzież nie mogła żyć bez alkoholu.
- I cóż ty na to? - zapytywała mnie matka.
Na co odpowiadałem:
- Nie masz, matko, do mnie zaufania? Nie będę cię okłamywał, przysięgam jedynie, że nie dotknę żadnej z tych rzeczy. Czy joszidźi pozwoliłby mi wyjechać, gdyby istniało podobne niebezpieczeństwo?
- Mam do ciebie zaufanie... - mówiła matka - ale jak ci zaufać, skoro będziesz tak daleko? Jestem w rozterce i nie wiem, co czynić. Zasięgnę rady u swamiego Behadźiego.
Swami Behadźi, z pochodzenia modh bania53, został zakonnikiem dżinistów. Był, podobnie jak joszidźi, doradcą naszej rodziny i przyszedł mi z pomocą, oświadczając: "Każę mu złożyć trzy uroczyste ślubowania i wtedy można będzie pozwolić, by wyjechał".
Zorganizował więc uroczyste złożenie przeze mnie trzech przysiąg: nie pić wina, nie jeść mięsa, nie obcować z kobietami.
Po złożeniu przyrzeczeń matka udzieliła mi zezwolenia na wyjazd. Liceum urządziło na moją cześć pożegnalny wieczór. Wyjazd młodego człowieka z Radźkotu do Anglii był bądź co bądź niezwykłym wydarzeniem. Napisałem kilka słów podziękowania, z trudem jednak potrafiłem je wyjąkać. Pamiętam, jak kręciło mi się w głowie i jak cały dygotałem, kiedy wstałem, by je wygłosić.
Pobłogosławiony na drogę przez wszystkich starszych członków rodziny, wyjechałem do Bombaju. Była to moja pierwsza podróż z Radźkotu do Bombaju. Mój brat mi towarzyszył. Nie wszystko jednak poszło gładko. W Bombaju spotkały nas pewne trudności.
XIII. NARESZCIE W LONDYNIE
a statku wcale nie przechodziłem morskiej choroby, jednak po pierwszym dniu podróży ogarnął mnie jakiś niepokój. Byłem tak nieśmiały, że nie miałem odwagi przemówić nawet do służby okrętowej. Byłem zresztą zupełnie nieprzyzwyczajony do rozmawiania po angielsku, a oprócz owego prawnika, Mazmudara, wszyscy pozostali pasażerowie w drugiej klasie byli Anglikami. Nie potrafiłem prowadzić z nimi rozmów, gdyż często nie rozumiałem słów, którymi się do mnie zwracali, a niekiedy nawet rozumiejąc, nie umiałem na nie odpowiedzieć. Każde bowiem zdanie musiałem przed wypowiedzeniem długo tłumaczyć w myślach. Nie umiałem się posługiwać nożem ani widelcem, nie śmiałem się zapytać, które z podawanych dań zawiera mięso, i dlatego nigdy nie jadłem przy wspólnym stole, lecz w swojej kabinie, przy czym moje posiłki składały się przeważnie ze słodyczy i owoców, które zabrałem ze sobą.
Natomiast Mazmudar nie miał żadnych trudności i obcował ze wszystkimi na statku. Spacerował swobodnie po pokładzie, podczas gdy ja cały dzień siedziałem ukryty w kabinie i wychodziłem jedynie wtedy, gdy na pokładzie było mało ludzi. Mazmudar wciąż mnie zachęcał, bym zawarł znajomości z innymi pasażerami i bez skrępowania z nimi rozmawiał. Mówił przy tym, że adwokat powinien mieć "długi język", i opowiadał mi o swoich prawniczych doświadczeniach. Radził mi również, bym korzystał z każdej nadarzającej się sposobności i rozmawiał po angielsku, nie obawiając się popełnienia błędów, co jest nieuniknione przy posługiwaniu się obcym językiem. Jednak nic nie mogło przełamać mojej nieśmiałości.
Pewien pasażer Anglik, zwracając się do mnie bardzo uprzejmie, wciągnął mnie w rozmowę. Był starszy ode mnie. Pytał mnie, co jem, kim jestem, dokąd się udaję, czemu jestem taki nieśmiały i tak dalej. Namawiał mnie również, bym jadał przy ogólnym stole. Śmiał się przy tym z mojego uporu niejadania mięsa i kiedy byliśmy jeszcze na Morzu Czerwonym, w nad wyraz życzliwy sposób powiedział:
- To wszystko jest bardzo słuszne, ale będzie pan musiał zmienić swój pogląd, gdy znajdziemy się w Zatoce Biskajskiej. W Anglii jest tak zimny klimat, że niepodobna tam mieszkać, nie jedząc mięsa.
- A ja słyszałem, że ludzie żyją tam, obywając się bez jedzenia mięsa - odparłem.
- Zapewniam pana, że to nieprawda! O ile mi wiadomo, w Anglii każdy musi jeść mięso. Przecież nie namawiam pana do picia mocnych trunków, pomimo że sam to robię. Zdaje mi się jednak, że powinien pan jadać mięsne potrawy, bo trudno będzie panu wyżyć w Anglii bez tego.
- Dziękuję panu za te życzliwe rady - odpowiedziałem - ale przyrzekłem matce, że nie będę jadał mięsa. Gdyby się okazało, że nie sposób obejść się bez tego, gotów jestem raczej powrócić do Indii, aniżeli zostać i złamać moje przyrzeczenie.
Wpłynęliśmy do Zatoki Biskajskiej, ale nie odczuwałem jakiejkolwiek potrzeby jedzenia mięsa ani picia mocnych trunków. Poradzono mi, abym zebrał parę zaświadczeń stwierdzających, iż powstrzymałem się na statku od spożywania mięsa. Zwróciłem się więc do tego życzliwie dla mnie usposobionego Anglika, by zechciał mi je napisać. Chętnie mi je dał, a ja przez pewien czas przechowywałem je skrzętnie jak coś bardzo cennego. Kiedy jednak przekonałem się później, że można otrzymać takie poświadczenie, pomimo że się jada mięso, ów papierek stracił dla mnie wszelką wartość. Jeżeli moje słowo nie zasługiwało na zaufanie, jakąż wartość mogło przedstawiać posiadanie podobnego zaświadczenia?
Do Southampton przybyliśmy, o ile sobie przypominam, w sobotę. Na statku byłem ubrany w czarne ubranie, a białe wełniane, kupione dla mnie przez mego przyjaciela, leżało schowane w kabinie, przygotowane do włożenia w chwili, kiedy będziemy lądowali. Sądziłem, że biały strój bardziej się nadaje w takiej chwili, i dlatego się przebrałem. Były to ostatnie dni września. Wkrótce spostrzegłem, że jestem jedyną osobą ubraną na biało. Swój bagaż oddałem do dalszego wysłania firmie Grindlay and Co, widząc, że inni robią to samo.
Byłem w posiadaniu czterech polecających listów: do doktora PJ. Mehty, do Dalpatrama Shukli, do księcia Randżitsinhdźiego i do Dadabhai Naorodźie-go. W Londynie ktoś na statku poradził mi zatrzymać się w hotelu Victoria. Mazmudar i ja udaliśmy się tam. Byłem ogromnie zażenowany tym, że jestem jedyną osobą ubraną w białe ubranie. Po przybyciu do hotelu dowiedziałem się, że moje rzeczy nadejdą dopiero pojutrze, gdyż następnego dnia była niedziela. Byłem zrozpaczony.
Doktor Mehta, do którego wysłałem telegram z Southampton, zjawił się tego samego dnia o ósmej wieczorem. Powitał mnie serdecznie, uśmiechając się na widok mojego białego ubrania. Rozmawiając z nim, od czasu do czasu dotykałem ręką jego cylindra, głaszcząc jego błyszczącą powierzchnię, robiłem to jednak w niewłaściwym kierunku i zwichrzyłem jego gładkość.
Doktor Mehta z niezadowoleniem spojrzał na mnie i odebrał z moich rąk cylinder, ale wyrządzonej mu przykrości nie dało się już zatrzeć. To wydarzenie stało się dla mnie przestrogą na przyszłość. Była to pierwsza udzielona mi lekcja zachowywania się po europejsku, chociaż doktor Mehta potraktował ją dość humorystycznie. "Nie należy dotykać cudzych rzeczy - powiedział mi wtedy. - Nie należy zadawać pytań, jak to przywykliśmy czynić w Indiach od pierwszej chwili zawarcia znajomości, nie należy mówić zbyt głośno, nie powinno się zwracać do osoby, z którą się rozmawia, mówiąc wciąż "sir", jak to jest w zwyczaju w Indiach. Jedynie służba i podwładni używają tutaj potocznie tego zwrotu". Takich oto i temu podobnych rad udzielał mi doktor Mehta.
Powiedział mi również, iż mieszkanie w hotelu jest bardzo kosztowne, i poradził, bym zamieszkał przy rodzinie. Odłożyliśmy załatwienie tego do poniedziałku.
Zarówno Mazmudar, jak i ja doszliśmy do przekonania, że nie ma sensu mieszkać w hotelu, co zresztą stanowiło duży wydatek. Na statku razem z nami płynął pewien podróżny z Malty, hindus z prowincji Sindh, który zaprzyjaźnił się z Mazmudarem. Znał dobrze Londyn i zaproponował nam znalezienie odpowiednich dla nas pokojów. Chętnie się zgodziliśmy i w poniedziałek, zaraz po nadejściu naszych bagaży, zapłaciliśmy rachunek w hotelu i przenieśliśmy się do pokojów znalezionych dla nas przez owego przyjaciela z Sindhu.
Przypominam sobie, że mój rachunek wyniósł trzy funty, co mnie po prostu przeraziło. Mimo tak wygórowanego rachunku w hotelu byłem ciągle głodny. Nic mi nie smakowało. Odsyłałem jedną potrawę, zamawiałem drugą, ale płacić musiałem za obydwie. Żywiłem się cały czas tym, co zabrałem z Bombaju.
W nowym mieszkaniu nie czułem się zbyt dobrze. Nie przestawałem myśleć o swoim domu, o swoim kraju. Pamięć o matczynej miłości nie odstępowała mnie na chwilę. W nocy łzy spływały mi po policzkach, a wspomnienia rodzinnego domu odbierały mi sen. Nie miałem nikogo, z kim mógłbym podzielić się trapiącym mnie bólem. Zresztą, gdybym nawet miał, co by mi z tego przyszło? Wiedziałem, że nikt nie jest w stanie mi pomóc.
Wszystko dokoła było mi obce: ludzie, ich tryb życia, nawet ich mieszkania. Byłem zupełnym nowicjuszem w sprawach przestrzegania angielskiej etykiety i musiałem się mieć wciąż na baczności.
Moje wegetariańskie śluby powiększały wszystkie te trudności. Potrawy, które wolno mi było jeść, były niesmaczne. Znalazłem się więc pomiędzy Scyllą a Charybdą. Anglii nie znosiłem, ale o powrocie nie było nawet mowy. Wewnętrzny głos podpowiedział mi: "Skoro już tu jesteś, musisz pozostać trzy lata".
IX. ŚMIERĆ OJCA I MOJA PODWÓJNA HAŃBA
zasy, o których będę teraz opowiadał, dotyczą szesnastego roku mego życia. Mój ojciec, jak już o tym była mowa, nie opuszczał łóżka, chorując na wrzody. Moja matka, nasza stara służąca i ja obsługiwaliśmy chorego. Do mnie należały czynności pielęgniarki, polegające przeważnie na zmianie opatrunków, dawaniu lekarstw, a także przyrządzaniu ich, o ile to się dało zrobić w domu. Co noc masowałem mu nogi i odchodziłem tylko wtedy, kiedy ojciec kazał mi odejść lub kiedy zasnął. Lubiłem spełniać te czynności i nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek wykonywał je niedbale. Cały wolny czas, jakim rozporządzałem po spełnieniu codziennych obowiązków, był podzielony pomiędzy szkołę i pielęgnowanie ojca. Wychodziłem z domu tylko dla odbycia wieczornej przechadzki lub wtedy, gdy ojciec czuł się lepiej.
W tym też czasie moja żona spodziewała się dziecka. Był to powód, jak to sobie dziś dopiero uprzytamniam, bym się czuł podwójnie zawstydzony: po pierwsze - nie potrafiłem, jak należało, zapanować nad sobą (byłem jeszcze uczniem liceum), a po drugie - moja zmysłowość brała górę nad moimi innymi obowiązkami, a więc również nad nauką, i - co uważałem za swój najświętszy obowiązek - nad miłością dla rodziców, a przecież moim ideałem od wczesnego dzieciństwa było poświęcenie Śrawany. Każdego wieczoru, kiedy moje ręce były zajęte masowaniem ojcowskich nóg, moje myśli krążyły dokoła sypialni, przy tym działo się to w czasie, kiedy zarówno religia, jak i wiedza lekarska oraz zdrowy rozsądek zabraniają utrzymywania stosunków z żoną. Czułem się zazwyczaj nad wyraz szczęśliwy, gdy po zwolnieniu się od swych obowiązków i obsłużeniu ojca mogłem pobiec wprost do naszej sypialni.
Stan zdrowia ojca pogarszał się z dnia na dzień. Lekarze posługujący się metodami ajurwedy36 wypróbowali już wszystkie swoje nacierania, lekarze hakim37 - swe plastry, a miejscowi znachorzy - swe "zamawiania". Pewien chirurg, Anglik, również udzielił swej porady, przy czym jako jedyne wyjście zalecał operację. Nasz domowy lekarz sprzeciwił się jednak temu, twierdząc, że operacja w tak podeszłym wieku nie jest wskazana. Ów lekarz znał się na rzeczy i cieszył się dużą popularnością, toteż jego zdanie przeważyło. Zaniechano operacji i zaczęto stosować niezliczoną liczbę różnych leków. Wydaje mi się, że gdyby ów lekarz zezwolił na operację, rana zaleczyłaby się łatwiej. W końcu zgodzono się na nią, miał ją wykonać pewien bardzo znany chirurg w Bombaju38. Ale Bóg chciał inaczej. Gdy śmierć jest nieunikniona, któż myśli o najwłaściwszym lekarstwie? Ojciec powrócił z Bombaju, przywożąc ze sobą całą aptekę, która w obecnym stadium choroby była już bezużyteczna. Nie było nadziei utrzymania go przy życiu. Ojciec był coraz słabszy, aż wreszcie doszło do tego, że lekarze zalecili mu załatwianie wszystkich niezbędnych czynności w łóżku, ale ojciec do ostatniej chwili nie zgadzał się na to i wolał pokonywać ogromne trudności połączone z opuszczaniem łóżka. Reguły obowiązujące wyznawców Wisznu i nakazujące przestrzeganie schludności są niezłomne.
Nie ulega wątpliwości, że podobna schludność jest niezbędna, jednak wiedza lekarska Zachodu poucza, iż wszystkie czynności - nawet kąpiel - mogą być wykonywane w łóżku, bez narażania chorego na jakiekolwiek niewygody, przy czym łóżko pacjenta może pozostać nieskazitelnie czyste. Uważam tego rodzaju schludność za zgodną z kultem wisznuickim, a upór ojca opuszczającego łóżko budził we mnie jedynie podziw dla niego.
Nadeszła wreszcie owa straszliwa noc. Mój stryj przyjechał wtedy do Radźkotu, przypuszczam, że przybył po otrzymaniu wiadomości o tym, że stan zdrowia mego ojca się pogorszył. Bracia byli do siebie ogromnie przywiązani. Stryj potrafił cały dzień przesiedzieć przy łóżku mego ojca i po odesłaniu nas na spoczynek upierał się, że zostanie przy nim przez całą noc. Nikt nie przypuszczał, by ta właśnie noc miała być fatalna, aczkolwiek niebezpieczeństwo nie przeminęło.
Była godzina dziesiąta i pół w nocy lub może jedenasta. Stryj powiedział, że gotów jest mnie zluzować. Byłem z tego bardzo zadowolony i udałem się wprost do naszej małżeńskiej sypialni. Moja żona, to biedactwo, już prawie spała, ale czy mogła spać spokojnie, kiedy ja wróciłem? Obudziłem ją. Po paru zaledwie minutach służący zapukał do drzwi. "Wstań czym prędzej - mówił - ojciec jest bardzo chory!" Wiedziałem, że ojciec jest chory, ale domyśliłem się, co te słowa "bardzo chory" oznaczają w obecnej chwili! Wyskoczyłem z łóżka.
- Co się stało? Powiedz mi!
- Ojciec nie żyje...
A więc już było po wszystkim! Pozostało mi jedynie załamać ręce. Było mi straszliwie wstyd, czułem się okropnie. Pobiegłem do pokoju ojca. Uprzytomniłem sobie, że gdyby mnie nie oślepiła moja zwierzęca pożądliwość, uniknąłbym tortur, na jakie mnie skazywało sumienie za to, że opuściłem ojca podczas ostatnich chwil jego życia. Powinienem był zostać przy nim, masować go, a umarłby na moich rękach. Ten przywilej przypadł w udziale mojemu stryjowi. Co prawda był tak bardzo przywiązany do swego starszego brata, że zasłużył na zaszczyt oddania mu ostatniej posługi. Ojciec przeczuwał zbliżającą się śmierć. Kazał sobie podać papier i pióro i nakreślił te oto słowa: "Przygotujcie ostatnie posługi". Następnie zdjął amulet z ręki, a także złotą bransoletę z paciorkami i położył je obok siebie. Chwilę później nie żył.
Uczucie hańby, o którym mówiłem wyżej, było następstwem pożądliwości, której pozwoliłem zapanować nad sobą w chwili, kiedy powinienem był nieustannie czuwać przy moim ojcu. Była to plama na moim sumieniu, której nigdy nie zdołałem zmyć. Zawsze sądziłem, że moja miłość dla rodziców nie ma granic i że gotów jestem w imię tej miłości uczynić wszystko, a tymczasem to uczucie nie wytrzymało próby, kiedy moje myśli w owej fatalnej chwili znalazły się w mocy moich zmysłów.
Uważałem siebie zawsze za wiernego, choć opanowanego przez zmysły małżonka. Upłynęło niemało czasu, zanim zdołałem uwolnić się z kajdan, jakie one na mnie nakładały. Musiałem dochować wierności wielu ślubowaniom, żeby zapanować nad zmysłami (namiętnościami), aż je w sobie przemogłem.
Zanim skończę ten rozdział, w którym jest mowa o tym, jak dwukrotnie okryłem się hańbą, chcę jeszcze wspomnieć, że biedne maleństwo, które wkrótce potem wydała na świat moja żona, żyło nie dłużej niż trzy lub cztery dni. Czyż można było się spodziewać czegoś innego? Niech ten przykład będzie przestrogą dla wszystkich małżeństw.
XIV. MÓJ WYBÓR
oktor Mehta przyszedł w poniedziałek do hotelu Victoria, licząc na to, że mnie jeszcze zastanie. Dowiedział się, że się wyprowadziliśmy, otrzymał nasz nowy adres i odwiedził nas w nowym miejscu zamieszkania. Przez zwykłą głupotę podczas podróży nabawiłem się liszaja na skórze. Do mycia i kąpieli używano na statku morskiej wody, w której mydło się nie rozpuszcza. Ja jednak używałem mydła, uważając to za dowód pewnej cywilizacji - rezultat był ten, że zamiast umyć skórę, przetłuszczałem ją - no i porobiły mi się na niej liszaje. Pokazałem je doktorowi Mehcie, który zalecił mi stosowanie kwasku octowego. Pamiętam, że mi to sprawiało ogromny ból.
Doktor Mehta obejrzał mój pokoik oraz warunki, w których miałem zamieszkać, po czym potrząsnął głową, wyrażając swe niezadowolenie. "To się nie nadaje dla ciebie, mój przyjacielu - powiedział. - Przyjeżdżamy do Anglii nie tylko dla odbycia studiów, lecz również, by przyjrzeć się angielskiemu życiu i zwyczajom. By to osiągnąć, trzeba zamieszkać przy jakiejś angielskiej rodzinie, zanim jednak to się stanie, sądzę, że przyda się pewien niedługi okres wstępnej nauki i w tym celu zabieram cię do siebie".
Z wielką wdzięcznością przyjąłem tę propozycję i przeprowadziłem się do domu, w którym mieszkał mój przyjaciel. Był on uosobieniem dobroci i troskliwości. Traktował mnie jak własnego brata, zapoznał z angielskim trybem życia, uczył mnie tutejszych zwyczajów i stopniowo przyzwyczajał do posługiwania się w rozmowie językiem angielskim.
Niestety, sprawa mojego odżywiania wciąż nastręczała znaczne trudności. Wygotowane w wodzie jarzyny, bez soli i przypraw, nie mogły mi smakować. Gospodyni gubiła się w domysłach, czym mnie karmić. Na śniadanie dostawałem płatki owsiane, co było wystarczające, natomiast od obiadów i kolacji wstawałem głodny. Mój przyjaciel namawiał mnie bez przerwy do jedzenia mięsa, ale ja stale odmawiałem, powołując się na złożone przeze mnie ślubowanie, po czym przerywałem rozmowę na ten temat.
Na obiad i na kolację dostawałem szpinak, chleb i dżem. Miałem zdrowy żołądek i dobry apetyt - potrafiłem dużo zjeść. Cóż, kiedy wstydziłem się poprosić o więcej niż dwie kromki chleba, uważając, że to "nie wypada". Muszę jeszcze dodać, że ani do obiadu, ani do kolacji nie podawano mleka. Pewnego razu mój przyjaciel, oburzony na mnie, wręcz mi powiedział: "Gdybyś był moim bratem, kazałbym ci spakować manatki! Jaką wartość ma ślubowanie złożone matce analfabetce, która nie ma pojęcia o tutejszych warunkach życia? Nie są to, moim zdaniem, żadne ślubowania i nie mają one żadnej mocy! Upieranie się przy podobnym przyrzeczeniu jest po prostu przesądem. Chcę ci powiedzieć, mój przyjacielu, że upór nie pomoże ci w osiągnięciu czegokolwiek tutaj. Przyznałeś mi się, że jadłeś mięso i że ci ono smakowało. Robiłeś to wtedy, kiedy nie zachodziła żadna potrzeba, a nie chcesz się zgodzić teraz, gdy to jest wręcz niezbędne. Wstydziłbyś się!".
Byłem jednak nieprzejednany. Nie było dnia, aby mój przyjaciel nie sprzeczał się ze mną, spotykał się jednak z niezmienną odmową z mojej strony. Im bardziej nalegał - tym bardziej obstawałem przy swoim. Codziennie prosiłem Boga o pomoc, a On mi jej udzielał. Nie wynika jednak z tego, bym miał jakieś określone wyobrażenie o Bogu, była to raczej wiara, którą kiedyś posiała w mej duszy zacna piastunka Rambha.
Pewnego dnia mój przyjaciel zaczął mi czytać Teorię użyteczności Benthama. Nie byłem w stanie tego zrozumieć, język był dla mnie za trudny. Wtedy mój przyjaciel zabrał się do wyjaśniania mi wszystkiego, na co rzekłem do niego: "Wybacz mi, ale wszystkie te zawiłe sprawy są dla mnie niezrozumiałe. Zgadzam się z tym, że należy spożywać mięso, ale nie mogę złamać przyrzeczenia. Nie mogę również prowadzić sporów na ten temat, gdyż wiem, że nie potrafię ci dorównać w doborze argumentów. Daj mi więc spokój i uważaj mnie za głupca lub upartego. Bardzo cenię twą miłość do mnie i wiem, że jesteś mi jak najbardziej życzliwy, ale nic na to nie poradzę. Ślubowałem - i nie mogę złamać swego przyrzeczenia!".
Mój przyjaciel ze zdziwieniem na mnie spojrzał. Zamknął książkę i powiedział: "Dobrze. Więcej nie będę się z tobą sprzeczał!".
Byłem bardzo uradowany. Istotnie, mój przyjaciel nigdy nie poruszał już tego tematu, ale nie przestawał się o mnie martwić. Sam palił i pił mocne trunki, ale nigdy mnie nie namawiał do robienia tego samego. Przeciwnie, nawet zalecał mi, bym nie przyzwyczaił się ani do jednego, ani do drugiego. Obawiał się jedynie, że nie jedząc mięsa, opadnę z sił i będę się źle czuł w Anglii.
W ten oto sposób odbyłem u niego miesięczny okres "nauki". Mój przyjaciel mieszkał w Richmond i do Londynu można było przyjeżdżać najwyżej raz lub dwa razy w tygodniu.
Doktor Mehta i Dalpatram Shukla postanowili wówczas, że powinienem zamieszkać przy jakiejś rodzinie. Shukla znalazł angielsko-hinduski pensjonat w dzielnicy West Kensington i umieścił mnie tam. Właścicielka była wdową, powiedziałem jej o moim przyrzeczeniu. Starsza pani obiecała, że się mną zaopiekuje - zamieszkałem więc w jej domu.
Tu również cierpiałem głód. Napisałem do domu, by mi przysłano słodycze oraz inną żywność, ale na razie nic jeszcze nie dostałem. Nic mi nie smakowało. Gospodyni codziennie zadawała mi pytanie, czy jedzenie mi smakuje, ale cóż miała począć? Byłem jak przedtem nieśmiały i nie miałem odwagi poprosić o więcej niż to, co stawiano przede mną. Właścicielka miała dwie córki. Upierały się, bym zjadł jeszcze jedną lub dwie kromki chleba... Czy mogły wiedzieć, że cały bochenek z trudem zaspokoiłby wtedy mój apetyt?...
Zacząłem sobie jednak jakoś dawać radę. Nie rozpocząłem jeszcze systematycznych studiów, natomiast dzięki Shukli przyzwyczaiłem się czytać codzienne pisma. W Indiach nigdy nie czytałem gazet. Tu nabrałem ogromnego upodobania do nich i czytywałem je regularnie. Moją lekturę stanowiły "Daily News", "The Daily Telegraph" i "The Pall Mall Gazette". Zabierało mi to dziennie prawie godzinę.
Następnie zacząłem spacerować po Londynie. Właściwie chodziłem, poszukując jakiejś restauracji dla wegetarian. Moja gospodyni mówiła mi, że podobno w centralnych dzielnicach jest parę takich jadłodajni. Gotów byłem zrobić dziennie dziesięć lub dwanaście mil, byle znaleźć taką tanią restauracyjkę i najeść się, ile się tylko dało. Nie udawało mi się jednak jej odnaleźć, aż wreszcie podczas jednej z takich wędrówek trafiłem na wegetariańską restaurację na Farringdon Street.
Widok tej jadłodajni ucieszył mnie jak dziecko, które wreszcie dostało coś, czego bardzo pragnęło. Zanim wszedłem, zobaczyłem parę książek wystawionych w oknie na sprzedaż. Pomiędzy nimi znalazłem broszurę Salta pod tytułem Obrona wegetarianizmu. Kupiłem ją za szylinga i wszedłem do restauracji. Był to pierwszy posiłek od czasu mojego przybycia do Anglii, który zjadłem z niekłamaną przyjemnością. Jednak Bóg przyszedł mi z pomocą.
Przeczytałem broszurę Salta od deski do deski: zrobiła na mnie głębokie wrażenie. Właściwie mogę powiedzieć, że dopiero po jej przeczytaniu stałem się wegetarianinem z przekonania. Błogosławiłem dzień, w którym złożyłem wobec mojej matki swe uroczyste ślubowanie. Dotychczas powstrzymywałem się od spożywania mięsa w imię poszukiwania prawdy i również dlatego, że złożyłem przyrzeczenie, aczkolwiek jednocześnie pragnąłem, by każdy hindus jadł mięso. Czekałem, aż nadejdzie chwila, w której będę zwolniony z mojego ślubowania, sam zacznę je spożywać i innych nakłonię do tego samego. Teraz mój wybór padł na dobrowolne wyrzeczenie się spożywania mięsa. Szerzenie tej idei stało się jednym z naczelnych zadań mego życia.
X. NIECO O RELIGII
d szóstego czy też siódmego roku życia aż do szesnastu lat, kiedy chodziłem do szkoły, uczono mnie najróżniejszych przedmiotów, wszystkiego - prócz religii. Muszę przyznać, że nie otrzymałem od swoich nauczycieli nic z tego, co mogli mi przecież dać bez żadnego z ich strony wysiłku. Tym niemniej udawało mi się tu i ówdzie uszczknąć ze swojego otoczenia coś niecoś na ten temat.
Posługuję się określeniem "religia" w szerokim sensie, mając na myśli świadomość swego istnienia lub wiedzę o sobie samym.
Jako urodzony w kulcie Wisznu, musiałem często chodzić do haveli (świątyni). Nigdy mnie to nie pociągało. Nie lubiłem zewnętrznego blichtru tej świątyni ani jej pompatyczności. Dochodziły mnie również słuchy o niemoralnych czynach, jakie się tam praktykowało, i w końcu zupełnie przestałem się tym interesować. Od tej pory haveli nic mi nie mogła dać.
To jednak, czego nie mogłem uzyskać tam, otrzymywałem od mojej piastunki, starej służącej w naszej rodzinie, o której przywiązaniu do mnie zawsze pamiętam. Wspomniałem już wcześniej, że ogromnie się bałem wszelkich duchów i zjaw. Rambha - tak nazywała się owa piastunka - poradziła mi, abym jako lekarstwo na te lęki powtarzał Ramanamę39.
Miałem co prawda więcej zaufania do niej aniżeli do zalecanego przez nią lekarstwa i oto w bardzo wczesnym wieku zacząłem powtarzać Ramanamę, by wyleczyć się ze strachu przed duchami i zjawami. Oczywiście trwało to dość krótko, ale dobre ziarno posiane w dzieciństwie wydało swe plony. Sądzę, że dzięki tej dobrej kobiecie Ramanama stała się dla mnie dziś niezawodnym środkiem uzdrawiającym.
W tym samym czasie mój kuzyn, który był zapalonym wielbicielem Ramajany40, zorganizował dla mnie i dla mego drugiego brata naukę Ramarakszy41. Uczyliśmy się jej na pamięć i niejako rytuałem stało się dla nas recytowanie jej każdego ranka po kąpieli. Uprawialiśmy ten zwyczaj podczas pobytu w Porbandarze. Gdy przeprowadziliśmy się do Radźkotu, zapomnieliśmy o nim, gdyż nie bardzo wierzyłem w jego skuteczność. Recytowałem te wersety, szczycąc się przeważnie tym, że potrafię deklamować Ramarakszę, posługując się prawidłową wymową.
Odczytywanie Ramajany w obecności mego ojca czyniło na mnie głębokie wrażenie. Pewien okres swej choroby ojciec spędził w Porbandarze. Wtedy każdego wieczoru zwykł słuchać, jak recytowano Ramajanę. Recytatorem był zapalony wyznawca Ramy, Ladha Maharadża z Bileśwaru42. Opowiadano o nim, że uleczył siebie z trądu nie za pomocą leków, lecz przykładając do porażonych części ciała liście rośliny bilva43, która po zerwaniu została złożona przed obrazem Mahadewy w świątyni w Bileśwarze, oraz przez systematyczne powtarzanie Ramanamy. Potęga wiary miała go uczynić odpornym na choroby. Nie wiem, czy to odpowiada prawdzie, czy nie, w każdym razie myśmy bez zastrzeżeń w to wierzyli, a ciało Ladhy Maharadży, gdy rozpoczynał recytowanie Ramajany, całkowicie uwalniało się od znaków trądu. Miał on bardzo melodyjny głos. Potrafił śpiewać dohy (zwrotki) i śloki (czterowiersze), umiał wyjaśniać ich sens, wdając się w długie rozważania i wciągając w nie swych słuchaczy.
Miałem wtedy zapewne około trzynastu lat, ale doskonale przypominam sobie, jaki byłem przejęty jego recytacjami. Posłużyło to później za podstawę głębokiego uwielbienia, jakie żywię dla Ramajany. Dziś uważam Ramajanę Tulasidasa44 za jedną z najznakomitszych ksiąg w dziedzinie literatury religijnej.
Parę miesięcy później przenieśliśmy się do Radźkotu. Czytanie Ramajany zostało przerwane, natomiast każdego dnia ekadaśi (jedenasty dzień w księżycowym miesiącu: pół światła i pół mroku) odczytywano Bhagawad45.
Niekiedy asystowałem przy odczytywaniu, ale recytator był mało porywający. Dziś zdaję sobie sprawę, że Bhagawad jest księgą zdolną do wywołania zapału religijnego. Czytałem ją w języku gudźarati z najwyższym zainteresowaniem. Kiedy jednak usłyszałem podczas swojego dwudziestojednodniowego postu recytację fragmentów oryginału wykonaną przez pandita46 Madana Mohana Malaviyę47, żałowałem, iż nie było mi dane usłyszeć tego w dzieciństwie z ust takiego znawcy, co niewątpliwie już w dziecięcych latach uczyniłoby ze mnie miłośnika tej księgi.
Wrażenia odebrane w tym wieku zakorzeniają się głęboko w ludzkiej duszy i dlatego nie przestaję żałować, iż nie miałem wtedy szczęścia wysłuchać odczytywania większej liczby podobnych ksiąg.
W Radźkocie otrzymałem pierwsze podstawy zalecające tolerancję wobec wszystkich odmian hinduizmu oraz pokrewnych wierzeń. Moi rodzice odwiedzali zarówno świątynie Wisznu, jak świątynie Śiwy lub Ramy i albo zabierali nas ze sobą, albo posyłali nas. Również zakonnicy dżiniści często odwiedzali mego ojca i nawet przyjmowali od nas posiłki, chociaż nie byliśmy wyznawcami dżinizmu. Prowadzili oni rozmowy z moim ojcem na tematy religijne i świeckie.
Prócz tego ojciec miał przyjaciół muzułmanów i parsów, którzy prowadzili z nim rozmowy na temat swych wierzeń, a ojciec wysłuchiwał ich zawsze z szacunkiem, a niekiedy z dużym zainteresowaniem.
Pełniąc przy ojcu czynności pielęgniarza, często miałem sposobność asystować przy podobnych rozmowach. Wiele z tego, co słyszałem, zaszczepiło we mnie tolerancję dla wszystkich wierzeń religijnych.
Wyjątek w owym czasie stanowiło jedynie chrześcijaństwo. Rozwinęła się we mnie jakaś niechęć do niego. Skądinąd - słuszna. W owych czasach misjonarze chrześcijańscy ustawiali się zazwyczaj na najbliższym naszego liceum narożniku i lżyli zarówno hindusów, jak i czczonych przez nich bogów. Nie mogłem tego ścierpieć. Zaledwie raz przystanąłem, by posłuchać, co mówią, ale wystarczyło mi to, bym nigdy więcej tego nie powtórzył.
W tym samym mniej więcej czasie słyszałem, jak pewien bardzo znany hindus został nawrócony na chrześcijaństwo. Całe miasto mówiło wtedy o tym, jak dokonano na nim obrzędu chrztu, jak spożywa mięso i pije trunki wyskokowe, jak zmienił sposób ubierania się i od tego czasu chodził w europejskim ubraniu, a nawet w kapeluszu.
Wszystko to działało mi na nerwy. Nie ulega wątpliwości - rozumowałem wtedy - że religia, która zmusza człowieka do jedzenia mięsa, picia wódki i zmiany sposobu ubierania się, nie zasługuje na miano religii. Doszły mnie również słuchy, iż ów nowo nawrócony wykpiwał wiarę swych przodków, ich obyczaje i swój kraj ojczysty. Wszystko to przyczyniało się do tego, że zdecydowanie nie lubiłem chrześcijaństwa.
To jednak, że przywykłem okazywać tolerancję dla innych religii, bynajmniej nie oznaczało, że żywiłem w duszy jakąkolwiek wiarę w istnienie Boga. Tak się złożyło, że właśnie w owym czasie zetknąłem się z kodeksem Manusmryti48, znajdującym się w księgozbiorze mego ojca. Historia stworzenia świata oraz podobne rzeczy nie zrobiły na mnie wielkiego wrażenia - wręcz przeciwnie: skłoniły mnie raczej do ateizmu.
Miałem wtedy pewnego kuzyna, dziś jeszcze żyjącego, dla którego intelektu odczuwałem wielki szacunek. Do niego skierowałem się ze swymi wątpliwościami - jednak nie był on w stanie ich rozwiązać. Odesłał mnie z taką oto odpowiedzią: "Kiedy dorośniesz, sam rozwikłasz swe wątpliwości. W twoim wieku nie powinno się poruszać podobnych spraw".
Umilkłem, lecz nie doznałem żadnej ulgi. Rozdziały dotyczące wstrzemięźliwości w jedzeniu oraz inne, poruszające podobne sprawy, wydały mi się w kodeksie Manu czymś sprzecznym z codzienną praktyką. Na moje wątpliwości związane z tymi zagadnieniami otrzymałem podobną odpowiedź. Wtedy powiedziałem sobie: "Kiedy będziesz miał bardziej rozwinięty umysł i będziesz bardziej oczytany, sam to wszystko zrozumiesz...".
W każdym razie to nie kodeks Manu nauczył mnie ahimsy, czyli niesprzeciwiania się złu i niewyrządzania nikomu krzywdy.
Opowiedziałem już o tym, jak spożywałem mięso. Manusmryti zdawał się to pochwalać, wynikało z niego również, że nie jest czymś niemoralnym zabijanie żmij, robaków i innych żyjących stworzeń. Pamiętam, że zabijałem wtedy robaki i wszelkie owady, uważając to za obowiązek.
Głęboko jednak zakorzeniło się we mnie przeświadczenie, iż moralność jest podstawą wszystkiego, a prawda jest nieodzownym składnikiem wszelkiej moralności. Toteż prawda stała się jedynym celem, do którego dążyłem. To przeświadczenie wzrastało we mnie z każdym dniem, a moje ujmowanie istoty prawdy coraz bardziej się rozszerzało.
Pewien pouczający wiersz, napisany w języku gudźarati, wbił mi się jednocześnie w umysł i w serce. Postępować zgodnie z nim - niezależnie od tego, czy mi to wyjdzie na dobre, czy na złe - stało się moją naczelną zasadą. To pragnienie opanowało mnie do tego stopnia, że podjąłem szereg usiłowań w tym kierunku. Oto te przecudowne (dla mnie) strofy:
Za wody kubek - jadłem hojnie obdarz,
Za powitanie miłe - pokłon złóż do ziemi,
Za zwykły miedziak - odpłać złotem,
A jeśli ocaleć chcesz w życiu - żyj rozumnie.
Oto są słowa i czyny, jakie rozwaga dyktuje.
Każdą, najmniejszą przysługę wynagrodź stokrotnie.
Człek prawdziwie szlachetny wszystkich jednako traktuje -
I dobrem płaci za zło mu wyrządzone.
XV. UDAJĘ ANGIELSKIEGO DŻENTELMENA
oja wiara w wegetarianizm rosła we mnie z dnia na dzień. Broszura Salta ogromnie podnieciła mój zapał do studiów nad zagadnieniem odżywiania się. Kupowałem wszelkie dostępne mi książki z tej dziedziny i studiowałem je. Jedna z nich, Etyka diety, napisana przez Howarda Williamsa, była właściwie biograficzną historią literatury, opisującą sposoby odżywiania się przez ludzkość, począwszy od najdawniejszych czasów aż po obecne.
Autor usiłował udowodnić, iż wszyscy filozofowie i prorocy od Pitagorasa i Jezusa aż do żyjących dziś byli wegetarianami. Książka Anny Kingsford Racjonalne odżywianie była również zajmująca. To, co napisał doktor Allinson o zdrowiu i higienie, też bardzo mi się przydało. Był on zwolennikiem leczniczego systemu odżywiania, opartego na regulowaniu diety przepisywanej pacjentom. Będąc sam wegetarianinem, doktor Allinson zalecał chorym przestrzeganie surowej, wyłącznie wegetariańskiej diety.
Rezultatem całej tej lektury było to, że moje doświadczenia w zakresie odżywiania się zajęły bardzo ważne miejsce w moim życiu. Głównym celem, jaki im przyświecał, było zachowanie zdrowia, a dopiero później górę wzięły względy religijne.
Tymczasem mój przyjaciel nie przestawał się o mnie martwić. Obawiał się, że jeżeli będę nadal trwał w swoim postanowieniu nieprzyjmowania mięsnych posiłków, nie tylko osłabnę fizycznie, ale w ogóle stanę się niedołęgą i nigdy nie będę czuł się dobrze w Anglii. Kiedy więc się dowiedział, że interesuję się książkami z zakresu wegetarianizmu, zaczął wyrażać obawy, że te studia do reszty zamącą mi umysł, a zaniedbując swe właściwe studia i marnując życie na tego rodzaju doświadczenia, mogę dostać tak zwanego bzika.
Właśnie wtedy podjął ostatnią próbę "nawrócenia" mnie i w tym celu zaprosił mnie do teatru. Przed przedstawieniem mieliśmy razem zjeść obiad w restauracji na Holborn Street, uchodzącej za pierwszorzędną. Od czasu, kiedy jadłem w restauracji hotelu Victoria, był to pierwszy równie elegancki lokal, w którym się znalazłem. Co prawda ów pobyt w Victorii nie należał do zbyt udanych, bo cały czas żywiłem się własnymi zapasami. Mój przyjaciel najwidoczniej liczył na to, że nieśmiałość powstrzyma mnie od zadawania pytań w tak wytwornej restauracji. Istotnie, towarzystwo przy stole było bardzo liczne, mój przyjaciel i ja zajęliśmy miejsca tuż obok.
Pierwszym daniem była zupa. Zastanawiałem się, z czego jest przyrządzona, nie miałem jednak odwagi o to zapytać mego przyjaciela. Zwróciłem się więc do kelnera. Mój przyjaciel spostrzegł to i dość szorstko zapytał, o co mi chodzi. Ociągając się, powiedziałem, że chciałem zapytać kelnera, czy jest to zupa jarzynowa.
- Jesteś zbyt nietaktowny, by przebywać w dobrym towarzystwie! - zawołał w uniesieniu. - Jeżeli nie potrafisz się zachować jak należy, lepiej zrobisz, jeżeli stąd pójdziesz; zjedz gdzie indziej i zaczekaj na mnie na ulicy!
Byłem bardzo zadowolony z tego i wyszedłem. Gdzieś w pobliżu znajdowała się wegetariańska restauracyjka, lecz niestety była zamknięta. Musiałem więc obejść się tego wieczoru bez jedzenia. Dotrzymałem jednak towarzystwa memu przyjacielowi, który ani słówkiem nie wspomniał o wywołanej przez niego scenie. Ja ze swej strony również nie miałem mu nic do powiedzenia.
Było to ostatnie nieporozumienie pomiędzy nami, które zresztą bynajmniej nie zaważyło na naszej przyjaźni. Zdawałem sobie sprawę, że mój przyjaciel powoduje się przyjaznymi uczuciami dla mnie, a szacunek, jaki żywiłem dla niego, z pewnością był większy od rozbieżności istniejących pomiędzy nami zarówno w słowach, jak i w postępowaniu.
Postanowiłem jednak przekonać go, że może być spokojny o mnie i że już nigdy nie zrobię nic nietaktownego, natomiast nie porzucając mojego upodobania do wegetariańskiego pożywienia, potrafię zdobyć ogładę niezbędną do przebywania w dobrym towarzystwie. W tym celu podjąłem niemal niemożliwe do zrealizowania wysiłki zostania angielskim dżentelmenem.
Uszyte w Bombaju ubranie, które miałem na sobie, nie nadawało się do noszenia wśród Anglików, sprawiłem więc sobie nowe w sklepach przeznaczonych dla wojskowych. Kupiłem również cylinder za dziewiętnaście szylingów, co w owych czasach było nie byle jaką sumą. Uważałem to jednak za niewystarczające i wydałem aż dziesięć funtów na garnitur wieczorowy zamówiony na Bond Street, a więc w centrum eleganckiego życia londyńskiego. Otrzymałem również od mego poczciwego brata podwójną złotą dewizkę. Noszenie gotowych krawatów było sprzeczne z pojęciem elegancji, toteż nauczyłem się sam je wiązać. Kiedy byłem w Indiach, lustro było luksusem, a przeglądałem się w nim jedynie wtedy, gdy zjawiał się nasz domowy fryzjer, by mnie ogolić. Tymczasem tutaj traciłem co najmniej dziesięć minut dziennie, wiążąc krawat lub czesząc się przed lustrem. Nie miałem miękkich włosów i musiałem codziennie staczać z nimi uporczywą walkę, szczotkując je i układając w odpowiedni sposób.
Ilekroć wkładałem lub zdejmowałem cylinder, moja ręka automatycznie sięgała do głowy, by poprawić włosy, nie mówiąc już o innych "cywilizowanych" przyzwyczajeniach, których nabywałem, przebywając w tak zwanym wyborowym towarzystwie.
Nie zadowalając się tym wszystkim, zwróciłem uwagę na inne szczegóły, które miały uczynić ze mnie angielskiego dżentelmena. Powiedziano mi, że w tym celu należy pobierać lekcje tańca, języka francuskiego oraz krasomówstwa. Francuski był nie tylko językiem sąsiedniego kraju, lecz również, tak zwaną lingua franca na kontynencie, po którym zamierzałem odbyć podróż. Tańca postanowiłem się nauczyć na specjalnych lekcjach, płacąc trzy funty za kurs. W ciągu trzech tygodni miałem około sześciu lekcji, jednak nauczenie się czegoś przypominającego rytmiczne ruchy przekraczało moje możliwości. Nie potrafiłem uchwycić ani rytmu, ani tempa. Cóż więc miałem robić?
Pustelnik z bajki trzymał kota, żeby odstraszyć myszy; potem kupił krowę, żeby kot miał mleko, potem wynajął człowieka, żeby pilnował krowy, i tak dalej... Moje ambicje wzrastały podobnie jak rodzina pustelnika. Sądziłem, że powinienem nauczyć się grać na skrzypcach, by przyzwyczaić ucho do muzyki Zachodu. Wpakowałem trzy funty w kupno skrzypiec i nieco więcej w opłacanie lekcji. U trzeciego nauczyciela miałem pobierać lekcje krasomówstwa, za co mu z góry zapłaciłem jedną gwineę. Nauczyciel polecił mi jako podręcznik książkę Bella pod tytułem Podstawy sztuki krasomówczej. Kupiłem ją i rozpocząłem swe studia od mowy wygłoszonej przez Pitta. Ale wtedy właśnie się ocknąłem.
- Przecież nie zamierzam spędzić całego życia w Anglii! - powiedziałem sobie. - Co mi przyjdzie z tej nauki krasomówstwa? Czy umiejętność tańczenia potrafi uczynić ze mnie dżentelmena? Gry na skrzypcach można się nauczyć również w Indiach. Przyjechałem, aby studiować prawo, i powinienem iść w tym kierunku. Muszę się postarać o to, aby mnie przyjęto na wydział prawniczy. Oczywiście, jeżeli uda się zostać dżentelmenem, tym lepiej. W przeciwnym razie raczej należy zrezygnować z wszelkich ambicji.
Podobne myśli błąkały mi się po głowie i dałem im wyraz w liście, który napisałem do mego nauczyciela sztuki krasomówczej, przepraszając go jednocześnie za rezygnację z dalszych lekcji. Pobrałem zaledwie dwie lub trzy. Podobnej treści list wystosowałem do nauczyciela tańców, a do nauczycielki, która mi udzielała lekcji gry na skrzypcach, poszedłem sam, prosząc ją, by sprzedała moje skrzypce za każdą proponowaną sumę. Była dość przyjaźnie do mnie usposobiona, więc opowiedziałem jej, jak doszedłem do przeświadczenia, iż obrałem fałszywą drogę w poszukiwaniu swego ideału. Owa nauczycielka dodała mi wtedy wiele otuchy i zachęcała do wytrwania na drodze całkowitej zmiany dotychczasowego kierunku.
Ten okres zaślepienia trwał prawie trzy miesiące. Skrupulatność w ubieraniu się pozostała mi na wiele lat. Od tego czasu zabrałem się poważnie do nauki.
II. DZIECIŃSTWO
iałem zapewne około siedmiu lat, kiedy mój ojciec opuścił Porbandar dla Radźkotu, by zostać członkiem Trybunału w Radźasthanie. Zostałem tam oddany do szkoły i doskonale pamiętam zarówno te czasy, jak i nazwiska oraz wszelkie inne szczegóły dotyczące moich nauczycieli. Podobnie jak było w Porbandarze, tak i tutaj niewiele da się powiedzieć o mojej nauce. Byłem zaledwie przeciętnym uczniem. Z tej szkoły przeszedłem do podmiejskiej, a następnie do liceum - miałem już wtedy dwanaście lat. Nie przypominam sobie, abym w ciągu tego niedługiego okresu powiedział kiedykolwiek nieprawdę moim nauczycielom bądź kolegom. Byłem bardzo nieśmiały i unikałem towarzystwa. Książki i odrabianie lekcji zastępowały mi kolegów. Moim zwyczajem na co dzień było punktualnie przychodzić do szkoły, a później po skończeniu lekcji wracać co żywo do domu. Dosłownie biegłem ile sił, gdyż nie miałem dość śmiałości, by się odezwać słówkiem do kogokolwiek. Bałem się, że ktoś może sobie ze mnie zakpić.
W pierwszym roku uczęszczania do gimnazjum przytrafiło mi się podczas egzaminów pewne wydarzenie, o którym warto wspomnieć. Mister Gilles, inspektor oświaty, przybył na wizytację do naszego liceum. Dał nam pięć wyrazów, które mieliśmy napisać i wymawiać litera po literze. Jednym z tych wyrazów był kettle (czajnik). Literowałem go błędnie. Nauczyciel usiłował przyśpieszyć moją odpowiedź, szturchając mnie końcem bucika, ale mu się nie udało. Nie zorientowałem się, że nauczyciel daje mi do zrozumienia, abym ściągnął prawidłową pisownię z tabliczki mego sąsiada, przeciwnie - sądziłem, że obecność nauczyciela ma na celu przeszkodzenie nam w ściąganiu jeden od drugiego. Rezultat był taki, że wszyscy chłopcy prócz mnie napisali każdy wyraz całkiem prawidłowo. Tylko ja byłem tępy. Nauczyciel usiłował później oduczyć mnie tego braku bystrości, ale ja nigdy nie nauczyłem się ściągać.
To zdarzenie nie zdołało jednak w żadnym stopniu pomniejszyć szacunku, jaki żywiłem dla mego nauczyciela. Z reguły byłem ślepy na błędy popełniane przez starszych. Później poznałem wiele innych słabych stron tego nauczyciela, jednak moje poważanie dla niego nie uległo zmianie. Nauczyłem się bowiem wykonywać rozkazy wydawane przez starszych i nie krytykować ich postępków.
Dwa inne wydarzenia związane z tym samym okresem pozostały na zawsze w mojej pamięci. Z reguły nie lubiłem czytania jakichkolwiek innych książek poza podręcznikami szkolnymi. Moje codzienne lekcje musiały być sumiennie odrobione, gdyż tak samo nie lubiłem zbytnio obarczać mego nauczyciela, jak i sprawiać mu zawodu. Dlatego też odrabiałem lekcje, ale rzadko poświęcałem im zbyt wiele uwagi. Toteż nawet kiedy lekcje nie były odrobione jak należy, nie było mowy o tym, abym przeczytał coś więcej poza tym, co było zadane.
Pewnego jednak razu wzrok mój padł na książkę kupioną przez mego ojca. Była to Shravana Pitribhakti Nataka (sztuka teatralna o przywiązaniu Śrawany do swych rodziców). Przeczytałem ją z ogromnym zainteresowaniem. W tym samym czasie do zamieszkiwanej przez nas miejscowości przybyli wędrowni aktorzy. Jedno z przedstawień, które widziałem, ukazywało Śrawanę dźwigającego ślepych rodziców przywiązanych rzemykami, kiedy odbywał wraz z nimi pielgrzymkę. Zarówno książka, jak i przedstawienie wywarły na mnie niezatarte wrażenie.
- Oto przykład do naśladowania! - powiedziałem do siebie.
Rozdzierające zawodzenia rodziców nad martwym ciałem Śrawany wciąż są świeże w mojej pamięci. Tkliwa melodia wzruszyła mnie głęboko, wygrywałem ją na "concertinie", którą kupił mi ojciec.
Przytrafiło się jeszcze jedno podobne wydarzenie, mające związek z innym przedstawieniem. W tym oto czasie otrzymałem zezwolenie ojca na zobaczenie przedstawienia odgrywanego przez zespół aktorów dramatycznych. Sztuka ta, nosząca tytuł Hariśćandra22, podbiła moje serce. Mógłbym na nią patrzeć bez końca. Lecz czyż często mogłem otrzymać pozwolenie na oglądanie jej? Musiałem więc niezliczoną ilość razy odgrywać ją dla siebie samego.
"Czemu - zapytywałem siebie dniem i nocą - wszystko nie jest tak samo prawdziwe jak dla Hariśćandy?"
Postępować zgodnie z prawdą i przejść przez te wszystkie próby, jakim poddał się Hariśćandra - oto co było przyświecającym mi ideałem. Uwierzyłem dosłownie w dzieje Hariśćandry. Sama myśl o nim przyprawiała mnie o łzy. Mój zdrowy rozsądek powiada mi dziś, że Hariśćandra nie mógł być postacią historyczną. Jednak obaj - Hariśćandra i Śrawana - są dla mnie żyjącymi postaciami i jestem przekonany, że gdybym dziś przeczytał te sztuki, byłbym tak samo głęboko wzruszony jak wtedy.
IV. ZABAWA W "MAŁŻONKA"
niej więcej w tym samym czasie, kiedy wstąpiłem w związek małżeński, ukazały się niewielkie broszury, w cenie jednej piastry (nie pamiętam dokładnie), w których omawiano sprawy miłości małżeńskiej, oszczędności, małżeństw zawieranych w wieku dziecięcym lub podobne tematy. Ilekroć wpadły mi w ręce, czytałem je od deski do deski. Przywykłem zapominać o tym, czego nie lubiłem, i wprowadzać w czyn to, co mi odpowiadało. Zawarta w tych książeczkach dozgonna wierność żonie, jako jeden z obowiązków małżonka, pozostała w mym sercu na zawsze. Ponadto żywiłem niepohamowane umiłowanie prawdy, a jakiekolwiek uchybienie jej było dla mnie czymś wręcz nie do pomyślenia. Zresztą, w tym wczesnym okresie życia było bardzo niewiele sposobności, bym mógł nie dochować jej wiary.
Owa lekcja wierności miała jednak również swoje nieprzewidziane skutki "Jeżeli - mówiłem do siebie - nawołuje się mnie, bym dochował wierności mojej żonie, winno się i ją wezwać, by mi była wierna". Te myśli uczyniły ze mnie zazdrosnego małżonka. Obowiązki ciążące na mojej żonie zamieniły się we mnie w prawo domagania się od niej wierności i jeżeli chciałem obstawać przy tym prawie, musiałem pilnie i uparcie stać na jego straży. Nie miałem wprawdzie najmniejszego powodu, by podejrzewać moją żonę o wiarołomstwo, ale zazdrość nie czeka na dowody. Musiałem bacznie pilnować każdego jej kroku, nie wolno jej było wychodzić gdziekolwiek bez mojego pozwolenia. Stało się to powodem gorzkich sprzeczek pomiędzy nami.
Ograniczenie swobody poruszania się było - właściwie mówiąc - więzieniem, a Kasturbai nie była dziewczyną, która by się zgodziła znosić coś podobnego. Kategorycznie zażądała dla siebie prawa wychodzenia, kiedy będzie chciała i dokąd zechce. Im bardziej ograniczałem jej swobodę poruszania się, tym większej domagała się dla siebie wolności, a ja coraz bardziej sprzeciwiałem się temu. I oto my, dwoje poślubionych sobie dzieci, przywykliśmy całymi dniami nie zamieniać ze sobą słowa.
Sądzę, że stawianie przez Kasturbai żądań udzielenia jej wolności, wobec stosowanych przeze mnie ograniczeń, było rzeczą wręcz niewinną. Jakże mogła dziewczyna pozbawiona wszelkiej przebiegłości ulegać zakazom chodzenia do świątyni lub odwiedzania przyjaciół? Jeżeli ja uzurpowałem sobie prawo zabraniania jej czegokolwiek, czemu jej nie miały przysługiwać te same prawa? Dziś to wszystko jest dla mnie oczywiste, ale wtedy chodziło mi przede wszystkim o zdobycie autorytetu "małżonka".
Niech jednak czytelnicy nie sądzą, że życie nasze składało się wtedy z samych przykrości... Cała moja surowość miała przecież swe źródło w miłości. Pragnąłem uczynić z mej żony idealną małżonkę. Ideałem moim było stworzenie dla niej życia pełnego prawości, nauczenie jej tego, czego się sam uczyłem, wreszcie upodobnienie jej życia i myśli do moich.
Nie jestem pewien, czy Kasturbai miała podobne ambicje. Była analfabetką. Była prosta, miała niezależne, konsekwentne usposobienie, a wobec mnie była małomówna. Brak wykształcenia nie przygnębiał jej i nie przypominam sobie, by moje studia kiedykolwiek dodawały jej ochoty zakosztowania tego samego. Mam jednak wrażenie, że wszystkie moje ówczesne ambicje były dość jednostronne i koncentrowały się w jednym kierunku, a mianowicie widziałem w mojej żonie jedynie kobietę i pragnąłem tylko wzajemności. Jeżeli jej nawet nie było, nie stanowiło to dla mnie nieszczęścia, a to dlatego, że przynajmniej jedna strona była pochłonięta czynną miłością.
Muszę przyznać, że kochałem ją namiętnie. Nawet w szkole nie przestawałem myśleć o niej, a świadomość tego, że oto znów zapadnie noc i będziemy razem, nie opuszczała mnie ani na chwilę. Rozłąka była nie do zniesienia. Przywykłem rozmawiać z nią do późnej nocy, a gdyby tej pożerającej mnie namiętności nie towarzyszyło jednocześnie nieugięte poczucie ciążących na mnie obowiązków, byłbym niewątpliwie albo wpadł w chorobę i umarł przedwcześnie, albo zaczął prowadzić życie pełne udręki. Wszakże z góry powzięte, codzienne zobowiązania musiały być spełniane każdego ranka, a oszukiwanie przeze mnie kogokolwiek w ogóle nie wchodziło w rachubę. To właśnie uchroniło mnie od wielu czyhających na mnie pułapek.
Powiedziałem już, że Kasturbai była analfabetką. Bardzo pragnąłem uczyć ją, ale moja miłość pełna pożądania nie pozostawiała mi na to czasu. Nauka musiała jednak mieć miejsce, nawet wbrew jej woli, często w nocy. Nie śmiałem spotykać się z nią w obecności osób starszych, a tym bardziej rozmawiać z nią w ciągu dnia. W Katiawadzie obowiązywał w owych czasach, a nawet istnieje obecnie, swoisty i barbarzyński zwyczaj purdah26. Okoliczności były więc niesprzyjające temu. Muszę jednak wyznać, że większość moich wysiłków uczenia Kasturbai, gdy oboje byliśmy jeszcze młodzi, się nie powiodła. Kiedy zaś ochłonąłem z mocy zmysłów, którym ulegałem, wpadłem zaraz w wir życia społecznego, które pozostawiało mi bardzo mało wolnego czasu. Nie udało mi się również nauczyć jej czegokolwiek za pośrednictwem prywatnych nauczycieli i w rezultacie Kasturbai z trudem potrafi dziś skreślić parę nieskomplikowanych liter i czyta jedynie najprostsze słowa języka gudźarati. Jestem przekonany, że gdyby moja miłość dla niej nie miała tak bardzo zmysłowego charakteru, moja żona byłaby dziś wykształconą kobietą. Potrafiłbym przemóc jej niechęć do nauki, bo nie ma przecież rzeczy niemożliwych dla prawdziwej miłości.
Wspomniałem tylko o jednej okoliczności, która w mniejszym lub większym stopniu ocaliła mnie od katastrofy popadnięcia w odmęty wyłącznie zmysłowej miłości. Warto jednak dodać do tego jeszcze jedno słowo. Liczne przykłady przekonały mnie, iż Bóg ocala w końcu tego, kto kieruje się prawymi pobudkami.
Obok okrutnego zwyczaju zawierania ślubów pomiędzy dziećmi, w społeczeństwie indyjskim istnieje jeszcze inny obyczaj, który do pewnego stopnia pomniejsza zło wyrządzane przez poprzedni. Oto rodzice nie pozwalają młodym małżeństwom na zbyt długie przebywanie razem. Żona - prawie dziecko - przeważną część czasu spędza u boku swego ojca. Podobnie było z nami. Czyli można powiedzieć, że w ciągu pierwszych pięciu lat naszego małżeństwa - a więc od trzynastego do osiemnastego roku życia - razem spędziliśmy najwyżej trzy lata. Nie minęło sześć miesięcy, kiedy byliśmy razem, a już przychodziło wezwanie ze strony rodziców mojej żony, by powróciła do nich. Wtedy te wezwania były niepożądane, ale one ocaliły nas oboje.
Kiedy miałem osiemnaście lat, wyjechałem na studia do Anglii, co oznaczało długi i zbawienny dla mego zdrowia okres rozłąki. Nawet po moim powrocie z Anglii rzadko byliśmy razem dłużej niż sześć miesięcy. Musiałem być w ciągłych podróżach pomiędzy Radźkotem a Bombajem. Później zostałem wezwany do Afryki Południowej i ta okoliczność ostatecznie uwolniła mnie od potrzeby zaspokajania pożądań cielesnych.
V. W LICEUM
owiedziałem już, że kiedy się ożeniłem, byłem uczniem liceum. Wszyscy trzej moi bracia chodzili do tej samej szkoły. Najstarszy był oczywiście o parę klas wyżej od reszty, a średni brat, ten, który jednocześnie ze mną wstąpił w związek małżeński, był tylko o jedną klasę wyżej ode mnie. Dla każdego z nas małżeństwo oznaczało stratę jednego roku w nauce szkolnej. Dla jednego z moich braci skutki były jeszcze gorsze, gdyż w ogóle zrezygnował z dalszej nauki. Któż zdoła obliczyć, ilu młodzieńców uległo tej samej co on pokusie. Dopiero obecnie w naszym społeczeństwie nauka i małżeństwo mogą iść w parze.
Kontynuowałem więc naukę. W liceum nie uważano mnie za tępego i zawsze cieszyłem się względami nauczycieli. Każdego roku posyłano rodzicom ocenę moich postępów w nauce i mojego sprawowania. Dostawałem nawet nagrody, przechodząc do następnych oddziałów. W czwartym i szóstym otrzymałem stypendia: jedno wynosiło cztery rupie, drugie - dziesięć, które raczej zawdzięczam sprzyjającemu mi szczęściu aniżeli posiadanym wiadomościom.
Stypendia nie były dostępne dla wszystkich, lecz zarezerwowane jedynie dla najlepszych uczniów, pochodzących z okręgu Sorath w Katiawadzie. W owych zaś czasach w klasach liczących od czterdziestu do pięćdziesięciu uczniów nie było takich wielu.
O ile sobie przypominam, nie miałem zbyt wysokiego mniemania o własnych zdolnościach. Często byłem nawet szczerze zdziwiony, otrzymując nagrody i stypendia. Zazdrośnie jednak stałem na straży własnej godności. Najmniejsza uraza wyciskała mi łzy z oczu. Było dla mnie czymś nie do zniesienia, gdy zasłużyłem lub, zdaniem nauczyciela, zasługiwałem na naganę. Przypominam sobie, że kiedyś zostałem wychłostany. Nie tyle chodziło mi o sam fakt ukarania mnie, ile o to, że uważano, jakobym na nie zasłużył. Zalewałem się łzami. Przytrafiło się to, kiedy byłem w pierwszym lub drugim oddziale. Drugi podobny wypadek miał miejsce, kiedy byłem w siódmym. Dyrektorem szkoły był wtedy Dorabdźi Eduldźi Gimi. Cieszył się dużą popularnością wśród uczniów, chociaż surowo przestrzegał dyscypliny, był nieugięty, a jednocześnie był dobrym nauczycielem. Za jego sprawą gimnastyka oraz gra w krykieta były obowiązkowe dla uczniów starszych oddziałów. Nie lubiłem ani gimnastyki, ani krykieta. Nigdy nie brałem udziału w żadnych ćwiczeniach, grach w krykieta lub piłkę nożną, zanim te zajęcia nie zostały uznane za przymusowe.
Wrodzona nieśmiałość była przyczyną, dla której trzymałem się na uboczu, co - jak to obecnie widzę - było błędem z mojej strony. Ulegałem wówczas mylnemu przeświadczeniu, że gimnastyka nie ma nic wspólnego z nauką. Dziś rozumiem, że trening fizyczny powinien w wychowaniu zajmować tyleż miejsca, co umysłowy. Muszę jednak zaznaczyć, że powodem, dla którego nie brałem udziału w ćwiczeniach fizycznych, bynajmniej nie był mój zły stan zdrowia. Powód leżał gdzie indziej: przeczytałem w książkach o pożytku, jaki przynoszą długie spacery na świeżym powietrzu, a wobec tego, że to mi odpowiadało, nabrałem przyzwyczajenia do odbywania długich przechadzek, co mi pozostało aż do dziś. Te długie przechadzki ogromnie mnie zahartowały.
Innym powodem tego, że nie znosiłem gimnastyki, było moje gorące pragnienie pielęgnowania ojca. Zaraz po skończonych zajęciach w szkole biegłem do domu i zabierałem się do obsługiwania go. Raczej ten rodzaj zajęcia skłonny byłem uważać za obowiązkowe ćwiczenia. Zwróciłem się z prośbą do dyrektora szkoły, mister Gimiego, o zwolnienie mnie z ćwiczeń gimnastycznych, abym miał czas na pielęgnowanie ojca. Ale dyrektor nie chciał mnie wysłuchać. Otóż przytrafiło się pewnej soboty, kiedy zajęcia szkolne kończyły się z rana, że powinienem był o czwartej po południu wrócić z domu do szkoły na owe ćwiczenia gimnastyczne. Nie miałem zegarka, a zachmurzone niebo wprowadziło mnie w błąd. Zanim przybiegłem do szkoły, wszyscy chłopcy już się porozchodzili.
Następnego dnia mister Gimi, przeglądając listę, spostrzegł, że byłem nieobecny. Kiedy mnie zapytał o przyczynę, odpowiedziałem mu, dlaczego tak się stało. Dyrektor nie chciał mi jednak uwierzyć i kazał mi zapłacić karę w wysokości jednego czy też dwóch ann27 (nie przypominam sobie dokładnie). Byłem więc oskarżony o to, że kłamię! Cierpiałem z tego powodu ogromnie. W jaki sposób udowodnić, że jestem niewinny? Nie było na to sposobu. Płakałem z gniewu. Zrozumiałem wtedy, że człowiek dbający o prawdę musi jednocześnie być uważny. Był to pierwszy i ostatni przykład mojego niedbalstwa w szkole. Słabo sobie przypominam, co wygrałem na tym, że kara została mi darowana. Ostatecznie uzyskałem zwolnienie z ćwiczeń gimnastycznych, ale dopiero po wystosowaniu przez mego ojca własnoręcznego pisma do dyrektora szkoły, w którym zawiadomił go, że życzy sobie, abym zaraz po skończonych lekcjach wracał do domu.
Pomimo jednak, że nie byłem jednym z najgorszych uczniów zaniedbujących owe ćwiczenia gimnastyczne, wszystkie kary, jakie miały spadać na innych opieszałych uczniów, stale skupiały się na mnie.
Nie wiem, jaką drogą doszedłem do przeświadczenia, że ładny charakter pisma nie jest konieczny do wykształcenia, pozostało mi ono jednak aż do czasu, kiedy wyjechałem do Anglii. Kiedy znacznie później, zwłaszcza w Afryce Południowej, zobaczyłem piękne, wykaligrafowane pismo adwokatów i młodzieży urodzonej i wychowanej na miejscu, czułem się głęboko zawstydzony i ogromnie żałowałem własnego niedbalstwa. Zrozumiałem, że brzydkie pismo powinno się uważać za dowód niedoskonałości otrzymanego wykształcenia. Usiłowałem je później poprawić, ale już było za późno. Nigdy nie zdołałem odrobić tego, co zostało przeze mnie zaniedbane w młodości.
Niechże mój przykład będzie przestrogą dla każdego młodzieńca i dziewczyny - powinni zrozumieć, że wyraźne i ładne pismo jest nieodzowną częścią wykształcenia. Jestem obecnie zdania, że zanim dzieci zaczną się uczyć pisać, powinny się nauczyć rysować. Niech dziecko nauczy się odróżniać kształt liter, podobnie jak uczy się rozróżniania odmiennych kształtów różnych przedmiotów. Dopiero wtedy będzie w stanie pisać znakomicie wyćwiczoną ręką.
Jeszcze dwa wspomnienia z moich szkolnych lat zasługują na to, by o nich opowiedzieć.
Z powodu mojego małżeństwa straciłem cały rok, a mój nauczyciel chciał, abym nadrobił stracony czas, przeskakując jedną klasę, na co zazwyczaj pozwalano jedynie wyjątkowo pilnym uczniom. Miałem za sobą tylko sześć miesięcy w trzecim oddziale licealnym i otrzymałem promocję do czwartego po egzaminach, jakie się odbyły po feriach letnich. Począwszy od czwartego oddziału, większość przedmiotów wykładano w języku angielskim. Czułem się jak rzucony na fale bezgranicznego oceanu. Geometria była dla mnie nowym przedmiotem i nie bardzo byłem w niej mocny, a wykłady w języku angielskim czyniły ją dla mnie jeszcze trudniejszą. Nauczyciel wykładał bardzo dobrze, ale nie byłem w stanie za nim nadążyć. Niekiedy całkowicie traciłem nadzieję i myślałem o tym, by powrócić do trzeciego oddziału, zdając sobie sprawę, że ambicja odrobienia dwóch lat w ciągu jednego roku szkolnego była nieco wygórowana. Ale byłoby to kompromitacją nie tylko dla mnie, ale i dla mego nauczyciela, który licząc na moją pracowitość, wyraził zgodę na przeniesienie mnie do wyższego oddziału. Obawa sprawienia podwójnego zawodu kazała mi więc wytrwać.
Kiedy wreszcie z największym trudem przezwyciężyłem trzynaste twierdzenie geometryczne Euklidesa, cała prostota tej nauki objawiła mi się naraz w sposób zgoła nieoczekiwany. Przedmiot, który wymagał jedynie zwykłego i całkowicie nieskomplikowanego rozumowania, nie mógł przedstawiać zbytnich trudności. Od tego czasu geometria stała się dla mnie zarówno przyjemnym, jak i łatwym przedmiotem.
Natomiast nauka sanskrytu była orzechem trudnym do zgryzienia. W geometrii nie było nic do zapamiętania, za to w nauce sanskrytu, moim zdaniem, trzeba się było uczyć wszystkiego na pamięć. Przedmiot ten zaczynano wykładać począwszy od czwartego oddziału. Jak tylko przeszedłem do szóstego, zniechęciłem się ostatecznie. Nauczyciel był bardzo wymagający, zależało mu przede wszystkim - jak mi się wydaje - na tym, aby wywierać presję na uczniów. Pomiędzy nauczycielem sanskrytu a wykładowcą języka perskiego istniał pewien rodzaj rywalizacji. Nauczyciel perskiego był bardziej wyrozumiały. Uczniowie mówili zazwyczaj między sobą, że język perski jest bardzo łatwy do nauki i że nauczyciel tego przedmiotu jest dobry i pobłażliwy dla uczniów. Owa "łatwość" skusiła mnie pewnego dnia i zostałem na lekcji perskiego. Nauczyciel sanskrytu poczuł się tym ogromnie urażony. Wezwał mnie do siebie i powiedział:
- Jak mogłeś zapomnieć o tym, że jesteś synem ojca wyznającego wiarę wisznuicką? Czyżbyś nie chciał się uczyć języka własnej wiary? Jeżeli napotykasz pewne trudności, dlaczego nie przyjdziesz do mnie? Chcę was, moich uczniów, nauczyć sanskrytu, jak tylko potrafię najlepiej. Gdy zrobisz pewne postępy, sam odnajdziesz w nim wiele niezmiernie ciekawych rzeczy. Nie zniechęcaj się. Przyjdź, mój chłopcze, znów na lekcje sanskrytu.
Dobroć nauczyciela mnie zawstydziła. Nie mogłem zlekceważyć jego życzliwości. Dziś z wdzięcznością wspominam Krysznaśankara Pandya, bo przecież gdybym się wtedy nie nauczył - wprawdzie niezbyt wiele - sanskrytu, z pewnością studiowanie naszych świętych ksiąg przychodziłoby mi ze znacznie większym trudem. Bardzo też później ubolewałem nad tym, że nie poznałem gruntowniej sanskrytu, a od tego czasu nabrałem przekonania, że każdy hinduski chłopiec lub też dziewczyna powinni znać podstawy sanskrytu.
Sądzę również, że wśród przedmiotów wykładanych w każdym liceum w Indiach powinno się zostawić dość dużo miejsca na naukę języków: hindi, sanskrytu, perskiego, arabskiego oraz angielskiego, niezależnie od nauki języka ojczystego. Ta długa lista nie powinna nikogo przerażać. Gdyby nasze wykształcenie było bardziej systematyczne, a nasi chłopcy byli zwolnieni od obowiązku uczenia się w obcym języku wykładanych im przedmiotów, jestem przekonany, że nauka wszystkich wymienionych języków przestałaby być tak nudna, a stałaby się przyjemnością. Gruntowna znajomość jednego języka w pewnym sensie znacznie ułatwia poznanie drugiego.
W rzeczywistości bowiem języki: hindi, gudźarati i sanskryt mogą być rozpatrywane jako jeden język, a perski i arabski również jako jeden. Pomimo iż język perski należy do grupy języków aryjskich, arabski zaś do semickich, pomiędzy tymi dwoma językami istnieje bliskie pokrewieństwo, ponieważ swój główny rozwój zawdzięczają islamowi. Nie uważam natomiast urdu za wyraźnie odrębny język, gdyż przyswoił sobie gramatykę hindi, a jego słownictwo ma swe główne źródło w perskim i arabskim. Każdy więc, kto chce dobrze poznać urdu, musi znać perski i arabski, podobnie jak chcąc nauczyć się języków: gudźarati, hindi, bengali lub marathi, trzeba znać sanskryt28.
VII. TRAGEDIA (CIĄG DALSZY)
adszedł ów dzień. Trudno dokładnie opisać, w jakim znajdowałem się stanie. Z jednej strony było gorące pragnienie dokonania jakiejś odmiany w życiu i rozpoczęcia czegoś zgoła nowego, z drugiej - uczucie wstydu, gdyż jak złodziej musiałem się kryć z tym, co miałem zrobić, a co uważałem za słuszne. Nie potrafię powiedzieć, które z tych uczuć przeważało we mnie.
Udaliśmy się na poszukiwanie bezludnego miejsca nad rzeką i wtedy po raz pierwszy w życiu zobaczyłem mięso. Była też przy nim kromka białego chleba.
Ani jedno, ani drugie mi nie smakowało. Mięso kozy było twarde jak skóra. Po prostu nie byłem w stanie go ugryźć. Zemdliło mnie i musiałem przestać jeść.
Noc, którą spędziłem potem, była okropna. Jakieś okropne koszmary męczyły mnie przez cały czas. Ilekroć zasypiałem, zdawało mi się, że żywa koza beczy tuż obok, wyrzuty sumienia tak mnie dręczyły, że gotów byłem wyskoczyć z łóżka, ale wtedy przekonywałem sam siebie, że spożywanie mięsa jest moim obowiązkiem, i jakoś się uspokajałem.
Mój przyjaciel nie był człowiekiem skłonnym do szybkiej rezygnacji. Zabrał się do przyrządzania różnych przysmaków z mięsa i podlewania ich sosami. Jako jadalnia nie służył nam już bezludny brzeg rzeki, lecz gmach rządowy z salą jadalną, stołami, fotelami. Wszystko to zostało zaaranżowane przez mojego przyjaciela w porozumieniu z głównym kucharzem tej instytucji.
Przynęta odniosła skutek. Przemogłem swój wstręt do chleba oraz do koziego mięsa i stałem się wielkim smakoszem wszelkich mięsnych potraw, choć za samym mięsem nie przepadałem. Trwało to mniej więcej rok. Tych mięsnych uczt było ogółem nie więcej niż jakieś pół tuzina, a to dlatego, że nie zawsze można było dostać się do tego rządowego lokalu, a częste sporządzanie kosztownych potraw z mięsa było połączone z dość dużymi trudnościami. Nie miałem pieniędzy, by sobie pozwolić na taką "reformę" życia. Natomiast mój przyjaciel zawsze potrafił znaleźć niezbędne środki. Nie mam pojęcia, jak to robił. Miał ich zawsze pod dostatkiem, bo mu ogromnie zależało na tym, by zrobić ze mnie stałego "mięsożercę". Widocznie jednak jego środki też musiały się wyczerpać, a tym samym owe uczty stawały się coraz rzadsze.
Ilekroć miałem sposobność pofolgować sobie podczas tych obfitych uczt, nie mogło być już mowy o tym, bym mógł zjeść obiad w domu. Matka zazwyczaj wołała mnie, bym przyszedł na posiłek, i chciała wiedzieć, dlaczego nic nie jem. W takich razach mówiłem, że nie mam apetytu lub że coś jest nie w porządku z moim trawieniem.
Nie mogę powiedzieć, abym bez skrupułów posługiwał się podobnymi pretekstami. Wiedziałem, że kłamię, co gorsza: że okłamuję matkę. Zdawałem sobie jednocześnie sprawę z tego, że gdyby rodzice się dowiedzieli, że jem mięso, byliby tym po prostu wstrząśnięci. Świadomość tego pożerała mi serce.
Wtedy powiedziałem sobie: "Aczkolwiek spożywanie mięsa jest ważne, podobnie jak ważne jest przeprowadzenie reformy odżywiania w kraju, jednak oszukiwanie i okłamywanie rodziców jest czymś gorszym aniżeli spożywanie mięsa. Dopóki moi rodzice żyją, nie może więc być mowy o tym, bym jadł mięso. Gdy umrą i będę wolny, będę je jadł otwarcie, ale zanim to nastąpi, powstrzymam się".
Zakomunikowałem swe postanowienie przyjacielowi i od tego czasu nigdy już nie powróciłem do spożywania mięsa. Rodzice nigdy się nie dowiedzieli, iż ich dwaj synowie jedli mięso.
Wyrzekłem się spożywania mięsa, aby nie okłamywać rodziców, ale nie zrezygnowałem z towarzystwa przyjaciela. Moje gorące pragnienie nawrócenia go miało dla mnie katastrofalne następstwa, jednak nie zdawałem sobie z tego sprawy. Przebywanie w jego towarzystwie doprowadziłoby mnie do złamania wierności żonie. Cudem ocalałem.
Pewnego razu przyjaciel zaprowadził mnie do domu publicznego, udzieliwszy mi przedtem wszelkich niezbędnych informacji. Wszystko było z góry przygotowane i opłacone. Wszedłem w samą paszczę grzechu, lecz Bóg w swej niezmierzonej dobroci obronił mnie przede mną samym. Niemal głuchy i ślepy znalazłem się w tej jaskini występku. Siedziałem obok jakiejś kobiety na jej łóżku i nie mogłem z siebie wykrztusić ani słowa. Zniecierpliwiło to wreszcie tę kobietę, więc złorzecząc i obrzucając mnie wyzwiskami, wyrzuciła mnie za drzwi. Miałem wrażenie, że moja godność męska została srodze obrażona i gotów byłem ze wstydu zapaść się pod ziemię. Nie przestaję jednak po dzień dzisiejszy dziękować Bogu, że mnie wtedy uratował. Przypominam sobie jeszcze cztery podobne przypadki w moim życiu i za każdym razem raczej szczęśliwy traf, aniżeli jakikolwiek wysiłek z mojej strony, przychodził mi ze zbawienną pomocą.
Z etycznego stanowiska każdy z tych przypadków należy ocenić jako dowód upadku moralnego, gdyż miało się do czynienia z pożądaniem cielesnym, które oznacza tyleż co sam akt. Natomiast patrząc na te sprawy zwyczajnie, trzeba powiedzieć, że człowiek, który został fizycznie powstrzymany od popełnienia grzechu, może być uważany za ocalonego. Jeżeli chodzi o moją osobę, zostałem ocalony jedynie w tym sensie. Istnieją bowiem takie uczynki, że ocalenie przed nimi można uważać za dar nieba - zarówno dla tego, który ocalał, jak i dla tych, co nim kierowali. Z chwilą gdy człowiek odzyskuje świadomość tego, co jest słuszne, składa on dzięki Opatrzności za to, że ocalał. Wiemy, że człowiek często ulega pokusie, mimo iż się przeciwko niej broni, ale wiemy również, że Opatrzność często przychodzi mu z pomocą i wbrew woli człowieka wybawia go z niebezpieczeństwa. Dlaczego się tak dzieje, w jakim stopniu człowiek jest istotą wolną, a w jakim zależną od otaczających go warunków, jak daleko może się posunąć na tej drodze i kiedy na scenę wkracza przeznaczenie? - Wszystko to jest owiane mrokiem tajemnicy i pozostanie nią.
Ale powróćmy do naszej opowieści. Nawet te wydarzenia nie uświadomiły mi zepsucia, jakie wynikało z przebywania w towarzystwie mego przyjaciela. Miałem zresztą sporo innych, nie mniej przykrych przykładów w zapasie, aż wreszcie naocznie przekonałem się o pewnych, zgoła niespodziewanych dla mnie, dowodach moralnego upadku mego przyjaciela. Ale o tym później - chcę zachować ciągłość chronologiczną mojej opowieści.
O pewnym wydarzeniu muszę jednak wspomnieć zaraz, tym bardziej że jest ono związane z tym samym okresem. Jednym z powodów nieporozumień, jakie wynikły pomiędzy mną a moją żoną, było niewątpliwie moje przebywanie w towarzystwie tego przyjaciela. Byłem jednocześnie oddanym i pożeranym przez zazdrość małżonkiem, a ów przyjaciel rozpalał we mnie wszelkie podejrzenia wobec mojej żony. Nigdy nie wątpiłem w prawdziwość jego słów, nigdy też nie mogłem sobie wybaczyć brutalności, jakiej się dopuszczałem wobec mojej żony, karząc ją często za przewinienia, które zgodnie z tym, co mi opowiadał mój przyjaciel, miała jakoby popełniać.
Myślę, że tylko hinduska kobieta mogła znieść te upokorzenia i zapewne tylko dlatego zawsze uważałem kobietę za uosobienie wyrozumiałości. Służący, na którego pada niezasłużone podejrzenie, porzuca swoje miejsce pracy, syn w podobnym przypadku opuszcza ojcowski dom, a przyjaciel może zerwać więzy przyjaźni. Jeżeli kobieta podejrzewa męża o wiarołomstwo, musi zachować spokój, natomiast jeżeli sama ściągnęła na siebie podejrzenia męża, jest skazana na cierpienia i nieszczęście. Dokąd bowiem ma się udać? Kobieta hinduska nie ma prawa domagać się w sądzie rozwodu. Prawo nie udziela jej żadnej pomocy.
Nigdy nie zapomnę i nie wybaczę sobie tego, że doprowadziłem moją żonę do rozpaczy. Pożerający mnie robak podejrzeń został we mnie wytępiony dopiero wtedy, kiedy zrozumiałem, na czym polega ahimsa32 we wszystkich odmianach. Poznałem wtedy wielkość brahmaćarji33 i zrozumiałem, że żona nie jest niewolnicą męża, lecz jego towarzyszką i pomocnicą, oraz że ma prawo do uczestniczenia w jego smutkach i radościach, a także, podobnie jak jej mężowi, wolno jej obrać własną drogę w życiu.
Ilekroć przypomnę sobie tamte mroczne dni pełne zwątpień, podejrzeń, przeklinam własne szaleństwo i okrucieństwo podyktowane pożądliwością i opłakuję moją ślepą uległość owemu przyjacielowi.
I. NARODZINY I POKREWIEŃSTWA
ód Gandhich należy do kasty bania8 i - jak się wydaje - wywodził się z kupców korzennych. Jednak od trzech pokoleń, począwszy od mego dziadka, byli oni premierami rządu w różnych księstwach Katiawadu9. Uttamczand Gandhi, czyli Ota Gandhi, mój dziadek, musiał być człowiekiem o surowych zasadach. Intrygi państwowe zmusiły go do opuszczenia Porbandaru10, gdzie był diwanem11, i schronienia się w Dźunagadh12. Tu powitał nawaba13, unosząc do góry lewą rękę, a ktoś zwróciwszy uwagę na ten ostentacyjny afront, zażądał wyjaśnień, na co otrzymał następującą odpowiedź: "Prawa ręka jest na razie zajęta w Porbandarze".
Ota Gandhi, owdowiawszy, ożenił się po raz drugi. Z pierwszego małżeństwa miał czterech synów, a z drugiego - dwóch. Nie sądzę, abym kiedykolwiek w dzieciństwie odczuł lub bodaj wiedział, iż owi synowie Oty Gandhiego nie byli dziećmi jednej matki. Piątym spośród tych sześciu braci był Karamczand Gandhi, czyli Kaba Gandhi, szóstym zaś Tulsidas Gandhi. Obydwaj ci bracia byli kolejno, jeden po drugim, premierami rządu w Porbandarze. Kaba Gandhi był moim ojcem. Był on członkiem Trybunału w Radźasthanie14. Dziś nie istnieje on już, lecz w owych czasach stanowił bardzo wpływową instytucję służącą do likwidowania zatargów pomiędzy przywódcami a członkami ich klanów. Był on również przez pewien czas premierem w Radźkocie15, a następnie w Wankanerze16. Gdy umierał, był emerytem państwa Radźkot.
Kaba Gandhi czterokrotnie zawierał związki małżeńskie, zostając raz po raz wdowcem. Miał dwie córki z pierwszego i drugiego małżeństwa. Jego ostatnia żona, Putlibai, urodziła mu córkę oraz trzech synów, z których ja byłem najmłodszy.
Mój ojciec kochał swój klan, był mu wierny, odznaczał się odwagą i wielkodusznością, lecz był wybuchowy. Nie stronił od uciech cielesnych. Ożenił się po raz czwarty, kiedy był już po czterdziestce. Był niesprzedajny i zarówno wśród rodziny, jak i na zewnątrz zdobył sobie sławę swą niezłomną bezstronnością. Jego lojalność w stosunku do państwa była powszechnie znana.
Kiedy zastępca przedstawiciela rządu brytyjskiego obelżywie odezwał się 0 thakore sahebie17 z Radźkotu, jego przełożonym, wówczas Kaba Gandhi stawił czoło owym obelgom. Tamten rozgniewał się i zażądał od Kaby Gandhiego, by go przeprosił, na co mój ojciec odpowiedział odmownie i w rezultacie został uwięziony na parę godzin. Kiedy jednak ów urzędnik zorientował się, że Kaba Gandhi jest nieprzejednany, wydał rozkaz uwolnienia go.
Mój ojciec nigdy nie pretendował do jakiegokolwiek gromadzenia majątku i pozostawił nam w spadku bardzo niewiele. Nie miał żadnego wykształcenia, prócz tego, które daje doświadczenie. Co najwyżej dałoby się o nim powiedzieć, że osiągnął piąty stopień w języku gudźarati. Znajomość historii i geografii była mu całkowicie obca, jednak bogate doświadczenie nabyte przy rozwiązywaniu praktycznych zagadnień dawało mu mocne podstawy przy rozstrzyganiu najbardziej zawiłych spraw oraz sprawowaniu władzy nad setkami ludzi.
Był też bardzo mało obyty ze sprawami religijnymi, natomiast reprezentował ten rodzaj kultury religijnej, którą wielu Indusów zdobywa dzięki częstemu odwiedzaniu świątyń i przysłuchiwaniu się dyskusjom na tematy religijne. U schyłku swego życia zaczął, na skutek nalegań pewnego zaprzyjaźnionego z rodziną wykształconego bramina, studiować księgi Gity18 i zwykł podczas odprawiania codziennych modłów głośno recytować poszczególne wersety.
Dominującym wspomnieniem, jakie mi pozostało po matce, jest otaczająca ją aureola pewnej świętości. Matka była głęboko religijna. Nie zasiadłaby nigdy do spożywania posiłku bez uprzedniego odprawienia codziennych modłów. Odwiedzanie haveli19 - świątyni poświeconej bogowi Wisznu - było jednym z jej codziennych obowiązków. Jak daleko sięga moja pamięć, nie mogę sobie przypomnieć, by kiedykolwiek opuściła Czaturmas20. Składała najsurowsze ślubowania i spełniała je bez uchybień. Nawet choroba nie usprawiedliwiała zwolnienia od nich. Przypominam sobie, że kiedyś zachorowała w trakcie przestrzegania ślubowania Czandrajana21, jednak zły stan zdrowia nie był wystarczającym powodem, by je przerwała. Poddanie się dwom lub trzem kolejno po sobie następującym postom nie było dla niej czymś niezwykłym. Podczas świętowania Czaturmas przyjmowanie jednego posiłku dziennie weszło jej w zwyczaj. Nie zadowalając się tym, matka moja pościła co drugi dzień w okresie jednego Czaturmas. Podczas innego Czaturmas złożyła ślubowanie nieprzyjmowania posiłków, zanim nie ujrzy słońca.
W owe dnie my, dzieci, staliśmy wpatrzeni w niebo, czekając, aż będziemy mogli oznajmić naszej matce ukazanie się słońca. Każdy wie, że w kulminacyjnych momentach pory deszczowej słońce często wcale się nie pokazuje. Przypominam sobie dnie, kiedy przy nagłym jego ukazaniu się biegliśmy do matki, by jej tę wiadomość oznajmić. Wtedy matka sama wybiegała z domu, by na własne oczy przekonać się o tym, tymczasem krótka chwila ukazania się słońca już zdążyła przeminąć, pozbawiając ją pożywienia.
- To nie ma znaczenia! - mówiła z pogodą ducha - widocznie Bóg nie chciał, bym dziś jadła. - Po czym wracała do swych domowych zajęć.
Matka moja była obdarzona wybitnie rozwiniętym poczuciem zdrowego rozsądku. Była doskonale poinformowana, gdy chodziło o wszystkie sprawy dotyczące państwa, a panie bywające na dworze wysoko ceniły jej inteligencję. Często, korzystając z przywilejów dzieciństwa, towarzyszyłem jej i wciąż jeszcze zachowałem w pamięci niektóre ożywione dyskusje, jakie moja matka prowadziła z owdowiałą matką thakore saheba.
Urodziłem się więc jako dziecko tych oto rodziców, w Porbandarze, znanym również pod nazwą Sudamapuri, dnia drugiego października 1869 roku. Dzieciństwo spędziłem w Porbandarze. Pamiętam, że posłano mnie do szkoły. Przebrnięcie przez tabliczkę mnożenia sprawiało mi znaczne trudności. Nie przypominam sobie z owych dni nic więcej niż to, że nauczyłem się wraz z innymi chłopcami nadawać naszemu nauczycielowi najróżniejsze przezwiska - świadczy to dobitnie, że moje zdolności umysłowe były raczej dość nikłe, a moja pamięć - niedojrzała.
XVI. ZMIANY
iech się jednak nikomu nic zdaje, że moje zamiary nauczenia się tańca i temu podobne sprawy były dowodem jakiejś lekkomyślności w moim życiu. Czytelnik chyba zauważył, że byłem przy zdrowych zmysłach. W okresie tego zaślepienia bynajmniej nie byłem pozbawiony zmysłu samokrytycyzmu, zapisywałem każde parę wydanych pensów, a moje wydatki były ściśle wyliczone. Zapisywałem każdy najmniejszy wydatek, jak na przykład za przejazd autobusem albo za znaczki pocztowe, i codziennie przez pójściem spać robiłem bilans swoich dziennych wydatków. Zachowałem ten zwyczaj na wiele lat i wiem, jaki to dało rezultat: mając oto później do czynienia z funduszami społecznymi, sięgającymi nieraz setek tysięcy, potrafiłem tak oszczędnie nimi dysponować, że zamiast nieuniknionych w podobnych wypadkach niedoborów stale miewałem nadwyżkę, mimo rozlicznych transakcji, które prowadziłem. Niech każdy młodzieniec weźmie sobie jedną kartkę z mojej książki i uczyni swoim punktem honoru zapisywanie na niej każdej sumy, jaka wpływa do jego kieszeni lub zostaje przez niego wydana. Jestem pewien, że podobnie jak ja jedynie na tym zyska.
Kiedy się uważnie przyjrzałem swojemu trybowi życia, doszedłem do wniosku, że muszę zacząć żyć oszczędniej. Postanowiłem obciąć wydatki o połowę. Rachunki wykazały, że sporo wydaję na komunikację. Życie przy rodzinie wymagało regularnego płacenia cotygodniowych rachunków. Do stałych wydatków należało również zapraszanie od czasu do czasu członków tej rodziny na obiady lub urządzanie niewielkich przyjęć. Wszystko to pociągało spore wydatki na środki lokomocji, zwłaszcza gdy przyjacielem była kobieta, a zwyczaj wymagał, by mężczyzna za nią płacił. Obiady poza domem również pociągały oddzielne wydatki, ponieważ nie było zwyczaju odliczać od stałego tygodniowego rachunku kwoty za posiłki, których się nie spożyło. Zdawało mi się, że wszystkie te wydatki mogą być zaoszczędzone, tym bardziej że mylne pojęcie o moim stanie posiadania mocno nadwerężyło moje zasoby.
Zamiast więc mieszkać przy rodzinie, postanowiłem wynająć osobny pokój i przeprowadzać się z jednego miejsca na drugie, zależnie od tego, gdzie w owym czasie pracowałem. Wybierałem pokoje tak, bym mógł przebywać dzielącą przestrzeń w ciągu pół godziny, przez co oszczędzałem na komunikacji. Dotychczas, zawsze gdy miałem się udać gdziekolwiek, korzystałem z wehikułu i musiałem osobno znajdować czas na spacery. Nowy sposób łączył oszczędność z możliwością odbywania spacerów, zmuszał do przebywania dziennie od ośmiu do dziesięciu mil.
Temu przyzwyczajeniu odbywania długich pieszych przechadzek zawdzięczam utrzymanie się w dobrym stanie zdrowia podczas całego mego pobytu w Anglii oraz wyrobienie sobie mocnych mięśni.
Wynająłem więc dwa pokoiki: jeden był czymś w rodzaju saloniku, drugi - sypialnią. Był to drugi etap mego pobytu w Anglii. Wkrótce nadszedł trzeci.
Wszystkie te zmiany zmniejszyły o połowę moje wydatki. Powstawało natomiast inne pytanie: jak wykorzystać czas? Wiedziałem, że egzaminy prawnicze nie wymagają zbyt usilnych studiów, i dlatego nie bardzo się śpieszyłem. Moje słabe postępy w nauce angielskiego sprawiły mi sporo utrapienia. Mister Lely - później został Sir Frederickiem - powiedział: "Wpierw trzeba skończyć studia, a później zgłosisz się do mnie!". Słowa te wciąż dźwięczały mi w uszach.
Sądziłem, że powinienem nie tylko złożyć egzaminy, ale również uzyskać stopień naukowy. Zasięgnąłem informacji, jak wygląda sprawa wstąpienia na uniwersytet w Cambridge lub w Oksfordzie, poradziłem się przyjaciół i doszedłem do przekonania, że jeżeli się zdecyduję na kontynuowanie studiów w jednym z tych miast, podniesie to niewątpliwie koszty i przedłuży mój pobyt w Anglii bardziej, aniżeli przypuszczałem. Jeden z przyjaciół poradził mi, że jeżeli istotnie chcę mieć satysfakcję złożenia trudnych egzaminów, powinienem je złożyć w Londynie. Wymagało to znacznego nakładu pracy i posiadania większego zasobu wiadomości, bez poniesienia specjalnych kosztów.
Z radością przyjąłem tę radę. Przerażał mnie jedynie program. Łacina i nowoczesne języki były obowiązujące! Jak sobie dam radę z łaciną?
Mój przyjaciel nie przestawał jednak nalegać: "Łacina jest bardzo potrzebna adwokatom. Znajomość łaciny jest niezbędna do zrozumienia prawniczych książek. Jeden z egzaminów pisemnych z prawa rzymskiego odbywał się po łacinie. Poza tym znajomość łaciny ułatwia opanowanie języka angielskiego".
Wróciłem do domu i postanowiłem uczyć się łaciny, nie bacząc na wszystkie nastręczające się trudności. Naukę francuskiego już rozpocząłem. Myślałem, że jako "język nowoczesny" wystarczy. Zapisałem się na prywatne kursy przygotowujące do egzaminów wstępnych, które odbywały się co pół roku. Miałem więc do dyspozycji tylko pięć miesięcy. Był to wysiłek niemal przerastający moje możliwości, jednak ten sam młodzieniec, który w swoim czasie pragnął zostać angielskim dżentelmenem, obecnie postanowił zamienić się w pilnego ucznia.
Ułożyłem sobie jak najbardziej szczegółowy rozkład dnia, co do minuty, wszakże ani moje zdolności, ani pamięć nie rokowały wielkich nadziei, iż uda mi się w tym terminie opanować łacinę i francuski, nie mówiąc już o innych wymaganych przedmiotach. Rezultat był taki, że musiałem całkowicie poświęcić się łacinie. Martwiło mnie to, ale nie upadłem na duchu. Nabrałem ochoty do łaciny, co się zaś tyczy nauki francuskiego, sądziłem, że przyda mi się przy następnym egzaminie, na razie zaś postanowiłem zmienić przedmiot w grupie nauk ścisłych. Chemia, którą wybrałem poprzednio, nie była dla mnie ciekawym przedmiotem, gdyż brakowało zajęć praktycznych, dzięki którym ten przedmiot mógł się stać niezmiernie interesujący. W Indiach był to jeden z obowiązujących przedmiotów i dlatego miałem zamiar wybrać go do egzaminu londyńskiego. Tym razem jednak wybrałem zamiast chemii - ciepło i światło. Powiedziano mi, że są to łatwiejsze przedmioty, o czym później sam się przekonałem.
PRZEDMOWA
rzed czterema lub pięciu laty pod wpływem nalegań niektórych moich najbliższych współpracowników zgodziłem się napisać swoją autobiografię. Zacząłem więc pisać, wszakże zaledwie zdążyłem odwrócić pierwszą zapisaną kartkę, kiedy w Bombaju wybuchły rozruchy i praca moja uległa zatrzymaniu. Następnie przyszła cała seria wydarzeń, których kulminacyjnym punktem było uwięzienie mnie w Yeravda1.
Dżeramdas, jeden z moich towarzyszy więziennych, prosił mnie, bym odłożył wszystkie inne prace i skończył spisywanie mego życiorysu. Odpowiedziałem mu, że zakreśliłem już pewien plan prac nad poznaniem siebie samego i że nie sądzę, bym mógł zająć się czymkolwiek innym, zanim tego nie wykonam. Mógłbym jednak zdążyć skończyć swą autobiografię, gdybym odsiedział całą karę w więzieniu; potrzebny mi był jeszcze rok do skończenia mego życiorysu, kiedy zostałem zwolniony.
Swami Anand ze swej strony wystąpił z taką samą prośbą, a wobec tego, że skończyłem opisywanie dziejów ruchu Satjagraha2 w Afryce Południowej, nęciło mnie podjęcie pracy nad autobiografią dla "Navajivanu"3. Swami chciał, abym napisał oddzielnie do wydania książkowego - nie miałem jednak tyle czasu do rozporządzenia. Mogłem zaledwie co tydzień pisywać po jednym rozdziale. Coś trzeba było każdego tygodnia napisać dla "Navajivanu". Czyż nie mogłaby to być moja autobiografia? Swami zgodził się na mój projekt i oto zabieram się ostro do roboty. Wszelako mój głęboko wierzący przyjaciel żywił co do tego pewne wątpliwości, którymi podzielił się ze mną w "dniu milczenia".
- Czemu się wdajesz w tę awanturę? - zapytał mnie. - Pisanie własnego życiorysu jest raczej właściwe ludziom z Zachodu. Nie znam nikogo ze Wschodu, który by to robił, jeżeli nie liczyć tych, którzy ulegli wpływom zachodniego świata. I o czym chcesz pisać? Wyobraźmy sobie, że jutro odrzucisz poglądy, które dziś uważasz za niezłomne, lub też poddasz w przyszłości rewizji swoje dzisiejsze plany - czyż nie sprawi to, że ludzie postępujący zgodnie z tym, co głosi twoje słowo, bądź mówione, bądź pisane, będą się uważali za wprowadzonych w błąd?
Czy nie sądzisz, że rzeczą znacznie bardziej właściwą byłoby zaniechanie właśnie teraz pisania jakiejkolwiek autobiografii?
Ten argument wywarł na mnie pewne wrażenie. Ale moim zamiarem nie jest napisanie autentycznego własnego życiorysu. Pragnąłem po prostu opowiedzieć dzieje moich niezliczonych zmagań na drodze poszukiwania prawdy, a wobec tego, że całe moje życie jest w gruncie rzeczy tylko właśnie tymi poszukiwaniami, więc też odpowiada prawdzie, że cała opowieść będzie częściowo nosiła charakter autobiograficzny. Nie będę jednak miał nic przeciwko temu, by każda stronica mówiła jedynie o tych moich poszukiwaniach i zmaganiach, jakie toczyłem w imię prawdy.
Mam nadzieję, a może jedynie schlebiam sobie, żywiąc ją, że relacja o wszystkich tych poszukiwaniach może przynieść pewną korzyść czytelnikowi.
Moje doświadczenia w dziedzinie polityki są obecnie znane nie tylko w Indiach, lecz do pewnego stopnia całemu cywilizowanemu światu. Dla mnie osobiście nie mają one szczególnego znaczenia, a tytuł "Mahatma"4 jaki mi zyskały, ma go jeszcze mniej. Ten tytuł sprawiał mi często głęboki ból i nie pamiętam takiej chwili, kiedy można byłoby powiedzieć, że był mi przyjemny. Natomiast bardzo chętnie gotów jestem opowiedzieć o wszystkich moich zmaganiach i poszukiwaniach w dziedzinie duchowej, o których wiem tylko ja, a które stały się źródłem tej siły, jaką rozporządzam, działając na polu polityki. Jeżeli te zmagania i poszukiwania mają charakter "duchowy", wtedy nie może być mowy o jakimś chwaleniu się z mojej strony - przeciwnie: przyczyniają się one jedynie do umocnienia mnie w skromności. Im bardziej bowiem zastanawiam się nad moją przeszłością i bliżej się jej przypatruję, tym mocniej odczuwam, jak daleko mi do doskonałości.
To, co pragnąłem osiągnąć, do czego dążyłem i co usiłowałem zdobyć w ciągu ubiegłych trzydziestu lat, zawarło się w pragnieniu poznania siebie samego, spojrzenia w oblicze Boga, w dążeniu do osiągnięcia moksza5.
Żyję, działam, istnieję dla osiągnięcia tego celu. Wszystko, co czynię, bądź przemawiając, bądź pisząc, oraz wszystkie moje poczynania polityki zmierzają do tego samego celu. Wobec tego jednak, że zawsze utrzymywałem, iż to, co jest możliwe do osiągnięcia dla jednostki, jest również dostępne ogółowi, wszystkie moje poszukiwania prawdy prowadzone były nie w izolacji, lecz na oczach wszystkich. Nie sądzę, by ta okoliczność pomniejszała ich wartość duchową. Istnieją wszelako pewne sprawy, których poznanie jest dostępne wyłącznie jednostce oraz jej Stwórcy. Nie dadzą się one absolutnie przekazać. Poszukiwania, o których zamierzam opowiedzieć, nie mają tego charakteru. Są one natury duchowej albo raczej moralnej. Istotą bowiem religii jest moralność.
Do opowieści niniejszej włączone zostaną jedynie te sprawy dotyczące religii, które będą mogły być zrozumiane zarówno przez dzieci, jak i przez dorosłych.
Jeżeli zdołam opowiedzieć o nich w sposób beznamiętny i skromny, pomogą one wielu innym poszukiwaczom prawdy w ich dalszej drodze naprzód. Jestem bardzo daleki od nadawania tym poszukiwaniom jakichkolwiek cech doskonałości. Nie pretenduję do niczego innego, podobnie jak uczony, który przeprowadzając badania z maksymalną dokładnością, zdolnością przewidywania i skrupulatnością, nigdy nie wydaje ostatniego wniosku o swych osiągnięciach, lecz przygląda się im z całym krytycyzmem.
Poddałem się głębokiej samoanalizie, usiłowałem na każdym kroku odnajdywać siebie samego, każdą sytuację psychologiczną starałem się zbadać i zgłębić - a jednak daleki jestem od tego, by pretendować do nieomylności wniosków, do których doszedłem.
Pretenduję jednak do jednego, a mianowicie do tego, że moje wnioski wydają mi się bezwzględnie słuszne i - na razie - skłonny jestem uważać je za ostateczne. Gdyby było inaczej, nie mogłyby stanowić podstawy do jakiegokolwiek działania. W każdym przypadku stosowałem metodę przyjmowania lub odrzucania powziętych wniosków i postępowałem zgodnie z nią. Dopóki jednak moje postępowanie jest zgodne z moim rozumem i z moim sercem, muszę się mocno trzymać raz powziętych moich własnych wniosków.
Gdyby mi chodziło jedynie o rozważanie zasadniczych zagadnień, z pewnością nie próbowałbym pisać autobiografii, wobec tego jednak, że moim celem jest przytoczyć szereg różnych praktycznych wskazówek, jak stosować te zasady, więc też rozdziały, które zamierzam napisać, opatruję wspólnym tytułem: Dzieje moich poszukiwań prawdy.
Będą one zawierały moje zmagania i poszukiwania, o ile chodzi o niesprzeciwianie się złu, sprawę celibatu lub inne metody postępowania, jakoby niezależne od wierności zasadom prawdy. Moim zdaniem jednak, prawda jest naczelną zasadą, skupiającą w sobie inne liczne zasady. Tego rodzaju Prawda polega nie tylko na wierności prawdzie w słowach, lecz również w myślach i dotyczy nie tylko względnej prawdy, tak jak my ją rozumiemy, lecz Prawdy Absolutnej, Zasad Odwiecznych, czyli pojęcia Boga.
Istnieją niezliczone definicje Boga, gdyż niezliczone są dowody Jego istnienia. Napełniają mnie one podziwem, czcią i na chwilę oszołamiają. Ale ja uznaję Boga jedynie jako najwyższe wcielenie Prawdy. Nie znalazłem Go jeszcze, ale wciąż Go poszukuję i gotów jestem na drodze tych poszukiwań złożyć w ofierze wszystko, co posiadam najdroższego. Nawet gdyby ta ofiara wymagała mego życia, sądzę, że byłbym gotów je poświęcić. Dopóki jednak nie zdołałem poznać Absolutnej Prawdy, muszę pozostać wierny względnej prawdzie, a więc takiej, jak ją sobie wyobrażam. Ta względna prawda musi być dla mnie - na razie - moją latarnią morską, moją tarczą i moim puklerzem. I chociaż obrana przeze mnie ścieżka jest stroma, wąska i niekiedy ostra jak ostrze brzytwy, dla mnie była ona jednak najkrótsza i najdogodniejsza.
Nawet moje błędy, wielkie jak Himalaje, wydały mi się fraszką, gdyż wiernie trzymałem się tej ścieżki. To ona ustrzegła mnie od poważnych kłopotów, szedłem więc naprzód zgodnie z prowadzącym mnie światłem. Niekiedy w posuwaniu się naprzód przytrafiały mi się chwile, gdy strwożonym spojrzeniem zdawałem się dostrzegać Absolutną Prawdę i Boga, wtedy z każdym dniem mocniej rosła we mnie pewność, że jedynie On jest czymś realnie istniejącym, wszystko inne zaś jest nierealne.
Niechże więc ci, którzy tego pragną, uprzytomnią sobie, jak bardzo to przeświadczenie brało we mnie górę, niech zechcą uczestniczyć w moich poszukiwaniach, a także - jeżeli potrafią - niech dzielą ze mną moją wiarę.
Następnym przeświadczeniem, którego nabrałem, było to, że jeżeli cokolwiek jest dostępne dla mnie, tym samym jest dostępne nawet każdemu dziecku. Miałem zresztą bezsporne powody, by tak twierdzić.
Środki, jakimi należy się posługiwać przy poszukiwaniu prawdy, są zarówno bardzo proste, jak i bardzo skomplikowane. Mogą się one jednak wydać wręcz nie do pomyślenia zarówno zuchwalcowi, jak i niewinnemu dziecku.
Człowiek poszukujący prawdy winien być skromniejszy od pyłu zaścielającego ziemię. Życie potrafi skruszyć proch pod jego stopami na najdrobniejszy pyłek, lecz poszukiwacz prawdy sam winien być tak skromny, że nawet ów pył jest w stanie go skruszyć. Tylko wtedy i dopiero wtedy dostrzeże on prawdę.
Dialog pomiędzy Wasiszthą i Wiszwamitrą6 czyni to aż nadto oczywistym. Chrześcijaństwo oraz islam również w dostatecznym stopniu to potwierdzają.
Jeżeli cokolwiek z tego, co spisuję na tych kartkach, mogłoby urazić czytelnika, gotowego przyjąć je za dowód rozpierającej mnie pychy, niech raczej zechce uznać, że coś w moich dociekaniach się nie zgadza, a moje przelotne widzenia potraktuje jeno jako miraż. Niechaj zginą setki takich jak ja, lecz niech ostoi się Prawda. Nie uszczuplajmy zakresu prawdy nawet o włos, wydając sądy o pogrążonych w błędach śmiertelnikach, podobnych do mnie samego.
Mam nadzieję i wnoszę o to modły, by nikt nie zechciał uważać porad rozsianych w tych rozdziałach za autorytatywne. Opowiedziane tu poszukiwania prawdy powinno się rozpatrywać jako ilustracje, w świetle których każdy jest w stanie poczynić własne doświadczenia, zgodnie ze swoimi upodobaniami i umiejętnościami. Wierzę, iż w tym ograniczonym zakresie owe ilustracje mogą być doprawdy pożyteczne, nie mam bowiem zamiaru ani przemilczać, ani przeceniać żadnej z przykrych spraw, które muszą być opowiedziane.
Mam nadzieję, że czytelnik całkowicie pozna wszystkie moje błędy i pomyłki.
Moim celem nie jest bynajmniej powiedzieć, jak bardzo jestem dobry, lecz opisać swoje poszukiwania na drodze poznawania wiedzy o satjagraha. Wydając sąd o sobie samym, będę usiłował być równie bezwzględny, jak jest nią Prawda, oraz jakimi pragnę, by byli inni. Przykładając do siebie tę miarę, muszę zawołać wraz z Surdasem7:
Gdzie znaleźć nędznika
Bardziej niż ja zepsutego i obmierzłego?
Byłem tak wiarołomny,
Żem własnego wyrzekł się Stwórcy
Bo nieprzerwanym pasmem tortur dla mnie jest to, że wciąż jeszcze jestem daleki od Niego, który - dobrze wiem o tym - rządzi każdym tchnieniem mego życia i którego jestem latoroślą. Świadom jestem tego, że złe uczucia trzymają mnie z dala od Niego, a przecież nie mogę się ich wyzbyć.
Muszę jednak już kończyć. Pozostaje mi jedynie podjąć niniejszą opowieść w rozdziale, który nastąpi później.
M.K. Gandhi
Aśram,
Sabarmati
26 listopada 1925 r.
VI. TRAGEDIA
omiędzy nielicznymi przyjaciółmi, których miałem w różnych okresach uczęszczania do liceum, zaledwie dwóch mogę nazwać bliskimi i serdecznymi. Jedna z tych przyjaźni nie trwała zbyt długo, chociaż nigdy nie wypierałem się moich przyjaciół. Tym razem mój przyjaciel wyparł się mnie, gdyż znalazłem sobie nowego. Tę ostatnią przyjaźń uważam za tragedię mego życia. Trwała długo. Zdawało mi się, że spełniam jakąś misję nawrócenia.
Chłopiec, o którym mowa, był właściwie przyjacielem mego brata. Chodzili do jednej klasy. Znałem jego wady, ale uważałem go za wiernego przyjaciela. Zarówno moja matka, jak starszy brat i moja żona, wszyscy przestrzegali mnie przed nim, twierdząc, że to dla mnie złe towarzystwo. Byłem jednak zbyt ambitny, by zwracać uwagę na przestrogi żony, a nie miałem dość odwagi, by przeciwstawić się opinii matki i starszego brata. Broniłem go jednak, mówiąc: "Wiem, że on ma wady, o których mówicie, ale nie znacie jego zalet. On mnie nie sprowadzi na błędną drogę, a moja przyjaźń z nim może go nawrócić.
Jestem pewien, że jeżeli się zmieni, będzie znakomitym człowiekiem. Proszę was, bądźcie o mnie spokojni!".
Nie sądzę, bym ich przekonał, ale zgodzili się z moimi argumentami i pozwolili mi postępować, jak będę uważał za stosowne. Przekonałem się później, że moje rachuby były mylne. Reformator nie może sobie pozwolić na utrzymywanie bliskich stosunków z kimś, kogo chce zmienić. Prawdziwa przyjaźń polega na pokrewieństwie dusz, które rzadko przytrafia się na świecie, i dlatego istotnie wartościowa i długotrwała może być przyjaźń jedynie pomiędzy dwoma naturami mającymi wiele wspólnych cech. Jeden przyjaciel oddziałuje na drugiego i dlatego też w prawdziwej przyjaźni jest tak mało miejsca na nawracanie. Jestem ponadto zdania, że należy unikać wszelkiej szczególnej intymności w stosunkach z przyjaciółmi, gdyż człowiek łatwiej przyswaja sobie wady aniżeli zalety. Ten zaś, kto pragnie utrzymywać przyjaźń z Bogiem, musi albo pozostać samotny, albo cały świat uczynić swymi przyjaciółmi.
Możliwe, że się mylę, ale moje usiłowania utrzymania bliskiej przyjaźni skończyły się niepowodzeniem.
Kiedy po raz pierwszy zbliżyłem się do owego przyjaciela, fala "reform" przelewała się przez Radźkot. Dowiedziałem się od niego, że wielu spośród naszych nauczycieli w tajemnicy je mięso i pije wino. Wymienił mi również nazwiska wielu dostojnych obywateli w Radźkocie, którzy należeli do tego samego towarzystwa. Wśród nich mieli się również znajdować, jak mi powiedział, niektórzy uczniowie miejscowego liceum.
Byłem tym ogromnie zaskoczony i boleśnie dotknięty. Zapytałem mego przyjaciela, czym należy to wytłumaczyć, a on wyjaśnił mi w następujący sposób:
"Jesteśmy słabym narodem dlatego, że nie jemy mięsa. Anglicy rządzą nami dlatego, że je spożywają. Wiesz, jaki jestem silny i jaki ze mnie doskonały biegacz - to dlatego, że ja też jem mięso. Ci, co jedzą mięso, nie miewają ani wrzodów, ani żadnych narośli, a nawet jeżeli im się czasami przytrafią - to szybko znikają. Nasi nauczyciele i inne wybitne osoby spożywające mięso nie są głupcami. Widzę, jakie to jest pożyteczne. Powinieneś robić tak samo, a zresztą, to ci nie zaszkodzi, jeżeli spróbujesz. Zobaczysz, przybędzie ci wiele siły".
Wszystkie te namowy na rzecz jedzenia mięsa nie od razu odniosły skutek. Stanowiły temat długich i skomplikowanych argumentów, za pomocą których mój przyjaciel od czasu do czasu usiłował na mnie oddziaływać. Mój starszy brat już im uległ i potwierdzał słowa swego przyjaciela. W porównaniu z moim bratem i tym przyjacielem istotnie wyglądałem na znacznie słabszego fizycznie.
Obaj byli silniejsi ode mnie, fizycznie lepiej rozwinięci i odważniejsi. Wyczyny dokonywane przez tego przyjaciela miały dla mnie ogromny urok. Potrafił bardzo szybko przebiegać duże odległości, umiał skakać daleko i wysoko, potrafił wytrzymać każdą chłostę. Często popisywał się przede mną, a przecież zawsze jest się olśnionym, widząc w innym zalety, których się nie ma. Toteż bywałem istotnie olśniony jego wyczynami - a zatem gorąco pragnąłem stać się podobny do niego. Cóż, kiedy nie potrafiłem ani tak biegać, ani tak skakać jak on. Czemuż nie miałbym zostać równie silny? Ponadto - byłem bardzo tchórzliwy. Panicznie bałem się złodziei, wszelkich duchów, żmij. Bałem się wychylić nosa poza dom w nocy. Ciemność mnie przerażała. Usnąć w ciemnym pokoju było niemal niepodobieństwem dla mnie, gdyż wciąż wyobrażałem sobie, że oto z jednej strony zbliżają się duchy, z drugiej - złodzieje, z trzeciej - żmije. Nie mogłem zasnąć, jeżeli w pokoju nie paliło się światło.
Czy mogłem zwierzyć się z tych obaw żonie, która już przestała być dzieckiem i spała obok mnie? Wiedziałem, że jest odważniejsza ode mnie, i czułem się zawstydzony. Kasturbai nie bała się ani żmij, ani duchów. Potrafiła pójść wszędzie po ciemku. Mój przyjaciel wiedział o wszystkich moich słabościach. Opowiadał mi o tym, jak umie trzymać w ręku żywą żmiję, jak potrafi się obronić przed złodziejami i jak nie wierzy w żadne duchy. Wszystko to, rzecz oczywista, wynikało z tego, że jadł mięso.
Wśród uczniów liceum dużą popularnością cieszył się wtedy marnawy utwór napisany w języku gudźarati przez poetę Narmada29. Oto jego treść:
Spójrz, jak potężny Anglik
Rządzi małymi Indusami,
Dlatego, że żre mięso,
Ma pięć łokci wzrostu.
Wszystko to wywierało na mnie odpowiednie wrażenie. Byłem zdruzgotany. Nabierałem coraz mocniejszego przeświadczenia, że spożywanie mięsa jest dobre, że uczyni mnie mocnym i odważnym i że gdyby ludzie w całym naszym kraju zaczęli jeść mięso, zapanowalibyśmy nad Anglikami.
Wyznaczony został zawczasu dzień, kiedy miałem zacząć spożywać mięso. Oczywiście, wszystko było zachowane w najściślejszej tajemnicy.
Ród Gandhich należał do wyznawców Wisznu. Moi rodzice byli mu szczególnie oddani. Regularnie uczęszczali do haveli. Rodzina posiadała nawet własne świątynie. W Gudźaracie dżinizm30 był bardzo silny, a jego wpływ dawał się odczuć wszędzie i przy każdej okazji. W całych Indiach nie można było się spotkać z równie ostrym sprzeciwem przeciwko spożywaniu mięsa i ze wstrętem, jaki ono budziło, jak właśnie w Gudźaracie wśród wyznawców dżinizmu i Wisznu. Takie właśnie były tradycje, wśród których się urodziłem i byłem wychowany. Trzeba dodać, że żywiłem niewypowiedzianą cześć dla moich rodziców. Zdawałem sobie sprawę, że będzie dla nich śmiertelnym ciosem, jeżeli się dowiedzą, że jadłem mięso. Ponadto moje gorące umiłowanie prawdy zwiększyło jeszcze moje skrupuły. Nie mogę również powiedzieć, abym nie wiedział, że popełnię oszustwo wobec rodziców, jeżeli zacznę jeść mięso. Ale mój umysł był całkowicie pochłonięty potrzebą dokonania "reformy". Nie chodziło bynajmniej o przyjemność, jaką to mogło sprawić memu podniebieniu. Nie wiedziałem zresztą wcale o tym, że mam szczególnie wydelikacony zmysł smaku. Chciałem po prostu być silny i odważny oraz pragnąłem, by wszyscy moi ziomkowie byli tacy po to, byśmy mogli pobić Anglików i przywrócić Indiom wolność.
Nie słyszałem jeszcze nigdy przedtem wyrazu swaradź31 - wiedziałem jednak, co oznacza wolność. Szał "reform" opętał mnie. Zapewniwszy sobie tajemnicę, przekonałem sam siebie, że ukrycie tego wydarzenia przed rodzicami nie będzie właściwie odejściem od prawdy.