Gandhi. Dzieje moich poszukiwań prawdy - Mahatma Gandhi

Kup ebooka

25.53 zł
20.42 zł (13,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

XII. WYKLĘTY

pa­trzo­ny mat­czy­nym ze­zwo­le­niem i bło­go­sła­wień­stwa­mi wy­ru­szy­łem pe­łen ra­do­ści do Bom­ba­ju, zo­sta­wiw­szy w domu żonę i kil­ku­mie­sięcz­ne dziec­ko. Kie­dy przy­by­li­śmy na miej­sce, przy­ja­cie­le mego bra­ta oświad­czy­li mu, że w czerw­cu i lip­cu Oce­an In­dyj­ski jest bar­dzo burz­li­wy, a wo­bec tego, że ma to być moja pierw­sza po­dróż mo­rzem, ich zda­niem po­wi­nie­nem odło­żyć wy­jazd aż do li­sto­pa­da. Ktoś do­dał, że wła­śnie nie­daw­no pod­czas bu­rzy za­to­nął pa­ro­wiec.

Wszyst­ko to spra­wi­ło, że brat za­bro­nił mi wy­ru­szyć w owym cza­sie w tak ry­zy­kow­ną po­dróż. Zo­sta­wiw­szy mnie u swe­go przy­ja­cie­la w Bom­ba­ju, sam po­wró­cił do Radź­ko­tu. Pie­nią­dze prze­zna­czo­ne na moją po­dróż dał na prze­cho­wa­nie szwa­gro­wi, a swych przy­ja­ciół pro­sił, by w ra­zie po­trze­by oka­za­li mi po­moc.

Mój po­byt w Bom­ba­ju prze­dłu­żał się nie­po­mier­nie. Nie prze­sta­wa­łem ma­rzyć o dniu wy­jaz­du do An­glii. Tym­cza­sem człon­ko­wie tej sa­mej co ja ka­sty byli ogrom­nie wzbu­rze­ni moim za­mia­rem uda­nia się do An­glii. Ża­den z hin­du­sów przy­na­leż­nych do modh ba­nia nie był do­tych­czas w An­glii, a je­że­li ja mam za­miar uczy­nić coś po­dob­ne­go, to na­le­ży mi to wy­per­swa­do­wać! W tym celu zo­sta­ło zwo­ła­ne ze­bra­nie ca­łej ka­sty, a mnie we­zwa­no do sta­wie­nia się na nim. Uczy­ni­łem to. W jaki spo­sób po­tra­fi­łem się zdo­być na po­dob­ną od­wa­gę - nie umiem po­wie­dzieć. Pew­ny sie­bie, bez naj­mniej­szych wa­hań sta­ną­łem przed tym ze­bra­niem.

Szeth54 - prze­wod­ni­czą­cy gmi­ny - któ­ry był moim da­le­kim krew­nym i utrzy­my­wał przy­ja­zne sto­sun­ki z moim oj­cem, od razu wy­stą­pił z oskar­że­niem prze­ciw­ko mnie.

- Twój za­miar uda­nia się do An­glii - oświad­czył mi - zo­stał uzna­ny przez na­szą ka­stę za nie­wła­ści­wy. Na­sza re­li­gia nie po­zwa­la na od­by­wa­nie za­mor­skich po­dró­ży. Sły­sze­li­śmy rów­nież, że jest nie­moż­li­we żyć w tam­tym kra­ju, nie na­ra­ża­jąc na szwank na­szej re­li­gii. Jest się tam zmu­szo­nym jeść i pić wraz z Eu­ro­pej­czy­ka­mi!

Na co od­po­wie­dzia­łem:

- By­najm­niej nie są­dzę, by na­sza re­li­gia była prze­ciw­na wy­jaz­dom do An­glii. Za­mie­rzam udać się do tego kra­ju dla dal­szych stu­diów. Uro­czy­ście przy­rze­kłem mo­jej mat­ce, iż po­wstrzy­mam się od ro­bie­nia tych trzech rze­czy, któ­rych się naj­wię­cej oba­wia­cie. Je­stem pe­wien, że to ślu­bo­wa­nie uchro­ni mnie od złe­go!

- A my za­pew­nia­my cie­bie - pod­jął po­now­nie szeth - że do­trzy­ma­nie w tam­tym kra­ju wier­no­ści na­szej re­li­gii jest nie­moż­li­we. Wiesz, ja­kie sto­sun­ki łą­czy­ły mnie z two­im oj­cem, i po­wi­nie­neś po­słu­chać mo­jej rady!

- Wiem o tym - od­rze­kłem - je­ste­ście star­si ode mnie, ale nic na to nie po­ra­dzę. Nie mogę zre­zy­gno­wać z wy­jaz­du do An­glii. Przy­ja­ciel i do­rad­ca mego ojca, uczo­ny bra­min, nie wi­dzi żad­nych prze­szkód, bym wy­je­chał, a moja mat­ka i bra­cia rów­nież wy­ra­zi­li zgo­dę.

- Zła­miesz przy­ka­za­nia na­szej ka­sty!

- Trud­no! Moim zda­niem ka­sta nie po­win­na się wtrą­cać do tych spraw.

Ta od­po­wiedź obu­rzy­ła sze­tha. Rzu­cił na mnie prze­kleń­stwo. Sie­dzia­łem jak ska­mie­nia­ły. Wte­dy szeth wy­rzekł te oto sło­wa: "Ten chło­piec od dziś jest wy­klę­ty! Każ­dy, kto mu przyj­dzie z po­mo­cą lub od­pro­wa­dzi go do przy­sta­ni, skąd bę­dzie od­pły­wał, zo­sta­nie uka­ra­ny prze­ze mnie grzyw­ną w wy­so­ko­ści jed­nej ru­pii i czte­rech ann!"

Ten wy­rok nie zro­bił na mnie żad­ne­go wra­że­nia. Od­sze­dłem, za­sta­na­wia­jąc się jed­nak nad tym, jak po­stą­pi mój brat. Na szczę­ście po­zo­stał przy swo­im i na­pi­sał do mnie, za­pew­nia­jąc, że udzie­la mi nadal swe­go ze­zwo­le­nia oraz że sło­wa sze­tha nie mają zna­cze­nia.

To wy­da­rze­nie zwięk­szy­ło jed­nak moje oba­wy zwią­za­ne z wy­jaz­dem do An­glii. Co bę­dzie, je­że­li im się uda skło­nić mego bra­ta do zmia­ny de­cy­zji? A może zaj­dą ja­kieś nie­prze­wi­dzia­ne wy­pad­ki?

Kie­dy się więc za­mar­twia­łem, do­wie­dzia­łem się na­raz, że pe­wien praw­nik z Dżu­na­ga­dhu uda­je się do An­glii, we­zwa­ny do sta­wie­nia się przed są­dem, i że od­pły­wa stat­kiem czwar­te­go wrze­śnia. Spo­tka­łem się z przy­ja­ciół­mi, któ­rych mój brat przed wy­jaz­dem pro­sił, by się mną opie­ko­wa­li. Ci rów­nież byli zda­nia, że po­wi­nie­nem sko­rzy­stać z oka­zji i udać się w po­dróż w tak od­po­wied­nim to­wa­rzy­stwie. Nie było więc cza­su do stra­ce­nia. Wy­sła­łem te­le­gram do bra­ta, pro­sząc go o po­zwo­le­nie wy­jaz­du, na co otrzy­ma­łem ze­zwa­la­ją­cą od­po­wiedź.

Zwró­ci­łem się do szwa­gra, by mi dał pie­nią­dze, ale on po­wo­łał się na sło­wa sze­tha i po­wie­dział, że nie może na­ra­zić się na wy­rzu­ce­nie go z ka­sty. Od­wo­ła­łem się wte­dy do przy­ja­cie­la na­szej ro­dzi­ny z proś­bą o umoż­li­wie­nie mi opła­ce­nia kosz­tów po­dró­ży oraz zwią­za­nych z nią wy­dat­ków. Pie­nią­dze wy­ło­żo­ne na mnie mia­ły być zwró­co­ne przez mego bra­ta. Ów przy­ja­ciel nie tyl­ko speł­nił moją proś­bę, ale wszel­ki­mi spo­so­ba­mi pod­trzy­mał mnie na du­chu. By­łem mu za to bez­gra­nicz­nie wdzięcz­ny.

Część otrzy­ma­nych od nie­go pie­nię­dzy na­tych­miast wy­da­łem na opła­ce­nie kosz­tów prze­jaz­du, na­stęp­nie mu­sia­łem się od­po­wied­nio wy­ekwi­po­wać! Po­mo­cą i radą słu­żył mi inny przy­ja­ciel na­szej ro­dzi­ny, któ­ry miał duże do­świad­cze­nie w tych spra­wach. Ku­pił dla mnie ubra­nie i róż­ne inne rze­czy. Nie­któ­re czę­ści gar­de­ro­by po­do­ba­ły mi się, in­nych nie lu­bi­łem. Na przy­kład kra­wa­ty, któ­re póź­niej chęt­nie no­si­łem, z po­cząt­ku wy­da­wa­ły mi się czymś obrzy­dli­wym. Krót­ką ma­ry­nar­kę rów­nież uwa­ża­łem za nie­skrom­ny strój. Wszyst­kie te uprze­dze­nia były jed­nak bez zna­cze­nia wo­bec pra­gnie­nia zna­le­zie­nia się w An­glii, któ­re ogar­nę­ło mnie wszech­wład­nie. Mia­łem rów­nież aż nad­to wszel­kiej żyw­no­ści na czas po­dró­ży. Mój przy­ja­ciel za­re­zer­wo­wał dla mnie miej­sce w tej sa­mej ka­bi­nie, w któ­rej miał od­być po­dróż ów praw­nik, na­zwi­skiem Trjam­ba­krai Ma­zmu­dar. Zo­sta­łem mu przed­sta­wio­ny.

Był to męż­czy­zna w sile wie­ku, do­brze zna­ją­cy świat i ma­ją­cy duże do­świad­cze­nie, na­to­miast ja by­łem cał­ko­wi­cie nie­do­świad­czo­nym osiem­na­sto­let­nim mło­dzi­kiem. Ma­zmu­dar za­pew­nił mo­ich przy­ja­ciół, że mogą być o mnie spo­koj­ni.

Czwar­te­go wrze­śnia od­pły­ną­łem wresz­cie z Bom­ba­ju.

III. MAŁŻEŃSTWO DZIECIĘCE

ie mam zbyt wiel­kiej ocho­ty do na­pi­sa­nia tego roz­dzia­łu i wiem, że w trak­cie tej opo­wie­ści będę miał nie­jed­ną gorz­ką pi­guł­kę do prze­łknię­cia. Nie mogę jed­nak po­stą­pić in­a­czej, je­że­li chcę ucho­dzić za czło­wie­ka, któ­ry przede wszyst­kim uzna­je praw­dę. Obo­wiąz­kiem, któ­ry mi spra­wia spo­ro przy­kro­ści, jest opo­wie­dze­nie, jak wstą­pi­łem w związ­ki mał­żeń­skie, ma­jąc trzy­na­ście lat.

Kie­dy pa­trzę na mło­dzież ma­ją­cą ty­leż, co ja wte­dy, lat, a po­zo­sta­ją­cą dziś pod moją opie­ką, wzbie­ra we mnie uczu­cie li­to­ści dla sie­bie sa­me­go oraz cie­szę się z tego, że oni unik­nę­li losu, któ­ry mnie spo­tkał. Nie wi­dzę żad­ne­go mo­ral­ne­go ar­gu­men­tu na po­par­cie po­trze­by za­wie­ra­nia tych zde­cy­do­wa­nie przed­wcze­snych mał­żeństw.

Chcę jed­nak ustrzec czy­tel­ni­ków przed po­peł­nie­niem błę­du: zo­sta­łem oże­nio­ny, nie zaś za­rę­czo­ny. Gdyż w Ka­tia­wa­dzie prze­strze­ga­ne są dwa róż­ne oby­cza­je: za­rę­czy­ny i mał­żeń­stwo. Za­rę­czy­ny są uprzed­nim przy­rze­cze­niem ze stro­ny ro­dzi­ców chłop­ca i dziew­czy­ny, iż obo­je za­wrą zwią­zek mał­żeń­ski, przy czym przy­rze­cze­nie to nie jest nie­na­ru­szal­ne. Śmierć chłop­ca nie czy­ni wdo­wą dziew­czy­ny. Jest to po­ro­zu­mie­nie za­war­te wy­łącz­nie po­mię­dzy ro­dzi­ca­mi i dzie­ci nie mają z nim nic wspól­ne­go. Czę­sto nie są na­wet o tym po­wia­da­mia­ne. Oka­zu­je się, że - nic nie wie­dząc o tym - by­łem trzy­krot­nie za­rę­czo­ny. Opo­wie­dzia­no mi, że dwie dziew­czy­ny, któ­re zo­sta­ły wy­bra­ne dla mnie, umar­ły jed­na po dru­giej, stąd też wiem, że by­łem trzy razy za­rę­czo­ny. Na­to­miast jak przez mgłę przy­po­mi­nam so­bie, że ob­rzą­dek mo­ich trze­cich za­rę­czyn od­był się, kie­dy mia­łem sie­dem lat. Nie pa­mię­tam jed­nak, by mnie o tym po­wia­do­mio­no.

W ni­niej­szym roz­dzia­le opo­wia­dam o swo­im mał­żeń­stwie, któ­re­go dzie­je naj­do­kład­niej so­bie przy­po­mi­nam.

Wy­pa­da jesz­cze raz nad­mie­nić, że było nas trzech bra­ci. Naj­star­szy był już żo­na­ty. Ro­dzi­na po­sta­no­wi­ła oże­nić jed­no­cze­śnie śred­nie­go bra­ta, któ­ry był star­szy ode mnie o dwa, trzy lata, na­sze­go ku­zy­na, star­sze­go mniej wię­cej o rok, i mnie. Przy po­wzię­ciu po­dob­nej de­cy­zji by­najm­niej nie bra­no pod uwa­gę, czy to bę­dzie z ko­rzy­ścią dla nas, jesz­cze mniej li­czo­no się z na­szą wolą - była to po pro­stu spra­wa wy­god­na dla ro­dzi­ny, no i pew­na oszczęd­ność.

Mał­żeń­stwa wśród hin­du­sów nie są czymś pro­stym. Bar­dzo czę­sto ro­dzi­ny na­rze­czo­nej i na­rze­czo­ne­go do­pro­wa­dza­ją się przez nie do ru­iny. Tra­ci się ma­ją­tek, mar­nu­je czas. Przy­go­to­wa­nia trwa­ją nie­raz całe mie­sią­ce - cho­dzi o szy­cie stro­jów i ozdób, o gro­ma­dze­nie środ­ków na ucztę we­sel­ną. Jed­ni sta­ra­ją się prze­ści­gnąć dru­gich licz­bą i roz­ma­ito­ścią przy­go­to­wa­nych po­traw. Ko­bie­ty ob­da­rzo­ne gło­sem, czy też nie, ćwi­czą się w śpie­wie aż do za­chryp­nię­cia, cza­sa­mi na­wet za­pa­da­ją na zdro­wiu i za­kłó­ca­ją spo­kój swo­im są­sia­dom. Ci z ko­lei spo­koj­nie zno­szą wszyst­kie nie­wy­go­dy i wrza­ski, wszyst­kie bru­dy i nie­po­rząd­ki, wie­dząc, że przyj­dzie czas, kie­dy oni sami będą mu­sie­li za­cho­wać się w po­dob­ny spo­sób.

To­też do­ro­śli w mo­jej ro­dzi­nie byli zda­nia, że naj­le­piej bę­dzie, je­że­li za­ła­twią to wszyst­ko za jed­nym za­ma­chem. Wy­dat­ki będą mniej­sze, a efekt - więk­szy. Ła­twiej jest bo­wiem na­ra­zić się na wy­dat­ki, sko­ro się wie, że będą jed­no­ra­zo­we, a nie trzy­krot­ne. Mój oj­ciec i stryj byli już sta­rzy, a my by­li­śmy ostat­ni­mi ich dzieć­mi, któ­re na­le­ża­ło oże­nić. Moż­li­we rów­nież, że chcie­li po raz ostat­ni w ży­ciu za­ba­wić się jak na­le­ży. Wszyst­kie te wzglę­dy za­de­cy­do­wa­ły więc o tym, że mia­ła się od­być po­trój­na uro­czy­stość we­sel­na i - jak już wcze­śniej po­wie­dzia­łem - przy­go­to­wa­nia do niej trwa­ły od paru mie­się­cy.

Otóż je­dy­nie dzię­ki tym przy­go­to­wa­niom my, chłop­cy, zo­sta­li­śmy za­wcza­su po­wia­do­mie­ni o zbli­ża­ją­cych się wy­da­rze­niach. Nie są­dzę, by wte­dy ozna­cza­ło to dla mnie coś po­nad per­spek­ty­wę otrzy­ma­nia no­we­go odzie­nia, wa­le­nia w bę­ben, uczest­ni­cze­nia w po­cho­dzie we­sel­nym, wzię­cia udzia­łu w ob­fi­tych ucztach we­sel­nych i po­zy­ska­nia ob­cej mi dziew­czy­ny do za­ba­wy. Cie­le­sne po­trze­by przy­szły póź­niej. Chciał­bym wła­ści­wie ukryć za kur­ty­ną uczu­cie wsty­du, ja­kie­go wte­dy do­zna­wa­łem, po­da­jąc je­dy­nie parę szcze­gó­łów za­słu­gu­ją­cych na to, by o nich opo­wie­dzieć. Wró­cę zresz­tą do nich póź­niej, cho­ciaż one rów­nież mają mało wspól­ne­go z za­sad­ni­czym ce­lem, dla któ­re­go pod­ją­łem się opi­sa­nia ca­łe­go tego wy­da­rze­nia.

A więc mój brat i ja zo­sta­li­śmy przy­wie­zie­ni z Radź­ko­tu do Po­rban­da­ru. Przy­tra­fi­ło się rów­nież parę za­baw­nych szcze­gó­łów po­prze­dza­ją­cych mo­ment kul­mi­na­cyj­ny ob­cho­du, jak mię­dzy in­ny­mi to, że wy­sma­ro­wa­no nam całe cia­ło won­ny­mi olej­ka­mi, spo­rzą­dzo­ny­mi z żół­cie­nia - ale wolę ra­czej po­mi­nąć te szcze­gó­ły.

Cho­ciaż mój oj­ciec był di­wa­nem, jed­nak był słu­gą pań­stwa, tym bar­dziej że cie­szył się wzglę­da­mi tha­ko­re sa­he­ba, a ten nie chciał mu aż do ostat­niej chwi­li po­zwo­lić wy­je­chać. Kie­dy wresz­cie przy­stał na to, ka­zał spo­rzą­dzić dla mego ojca spe­cjal­ne fur­go­ny, dzię­ki cze­mu po­dróż zo­sta­ła skró­co­na o dwa dni. Los chciał jed­nak, by się sta­ło in­a­czej. Po­rban­dar jest od­le­gły od Radź­ko­tu o sto dwa­dzie­ścia mil, po­dróż koń­mi trwa pięć dni. Mój oj­ciec od­był ją wpraw­dzie w cią­gu trzech, ale po­wóz wpadł na trze­ci fur­gon i oj­ciec zo­stał cięż­ko po­ra­nio­ny. Na miej­sce przy­był cały oban­da­żo­wa­ny.

Za­rów­no jego, jak i na­sze za­in­te­re­so­wa­nie nad­cho­dzą­cy­mi wy­da­rze­nia­mi osła­bło, ale uro­czy­sto­ści we­sel­ne mu­sia­ły się od­być. Czyż moż­na było odło­żyć datę ślu­bu? Jed­nak w swo­jej chło­pię­cej ucie­sze z ra­cji ma­ją­ce­go się od­być we­se­la za­po­mnia­łem o smut­ku, jaki po­win­ny były we mnie wzbu­dzić ob­ra­że­nia mego ro­dzi­cie­la.

Wpraw­dzie by­łem bar­dzo przy­wią­za­ny do mo­ich ro­dzi­ców, ale nie mniej­szą przy­jem­ność spra­wia­ły mi wszel­kie ucie­chy cie­le­sne. Do­pie­ro póź­niej dane mi było po­znać, że szczę­ście i wszel­kie przy­jem­no­ści win­ny być zło­żo­ne w ofie­rze i za­stą­pio­ne czcią dla ro­dzi­ców. I oto, jak gdy­by kara za moje pra­gnie­nie uciech, przy­tra­fi­ło się coś, co na całe ży­cie po­zo­sta­ło w mo­jej pa­mię­ci i o czym opo­wiem póź­niej.

Nisz­ku­la­nand23 śpie­wa: "Wy­rze­cze­nie się przed­mio­tów bez wy­rze­cze­nia pra­gnień ma krót­ki ży­wot, choć­byś nie wiem jak moc­no do tego dą­żył...". Ile­kroć sam śpie­wam tę pieśń lub sły­szę, jak ją śpie­wa­ją, w mo­jej pa­mię­ci upar­cie po­wra­ca to przy­kre wy­da­rze­nie i na­peł­nia mnie uczu­ciem wsty­du.

Mimo od­nie­sio­nych ob­ra­żeń mój oj­ciec za­cho­wał się bar­dzo dziel­nie i wziął udział we wszyst­kich uro­czy­sto­ściach we­sel­nych. Dziś jesz­cze, kie­dy o tym po­my­ślę, wi­dzę miej­sce, na któ­rym sie­dział pod­czas róż­nych faz ob­cho­dzo­nej uro­czy­sto­ści. Anim przy­pusz­czał wte­dy, że na­dej­dzie dzień, gdy będę su­ro­wo osą­dzał mego ojca za to, że oże­nił mnie, jesz­cze dziec­ko, ale wte­dy wszyst­ko wy­da­wa­ło mi się w naj­więk­szym po­rząd­ku, wła­ści­we i za­baw­ne. Zresz­tą, sam mia­łem wte­dy ogrom­ną ocho­tę oże­nić się, a wszyst­ko, co­kol­wiek czy­nił na­on­czas mój oj­ciec, nie mo­gło pod­le­gać żad­nym za­strze­że­niom.

Wszyst­ko to żywo za­cho­wa­ło się w mo­jej pa­mię­ci. Dziś jesz­cze wi­dzę sie­bie, jak sie­dzi­my na na­szym we­sel­nym tro­nie, jak wy­ko­nu­je­my ce­re­mo­niał Sap­ta­pa­di24, jak my, nowo po­ślu­bie­ni mał­żon­ko­wie, kła­dzie­my so­bie wza­jem­nie do ust ka­wał­ki słod­kie­go kan­sa­ru25, jak roz­po­czy­na­my wspól­ne po­ży­cie. I - ach! - ta pierw­sza po­ślub­na noc! Dwo­je nie­win­nych dzie­ci wbrew swo­jej woli zo­sta­ło rzu­co­nych w oce­an ży­cia. Żona mo­je­go bra­ta po­uczy­ła mnie, jak mam się za­cho­wać w pierw­szą noc po­ślub­ną. Nie wiem, kto uświa­do­mił moją żonę. Nig­dy jej o to nie py­ta­łem ani nie mam za­mia­ru czy­nić tego obec­nie. Czy­tel­nik może być pew­ny, że obo­je by­li­śmy zbyt zde­ner­wo­wa­ni, by móc spoj­rzeć na sie­bie.

By­li­śmy poza tym ogrom­nie nie­śmia­li. Jak prze­mó­wić do niej i co jej po­wie­dzieć? Całe uprzed­nie po­ucze­nie nie­wie­le mi się przy­da­ło, gdyż w ta­kich przy­pad­kach ra­czej przy­da­je się brak wszel­kich po­uczeń. Świa­do­mość tego, w jaki spo­sób przy­szli­śmy na świat, czy­ni wszel­kie uświa­da­mia­nie zgo­ła zby­tecz­nym. Stop­nio­wo co­raz le­piej po­zna­wa­li­śmy się na­wza­jem, roz­ma­wia­li­śmy ze sobą bez skrę­po­wa­nia. By­li­śmy w jed­nym wie­ku. Nie uczy­ni­łem jed­nak nic, by za­pew­nić so­bie au­to­ry­tet mał­żon­ka.

VIII. KRADZIEŻE I SKRUCHY

hcę jesz­cze opo­wie­dzieć o paru in­nych prze­wi­nach, ja­kie po­peł­ni­łem za­rów­no w okre­sie spo­ży­wa­nia prze­ze mnie mię­sa, jak i znacz­nie wcze­śniej, przed moim ślu­bem lub też po nim.

Mój krew­niak i ja sta­li­śmy się na­ło­go­wy­mi pa­la­cza­mi ty­to­niu. Nie znaj­do­wa­li­śmy co praw­da żad­nej szcze­gól­nej przy­jem­no­ści w pa­le­niu ani nie po­cią­gał nas spe­cjal­nie za­pach dymu ty­to­nio­we­go - po pro­stu po­do­ba­ło nam się samo wy­pusz­cza­nie z ust kłę­bów dymu. Mój stryj był na­ło­go­wym pa­la­czem i kie­dy wi­dzie­li­śmy go pa­lą­ce­go, przy­szło nam do gło­wy na­śla­do­wać go, ale nie mie­li­śmy pie­nię­dzy. Za­czę­li­śmy więc wy­kra­dać nie­do­pał­ki pa­pie­ro­sów po­zo­sta­wio­ne przez stry­ja.

Nie za­wsze jed­nak moż­na było upo­lo­wać owe nie­do­pał­ki, a po­nad­to nie da­wa­ły one tyle dymu. Wte­dy za­czę­li­śmy wy­kra­dać mie­dzia­ki z kie­sze­ni na­szej służ­by, by móc ku­po­wać in­dyj­skie pa­pie­ro­sy. Pro­ble­mem było to, gdzie je prze­cho­wać. Nie mo­gli­śmy też pa­lić w obec­no­ści star­szych. Ja­koś nam ucho­dzi­ło w cią­gu paru ty­go­dni to pa­le­nie za skra­dzio­ne mie­dzia­ki. Do­wie­dzie­li­śmy się póź­niej, że ło­dy­gi nie­któ­rych ro­ślin są po­ro­wa­te i na­da­ją się do pa­le­nia. Zdo­by­li­śmy je i za­czę­li­śmy pa­lić.

Ale to nas by­najm­niej nie za­spo­ka­ja­ło. Za­czę­ła nas po­że­rać po­trze­ba nie­za­leż­no­ści. Już to samo, że nie wol­no nam nic zro­bić bez ze­zwo­le­nia star­szych, było nie do znie­sie­nia. Wresz­cie, znie­chę­ce­ni do osta­tecz­no­ści, po­sta­no­wi­li­śmy po­peł­nić sa­mo­bój­stwo.

Jak jed­nak wpro­wa­dzić w czyn to po­sta­no­wie­nie? Skąd wziąć tru­ci­znę? Sły­sze­li­śmy, ja­ko­by na­sio­na dha­tu­ry były tru­ją­ce. Po­szli­śmy do dżun­gli na ich po­szu­ki­wa­nie i zna­leź­li­śmy je. Wie­czór wy­da­wał nam się od­po­wied­nią porą do wpro­wa­dze­nia w czyn na­sze­go za­mia­ru. Uda­li­śmy się do Ke­dar­dźi Man­dir34, na­la­li­śmy to­pio­ne­go ba­wo­le­go ma­sła do lam­py pło­ną­cej w świą­ty­ni, do­stą­pi­li­śmy bło­go­sła­wień­stwa, a na­stęp­nie za­czę­li­śmy się roz­glą­dać za ja­kimś sa­mot­nym ką­ci­kiem. Za­bra­kło nam jed­nak od­wa­gi. A co bę­dzie, je­że­li tru­ci­zna nie uśmier­ci nas od razu? A w ogó­le, co nam z tego przyj­dzie, że so­bie od­bie­rze­my ży­cie? Dla­cze­go ra­czej nie wal­czyć o zdo­by­cie więk­szej nie­za­leż­no­ści? Prze­łknę­li­śmy jed­nak każ­dy po dwa, trzy na­sio­na. Nie mie­li­śmy od­wa­gi po­łknąć wię­cej, każ­dy z nas bał się prze­cież śmier­ci, po­sta­no­wi­li­śmy więc dla uspo­ko­je­nia pójść do Ram­dźi Man­dir35 i po­rzu­cić wszel­ką myśl o sa­mo­bój­stwie.

Wte­dy zro­zu­mia­łem, że ła­twiej jest my­śleć o sa­mo­bój­stwie, ani­że­li je po­peł­nić, a gdy sły­sza­łem, że ktoś gro­zi po­peł­nie­niem sa­mo­bój­stwa, nie ro­bi­ło to na mnie zbyt wiel­kie­go wra­że­nia.

Owe sa­mo­bój­cze my­śli w re­zul­ta­cie do­pro­wa­dzi­ły do tego, że oby­dwaj po­sta­no­wi­li­śmy zre­zy­gno­wać z pa­le­nia pa­pie­ro­sów i wy­kra­da­nia służ­bie mie­dzia­ków na pa­pie­ro­sy. Póź­niej, na­wet gdy by­łem do­ro­sły, nig­dy już nie od­czu­wa­łem chę­ci pa­le­nia ty­to­niu i za­wsze uwa­ża­łem ten na­łóg za bar­ba­rzyń­ski, brzyd­ki i szko­dli­wy dla zdro­wia. Nig­dy nie mo­głem zro­zu­mieć, skąd na świe­cie po­wstał nie­prze­par­ty na­łóg pa­le­nia, nig­dy też nie by­łem w sta­nie po­dró­żo­wać w prze­dzia­łach dla pa­lą­cych. Po pro­stu du­si­łem się.

Znacz­nie po­waż­niej­sza od tych kra­dzie­ży była ta, któ­rej się do­pu­ści­łem nie­co póź­niej. Owe mie­dzia­ki "ścią­ga­łem", kie­dy mia­łem dwa­na­ście, trzy­na­ście lat, a może i mniej. Na­stęp­ną kra­dzież po­peł­ni­łem w wie­ku pięt­na­stu lat. Tym ra­zem skra­dłem tro­chę zło­ta z bran­so­let­ki mego bra­ta, tego wła­śnie, co to rów­nież jadł mię­so. Za­dłu­ży­łem się na ja­kieś dwa­dzie­ścia pięć ru­pii. Na ręce mój brat no­sił bran­so­let­kę z praw­dzi­we­go zło­ta. Nie było trud­no od­cze­pić z niej parę kó­łek.

Trud­no - sta­ło się: dług zo­stał spła­co­ny, ale to było po­nad moje siły. Przy­sią­głem, że nig­dy wię­cej nic nie ukrad­nę, poza tym po­sta­no­wi­łem, że przy­znam się ojcu do wszyst­kie­go. Nie mia­łem jed­nak od­wa­gi prze­mó­wić do nie­go - nie dla­te­go, abym się bał, że mnie zbi­je. Nie przy­po­mi­nam so­bie, by oj­ciec kie­dy­kol­wiek ude­rzył któ­reś z dzie­ci. Po­wstrzy­my­wa­ła mnie oba­wa przed bó­lem, któ­ry mogę mu spra­wić. Zda­wa­łem so­bie spra­wę, że mu­szę się na to zdo­być, bo bez przy­zna­nia się do winy nie może być oczysz­cze­nia się z niej. Wresz­cie po­sta­no­wi­łem, że na­pi­szę całą mą spo­wiedź, wrę­czę ją ojcu i po­pro­szę go, by mi wy­ba­czył. Spi­sa­łem wszyst­ko na świst­ku pa­pie­ru i sam mu go po­da­łem. Nie tyl­ko przy­zna­łem się do winy, lecz pro­si­łem o wy­mie­rze­nie mi od­po­wied­niej kary za nią, a skoń­czy­łem, za­kli­na­jąc ojca, by za moje prze­wi­nie­nie nie na­ło­żył kary na sie­bie. Jed­no­cze­śnie przy­sią­głem, że nig­dy wię­cej nie po­peł­nię żad­nej kra­dzie­ży.

Wrę­cza­jąc tę kart­kę ojcu, dy­go­ta­łem cały. Oj­ciec cier­piał wte­dy na wrzo­dy i le­żał w łóż­ku, któ­re skła­da­ło się ze zwy­kłych drew­nia­nych de­sek. Wrę­czy­łem mu kart­kę i usia­dłem na­prze­ciw nie­go.

Oj­ciec prze­czy­tał, a po po­licz­kach spły­nę­ły mu per­li­ste łzy, któ­re spa­dły na pa­pier i go za­mo­czy­ły. Oj­ciec przy­mknął oczy, roz­my­ślał, ści­ska­jąc w ręce kart­kę. Na­stęp­nie usiadł na łóż­ku, by jesz­cze raz ją prze­czy­tać, i znów się po­ło­żył. Mnie rów­nież łzy cie­kły po twa­rzy. Wi­dzia­łem, jak oj­ciec cier­pi. Gdy­bym był ma­la­rzem, po­tra­fił­bym dziś jesz­cze na­ma­lo­wać całą tę sce­nę - tak żywo po­zo­sta­ła mi w pa­mię­ci.

Te per­li­ste kro­ple oczy­ści­ły moje ser­ce i zmy­ły ze mnie mój grzech. Zro­zu­mieć to po­tra­fi je­dy­nie ten, kto sam do­znał po­dob­nej mi­ło­ści, bo - jak gło­szą sło­wa psal­mu:

Ten je­dy­nie,

Kogo po­ra­ził grot mi­ło­ści,

Zdo­len jest po­znać jej moc.

Była to dla mnie po­glą­do­wa lek­cja ahim­sy. Wte­dy na­uczy­ła mnie je­dy­nie tego, czym jest mi­łość oj­cow­ska, dziś wiem, że był to do­wód praw­dzi­wej ahim­sy (czy­li na­uki o nie­czy­nie­niu ni­ko­mu zła). Gdy sta­je się ona wszech­obej­mu­ją­ca, po­tra­fi zmie­nić wszyst­ko, cze­go się do­tknie, i wte­dy jej po­tę­ga nie ma gra­nic.

Po­dob­ny ro­dzaj nie­zwy­kłej po­błaż­li­wo­ści nie był wła­ści­wy memu ojcu. Są­dzi­łem ra­czej, że bę­dzie się gnie­wał, mó­wił su­ro­we sło­wa i po­cie­rał swe czo­ło, ale oj­ciec był nie­zwy­kle ła­god­nie uspo­so­bio­ny i skłon­ny je­stem przy­pi­sać to mo­jej szcze­rej spo­wie­dzi. Bo szcze­re przy­zna­nie się do winy, któ­re­mu to­wa­rzy­szy obiet­ni­ca, iż nig­dy wię­cej nie po­peł­ni się cze­goś po­dob­ne­go, je­że­li się ją skła­da ko­muś, kto ma pra­wo ją przy­jąć, jest naj­czyst­szą for­mą skru­chy.

Wiem, że moja spo­wiedź spra­wi­ła, że oj­ciec na­brał do mnie cał­ko­wi­te­go za­ufa­nia, i po­nad wszel­ką mia­rę wzmo­gła w nim uczu­cie, ja­kie dla mnie ży­wił.

XI. PRZYGOTOWANIA DO WYJAZDU DO ANGLII

gza­mi­ny ma­tu­ral­ne zło­ży­łem w 1887 roku. Od­by­wa­ły się one w dwóch mia­stach: Ah­me­da­ba­dzie i Bom­ba­ju. Po­wszech­ne ubó­stwo kra­ju zmu­sza­ło uczniów do wy­bie­ra­nia naj­bliż­sze­go i naj­tań­sze­go mia­sta. Ubó­stwo mo­jej ro­dzi­ny dyk­to­wa­ło mi po­dob­ny wy­bór. Była to moja pierw­sza po­dróż, któ­rą od­by­łem z Radź­ko­tu do Ah­me­da­ba­du, i w do­dat­ku sam. Moja ro­dzi­na ży­czy­ła so­bie, abym po zło­że­niu ma­tu­ry kon­ty­nu­ował na­ukę w col­le­ge'u. Je­den znaj­do­wał się w Bhaw­na­ga­dzie49, dru­gi w Bom­ba­ju, a że pierw­szy był tań­szy, ob­ra­łem to mia­sto i wstą­pi­łem do Sa­mal­das Col­le­ge. Za­czą­łem uczęsz­czać na wy­kła­dy, ale wkrót­ce po­czu­łem się jak rzu­co­ny na fale bez­brzeż­ne­go oce­anu. Wszyst­ko było ogrom­nie trud­ne. Nie by­łem w sta­nie nie tyl­ko na­dą­żyć, ale na­wet zro­zu­mieć wy­kła­dów mo­ich pro­fe­so­rów. Nie było to zresz­tą ich winą. Wy­kła­dow­cy w tym col­le­ge'u uwa­ża­ni byli za bar­dzo do­brych - to ja by­łem nie­do­uczo­ny. Pod ko­niec pierw­sze­go se­me­stru wró­ci­łem do domu.

W oso­bie Maw­dźie­go Dave'a, któ­ry był prze­bie­głym i wy­kształ­co­nym bra­mi­nem, mie­li­śmy sta­re­go przy­ja­cie­la i do­rad­cę na­szej ro­dzi­ny. Utrzy­my­wał on bli­skie sto­sun­ki z nami na­wet po śmier­ci ojca. Tak się zło­ży­ło, że od­wie­dził nas pod­czas mo­ich fe­rii. W roz­mo­wie z mat­ką i moim star­szym bra­tem do­py­ty­wał się o moje po­stę­py w na­uce. Do­wie­dziaw­szy się, że stu­diu­ję w Sa­mal­das Col­le­ge, po­wie­dział: "Cza­sy się zmie­ni­ły. Ża­den z was nie może mieć na­dziei na dzie­dzic­two gadi (tro­nu) wa­sze­go ojca, je­że­li nie otrzy­ma wła­ści­we­go wy­kształ­ce­nia. Wo­bec tego, że ten mło­dzie­niec kon­ty­nu­uje stu­dia, po­win­ni­ście wszy­scy dbać o to, aby uzy­skał oj­cow­ski gadi. Otrzy­ma­nie stop­nia B.A.50 zaj­mie mu od czte­rech do pię­ciu lat, i w naj­lep­szym ra­zie po­zwo­li ob­jąć sta­no­wi­sko za pięć­dzie­siąt ru­pii, ale nie wy­star­czy do zo­sta­nia di­wa­nem. Je­że­li, po­dob­nie jak mój syn, wy­bie­rze stu­dia praw­ni­cze, zaj­mie mu to jesz­cze wię­cej cza­su, a tym­cza­sem zja­wi się mnó­stwo praw­ni­ków, któ­rzy będą się ubie­ga­li o sta­no­wi­sko di­wa­na. Był­bym ra­czej zda­nia, by­ście go po­sła­li do An­glii. Mój syn, Ke­wal­ram, po­wia­da, że moż­na tam bar­dzo ła­two zo­stać ad­wo­ka­tem. On wra­ca za trzy lata. Koszt stu­diów nie wy­nie­sie wię­cej niż czte­ry do pię­ciu ty­się­cy ru­pii. Spójrz­cie tyl­ko na tego ad­wo­ka­ta, któ­ry wła­śnie po­wró­cił z An­glii. Jaki wy­twor­ny tryb ży­cia pro­wa­dzi.

Nie­chby tyl­ko ze­chciał zo­stać di­wa­nem, a przy­zna­no by mu za­raz tę god­ność. Bar­dzo usil­nie do­ra­dzał­bym wam wy­słać Mo­han­da­sa do An­glii jesz­cze w tym roku. Ke­wal­ram ma licz­nych przy­ja­ciół w An­glii, da mu li­sty po­le­ca­ją­ce i wasz syn bę­dzie miał tam wszyst­ko uła­twio­ne".

Jo­szi­dźi51, jak przy­wy­kli­śmy na­zy­wać sta­re­go Maw­dźie­go Dave'a, zwró­cił się do mnie z pew­ną sie­bie miną i za­py­tał: "Czy nie wo­lał­byś wy­je­chać do An­glii, niż stu­dio­wać tu­taj?".

Ni­cze­go nie pra­gną­łem bar­dziej! Trud­no­ści, ja­kie mi spra­wia­ły stu­dia na miej­scu, bar­dzo mnie onie­śmie­la­ły, ze­rwa­łem się więc z miej­sca na tę pro­po­zy­cję i od­po­wie­dzia­łem, że im wcze­śniej to na­stą­pi, tym le­piej. Zło­że­nie eg­za­mi­nów nie było rze­czą ła­twą, czy nie mógł­bym więc za­cząć stu­dio­wać me­dy­cy­ny?

Brat mi prze­rwał: "Oj­ciec nig­dy nie lu­bił me­dy­cy­ny. Miał wła­śnie cie­bie na my­śli, kie­dy mó­wił, że my, wy­znaw­cy Wisz­nu, nie po­win­ni­śmy mieć nic wspól­ne­go z kra­ja­niem tru­pów. Oj­ciec prze­zna­czył cie­bie na stu­dia praw­ni­cze".

Jo­szi­dźi przy­kla­snął tym sło­wom, mó­wiąc: "Nie je­stem tak jak wasz oj­ciec prze­ciw­ny stu­diom me­dycz­nym. Na­sze śa­stry52 rów­nież nie są temu prze­ciw­ne, ale za­wód le­ka­rza nie uczy­ni z cie­bie di­wa­na, a ja pra­gnął­bym, abyś nim zo­stał albo na­wet kimś wię­cej. Je­dy­nie obie­ra­jąc tę dro­gę, bę­dziesz mógł za­pew­nić po­moc wa­szej licz­nej ro­dzi­nie. Cza­sy zmie­nia­ją się szyb­ko i są co­raz trud­niej­sze - dla­te­go obec­nie naj­mą­drzej jest zo­stać ad­wo­ka­tem".

Zwra­ca­jąc się do mo­jej mat­ki, jo­szi­dźi do­dał: "A te­raz mu­szę już odejść. Za­sta­nów­cie się nad tym, co po­wie­dzia­łem. Mam na­dzie­ję, że kie­dy przy­bę­dę do was na­stęp­nym ra­zem, do­wiem się o two­ich przy­go­to­wa­niach do po­dró­ży do An­glii. Pro­szę, daj­cie mi znać, czy mogę wam być w czymś po­moc­ny".

Jo­szi­dźi od­szedł, a ja za­czą­łem bu­do­wać zam­ki na lo­dzie.

Mój star­szy brat był po­waż­nie za­tro­ska­ny. Jak zna­leźć fun­du­sze na wy­sła­nie mnie? I w ogó­le czy moż­na było mieć za­ufa­nie do ta­kie­go jak ja mło­dzi­ka i wy­słać go sa­me­go za gra­ni­cę?

Mat­ka się za­mar­twia­ła. Nie była skłon­na się ze mną roz­sta­wać. Oto ja­ki­mi spo­so­ba­mi usi­ło­wa­ła od­wieść mnie od tego za­mia­ru: "Stryj - mó­wi­ła - jest te­raz naj­star­szym człon­kiem ro­dzi­ny. Po­win­no się przede wszyst­kim za­się­gnąć jego rady. Je­że­li on wy­ra­zi swą zgo­dę, zaj­mie­my się tym".

Mój brat był in­ne­go zda­nia i po­wie­dział do mnie: "Mamy pew­ne rosz­cze­nia wo­bec rzą­du Po­rban­da­ru. Mi­ster Lely jest ad­mi­ni­stra­to­rem i jest bar­dzo do­bre­go zda­nia o na­szej ro­dzi­nie, stryj jest rów­nież bar­dzo do­brze no­to­wa­ny u nie­go. Moż­li­we, że uda mu się uzy­skać pew­ną po­moc rzą­do­wą na two­je stu­dia w An­glii".

Bar­dzo mi to od­po­wia­da­ło i czy­ni­łem przy­go­to­wa­nia do wy­jaz­du do Po­rban­da­ru. Ko­lei w owych cza­sach jesz­cze nie było. Mia­łem przed sobą pię­cio­dnio­wą po­dróż wo­zem, cią­gnio­nym przez woły. Przy­zna­łem się już przed­tem do tego, że by­łem tchó­rzem, ale moje tchó­rzo­stwo roz­wia­ło się wo­bec go­rą­ce­go, cał­ko­wi­cie po­chła­nia­ją­ce­go mnie pra­gnie­nia wy­jaz­du do An­glii. Wy­na­ją­łem wóz za­przę­żo­ny w woły aż do Dho­ra­dży, a stam­tąd ru­szy­łem w dro­gę na wiel­błą­dzie, chcąc w ten spo­sób o je­den dzień wcze­śniej przy­być do Po­rban­da­ru. Była to moja pierw­sza jaz­da na wiel­błą­dzie. Wresz­cie przy­by­łem na miej­sce, z po­ko­rą po­zdro­wi­łem mego stry­ja i opo­wie­dzia­łem mu o wszyst­kim. Stryj za­sta­no­wił się i od­rzekł: "Nie mam pew­no­ści, czy po­byt w An­glii nie od­bi­je się nie­ko­rzyst­nie na two­ich uczu­ciach re­li­gij­nych. Są­dząc z tego, co sły­sza­łem, mam ra­czej pew­ne wąt­pli­wo­ści. Spo­ty­ka­jąc się z tymi zna­ko­mi­ty­mi ad­wo­ka­ta­mi, nie spo­strze­gam żad­nej róż­ni­cy po­mię­dzy nimi a Eu­ro­pej­czy­ka­mi. O ile cho­dzi o spra­wy od­ży­wia­nia się, nie mają oni żad­nych skru­pu­łów. Nie wyj­mu­ją cy­gar z ust. Ubie­ra­ją się rów­nie bez­wstyd­nie jak An­gli­cy. Wszyst­ko to stoi w sprzecz­no­ści z na­szy­mi ro­dzin­ny­mi tra­dy­cja­mi. Ja sam wkrót­ce udam się na piel­grzym­kę, nie­wie­le mi już po­zo­sta­ło lat ży­cia. Jak­że­bym mógł, sto­jąc u pro­gu śmier­ci, po­zwo­lić ci na wy­jazd do An­glii, na prze­by­cie tylu mórz? Nie chcę jed­nak sta­nąć w po­przek two­jej dro­gi, tu cho­dzi prze­cież głów­nie o zgo­dę two­jej mat­ki. Je­że­li ona ci po­zwo­li - ru­szaj z Bo­giem! Po­wiedz jej, że się nie sprze­ci­wiam. Wy­je­dziesz, ma­jąc moje bło­go­sła­wień­stwo".

- Ni­cze­go wię­cej nie pra­gnę od cie­bie, stry­ju! - od­po­wie­dzia­łem. - Będę usi­ło­wał te­raz prze­ko­nać moją mat­kę. A czy stryj nie mógł­by mi dać po­le­ca­ją­ce­go li­stu do mi­ster Lely'ego?

- Jak­że mógł­bym to zro­bić? - od­parł stryj. - Ale to jest bar­dzo do­bry czło­wiek. Po­sta­raj się, by cię przy­jął, i opo­wiedz mu, z ja­kiej po­cho­dzisz ro­dzi­ny. Z pew­no­ścią oka­że ci po­moc.

Nie ro­zu­miem, dla­cze­go stryj nie dał mi owe­go li­stu po­le­ca­ją­ce­go. Mam jed­nak wra­że­nie, że nie chciał współ­dzia­łać w spra­wie mego wy­jaz­du do An­glii, któ­ry uwa­żał za sprzecz­ny z za­sa­da­mi re­li­gij­ny­mi.

Na­pi­sa­łem do mi­ster Lely'ego, któ­ry we­zwał mnie, bym się zgło­sił do jego re­zy­den­cji. Spo­strzegł mnie, idąc do góry scho­da­mi, oświad­czył oschle: "Niech pan wpierw zło­ży swój ma­gi­ster­ski eg­za­min i na­stęp­nie zo­ba­czy się ze mną. Na ra­zie nie mogę panu oka­zać żad­nej po­mo­cy". Po czym szyb­ko po­biegł scho­da­mi.

A ja tak sta­ran­nie przy­go­to­wa­łem się do tego spo­tka­nia. Na­uczy­łem się na pa­mięć kil­ku sen­ten­cji, umia­łem skła­dać ni­ski po­kłon i po­zdra­wiać go obie­ma rę­ka­mi. Wszyst­ko na próż­no.

Po­my­śla­łem wte­dy o bi­żu­te­rii mo­jej żony, o moim star­szym bra­cie, w któ­rym po­kła­da­łem wszyst­kie swe na­dzie­je. Był hoj­ny aż do prze­sa­dy i ko­chał mnie jak swe­go syna.

Wró­ci­łem więc z Po­rban­da­ru do Radź­ko­tu i opo­wie­dzia­łem o wszyst­kim, co mia­ło miej­sce. Za­py­ta­łem o radę jo­szi­dźie­go, któ­ry są­dził na­wet, że mogę za­cią­gnąć na ten cel po­życz­kę. Za­pro­po­no­wa­łem za­sta­wie­nie kosz­tow­no­ści mo­jej żony, za co da­ło­by się otrzy­mać od dwóch do trzech ty­się­cy ru­pii. Brat rów­nież obie­cał po­sta­rać się o pie­nią­dze.

Mat­ka wciąż jesz­cze była prze­ciw­na memu wy­jaz­do­wi. Za­czę­ła gro­ma­dzić szcze­gó­ło­we in­for­ma­cje: ktoś po­wie­dział jej, że mło­dzież wy­ko­le­ja się w An­glii, inny - że przy­zwy­cza­ja się do spo­ży­wa­nia mię­sa, jesz­cze ktoś opo­wie­dział, ja­ko­by ta mło­dzież nie mo­gła żyć bez al­ko­ho­lu.

- I cóż ty na to? - za­py­ty­wa­ła mnie mat­ka.

Na co od­po­wia­da­łem:

- Nie masz, mat­ko, do mnie za­ufa­nia? Nie będę cię okła­my­wał, przy­się­gam je­dy­nie, że nie do­tknę żad­nej z tych rze­czy. Czy jo­szi­dźi po­zwo­lił­by mi wy­je­chać, gdy­by ist­nia­ło po­dob­ne nie­bez­pie­czeń­stwo?

- Mam do cie­bie za­ufa­nie... - mó­wi­ła mat­ka - ale jak ci za­ufać, sko­ro bę­dziesz tak da­le­ko? Je­stem w roz­ter­ce i nie wiem, co czy­nić. Za­się­gnę rady u swa­mie­go Be­ha­dźie­go.

Swa­mi Be­ha­dźi, z po­cho­dze­nia modh ba­nia53, zo­stał za­kon­ni­kiem dżi­ni­stów. Był, po­dob­nie jak jo­szi­dźi, do­rad­cą na­szej ro­dzi­ny i przy­szedł mi z po­mo­cą, oświad­cza­jąc: "Każę mu zło­żyć trzy uro­czy­ste ślu­bo­wa­nia i wte­dy moż­na bę­dzie po­zwo­lić, by wy­je­chał".

Zor­ga­ni­zo­wał więc uro­czy­ste zło­że­nie prze­ze mnie trzech przy­siąg: nie pić wina, nie jeść mię­sa, nie ob­co­wać z ko­bie­ta­mi.

Po zło­że­niu przy­rze­czeń mat­ka udzie­li­ła mi ze­zwo­le­nia na wy­jazd. Li­ceum urzą­dzi­ło na moją cześć po­że­gnal­ny wie­czór. Wy­jazd mło­de­go czło­wie­ka z Radź­ko­tu do An­glii był bądź co bądź nie­zwy­kłym wy­da­rze­niem. Na­pi­sa­łem kil­ka słów po­dzię­ko­wa­nia, z tru­dem jed­nak po­tra­fi­łem je wy­ją­kać. Pa­mię­tam, jak krę­ci­ło mi się w gło­wie i jak cały dy­go­ta­łem, kie­dy wsta­łem, by je wy­gło­sić.

Po­bło­go­sła­wio­ny na dro­gę przez wszyst­kich star­szych człon­ków ro­dzi­ny, wy­je­cha­łem do Bom­ba­ju. Była to moja pierw­sza po­dróż z Radź­ko­tu do Bom­ba­ju. Mój brat mi to­wa­rzy­szył. Nie wszyst­ko jed­nak po­szło gład­ko. W Bom­ba­ju spo­tka­ły nas pew­ne trud­no­ści.

XIII. NARESZCIE W LONDYNIE

a stat­ku wca­le nie prze­cho­dzi­łem mor­skiej cho­ro­by, jed­nak po pierw­szym dniu po­dró­ży ogar­nął mnie ja­kiś nie­po­kój. By­łem tak nie­śmia­ły, że nie mia­łem od­wa­gi prze­mó­wić na­wet do służ­by okrę­to­wej. By­łem zresz­tą zu­peł­nie nie­przy­zwy­cza­jo­ny do roz­ma­wia­nia po an­giel­sku, a oprócz owe­go praw­ni­ka, Ma­zmu­da­ra, wszy­scy po­zo­sta­li pa­sa­że­ro­wie w dru­giej kla­sie byli An­gli­ka­mi. Nie po­tra­fi­łem pro­wa­dzić z nimi roz­mów, gdyż czę­sto nie ro­zu­mia­łem słów, któ­ry­mi się do mnie zwra­ca­li, a nie­kie­dy na­wet ro­zu­mie­jąc, nie umia­łem na nie od­po­wie­dzieć. Każ­de bo­wiem zda­nie mu­sia­łem przed wy­po­wie­dze­niem dłu­go tłu­ma­czyć w my­ślach. Nie umia­łem się po­słu­gi­wać no­żem ani wi­del­cem, nie śmia­łem się za­py­tać, któ­re z po­da­wa­nych dań za­wie­ra mię­so, i dla­te­go nig­dy nie ja­dłem przy wspól­nym sto­le, lecz w swo­jej ka­bi­nie, przy czym moje po­sił­ki skła­da­ły się prze­waż­nie ze sło­dy­czy i owo­ców, któ­re za­bra­łem ze sobą.

Na­to­miast Ma­zmu­dar nie miał żad­nych trud­no­ści i ob­co­wał ze wszyst­ki­mi na stat­ku. Spa­ce­ro­wał swo­bod­nie po po­kła­dzie, pod­czas gdy ja cały dzień sie­dzia­łem ukry­ty w ka­bi­nie i wy­cho­dzi­łem je­dy­nie wte­dy, gdy na po­kła­dzie było mało lu­dzi. Ma­zmu­dar wciąż mnie za­chę­cał, bym za­warł zna­jo­mo­ści z in­ny­mi pa­sa­że­ra­mi i bez skrę­po­wa­nia z nimi roz­ma­wiał. Mó­wił przy tym, że ad­wo­kat po­wi­nien mieć "dłu­gi ję­zyk", i opo­wia­dał mi o swo­ich praw­ni­czych do­świad­cze­niach. Ra­dził mi rów­nież, bym ko­rzy­stał z każ­dej nada­rza­ją­cej się spo­sob­no­ści i roz­ma­wiał po an­giel­sku, nie oba­wia­jąc się po­peł­nie­nia błę­dów, co jest nie­unik­nio­ne przy po­słu­gi­wa­niu się ob­cym ję­zy­kiem. Jed­nak nic nie mo­gło prze­ła­mać mo­jej nie­śmia­ło­ści.

Pe­wien pa­sa­żer An­glik, zwra­ca­jąc się do mnie bar­dzo uprzej­mie, wcią­gnął mnie w roz­mo­wę. Był star­szy ode mnie. Py­tał mnie, co jem, kim je­stem, do­kąd się uda­ję, cze­mu je­stem taki nie­śmia­ły i tak da­lej. Na­ma­wiał mnie rów­nież, bym ja­dał przy ogól­nym sto­le. Śmiał się przy tym z mo­je­go upo­ru nie­ja­da­nia mię­sa i kie­dy by­li­śmy jesz­cze na Mo­rzu Czer­wo­nym, w nad wy­raz życz­li­wy spo­sób po­wie­dział:

- To wszyst­ko jest bar­dzo słusz­ne, ale bę­dzie pan mu­siał zmie­nić swój po­gląd, gdy znaj­dzie­my się w Za­to­ce Bi­skaj­skiej. W An­glii jest tak zim­ny kli­mat, że nie­po­dob­na tam miesz­kać, nie je­dząc mię­sa.

- A ja sły­sza­łem, że lu­dzie żyją tam, oby­wa­jąc się bez je­dze­nia mię­sa - od­par­łem.

- Za­pew­niam pana, że to nie­praw­da! O ile mi wia­do­mo, w An­glii każ­dy musi jeść mię­so. Prze­cież nie na­ma­wiam pana do pi­cia moc­nych trun­ków, po­mi­mo że sam to ro­bię. Zda­je mi się jed­nak, że po­wi­nien pan ja­dać mię­sne po­tra­wy, bo trud­no bę­dzie panu wy­żyć w An­glii bez tego.

- Dzię­ku­ję panu za te życz­li­we rady - od­po­wie­dzia­łem - ale przy­rze­kłem mat­ce, że nie będę ja­dał mię­sa. Gdy­by się oka­za­ło, że nie spo­sób obejść się bez tego, go­tów je­stem ra­czej po­wró­cić do In­dii, ani­że­li zo­stać i zła­mać moje przy­rze­cze­nie.

Wpły­nę­li­śmy do Za­to­ki Bi­skaj­skiej, ale nie od­czu­wa­łem ja­kiej­kol­wiek po­trze­by je­dze­nia mię­sa ani pi­cia moc­nych trun­ków. Po­ra­dzo­no mi, abym ze­brał parę za­świad­czeń stwier­dza­ją­cych, iż po­wstrzy­ma­łem się na stat­ku od spo­ży­wa­nia mię­sa. Zwró­ci­łem się więc do tego życz­li­wie dla mnie uspo­so­bio­ne­go An­gli­ka, by ze­chciał mi je na­pi­sać. Chęt­nie mi je dał, a ja przez pe­wien czas prze­cho­wy­wa­łem je skrzęt­nie jak coś bar­dzo cen­ne­go. Kie­dy jed­nak prze­ko­na­łem się póź­niej, że moż­na otrzy­mać ta­kie po­świad­cze­nie, po­mi­mo że się jada mię­so, ów pa­pie­rek stra­cił dla mnie wszel­ką war­tość. Je­że­li moje sło­wo nie za­słu­gi­wa­ło na za­ufa­nie, ja­kąż war­tość mo­gło przed­sta­wiać po­sia­da­nie po­dob­ne­go za­świad­cze­nia?

Do So­uthamp­ton przy­by­li­śmy, o ile so­bie przy­po­mi­nam, w so­bo­tę. Na stat­ku by­łem ubra­ny w czar­ne ubra­nie, a bia­łe weł­nia­ne, ku­pio­ne dla mnie przez mego przy­ja­cie­la, le­ża­ło scho­wa­ne w ka­bi­nie, przy­go­to­wa­ne do wło­że­nia w chwi­li, kie­dy bę­dzie­my lą­do­wa­li. Są­dzi­łem, że bia­ły strój bar­dziej się na­da­je w ta­kiej chwi­li, i dla­te­go się prze­bra­łem. Były to ostat­nie dni wrze­śnia. Wkrót­ce spo­strze­głem, że je­stem je­dy­ną oso­bą ubra­ną na bia­ło. Swój ba­gaż od­da­łem do dal­sze­go wy­sła­nia fir­mie Grin­dlay and Co, wi­dząc, że inni ro­bią to samo.

By­łem w po­sia­da­niu czte­rech po­le­ca­ją­cych li­stów: do dok­to­ra PJ. Meh­ty, do Dal­pa­tra­ma Shu­kli, do księ­cia Ran­dżit­sinh­dźie­go i do Da­da­bhai Na­oro­dźie-go. W Lon­dy­nie ktoś na stat­ku po­ra­dził mi za­trzy­mać się w ho­te­lu Vic­to­ria. Ma­zmu­dar i ja uda­li­śmy się tam. By­łem ogrom­nie za­że­no­wa­ny tym, że je­stem je­dy­ną oso­bą ubra­ną w bia­łe ubra­nie. Po przy­by­ciu do ho­te­lu do­wie­dzia­łem się, że moje rze­czy na­dej­dą do­pie­ro po­ju­trze, gdyż na­stęp­ne­go dnia była nie­dzie­la. By­łem zroz­pa­czo­ny.

Dok­tor Meh­ta, do któ­re­go wy­sła­łem te­le­gram z So­uthamp­ton, zja­wił się tego sa­me­go dnia o ósmej wie­czo­rem. Po­wi­tał mnie ser­decz­nie, uśmie­cha­jąc się na wi­dok mo­je­go bia­łe­go ubra­nia. Roz­ma­wia­jąc z nim, od cza­su do cza­su do­ty­ka­łem ręką jego cy­lin­dra, głasz­cząc jego błysz­czą­cą po­wierzch­nię, ro­bi­łem to jed­nak w nie­wła­ści­wym kie­run­ku i zwi­chrzy­łem jego gład­kość.

Dok­tor Meh­ta z nie­za­do­wo­le­niem spoj­rzał na mnie i ode­brał z mo­ich rąk cy­lin­der, ale wy­rzą­dzo­nej mu przy­kro­ści nie dało się już za­trzeć. To wy­da­rze­nie sta­ło się dla mnie prze­stro­gą na przy­szłość. Była to pierw­sza udzie­lo­na mi lek­cja za­cho­wy­wa­nia się po eu­ro­pej­sku, cho­ciaż dok­tor Meh­ta po­trak­to­wał ją dość hu­mo­ry­stycz­nie. "Nie na­le­ży do­ty­kać cu­dzych rze­czy - po­wie­dział mi wte­dy. - Nie na­le­ży za­da­wać py­tań, jak to przy­wy­kli­śmy czy­nić w In­diach od pierw­szej chwi­li za­war­cia zna­jo­mo­ści, nie na­le­ży mó­wić zbyt gło­śno, nie po­win­no się zwra­cać do oso­by, z któ­rą się roz­ma­wia, mó­wiąc wciąż "sir", jak to jest w zwy­cza­ju w In­diach. Je­dy­nie służ­ba i pod­wład­ni uży­wa­ją tu­taj po­tocz­nie tego zwro­tu". Ta­kich oto i temu po­dob­nych rad udzie­lał mi dok­tor Meh­ta.

Po­wie­dział mi rów­nież, iż miesz­ka­nie w ho­te­lu jest bar­dzo kosz­tow­ne, i po­ra­dził, bym za­miesz­kał przy ro­dzi­nie. Odło­ży­li­śmy za­ła­twie­nie tego do po­nie­dział­ku.

Za­rów­no Ma­zmu­dar, jak i ja do­szli­śmy do prze­ko­na­nia, że nie ma sen­su miesz­kać w ho­te­lu, co zresz­tą sta­no­wi­ło duży wy­da­tek. Na stat­ku ra­zem z nami pły­nął pe­wien po­dróż­ny z Mal­ty, hin­dus z pro­win­cji Sindh, któ­ry za­przy­jaź­nił się z Ma­zmu­da­rem. Znał do­brze Lon­dyn i za­pro­po­no­wał nam zna­le­zie­nie od­po­wied­nich dla nas po­ko­jów. Chęt­nie się zgo­dzi­li­śmy i w po­nie­dzia­łek, za­raz po na­dej­ściu na­szych ba­ga­ży, za­pła­ci­li­śmy ra­chu­nek w ho­te­lu i prze­nie­śli­śmy się do po­ko­jów zna­le­zio­nych dla nas przez owe­go przy­ja­cie­la z Sin­dhu.

Przy­po­mi­nam so­bie, że mój ra­chu­nek wy­niósł trzy fun­ty, co mnie po pro­stu prze­ra­zi­ło. Mimo tak wy­gó­ro­wa­ne­go ra­chun­ku w ho­te­lu by­łem cią­gle głod­ny. Nic mi nie sma­ko­wa­ło. Od­sy­ła­łem jed­ną po­tra­wę, za­ma­wia­łem dru­gą, ale pła­cić mu­sia­łem za oby­dwie. Ży­wi­łem się cały czas tym, co za­bra­łem z Bom­ba­ju.

W no­wym miesz­ka­niu nie czu­łem się zbyt do­brze. Nie prze­sta­wa­łem my­śleć o swo­im domu, o swo­im kra­ju. Pa­mięć o mat­czy­nej mi­ło­ści nie od­stę­po­wa­ła mnie na chwi­lę. W nocy łzy spły­wa­ły mi po po­licz­kach, a wspo­mnie­nia ro­dzin­ne­go domu od­bie­ra­ły mi sen. Nie mia­łem ni­ko­go, z kim mógł­bym po­dzie­lić się tra­pią­cym mnie bó­lem. Zresz­tą, gdy­bym na­wet miał, co by mi z tego przy­szło? Wie­dzia­łem, że nikt nie jest w sta­nie mi po­móc.

Wszyst­ko do­ko­ła było mi obce: lu­dzie, ich tryb ży­cia, na­wet ich miesz­ka­nia. By­łem zu­peł­nym no­wi­cju­szem w spra­wach prze­strze­ga­nia an­giel­skiej ety­kie­ty i mu­sia­łem się mieć wciąż na bacz­no­ści.

Moje we­ge­ta­riań­skie ślu­by po­więk­sza­ły wszyst­kie te trud­no­ści. Po­tra­wy, któ­re wol­no mi było jeść, były nie­smacz­ne. Zna­la­złem się więc po­mię­dzy Scyl­lą a Cha­ryb­dą. An­glii nie zno­si­łem, ale o po­wro­cie nie było na­wet mowy. We­wnętrz­ny głos pod­po­wie­dział mi: "Sko­ro już tu je­steś, mu­sisz po­zo­stać trzy lata".

IX. ŚMIERĆ OJCA I MOJA PODWÓJNA HAŃBA

zasy, o któ­rych będę te­raz opo­wia­dał, do­ty­czą szes­na­ste­go roku mego ży­cia. Mój oj­ciec, jak już o tym była mowa, nie opusz­czał łóż­ka, cho­ru­jąc na wrzo­dy. Moja mat­ka, na­sza sta­ra słu­żą­ca i ja ob­słu­gi­wa­li­śmy cho­re­go. Do mnie na­le­ża­ły czyn­no­ści pie­lę­gniar­ki, po­le­ga­ją­ce prze­waż­nie na zmia­nie opa­trun­ków, da­wa­niu le­karstw, a tak­że przy­rzą­dza­niu ich, o ile to się dało zro­bić w domu. Co noc ma­so­wa­łem mu nogi i od­cho­dzi­łem tyl­ko wte­dy, kie­dy oj­ciec ka­zał mi odejść lub kie­dy za­snął. Lu­bi­łem speł­niać te czyn­no­ści i nie przy­po­mi­nam so­bie, bym kie­dy­kol­wiek wy­ko­ny­wał je nie­dba­le. Cały wol­ny czas, ja­kim roz­po­rzą­dza­łem po speł­nie­niu co­dzien­nych obo­wiąz­ków, był po­dzie­lo­ny po­mię­dzy szko­łę i pie­lę­gno­wa­nie ojca. Wy­cho­dzi­łem z domu tyl­ko dla od­by­cia wie­czor­nej prze­chadz­ki lub wte­dy, gdy oj­ciec czuł się le­piej.

W tym też cza­sie moja żona spo­dzie­wa­ła się dziec­ka. Był to po­wód, jak to so­bie dziś do­pie­ro uprzy­tam­niam, bym się czuł po­dwój­nie za­wsty­dzo­ny: po pierw­sze - nie po­tra­fi­łem, jak na­le­ża­ło, za­pa­no­wać nad sobą (by­łem jesz­cze uczniem li­ceum), a po dru­gie - moja zmy­sło­wość bra­ła górę nad mo­imi in­ny­mi obo­wiąz­ka­mi, a więc rów­nież nad na­uką, i - co uwa­ża­łem za swój naj­święt­szy obo­wią­zek - nad mi­ło­ścią dla ro­dzi­ców, a prze­cież moim ide­ałem od wcze­sne­go dzie­ciń­stwa było po­świę­ce­nie Śra­wa­ny. Każ­de­go wie­czo­ru, kie­dy moje ręce były za­ję­te ma­so­wa­niem oj­cow­skich nóg, moje my­śli krą­ży­ły do­ko­ła sy­pial­ni, przy tym dzia­ło się to w cza­sie, kie­dy za­rów­no re­li­gia, jak i wie­dza le­kar­ska oraz zdro­wy roz­są­dek za­bra­nia­ją utrzy­my­wa­nia sto­sun­ków z żoną. Czu­łem się za­zwy­czaj nad wy­raz szczę­śli­wy, gdy po zwol­nie­niu się od swych obo­wiąz­ków i ob­słu­że­niu ojca mo­głem po­biec wprost do na­szej sy­pial­ni.

Stan zdro­wia ojca po­gar­szał się z dnia na dzień. Le­ka­rze po­słu­gu­ją­cy się me­to­da­mi ajur­we­dy36 wy­pró­bo­wa­li już wszyst­kie swo­je na­cie­ra­nia, le­ka­rze ha­kim37 - swe pla­stry, a miej­sco­wi zna­cho­rzy - swe "za­ma­wia­nia". Pe­wien chi­rurg, An­glik, rów­nież udzie­lił swej po­ra­dy, przy czym jako je­dy­ne wyj­ście za­le­cał ope­ra­cję. Nasz do­mo­wy le­karz sprze­ci­wił się jed­nak temu, twier­dząc, że ope­ra­cja w tak po­de­szłym wie­ku nie jest wska­za­na. Ów le­karz znał się na rze­czy i cie­szył się dużą po­pu­lar­no­ścią, to­też jego zda­nie prze­wa­ży­ło. Za­nie­cha­no ope­ra­cji i za­czę­to sto­so­wać nie­zli­czo­ną licz­bę róż­nych le­ków. Wy­da­je mi się, że gdy­by ów le­karz ze­zwo­lił na ope­ra­cję, rana za­le­czy­ła­by się ła­twiej. W koń­cu zgo­dzo­no się na nią, miał ją wy­ko­nać pe­wien bar­dzo zna­ny chi­rurg w Bom­ba­ju38. Ale Bóg chciał in­a­czej. Gdy śmierć jest nie­unik­nio­na, któż my­śli o naj­wła­ściw­szym le­kar­stwie? Oj­ciec po­wró­cił z Bom­ba­ju, przy­wo­żąc ze sobą całą ap­te­kę, któ­ra w obec­nym sta­dium cho­ro­by była już bez­u­ży­tecz­na. Nie było na­dziei utrzy­ma­nia go przy ży­ciu. Oj­ciec był co­raz słab­szy, aż wresz­cie do­szło do tego, że le­ka­rze za­le­ci­li mu za­ła­twia­nie wszyst­kich nie­zbęd­nych czyn­no­ści w łóż­ku, ale oj­ciec do ostat­niej chwi­li nie zga­dzał się na to i wo­lał po­ko­ny­wać ogrom­ne trud­no­ści po­łą­czo­ne z opusz­cza­niem łóż­ka. Re­gu­ły obo­wią­zu­ją­ce wy­znaw­ców Wisz­nu i na­ka­zu­ją­ce prze­strze­ga­nie schlud­no­ści są nie­złom­ne.

Nie ule­ga wąt­pli­wo­ści, że po­dob­na schlud­ność jest nie­zbęd­na, jed­nak wie­dza le­kar­ska Za­cho­du po­ucza, iż wszyst­kie czyn­no­ści - na­wet ką­piel - mogą być wy­ko­ny­wa­ne w łóż­ku, bez na­ra­ża­nia cho­re­go na ja­kie­kol­wiek nie­wy­go­dy, przy czym łóż­ko pa­cjen­ta może po­zo­stać nie­ska­zi­tel­nie czy­ste. Uwa­żam tego ro­dza­ju schlud­ność za zgod­ną z kul­tem wisz­nu­ic­kim, a upór ojca opusz­cza­ją­ce­go łóż­ko bu­dził we mnie je­dy­nie po­dziw dla nie­go.

Na­de­szła wresz­cie owa strasz­li­wa noc. Mój stryj przy­je­chał wte­dy do Radź­ko­tu, przy­pusz­czam, że przy­był po otrzy­ma­niu wia­do­mo­ści o tym, że stan zdro­wia mego ojca się po­gor­szył. Bra­cia byli do sie­bie ogrom­nie przy­wią­za­ni. Stryj po­tra­fił cały dzień prze­sie­dzieć przy łóż­ku mego ojca i po ode­sła­niu nas na spo­czy­nek upie­rał się, że zo­sta­nie przy nim przez całą noc. Nikt nie przy­pusz­czał, by ta wła­śnie noc mia­ła być fa­tal­na, acz­kol­wiek nie­bez­pie­czeń­stwo nie prze­mi­nę­ło.

Była go­dzi­na dzie­sią­ta i pół w nocy lub może je­de­na­sta. Stryj po­wie­dział, że go­tów jest mnie zlu­zo­wać. By­łem z tego bar­dzo za­do­wo­lo­ny i uda­łem się wprost do na­szej mał­żeń­skiej sy­pial­ni. Moja żona, to bie­dac­two, już pra­wie spa­ła, ale czy mo­gła spać spo­koj­nie, kie­dy ja wró­ci­łem? Obu­dzi­łem ją. Po paru za­le­d­wie mi­nu­tach słu­żą­cy za­pu­kał do drzwi. "Wstań czym prę­dzej - mó­wił - oj­ciec jest bar­dzo cho­ry!" Wie­dzia­łem, że oj­ciec jest cho­ry, ale do­my­śli­łem się, co te sło­wa "bar­dzo cho­ry" ozna­cza­ją w obec­nej chwi­li! Wy­sko­czy­łem z łóż­ka.

- Co się sta­ło? Po­wiedz mi!

- Oj­ciec nie żyje...

A więc już było po wszyst­kim! Po­zo­sta­ło mi je­dy­nie za­ła­mać ręce. Było mi strasz­li­wie wstyd, czu­łem się okrop­nie. Po­bie­głem do po­ko­ju ojca. Uprzy­tom­ni­łem so­bie, że gdy­by mnie nie ośle­pi­ła moja zwie­rzę­ca po­żą­dli­wość, unik­nął­bym tor­tur, na ja­kie mnie ska­zy­wa­ło su­mie­nie za to, że opu­ści­łem ojca pod­czas ostat­nich chwil jego ży­cia. Po­wi­nie­nem był zo­stać przy nim, ma­so­wać go, a umarł­by na mo­ich rę­kach. Ten przy­wi­lej przy­padł w udzia­le mo­je­mu stry­jo­wi. Co praw­da był tak bar­dzo przy­wią­za­ny do swe­go star­sze­go bra­ta, że za­słu­żył na za­szczyt od­da­nia mu ostat­niej po­słu­gi. Oj­ciec prze­czu­wał zbli­ża­ją­cą się śmierć. Ka­zał so­bie po­dać pa­pier i pió­ro i na­kre­ślił te oto sło­wa: "Przy­go­tuj­cie ostat­nie po­słu­gi". Na­stęp­nie zdjął amu­let z ręki, a tak­że zło­tą bran­so­le­tę z pa­cior­ka­mi i po­ło­żył je obok sie­bie. Chwi­lę póź­niej nie żył.

Uczu­cie hań­by, o któ­rym mó­wi­łem wy­żej, było na­stęp­stwem po­żą­dli­wo­ści, któ­rej po­zwo­li­łem za­pa­no­wać nad sobą w chwi­li, kie­dy po­wi­nie­nem był nie­ustan­nie czu­wać przy moim ojcu. Była to pla­ma na moim su­mie­niu, któ­rej nig­dy nie zdo­ła­łem zmyć. Za­wsze są­dzi­łem, że moja mi­łość dla ro­dzi­ców nie ma gra­nic i że go­tów je­stem w imię tej mi­ło­ści uczy­nić wszyst­ko, a tym­cza­sem to uczu­cie nie wy­trzy­ma­ło pró­by, kie­dy moje my­śli w owej fa­tal­nej chwi­li zna­la­zły się w mocy mo­ich zmy­słów.

Uwa­ża­łem sie­bie za­wsze za wier­ne­go, choć opa­no­wa­ne­go przez zmy­sły mał­żon­ka. Upły­nę­ło nie­ma­ło cza­su, za­nim zdo­ła­łem uwol­nić się z kaj­dan, ja­kie one na mnie na­kła­da­ły. Mu­sia­łem do­cho­wać wier­no­ści wie­lu ślu­bo­wa­niom, żeby za­pa­no­wać nad zmy­sła­mi (na­mięt­no­ścia­mi), aż je w so­bie prze­mo­głem.

Za­nim skoń­czę ten roz­dział, w któ­rym jest mowa o tym, jak dwu­krot­nie okry­łem się hań­bą, chcę jesz­cze wspo­mnieć, że bied­ne ma­leń­stwo, któ­re wkrót­ce po­tem wy­da­ła na świat moja żona, żyło nie dłu­żej niż trzy lub czte­ry dni. Czyż moż­na było się spo­dzie­wać cze­goś in­ne­go? Niech ten przy­kład bę­dzie prze­stro­gą dla wszyst­kich mał­żeństw.

XIV. MÓJ WYBÓR

oktor Meh­ta przy­szedł w po­nie­dzia­łek do ho­te­lu Vic­to­ria, li­cząc na to, że mnie jesz­cze za­sta­nie. Do­wie­dział się, że się wy­pro­wa­dzi­li­śmy, otrzy­mał nasz nowy ad­res i od­wie­dził nas w no­wym miej­scu za­miesz­ka­nia. Przez zwy­kłą głu­po­tę pod­czas po­dró­ży na­ba­wi­łem się li­sza­ja na skó­rze. Do my­cia i ką­pie­li uży­wa­no na stat­ku mor­skiej wody, w któ­rej my­dło się nie roz­pusz­cza. Ja jed­nak uży­wa­łem my­dła, uwa­ża­jąc to za do­wód pew­nej cy­wi­li­za­cji - re­zul­tat był ten, że za­miast umyć skó­rę, prze­tłusz­cza­łem ją - no i po­ro­bi­ły mi się na niej li­sza­je. Po­ka­za­łem je dok­to­ro­wi Meh­cie, któ­ry za­le­cił mi sto­so­wa­nie kwa­sku octo­we­go. Pa­mię­tam, że mi to spra­wia­ło ogrom­ny ból.

Dok­tor Meh­ta obej­rzał mój po­ko­ik oraz wa­run­ki, w któ­rych mia­łem za­miesz­kać, po czym po­trzą­snął gło­wą, wy­ra­ża­jąc swe nie­za­do­wo­le­nie. "To się nie na­da­je dla cie­bie, mój przy­ja­cie­lu - po­wie­dział. - Przy­jeż­dża­my do An­glii nie tyl­ko dla od­by­cia stu­diów, lecz rów­nież, by przyj­rzeć się an­giel­skie­mu ży­ciu i zwy­cza­jom. By to osią­gnąć, trze­ba za­miesz­kać przy ja­kiejś an­giel­skiej ro­dzi­nie, za­nim jed­nak to się sta­nie, są­dzę, że przy­da się pe­wien nie­dłu­gi okres wstęp­nej na­uki i w tym celu za­bie­ram cię do sie­bie".

Z wiel­ką wdzięcz­no­ścią przy­ją­łem tę pro­po­zy­cję i prze­pro­wa­dzi­łem się do domu, w któ­rym miesz­kał mój przy­ja­ciel. Był on uoso­bie­niem do­bro­ci i tro­skli­wo­ści. Trak­to­wał mnie jak wła­sne­go bra­ta, za­po­znał z an­giel­skim try­bem ży­cia, uczył mnie tu­tej­szych zwy­cza­jów i stop­nio­wo przy­zwy­cza­jał do po­słu­gi­wa­nia się w roz­mo­wie ję­zy­kiem an­giel­skim.

Nie­ste­ty, spra­wa mo­je­go od­ży­wia­nia wciąż na­strę­cza­ła znacz­ne trud­no­ści. Wy­go­to­wa­ne w wo­dzie ja­rzy­ny, bez soli i przy­praw, nie mo­gły mi sma­ko­wać. Go­spo­dy­ni gu­bi­ła się w do­my­słach, czym mnie kar­mić. Na śnia­da­nie do­sta­wa­łem płat­ki owsia­ne, co było wy­star­cza­ją­ce, na­to­miast od obia­dów i ko­la­cji wsta­wa­łem głod­ny. Mój przy­ja­ciel na­ma­wiał mnie bez prze­rwy do je­dze­nia mię­sa, ale ja sta­le od­ma­wia­łem, po­wo­łu­jąc się na zło­żo­ne prze­ze mnie ślu­bo­wa­nie, po czym prze­ry­wa­łem roz­mo­wę na ten te­mat.

Na obiad i na ko­la­cję do­sta­wa­łem szpi­nak, chleb i dżem. Mia­łem zdro­wy żo­łą­dek i do­bry ape­tyt - po­tra­fi­łem dużo zjeść. Cóż, kie­dy wsty­dzi­łem się po­pro­sić o wię­cej niż dwie krom­ki chle­ba, uwa­ża­jąc, że to "nie wy­pa­da". Mu­szę jesz­cze do­dać, że ani do obia­du, ani do ko­la­cji nie po­da­wa­no mle­ka. Pew­ne­go razu mój przy­ja­ciel, obu­rzo­ny na mnie, wręcz mi po­wie­dział: "Gdy­byś był moim bra­tem, ka­zał­bym ci spa­ko­wać ma­nat­ki! Jaką war­tość ma ślu­bo­wa­nie zło­żo­ne mat­ce anal­fa­bet­ce, któ­ra nie ma po­ję­cia o tu­tej­szych wa­run­kach ży­cia? Nie są to, moim zda­niem, żad­ne ślu­bo­wa­nia i nie mają one żad­nej mocy! Upie­ra­nie się przy po­dob­nym przy­rze­cze­niu jest po pro­stu prze­są­dem. Chcę ci po­wie­dzieć, mój przy­ja­cie­lu, że upór nie po­mo­że ci w osią­gnię­ciu cze­go­kol­wiek tu­taj. Przy­zna­łeś mi się, że ja­dłeś mię­so i że ci ono sma­ko­wa­ło. Ro­bi­łeś to wte­dy, kie­dy nie za­cho­dzi­ła żad­na po­trze­ba, a nie chcesz się zgo­dzić te­raz, gdy to jest wręcz nie­zbęd­ne. Wsty­dził­byś się!".

By­łem jed­nak nie­prze­jed­na­ny. Nie było dnia, aby mój przy­ja­ciel nie sprze­czał się ze mną, spo­ty­kał się jed­nak z nie­zmien­ną od­mo­wą z mo­jej stro­ny. Im bar­dziej na­le­gał - tym bar­dziej ob­sta­wa­łem przy swo­im. Co­dzien­nie pro­si­łem Boga o po­moc, a On mi jej udzie­lał. Nie wy­ni­ka jed­nak z tego, bym miał ja­kieś okre­ślo­ne wy­obra­że­nie o Bogu, była to ra­czej wia­ra, któ­rą kie­dyś po­sia­ła w mej du­szy za­cna pia­stun­ka Ram­bha.

Pew­ne­go dnia mój przy­ja­ciel za­czął mi czy­tać Teo­rię uży­tecz­no­ści Ben­tha­ma. Nie by­łem w sta­nie tego zro­zu­mieć, ję­zyk był dla mnie za trud­ny. Wte­dy mój przy­ja­ciel za­brał się do wy­ja­śnia­nia mi wszyst­kie­go, na co rze­kłem do nie­go: "Wy­bacz mi, ale wszyst­kie te za­wi­łe spra­wy są dla mnie nie­zro­zu­mia­łe. Zga­dzam się z tym, że na­le­ży spo­ży­wać mię­so, ale nie mogę zła­mać przy­rze­cze­nia. Nie mogę rów­nież pro­wa­dzić spo­rów na ten te­mat, gdyż wiem, że nie po­tra­fię ci do­rów­nać w do­bo­rze ar­gu­men­tów. Daj mi więc spo­kój i uwa­żaj mnie za głup­ca lub upar­te­go. Bar­dzo ce­nię twą mi­łość do mnie i wiem, że je­steś mi jak naj­bar­dziej życz­li­wy, ale nic na to nie po­ra­dzę. Ślu­bo­wa­łem - i nie mogę zła­mać swe­go przy­rze­cze­nia!".

Mój przy­ja­ciel ze zdzi­wie­niem na mnie spoj­rzał. Za­mknął książ­kę i po­wie­dział: "Do­brze. Wię­cej nie będę się z tobą sprze­czał!".

By­łem bar­dzo ura­do­wa­ny. Istot­nie, mój przy­ja­ciel nig­dy nie po­ru­szał już tego te­ma­tu, ale nie prze­sta­wał się o mnie mar­twić. Sam pa­lił i pił moc­ne trun­ki, ale nig­dy mnie nie na­ma­wiał do ro­bie­nia tego sa­me­go. Prze­ciw­nie, na­wet za­le­cał mi, bym nie przy­zwy­cza­ił się ani do jed­ne­go, ani do dru­gie­go. Oba­wiał się je­dy­nie, że nie je­dząc mię­sa, opad­nę z sił i będę się źle czuł w An­glii.

W ten oto spo­sób od­by­łem u nie­go mie­sięcz­ny okres "na­uki". Mój przy­ja­ciel miesz­kał w Rich­mond i do Lon­dy­nu moż­na było przy­jeż­dżać naj­wy­żej raz lub dwa razy w ty­go­dniu.

Dok­tor Meh­ta i Dal­pa­tram Shu­kla po­sta­no­wi­li wów­czas, że po­wi­nie­nem za­miesz­kać przy ja­kiejś ro­dzi­nie. Shu­kla zna­lazł an­giel­sko-hin­du­ski pen­sjo­nat w dziel­ni­cy West Ken­sing­ton i umie­ścił mnie tam. Wła­ści­ciel­ka była wdo­wą, po­wie­dzia­łem jej o moim przy­rze­cze­niu. Star­sza pani obie­ca­ła, że się mną za­opie­ku­je - za­miesz­ka­łem więc w jej domu.

Tu rów­nież cier­pia­łem głód. Na­pi­sa­łem do domu, by mi przy­sła­no sło­dy­cze oraz inną żyw­ność, ale na ra­zie nic jesz­cze nie do­sta­łem. Nic mi nie sma­ko­wa­ło. Go­spo­dy­ni co­dzien­nie za­da­wa­ła mi py­ta­nie, czy je­dze­nie mi sma­ku­je, ale cóż mia­ła po­cząć? By­łem jak przed­tem nie­śmia­ły i nie mia­łem od­wa­gi po­pro­sić o wię­cej niż to, co sta­wia­no przede mną. Wła­ści­ciel­ka mia­ła dwie cór­ki. Upie­ra­ły się, bym zjadł jesz­cze jed­ną lub dwie krom­ki chle­ba... Czy mo­gły wie­dzieć, że cały bo­che­nek z tru­dem za­spo­ko­ił­by wte­dy mój ape­tyt?...

Za­czą­łem so­bie jed­nak ja­koś da­wać radę. Nie roz­po­czą­łem jesz­cze sys­te­ma­tycz­nych stu­diów, na­to­miast dzię­ki Shu­kli przy­zwy­cza­iłem się czy­tać co­dzien­ne pi­sma. W In­diach nig­dy nie czy­ta­łem ga­zet. Tu na­bra­łem ogrom­ne­go upodo­ba­nia do nich i czy­ty­wa­łem je re­gu­lar­nie. Moją lek­tu­rę sta­no­wi­ły "Da­ily News", "The Da­ily Te­le­graph" i "The Pall Mall Ga­zet­te". Za­bie­ra­ło mi to dzien­nie pra­wie go­dzi­nę.

Na­stęp­nie za­czą­łem spa­ce­ro­wać po Lon­dy­nie. Wła­ści­wie cho­dzi­łem, po­szu­ku­jąc ja­kiejś re­stau­ra­cji dla we­ge­ta­rian. Moja go­spo­dy­ni mó­wi­ła mi, że po­dob­no w cen­tral­nych dziel­ni­cach jest parę ta­kich ja­dło­daj­ni. Go­tów by­łem zro­bić dzien­nie dzie­sięć lub dwa­na­ście mil, byle zna­leźć taką ta­nią re­stau­ra­cyj­kę i na­jeść się, ile się tyl­ko dało. Nie uda­wa­ło mi się jed­nak jej od­na­leźć, aż wresz­cie pod­czas jed­nej z ta­kich wę­dró­wek tra­fi­łem na we­ge­ta­riań­ską re­stau­ra­cję na Far­ring­don Stre­et.

Wi­dok tej ja­dło­daj­ni ucie­szył mnie jak dziec­ko, któ­re wresz­cie do­sta­ło coś, cze­go bar­dzo pra­gnę­ło. Za­nim wsze­dłem, zo­ba­czy­łem parę ksią­żek wy­sta­wio­nych w oknie na sprze­daż. Po­mię­dzy nimi zna­la­złem bro­szu­rę Sal­ta pod ty­tu­łem Obro­na we­ge­ta­ria­ni­zmu. Ku­pi­łem ją za szy­lin­ga i wsze­dłem do re­stau­ra­cji. Był to pierw­szy po­si­łek od cza­su mo­je­go przy­by­cia do An­glii, któ­ry zja­dłem z nie­kła­ma­ną przy­jem­no­ścią. Jed­nak Bóg przy­szedł mi z po­mo­cą.

Prze­czy­ta­łem bro­szu­rę Sal­ta od de­ski do de­ski: zro­bi­ła na mnie głę­bo­kie wra­że­nie. Wła­ści­wie mogę po­wie­dzieć, że do­pie­ro po jej prze­czy­ta­niu sta­łem się we­ge­ta­ria­ni­nem z prze­ko­na­nia. Bło­go­sła­wi­łem dzień, w któ­rym zło­ży­łem wo­bec mo­jej mat­ki swe uro­czy­ste ślu­bo­wa­nie. Do­tych­czas po­wstrzy­my­wa­łem się od spo­ży­wa­nia mię­sa w imię po­szu­ki­wa­nia praw­dy i rów­nież dla­te­go, że zło­ży­łem przy­rze­cze­nie, acz­kol­wiek jed­no­cze­śnie pra­gną­łem, by każ­dy hin­dus jadł mię­so. Cze­ka­łem, aż na­dej­dzie chwi­la, w któ­rej będę zwol­nio­ny z mo­je­go ślu­bo­wa­nia, sam za­cznę je spo­ży­wać i in­nych na­kło­nię do tego sa­me­go. Te­raz mój wy­bór padł na do­bro­wol­ne wy­rze­cze­nie się spo­ży­wa­nia mię­sa. Sze­rze­nie tej idei sta­ło się jed­nym z na­czel­nych za­dań mego ży­cia.

X. NIECO O RELIGII

d szó­ste­go czy też siód­me­go roku ży­cia aż do szes­na­stu lat, kie­dy cho­dzi­łem do szko­ły, uczo­no mnie naj­róż­niej­szych przed­mio­tów, wszyst­kie­go - prócz re­li­gii. Mu­szę przy­znać, że nie otrzy­ma­łem od swo­ich na­uczy­cie­li nic z tego, co mo­gli mi prze­cież dać bez żad­ne­go z ich stro­ny wy­sił­ku. Tym nie­mniej uda­wa­ło mi się tu i ów­dzie uszczk­nąć ze swo­je­go oto­cze­nia coś nie­coś na ten te­mat.

Po­słu­gu­ję się okre­śle­niem "re­li­gia" w sze­ro­kim sen­sie, ma­jąc na my­śli świa­do­mość swe­go ist­nie­nia lub wie­dzę o so­bie sa­mym.

Jako uro­dzo­ny w kul­cie Wisz­nu, mu­sia­łem czę­sto cho­dzić do ha­ve­li (świą­ty­ni). Nig­dy mnie to nie po­cią­ga­ło. Nie lu­bi­łem ze­wnętrz­ne­go blich­tru tej świą­ty­ni ani jej pom­pa­tycz­no­ści. Do­cho­dzi­ły mnie rów­nież słu­chy o nie­mo­ral­nych czy­nach, ja­kie się tam prak­ty­ko­wa­ło, i w koń­cu zu­peł­nie prze­sta­łem się tym in­te­re­so­wać. Od tej pory ha­ve­li nic mi nie mo­gła dać.

To jed­nak, cze­go nie mo­głem uzy­skać tam, otrzy­my­wa­łem od mo­jej pia­stun­ki, sta­rej słu­żą­cej w na­szej ro­dzi­nie, o któ­rej przy­wią­za­niu do mnie za­wsze pa­mię­tam. Wspo­mnia­łem już wcze­śniej, że ogrom­nie się ba­łem wszel­kich du­chów i zjaw. Ram­bha - tak na­zy­wa­ła się owa pia­stun­ka - po­ra­dzi­ła mi, abym jako le­kar­stwo na te lęki po­wta­rzał Ra­ma­na­mę39.

Mia­łem co praw­da wię­cej za­ufa­nia do niej ani­że­li do za­le­ca­ne­go przez nią le­kar­stwa i oto w bar­dzo wcze­snym wie­ku za­czą­łem po­wta­rzać Ra­ma­na­mę, by wy­le­czyć się ze stra­chu przed du­cha­mi i zja­wa­mi. Oczy­wi­ście trwa­ło to dość krót­ko, ale do­bre ziar­no po­sia­ne w dzie­ciń­stwie wy­da­ło swe plo­ny. Są­dzę, że dzię­ki tej do­brej ko­bie­cie Ra­ma­na­ma sta­ła się dla mnie dziś nie­za­wod­nym środ­kiem uzdra­wia­ją­cym.

W tym sa­mym cza­sie mój ku­zyn, któ­ry był za­pa­lo­nym wiel­bi­cie­lem Ra­ma­ja­ny40, zor­ga­ni­zo­wał dla mnie i dla mego dru­gie­go bra­ta na­ukę Ra­ma­rak­szy41. Uczy­li­śmy się jej na pa­mięć i nie­ja­ko ry­tu­ałem sta­ło się dla nas re­cy­to­wa­nie jej każ­de­go ran­ka po ką­pie­li. Upra­wia­li­śmy ten zwy­czaj pod­czas po­by­tu w Po­rban­da­rze. Gdy prze­pro­wa­dzi­li­śmy się do Radź­ko­tu, za­po­mnie­li­śmy o nim, gdyż nie bar­dzo wie­rzy­łem w jego sku­tecz­ność. Re­cy­to­wa­łem te wer­se­ty, szczy­cąc się prze­waż­nie tym, że po­tra­fię de­kla­mo­wać Ra­ma­rak­szę, po­słu­gu­jąc się pra­wi­dło­wą wy­mo­wą.

Od­czy­ty­wa­nie Ra­ma­ja­ny w obec­no­ści mego ojca czy­ni­ło na mnie głę­bo­kie wra­że­nie. Pe­wien okres swej cho­ro­by oj­ciec spę­dził w Po­rban­da­rze. Wte­dy każ­de­go wie­czo­ru zwykł słu­chać, jak re­cy­to­wa­no Ra­ma­ja­nę. Re­cy­ta­to­rem był za­pa­lo­ny wy­znaw­ca Ramy, La­dha Ma­ha­ra­dża z Bi­le­śwa­ru42. Opo­wia­da­no o nim, że ule­czył sie­bie z trą­du nie za po­mo­cą le­ków, lecz przy­kła­da­jąc do po­ra­żo­nych czę­ści cia­ła li­ście ro­śli­ny bi­lva43, któ­ra po ze­rwa­niu zo­sta­ła zło­żo­na przed ob­ra­zem Ma­ha­de­wy w świą­ty­ni w Bi­le­śwa­rze, oraz przez sys­te­ma­tycz­ne po­wta­rza­nie Ra­ma­na­my. Po­tę­ga wia­ry mia­ła go uczy­nić od­por­nym na cho­ro­by. Nie wiem, czy to od­po­wia­da praw­dzie, czy nie, w każ­dym ra­zie my­śmy bez za­strze­żeń w to wie­rzy­li, a cia­ło La­dhy Ma­ha­ra­dży, gdy roz­po­czy­nał re­cy­to­wa­nie Ra­ma­ja­ny, cał­ko­wi­cie uwal­nia­ło się od zna­ków trą­du. Miał on bar­dzo me­lo­dyj­ny głos. Po­tra­fił śpie­wać dohy (zwrot­ki) i ślo­ki (czte­ro­wier­sze), umiał wy­ja­śniać ich sens, wda­jąc się w dłu­gie roz­wa­ża­nia i wcią­ga­jąc w nie swych słu­cha­czy.

Mia­łem wte­dy za­pew­ne oko­ło trzy­na­stu lat, ale do­sko­na­le przy­po­mi­nam so­bie, jaki by­łem prze­ję­ty jego re­cy­ta­cja­mi. Po­słu­ży­ło to póź­niej za pod­sta­wę głę­bo­kie­go uwiel­bie­nia, ja­kie ży­wię dla Ra­ma­ja­ny. Dziś uwa­żam Ra­ma­ja­nę Tu­la­si­da­sa44 za jed­ną z naj­zna­ko­mit­szych ksiąg w dzie­dzi­nie li­te­ra­tu­ry re­li­gij­nej.

Parę mie­się­cy póź­niej prze­nie­śli­śmy się do Radź­ko­tu. Czy­ta­nie Ra­ma­ja­ny zo­sta­ło prze­rwa­ne, na­to­miast każ­de­go dnia eka­da­śi (je­de­na­sty dzień w księ­ży­co­wym mie­sią­cu: pół świa­tła i pół mro­ku) od­czy­ty­wa­no Bha­ga­wad45.

Nie­kie­dy asy­sto­wa­łem przy od­czy­ty­wa­niu, ale re­cy­ta­tor był mało po­ry­wa­ją­cy. Dziś zda­ję so­bie spra­wę, że Bha­ga­wad jest księ­gą zdol­ną do wy­wo­ła­nia za­pa­łu re­li­gij­ne­go. Czy­ta­łem ją w ję­zy­ku gu­dźa­ra­ti z naj­wyż­szym za­in­te­re­so­wa­niem. Kie­dy jed­nak usły­sza­łem pod­czas swo­je­go dwu­dzie­sto­jed­no­dnio­we­go po­stu re­cy­ta­cję frag­men­tów ory­gi­na­łu wy­ko­na­ną przez pan­di­ta46 Ma­da­na Mo­ha­na Ma­la­viyę47, ża­ło­wa­łem, iż nie było mi dane usły­szeć tego w dzie­ciń­stwie z ust ta­kie­go znaw­cy, co nie­wąt­pli­wie już w dzie­cię­cych la­tach uczy­ni­ło­by ze mnie mi­ło­śni­ka tej księ­gi.

Wra­że­nia ode­bra­ne w tym wie­ku za­ko­rze­nia­ją się głę­bo­ko w ludz­kiej du­szy i dla­te­go nie prze­sta­ję ża­ło­wać, iż nie mia­łem wte­dy szczę­ścia wy­słu­chać od­czy­ty­wa­nia więk­szej licz­by po­dob­nych ksiąg.

W Radź­ko­cie otrzy­ma­łem pierw­sze pod­sta­wy za­le­ca­ją­ce to­le­ran­cję wo­bec wszyst­kich od­mian hin­du­izmu oraz po­krew­nych wie­rzeń. Moi ro­dzi­ce od­wie­dza­li za­rów­no świą­ty­nie Wisz­nu, jak świą­ty­nie Śiwy lub Ramy i albo za­bie­ra­li nas ze sobą, albo po­sy­ła­li nas. Rów­nież za­kon­ni­cy dżi­ni­ści czę­sto od­wie­dza­li mego ojca i na­wet przyj­mo­wa­li od nas po­sił­ki, cho­ciaż nie by­li­śmy wy­znaw­ca­mi dżi­ni­zmu. Pro­wa­dzi­li oni roz­mo­wy z moim oj­cem na te­ma­ty re­li­gij­ne i świec­kie.

Prócz tego oj­ciec miał przy­ja­ciół mu­zuł­ma­nów i par­sów, któ­rzy pro­wa­dzi­li z nim roz­mo­wy na te­mat swych wie­rzeń, a oj­ciec wy­słu­chi­wał ich za­wsze z sza­cun­kiem, a nie­kie­dy z du­żym za­in­te­re­so­wa­niem.

Peł­niąc przy ojcu czyn­no­ści pie­lę­gnia­rza, czę­sto mia­łem spo­sob­ność asy­sto­wać przy po­dob­nych roz­mo­wach. Wie­le z tego, co sły­sza­łem, za­szcze­pi­ło we mnie to­le­ran­cję dla wszyst­kich wie­rzeń re­li­gij­nych.

Wy­ją­tek w owym cza­sie sta­no­wi­ło je­dy­nie chrze­ści­jań­stwo. Roz­wi­nę­ła się we mnie ja­kaś nie­chęć do nie­go. Ską­di­nąd - słusz­na. W owych cza­sach mi­sjo­na­rze chrze­ści­jań­scy usta­wia­li się za­zwy­czaj na naj­bliż­szym na­sze­go li­ceum na­roż­ni­ku i lży­li za­rów­no hin­du­sów, jak i czczo­nych przez nich bo­gów. Nie mo­głem tego ścier­pieć. Za­le­d­wie raz przy­sta­ną­łem, by po­słu­chać, co mó­wią, ale wy­star­czy­ło mi to, bym nig­dy wię­cej tego nie po­wtó­rzył.

W tym sa­mym mniej wię­cej cza­sie sły­sza­łem, jak pe­wien bar­dzo zna­ny hin­dus zo­stał na­wró­co­ny na chrze­ści­jań­stwo. Całe mia­sto mó­wi­ło wte­dy o tym, jak do­ko­na­no na nim ob­rzę­du chrztu, jak spo­ży­wa mię­so i pije trun­ki wy­sko­ko­we, jak zmie­nił spo­sób ubie­ra­nia się i od tego cza­su cho­dził w eu­ro­pej­skim ubra­niu, a na­wet w ka­pe­lu­szu.

Wszyst­ko to dzia­ła­ło mi na ner­wy. Nie ule­ga wąt­pli­wo­ści - ro­zu­mo­wa­łem wte­dy - że re­li­gia, któ­ra zmu­sza czło­wie­ka do je­dze­nia mię­sa, pi­cia wód­ki i zmia­ny spo­so­bu ubie­ra­nia się, nie za­słu­gu­je na mia­no re­li­gii. Do­szły mnie rów­nież słu­chy, iż ów nowo na­wró­co­ny wy­kpi­wał wia­rę swych przod­ków, ich oby­cza­je i swój kraj oj­czy­sty. Wszyst­ko to przy­czy­nia­ło się do tego, że zde­cy­do­wa­nie nie lu­bi­łem chrze­ści­jań­stwa.

To jed­nak, że przy­wy­kłem oka­zy­wać to­le­ran­cję dla in­nych re­li­gii, by­najm­niej nie ozna­cza­ło, że ży­wi­łem w du­szy ja­ką­kol­wiek wia­rę w ist­nie­nie Boga. Tak się zło­ży­ło, że wła­śnie w owym cza­sie ze­tkną­łem się z ko­dek­sem Ma­nu­smry­ti48, znaj­du­ją­cym się w księ­go­zbio­rze mego ojca. Hi­sto­ria stwo­rze­nia świa­ta oraz po­dob­ne rze­czy nie zro­bi­ły na mnie wiel­kie­go wra­że­nia - wręcz prze­ciw­nie: skło­ni­ły mnie ra­czej do ate­izmu.

Mia­łem wte­dy pew­ne­go ku­zy­na, dziś jesz­cze ży­ją­ce­go, dla któ­re­go in­te­lek­tu od­czu­wa­łem wiel­ki sza­cu­nek. Do nie­go skie­ro­wa­łem się ze swy­mi wąt­pli­wo­ścia­mi - jed­nak nie był on w sta­nie ich roz­wią­zać. Ode­słał mnie z taką oto od­po­wie­dzią: "Kie­dy do­ro­śniesz, sam roz­wi­kłasz swe wąt­pli­wo­ści. W two­im wie­ku nie po­win­no się po­ru­szać po­dob­nych spraw".

Umil­kłem, lecz nie do­zna­łem żad­nej ulgi. Roz­dzia­ły do­ty­czą­ce wstrze­mięź­li­wo­ści w je­dze­niu oraz inne, po­ru­sza­ją­ce po­dob­ne spra­wy, wy­da­ły mi się w ko­dek­sie Manu czymś sprzecz­nym z co­dzien­ną prak­ty­ką. Na moje wąt­pli­wo­ści zwią­za­ne z tymi za­gad­nie­nia­mi otrzy­ma­łem po­dob­ną od­po­wiedź. Wte­dy po­wie­dzia­łem so­bie: "Kie­dy bę­dziesz miał bar­dziej roz­wi­nię­ty umysł i bę­dziesz bar­dziej oczy­ta­ny, sam to wszyst­ko zro­zu­miesz...".

W każ­dym ra­zie to nie ko­deks Manu na­uczył mnie ahim­sy, czy­li nie­sprze­ci­wia­nia się złu i nie­wy­rzą­dza­nia ni­ko­mu krzyw­dy.

Opo­wie­dzia­łem już o tym, jak spo­ży­wa­łem mię­so. Ma­nu­smry­ti zda­wał się to po­chwa­lać, wy­ni­ka­ło z nie­go rów­nież, że nie jest czymś nie­mo­ral­nym za­bi­ja­nie żmij, ro­ba­ków i in­nych ży­ją­cych stwo­rzeń. Pa­mię­tam, że za­bi­ja­łem wte­dy ro­ba­ki i wszel­kie owa­dy, uwa­ża­jąc to za obo­wią­zek.

Głę­bo­ko jed­nak za­ko­rze­ni­ło się we mnie prze­świad­cze­nie, iż mo­ral­ność jest pod­sta­wą wszyst­kie­go, a praw­da jest nie­odzow­nym skład­ni­kiem wszel­kiej mo­ral­no­ści. To­też praw­da sta­ła się je­dy­nym ce­lem, do któ­re­go dą­ży­łem. To prze­świad­cze­nie wzra­sta­ło we mnie z każ­dym dniem, a moje uj­mo­wa­nie isto­ty praw­dy co­raz bar­dziej się roz­sze­rza­ło.

Pe­wien po­ucza­ją­cy wiersz, na­pi­sa­ny w ję­zy­ku gu­dźa­ra­ti, wbił mi się jed­no­cze­śnie w umysł i w ser­ce. Po­stę­po­wać zgod­nie z nim - nie­za­leż­nie od tego, czy mi to wyj­dzie na do­bre, czy na złe - sta­ło się moją na­czel­ną za­sa­dą. To pra­gnie­nie opa­no­wa­ło mnie do tego stop­nia, że pod­ją­łem sze­reg usi­ło­wań w tym kie­run­ku. Oto te prze­cu­dow­ne (dla mnie) stro­fy:

Za wody ku­bek - ja­dłem hoj­nie ob­darz,

Za po­wi­ta­nie miłe - po­kłon złóż do zie­mi,

Za zwy­kły mie­dziak - od­płać zło­tem,

A je­śli oca­leć chcesz w ży­ciu - żyj ro­zum­nie.

Oto są sło­wa i czy­ny, ja­kie roz­wa­ga dyk­tu­je.

Każ­dą, naj­mniej­szą przy­słu­gę wy­na­grodź sto­krot­nie.

Człek praw­dzi­wie szla­chet­ny wszyst­kich jed­na­ko trak­tu­je -

I do­brem pła­ci za zło mu wy­rzą­dzo­ne.

XV. UDAJĘ ANGIELSKIEGO DŻENTELMENA

oja wia­ra w we­ge­ta­ria­nizm ro­sła we mnie z dnia na dzień. Bro­szu­ra Sal­ta ogrom­nie pod­nie­ci­ła mój za­pał do stu­diów nad za­gad­nie­niem od­ży­wia­nia się. Ku­po­wa­łem wszel­kie do­stęp­ne mi książ­ki z tej dzie­dzi­ny i stu­dio­wa­łem je. Jed­na z nich, Ety­ka die­ty, na­pi­sa­na przez Ho­war­da Wil­liam­sa, była wła­ści­wie bio­gra­ficz­ną hi­sto­rią li­te­ra­tu­ry, opi­su­ją­cą spo­so­by od­ży­wia­nia się przez ludz­kość, po­cząw­szy od naj­daw­niej­szych cza­sów aż po obec­ne.

Au­tor usi­ło­wał udo­wod­nić, iż wszy­scy fi­lo­zo­fo­wie i pro­ro­cy od Pi­ta­go­ra­sa i Je­zu­sa aż do ży­ją­cych dziś byli we­ge­ta­ria­na­mi. Książ­ka Anny Kings­ford Ra­cjo­nal­ne od­ży­wia­nie była rów­nież zaj­mu­ją­ca. To, co na­pi­sał dok­tor Al­lin­son o zdro­wiu i hi­gie­nie, też bar­dzo mi się przy­da­ło. Był on zwo­len­ni­kiem lecz­ni­cze­go sys­te­mu od­ży­wia­nia, opar­te­go na re­gu­lo­wa­niu die­ty prze­pi­sy­wa­nej pa­cjen­tom. Bę­dąc sam we­ge­ta­ria­ni­nem, dok­tor Al­lin­son za­le­cał cho­rym prze­strze­ga­nie su­ro­wej, wy­łącz­nie we­ge­ta­riań­skiej die­ty.

Re­zul­ta­tem ca­łej tej lek­tu­ry było to, że moje do­świad­cze­nia w za­kre­sie od­ży­wia­nia się za­ję­ły bar­dzo waż­ne miej­sce w moim ży­ciu. Głów­nym ce­lem, jaki im przy­świe­cał, było za­cho­wa­nie zdro­wia, a do­pie­ro póź­niej górę wzię­ły wzglę­dy re­li­gij­ne.

Tym­cza­sem mój przy­ja­ciel nie prze­sta­wał się o mnie mar­twić. Oba­wiał się, że je­że­li będę nadal trwał w swo­im po­sta­no­wie­niu nie­przyj­mo­wa­nia mię­snych po­sił­ków, nie tyl­ko osłab­nę fi­zycz­nie, ale w ogó­le sta­nę się nie­do­łę­gą i nig­dy nie będę czuł się do­brze w An­glii. Kie­dy więc się do­wie­dział, że in­te­re­su­ję się książ­ka­mi z za­kre­su we­ge­ta­ria­ni­zmu, za­czął wy­ra­żać oba­wy, że te stu­dia do resz­ty za­mą­cą mi umysł, a za­nie­dbu­jąc swe wła­ści­we stu­dia i mar­nu­jąc ży­cie na tego ro­dza­ju do­świad­cze­nia, mogę do­stać tak zwa­ne­go bzi­ka.

Wła­śnie wte­dy pod­jął ostat­nią pró­bę "na­wró­ce­nia" mnie i w tym celu za­pro­sił mnie do te­atru. Przed przed­sta­wie­niem mie­li­śmy ra­zem zjeść obiad w re­stau­ra­cji na Hol­born Stre­et, ucho­dzą­cej za pierw­szo­rzęd­ną. Od cza­su, kie­dy ja­dłem w re­stau­ra­cji ho­te­lu Vic­to­ria, był to pierw­szy rów­nie ele­ganc­ki lo­kal, w któ­rym się zna­la­złem. Co praw­da ów po­byt w Vic­to­rii nie na­le­żał do zbyt uda­nych, bo cały czas ży­wi­łem się wła­sny­mi za­pa­sa­mi. Mój przy­ja­ciel naj­wi­docz­niej li­czył na to, że nie­śmia­łość po­wstrzy­ma mnie od za­da­wa­nia py­tań w tak wy­twor­nej re­stau­ra­cji. Istot­nie, to­wa­rzy­stwo przy sto­le było bar­dzo licz­ne, mój przy­ja­ciel i ja za­ję­li­śmy miej­sca tuż obok.

Pierw­szym da­niem była zupa. Za­sta­na­wia­łem się, z cze­go jest przy­rzą­dzo­na, nie mia­łem jed­nak od­wa­gi o to za­py­tać mego przy­ja­cie­la. Zwró­ci­łem się więc do kel­ne­ra. Mój przy­ja­ciel spo­strzegł to i dość szorst­ko za­py­tał, o co mi cho­dzi. Ocią­ga­jąc się, po­wie­dzia­łem, że chcia­łem za­py­tać kel­ne­ra, czy jest to zupa ja­rzy­no­wa.

- Je­steś zbyt nie­tak­tow­ny, by prze­by­wać w do­brym to­wa­rzy­stwie! - za­wo­łał w unie­sie­niu. - Je­że­li nie po­tra­fisz się za­cho­wać jak na­le­ży, le­piej zro­bisz, je­że­li stąd pój­dziesz; zjedz gdzie in­dziej i za­cze­kaj na mnie na uli­cy!

By­łem bar­dzo za­do­wo­lo­ny z tego i wy­sze­dłem. Gdzieś w po­bli­żu znaj­do­wa­ła się we­ge­ta­riań­ska re­stau­ra­cyj­ka, lecz nie­ste­ty była za­mknię­ta. Mu­sia­łem więc obejść się tego wie­czo­ru bez je­dze­nia. Do­trzy­ma­łem jed­nak to­wa­rzy­stwa memu przy­ja­cie­lo­wi, któ­ry ani słów­kiem nie wspo­mniał o wy­wo­ła­nej przez nie­go sce­nie. Ja ze swej stro­ny rów­nież nie mia­łem mu nic do po­wie­dze­nia.

Było to ostat­nie nie­po­ro­zu­mie­nie po­mię­dzy nami, któ­re zresz­tą by­najm­niej nie za­wa­ży­ło na na­szej przy­jaź­ni. Zda­wa­łem so­bie spra­wę, że mój przy­ja­ciel po­wo­du­je się przy­ja­zny­mi uczu­cia­mi dla mnie, a sza­cu­nek, jaki ży­wi­łem dla nie­go, z pew­no­ścią był więk­szy od roz­bież­no­ści ist­nie­ją­cych po­mię­dzy nami za­rów­no w sło­wach, jak i w po­stę­po­wa­niu.

Po­sta­no­wi­łem jed­nak prze­ko­nać go, że może być spo­koj­ny o mnie i że już nig­dy nie zro­bię nic nie­tak­tow­ne­go, na­to­miast nie po­rzu­ca­jąc mo­je­go upodo­ba­nia do we­ge­ta­riań­skie­go po­ży­wie­nia, po­tra­fię zdo­być ogła­dę nie­zbęd­ną do prze­by­wa­nia w do­brym to­wa­rzy­stwie. W tym celu pod­ją­łem nie­mal nie­moż­li­we do zre­ali­zo­wa­nia wy­sił­ki zo­sta­nia an­giel­skim dżen­tel­me­nem.

Uszy­te w Bom­ba­ju ubra­nie, któ­re mia­łem na so­bie, nie nada­wa­ło się do no­sze­nia wśród An­gli­ków, spra­wi­łem więc so­bie nowe w skle­pach prze­zna­czo­nych dla woj­sko­wych. Ku­pi­łem rów­nież cy­lin­der za dzie­więt­na­ście szy­lin­gów, co w owych cza­sach było nie byle jaką sumą. Uwa­ża­łem to jed­nak za nie­wy­star­cza­ją­ce i wy­da­łem aż dzie­sięć fun­tów na gar­ni­tur wie­czo­ro­wy za­mó­wio­ny na Bond Stre­et, a więc w cen­trum ele­ganc­kie­go ży­cia lon­dyń­skie­go. Otrzy­ma­łem rów­nież od mego po­czci­we­go bra­ta po­dwój­ną zło­tą de­wiz­kę. No­sze­nie go­to­wych kra­wa­tów było sprzecz­ne z po­ję­ciem ele­gan­cji, to­też na­uczy­łem się sam je wią­zać. Kie­dy by­łem w In­diach, lu­stro było luk­su­sem, a prze­glą­da­łem się w nim je­dy­nie wte­dy, gdy zja­wiał się nasz do­mo­wy fry­zjer, by mnie ogo­lić. Tym­cza­sem tu­taj tra­ci­łem co naj­mniej dzie­sięć mi­nut dzien­nie, wią­żąc kra­wat lub cze­sząc się przed lu­strem. Nie mia­łem mięk­kich wło­sów i mu­sia­łem co­dzien­nie sta­czać z nimi upo­rczy­wą wal­kę, szczot­ku­jąc je i ukła­da­jąc w od­po­wied­ni spo­sób.

Ile­kroć wkła­da­łem lub zdej­mo­wa­łem cy­lin­der, moja ręka au­to­ma­tycz­nie się­ga­ła do gło­wy, by po­pra­wić wło­sy, nie mó­wiąc już o in­nych "cy­wi­li­zo­wa­nych" przy­zwy­cza­je­niach, któ­rych na­by­wa­łem, prze­by­wa­jąc w tak zwa­nym wy­bo­ro­wym to­wa­rzy­stwie.

Nie za­do­wa­la­jąc się tym wszyst­kim, zwró­ci­łem uwa­gę na inne szcze­gó­ły, któ­re mia­ły uczy­nić ze mnie an­giel­skie­go dżen­tel­me­na. Po­wie­dzia­no mi, że w tym celu na­le­ży po­bie­rać lek­cje tań­ca, ję­zy­ka fran­cu­skie­go oraz kra­so­mów­stwa. Fran­cu­ski był nie tyl­ko ję­zy­kiem są­sied­nie­go kra­ju, lecz rów­nież, tak zwa­ną lin­gua fran­ca na kon­ty­nen­cie, po któ­rym za­mie­rza­łem od­być po­dróż. Tań­ca po­sta­no­wi­łem się na­uczyć na spe­cjal­nych lek­cjach, pła­cąc trzy fun­ty za kurs. W cią­gu trzech ty­go­dni mia­łem oko­ło sze­ściu lek­cji, jed­nak na­ucze­nie się cze­goś przy­po­mi­na­ją­ce­go ryt­micz­ne ru­chy prze­kra­cza­ło moje moż­li­wo­ści. Nie po­tra­fi­łem uchwy­cić ani ryt­mu, ani tem­pa. Cóż więc mia­łem ro­bić?

Pu­stel­nik z baj­ki trzy­mał kota, żeby od­stra­szyć my­szy; po­tem ku­pił kro­wę, żeby kot miał mle­ko, po­tem wy­na­jął czło­wie­ka, żeby pil­no­wał kro­wy, i tak da­lej... Moje am­bi­cje wzra­sta­ły po­dob­nie jak ro­dzi­na pu­stel­ni­ka. Są­dzi­łem, że po­wi­nie­nem na­uczyć się grać na skrzyp­cach, by przy­zwy­cza­ić ucho do mu­zy­ki Za­cho­du. Wpa­ko­wa­łem trzy fun­ty w kup­no skrzy­piec i nie­co wię­cej w opła­ca­nie lek­cji. U trze­cie­go na­uczy­cie­la mia­łem po­bie­rać lek­cje kra­so­mów­stwa, za co mu z góry za­pła­ci­łem jed­ną gwi­neę. Na­uczy­ciel po­le­cił mi jako pod­ręcz­nik książ­kę Bel­la pod ty­tu­łem Pod­sta­wy sztu­ki kra­so­mów­czej. Ku­pi­łem ją i roz­po­czą­łem swe stu­dia od mowy wy­gło­szo­nej przez Pit­ta. Ale wte­dy wła­śnie się ock­ną­łem.

- Prze­cież nie za­mie­rzam spę­dzić ca­łe­go ży­cia w An­glii! - po­wie­dzia­łem so­bie. - Co mi przyj­dzie z tej na­uki kra­so­mów­stwa? Czy umie­jęt­ność tań­cze­nia po­tra­fi uczy­nić ze mnie dżen­tel­me­na? Gry na skrzyp­cach moż­na się na­uczyć rów­nież w In­diach. Przy­je­cha­łem, aby stu­dio­wać pra­wo, i po­wi­nie­nem iść w tym kie­run­ku. Mu­szę się po­sta­rać o to, aby mnie przy­ję­to na wy­dział praw­ni­czy. Oczy­wi­ście, je­że­li uda się zo­stać dżen­tel­me­nem, tym le­piej. W prze­ciw­nym ra­zie ra­czej na­le­ży zre­zy­gno­wać z wszel­kich am­bi­cji.

Po­dob­ne my­śli błą­ka­ły mi się po gło­wie i da­łem im wy­raz w li­ście, któ­ry na­pi­sa­łem do mego na­uczy­cie­la sztu­ki kra­so­mów­czej, prze­pra­sza­jąc go jed­no­cze­śnie za re­zy­gna­cję z dal­szych lek­cji. Po­bra­łem za­le­d­wie dwie lub trzy. Po­dob­nej tre­ści list wy­sto­so­wa­łem do na­uczy­cie­la tań­ców, a do na­uczy­ciel­ki, któ­ra mi udzie­la­ła lek­cji gry na skrzyp­cach, po­sze­dłem sam, pro­sząc ją, by sprze­da­ła moje skrzyp­ce za każ­dą pro­po­no­wa­ną sumę. Była dość przy­jaź­nie do mnie uspo­so­bio­na, więc opo­wie­dzia­łem jej, jak do­sze­dłem do prze­świad­cze­nia, iż ob­ra­łem fał­szy­wą dro­gę w po­szu­ki­wa­niu swe­go ide­ału. Owa na­uczy­ciel­ka do­da­ła mi wte­dy wie­le otu­chy i za­chę­ca­ła do wy­trwa­nia na dro­dze cał­ko­wi­tej zmia­ny do­tych­cza­so­we­go kie­run­ku.

Ten okres za­śle­pie­nia trwał pra­wie trzy mie­sią­ce. Skru­pu­lat­ność w ubie­ra­niu się po­zo­sta­ła mi na wie­le lat. Od tego cza­su za­bra­łem się po­waż­nie do na­uki.

II. DZIECIŃSTWO

ia­łem za­pew­ne oko­ło sied­miu lat, kie­dy mój oj­ciec opu­ścił Po­rban­dar dla Radź­ko­tu, by zo­stać człon­kiem Try­bu­na­łu w Ra­dźa­stha­nie. Zo­sta­łem tam od­da­ny do szko­ły i do­sko­na­le pa­mię­tam za­rów­no te cza­sy, jak i na­zwi­ska oraz wszel­kie inne szcze­gó­ły do­ty­czą­ce mo­ich na­uczy­cie­li. Po­dob­nie jak było w Po­rban­da­rze, tak i tu­taj nie­wie­le da się po­wie­dzieć o mo­jej na­uce. By­łem za­le­d­wie prze­cięt­nym uczniem. Z tej szko­ły prze­sze­dłem do pod­miej­skiej, a na­stęp­nie do li­ceum - mia­łem już wte­dy dwa­na­ście lat. Nie przy­po­mi­nam so­bie, abym w cią­gu tego nie­dłu­gie­go okre­su po­wie­dział kie­dy­kol­wiek nie­praw­dę moim na­uczy­cie­lom bądź ko­le­gom. By­łem bar­dzo nie­śmia­ły i uni­ka­łem to­wa­rzy­stwa. Książ­ki i od­ra­bia­nie lek­cji za­stę­po­wa­ły mi ko­le­gów. Moim zwy­cza­jem na co dzień było punk­tu­al­nie przy­cho­dzić do szko­ły, a póź­niej po skoń­cze­niu lek­cji wra­cać co żywo do domu. Do­słow­nie bie­głem ile sił, gdyż nie mia­łem dość śmia­ło­ści, by się ode­zwać słów­kiem do ko­go­kol­wiek. Ba­łem się, że ktoś może so­bie ze mnie za­kpić.

W pierw­szym roku uczęsz­cza­nia do gim­na­zjum przy­tra­fi­ło mi się pod­czas eg­za­mi­nów pew­ne wy­da­rze­nie, o któ­rym war­to wspo­mnieć. Mi­ster Gil­les, in­spek­tor oświa­ty, przy­był na wi­zy­ta­cję do na­sze­go li­ceum. Dał nam pięć wy­ra­zów, któ­re mie­li­śmy na­pi­sać i wy­ma­wiać li­te­ra po li­te­rze. Jed­nym z tych wy­ra­zów był ket­tle (czaj­nik). Li­te­ro­wa­łem go błęd­nie. Na­uczy­ciel usi­ło­wał przy­śpie­szyć moją od­po­wiedź, sztur­cha­jąc mnie koń­cem bu­ci­ka, ale mu się nie uda­ło. Nie zo­rien­to­wa­łem się, że na­uczy­ciel daje mi do zro­zu­mie­nia, abym ścią­gnął pra­wi­dło­wą pi­sow­nię z ta­blicz­ki mego są­sia­da, prze­ciw­nie - są­dzi­łem, że obec­ność na­uczy­cie­la ma na celu prze­szko­dze­nie nam w ścią­ga­niu je­den od dru­gie­go. Re­zul­tat był taki, że wszy­scy chłop­cy prócz mnie na­pi­sa­li każ­dy wy­raz cał­kiem pra­wi­dło­wo. Tyl­ko ja by­łem tępy. Na­uczy­ciel usi­ło­wał póź­niej od­uczyć mnie tego bra­ku by­stro­ści, ale ja nig­dy nie na­uczy­łem się ścią­gać.

To zda­rze­nie nie zdo­ła­ło jed­nak w żad­nym stop­niu po­mniej­szyć sza­cun­ku, jaki ży­wi­łem dla mego na­uczy­cie­la. Z re­gu­ły by­łem śle­py na błę­dy po­peł­nia­ne przez star­szych. Póź­niej po­zna­łem wie­le in­nych sła­bych stron tego na­uczy­cie­la, jed­nak moje po­wa­ża­nie dla nie­go nie ule­gło zmia­nie. Na­uczy­łem się bo­wiem wy­ko­ny­wać roz­ka­zy wy­da­wa­ne przez star­szych i nie kry­ty­ko­wać ich po­stęp­ków.

Dwa inne wy­da­rze­nia zwią­za­ne z tym sa­mym okre­sem po­zo­sta­ły na za­wsze w mo­jej pa­mię­ci. Z re­gu­ły nie lu­bi­łem czy­ta­nia ja­kich­kol­wiek in­nych ksią­żek poza pod­ręcz­ni­ka­mi szkol­ny­mi. Moje co­dzien­ne lek­cje mu­sia­ły być su­mien­nie od­ro­bio­ne, gdyż tak samo nie lu­bi­łem zbyt­nio obar­czać mego na­uczy­cie­la, jak i spra­wiać mu za­wo­du. Dla­te­go też od­ra­bia­łem lek­cje, ale rzad­ko po­świę­ca­łem im zbyt wie­le uwa­gi. To­też na­wet kie­dy lek­cje nie były od­ro­bio­ne jak na­le­ży, nie było mowy o tym, abym prze­czy­tał coś wię­cej poza tym, co było za­da­ne.

Pew­ne­go jed­nak razu wzrok mój padł na książ­kę ku­pio­ną przez mego ojca. Była to Shra­va­na Pi­tri­bhak­ti Na­ta­ka (sztu­ka te­atral­na o przy­wią­za­niu Śra­wa­ny do swych ro­dzi­ców). Prze­czy­ta­łem ją z ogrom­nym za­in­te­re­so­wa­niem. W tym sa­mym cza­sie do za­miesz­ki­wa­nej przez nas miej­sco­wo­ści przy­by­li wę­drow­ni ak­to­rzy. Jed­no z przed­sta­wień, któ­re wi­dzia­łem, uka­zy­wa­ło Śra­wa­nę dźwi­ga­ją­ce­go śle­pych ro­dzi­ców przy­wią­za­nych rze­my­ka­mi, kie­dy od­by­wał wraz z nimi piel­grzym­kę. Za­rów­no książ­ka, jak i przed­sta­wie­nie wy­war­ły na mnie nie­za­tar­te wra­że­nie.

- Oto przy­kład do na­śla­do­wa­nia! - po­wie­dzia­łem do sie­bie.

Roz­dzie­ra­ją­ce za­wo­dze­nia ro­dzi­ców nad mar­twym cia­łem Śra­wa­ny wciąż są świe­że w mo­jej pa­mię­ci. Tkli­wa me­lo­dia wzru­szy­ła mnie głę­bo­ko, wy­gry­wa­łem ją na "con­cer­ti­nie", któ­rą ku­pił mi oj­ciec.

Przy­tra­fi­ło się jesz­cze jed­no po­dob­ne wy­da­rze­nie, ma­ją­ce zwią­zek z in­nym przed­sta­wie­niem. W tym oto cza­sie otrzy­ma­łem ze­zwo­le­nie ojca na zo­ba­cze­nie przed­sta­wie­nia od­gry­wa­ne­go przez ze­spół ak­to­rów dra­ma­tycz­nych. Sztu­ka ta, no­szą­ca ty­tuł Ha­ri­śćan­dra22, pod­bi­ła moje ser­ce. Mógł­bym na nią pa­trzeć bez koń­ca. Lecz czyż czę­sto mo­głem otrzy­mać po­zwo­le­nie na oglą­da­nie jej? Mu­sia­łem więc nie­zli­czo­ną ilość razy od­gry­wać ją dla sie­bie sa­me­go.

"Cze­mu - za­py­ty­wa­łem sie­bie dniem i nocą - wszyst­ko nie jest tak samo praw­dzi­we jak dla Ha­ri­śćan­dy?"

Po­stę­po­wać zgod­nie z praw­dą i przejść przez te wszyst­kie pró­by, ja­kim pod­dał się Ha­ri­śćan­dra - oto co było przy­świe­ca­ją­cym mi ide­ałem. Uwie­rzy­łem do­słow­nie w dzie­je Ha­ri­śćan­dry. Sama myśl o nim przy­pra­wia­ła mnie o łzy. Mój zdro­wy roz­są­dek po­wia­da mi dziś, że Ha­ri­śćan­dra nie mógł być po­sta­cią hi­sto­rycz­ną. Jed­nak obaj - Ha­ri­śćan­dra i Śra­wa­na - są dla mnie ży­ją­cy­mi po­sta­cia­mi i je­stem prze­ko­na­ny, że gdy­bym dziś prze­czy­tał te sztu­ki, był­bym tak samo głę­bo­ko wzru­szo­ny jak wte­dy.

IV. ZABAWA W "MAŁŻONKA"

niej wię­cej w tym sa­mym cza­sie, kie­dy wstą­pi­łem w zwią­zek mał­żeń­ski, uka­za­ły się nie­wiel­kie bro­szu­ry, w ce­nie jed­nej pia­stry (nie pa­mię­tam do­kład­nie), w któ­rych oma­wia­no spra­wy mi­ło­ści mał­żeń­skiej, oszczęd­no­ści, mał­żeństw za­wie­ra­nych w wie­ku dzie­cię­cym lub po­dob­ne te­ma­ty. Ile­kroć wpa­dły mi w ręce, czy­ta­łem je od de­ski do de­ski. Przy­wy­kłem za­po­mi­nać o tym, cze­go nie lu­bi­łem, i wpro­wa­dzać w czyn to, co mi od­po­wia­da­ło. Za­war­ta w tych ksią­żecz­kach do­zgon­na wier­ność żo­nie, jako je­den z obo­wiąz­ków mał­żon­ka, po­zo­sta­ła w mym ser­cu na za­wsze. Po­nad­to ży­wi­łem nie­po­ha­mo­wa­ne umi­ło­wa­nie praw­dy, a ja­kie­kol­wiek uchy­bie­nie jej było dla mnie czymś wręcz nie do po­my­śle­nia. Zresz­tą, w tym wcze­snym okre­sie ży­cia było bar­dzo nie­wie­le spo­sob­no­ści, bym mógł nie do­cho­wać jej wia­ry.

Owa lek­cja wier­no­ści mia­ła jed­nak rów­nież swo­je nie­prze­wi­dzia­ne skut­ki "Je­że­li - mó­wi­łem do sie­bie - na­wo­łu­je się mnie, bym do­cho­wał wier­no­ści mo­jej żo­nie, win­no się i ją we­zwać, by mi była wier­na". Te my­śli uczy­ni­ły ze mnie za­zdro­sne­go mał­żon­ka. Obo­wiąz­ki cią­żą­ce na mo­jej żo­nie za­mie­ni­ły się we mnie w pra­wo do­ma­ga­nia się od niej wier­no­ści i je­że­li chcia­łem ob­sta­wać przy tym pra­wie, mu­sia­łem pil­nie i upar­cie stać na jego stra­ży. Nie mia­łem wpraw­dzie naj­mniej­sze­go po­wo­du, by po­dej­rze­wać moją żonę o wia­ro­łom­stwo, ale za­zdrość nie cze­ka na do­wo­dy. Mu­sia­łem bacz­nie pil­no­wać każ­de­go jej kro­ku, nie wol­no jej było wy­cho­dzić gdzie­kol­wiek bez mo­je­go po­zwo­le­nia. Sta­ło się to po­wo­dem gorz­kich sprze­czek po­mię­dzy nami.

Ogra­ni­cze­nie swo­bo­dy po­ru­sza­nia się było - wła­ści­wie mó­wiąc - wię­zie­niem, a Ka­stur­bai nie była dziew­czy­ną, któ­ra by się zgo­dzi­ła zno­sić coś po­dob­ne­go. Ka­te­go­rycz­nie za­żą­da­ła dla sie­bie pra­wa wy­cho­dze­nia, kie­dy bę­dzie chcia­ła i do­kąd ze­chce. Im bar­dziej ogra­ni­cza­łem jej swo­bo­dę po­ru­sza­nia się, tym więk­szej do­ma­ga­ła się dla sie­bie wol­no­ści, a ja co­raz bar­dziej sprze­ci­wia­łem się temu. I oto my, dwo­je po­ślu­bio­nych so­bie dzie­ci, przy­wy­kli­śmy ca­ły­mi dnia­mi nie za­mie­niać ze sobą sło­wa.

Są­dzę, że sta­wia­nie przez Ka­stur­bai żą­dań udzie­le­nia jej wol­no­ści, wo­bec sto­so­wa­nych prze­ze mnie ogra­ni­czeń, było rze­czą wręcz nie­win­ną. Jak­że mo­gła dziew­czy­na po­zba­wio­na wszel­kiej prze­bie­gło­ści ule­gać za­ka­zom cho­dze­nia do świą­ty­ni lub od­wie­dza­nia przy­ja­ciół? Je­że­li ja uzur­po­wa­łem so­bie pra­wo za­bra­nia­nia jej cze­go­kol­wiek, cze­mu jej nie mia­ły przy­słu­gi­wać te same pra­wa? Dziś to wszyst­ko jest dla mnie oczy­wi­ste, ale wte­dy cho­dzi­ło mi przede wszyst­kim o zdo­by­cie au­to­ry­te­tu "mał­żon­ka".

Niech jed­nak czy­tel­ni­cy nie są­dzą, że ży­cie na­sze skła­da­ło się wte­dy z sa­mych przy­kro­ści... Cała moja su­ro­wość mia­ła prze­cież swe źró­dło w mi­ło­ści. Pra­gną­łem uczy­nić z mej żony ide­al­ną mał­żon­kę. Ide­ałem moim było stwo­rze­nie dla niej ży­cia peł­ne­go pra­wo­ści, na­ucze­nie jej tego, cze­go się sam uczy­łem, wresz­cie upodob­nie­nie jej ży­cia i my­śli do mo­ich.

Nie je­stem pe­wien, czy Ka­stur­bai mia­ła po­dob­ne am­bi­cje. Była anal­fa­bet­ką. Była pro­sta, mia­ła nie­za­leż­ne, kon­se­kwent­ne uspo­so­bie­nie, a wo­bec mnie była ma­ło­mów­na. Brak wy­kształ­ce­nia nie przy­gnę­biał jej i nie przy­po­mi­nam so­bie, by moje stu­dia kie­dy­kol­wiek do­da­wa­ły jej ocho­ty za­kosz­to­wa­nia tego sa­me­go. Mam jed­nak wra­że­nie, że wszyst­kie moje ów­cze­sne am­bi­cje były dość jed­no­stron­ne i kon­cen­tro­wa­ły się w jed­nym kie­run­ku, a mia­no­wi­cie wi­dzia­łem w mo­jej żo­nie je­dy­nie ko­bie­tę i pra­gną­łem tyl­ko wza­jem­no­ści. Je­że­li jej na­wet nie było, nie sta­no­wi­ło to dla mnie nie­szczę­ścia, a to dla­te­go, że przy­najm­niej jed­na stro­na była po­chło­nię­ta czyn­ną mi­ło­ścią.

Mu­szę przy­znać, że ko­cha­łem ją na­mięt­nie. Na­wet w szko­le nie prze­sta­wa­łem my­śleć o niej, a świa­do­mość tego, że oto znów za­pad­nie noc i bę­dzie­my ra­zem, nie opusz­cza­ła mnie ani na chwi­lę. Roz­łą­ka była nie do znie­sie­nia. Przy­wy­kłem roz­ma­wiać z nią do póź­nej nocy, a gdy­by tej po­że­ra­ją­cej mnie na­mięt­no­ści nie to­wa­rzy­szy­ło jed­no­cze­śnie nie­ugię­te po­czu­cie cią­żą­cych na mnie obo­wiąz­ków, był­bym nie­wąt­pli­wie albo wpadł w cho­ro­bę i umarł przed­wcze­śnie, albo za­czął pro­wa­dzić ży­cie peł­ne udrę­ki. Wszak­że z góry po­wzię­te, co­dzien­ne zo­bo­wią­za­nia mu­sia­ły być speł­nia­ne każ­de­go ran­ka, a oszu­ki­wa­nie prze­ze mnie ko­go­kol­wiek w ogó­le nie wcho­dzi­ło w ra­chu­bę. To wła­śnie uchro­ni­ło mnie od wie­lu czy­ha­ją­cych na mnie pu­ła­pek.

Po­wie­dzia­łem już, że Ka­stur­bai była anal­fa­bet­ką. Bar­dzo pra­gną­łem uczyć ją, ale moja mi­łość peł­na po­żą­da­nia nie po­zo­sta­wia­ła mi na to cza­su. Na­uka mu­sia­ła jed­nak mieć miej­sce, na­wet wbrew jej woli, czę­sto w nocy. Nie śmia­łem spo­ty­kać się z nią w obec­no­ści osób star­szych, a tym bar­dziej roz­ma­wiać z nią w cią­gu dnia. W Ka­tia­wa­dzie obo­wią­zy­wał w owych cza­sach, a na­wet ist­nie­je obec­nie, swo­isty i bar­ba­rzyń­ski zwy­czaj pur­dah26. Oko­licz­no­ści były więc nie­sprzy­ja­ją­ce temu. Mu­szę jed­nak wy­znać, że więk­szość mo­ich wy­sił­ków ucze­nia Ka­stur­bai, gdy obo­je by­li­śmy jesz­cze mło­dzi, się nie po­wio­dła. Kie­dy zaś ochło­ną­łem z mocy zmy­słów, któ­rym ule­ga­łem, wpa­dłem za­raz w wir ży­cia spo­łecz­ne­go, któ­re po­zo­sta­wia­ło mi bar­dzo mało wol­ne­go cza­su. Nie uda­ło mi się rów­nież na­uczyć jej cze­go­kol­wiek za po­śred­nic­twem pry­wat­nych na­uczy­cie­li i w re­zul­ta­cie Ka­stur­bai z tru­dem po­tra­fi dziś skre­ślić parę nie­skom­pli­ko­wa­nych li­ter i czy­ta je­dy­nie naj­prost­sze sło­wa ję­zy­ka gu­dźa­ra­ti. Je­stem prze­ko­na­ny, że gdy­by moja mi­łość dla niej nie mia­ła tak bar­dzo zmy­sło­we­go cha­rak­te­ru, moja żona by­ła­by dziś wy­kształ­co­ną ko­bie­tą. Po­tra­fił­bym prze­móc jej nie­chęć do na­uki, bo nie ma prze­cież rze­czy nie­moż­li­wych dla praw­dzi­wej mi­ło­ści.

Wspo­mnia­łem tyl­ko o jed­nej oko­licz­no­ści, któ­ra w mniej­szym lub więk­szym stop­niu oca­li­ła mnie od ka­ta­stro­fy po­pad­nię­cia w od­mę­ty wy­łącz­nie zmy­sło­wej mi­ło­ści. War­to jed­nak do­dać do tego jesz­cze jed­no sło­wo. Licz­ne przy­kła­dy prze­ko­na­ły mnie, iż Bóg oca­la w koń­cu tego, kto kie­ru­je się pra­wy­mi po­bud­ka­mi.

Obok okrut­ne­go zwy­cza­ju za­wie­ra­nia ślu­bów po­mię­dzy dzieć­mi, w spo­łe­czeń­stwie in­dyj­skim ist­nie­je jesz­cze inny oby­czaj, któ­ry do pew­ne­go stop­nia po­mniej­sza zło wy­rzą­dza­ne przez po­przed­ni. Oto ro­dzi­ce nie po­zwa­la­ją mło­dym mał­żeń­stwom na zbyt dłu­gie prze­by­wa­nie ra­zem. Żona - pra­wie dziec­ko - prze­waż­ną część cza­su spę­dza u boku swe­go ojca. Po­dob­nie było z nami. Czy­li moż­na po­wie­dzieć, że w cią­gu pierw­szych pię­ciu lat na­sze­go mał­żeń­stwa - a więc od trzy­na­ste­go do osiem­na­ste­go roku ży­cia - ra­zem spę­dzi­li­śmy naj­wy­żej trzy lata. Nie mi­nę­ło sześć mie­się­cy, kie­dy by­li­śmy ra­zem, a już przy­cho­dzi­ło we­zwa­nie ze stro­ny ro­dzi­ców mo­jej żony, by po­wró­ci­ła do nich. Wte­dy te we­zwa­nia były nie­po­żą­da­ne, ale one oca­li­ły nas obo­je.

Kie­dy mia­łem osiem­na­ście lat, wy­je­cha­łem na stu­dia do An­glii, co ozna­cza­ło dłu­gi i zba­wien­ny dla mego zdro­wia okres roz­łą­ki. Na­wet po moim po­wro­cie z An­glii rzad­ko by­li­śmy ra­zem dłu­żej niż sześć mie­się­cy. Mu­sia­łem być w cią­głych po­dró­żach po­mię­dzy Radź­ko­tem a Bom­ba­jem. Póź­niej zo­sta­łem we­zwa­ny do Afry­ki Po­łu­dnio­wej i ta oko­licz­ność osta­tecz­nie uwol­ni­ła mnie od po­trze­by za­spo­ka­ja­nia po­żą­dań cie­le­snych.

V. W LICEUM

owie­dzia­łem już, że kie­dy się oże­ni­łem, by­łem uczniem li­ceum. Wszy­scy trzej moi bra­cia cho­dzi­li do tej sa­mej szko­ły. Naj­star­szy był oczy­wi­ście o parę klas wy­żej od resz­ty, a śred­ni brat, ten, któ­ry jed­no­cze­śnie ze mną wstą­pił w zwią­zek mał­żeń­ski, był tyl­ko o jed­ną kla­sę wy­żej ode mnie. Dla każ­de­go z nas mał­żeń­stwo ozna­cza­ło stra­tę jed­ne­go roku w na­uce szkol­nej. Dla jed­ne­go z mo­ich bra­ci skut­ki były jesz­cze gor­sze, gdyż w ogó­le zre­zy­gno­wał z dal­szej na­uki. Któż zdo­ła ob­li­czyć, ilu mło­dzień­ców ule­gło tej sa­mej co on po­ku­sie. Do­pie­ro obec­nie w na­szym spo­łe­czeń­stwie na­uka i mał­żeń­stwo mogą iść w pa­rze.

Kon­ty­nu­owa­łem więc na­ukę. W li­ceum nie uwa­ża­no mnie za tę­pe­go i za­wsze cie­szy­łem się wzglę­da­mi na­uczy­cie­li. Każ­de­go roku po­sy­ła­no ro­dzi­com oce­nę mo­ich po­stę­pów w na­uce i mo­je­go spra­wo­wa­nia. Do­sta­wa­łem na­wet na­gro­dy, prze­cho­dząc do na­stęp­nych od­dzia­łów. W czwar­tym i szó­stym otrzy­ma­łem sty­pen­dia: jed­no wy­no­si­ło czte­ry ru­pie, dru­gie - dzie­sięć, któ­re ra­czej za­wdzię­czam sprzy­ja­ją­ce­mu mi szczę­ściu ani­że­li po­sia­da­nym wia­do­mo­ściom.

Sty­pen­dia nie były do­stęp­ne dla wszyst­kich, lecz za­re­zer­wo­wa­ne je­dy­nie dla naj­lep­szych uczniów, po­cho­dzą­cych z okrę­gu So­rath w Ka­tia­wa­dzie. W owych zaś cza­sach w kla­sach li­czą­cych od czter­dzie­stu do pięć­dzie­się­ciu uczniów nie było ta­kich wie­lu.

O ile so­bie przy­po­mi­nam, nie mia­łem zbyt wy­so­kie­go mnie­ma­nia o wła­snych zdol­no­ściach. Czę­sto by­łem na­wet szcze­rze zdzi­wio­ny, otrzy­mu­jąc na­gro­dy i sty­pen­dia. Za­zdro­śnie jed­nak sta­łem na stra­ży wła­snej god­no­ści. Naj­mniej­sza ura­za wy­ci­ska­ła mi łzy z oczu. Było dla mnie czymś nie do znie­sie­nia, gdy za­słu­ży­łem lub, zda­niem na­uczy­cie­la, za­słu­gi­wa­łem na na­ga­nę. Przy­po­mi­nam so­bie, że kie­dyś zo­sta­łem wy­chło­sta­ny. Nie tyle cho­dzi­ło mi o sam fakt uka­ra­nia mnie, ile o to, że uwa­ża­no, ja­ko­bym na nie za­słu­żył. Za­le­wa­łem się łza­mi. Przy­tra­fi­ło się to, kie­dy by­łem w pierw­szym lub dru­gim od­dzia­le. Dru­gi po­dob­ny wy­pa­dek miał miej­sce, kie­dy by­łem w siód­mym. Dy­rek­to­rem szko­ły był wte­dy Do­rab­dźi Edul­dźi Gimi. Cie­szył się dużą po­pu­lar­no­ścią wśród uczniów, cho­ciaż su­ro­wo prze­strze­gał dys­cy­pli­ny, był nie­ugię­ty, a jed­no­cze­śnie był do­brym na­uczy­cie­lem. Za jego spra­wą gim­na­sty­ka oraz gra w kry­kie­ta były obo­wiąz­ko­we dla uczniów star­szych od­dzia­łów. Nie lu­bi­łem ani gim­na­sty­ki, ani kry­kie­ta. Nig­dy nie bra­łem udzia­łu w żad­nych ćwi­cze­niach, grach w kry­kie­ta lub pił­kę noż­ną, za­nim te za­ję­cia nie zo­sta­ły uzna­ne za przy­mu­so­we.

Wro­dzo­na nie­śmia­łość była przy­czy­ną, dla któ­rej trzy­ma­łem się na ubo­czu, co - jak to obec­nie wi­dzę - było błę­dem z mo­jej stro­ny. Ule­ga­łem wów­czas myl­ne­mu prze­świad­cze­niu, że gim­na­sty­ka nie ma nic wspól­ne­go z na­uką. Dziś ro­zu­miem, że tre­ning fi­zycz­ny po­wi­nien w wy­cho­wa­niu zaj­mo­wać ty­leż miej­sca, co umy­sło­wy. Mu­szę jed­nak za­zna­czyć, że po­wo­dem, dla któ­re­go nie bra­łem udzia­łu w ćwi­cze­niach fi­zycz­nych, by­najm­niej nie był mój zły stan zdro­wia. Po­wód le­żał gdzie in­dziej: prze­czy­ta­łem w książ­kach o po­żyt­ku, jaki przy­no­szą dłu­gie spa­ce­ry na świe­żym po­wie­trzu, a wo­bec tego, że to mi od­po­wia­da­ło, na­bra­łem przy­zwy­cza­je­nia do od­by­wa­nia dłu­gich prze­cha­dzek, co mi po­zo­sta­ło aż do dziś. Te dłu­gie prze­chadz­ki ogrom­nie mnie za­har­to­wa­ły.

In­nym po­wo­dem tego, że nie zno­si­łem gim­na­sty­ki, było moje go­rą­ce pra­gnie­nie pie­lę­gno­wa­nia ojca. Za­raz po skoń­czo­nych za­ję­ciach w szko­le bie­głem do domu i za­bie­ra­łem się do ob­słu­gi­wa­nia go. Ra­czej ten ro­dzaj za­ję­cia skłon­ny by­łem uwa­żać za obo­wiąz­ko­we ćwi­cze­nia. Zwró­ci­łem się z proś­bą do dy­rek­to­ra szko­ły, mi­ster Gi­mie­go, o zwol­nie­nie mnie z ćwi­czeń gim­na­stycz­nych, abym miał czas na pie­lę­gno­wa­nie ojca. Ale dy­rek­tor nie chciał mnie wy­słu­chać. Otóż przy­tra­fi­ło się pew­nej so­bo­ty, kie­dy za­ję­cia szkol­ne koń­czy­ły się z rana, że po­wi­nie­nem był o czwar­tej po po­łu­dniu wró­cić z domu do szko­ły na owe ćwi­cze­nia gim­na­stycz­ne. Nie mia­łem ze­gar­ka, a za­chmu­rzo­ne nie­bo wpro­wa­dzi­ło mnie w błąd. Za­nim przy­bie­głem do szko­ły, wszy­scy chłop­cy już się po­roz­cho­dzi­li.

Na­stęp­ne­go dnia mi­ster Gimi, prze­glą­da­jąc li­stę, spo­strzegł, że by­łem nie­obec­ny. Kie­dy mnie za­py­tał o przy­czy­nę, od­po­wie­dzia­łem mu, dla­cze­go tak się sta­ło. Dy­rek­tor nie chciał mi jed­nak uwie­rzyć i ka­zał mi za­pła­cić karę w wy­so­ko­ści jed­ne­go czy też dwóch ann27 (nie przy­po­mi­nam so­bie do­kład­nie). By­łem więc oskar­żo­ny o to, że kła­mię! Cier­pia­łem z tego po­wo­du ogrom­nie. W jaki spo­sób udo­wod­nić, że je­stem nie­win­ny? Nie było na to spo­so­bu. Pła­ka­łem z gnie­wu. Zro­zu­mia­łem wte­dy, że czło­wiek dba­ją­cy o praw­dę musi jed­no­cze­śnie być uważ­ny. Był to pierw­szy i ostat­ni przy­kład mo­je­go nie­dbal­stwa w szko­le. Sła­bo so­bie przy­po­mi­nam, co wy­gra­łem na tym, że kara zo­sta­ła mi da­ro­wa­na. Osta­tecz­nie uzy­ska­łem zwol­nie­nie z ćwi­czeń gim­na­stycz­nych, ale do­pie­ro po wy­sto­so­wa­niu przez mego ojca wła­sno­ręcz­ne­go pi­sma do dy­rek­to­ra szko­ły, w któ­rym za­wia­do­mił go, że ży­czy so­bie, abym za­raz po skoń­czo­nych lek­cjach wra­cał do domu.

Po­mi­mo jed­nak, że nie by­łem jed­nym z naj­gor­szych uczniów za­nie­dbu­ją­cych owe ćwi­cze­nia gim­na­stycz­ne, wszyst­kie kary, ja­kie mia­ły spa­dać na in­nych opie­sza­łych uczniów, sta­le sku­pia­ły się na mnie.

Nie wiem, jaką dro­gą do­sze­dłem do prze­świad­cze­nia, że ład­ny cha­rak­ter pi­sma nie jest ko­niecz­ny do wy­kształ­ce­nia, po­zo­sta­ło mi ono jed­nak aż do cza­su, kie­dy wy­je­cha­łem do An­glii. Kie­dy znacz­nie póź­niej, zwłasz­cza w Afry­ce Po­łu­dnio­wej, zo­ba­czy­łem pięk­ne, wy­ka­li­gra­fo­wa­ne pi­smo ad­wo­ka­tów i mło­dzie­ży uro­dzo­nej i wy­cho­wa­nej na miej­scu, czu­łem się głę­bo­ko za­wsty­dzo­ny i ogrom­nie ża­ło­wa­łem wła­sne­go nie­dbal­stwa. Zro­zu­mia­łem, że brzyd­kie pi­smo po­win­no się uwa­żać za do­wód nie­do­sko­na­ło­ści otrzy­ma­ne­go wy­kształ­ce­nia. Usi­ło­wa­łem je póź­niej po­pra­wić, ale już było za póź­no. Nig­dy nie zdo­ła­łem od­ro­bić tego, co zo­sta­ło prze­ze mnie za­nie­dba­ne w mło­do­ści.

Nie­chże mój przy­kład bę­dzie prze­stro­gą dla każ­de­go mło­dzień­ca i dziew­czy­ny - po­win­ni zro­zu­mieć, że wy­raź­ne i ład­ne pi­smo jest nie­odzow­ną czę­ścią wy­kształ­ce­nia. Je­stem obec­nie zda­nia, że za­nim dzie­ci za­czną się uczyć pi­sać, po­win­ny się na­uczyć ry­so­wać. Niech dziec­ko na­uczy się od­róż­niać kształt li­ter, po­dob­nie jak uczy się roz­róż­nia­nia od­mien­nych kształ­tów róż­nych przed­mio­tów. Do­pie­ro wte­dy bę­dzie w sta­nie pi­sać zna­ko­mi­cie wy­ćwi­czo­ną ręką.

Jesz­cze dwa wspo­mnie­nia z mo­ich szkol­nych lat za­słu­gu­ją na to, by o nich opo­wie­dzieć.

Z po­wo­du mo­je­go mał­żeń­stwa stra­ci­łem cały rok, a mój na­uczy­ciel chciał, abym nad­ro­bił stra­co­ny czas, prze­ska­ku­jąc jed­ną kla­sę, na co za­zwy­czaj po­zwa­la­no je­dy­nie wy­jąt­ko­wo pil­nym uczniom. Mia­łem za sobą tyl­ko sześć mie­się­cy w trze­cim od­dzia­le li­ce­al­nym i otrzy­ma­łem pro­mo­cję do czwar­te­go po eg­za­mi­nach, ja­kie się od­by­ły po fe­riach let­nich. Po­cząw­szy od czwar­te­go od­dzia­łu, więk­szość przed­mio­tów wy­kła­da­no w ję­zy­ku an­giel­skim. Czu­łem się jak rzu­co­ny na fale bez­gra­nicz­ne­go oce­anu. Geo­me­tria była dla mnie no­wym przed­mio­tem i nie bar­dzo by­łem w niej moc­ny, a wy­kła­dy w ję­zy­ku an­giel­skim czy­ni­ły ją dla mnie jesz­cze trud­niej­szą. Na­uczy­ciel wy­kła­dał bar­dzo do­brze, ale nie by­łem w sta­nie za nim na­dą­żyć. Nie­kie­dy cał­ko­wi­cie tra­ci­łem na­dzie­ję i my­śla­łem o tym, by po­wró­cić do trze­cie­go od­dzia­łu, zda­jąc so­bie spra­wę, że am­bi­cja od­ro­bie­nia dwóch lat w cią­gu jed­ne­go roku szkol­ne­go była nie­co wy­gó­ro­wa­na. Ale by­ło­by to kom­pro­mi­ta­cją nie tyl­ko dla mnie, ale i dla mego na­uczy­cie­la, któ­ry li­cząc na moją pra­co­wi­tość, wy­ra­ził zgo­dę na prze­nie­sie­nie mnie do wyż­sze­go od­dzia­łu. Oba­wa spra­wie­nia po­dwój­ne­go za­wo­du ka­za­ła mi więc wy­trwać.

Kie­dy wresz­cie z naj­więk­szym tru­dem prze­zwy­cię­ży­łem trzy­na­ste twier­dze­nie geo­me­trycz­ne Eu­kli­de­sa, cała pro­sto­ta tej na­uki ob­ja­wi­ła mi się na­raz w spo­sób zgo­ła nie­ocze­ki­wa­ny. Przed­miot, któ­ry wy­ma­gał je­dy­nie zwy­kłe­go i cał­ko­wi­cie nie­skom­pli­ko­wa­ne­go ro­zu­mo­wa­nia, nie mógł przed­sta­wiać zbyt­nich trud­no­ści. Od tego cza­su geo­me­tria sta­ła się dla mnie za­rów­no przy­jem­nym, jak i ła­twym przed­mio­tem.

Na­to­miast na­uka san­skry­tu była orze­chem trud­nym do zgry­zie­nia. W geo­me­trii nie było nic do za­pa­mię­ta­nia, za to w na­uce san­skry­tu, moim zda­niem, trze­ba się było uczyć wszyst­kie­go na pa­mięć. Przed­miot ten za­czy­na­no wy­kła­dać po­cząw­szy od czwar­te­go od­dzia­łu. Jak tyl­ko prze­sze­dłem do szó­ste­go, znie­chę­ci­łem się osta­tecz­nie. Na­uczy­ciel był bar­dzo wy­ma­ga­ją­cy, za­le­ża­ło mu przede wszyst­kim - jak mi się wy­da­je - na tym, aby wy­wie­rać pre­sję na uczniów. Po­mię­dzy na­uczy­cie­lem san­skry­tu a wy­kła­dow­cą ję­zy­ka per­skie­go ist­niał pe­wien ro­dzaj ry­wa­li­za­cji. Na­uczy­ciel per­skie­go był bar­dziej wy­ro­zu­mia­ły. Ucznio­wie mó­wi­li za­zwy­czaj mię­dzy sobą, że ję­zyk per­ski jest bar­dzo ła­twy do na­uki i że na­uczy­ciel tego przed­mio­tu jest do­bry i po­błaż­li­wy dla uczniów. Owa "ła­twość" sku­si­ła mnie pew­ne­go dnia i zo­sta­łem na lek­cji per­skie­go. Na­uczy­ciel san­skry­tu po­czuł się tym ogrom­nie ura­żo­ny. We­zwał mnie do sie­bie i po­wie­dział:

- Jak mo­głeś za­po­mnieć o tym, że je­steś sy­nem ojca wy­zna­ją­ce­go wia­rę wisz­nu­ic­ką? Czyż­byś nie chciał się uczyć ję­zy­ka wła­snej wia­ry? Je­że­li na­po­ty­kasz pew­ne trud­no­ści, dla­cze­go nie przyj­dziesz do mnie? Chcę was, mo­ich uczniów, na­uczyć san­skry­tu, jak tyl­ko po­tra­fię naj­le­piej. Gdy zro­bisz pew­ne po­stę­py, sam od­naj­dziesz w nim wie­le nie­zmier­nie cie­ka­wych rze­czy. Nie znie­chę­caj się. Przyjdź, mój chłop­cze, znów na lek­cje san­skry­tu.

Do­broć na­uczy­cie­la mnie za­wsty­dzi­ła. Nie mo­głem zlek­ce­wa­żyć jego życz­li­wo­ści. Dziś z wdzięcz­no­ścią wspo­mi­nam Krysz­na­śan­ka­ra Pan­dya, bo prze­cież gdy­bym się wte­dy nie na­uczył - wpraw­dzie nie­zbyt wie­le - san­skry­tu, z pew­no­ścią stu­dio­wa­nie na­szych świę­tych ksiąg przy­cho­dzi­ło­by mi ze znacz­nie więk­szym tru­dem. Bar­dzo też póź­niej ubo­le­wa­łem nad tym, że nie po­zna­łem grun­tow­niej san­skry­tu, a od tego cza­su na­bra­łem prze­ko­na­nia, że każ­dy hin­du­ski chło­piec lub też dziew­czy­na po­win­ni znać pod­sta­wy san­skry­tu.

Są­dzę rów­nież, że wśród przed­mio­tów wy­kła­da­nych w każ­dym li­ceum w In­diach po­win­no się zo­sta­wić dość dużo miej­sca na na­ukę ję­zy­ków: hin­di, san­skry­tu, per­skie­go, arab­skie­go oraz an­giel­skie­go, nie­za­leż­nie od na­uki ję­zy­ka oj­czy­ste­go. Ta dłu­ga li­sta nie po­win­na ni­ko­go prze­ra­żać. Gdy­by na­sze wy­kształ­ce­nie było bar­dziej sys­te­ma­tycz­ne, a nasi chłop­cy byli zwol­nie­ni od obo­wiąz­ku ucze­nia się w ob­cym ję­zy­ku wy­kła­da­nych im przed­mio­tów, je­stem prze­ko­na­ny, że na­uka wszyst­kich wy­mie­nio­nych ję­zy­ków prze­sta­ła­by być tak nud­na, a sta­ła­by się przy­jem­no­ścią. Grun­tow­na zna­jo­mość jed­ne­go ję­zy­ka w pew­nym sen­sie znacz­nie uła­twia po­zna­nie dru­gie­go.

W rze­czy­wi­sto­ści bo­wiem ję­zy­ki: hin­di, gu­dźa­ra­ti i san­skryt mogą być roz­pa­try­wa­ne jako je­den ję­zyk, a per­ski i arab­ski rów­nież jako je­den. Po­mi­mo iż ję­zyk per­ski na­le­ży do gru­py ję­zy­ków aryj­skich, arab­ski zaś do se­mic­kich, po­mię­dzy tymi dwo­ma ję­zy­ka­mi ist­nie­je bli­skie po­kre­wień­stwo, po­nie­waż swój głów­ny roz­wój za­wdzię­cza­ją is­la­mo­wi. Nie uwa­żam na­to­miast urdu za wy­raź­nie od­ręb­ny ję­zyk, gdyż przy­swo­ił so­bie gra­ma­ty­kę hin­di, a jego słow­nic­two ma swe głów­ne źró­dło w per­skim i arab­skim. Każ­dy więc, kto chce do­brze po­znać urdu, musi znać per­ski i arab­ski, po­dob­nie jak chcąc na­uczyć się ję­zy­ków: gu­dźa­ra­ti, hin­di, ben­ga­li lub ma­ra­thi, trze­ba znać san­skryt28.

VII. TRAGEDIA (CIĄG DALSZY)

ad­szedł ów dzień. Trud­no do­kład­nie opi­sać, w ja­kim znaj­do­wa­łem się sta­nie. Z jed­nej stro­ny było go­rą­ce pra­gnie­nie do­ko­na­nia ja­kiejś od­mia­ny w ży­ciu i roz­po­czę­cia cze­goś zgo­ła no­we­go, z dru­giej - uczu­cie wsty­du, gdyż jak zło­dziej mu­sia­łem się kryć z tym, co mia­łem zro­bić, a co uwa­ża­łem za słusz­ne. Nie po­tra­fię po­wie­dzieć, któ­re z tych uczuć prze­wa­ża­ło we mnie.

Uda­li­śmy się na po­szu­ki­wa­nie bez­lud­ne­go miej­sca nad rze­ką i wte­dy po raz pierw­szy w ży­ciu zo­ba­czy­łem mię­so. Była też przy nim krom­ka bia­łe­go chle­ba.

Ani jed­no, ani dru­gie mi nie sma­ko­wa­ło. Mię­so kozy było twar­de jak skó­ra. Po pro­stu nie by­łem w sta­nie go ugryźć. Ze­mdli­ło mnie i mu­sia­łem prze­stać jeść.

Noc, któ­rą spę­dzi­łem po­tem, była okrop­na. Ja­kieś okrop­ne kosz­ma­ry mę­czy­ły mnie przez cały czas. Ile­kroć za­sy­pia­łem, zda­wa­ło mi się, że żywa koza be­czy tuż obok, wy­rzu­ty su­mie­nia tak mnie drę­czy­ły, że go­tów by­łem wy­sko­czyć z łóż­ka, ale wte­dy prze­ko­ny­wa­łem sam sie­bie, że spo­ży­wa­nie mię­sa jest moim obo­wiąz­kiem, i ja­koś się uspo­ka­ja­łem.

Mój przy­ja­ciel nie był czło­wie­kiem skłon­nym do szyb­kiej re­zy­gna­cji. Za­brał się do przy­rzą­dza­nia róż­nych przy­sma­ków z mię­sa i pod­le­wa­nia ich so­sa­mi. Jako ja­dal­nia nie słu­żył nam już bez­lud­ny brzeg rze­ki, lecz gmach rzą­do­wy z salą ja­dal­ną, sto­ła­mi, fo­te­la­mi. Wszyst­ko to zo­sta­ło za­aran­żo­wa­ne przez mo­je­go przy­ja­cie­la w po­ro­zu­mie­niu z głów­nym ku­cha­rzem tej in­sty­tu­cji.

Przy­nę­ta od­nio­sła sku­tek. Prze­mo­głem swój wstręt do chle­ba oraz do ko­zie­go mię­sa i sta­łem się wiel­kim sma­ko­szem wszel­kich mię­snych po­traw, choć za sa­mym mię­sem nie prze­pa­da­łem. Trwa­ło to mniej wię­cej rok. Tych mię­snych uczt było ogó­łem nie wię­cej niż ja­kieś pół tu­zi­na, a to dla­te­go, że nie za­wsze moż­na było do­stać się do tego rzą­do­we­go lo­ka­lu, a czę­ste spo­rzą­dza­nie kosz­tow­nych po­traw z mię­sa było po­łą­czo­ne z dość du­ży­mi trud­no­ścia­mi. Nie mia­łem pie­nię­dzy, by so­bie po­zwo­lić na taką "re­for­mę" ży­cia. Na­to­miast mój przy­ja­ciel za­wsze po­tra­fił zna­leźć nie­zbęd­ne środ­ki. Nie mam po­ję­cia, jak to ro­bił. Miał ich za­wsze pod do­stat­kiem, bo mu ogrom­nie za­le­ża­ło na tym, by zro­bić ze mnie sta­łe­go "mię­so­żer­cę". Wi­docz­nie jed­nak jego środ­ki też mu­sia­ły się wy­czer­pać, a tym sa­mym owe uczty sta­wa­ły się co­raz rzad­sze.

Ile­kroć mia­łem spo­sob­ność po­fol­go­wać so­bie pod­czas tych ob­fi­tych uczt, nie mo­gło być już mowy o tym, bym mógł zjeść obiad w domu. Mat­ka za­zwy­czaj wo­ła­ła mnie, bym przy­szedł na po­si­łek, i chcia­ła wie­dzieć, dla­cze­go nic nie jem. W ta­kich ra­zach mó­wi­łem, że nie mam ape­ty­tu lub że coś jest nie w po­rząd­ku z moim tra­wie­niem.

Nie mogę po­wie­dzieć, abym bez skru­pu­łów po­słu­gi­wał się po­dob­ny­mi pre­tek­sta­mi. Wie­dzia­łem, że kła­mię, co gor­sza: że okła­mu­ję mat­kę. Zda­wa­łem so­bie jed­no­cze­śnie spra­wę z tego, że gdy­by ro­dzi­ce się do­wie­dzie­li, że jem mię­so, by­li­by tym po pro­stu wstrzą­śnię­ci. Świa­do­mość tego po­że­ra­ła mi ser­ce.

Wte­dy po­wie­dzia­łem so­bie: "Acz­kol­wiek spo­ży­wa­nie mię­sa jest waż­ne, po­dob­nie jak waż­ne jest prze­pro­wa­dze­nie re­for­my od­ży­wia­nia w kra­ju, jed­nak oszu­ki­wa­nie i okła­my­wa­nie ro­dzi­ców jest czymś gor­szym ani­że­li spo­ży­wa­nie mię­sa. Do­pó­ki moi ro­dzi­ce żyją, nie może więc być mowy o tym, bym jadł mię­so. Gdy umrą i będę wol­ny, będę je jadł otwar­cie, ale za­nim to na­stą­pi, po­wstrzy­mam się".

Za­ko­mu­ni­ko­wa­łem swe po­sta­no­wie­nie przy­ja­cie­lo­wi i od tego cza­su nig­dy już nie po­wró­ci­łem do spo­ży­wa­nia mię­sa. Ro­dzi­ce nig­dy się nie do­wie­dzie­li, iż ich dwaj sy­no­wie je­dli mię­so.

Wy­rze­kłem się spo­ży­wa­nia mię­sa, aby nie okła­my­wać ro­dzi­ców, ale nie zre­zy­gno­wa­łem z to­wa­rzy­stwa przy­ja­cie­la. Moje go­rą­ce pra­gnie­nie na­wró­ce­nia go mia­ło dla mnie ka­ta­stro­fal­ne na­stęp­stwa, jed­nak nie zda­wa­łem so­bie z tego spra­wy. Prze­by­wa­nie w jego to­wa­rzy­stwie do­pro­wa­dzi­ło­by mnie do zła­ma­nia wier­no­ści żo­nie. Cu­dem oca­la­łem.

Pew­ne­go razu przy­ja­ciel za­pro­wa­dził mnie do domu pu­blicz­ne­go, udzie­liw­szy mi przed­tem wszel­kich nie­zbęd­nych in­for­ma­cji. Wszyst­ko było z góry przy­go­to­wa­ne i opła­co­ne. Wsze­dłem w samą pasz­czę grze­chu, lecz Bóg w swej nie­zmie­rzo­nej do­bro­ci obro­nił mnie przede mną sa­mym. Nie­mal głu­chy i śle­py zna­la­złem się w tej ja­ski­ni wy­stęp­ku. Sie­dzia­łem obok ja­kiejś ko­bie­ty na jej łóż­ku i nie mo­głem z sie­bie wy­krztu­sić ani sło­wa. Znie­cier­pli­wi­ło to wresz­cie tę ko­bie­tę, więc zło­rze­cząc i ob­rzu­ca­jąc mnie wy­zwi­ska­mi, wy­rzu­ci­ła mnie za drzwi. Mia­łem wra­że­nie, że moja god­ność mę­ska zo­sta­ła sro­dze ob­ra­żo­na i go­tów by­łem ze wsty­du za­paść się pod zie­mię. Nie prze­sta­ję jed­nak po dzień dzi­siej­szy dzię­ko­wać Bogu, że mnie wte­dy ura­to­wał. Przy­po­mi­nam so­bie jesz­cze czte­ry po­dob­ne przy­pad­ki w moim ży­ciu i za każ­dym ra­zem ra­czej szczę­śli­wy traf, ani­że­li ja­ki­kol­wiek wy­si­łek z mo­jej stro­ny, przy­cho­dził mi ze zba­wien­ną po­mo­cą.

Z etycz­ne­go sta­no­wi­ska każ­dy z tych przy­pad­ków na­le­ży oce­nić jako do­wód upad­ku mo­ral­ne­go, gdyż mia­ło się do czy­nie­nia z po­żą­da­niem cie­le­snym, któ­re ozna­cza ty­leż co sam akt. Na­to­miast pa­trząc na te spra­wy zwy­czaj­nie, trze­ba po­wie­dzieć, że czło­wiek, któ­ry zo­stał fi­zycz­nie po­wstrzy­ma­ny od po­peł­nie­nia grze­chu, może być uwa­ża­ny za oca­lo­ne­go. Je­że­li cho­dzi o moją oso­bę, zo­sta­łem oca­lo­ny je­dy­nie w tym sen­sie. Ist­nie­ją bo­wiem ta­kie uczyn­ki, że oca­le­nie przed nimi moż­na uwa­żać za dar nie­ba - za­rów­no dla tego, któ­ry oca­lał, jak i dla tych, co nim kie­ro­wa­li. Z chwi­lą gdy czło­wiek od­zy­sku­je świa­do­mość tego, co jest słusz­ne, skła­da on dzię­ki Opatrz­no­ści za to, że oca­lał. Wie­my, że czło­wiek czę­sto ule­ga po­ku­sie, mimo iż się prze­ciw­ko niej bro­ni, ale wie­my rów­nież, że Opatrz­ność czę­sto przy­cho­dzi mu z po­mo­cą i wbrew woli czło­wie­ka wy­ba­wia go z nie­bez­pie­czeń­stwa. Dla­cze­go się tak dzie­je, w ja­kim stop­niu czło­wiek jest isto­tą wol­ną, a w ja­kim za­leż­ną od ota­cza­ją­cych go wa­run­ków, jak da­le­ko może się po­su­nąć na tej dro­dze i kie­dy na sce­nę wkra­cza prze­zna­cze­nie? - Wszyst­ko to jest owia­ne mro­kiem ta­jem­ni­cy i po­zo­sta­nie nią.

Ale po­wróć­my do na­szej opo­wie­ści. Na­wet te wy­da­rze­nia nie uświa­do­mi­ły mi ze­psu­cia, ja­kie wy­ni­ka­ło z prze­by­wa­nia w to­wa­rzy­stwie mego przy­ja­cie­la. Mia­łem zresz­tą spo­ro in­nych, nie mniej przy­krych przy­kła­dów w za­pa­sie, aż wresz­cie na­ocz­nie prze­ko­na­łem się o pew­nych, zgo­ła nie­spo­dzie­wa­nych dla mnie, do­wo­dach mo­ral­ne­go upad­ku mego przy­ja­cie­la. Ale o tym póź­niej - chcę za­cho­wać cią­głość chro­no­lo­gicz­ną mo­jej opo­wie­ści.

O pew­nym wy­da­rze­niu mu­szę jed­nak wspo­mnieć za­raz, tym bar­dziej że jest ono zwią­za­ne z tym sa­mym okre­sem. Jed­nym z po­wo­dów nie­po­ro­zu­mień, ja­kie wy­ni­kły po­mię­dzy mną a moją żoną, było nie­wąt­pli­wie moje prze­by­wa­nie w to­wa­rzy­stwie tego przy­ja­cie­la. By­łem jed­no­cze­śnie od­da­nym i po­że­ra­nym przez za­zdrość mał­żon­kiem, a ów przy­ja­ciel roz­pa­lał we mnie wszel­kie po­dej­rze­nia wo­bec mo­jej żony. Nig­dy nie wąt­pi­łem w praw­dzi­wość jego słów, nig­dy też nie mo­głem so­bie wy­ba­czyć bru­tal­no­ści, ja­kiej się do­pusz­cza­łem wo­bec mo­jej żony, ka­rząc ją czę­sto za prze­wi­nie­nia, któ­re zgod­nie z tym, co mi opo­wia­dał mój przy­ja­ciel, mia­ła ja­ko­by po­peł­niać.

My­ślę, że tyl­ko hin­du­ska ko­bie­ta mo­gła znieść te upo­ko­rze­nia i za­pew­ne tyl­ko dla­te­go za­wsze uwa­ża­łem ko­bie­tę za uoso­bie­nie wy­ro­zu­mia­ło­ści. Słu­żą­cy, na któ­re­go pada nie­za­słu­żo­ne po­dej­rze­nie, po­rzu­ca swo­je miej­sce pra­cy, syn w po­dob­nym przy­pad­ku opusz­cza oj­cow­ski dom, a przy­ja­ciel może ze­rwać wię­zy przy­jaź­ni. Je­że­li ko­bie­ta po­dej­rze­wa męża o wia­ro­łom­stwo, musi za­cho­wać spo­kój, na­to­miast je­że­li sama ścią­gnę­ła na sie­bie po­dej­rze­nia męża, jest ska­za­na na cier­pie­nia i nie­szczę­ście. Do­kąd bo­wiem ma się udać? Ko­bie­ta hin­du­ska nie ma pra­wa do­ma­gać się w są­dzie roz­wo­du. Pra­wo nie udzie­la jej żad­nej po­mo­cy.

Nig­dy nie za­po­mnę i nie wy­ba­czę so­bie tego, że do­pro­wa­dzi­łem moją żonę do roz­pa­czy. Po­że­ra­ją­cy mnie ro­bak po­dej­rzeń zo­stał we mnie wy­tę­pio­ny do­pie­ro wte­dy, kie­dy zro­zu­mia­łem, na czym po­le­ga ahim­sa32 we wszyst­kich od­mia­nach. Po­zna­łem wte­dy wiel­kość brah­ma­ćar­ji33 i zro­zu­mia­łem, że żona nie jest nie­wol­ni­cą męża, lecz jego to­wa­rzysz­ką i po­moc­ni­cą, oraz że ma pra­wo do uczest­ni­cze­nia w jego smut­kach i ra­do­ściach, a tak­że, po­dob­nie jak jej mę­żo­wi, wol­no jej obrać wła­sną dro­gę w ży­ciu.

Ile­kroć przy­po­mnę so­bie tam­te mrocz­ne dni peł­ne zwąt­pień, po­dej­rzeń, prze­kli­nam wła­sne sza­leń­stwo i okru­cień­stwo po­dyk­to­wa­ne po­żą­dli­wo­ścią i opła­ku­ję moją śle­pą ule­głość owe­mu przy­ja­cie­lo­wi.

I. NARODZINY I POKREWIEŃSTWA

ód Gan­dhich na­le­ży do ka­sty ba­nia8 i - jak się wy­da­je - wy­wo­dził się z kup­ców ko­rzen­nych. Jed­nak od trzech po­ko­leń, po­cząw­szy od mego dziad­ka, byli oni pre­mie­ra­mi rzą­du w róż­nych księ­stwach Ka­tia­wa­du9. Ut­tam­czand Gan­dhi, czy­li Ota Gan­dhi, mój dzia­dek, mu­siał być czło­wie­kiem o su­ro­wych za­sa­dach. In­try­gi pań­stwo­we zmu­si­ły go do opusz­cze­nia Po­rban­da­ru10, gdzie był di­wa­nem11, i schro­nie­nia się w Dźu­na­gadh12. Tu po­wi­tał na­wa­ba13, uno­sząc do góry lewą rękę, a ktoś zwró­ciw­szy uwa­gę na ten osten­ta­cyj­ny afront, za­żą­dał wy­ja­śnień, na co otrzy­mał na­stę­pu­ją­cą od­po­wiedź: "Pra­wa ręka jest na ra­zie za­ję­ta w Po­rban­da­rze".

Ota Gan­dhi, owdo­wiaw­szy, oże­nił się po raz dru­gi. Z pierw­sze­go mał­żeń­stwa miał czte­rech sy­nów, a z dru­gie­go - dwóch. Nie są­dzę, abym kie­dy­kol­wiek w dzie­ciń­stwie od­czuł lub bo­daj wie­dział, iż owi sy­no­wie Oty Gan­dhie­go nie byli dzieć­mi jed­nej mat­ki. Pią­tym spo­śród tych sze­ściu bra­ci był Ka­ram­czand Gan­dhi, czy­li Kaba Gan­dhi, szó­stym zaś Tul­si­das Gan­dhi. Oby­dwaj ci bra­cia byli ko­lej­no, je­den po dru­gim, pre­mie­ra­mi rzą­du w Po­rban­da­rze. Kaba Gan­dhi był moim oj­cem. Był on człon­kiem Try­bu­na­łu w Ra­dźa­stha­nie14. Dziś nie ist­nie­je on już, lecz w owych cza­sach sta­no­wił bar­dzo wpły­wo­wą in­sty­tu­cję słu­żą­cą do li­kwi­do­wa­nia za­tar­gów po­mię­dzy przy­wód­ca­mi a człon­ka­mi ich kla­nów. Był on rów­nież przez pe­wien czas pre­mie­rem w Radź­ko­cie15, a na­stęp­nie w Wan­ka­ne­rze16. Gdy umie­rał, był eme­ry­tem pań­stwa Radź­kot.

Kaba Gan­dhi czte­ro­krot­nie za­wie­rał związ­ki mał­żeń­skie, zo­sta­jąc raz po raz wdow­cem. Miał dwie cór­ki z pierw­sze­go i dru­gie­go mał­żeń­stwa. Jego ostat­nia żona, Pu­tli­bai, uro­dzi­ła mu cór­kę oraz trzech sy­nów, z któ­rych ja by­łem naj­młod­szy.

Mój oj­ciec ko­chał swój klan, był mu wier­ny, od­zna­czał się od­wa­gą i wiel­ko­dusz­no­ścią, lecz był wy­bu­cho­wy. Nie stro­nił od uciech cie­le­snych. Oże­nił się po raz czwar­ty, kie­dy był już po czter­dzie­st­ce. Był nie­sprze­daj­ny i za­rów­no wśród ro­dzi­ny, jak i na ze­wnątrz zdo­był so­bie sła­wę swą nie­złom­ną bez­stron­no­ścią. Jego lo­jal­ność w sto­sun­ku do pań­stwa była po­wszech­nie zna­na.

Kie­dy za­stęp­ca przed­sta­wi­cie­la rzą­du bry­tyj­skie­go obe­lży­wie ode­zwał się 0 tha­ko­re sa­he­bie17 z Radź­ko­tu, jego prze­ło­żo­nym, wów­czas Kaba Gan­dhi sta­wił czo­ło owym obe­lgom. Tam­ten roz­gnie­wał się i za­żą­dał od Kaby Gan­dhie­go, by go prze­pro­sił, na co mój oj­ciec od­po­wie­dział od­mow­nie i w re­zul­ta­cie zo­stał uwię­zio­ny na parę go­dzin. Kie­dy jed­nak ów urzęd­nik zo­rien­to­wał się, że Kaba Gan­dhi jest nie­prze­jed­na­ny, wy­dał roz­kaz uwol­nie­nia go.

Mój oj­ciec nig­dy nie pre­ten­do­wał do ja­kie­go­kol­wiek gro­ma­dze­nia ma­jąt­ku i po­zo­sta­wił nam w spad­ku bar­dzo nie­wie­le. Nie miał żad­ne­go wy­kształ­ce­nia, prócz tego, któ­re daje do­świad­cze­nie. Co naj­wy­żej da­ło­by się o nim po­wie­dzieć, że osią­gnął pią­ty sto­pień w ję­zy­ku gu­dźa­ra­ti. Zna­jo­mość hi­sto­rii i geo­gra­fii była mu cał­ko­wi­cie obca, jed­nak bo­ga­te do­świad­cze­nie na­by­te przy roz­wią­zy­wa­niu prak­tycz­nych za­gad­nień da­wa­ło mu moc­ne pod­sta­wy przy roz­strzy­ga­niu naj­bar­dziej za­wi­łych spraw oraz spra­wo­wa­niu wła­dzy nad set­ka­mi lu­dzi.

Był też bar­dzo mało oby­ty ze spra­wa­mi re­li­gij­ny­mi, na­to­miast re­pre­zen­to­wał ten ro­dzaj kul­tu­ry re­li­gij­nej, któ­rą wie­lu In­du­sów zdo­by­wa dzię­ki czę­ste­mu od­wie­dza­niu świą­tyń i przy­słu­chi­wa­niu się dys­ku­sjom na te­ma­ty re­li­gij­ne. U schył­ku swe­go ży­cia za­czął, na sku­tek na­le­gań pew­ne­go za­przy­jaź­nio­ne­go z ro­dzi­ną wy­kształ­co­ne­go bra­mi­na, stu­dio­wać księ­gi Gity18 i zwykł pod­czas od­pra­wia­nia co­dzien­nych mo­dłów gło­śno re­cy­to­wać po­szcze­gól­ne wer­se­ty.

Do­mi­nu­ją­cym wspo­mnie­niem, ja­kie mi po­zo­sta­ło po mat­ce, jest ota­cza­ją­ca ją au­re­ola pew­nej świę­to­ści. Mat­ka była głę­bo­ko re­li­gij­na. Nie za­sia­dła­by nig­dy do spo­ży­wa­nia po­sił­ku bez uprzed­nie­go od­pra­wie­nia co­dzien­nych mo­dłów. Od­wie­dza­nie ha­ve­li19 - świą­ty­ni po­świe­co­nej bo­go­wi Wisz­nu - było jed­nym z jej co­dzien­nych obo­wiąz­ków. Jak da­le­ko się­ga moja pa­mięć, nie mogę so­bie przy­po­mnieć, by kie­dy­kol­wiek opu­ści­ła Cza­tur­mas20. Skła­da­ła naj­su­row­sze ślu­bo­wa­nia i speł­nia­ła je bez uchy­bień. Na­wet cho­ro­ba nie uspra­wie­dli­wia­ła zwol­nie­nia od nich. Przy­po­mi­nam so­bie, że kie­dyś za­cho­ro­wa­ła w trak­cie prze­strze­ga­nia ślu­bo­wa­nia Czan­dra­ja­na21, jed­nak zły stan zdro­wia nie był wy­star­cza­ją­cym po­wo­dem, by je prze­rwa­ła. Pod­da­nie się dwom lub trzem ko­lej­no po so­bie na­stę­pu­ją­cym po­stom nie było dla niej czymś nie­zwy­kłym. Pod­czas świę­to­wa­nia Cza­tur­mas przyj­mo­wa­nie jed­ne­go po­sił­ku dzien­nie we­szło jej w zwy­czaj. Nie za­do­wa­la­jąc się tym, mat­ka moja po­ści­ła co dru­gi dzień w okre­sie jed­ne­go Cza­tur­mas. Pod­czas in­ne­go Cza­tur­mas zło­ży­ła ślu­bo­wa­nie nie­przyj­mo­wa­nia po­sił­ków, za­nim nie uj­rzy słoń­ca.

W owe dnie my, dzie­ci, sta­li­śmy wpa­trze­ni w nie­bo, cze­ka­jąc, aż bę­dzie­my mo­gli oznaj­mić na­szej mat­ce uka­za­nie się słoń­ca. Każ­dy wie, że w kul­mi­na­cyj­nych mo­men­tach pory desz­czo­wej słoń­ce czę­sto wca­le się nie po­ka­zu­je. Przy­po­mi­nam so­bie dnie, kie­dy przy na­głym jego uka­za­niu się bie­gli­śmy do mat­ki, by jej tę wia­do­mość oznaj­mić. Wte­dy mat­ka sama wy­bie­ga­ła z domu, by na wła­sne oczy prze­ko­nać się o tym, tym­cza­sem krót­ka chwi­la uka­za­nia się słoń­ca już zdą­ży­ła prze­mi­nąć, po­zba­wia­jąc ją po­ży­wie­nia.

- To nie ma zna­cze­nia! - mó­wi­ła z po­go­dą du­cha - wi­docz­nie Bóg nie chciał, bym dziś ja­dła. - Po czym wra­ca­ła do swych do­mo­wych za­jęć.

Mat­ka moja była ob­da­rzo­na wy­bit­nie roz­wi­nię­tym po­czu­ciem zdro­we­go roz­sąd­ku. Była do­sko­na­le po­in­for­mo­wa­na, gdy cho­dzi­ło o wszyst­kie spra­wy do­ty­czą­ce pań­stwa, a pa­nie by­wa­ją­ce na dwo­rze wy­so­ko ce­ni­ły jej in­te­li­gen­cję. Czę­sto, ko­rzy­sta­jąc z przy­wi­le­jów dzie­ciń­stwa, to­wa­rzy­szy­łem jej i wciąż jesz­cze za­cho­wa­łem w pa­mię­ci nie­któ­re oży­wio­ne dys­ku­sje, ja­kie moja mat­ka pro­wa­dzi­ła z owdo­wia­łą mat­ką tha­ko­re sa­he­ba.

Uro­dzi­łem się więc jako dziec­ko tych oto ro­dzi­ców, w Po­rban­da­rze, zna­nym rów­nież pod na­zwą Su­da­ma­pu­ri, dnia dru­gie­go paź­dzier­ni­ka 1869 roku. Dzie­ciń­stwo spę­dzi­łem w Po­rban­da­rze. Pa­mię­tam, że po­sła­no mnie do szko­ły. Prze­brnię­cie przez ta­blicz­kę mno­że­nia spra­wia­ło mi znacz­ne trud­no­ści. Nie przy­po­mi­nam so­bie z owych dni nic wię­cej niż to, że na­uczy­łem się wraz z in­ny­mi chłop­ca­mi nada­wać na­sze­mu na­uczy­cie­lo­wi naj­róż­niej­sze prze­zwi­ska - świad­czy to do­bit­nie, że moje zdol­no­ści umy­sło­we były ra­czej dość ni­kłe, a moja pa­mięć - nie­doj­rza­ła.

XVI. ZMIANY

iech się jed­nak ni­ko­mu nic zda­je, że moje za­mia­ry na­ucze­nia się tań­ca i temu po­dob­ne spra­wy były do­wo­dem ja­kiejś lek­ko­myśl­no­ści w moim ży­ciu. Czy­tel­nik chy­ba za­uwa­żył, że by­łem przy zdro­wych zmy­słach. W okre­sie tego za­śle­pie­nia by­najm­niej nie by­łem po­zba­wio­ny zmy­słu sa­mo­kry­ty­cy­zmu, za­pi­sy­wa­łem każ­de parę wy­da­nych pen­sów, a moje wy­dat­ki były ści­śle wy­li­czo­ne. Za­pi­sy­wa­łem każ­dy naj­mniej­szy wy­da­tek, jak na przy­kład za prze­jazd au­to­bu­sem albo za znacz­ki pocz­to­we, i co­dzien­nie przez pój­ściem spać ro­bi­łem bi­lans swo­ich dzien­nych wy­dat­ków. Za­cho­wa­łem ten zwy­czaj na wie­le lat i wiem, jaki to dało re­zul­tat: ma­jąc oto póź­niej do czy­nie­nia z fun­du­sza­mi spo­łecz­ny­mi, się­ga­ją­cy­mi nie­raz se­tek ty­się­cy, po­tra­fi­łem tak oszczęd­nie nimi dys­po­no­wać, że za­miast nie­unik­nio­nych w po­dob­nych wy­pad­kach nie­do­bo­rów sta­le mie­wa­łem nad­wyż­kę, mimo roz­licz­nych trans­ak­cji, któ­re pro­wa­dzi­łem. Niech każ­dy mło­dzie­niec weź­mie so­bie jed­ną kart­kę z mo­jej książ­ki i uczy­ni swo­im punk­tem ho­no­ru za­pi­sy­wa­nie na niej każ­dej sumy, jaka wpły­wa do jego kie­sze­ni lub zo­sta­je przez nie­go wy­da­na. Je­stem pe­wien, że po­dob­nie jak ja je­dy­nie na tym zy­ska.

Kie­dy się uważ­nie przyj­rza­łem swo­je­mu try­bo­wi ży­cia, do­sze­dłem do wnio­sku, że mu­szę za­cząć żyć oszczęd­niej. Po­sta­no­wi­łem ob­ciąć wy­dat­ki o po­ło­wę. Ra­chun­ki wy­ka­za­ły, że spo­ro wy­da­ję na ko­mu­ni­ka­cję. Ży­cie przy ro­dzi­nie wy­ma­ga­ło re­gu­lar­ne­go pła­ce­nia co­ty­go­dnio­wych ra­chun­ków. Do sta­łych wy­dat­ków na­le­ża­ło rów­nież za­pra­sza­nie od cza­su do cza­su człon­ków tej ro­dzi­ny na obia­dy lub urzą­dza­nie nie­wiel­kich przy­jęć. Wszyst­ko to po­cią­ga­ło spo­re wy­dat­ki na środ­ki lo­ko­mo­cji, zwłasz­cza gdy przy­ja­cie­lem była ko­bie­ta, a zwy­czaj wy­ma­gał, by męż­czy­zna za nią pła­cił. Obia­dy poza do­mem rów­nież po­cią­ga­ły od­dziel­ne wy­dat­ki, po­nie­waż nie było zwy­cza­ju od­li­czać od sta­łe­go ty­go­dnio­we­go ra­chun­ku kwo­ty za po­sił­ki, któ­rych się nie spo­ży­ło. Zda­wa­ło mi się, że wszyst­kie te wy­dat­ki mogą być za­osz­czę­dzo­ne, tym bar­dziej że myl­ne po­ję­cie o moim sta­nie po­sia­da­nia moc­no nad­we­rę­ży­ło moje za­so­by.

Za­miast więc miesz­kać przy ro­dzi­nie, po­sta­no­wi­łem wy­na­jąć osob­ny po­kój i prze­pro­wa­dzać się z jed­ne­go miej­sca na dru­gie, za­leż­nie od tego, gdzie w owym cza­sie pra­co­wa­łem. Wy­bie­ra­łem po­ko­je tak, bym mógł prze­by­wać dzie­lą­cą prze­strzeń w cią­gu pół go­dzi­ny, przez co oszczę­dza­łem na ko­mu­ni­ka­cji. Do­tych­czas, za­wsze gdy mia­łem się udać gdzie­kol­wiek, ko­rzy­sta­łem z we­hi­ku­łu i mu­sia­łem osob­no znaj­do­wać czas na spa­ce­ry. Nowy spo­sób łą­czył oszczęd­ność z moż­li­wo­ścią od­by­wa­nia spa­ce­rów, zmu­szał do prze­by­wa­nia dzien­nie od ośmiu do dzie­się­ciu mil.

Temu przy­zwy­cza­je­niu od­by­wa­nia dłu­gich pie­szych prze­cha­dzek za­wdzię­czam utrzy­ma­nie się w do­brym sta­nie zdro­wia pod­czas ca­łe­go mego po­by­tu w An­glii oraz wy­ro­bie­nie so­bie moc­nych mię­śni.

Wy­na­ją­łem więc dwa po­ko­iki: je­den był czymś w ro­dza­ju sa­lo­ni­ku, dru­gi - sy­pial­nią. Był to dru­gi etap mego po­by­tu w An­glii. Wkrót­ce nad­szedł trze­ci.

Wszyst­kie te zmia­ny zmniej­szy­ły o po­ło­wę moje wy­dat­ki. Po­wsta­wa­ło na­to­miast inne py­ta­nie: jak wy­ko­rzy­stać czas? Wie­dzia­łem, że eg­za­mi­ny praw­ni­cze nie wy­ma­ga­ją zbyt usil­nych stu­diów, i dla­te­go nie bar­dzo się śpie­szy­łem. Moje sła­be po­stę­py w na­uce an­giel­skie­go spra­wi­ły mi spo­ro utra­pie­nia. Mi­ster Lely - póź­niej zo­stał Sir Fre­de­ric­kiem - po­wie­dział: "Wpierw trze­ba skoń­czyć stu­dia, a póź­niej zgło­sisz się do mnie!". Sło­wa te wciąż dźwię­cza­ły mi w uszach.

Są­dzi­łem, że po­wi­nie­nem nie tyl­ko zło­żyć eg­za­mi­ny, ale rów­nież uzy­skać sto­pień na­uko­wy. Za­się­gną­łem in­for­ma­cji, jak wy­glą­da spra­wa wstą­pie­nia na uni­wer­sy­tet w Cam­brid­ge lub w Oks­for­dzie, po­ra­dzi­łem się przy­ja­ciół i do­sze­dłem do prze­ko­na­nia, że je­że­li się zde­cy­du­ję na kon­ty­nu­owa­nie stu­diów w jed­nym z tych miast, pod­nie­sie to nie­wąt­pli­wie kosz­ty i prze­dłu­ży mój po­byt w An­glii bar­dziej, ani­że­li przy­pusz­cza­łem. Je­den z przy­ja­ciół po­ra­dził mi, że je­że­li istot­nie chcę mieć sa­tys­fak­cję zło­że­nia trud­nych eg­za­mi­nów, po­wi­nie­nem je zło­żyć w Lon­dy­nie. Wy­ma­ga­ło to znacz­ne­go na­kła­du pra­cy i po­sia­da­nia więk­sze­go za­so­bu wia­do­mo­ści, bez po­nie­sie­nia spe­cjal­nych kosz­tów.

Z ra­do­ścią przy­ją­łem tę radę. Prze­ra­żał mnie je­dy­nie pro­gram. Ła­ci­na i no­wo­cze­sne ję­zy­ki były obo­wią­zu­ją­ce! Jak so­bie dam radę z ła­ci­ną?

Mój przy­ja­ciel nie prze­sta­wał jed­nak na­le­gać: "Ła­ci­na jest bar­dzo po­trzeb­na ad­wo­ka­tom. Zna­jo­mość ła­ci­ny jest nie­zbęd­na do zro­zu­mie­nia praw­ni­czych ksią­żek. Je­den z eg­za­mi­nów pi­sem­nych z pra­wa rzym­skie­go od­by­wał się po ła­ci­nie. Poza tym zna­jo­mość ła­ci­ny uła­twia opa­no­wa­nie ję­zy­ka an­giel­skie­go".

Wró­ci­łem do domu i po­sta­no­wi­łem uczyć się ła­ci­ny, nie ba­cząc na wszyst­kie na­strę­cza­ją­ce się trud­no­ści. Na­ukę fran­cu­skie­go już roz­po­czą­łem. My­śla­łem, że jako "ję­zyk no­wo­cze­sny" wy­star­czy. Za­pi­sa­łem się na pry­wat­ne kur­sy przy­go­to­wu­ją­ce do eg­za­mi­nów wstęp­nych, któ­re od­by­wa­ły się co pół roku. Mia­łem więc do dys­po­zy­cji tyl­ko pięć mie­się­cy. Był to wy­si­łek nie­mal prze­ra­sta­ją­cy moje moż­li­wo­ści, jed­nak ten sam mło­dzie­niec, któ­ry w swo­im cza­sie pra­gnął zo­stać an­giel­skim dżen­tel­me­nem, obec­nie po­sta­no­wił za­mie­nić się w pil­ne­go ucznia.

Uło­ży­łem so­bie jak naj­bar­dziej szcze­gó­ło­wy roz­kład dnia, co do mi­nu­ty, wszak­że ani moje zdol­no­ści, ani pa­mięć nie ro­ko­wa­ły wiel­kich na­dziei, iż uda mi się w tym ter­mi­nie opa­no­wać ła­ci­nę i fran­cu­ski, nie mó­wiąc już o in­nych wy­ma­ga­nych przed­mio­tach. Re­zul­tat był taki, że mu­sia­łem cał­ko­wi­cie po­świę­cić się ła­ci­nie. Mar­twi­ło mnie to, ale nie upa­dłem na du­chu. Na­bra­łem ocho­ty do ła­ci­ny, co się zaś ty­czy na­uki fran­cu­skie­go, są­dzi­łem, że przy­da mi się przy na­stęp­nym eg­za­mi­nie, na ra­zie zaś po­sta­no­wi­łem zmie­nić przed­miot w gru­pie nauk ści­słych. Che­mia, któ­rą wy­bra­łem po­przed­nio, nie była dla mnie cie­ka­wym przed­mio­tem, gdyż bra­ko­wa­ło za­jęć prak­tycz­nych, dzię­ki któ­rym ten przed­miot mógł się stać nie­zmier­nie in­te­re­su­ją­cy. W In­diach był to je­den z obo­wią­zu­ją­cych przed­mio­tów i dla­te­go mia­łem za­miar wy­brać go do eg­za­mi­nu lon­dyń­skie­go. Tym ra­zem jed­nak wy­bra­łem za­miast che­mii - cie­pło i świa­tło. Po­wie­dzia­no mi, że są to ła­twiej­sze przed­mio­ty, o czym póź­niej sam się prze­ko­na­łem.

PRZEDMOWA

rzed czte­re­ma lub pię­ciu laty pod wpły­wem na­le­gań nie­któ­rych mo­ich naj­bliż­szych współ­pra­cow­ni­ków zgo­dzi­łem się na­pi­sać swo­ją au­to­bio­gra­fię. Za­czą­łem więc pi­sać, wszak­że za­le­d­wie zdą­ży­łem od­wró­cić pierw­szą za­pi­sa­ną kart­kę, kie­dy w Bom­ba­ju wy­bu­chły roz­ru­chy i pra­ca moja ule­gła za­trzy­ma­niu. Na­stęp­nie przy­szła cała se­ria wy­da­rzeń, któ­rych kul­mi­na­cyj­nym punk­tem było uwię­zie­nie mnie w Yera­vda1.

Dże­ram­das, je­den z mo­ich to­wa­rzy­szy wię­zien­nych, pro­sił mnie, bym odło­żył wszyst­kie inne pra­ce i skoń­czył spi­sy­wa­nie mego ży­cio­ry­su. Od­po­wie­dzia­łem mu, że za­kre­śli­łem już pe­wien plan prac nad po­zna­niem sie­bie sa­me­go i że nie są­dzę, bym mógł za­jąć się czym­kol­wiek in­nym, za­nim tego nie wy­ko­nam. Mógł­bym jed­nak zdą­żyć skoń­czyć swą au­to­bio­gra­fię, gdy­bym od­sie­dział całą karę w wię­zie­niu; po­trzeb­ny mi był jesz­cze rok do skoń­cze­nia mego ży­cio­ry­su, kie­dy zo­sta­łem zwol­nio­ny.

Swa­mi Anand ze swej stro­ny wy­stą­pił z taką samą proś­bą, a wo­bec tego, że skoń­czy­łem opi­sy­wa­nie dzie­jów ru­chu Sa­tja­gra­ha2 w Afry­ce Po­łu­dnio­wej, nę­ci­ło mnie pod­ję­cie pra­cy nad au­to­bio­gra­fią dla "Na­va­ji­va­nu"3. Swa­mi chciał, abym na­pi­sał od­dziel­nie do wy­da­nia książ­ko­we­go - nie mia­łem jed­nak tyle cza­su do roz­po­rzą­dze­nia. Mo­głem za­le­d­wie co ty­dzień pi­sy­wać po jed­nym roz­dzia­le. Coś trze­ba było każ­de­go ty­go­dnia na­pi­sać dla "Na­va­ji­va­nu". Czyż nie mo­gła­by to być moja au­to­bio­gra­fia? Swa­mi zgo­dził się na mój pro­jekt i oto za­bie­ram się ostro do ro­bo­ty. Wsze­la­ko mój głę­bo­ko wie­rzą­cy przy­ja­ciel ży­wił co do tego pew­ne wąt­pli­wo­ści, któ­ry­mi po­dzie­lił się ze mną w "dniu mil­cze­nia".

- Cze­mu się wda­jesz w tę awan­tu­rę? - za­py­tał mnie. - Pi­sa­nie wła­sne­go ży­cio­ry­su jest ra­czej wła­ści­we lu­dziom z Za­cho­du. Nie znam ni­ko­go ze Wscho­du, któ­ry by to ro­bił, je­że­li nie li­czyć tych, któ­rzy ule­gli wpły­wom za­chod­nie­go świa­ta. I o czym chcesz pi­sać? Wy­obraź­my so­bie, że ju­tro od­rzu­cisz po­glą­dy, któ­re dziś uwa­żasz za nie­złom­ne, lub też pod­dasz w przy­szło­ści re­wi­zji swo­je dzi­siej­sze pla­ny - czyż nie spra­wi to, że lu­dzie po­stę­pu­ją­cy zgod­nie z tym, co gło­si two­je sło­wo, bądź mó­wio­ne, bądź pi­sa­ne, będą się uwa­ża­li za wpro­wa­dzo­nych w błąd?

Czy nie są­dzisz, że rze­czą znacz­nie bar­dziej wła­ści­wą by­ło­by za­nie­cha­nie wła­śnie te­raz pi­sa­nia ja­kiej­kol­wiek au­to­bio­gra­fii?

Ten ar­gu­ment wy­warł na mnie pew­ne wra­że­nie. Ale moim za­mia­rem nie jest na­pi­sa­nie au­ten­tycz­ne­go wła­sne­go ży­cio­ry­su. Pra­gną­łem po pro­stu opo­wie­dzieć dzie­je mo­ich nie­zli­czo­nych zma­gań na dro­dze po­szu­ki­wa­nia praw­dy, a wo­bec tego, że całe moje ży­cie jest w grun­cie rze­czy tyl­ko wła­śnie tymi po­szu­ki­wa­nia­mi, więc też od­po­wia­da praw­dzie, że cała opo­wieść bę­dzie czę­ścio­wo no­si­ła cha­rak­ter au­to­bio­gra­ficz­ny. Nie będę jed­nak miał nic prze­ciw­ko temu, by każ­da stro­ni­ca mó­wi­ła je­dy­nie o tych mo­ich po­szu­ki­wa­niach i zma­ga­niach, ja­kie to­czy­łem w imię praw­dy.

Mam na­dzie­ję, a może je­dy­nie schle­biam so­bie, ży­wiąc ją, że re­la­cja o wszyst­kich tych po­szu­ki­wa­niach może przy­nieść pew­ną ko­rzyść czy­tel­ni­ko­wi.

Moje do­świad­cze­nia w dzie­dzi­nie po­li­ty­ki są obec­nie zna­ne nie tyl­ko w In­diach, lecz do pew­ne­go stop­nia ca­łe­mu cy­wi­li­zo­wa­ne­mu świa­tu. Dla mnie oso­bi­ście nie mają one szcze­gól­ne­go zna­cze­nia, a ty­tuł "Ma­hat­ma"4 jaki mi zy­ska­ły, ma go jesz­cze mniej. Ten ty­tuł spra­wiał mi czę­sto głę­bo­ki ból i nie pa­mię­tam ta­kiej chwi­li, kie­dy moż­na by­ło­by po­wie­dzieć, że był mi przy­jem­ny. Na­to­miast bar­dzo chęt­nie go­tów je­stem opo­wie­dzieć o wszyst­kich mo­ich zma­ga­niach i po­szu­ki­wa­niach w dzie­dzi­nie du­cho­wej, o któ­rych wiem tyl­ko ja, a któ­re sta­ły się źró­dłem tej siły, jaką roz­po­rzą­dzam, dzia­ła­jąc na polu po­li­ty­ki. Je­że­li te zma­ga­nia i po­szu­ki­wa­nia mają cha­rak­ter "du­cho­wy", wte­dy nie może być mowy o ja­kimś chwa­le­niu się z mo­jej stro­ny - prze­ciw­nie: przy­czy­nia­ją się one je­dy­nie do umoc­nie­nia mnie w skrom­no­ści. Im bar­dziej bo­wiem za­sta­na­wiam się nad moją prze­szło­ścią i bli­żej się jej przy­pa­tru­ję, tym moc­niej od­czu­wam, jak da­le­ko mi do do­sko­na­ło­ści.

To, co pra­gną­łem osią­gnąć, do cze­go dą­ży­łem i co usi­ło­wa­łem zdo­być w cią­gu ubie­głych trzy­dzie­stu lat, za­war­ło się w pra­gnie­niu po­zna­nia sie­bie sa­me­go, spoj­rze­nia w ob­li­cze Boga, w dą­że­niu do osią­gnię­cia mok­sza5.

Żyję, dzia­łam, ist­nie­ję dla osią­gnię­cia tego celu. Wszyst­ko, co czy­nię, bądź prze­ma­wia­jąc, bądź pi­sząc, oraz wszyst­kie moje po­czy­na­nia po­li­ty­ki zmie­rza­ją do tego sa­me­go celu. Wo­bec tego jed­nak, że za­wsze utrzy­my­wa­łem, iż to, co jest moż­li­we do osią­gnię­cia dla jed­nost­ki, jest rów­nież do­stęp­ne ogó­ło­wi, wszyst­kie moje po­szu­ki­wa­nia praw­dy pro­wa­dzo­ne były nie w izo­la­cji, lecz na oczach wszyst­kich. Nie są­dzę, by ta oko­licz­ność po­mniej­sza­ła ich war­tość du­cho­wą. Ist­nie­ją wsze­la­ko pew­ne spra­wy, któ­rych po­zna­nie jest do­stęp­ne wy­łącz­nie jed­no­st­ce oraz jej Stwór­cy. Nie da­dzą się one ab­so­lut­nie prze­ka­zać. Po­szu­ki­wa­nia, o któ­rych za­mie­rzam opo­wie­dzieć, nie mają tego cha­rak­te­ru. Są one na­tu­ry du­cho­wej albo ra­czej mo­ral­nej. Isto­tą bo­wiem re­li­gii jest mo­ral­ność.

Do opo­wie­ści ni­niej­szej włą­czo­ne zo­sta­ną je­dy­nie te spra­wy do­ty­czą­ce re­li­gii, któ­re będą mo­gły być zro­zu­mia­ne za­rów­no przez dzie­ci, jak i przez do­ro­słych.

Je­że­li zdo­łam opo­wie­dzieć o nich w spo­sób bez­na­mięt­ny i skrom­ny, po­mo­gą one wie­lu in­nym po­szu­ki­wa­czom praw­dy w ich dal­szej dro­dze na­przód. Je­stem bar­dzo da­le­ki od nada­wa­nia tym po­szu­ki­wa­niom ja­kich­kol­wiek cech do­sko­na­ło­ści. Nie pre­ten­du­ję do ni­cze­go in­ne­go, po­dob­nie jak uczo­ny, któ­ry prze­pro­wa­dza­jąc ba­da­nia z mak­sy­mal­ną do­kład­no­ścią, zdol­no­ścią prze­wi­dy­wa­nia i skru­pu­lat­no­ścią, nig­dy nie wy­da­je ostat­nie­go wnio­sku o swych osią­gnię­ciach, lecz przy­glą­da się im z ca­łym kry­ty­cy­zmem.

Pod­da­łem się głę­bo­kiej sa­mo­ana­li­zie, usi­ło­wa­łem na każ­dym kro­ku od­naj­dy­wać sie­bie sa­me­go, każ­dą sy­tu­ację psy­cho­lo­gicz­ną sta­ra­łem się zba­dać i zgłę­bić - a jed­nak da­le­ki je­stem od tego, by pre­ten­do­wać do nie­omyl­no­ści wnio­sków, do któ­rych do­sze­dłem.

Pre­ten­du­ję jed­nak do jed­ne­go, a mia­no­wi­cie do tego, że moje wnio­ski wy­da­ją mi się bez­względ­nie słusz­ne i - na ra­zie - skłon­ny je­stem uwa­żać je za osta­tecz­ne. Gdy­by było in­a­czej, nie mo­gły­by sta­no­wić pod­sta­wy do ja­kie­go­kol­wiek dzia­ła­nia. W każ­dym przy­pad­ku sto­so­wa­łem me­to­dę przyj­mo­wa­nia lub od­rzu­ca­nia po­wzię­tych wnio­sków i po­stę­po­wa­łem zgod­nie z nią. Do­pó­ki jed­nak moje po­stę­po­wa­nie jest zgod­ne z moim ro­zu­mem i z moim ser­cem, mu­szę się moc­no trzy­mać raz po­wzię­tych mo­ich wła­snych wnio­sków.

Gdy­by mi cho­dzi­ło je­dy­nie o roz­wa­ża­nie za­sad­ni­czych za­gad­nień, z pew­no­ścią nie pró­bo­wał­bym pi­sać au­to­bio­gra­fii, wo­bec tego jed­nak, że moim ce­lem jest przy­to­czyć sze­reg róż­nych prak­tycz­nych wska­zó­wek, jak sto­so­wać te za­sa­dy, więc też roz­dzia­ły, któ­re za­mie­rzam na­pi­sać, opa­tru­ję wspól­nym ty­tu­łem: Dzie­je mo­ich po­szu­ki­wań praw­dy.

Będą one za­wie­ra­ły moje zma­ga­nia i po­szu­ki­wa­nia, o ile cho­dzi o nie­sprze­ci­wia­nie się złu, spra­wę ce­li­ba­tu lub inne me­to­dy po­stę­po­wa­nia, ja­ko­by nie­za­leż­ne od wier­no­ści za­sa­dom praw­dy. Moim zda­niem jed­nak, praw­da jest na­czel­ną za­sa­dą, sku­pia­ją­cą w so­bie inne licz­ne za­sa­dy. Tego ro­dza­ju Praw­da po­le­ga nie tyl­ko na wier­no­ści praw­dzie w sło­wach, lecz rów­nież w my­ślach i do­ty­czy nie tyl­ko względ­nej praw­dy, tak jak my ją ro­zu­mie­my, lecz Praw­dy Ab­so­lut­nej, Za­sad Od­wiecz­nych, czy­li po­ję­cia Boga.

Ist­nie­ją nie­zli­czo­ne de­fi­ni­cje Boga, gdyż nie­zli­czo­ne są do­wo­dy Jego ist­nie­nia. Na­peł­nia­ją mnie one po­dzi­wem, czcią i na chwi­lę oszo­ła­mia­ją. Ale ja uzna­ję Boga je­dy­nie jako naj­wyż­sze wcie­le­nie Praw­dy. Nie zna­la­złem Go jesz­cze, ale wciąż Go po­szu­ku­ję i go­tów je­stem na dro­dze tych po­szu­ki­wań zło­żyć w ofie­rze wszyst­ko, co po­sia­dam naj­droż­sze­go. Na­wet gdy­by ta ofia­ra wy­ma­ga­ła mego ży­cia, są­dzę, że był­bym go­tów je po­świę­cić. Do­pó­ki jed­nak nie zdo­ła­łem po­znać Ab­so­lut­nej Praw­dy, mu­szę po­zo­stać wier­ny względ­nej praw­dzie, a więc ta­kiej, jak ją so­bie wy­obra­żam. Ta względ­na praw­da musi być dla mnie - na ra­zie - moją la­tar­nią mor­ską, moją tar­czą i moim pu­kle­rzem. I cho­ciaż ob­ra­na prze­ze mnie ścież­ka jest stro­ma, wą­ska i nie­kie­dy ostra jak ostrze brzy­twy, dla mnie była ona jed­nak naj­krót­sza i naj­do­god­niej­sza.

Na­wet moje błę­dy, wiel­kie jak Hi­ma­la­je, wy­da­ły mi się frasz­ką, gdyż wier­nie trzy­ma­łem się tej ścież­ki. To ona ustrze­gła mnie od po­waż­nych kło­po­tów, sze­dłem więc na­przód zgod­nie z pro­wa­dzą­cym mnie świa­tłem. Nie­kie­dy w po­su­wa­niu się na­przód przy­tra­fia­ły mi się chwi­le, gdy str­wo­żo­nym spoj­rze­niem zda­wa­łem się do­strze­gać Ab­so­lut­ną Praw­dę i Boga, wte­dy z każ­dym dniem moc­niej ro­sła we mnie pew­ność, że je­dy­nie On jest czymś re­al­nie ist­nie­ją­cym, wszyst­ko inne zaś jest nie­re­al­ne.

Nie­chże więc ci, któ­rzy tego pra­gną, uprzy­tom­nią so­bie, jak bar­dzo to prze­świad­cze­nie bra­ło we mnie górę, niech ze­chcą uczest­ni­czyć w mo­ich po­szu­ki­wa­niach, a tak­że - je­że­li po­tra­fią - niech dzie­lą ze mną moją wia­rę.

Na­stęp­nym prze­świad­cze­niem, któ­re­go na­bra­łem, było to, że je­że­li co­kol­wiek jest do­stęp­ne dla mnie, tym sa­mym jest do­stęp­ne na­wet każ­de­mu dziec­ku. Mia­łem zresz­tą bez­spor­ne po­wo­dy, by tak twier­dzić.

Środ­ki, ja­ki­mi na­le­ży się po­słu­gi­wać przy po­szu­ki­wa­niu praw­dy, są za­rów­no bar­dzo pro­ste, jak i bar­dzo skom­pli­ko­wa­ne. Mogą się one jed­nak wy­dać wręcz nie do po­my­śle­nia za­rów­no zu­chwal­co­wi, jak i nie­win­ne­mu dziec­ku.

Czło­wiek po­szu­ku­ją­cy praw­dy wi­nien być skrom­niej­szy od pyłu za­ście­la­ją­ce­go zie­mię. Ży­cie po­tra­fi skru­szyć proch pod jego sto­pa­mi na naj­drob­niej­szy py­łek, lecz po­szu­ki­wacz praw­dy sam wi­nien być tak skrom­ny, że na­wet ów pył jest w sta­nie go skru­szyć. Tyl­ko wte­dy i do­pie­ro wte­dy do­strze­że on praw­dę.

Dia­log po­mię­dzy Wa­sisz­thą i Wisz­wa­mi­trą6 czy­ni to aż nad­to oczy­wi­stym. Chrze­ści­jań­stwo oraz is­lam rów­nież w do­sta­tecz­nym stop­niu to po­twier­dza­ją.

Je­że­li co­kol­wiek z tego, co spi­su­ję na tych kart­kach, mo­gło­by ura­zić czy­tel­ni­ka, go­to­we­go przy­jąć je za do­wód roz­pie­ra­ją­cej mnie py­chy, niech ra­czej ze­chce uznać, że coś w mo­ich do­cie­ka­niach się nie zga­dza, a moje prze­lot­ne wi­dze­nia po­trak­tu­je jeno jako mi­raż. Nie­chaj zgi­ną set­ki ta­kich jak ja, lecz niech ostoi się Praw­da. Nie uszczu­plaj­my za­kre­su praw­dy na­wet o włos, wy­da­jąc sądy o po­grą­żo­nych w błę­dach śmier­tel­ni­kach, po­dob­nych do mnie sa­me­go.

Mam na­dzie­ję i wno­szę o to mo­dły, by nikt nie ze­chciał uwa­żać po­rad roz­sia­nych w tych roz­dzia­łach za au­to­ry­ta­tyw­ne. Opo­wie­dzia­ne tu po­szu­ki­wa­nia praw­dy po­win­no się roz­pa­try­wać jako ilu­stra­cje, w świe­tle któ­rych każ­dy jest w sta­nie po­czy­nić wła­sne do­świad­cze­nia, zgod­nie ze swo­imi upodo­ba­nia­mi i umie­jęt­no­ścia­mi. Wie­rzę, iż w tym ogra­ni­czo­nym za­kre­sie owe ilu­stra­cje mogą być do­praw­dy po­ży­tecz­ne, nie mam bo­wiem za­mia­ru ani prze­mil­czać, ani prze­ce­niać żad­nej z przy­krych spraw, któ­re mu­szą być opo­wie­dzia­ne.

Mam na­dzie­ję, że czy­tel­nik cał­ko­wi­cie po­zna wszyst­kie moje błę­dy i po­mył­ki.

Moim ce­lem nie jest by­najm­niej po­wie­dzieć, jak bar­dzo je­stem do­bry, lecz opi­sać swo­je po­szu­ki­wa­nia na dro­dze po­zna­wa­nia wie­dzy o sa­tja­gra­ha. Wy­da­jąc sąd o so­bie sa­mym, będę usi­ło­wał być rów­nie bez­względ­ny, jak jest nią Praw­da, oraz ja­ki­mi pra­gnę, by byli inni. Przy­kła­da­jąc do sie­bie tę mia­rę, mu­szę za­wo­łać wraz z Sur­da­sem7:

Gdzie zna­leźć nędz­ni­ka

Bar­dziej niż ja ze­psu­te­go i ob­mier­z­łe­go?

By­łem tak wia­ro­łom­ny,

Żem wła­sne­go wy­rzekł się Stwór­cy

Bo nie­prze­rwa­nym pa­smem tor­tur dla mnie jest to, że wciąż jesz­cze je­stem da­le­ki od Nie­go, któ­ry - do­brze wiem o tym - rzą­dzi każ­dym tchnie­niem mego ży­cia i któ­re­go je­stem la­to­ro­ślą. Świa­dom je­stem tego, że złe uczu­cia trzy­ma­ją mnie z dala od Nie­go, a prze­cież nie mogę się ich wy­zbyć.

Mu­szę jed­nak już koń­czyć. Po­zo­sta­je mi je­dy­nie pod­jąć ni­niej­szą opo­wieść w roz­dzia­le, któ­ry na­stą­pi póź­niej.

M.K. Gan­dhi

Aśram,

Sa­bar­ma­ti

26 li­sto­pa­da 1925 r.

VI. TRAGEDIA

omię­dzy nie­licz­ny­mi przy­ja­ciół­mi, któ­rych mia­łem w róż­nych okre­sach uczęsz­cza­nia do li­ceum, za­le­d­wie dwóch mogę na­zwać bli­ski­mi i ser­decz­ny­mi. Jed­na z tych przy­jaź­ni nie trwa­ła zbyt dłu­go, cho­ciaż nig­dy nie wy­pie­ra­łem się mo­ich przy­ja­ciół. Tym ra­zem mój przy­ja­ciel wy­parł się mnie, gdyż zna­la­złem so­bie no­we­go. Tę ostat­nią przy­jaźń uwa­żam za tra­ge­dię mego ży­cia. Trwa­ła dłu­go. Zda­wa­ło mi się, że speł­niam ja­kąś mi­sję na­wró­ce­nia.

Chło­piec, o któ­rym mowa, był wła­ści­wie przy­ja­cie­lem mego bra­ta. Cho­dzi­li do jed­nej kla­sy. Zna­łem jego wady, ale uwa­ża­łem go za wier­ne­go przy­ja­cie­la. Za­rów­no moja mat­ka, jak star­szy brat i moja żona, wszy­scy prze­strze­ga­li mnie przed nim, twier­dząc, że to dla mnie złe to­wa­rzy­stwo. By­łem jed­nak zbyt am­bit­ny, by zwra­cać uwa­gę na prze­stro­gi żony, a nie mia­łem dość od­wa­gi, by prze­ciw­sta­wić się opi­nii mat­ki i star­sze­go bra­ta. Bro­ni­łem go jed­nak, mó­wiąc: "Wiem, że on ma wady, o któ­rych mó­wi­cie, ale nie zna­cie jego za­let. On mnie nie spro­wa­dzi na błęd­ną dro­gę, a moja przy­jaźń z nim może go na­wró­cić.

Je­stem pe­wien, że je­że­li się zmie­ni, bę­dzie zna­ko­mi­tym czło­wie­kiem. Pro­szę was, bądź­cie o mnie spo­koj­ni!".

Nie są­dzę, bym ich prze­ko­nał, ale zgo­dzi­li się z mo­imi ar­gu­men­ta­mi i po­zwo­li­li mi po­stę­po­wać, jak będę uwa­żał za sto­sow­ne. Prze­ko­na­łem się póź­niej, że moje ra­chu­by były myl­ne. Re­for­ma­tor nie może so­bie po­zwo­lić na utrzy­my­wa­nie bli­skich sto­sun­ków z kimś, kogo chce zmie­nić. Praw­dzi­wa przy­jaźń po­le­ga na po­kre­wień­stwie dusz, któ­re rzad­ko przy­tra­fia się na świe­cie, i dla­te­go istot­nie war­to­ścio­wa i dłu­go­trwa­ła może być przy­jaźń je­dy­nie po­mię­dzy dwo­ma na­tu­ra­mi ma­ją­cy­mi wie­le wspól­nych cech. Je­den przy­ja­ciel od­dzia­łu­je na dru­gie­go i dla­te­go też w praw­dzi­wej przy­jaź­ni jest tak mało miej­sca na na­wra­ca­nie. Je­stem po­nad­to zda­nia, że na­le­ży uni­kać wszel­kiej szcze­gól­nej in­tym­no­ści w sto­sun­kach z przy­ja­ciół­mi, gdyż czło­wiek ła­twiej przy­swa­ja so­bie wady ani­że­li za­le­ty. Ten zaś, kto pra­gnie utrzy­my­wać przy­jaźń z Bo­giem, musi albo po­zo­stać sa­mot­ny, albo cały świat uczy­nić swy­mi przy­ja­ciół­mi.

Moż­li­we, że się mylę, ale moje usi­ło­wa­nia utrzy­ma­nia bli­skiej przy­jaź­ni skoń­czy­ły się nie­po­wo­dze­niem.

Kie­dy po raz pierw­szy zbli­ży­łem się do owe­go przy­ja­cie­la, fala "re­form" prze­le­wa­ła się przez Radź­kot. Do­wie­dzia­łem się od nie­go, że wie­lu spo­śród na­szych na­uczy­cie­li w ta­jem­ni­cy je mię­so i pije wino. Wy­mie­nił mi rów­nież na­zwi­ska wie­lu do­stoj­nych oby­wa­te­li w Radź­ko­cie, któ­rzy na­le­że­li do tego sa­me­go to­wa­rzy­stwa. Wśród nich mie­li się rów­nież znaj­do­wać, jak mi po­wie­dział, nie­któ­rzy ucznio­wie miej­sco­we­go li­ceum.

By­łem tym ogrom­nie za­sko­czo­ny i bo­le­śnie do­tknię­ty. Za­py­ta­łem mego przy­ja­cie­la, czym na­le­ży to wy­tłu­ma­czyć, a on wy­ja­śnił mi w na­stę­pu­ją­cy spo­sób:

"Je­ste­śmy sła­bym na­ro­dem dla­te­go, że nie jemy mię­sa. An­gli­cy rzą­dzą nami dla­te­go, że je spo­ży­wa­ją. Wiesz, jaki je­stem sil­ny i jaki ze mnie do­sko­na­ły bie­gacz - to dla­te­go, że ja też jem mię­so. Ci, co je­dzą mię­so, nie mie­wa­ją ani wrzo­dów, ani żad­nych na­ro­śli, a na­wet je­że­li im się cza­sa­mi przy­tra­fią - to szyb­ko zni­ka­ją. Nasi na­uczy­cie­le i inne wy­bit­ne oso­by spo­ży­wa­ją­ce mię­so nie są głup­ca­mi. Wi­dzę, ja­kie to jest po­ży­tecz­ne. Po­wi­nie­neś ro­bić tak samo, a zresz­tą, to ci nie za­szko­dzi, je­że­li spró­bu­jesz. Zo­ba­czysz, przy­bę­dzie ci wie­le siły".

Wszyst­kie te na­mo­wy na rzecz je­dze­nia mię­sa nie od razu od­nio­sły sku­tek. Sta­no­wi­ły te­mat dłu­gich i skom­pli­ko­wa­nych ar­gu­men­tów, za po­mo­cą któ­rych mój przy­ja­ciel od cza­su do cza­su usi­ło­wał na mnie od­dzia­ły­wać. Mój star­szy brat już im uległ i po­twier­dzał sło­wa swe­go przy­ja­cie­la. W po­rów­na­niu z moim bra­tem i tym przy­ja­cie­lem istot­nie wy­glą­da­łem na znacz­nie słab­sze­go fi­zycz­nie.

Obaj byli sil­niej­si ode mnie, fi­zycz­nie le­piej roz­wi­nię­ci i od­waż­niej­si. Wy­czy­ny do­ko­ny­wa­ne przez tego przy­ja­cie­la mia­ły dla mnie ogrom­ny urok. Po­tra­fił bar­dzo szyb­ko prze­bie­gać duże od­le­gło­ści, umiał ska­kać da­le­ko i wy­so­ko, po­tra­fił wy­trzy­mać każ­dą chło­stę. Czę­sto po­pi­sy­wał się przede mną, a prze­cież za­wsze jest się olśnio­nym, wi­dząc w in­nym za­le­ty, któ­rych się nie ma. To­też by­wa­łem istot­nie olśnio­ny jego wy­czy­na­mi - a za­tem go­rą­co pra­gną­łem stać się po­dob­ny do nie­go. Cóż, kie­dy nie po­tra­fi­łem ani tak bie­gać, ani tak ska­kać jak on. Cze­muż nie miał­bym zo­stać rów­nie sil­ny? Po­nad­to - by­łem bar­dzo tchórz­li­wy. Pa­nicz­nie ba­łem się zło­dziei, wszel­kich du­chów, żmij. Ba­łem się wy­chy­lić nosa poza dom w nocy. Ciem­ność mnie prze­ra­ża­ła. Usnąć w ciem­nym po­ko­ju było nie­mal nie­po­do­bień­stwem dla mnie, gdyż wciąż wy­obra­ża­łem so­bie, że oto z jed­nej stro­ny zbli­ża­ją się du­chy, z dru­giej - zło­dzie­je, z trze­ciej - żmi­je. Nie mo­głem za­snąć, je­że­li w po­ko­ju nie pa­li­ło się świa­tło.

Czy mo­głem zwie­rzyć się z tych obaw żo­nie, któ­ra już prze­sta­ła być dziec­kiem i spa­ła obok mnie? Wie­dzia­łem, że jest od­waż­niej­sza ode mnie, i czu­łem się za­wsty­dzo­ny. Ka­stur­bai nie bała się ani żmij, ani du­chów. Po­tra­fi­ła pójść wszę­dzie po ciem­ku. Mój przy­ja­ciel wie­dział o wszyst­kich mo­ich sła­bo­ściach. Opo­wia­dał mi o tym, jak umie trzy­mać w ręku żywą żmi­ję, jak po­tra­fi się obro­nić przed zło­dzie­ja­mi i jak nie wie­rzy w żad­ne du­chy. Wszyst­ko to, rzecz oczy­wi­sta, wy­ni­ka­ło z tego, że jadł mię­so.

Wśród uczniów li­ceum dużą po­pu­lar­no­ścią cie­szył się wte­dy mar­na­wy utwór na­pi­sa­ny w ję­zy­ku gu­dźa­ra­ti przez po­etę Na­rma­da29. Oto jego treść:

Spójrz, jak po­tęż­ny An­glik

Rzą­dzi ma­ły­mi In­du­sa­mi,

Dla­te­go, że żre mię­so,

Ma pięć łok­ci wzro­stu.

Wszyst­ko to wy­wie­ra­ło na mnie od­po­wied­nie wra­że­nie. By­łem zdru­zgo­ta­ny. Na­bie­ra­łem co­raz moc­niej­sze­go prze­świad­cze­nia, że spo­ży­wa­nie mię­sa jest do­bre, że uczy­ni mnie moc­nym i od­waż­nym i że gdy­by lu­dzie w ca­łym na­szym kra­ju za­czę­li jeść mię­so, za­pa­no­wa­li­by­śmy nad An­gli­ka­mi.

Wy­zna­czo­ny zo­stał za­wcza­su dzień, kie­dy mia­łem za­cząć spo­ży­wać mię­so. Oczy­wi­ście, wszyst­ko było za­cho­wa­ne w naj­ści­ślej­szej ta­jem­ni­cy.

Ród Gan­dhich na­le­żał do wy­znaw­ców Wisz­nu. Moi ro­dzi­ce byli mu szcze­gól­nie od­da­ni. Re­gu­lar­nie uczęsz­cza­li do ha­ve­li. Ro­dzi­na po­sia­da­ła na­wet wła­sne świą­ty­nie. W Gu­dźa­ra­cie dżi­nizm30 był bar­dzo sil­ny, a jego wpływ da­wał się od­czuć wszę­dzie i przy każ­dej oka­zji. W ca­łych In­diach nie moż­na było się spo­tkać z rów­nie ostrym sprze­ci­wem prze­ciw­ko spo­ży­wa­niu mię­sa i ze wstrę­tem, jaki ono bu­dzi­ło, jak wła­śnie w Gu­dźa­ra­cie wśród wy­znaw­ców dżi­ni­zmu i Wisz­nu. Ta­kie wła­śnie były tra­dy­cje, wśród któ­rych się uro­dzi­łem i by­łem wy­cho­wa­ny. Trze­ba do­dać, że ży­wi­łem nie­wy­po­wie­dzia­ną cześć dla mo­ich ro­dzi­ców. Zda­wa­łem so­bie spra­wę, że bę­dzie dla nich śmier­tel­nym cio­sem, je­że­li się do­wie­dzą, że ja­dłem mię­so. Po­nad­to moje go­rą­ce umi­ło­wa­nie praw­dy zwięk­szy­ło jesz­cze moje skru­pu­ły. Nie mogę rów­nież po­wie­dzieć, abym nie wie­dział, że po­peł­nię oszu­stwo wo­bec ro­dzi­ców, je­że­li za­cznę jeść mię­so. Ale mój umysł był cał­ko­wi­cie po­chło­nię­ty po­trze­bą do­ko­na­nia "re­for­my". Nie cho­dzi­ło by­najm­niej o przy­jem­ność, jaką to mo­gło spra­wić memu pod­nie­bie­niu. Nie wie­dzia­łem zresz­tą wca­le o tym, że mam szcze­gól­nie wy­de­li­ka­co­ny zmysł sma­ku. Chcia­łem po pro­stu być sil­ny i od­waż­ny oraz pra­gną­łem, by wszy­scy moi ziom­ko­wie byli tacy po to, by­śmy mo­gli po­bić An­gli­ków i przy­wró­cić In­diom wol­ność.

Nie sły­sza­łem jesz­cze nig­dy przed­tem wy­ra­zu swa­radź31 - wie­dzia­łem jed­nak, co ozna­cza wol­ność. Szał "re­form" opę­tał mnie. Za­pew­niw­szy so­bie ta­jem­ni­cę, prze­ko­na­łem sam sie­bie, że ukry­cie tego wy­da­rze­nia przed ro­dzi­ca­mi nie bę­dzie wła­ści­wie odej­ściem od praw­dy.