Gamerka 2. Gra o wszystko - Katarzyna Wycisk

Kup ebooka

49.99 zł
43.89 zł (43,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Wik­to­ria

Wspo­mnie­nia po­wra­cają od razu, gdy prze­kra­czam próg ho­telu, w któ­rym pierw­szy raz spo­tka­łam się twa­rzą w twarz z Ki­lia­nem. Je­stem sama. Mati pro­po­no­wał, że po­je­dzie ze mną i bę­dzie mnie wspie­rał, ale nie mo­głam się na to zgo­dzić, jest sta­now­czo za szybko. Cios, który mi za­dał, na­dal okrut­nie boli.

W po­koju oglą­dam ostat­nie na­gra­nia Hat­tera. Tę­sk­nię za nim bar­dziej, niż się spo­dzie­wa­łam, i z pew­no­ścią o wiele bar­dziej, niż po­win­nam. Brak mi roz­mów i tego, że przy nim mo­głam być sobą. Bli­sko­ści jego ra­mion i na­szych po­ru­sza­ją­cych się zgod­nie ciał. Ust, które mnie wiel­biły, oczu, dzięki któ­rym czu­łam się wy­jąt­kowa. Za­pa­chu, dźwięku ni­skiego, za­chryp­nię­tego głosu, cie­pła, spo­koju... Mu­szę prze­stać łak­nąć go jak uza­leż­niony nar­ko­man, wiecz­nie po­szu­ku­jący ko­lej­nej dawki.

Je­stem na wła­ści­wej dro­dze i nad­szedł czas, by zdo­być to, czego pra­gnę­łam od tylu lat. Sta­nąć na po­de­ście, ode­brać sta­tu­etkę i po­ka­zać swoje praw­dziwe ob­li­cze.

Gdy w pierw­szy dzień mi­strzostw scho­dzę na śnia­da­nie, w ja­dalni nie do­strze­gam Ki­liana. Pa­rzę so­bie kawę, po czym pra­wie rzu­cam fi­li­żanką, sfru­stro­wana, że ni­g­dzie go nie ma. Ni­czym za­wo­dowa ma­so­chistka od­twa­rzam w gło­wie chwile, które spę­dzi­li­śmy ra­zem.

Nie po­tra­fię dojść do żad­nych lo­gicz­nych wnio­sków. Dla­czego to mię­dzy nami mu­siało się skoń­czyć? Two­rzę co­raz zmyśl­niej­sze teo­rie spi­skowe. Prawda mie­sza się z kłam­stwem. Nie­stety ide­alna od­po­wiedź nie ist­nieje. Wy­da­rzyło się coś, czego ne­ga­tywne kon­se­kwen­cje po­nie­śli­śmy oboje. Chcę o nas wal­czyć, jed­nak sama nie dam rady pod­trzy­mać więzi. To tak nie działa.

Nie mam ape­tytu, wmu­szam w sie­bie na­le­śnika, a po po­wro­cie do po­koju przy­go­to­wuję się do tur­nieju.

Na sta­dion wcho­dzę już jako Whi­te­Rab­bit. Im­preza od­bywa się tam, gdzie rok temu, mimo to wszystko wy­daje się inne. Nie je­stem już no­wi­cjuszką. W mię­dzy­cza­sie wy­gra­łam parę spo­tkań of­fline. Li­czę, że pod­czas mi­strzostw od­kryje mnie ja­kiś więk­szy klub i do­stanę pro­po­zy­cję kon­traktu. Je­śli wie­rzyć plot­kom, gdzieś tu­taj kręci się kilku waż­nych lu­dzi po­wią­za­nych z re­pre­zen­ta­cją Pol­ski. Naj­mniej­szy błąd może mnie kosz­to­wać ka­rierę. Je­śli wy­gram ten tur­niej z klasą, zo­stanę do­strze­żona, a co za tym idzie, po­sta­wię ko­lejny krok do osią­gnię­cia suk­cesu.

Sunę przed sie­bie, kon­se­kwent­nie igno­ru­jąc py­ta­nia do­cie­kli­wych re­por­te­rów. Nie za­po­mnieli ze­szło­rocz­nego wy­stępu Kró­lika. Są cie­kawi mo­jej re­ak­cji, stra­te­gii i na­sta­wie­nia do wi­ce­mi­strza świata. Omi­jam ich bez słowa, więc sami spe­ku­lują, przed­sta­wia­jąc moż­liwe sce­na­riu­sze fi­nału. Są prze­ko­nani, że zdo­będę po­dium, ale wąt­pią w moje zwy­cię­stwo. Nie dzi­wię się im, Ka­pe­lusz­nik jest ge­nial­nym gra­czem, do tego wy­star­czy jedno jego spoj­rze­nie, by wspo­mnie­nia za­lały mnie jak tsu­nami.

Usta­wiam się w wy­zna­czo­nym miej­scu. Ni­czym de­spe­ratka szu­kam Ma­dHat­tera. Chcę zo­ba­czyć, jak prze­cze­suje swoje zmierz­wione włosy, uśmie­cha się szel­mow­sko, ob­raca pal­cami, środ­ko­wym i wska­zu­ją­cym, ob­rączkę na kciuku. Serce pod­cho­dzi mi do gar­dła za każ­dym ra­zem, gdy wy­daje mi się, że go do­strze­gam. Aż w końcu na­prawdę się po­ja­wia.

Cie­szę się, że ma­ska za­sła­nia mi twarz. Nikt nie wi­dzi, jak strużki łez bez­wstyd­nie ze­śli­zgują się po po­licz­kach. Mru­gam, ga­niąc się w my­ślach za chęć po­bie­gnię­cia do niego i rzu­ce­nia się mu w ra­miona.

W uszach ma słu­chawki. Nie za­trzy­muje się na­wet na chwilę, idzie przed sie­bie ze spusz­czo­nym wzro­kiem. To­wa­rzy­szący mu Ja­rek zna­cząco kręci głową, gdy ktoś za bar­dzo się zbliży. Py­ta­nia fa­nów i re­por­te­rów za­wi­sają w po­wie­trzu. At­mos­fera robi się na­pięta.

Nie­ważne, jak bar­dzo pra­gnę, by uniósł wzrok i mnie do­strzegł, on tego nie robi. Coś mi mówi, że ce­lowo nie chce na mnie pa­trzeć. Ka­rze mil­cze­niem mnie czy sie­bie? O czym my­śli, gdy jest sam? Po­zbył się nas raz na za­wsze? A może nie jest do tego zdolny i po­dob­nie jak ja czuje pie­kącą po­trzebę cof­nię­cia czasu?

Nie wiem, ja­kim cu­dem prze­trwam nad­cho­dzące dni. Gula w gar­dle utrud­nia mi na­wet prze­ły­ka­nie. Moż­liwe, że to sprawka tych wszyst­kich cho­rych, prze­ra­ża­ją­cych my­śli, nie­ustan­nie krą­żą­cych mi w gło­wie. Nie­wy­klu­czone, że gdyby nie one, mo­gła­bym znie­na­wi­dzić Ki­liana i raz na za­wsze za­po­mnieć o tym, co nas po­łą­czyło.

Z tym że nie po­tra­fię się od­wró­cić i go zo­sta­wić. Co wię­cej, śmiem my­śleć, że on wcale nie chce, bym ode­szła. To, co się stało, wstrzą­snęło na­szym związ­kiem. Ode­brało nam kon­trolę, zro­biło rysę na ide­al­nym ob­ra­zie, ode­pchnęło od sie­bie. Ta noc... On by mi tego nie zro­bił. Nie zdra­dziłby mnie. I choćby nie wiem, jak bar­dzo się przed tym wzbra­niał, do­trę do prawdy.

Skon­cen­tro­wa­nie się na tur­nieju z se­kundy na se­kundę jest trud­niej­sze. Łu­dzi­łam się, że dam radę, a uczu­cia nie będą żadną prze­szkodą w zdo­by­ciu ty­tułu. Nic bar­dziej myl­nego. Po­trze­buję wy­ja­śnień, za­pew­nie­nia, że z Ki­lia­nem wszystko jest w po­rządku. Ro­śnie we mnie złe prze­czu­cie, które po­woli obez­wład­nia każdą moją cząstkę. Zer­kam na Hat­tera, w tle sły­szę, jak ko­men­ta­tor przed­sta­wia za­wod­ni­ków.

Mu­szę prze­stać się na niego ga­pić. Roz­grywki już star­tują! Je­śli za­raz nie we­zmę się w garść, od­padnę na star­cie. Ciężko pra­co­wa­łam, by stać w tym miej­scu. To miała być moja chwila prawdy. Na­uczona do­świad­cze­niem z pierw­szych mi­strzostw, po­win­nam z wy­soko unie­sioną głową zdo­być główną na­grodę i zdjąć ma­skę, która za­czyna mi cią­żyć, za­miast po­ma­gać.

Ktoś mnie upo­mina. Na­wet nie wiem, kiedy upły­nął czas. Mam wra­że­nie, że ostat­nie dni to­czą się w prze­klę­tej Kra­inie Cza­rów. Jakby ktoś we­pchnął mnie i Ki­liana do nory Kró­lika i za­ta­ra­so­wał wyj­ście tak, że­by­śmy nie mo­gli się wy­do­stać. Wszystko pły­nie dzi­wacz­nym ryt­mem, ota­cza­jący nas lu­dzie nie za­uwa­żają, jak ab­sur­dalny ob­rót przy­brała na­sza hi­sto­ria. Bo prze­cież oboje za­słu­ży­li­śmy na szczę­śliwe za­koń­cze­nie. Szkoda, że wła­da­jący tym świa­tem ma­rio­net­karz miał zu­peł­nie inne plany. Za­kpił z na­szych uczuć, po­cią­gnął za sznurki i roz­pier­do­lił wszystko to, co tak pie­czo­ło­wi­cie stwo­rzy­li­śmy.

Po­daję rękę mo­jemu prze­ciw­ni­kowi. Ko­ja­rzę go i wiem, że wy­gram to spo­tka­nie bez więk­szego pro­blemu.

Przy­wo­łuję się do po­rządku, od­cią­ga­jąc my­śli od gra­ją­cego kil­ka­na­ście me­trów da­lej blon­dyna. Biorę głę­boki wdech, a kiedy wy­pusz­czam po­wie­trze przez lekko roz­chy­lone usta, od­daję stery Whi­te­Rab­bi­towi. Cza­sami nie­na­wi­dzę się za wy­kre­owa­nie Kró­lika, ale by­ła­bym na­iwna, są­dząc, że za­wdzię­czam osią­gnię­cia w ga­mingu wy­łącz­nie Wik­to­rii Ostrow­skiej. Czuję, że moje al­ter ego jest wiel­kim wspar­ciem i bez względu na to, czy gram w ma­sce, czy bez niej, ni­gdy mnie nie opu­ści.

Wcho­dzę jak zwy­kle: 4-2-3-1. Nie ma co kom­bi­no­wać. Szybka gra skrzy­dłami po­winna się ide­al­nie spraw­dzić. Pad w mo­ich dło­niach prze­staje cią­żyć wraz ze znik­nię­ciem twa­rzy Ki­liana. Li­czymy się tylko ja i mój prze­ciw­nik, dru­żyny to­czące grę na wir­tu­al­nym bo­isku i wy­grana, która jest na wy­cią­gnię­cie ręki.

Tre­ning z Hat­te­rem zro­bił swoje. W po­rów­na­niu do ze­szłego roku po­ru­szam się pew­niej na mu­ra­wie, ani razu nie do­pa­dają mnie wąt­pli­wo­ści, na­wet wtedy, gdy sę­dzia od­gwiz­duje spa­lo­nego. Za­cho­wuję zimną krew i w re­zul­ta­cie strze­lam cztery bramki, nie prze­pusz­cza­jąc ani jed­nego gola.

Je­stem za­do­wo­lona, choć to za­le­d­wie pierw­sze star­cie. Za­nim prze­cho­dzę do ko­lej­nego ry­wala, spo­glą­dam na je­den z za­wie­szo­nych ekra­nów, gdzie aku­rat po­ka­zują po­wtórkę z naj­lep­szych mo­men­tów gry Ka­pe­lusz­nika. Hat­ter do­słow­nie zmiótł swo­jego prze­ciw­nika z po­wierzchni, wy­gry­wa­jąc dzie­sięć do zera. Kto choć raz ob­ser­wo­wał go w ak­cji, wie, że gra bar­dzo ofen­syw­nie, ale to, co za­pre­zen­to­wał w tym spo­tka­niu, prze­kra­cza wszel­kie gra­nice. Jest wku­rzony i praw­do­po­dob­nie od­re­ago­wuje złość i fru­stra­cję wszę­dzie, gdzie się da.

Na­stępny mecz Whi­te­Rab­bita nie od­biega zbyt­nio od pierw­szego. Kie­ru­jąc się wska­zów­kami Ki­liana, wy­ła­puję słabe punkty mo­jego ry­wala i wy­ko­rzy­stuję jego każde po­tknię­cie. Gdy w dru­giej po­ło­wie pa­kuję piłkę w siatę trzeci raz, chło­pak po prze­ciw­nej stro­nie rzuca pad na pod­łogę. To­wa­rzy­szący mu tre­ner pró­buje go uspo­koić, ale naj­wy­raź­niej ma do czy­nie­nia z opor­nym eg­zem­pla­rzem. Prze­grany klnie gło­śno i po­spiesz­nie opusz­cza salę, co pod­su­mo­wuję ci­chym prych­nię­ciem.

Ko­rzy­sta­jąc z wol­nego czasu, kie­ruję się ku sta­no­wi­sku Mad­Hat­tera. Wcze­śniej by­łam za da­leko, by do­strzec sińce pod oczami Ki­liana. Te­raz wy­raź­nie wi­dzę zmiany w męż­czyź­nie, który sztur­mem pod­bił moje serce. I to boli... moc­niej, niż je­stem w sta­nie znieść.

Cho­wam dło­nie do głę­bo­kiej kie­szeni luź­nej bluzy. Za­sty­gam, ob­ser­wu­jąc nie­wzru­szoną minę Ka­pe­lusz­nika. Przy­po­mina nie­zdolną do uczuć wo­skową rzeźbę. Rów­no­cze­śnie piękną i ­pu­stą. Jakby ktoś bez­li­to­śnie po­zba­wił go du­szy.

Gra do­biega końca. Wy­nik jest wręcz nie­do­rzeczny. Ru­do­włosy za­wod­nik bez słowa wstaje i mie­rzy Ki­liana prze­ni­kli­wym spoj­rze­niem. Chyba sam nie jest do końca pewny, co tak wła­ści­wie się wy­da­rzyło i dla­czego prze­grał z kre­te­sem. Że­gna się z Kor­ma­nem ski­nie­niem głowy i od­cho­dzi bez zbęd­nych ce­re­gieli. Ce­nię so­bie ta­kie za­cho­wa­nie u ga­me­rów. Każdy z nas chce wy­gry­wać, ale sztuką jest rów­nież umieć prze­grać. Nie­ła­two prze­łknąć po­rażkę i z unie­sio­nym czo­łem przeć da­lej przed sie­bie. Coś o tym wiem.

Hat­ter od­kłada pad, po­ciera twarz dłońmi, po czym prze­cze­suje pal­cami roz­pusz­czone włosy. Wci­ska się w opar­cie fo­tela, cią­gle wpa­trzony w ekran przed sobą. Sto­jący po jego pra­wej stro­nie Jaro po­chyla się i szep­cze mu coś na ucho. I wtedy Ki­lian mnie do­strzega. Jego sza­fi­rowe oczy wpra­wiają moje serce w dziki ga­lop. Pa­trzy na mnie, jak­bym była dla niego naj­cen­niej­szym skar­bem. Choć rów­nie do­brze to wy­obraź­nia może pła­tać mi fi­gle.

Jabłko Adama chło­paka po­ru­sza się, gdy prze­łyka ciężko ślinę. Je­stem ukryta za toż­sa­mo­ścią Whi­te­Rab­bita, mimo to czuję się kom­plet­nie ob­na­żona. Wiem, że on wi­dzi praw­dziwą mnie, każdy szcze­gół. A jed­nak na­dal tkwi w bez­ru­chu, nie od­zywa się, nie pod­biega, by mnie przy­tu­lić i po­wie­dzieć, że to nic... że prze­cież damy radę. Bo kto, jak nie my?

Zo­staję za­cze­piona przez ko­goś z or­ga­ni­za­to­rów. Mówi, że za­raz za­czy­nam mecz i mam się udać na przy­dzie­lone mi sta­no­wi­sko. Wo­la­ła­bym zo­stać tu­taj, a jesz­cze chęt­niej po­dejść do Hat­tera, wziąć go za fraki i po­trzą­sać tak długo, aż wy­dusi z sie­bie choć jedno lo­gicz­nie brzmiące zda­nie.

Niech to szlag!

Sia­dam na tyłku i biorę pad w ręce. Wrzesz­czę na sie­bie w my­ślach, bo tym ra­zem nie po­tra­fię zi­gno­ro­wać po­ja­wia­ją­cego się w gło­wie ob­razu Ki­liana. Moim ry­wa­lem jest wKick­star - gracz, z któ­rym mia­łam oka­zję ry­wa­li­zo­wać pod­czas ubie­głych mi­strzostw. Star­tu­jemy i od razu roz­po­znaję, że chło­pak rów­nież pa­mięta na­sze po­przed­nie spo­tka­nie. Sta­wia na de­fen­sywę i jest nie­zwy­kle ostrożny. Pierw­sza po­łowa koń­czy się bez bra­mek. W dru­giej pró­buję strze­lić z dy­stansu, ale nie udaje mi się tra­fić. Zmie­niam tak­tykę, gram bar­dziej ofen­syw­nie, z wy­so­kim pres­sin­giem, co wresz­cie skut­kuje pierw­szym go­lem.

Prze­ciw­nik nie na­uczył się trzy­mać ner­wów na wo­dzy. Po­dob­nie jak w ze­szłym roku traci pa­no­wa­nie, co na­tych­miast wy­ko­rzy­stuję, prę do przodu i ła­duję w siatę dru­giego gola. Ostat­nie pięć mi­nut na­leży do mo­jej dru­żyny. Kładę wKick­stara na ło­patki i wy­cho­dzę z grupy z pierw­szego miej­sca.

Prze­bie­ram się na tyl­nym sie­dze­niu auta, na pod­ziem­nym par­kingu. To nie jest od­po­wied­nie miej­sce, ale nie mam czasu ani ochoty, by szu­kać lep­szego. Mój sa­mo­chód ma przy­ciem­niane szyby, ale je­śli ktoś po­ku­siłby się o śle­dze­nie Whi­te­Rab­bita, z ła­two­ścią od­kryłby jego praw­dziwą toż­sa­mość. Rok temu nie po­zwo­li­ła­bym so­bie na taką bez­tro­skę i nie­uwagę, te­raz prze­stało to być prio­ry­te­tem. I tak pla­nuję po­ka­zać światu swoje ob­li­cze. Zmie­rzę się z kry­tyką, oce­nia­ją­cymi spoj­rze­niami i hej­tem. Ki­lian miał ra­cję - je­stem wy­star­cza­jąco silna, by temu po­do­łać i znieść na­wet naj­gor­szą znie­wagę. Nie po­trze­buję się dłu­żej ukry­wać.

Pa­kuję ubra­nia i ma­skę do po­jem­nego ple­caka, który cho­wam w ba­gaż­niku, po czym sia­dam za kie­row­nicą i włą­czam sil­nik. Naj­roz­sąd­niej by­łoby po­je­chać pro­sto do ho­telu, za­po­mnieć o Hat­te­rze, prze­spać się i spo­koj­nie awan­so­wać w so­botę do fi­nału. Szkoda, że ta stra­te­gia wy­daje się nie­wy­ko­nalna, szcze­gól­nie po tym, jak po­now­nie zo­ba­czy­łam Ki­liana.

Pod­gła­śniam mu­zykę, wsłu­chu­jąc się w słowa About You Sik World. Ro­zum to­czy za­wziętą walkę z ser­cem, a ja nie je­stem pewna, komu ki­bi­co­wać. Świa­do­mość, że męż­czy­zna, któ­rego ko­cham, jest tak bli­sko, bu­rzy resztki zdro­wego roz­sądku. Cze­ka­nie na jego ruch prze­staje mi wy­star­czać.

Do oczu na­pły­wają łzy. Mru­gam, upar­cie dła­wiąc płacz. Wy­jeż­dżam z par­kingu, ale za­miast wró­cić do ho­telu, pro­wa­dzę auto w prze­ciw­nym kie­runku, by kil­ka­na­ście mi­nut póź­niej za­trzy­mać się w po­bliżu wie­żowca, na któ­rego szczy­cie znaj­duje się klub le­vel 27.

Wspo­mnie­nia po­ja­wiają się na­tych­miast, nie mam nad tym żad­nej kon­troli. Za­ci­skam po­wieki, po­wta­rza­jąc w my­ślach, że mu­szę od­pu­ścić. Jed­no­cze­śnie czuję całą sobą, że je­śli to zro­bię, stracę ko­goś wy­jąt­ko­wego i już ni­gdy nie za­znam tego, czego za­kosz­to­wa­łam z Ki­lia­nem.

Chcę do niego za­dzwo­nić, choć na­pi­sać, zro­bić coś... Co­kol­wiek, byle nie stać dłu­żej w miej­scu. Ile czasu po­win­nam mu dać? Nie­wy­klu­czone, że on czeka na mnie. Rów­nie praw­do­po­dobne jest jed­nak to, że nie chce mieć ze mną nic do czy­nie­nia.

Jego ostre słowa od­bi­jają się echem w mo­jej gło­wie: Zo­staw mnie sa­mego... Wy­pier­da­laj!

Nie je­stem w sta­nie od­gad­nąć, co pró­bo­wał mi prze­ka­zać. Zdaję so­bie sprawę, że moje do­szu­ki­wa­nie się ukry­tego prze­kazu być może jest zgubne. Mimo wszystko chcę wie­rzyć, że jemu cią­gle na mnie za­leży.

Prawa ręka ze­śli­zguje się z kie­row­nicy. Po­woli się­gam do kie­szeni i wyj­muję smart­fon. Od­blo­ko­wuję go i wcho­dzę na In­sta­gram Ma­dHat­tera. Jego so­cjale nie zwol­niły, re­la­cje, wpisy i filmy po­ja­wiają się sys­te­ma­tycz­nie. Treść po­stów zdra­dza mi, że to głów­nie za­sługa Jarka. Cie­szę się, że Ki­lian ma ta­kiego przy­ja­ciela. Wiem, że FIFA jest jego wielką pa­sją. Czę­sto ucieka do wir­tu­al­nego świata, by od­ciąć się od bru­tal­nej rze­czy­wi­sto­ści. Ro­zu­miem go aż za do­brze.

Otwie­ram na­szą kon­wer­sa­cję na What­sAp­pie. Nie pi­sa­li­śmy ze sobą od jego uro­dzin. Prze­su­wam pal­cem po ekra­nie i od­czy­tuję wia­do­mo­ści, które znam już na pa­mięć. Co rusz zer­kam na białą słu­chawkę w gór­nym pra­wym rogu. Ode­brałby?

Nie­spo­koj­nie kręcę się w fo­telu. Czy na­pi­sa­nie do niego bę­dzie się łą­czyło z osią­gnię­ciem sta­tusu in­fan­tyl­nej de­spe­ratki? Ja­sno dał mi do zro­zu­mie­nia, że mam znik­nąć z jego ży­cia. Dla­czego to do mnie nie do­ciera?!

Kli­kam w pu­ste pole, by roz­wi­nąć kla­wia­turę, krążę kciu­kiem wo­kół li­ter, oba­wia­jąc się ko­lej­nego ru­chu. Ist­nieje zbyt wiele sce­na­riu­szy. Każdy szcze­gół może skie­ro­wać nas na inną ścieżkę. Czy mamy choć ma­leńką szansę na szczę­śliwe za­koń­cze­nie?

Po­win­ni­śmy po­roz­ma­wiać - pi­szę tylko po to, by na­tych­miast usu­nąć tę wia­do­mość. Brzmi zbyt na­chal­nie. Tę­sk­nię za tobą - ko­lejna bez­u­ży­teczna in­for­ma­cja, któ­rej nie od­wa­żam się wy­słać. W końcu wy­stu­kuję:

Gdzie je­steś, Alice?

Sta­wiam na neu­tral­ność, li­cząc, że Ki­lian do­strzeże prze­sła­nie ukryte mię­dzy tymi na po­zór bez­piecz­nymi sło­wami.

Serce pod­cho­dzi mi do gar­dła, gdy wi­dzę na ekra­nie, że coś pi­sze. Hat­ter od­czy­tał wia­do­mość i praw­do­po­dob­nie pró­buje mi na nią od­po­wie­dzieć. Czuje w tej chwili to samo, co ja? Czuje choć na­miastkę tego? A może po­zo­staje cał­ko­wi­cie obo­jętny? Jego spoj­rze­nie pod­czas mi­strzostw wy­klu­cza tę opcję, a jed­nak nie po­tra­fię uci­szyć obaw.

Mi­jają se­kundy, mi­nuty... Czas dłuży się w nie­skoń­czo­ność, a ja na­wet nie mru­gam, cze­ka­jąc na jego re­ak­cję.

Resztką sił po­wstrzy­muję się od klik­nię­cia słu­chawki. Tak bar­dzo chcia­ła­bym usły­szeć jego głos; za­py­tać, jak się czuje, dla­czego ka­zał mi odejść, co się wy­da­rzyło tam­tej nocy.

Kiedy wresz­cie otrzy­muję od­po­wiedź od Ki­liana, mało co nie pod­ska­kuję z eks­cy­ta­cji. Dwa wy­razy, a z nimi cała fala przy­gnia­ta­ją­cych mnie emo­cji.

Alice:

Za da­leko.

Ja:

Nie mo­żesz wró­cić?

Alice:

Nie znam drogi po­wrot­nej.

Przy­gry­zam dolną wargę, ukła­da­jąc w my­ślach pa­su­jące zda­nia. Ob­ra­camy się w Kra­inie Cza­rów nie bez po­wodu. Po­dej­rze­wam, że za­py­ta­nie go wprost urwie nasz kon­takt. Gdyby chciał nor­mal­nie po­roz­ma­wiać, nie pi­sałby w ten spo­sób. Nie po­zo­staje mi nic in­nego, jak za­grać w tę grę, wejść do nory Kró­lika i od­szu­kać Ki­liana, gdzie­kol­wiek te­raz jest.

Ja:

Mo­gła­bym ci po­móc ją od­na­leźć.

Spe­cjal­nie nie daję na końcu zda­nia py­taj­nika. Niech wie, że na­dal dużo dla mnie zna­czy i gdyby mi na to po­zwo­lił, chwy­ci­ła­bym jego dłoń, by wy­cią­gnąć go z mroku.

Alice:

Dla­czego mia­ła­byś to zro­bić?

Po­nie­waż je­stem twoją My­szą, kre­ty­nie!, wrzesz­czę w my­ślach, ale nie od­wa­żam się z nim tym po­dzie­lić. Jest za wcze­śnie, a my po­ru­szamy się po cien­kim lo­dzie, który w każ­dej chwili może się za­ła­mać.

Ja:

Masz dwie moż­li­wo­ści: jedna do­pro­wa­dzi cię do szczę­ścia, druga do sza­leń­stwa. Moja rada to: nie po­tknąć się.

Wiem, że roz­po­zna ten cy­tat. Py­ta­nie, jak go zro­zu­mie. By­łoby o wiele ła­twiej, gdyby wy­ło­żył na stół wszyst­kie karty, bez uda­wa­nia i uni­ków.

Alice:

Gdy­bym miał swój wła­sny świat, wszystko w nim by­łoby ina­czej. Nic nie by­łoby tym, czym jest, bo wszystko by­łoby tym, czym nie jest.

Nie od­pi­suję od razu, po­trze­buję chwili na­my­słu. Jego wia­do­mość nie jest cał­ko­wi­cie wier­nym cy­ta­tem z Ali­cji w Kra­inie Cza­rów. Do­pa­so­wał go pod sie­bie. Złe prze­czu­cie znów daje o so­bie znać. Je­śli nie chcę, by Ki­lian się wy­co­fał, mu­szę być ostrożna. Nie­ważne, że zżera mnie cie­ka­wość, a brak ja­snej sy­tu­acji do­pro­wa­dza do obłędu.

Ja:

Śnisz?

Alice:

To nie jest ta­kie pro­ste.

Ja:

Nie jest pro­ste czy nie znasz od­po­wie­dzi?

Na­gle w sa­mo­cho­dzie robi się nie­mi­ło­sier­nie go­rąco. Otwie­ram szybę, by za­czerp­nąć świe­żego po­wie­trza. Prze­gię­łam? Ewi­dent­nie wi­dać, że Hat­ter jest w fa­tal­nym sta­nie. Pod­czas tur­nieju przy­po­mi­nał ży­wego trupa, bez skru­pu­łów nisz­czą­cego wszystko, co sta­nęło mu na dro­dze. Przed tamtą nocą sar­kazm był jego dru­gim imie­niem, te­raz mam wra­że­nie, że pi­szę z kimś zu­peł­nie in­nym. Z kimś, kto za­po­mniał, co to ra­dość i mi­łość.

Alice:

Li­czę, że to tylko sen.

Ja:

Co chciał­byś, żeby oka­zało się prawdą, kiedy się obu­dzisz?

Od­po­wiedź po­ja­wia się bły­ska­wicz­nie:

Alice:

My.

Nie spo­dzie­wa­łam się tego. W moim sercu na nowo wy­bu­cha na­dzieja. Nie umiem jej po­skro­mić, stłam­sić. Wiem, że przez to uczu­cie bę­dzie bo­lało jesz­cze moc­niej, gdy coś nie pój­dzie po mo­jej my­śli. Whi­te­Rab­bit wy­myka się z za­ka­mar­ków pod­świa­do­mo­ści i la­men­tuje, krzy­czy, że mam prze­stać. Po­zo­staję głu­cha na jego prośby. Do­sko­nale pa­mię­tam, jak to było bu­dzić się w ra­mio­nach Ki­liana, wi­dzieć swoje od­bi­cie w jego błę­kit­nych oczach, mieć pew­ność, że na­le­żymy wy­łącz­nie do sie­bie.

Ja:

Gdy­byś mi wy­tłu­ma­czył, co się wtedy wy­da­rzyło, da­li­by­śmy radę to ogar­nąć.

Alice:

Nie.

Czy­tam jego wia­do­mo­ści kilka razy i wiem co­raz mniej. Prze­kleń­stwa palą mnie w ję­zyk. Bez­rad­ność jest nie do znie­sie­nia.

Czy to ozna­cza, że dla Ki­liana nasz zwią­zek nie ma już szans? Skoro tak, czemu mi od­po­wie­dział? Nie do­pusz­czam do sie­bie my­śli, że się mną bawi. Nie po tym, co mi o so­bie opo­wie­dział. Od­krył się, opu­ścił gardę, ry­zy­ku­jąc, że go zra­nię. Znam jego naj­skryt­sze se­krety. Je­stem świa­doma, ile kosz­to­wało go uze­wnętrz­nie­nie każ­dego z nich.

Czy będę wy­star­cza­jąco silna i wy­trwała, by cze­kać, aż zdecy­duje się po­dzie­lić prawdą? Je­stem prze­ko­nana, że za tą prze­klętą nocą kryje się coś wię­cej.

Ja:

My­ślisz, że mo­gli­by­śmy zo­stać przy­ja­ciółmi?

Alice:

My­ślę, że taki układ byłby w sta­nie mnie za­bić... O ile rze­czy­wi­ście na­dal żyję.

- Ki­lian, czego ty, do cho­lery, ocze­ku­jesz? - mam­ro­czę pod no­sem.

Ja:

Dla­czego ka­za­łeś mi odejść?

Świa­do­mie igram z ogniem. Za­trzy­muję dłoń tuż nad tań­czą­cym pło­mie­niem.

I prze­gry­wam.

Spa­lam się.

Nie do­staję od niego żad­nej od­po­wie­dzi.

Ki­lian

Uni­kam roz­mów, od­zy­wam się tylko, gdy jest to ko­nieczne. Mu­szę być na­prawdę do­brym ak­to­rem, bo nikt do tej pory nie za­py­tał mnie o tamtą noc. W od­po­wie­dzi na do­my­sły mo­ich zna­jo­mych - mil­czę. Nie mam ochoty za­prze­czać. Wy­daje mi się, że za­słu­ży­łem na ta­kie po­strze­ga­nie: play­boy, który są­dził, że od­na­lazł praw­dziwą mi­łość, ale nie po­tra­fił zre­zy­gno­wać z in­nych dup. Pie­przył się w swoje uro­dziny z Agatą, pod­czas gdy jego ko­bieta od­cho­dziła od zmy­słów, a kiedy na­stęp­nego dnia wró­cił do miesz­ka­nia, ka­zał jej wy­pier­da­lać.

Co ja w ogóle ro­bię? Obie­ca­łem so­bie, że będę się trzy­mał z da­leka od Wiki. Wy­star­czy, że za­tru­wam wła­sne ży­cie, ona za­słu­guje na coś lep­szego. Przez ja­kiś czas łu­dzi­łem się, że z nią był­bym w sta­nie przejść przez każde gówno. Gdy­bym trzy­mał upar­cie jej rękę, a wiem, że ona by mi na to po­zwo­liła, po­cią­gnął­bym ją na samo dno. Je­stem ba­la­stem, a ona musi roz­wi­nąć skrzy­dła i wresz­cie wzbić się w po­wie­trze, po­fru­nąć na szczyt, bo do­kład­nie tam jest jej miej­sce.

Whi­te­Rab­bi­towi nie bra­kuje wiele do od­nie­sie­nia zna­czą­cego suk­cesu. W espor­cie nie jest ła­two zo­stać za­uwa­żo­nym. To, że nie mogę mieć Wiki, nie ozna­cza, że prze­sta­łem ją wspie­rać. Cze­kają mnie ku­rew­sko trudne chwile, jed­nak dla jej szczę­ścia dał­bym się na­wet po­kroić.

Ko­lejny raz czy­tam jej ostat­nią wia­do­mość, po czym rzu­cam ko­mórką o ścianę, ma­jąc na­dzieję, że roz­biję ją w drobny mak. Ekran pęka, ale ustroj­stwo na­dal działa. Nie po­tra­fię na­wet roz­je­bać głu­piego te­le­fonu.

Z dnia na dzień co­raz bar­dziej wąt­pię w swój zdrowy roz­są­dek. My­śli nie trzy­mają się kupy. Tracę ro­zum i pa­nicz­nie boję się skoń­czyć jak ciotka. A może już za późno na strach, skoro nie je­stem w sta­nie stwier­dzić, czy to, co się wy­da­rzyło, fak­tycz­nie miało miej­sce? Czy głosy w mo­jej po­pie­przo­nej gło­wie kła­mią, a na­wie­dza­jące mnie co noc kosz­mary nie mają nic wspól­nego z rze­czy­wi­sto­ścią?

Zry­wam się z łóżka, ścią­gam ciu­chy i wcho­dzę pod prysz­nic. Ju­tro drugi dzień mi­strzostw. Wiem, że bez pro­blemu przejdę do fi­nału. FIFA jest ak­tu­al­nie je­dyną sta­bilną rze­czą w moim po­sra­nym ży­ciu. Wszystko inne ru­nęło, nie ma żad­nego sensu. Nie je­stem w sta­nie po­wie­dzieć, co jest jawą, a co snem. Wy­daje mi się, że coś wiem, a chwilę póź­niej rwę włosy z głowy, śmie­jąc się z wła­snej bez­rad­no­ści, zda­jąc so­bie sprawę, że nie wiem nic.

Sama myśl o Aga­cie na­pawa mnie obrzy­dze­niem. Nie chcę do tego wra­cać, ale za każ­dym ra­zem, gdy za­my­kam oczy, sły­szę szy­dzące ze mnie po­sta­cie z Kra­iny Cza­rów. By­wają chwile, kiedy je­stem bli­ski prze­rwa­nia mil­cze­nia. Dzień po tym, gdy stra­ci­łem Wiki, za­dzwo­ni­łem do Jarka i bre­dzi­łem bez sensu. Moż­liwe, że moje trud­no­ści w wy­sła­wia­niu się miały coś wspól­nego z wy­chla­niem flaszki czy­stej. Ostat­nimi czasy al­ko­hol wcho­dzi mi le­piej niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej. Ma­jąc do wy­boru otę­pie­nie czy ból, czę­sto wy­bie­ram pierw­szą opcję. Mam po­tworne luki w pa­mięci, a co za tym idzie, nie umiem zło­żyć ukła­danki, by roz­po­znać, co przed­sta­wia. Bra­kuje klu­czo­wych ele­men­tów, a inne są jakby za­ma­zane. Już nie­raz się za­sta­na­wia­łem, czy szczera roz­mowa z Wik­to­rią mia­łaby sens. Pro­blem w tym, że nie wiem, co miał­bym jej wy­znać. Je­stem pe­wien, że spę­dzi­łem noc z Agatą. W mo­jej cho­rej gło­wie tkwią obrzy­dliwe ob­razy. Cza­sami wy­daje mi się, że jej usta do­ty­kają mo­jej szyi. Bu­dzę się zlany po­tem i chce mi się wyć. Tylko ucieczka do wir­tu­al­nego świata po­maga prze­trwać ten chaos.

Wpa­truję się tępo w białe ka­fle pod sto­pami. Je­den z nich ma kilka rys. Prze­chy­lam głowę w bok, opie­ram się o ścianę i za­ci­skam mocno po­wieki. Tam nic nie ma, a jed­nak moja spa­czona wy­obraź­nia kreuje wi­ze­ru­nek Wiki.

Zra­ni­łem ją do­głęb­nie. Nie je­stem w sta­nie wy­ma­zać z pa­mięci jej miny kilka se­kund przed tym, jak ode­szła. Na­prawdę by­łaby w sta­nie mi wy­ba­czyć? Na­pi­sała do mnie, a jej wia­do­mo­ści wska­zują na to, że ist­nieje szansa...

- Nie, kurwa - sy­czę pod no­sem i le­dwo po­wstrzy­muję się od ude­rze­nia pię­ścią w ścianę.

Otwie­ram oczy. Usta­wiam tem­pe­ra­turę na ni­ską, w na­dziei, że zimna woda choć odro­binę mnie otrzeźwi. Boję się, że bli­skość Wiki zbu­rzy całą moją silną wolę. Pra­gnę ją chro­nić, jak­kol­wiek ab­sur­dal­nie to brzmi. Zo­sta­nie pro­sem jest jed­nym z ma­rzeń Ostrej, a ja mam po­zy­cję po­zwa­la­jącą uła­twić jej tę drogę. Nie cho­dzi, by przez zna­jo­mo­ści za­pew­nić dziew­czy­nie suk­ces, ale by dać moż­li­wo­ści. Otwo­rzy­łem furtkę, jed­nak ni­czego nie zro­bię za nią. To ona musi się wy­ka­zać, to ta­lent White­Rab­bita za­de­cy­duje o być albo nie być.

Wik­to­ria jesz­cze tego nie wie, ale przez naj­bliż­szy rok bę­dziemy ra­zem tre­no­wać. Sco­uci z re­pre­zen­ta­cji Pol­ski już od ja­kie­goś czasu roz­glą­dają się za kimś no­wym, za­su­ge­ro­wa­łem więc, żeby przyj­rzeli się Whi­te­Rab­bi­towi. Nie­ważne, co jest - a ra­czej czego już nie ma - mię­dzy mną a Ostrą, na wir­tu­al­nym bo­isku two­rzymy ide­alny duet. Po tym, jak opo­wie­działa mi o Kró­liku, sto­czy­li­śmy nie­je­den po­je­dy­nek FIFA, co było eks­cy­tu­jące. Mu­simy się jesz­cze wiele na­uczyć, ale je­śli nic nie sta­nie nam na dro­dze, stwo­rzymy ekipę nie do po­ko­na­nia.

Roz­dział 2

Wik­to­ria

Nie śpię pra­wie całą noc, biję się z wła­snymi my­ślami. Gdy­bym mo­gła, wy­łą­czy­ła­bym uczu­cia. Nie po­win­nam się de­kon­cen­tro­wać. Mu­szę czym prę­dzej wy­eli­mi­no­wać ze swo­jego serca i głowy Ki­liana. Na­sza re­la­cja za­wsze była skom­pli­ko­wana, ale obec­nie jest przy­tła­cza­jącą nie­wia­domą.

Pod­ję­łam próbę, na­pi­sa­łam do niego. Sprzeczne uczu­cia wal­czą we mnie, a żadne nie chce ustą­pić dru­giemu. Jed­no­cze­śnie ko­cham i nie­na­wi­dzę tego, co Hat­ter ze mną zro­bił. Nie po­tra­fię wy­ma­zać z pa­mięci na­szych wspól­nych mo­men­tów, one zbyt wiele dla mnie zna­czą. Zwią­zek nie może być jed­nak bu­do­wany wy­łącz­nie przez jedną osobę. Są­dzi­łam, że je­ste­śmy strze­la­jącą do jed­nej bramki dru­żyną, ale ostat­nie ty­go­dnie po­ka­zały coś zgoła in­nego.

Po śnia­da­niu wcie­lam się w Whi­te­Rab­bita, jed­nak drze­miący we mnie Kró­lik nie jest na tyle silny, by cał­ko­wi­cie prze­jąć stery. Drugi dzień tur­nieju je­stem więc ode­rwana od rze­czy­wi­sto­ści. Sta­wiam się na miej­scu, gram i zwy­cię­żam. Cał­ko­wite igno­ro­wa­nie Hat­tera jest wręcz nie­moż­liwe. Fakt, że spę­dzamy w jed­nym po­miesz­cze­niu kilka go­dzin, pra­wie mnie za­bija. Oboje uni­kamy kon­taktu wzro­ko­wego, a kiedy przy­pad­kiem na­sze spoj­rze­nia się krzy­żują, czuję, że tracę grunt pod no­gami. Mam tyle py­tań, a żad­nych od­po­wie­dzi. Sta­ram się nie in­ter­pre­to­wać jego za­cho­wa­nia. I tak nie od­gadnę, czym się kie­ruje, do­póki sam mi o tym nie po­wie.

Wy­gry­wam swoje spo­tka­nia, Ki­lian rów­nież nisz­czy prze­ciw­ni­ków i awan­suje do fi­nału. Nie po­tra­fię się cie­szyć suk­ce­sem, co nie­mi­ło­sier­nie mnie wner­wia. Ju­tro będę wal­czyć z Hat­te­rem o ty­tuł mi­strza Pol­ski, a w sercu mam prze­ra­ża­jącą pustkę.

Resztę dnia spę­dzam w po­koju ho­te­lo­wym, prze­glą­da­jąc ak­tu­al­no­ści na so­cja­lach. Ki­lian mil­czy, a ja jak po­my­lona co rusz spraw­dzam What­sAppa, w ra­zie gdyby od­pi­sał, a te­le­fon za­po­mniał mnie o tym po­wia­do­mić.

Bra­kuje mi to­wa­rzy­stwa Ki­liana. Roz­pacz­li­wie pra­gnę być znów przez niego do­ty­kana, ca­ło­wana, piesz­czona. Zer­kam na drzwi, od­czu­wa­jąc nie­zro­zu­miałą po­trzebę wyj­ścia i za­ba­wie­nia się z le­dwo po­zna­nym fa­ce­tem. Po­prawka: ża­den inny nie dałby mi tego, czego po­trze­buję. Nie roz­pa­liłby mnie tak jak Ki­lian, nie do­pro­wa­dziłby na gra­nicę, by chwilę póź­niej sko­czyć ra­zem ze mną z klifu i wzbić się w po­wie­trze. Każdy inny byłby tylko od­wró­ce­niem uwagi, marną imi­ta­cją mo­jego oso­bi­stego uza­leż­nie­nia. Ale może choć przez kilka mi­nut po­zwo­liłby mi prze­stać my­śleć o Hat­te­rze?

Wzdy­cham gło­śno, pod­no­szę się i ob­ra­cam, by po­pra­wić po­duszkę, co w re­zul­ta­cie koń­czy się ro­ze­rwa­niem ba­weł­nia­nej po­szewki. Naj­wy­raź­niej do­tar­łam do punktu, w któ­rym de­spe­ra­cja prze­kra­cza wszel­kie gra­nice. Po­iry­to­wana, ude­rzam jesz­cze raz, a parę bia­łych pió­rek unosi się w po­wie­trzu.

Po co mi to było? Mi­łość wcale nie jest piękna! Jest bo­le­sna, od­bie­ra­jąca dech w piersi. To tor­tura. Mimo tego, gdy­bym do­stała taką moż­li­wość, nie od­da­ła­bym jej za żadne skarby.

Nie za­bra­łam ze sobą ni­czego ele­ganc­kiego ani sek­sow­nego, nie wi­dzia­łam ta­kiej po­trzeby. Plan ogra­ni­czał się do zdo­by­cia po­dium te­go­rocz­nych mi­strzostw Pol­ski i szyb­kiego po­wrotu do Kato. W su­mie to na­wet do­brze. Jedna nie­prze­spana noc w zu­peł­no­ści wy­star­czy. Ju­tro mu­szę być w pełni sił, ina­czej nie po­do­łam. Co wię­cej, zna­jąc sie­bie, od razu po nic nie­zna­czą­cym nu­merku z nic nie­zna­czą­cym ko­le­siem po­czu­ła­bym się go­rzej niż w tej chwili. To nie dla mnie.

Kon­tro­luję go­dzinę na za­pię­tym wo­kół nad­garstka smart­wat­chu. Do­cho­dzi dwu­dzie­sta pierw­sza. Zie­wam, za­sła­nia­jąc dło­nią usta. Je­stem zmę­czona, ale oba­wiam się, że i tak nie będę w sta­nie po­rząd­nie od­po­cząć.

Pró­buję prze­wi­dzieć prze­bieg fi­nału. Znam styl Ma­dHat­tera i niby wiem, czego mogę się spo­dzie­wać, jed­nak z dru­giej strony Ki­lian już nie­raz mnie za­sko­czył. Jest pro­fe­sjo­na­li­stą, więc wąt­pię, że na­sza pry­watna sy­tu­acja od­bije się w ja­kimś stop­niu na grze. Nie w jego przy­padku. O wiele bar­dziej mar­twię się o sie­bie.

Spę­dzi­li­śmy mnó­stwo czasu na wir­tu­al­nym bo­isku, dzie­ląc się do­świad­cze­niem i spo­strze­że­niami. On po­ka­zał mi swoje triki, ja jemu swoje. Znam sła­bo­ści Ka­pe­lusz­nika, spo­soby na wy­pro­wa­dze­nie go z rów­no­wagi. Oczy­wi­ście mo­gła­bym to wy­ko­rzy­stać, by mieć więk­szą szansę na zgar­nię­cie pierw­szego miej­sca, ale to wcale nie by­łoby ta­kie ła­twe. Poza tym ma­rzę o praw­dzi­wej wy­gra­nej, bez chwy­tów po­ni­żej pasa. To ma być czy­sta gra, po­kaz na­szych umie­jęt­no­ści.

Wi­bra­cje ko­mórki wy­ry­wają mnie z roz­my­ślań. Serce pod­ska­kuje z na­dzieją, że to on wresz­cie się ode­zwał, co jest kom­plet­nym idio­ty­zmem, po­nie­waż w głębi du­szy do­sko­nale wiem, że taki zwrot ak­cji gra­ni­czyłby z cu­dem.

Się­gam po te­le­fon i od­blo­ko­wuję ekran. Gorz­kie roz­cza­ro­wa­nie roz­lewa się w moim wnę­trzu, gdy od­czy­tuję wia­do­mość Ma­tiego:

Skoń­czony Ku­tas:

Hej. Chcia­łem ci ży­czyć po­wo­dze­nia w ju­trzej­szych roz­gryw­kach. Wiem, że da­łem ciała, na­prawdę mi przy­kro, Ostra. Co­kol­wiek zro­bisz po wy­gra­nej, je­stem z tobą. Po­win­naś to wie­dzieć. Prze­pra­szam. Mo­żemy za­po­mnieć o tym in­cy­den­cie?

Mrużę oczy, za­ci­ska­jąc zęby z taką siłą, że aż zgrzy­tają. Ma ko­leś tu­pet!

Ja:

Boli?

Skoń­czony Ku­tas:

Chyba nie ro­zu­miem...

Ja:

Praw­do­po­dob­nie ude­rzy­łeś tym dur­nym łbem w coś bar­dzo twar­dego, skoro łu­dzisz się, że kie­dy­kol­wiek znów bę­dziemy przy­ja­ciółmi.

Chwila ci­szy, a póź­niej smart­fon za­czyna dzwo­nić i na ekra­nie wi­dzę twarz mo­jego ku­zyna. Jesz­cze tego ba­rana mi do szczę­ścia po­trzeba. Choć w su­mie to może i do­brze, że Mati się ode­zwał. Je­śli po­tul­nie przyj­mie rolę ko­zła ofiar­nego i da mi się na so­bie wy­żyć, czemu nie?

Kli­kam zie­loną słu­chawkę i przy­kła­dam ko­mórkę do ucha.

- Czego? - brzmię jak wredna, wy­posz­czona sucz.

- Nie bądź taka...

- Jaka? - wcho­dzę mu w zda­nie, zry­wa­jąc się na równe nogi, na­stęp­nie za­czy­nam krą­żyć po nie­wiel­kim po­koju ho­te­lo­wym, da­jąc upust ko­tłu­ją­cym się we mnie emo­cjom. - Nie­czuła? Bez­czelna? Wy­ra­cho­wana? A nie, sorry, to twoje ce­chy.

- Wiki...

- Chcia­łeś mnie wy­ro­lo­wać, dupku - przy­po­mi­nam mu, nie­mal wy­plu­wa­jąc to zda­nie. - Twoje szczę­ście, że Hat­ter w porę spro­wa­dził cię na zie­mię. Przy­naj­mniej oszczę­dził ci wstydu. Nie do­ra­stasz Whi­te­Rab­bi­towi do pięt!

- Wiem, ja tylko...

- Ty tylko pró­bo­wa­łeś pod­szyć się pode mnie, zgar­nąć moje ciężko za­pra­co­wane osią­gnię­cia i ze­pchnąć głu­piutką ku­zy­neczkę na bok.

- Wcale nie! - za­prze­cza szybko, ale chyba sam nie wie­rzy w to, co mówi.

- Prze­stań kła­mać! - pod­no­szę głos. - Mam tego dość, ro­zu­miesz?

- Nie wszystko było kłam­stwem, prze­cież wiesz, ile dla mnie zna­czysz.

- No tak, je­stem bar­dzo ważna, nie? Za­pro­po­no­wa­łeś mi, że­bym u cie­bie miesz­kała za­raz po tym, jak opo­wie­dzia­łam ci o Kró­liku! Są­dzi­łeś, że nie po­łą­czę fak­tów? Po­mo­głeś mi wy­łącz­nie dla wła­snych ko­rzy­ści.

- Nie­zu­peł­nie. Ostra, kurwa, po­zwól mi wy­ja­śnić - prosi, a w jego gło­sie fak­tycz­nie sły­szę bła­galną nutę, przez którą odro­binę mięknę.

- Ga­daj - mó­wię na po­zór obo­jęt­nym to­nem.

Ma­te­usz wbił mi nóż w plecy, ale ja nie po­tra­fię go nie­na­wi­dzić, przy­naj­mniej nie tak cał­ko­wi­cie. Wzbu­dza we mnie li­tość. La­tami stał w cie­niu Whi­te­Rab­bita, przy­glą­dał się jego po­czy­na­niom, ro­sną­cej licz­bie fa­nów i po­stę­pom. Są­dzi­łam, że cie­szy się ra­zem ze mną, ale ostat­nia roz­mowa z Paw­łem, pod­czas któ­rej do­wie­dzia­łam się bru­tal­nej prawdy, otwo­rzyła mi oczy.

- Prze­pra­szam - po­wta­rza to, co już na­pi­sał.

Trudno mi uwie­rzyć w szcze­rość tego jed­nego słowa. Przy­pusz­czam, że musi mi­nąć dużo czasu, za­nim znów będę w sta­nie spoj­rzeć na ku­zyna jak daw­niej.

- Przy­jaź­nimy się od dziecka, to nie było uda­wane - stwier­dza, co pod­su­mo­wuję wes­tchnie­niem, jed­nak nie za­prze­czam. - Je­steś dla mnie jak ro­dzona sio­stra.

- Dzię­kuję bar­dzo za ta­kiego brata - mam­ro­czę, po czym wy­raź­nie sły­szę, jak Mati gło­śno prze­łyka ślinę.

- Po­trze­bo­wa­łaś po­mocy - kon­ty­nu­uje, nie od­no­sząc się do mo­jego do­cinku. - Wy­cią­gną­łem do cie­bie rękę, bo na to za­słu­gi­wa­łaś. Ten gest nie miał nic wspól­nego z Kró­li­kiem.

Pry­cham, krę­cąc głową, i le­dwo po­wstrzy­muję się od prze­wró­ce­nia oczami.

- Nie wie­rzysz mi - zga­duje i ma cho­lerną ra­cję.

- Ty byś uwie­rzył na moim miej­scu? Od­po­wiesz mi szcze­rze na jedno py­ta­nie?

- Oczy­wi­ście.

- Co by się stało, gdy­byś wtedy wy­grał z Hat­te­rem?

Za­pada ci­sza, która mówi mi wię­cej niż ty­siące słów.

- Je­steś ża­ło­sny - sy­czę przez za­ci­śnięte zęby. - Po co w ogóle do mnie za­dzwo­ni­łeś? Chcesz wró­cić do ze­społu? Mieć kon­trolę nad Whi­te­Rab­bi­tem? Ju­tro zdejmę ma­skę, bez względu, czy wy­gram, czy prze­gram. Ko­niec z ukry­wa­niem się, je­śli ktoś bę­dzie miał pro­blem z bra­kiem fiuta mię­dzy mo­imi no­gami, to jego sprawa. Je­stem wy­star­cza­jąco do­bra, a oce­niać po­winno się po osią­gnię­ciach, a nie płci.

- Ży­czę ci jak naj­le­piej - oświad­cza zre­zy­gno­wa­nym to­nem. - Mia­łem na­dzieję, że na­sza przy­jaźń coś dla cie­bie zna­czy, dla­tego...

- Przy­jaźń? - wcho­dzę mu w zda­nie. - Dla cie­bie to była przy­jaźń? Za­sta­nów się, czy de­fi­ni­cja przy­jaźni rze­czy­wi­ście po­krywa się z tym, czym mnie ob­da­ro­wa­łeś - try­skam sar­ka­zmem.

Już chcę się roz­łą­czyć, kiedy Mati znów się od­zywa:

- To przez niego je­steś taka zimna. Mó­wi­łem, że się tobą bawi. Gdy­byś mnie wtedy po­słu­chała...

Nie daję mu do­koń­czyć. Kli­kam czer­woną słu­chawkę, po czym wy­łą­czam te­le­fon, by ku­zyn nie miał szans po­now­nego skon­tak­to­wa­nia się ze mną. Nie po­trze­buję jego mą­dro­ści, a już na pewno nie w tym mo­men­cie.

W mo­jej gło­wie au­to­ma­tycz­nie po­ja­wia się wspo­mnie­nie z chwili, gdy Ki­lian ka­zał mi odejść. Serce po­now­nie pęka i znów wraca roz­ry­wa­jący du­szę ból.

Ki­lian

- To nie jest do­bry po­mysł, stary. - Jaro wska­zuje na mo­jego drinka.

- Uwa­żam wprost prze­ciw­nie - od­po­wia­dam, na­stęp­nie biorę dwa duże łyki whi­sky z colą.

Przy­ja­ciel zna­cząco kręci głową, jed­nak nie od­biera mi wy­peł­nio­nego brą­zo­wym trun­kiem szkła. Wie, że taka ak­cja nie mia­łaby sensu. Sam mu­siał­bym chcieć prze­stać, a pro­blem w tym, że nie mogę. Gdy wró­ci­łem ze sta­dionu, po­ło­ży­łem się w po­koju ho­te­lo­wym, by od­po­cząć. Za­sną­łem i we śnie prze­nio­słem się do pie­przo­nej Kra­iny Cza­rów. Znów czu­łem na so­bie od­dech ko­biety, którą da­rzę czy­stą nie­na­wi­ścią. Ko­lejny raz tkwi­łem w ba­gnie, nie mo­gąc nic na to po­ra­dzić. Bez drogi ucieczki, bez moż­li­wo­ści po­wie­dze­nia "nie". Obu­dził mnie od­głos dzwo­nią­cego te­le­fonu. Po krót­kiej roz­mo­wie z tre­ne­rem re­pre­zen­ta­cji po­bie­głem do ła­zienki i wy­rzy­ga­łem całą za­war­tość żo­łądka.

- Ju­tro fi­nał - przy­po­mina mi Pa­czew­ski, sia­da­jąc na ho­ke­rze obok mnie, a kiedy bar­man pyta, co po­dać, za­ma­wia piwo. - To przez Wiki, prawda?

- My­śla­łem, że wy­ra­zi­łem się ja­sno...

- Tak, tak, nie chcesz o tym ga­dać - wtrąca się, stu­ka­jąc pal­cami w ladę. - Ale może po­wi­nie­neś, za­nim wszystko się spie­przy?

- Już się spie­przyło - mó­wię pół­gło­sem i piję do dna.

- Nie będę ci mógł po­móc, je­śli mi na to nie po­zwo­lisz.

- Skąd po­mysł, że po­trze­buję two­jej po­mocy? - Zer­kam na niego ką­tem oka, na­stęp­nie daję znać bar­ma­nowi, żeby po­dał mi ko­lej­nego drinka.

- Rab­bit jest do­brym prze­ciw­ni­kiem, nie ba­ga­te­li­zuj go. - Jaro pró­buje zmie­nić te­mat, nie bę­dąc świa­do­mym, że tak wła­ści­wie cią­gle mówi o jed­nej oso­bie.

- Wspo­mnia­łem o nim Wie­czer­kowi - oświad­czam z uda­wa­nym spo­ko­jem, wpa­tru­jąc się w kostki lodu dry­fu­jące w bursz­ty­no­wej cie­czy.

- Jaja so­bie ro­bisz? Dla­czego?

- Sam od­po­wie­dzia­łeś już so­bie na to py­ta­nie. - Prze­no­szę spoj­rze­nie na ły­sego męż­czy­znę, z któ­rego po­sęp­nej miny śmiem wnio­sko­wać, że nie bę­dzie ska­kał z ra­do­ści. - Jest do­brym gra­czem - po­wta­rzam jego słowa. - Przy­pusz­czam, że wspól­nymi si­łami roz­wa­limy na­wet Bra­zy­lij­czy­ków.

- Ty tak po­waż­nie? - Unosi wy­soko brwi. - My­śla­łem, że go­ścia nie cier­pisz.

Wzru­szam ra­mio­nami. Opo­wie­dze­nie mu prawdy by­łoby nie fair w sto­sunku do Wik­to­rii. Obie­ca­łem za­cho­wać jej ta­jem­nicę, do­póki sama nie zde­cy­duje się ujaw­nić. Praw­do­po­dob­nie zrobi to już ju­tro, acz­kol­wiek nie mogę być tego pe­wien. Nie roz­ma­wia­łem z nią, od­kąd...

Wczo­raj­sza wy­miana wia­do­mo­ści nie­źle mną wstrzą­snęła. Bra­kuje mi na­szych wspól­nych chwil. Wy­star­czy­łoby mi jej to­wa­rzy­stwo, nie mu­sia­łaby się od­zy­wać. Byle mógł­bym znów po­czuć za­pach ja­śminu i za­to­nąć w szma­rag­do­wej głębi pięk­nych oczu.

- Ro­ze­gra­łem z nim kilka spo­tkań to­wa­rzy­skich - przy­znaję, wpra­wia­jąc przy­ja­ciela w jesz­cze więk­sze zdu­mie­nie.

- Że co pro­szę? - Mruga kilka razy i jakby chciał ostu­dzić nerwy, wlewa w sie­bie po­łowę piwa. - Mia­łeś za­miar w ogóle mi o tym po­wie­dzieć?

- Prze­cież wła­śnie to zro­bi­łem.

- Przy­się­gam, że za­raz ci pier­dolnę.

- Śmiało, choć wąt­pię, że to co­kol­wiek zmieni - mam­ro­czę, prze­su­wa­jąc pal­cem wska­zu­ją­cym po brzegu szklanki.

- Co się z tobą dzieje, czło­wieku? - Głos Jarka przy­biera po­ważny ton. - Nie wy­szło ci z Wiki, zda­rza się, okej? Nie ta, to inna.

- Nie chcę, kurwa, żad­nej in­nej! - uno­szę się, to sil­niej­sze ode mnie. W jed­nej chwili cały się spi­nam i czuję po­trzebę wal­nię­cia w coś pię­ścią.

- Skoro tak, po ja­kiego chuja ta ak­cja z Agą?

- Pier­dol się - sy­czę, zry­wa­jąc się z ho­kera. Dusz­kiem wy­pi­jam drinka i nie zwa­ża­jąc na pro­te­sty kum­pla, opusz­czam lo­kal.

Nie oglą­dam się na Jarka, który wy­biega za mną, wo­ła­jąc, że­bym zwol­nił. Mi­jam lu­dzi, nie­mal po­trą­cam jedną ko­bietę. Skrę­cam w uliczkę pro­wa­dzącą do na­szego ho­telu. Pra­wie bie­gnę, jak­bym ucie­kał, jed­no­cze­śnie zda­jąc so­bie sprawę, że ni­gdy mi się to nie uda. Je­stem uwię­ziony w kosz­ma­rze, sta­wiam krok za kro­kiem, a i tak tkwię w miej­scu.

- Stój, do ja­snej cho­lery! - krzy­czy mój przy­ja­ciel.

Praw­do­po­dob­nie nie ma po­ję­cia, jak bar­dzo boli mnie to, że ani razu nie za­py­tał, czy fak­tycz­nie zdra­dzi­łem Wiki. Pa­ra­dok­sal­nie i tak nie mógł­bym mu na to od­po­wie­dzieć. Los nie­ustan­nie so­bie ze mnie kpi. Przy­ćmiewa moją czuj­ność po­zor­nymi suk­ce­sami i wra­że­niem wy­cho­dze­nia na pro­stą tylko po to, żeby za­dać osta­teczny śmier­telny cios.

- Kor­man! - Jaro za­ci­ska dłoń na moim przed­ra­mie­niu i szar­pie gwał­tow­nie, zmu­sza­jąc mnie do za­trzy­ma­nia się i od­wró­ce­nia w jego stronę.

- Daj mi spo­kój! - Wy­ry­wam się, ale dziel­nie zno­szę prze­ni­kliwe spoj­rze­nie przy­ja­ciela.

- Prze­stań się za­cho­wy­wać jak ob­ra­żony dzie­ciak! To nie moja wina, że wy­lą­do­wa­łeś z tą har­pią w łóżku.

- Nie chcę o tym ga­dać! - war­czę, czu­jąc, jak do oczu ci­sną mi się łzy.

- Sie­dzia­łem ci­cho przez po­nad dwa ty­go­dnie i nic się nie zmie­niło. Na­dal wy­glą­dasz jak cho­dzący trup, pi­jesz wię­cej niż kie­dy­kol­wiek przed­tem i wście­kasz się z byle po­wodu. Je­ste­śmy przy­ja­ciółmi, Ki­lian. Nie mam za­miaru przy­glą­dać się, jak po­woli idziesz na dno.

- Mam złą wia­do­mość. - Za­ci­skam dło­nie w pię­ści. - Ja już dawno tam je­stem.

- Nie mów głu­pot, kre­ty­nie! Re­zy­gna­cja do cie­bie nie pa­suje. Je­steś pie­przo­nym Ma­dHat­te­rem, ty się nie pod­da­jesz! Weź dupę w troki, pod­nieś się z klę­czek i za­cznij wal­czyć.

- Ni­czego nie ro­zu­miesz...

- To mi wy­ja­śnij!

- Ju­tro fi­nał, mu­szę od­po­cząć - uni­kam od­po­wie­dzi i wyj­muję z kie­szeni ko­mórkę, któ­rej ekran jest lekko pęk­nięty po moim wczo­raj­szym wy­bu­chu. Pod­pi­nam słu­chawki i chwilę póź­niej wty­kam je do uszu. Te­atral­nym ru­chem włą­czam mu­zykę, daję dźwięk na full, po czym się od­wra­cam i idę chod­ni­kiem w stronę ho­telu, kom­plet­nie igno­ru­jąc Jara.

Mam ga­cie pełne stra­chu. Fak­tor dzie­dziczny od­grywa znaczną rolę w za­cho­ro­wa­niu na schi­zo­fre­nię, ale nie jest je­dyny, to cho­roba wie­lo­czyn­ni­kowa. Sta­ty­stycz­nie ry­zyko za­cho­ro­wa­nia jest tym wyż­sze, im bliż­sze jest po­kre­wień­stwo z osobą chorą. W mo­jej ro­dzi­nie były już trzy ta­kie przy­padki, w tym cio­cia Ali­cja. Nie­wy­klu­czone, że nie­długo po­sze­rzę te sta­ty­styki.

Boję się pójść do le­ka­rza. To głu­pie, ale ak­tu­al­nie mam małą na­dzieję, że jed­nak nic mi nie do­lega. Nie je­stem pe­wien, co się ze mną sta­nie, gdy pod nos rzucą mi wy­ni­kami i po­sta­wią dia­gnozę. Jak wy­so­kie jest praw­do­po­do­bień­stwo, że wi­dzę i czuję rze­czy, które ni­gdy się nie wy­da­rzyły? Od­po­wiedź jest pro­sta: zbyt wy­so­kie.

I wła­śnie dla­tego trzy­mam gębę na kłódkę, jed­no­cze­śnie się za to nie­na­wi­dząc. Stan Ali zmie­nia się jak w ka­lej­do­sko­pie. Od czar­nych my­śli i chęci po­de­rżnię­cia so­bie gar­dła po umiar­ko­wany opty­mizm i stwier­dze­nie: "Ja­koś to bę­dzie". Pod­czas mo­ich od­wie­dzin w ze­szłym ty­go­dniu zda­wało mi się, że do­strze­gam cień uśmie­chu na jej bla­dej twa­rzy. Co z tego, skoro w na­stęp­nym mo­men­cie ogar­nęła ją taka pa­nika, że za­częła wrzesz­czeć i rzu­cać we mnie wszyst­kim, co wpa­dło jej w ręce.

Czy ja też tak skoń­czę? A kiedy do tego doj­dzie, czy choć jedna osoba zdo­bę­dzie się na od­wagę, by przy mnie zo­stać?

Wcho­dzę do bu­dynku, sunę wzro­kiem po mar­mu­ro­wej po­sadzce. Winda wie­zie mnie na piąte pię­tro. W po­koju ścią­gam buty i kładę się na łóżku. Mu­zyka dudni mi w uszach, jed­nak nie jest w sta­nie za­głu­szyć de­struk­cyj­nych my­śli.

Ob­ra­cam pier­ścion­kiem na kciuku, mam wra­że­nie, że ma­te­rac się pode mną ugina co­raz moc­niej i moc­niej. Za­my­kam po­wieki tylko po to, by w na­stęp­nej se­kun­dzie sze­roko otwo­rzyć oczy. Ni­czym prze­ra­żone dziecko oba­wiam się ciem­no­ści. Mrok i tak wdziera się do mo­jego serca. Spija ro­snący we mnie nie­po­kój, wy­sy­sa­jąc ener­gię jak wam­pir krew.

Wy­pi­łem tylko trzy drinki, choć w su­mie to nic pew­nego. Rów­nie do­brze mo­głem wcią­gnąć amfę i o tym za­po­mnieć. Albo przy­pad­kiem pie­przyć się z ja­kąś la­ską. Taki już je­stem, prawda?

Prze­wra­cam się na bok, pod­kur­czam nogi, jakby ktoś przy­ła­do­wał mi z buta w brzuch. Robi mi się nie­do­brze. Wsłu­chuję się w słowa pio­senki wy­brzmie­wa­ją­cej ze słu­cha­wek, ale nie po­tra­fię sku­pić się na nich wy­star­cza­jąco mocno.

Gdyby oj­ciec te­raz mnie wi­dział, pew­nie wy­krzy­czałby mi w twarz: A nie mó­wi­łem? Dla niego by­łem, je­stem i będę ni­kim. Czyżby miał ra­cję?

Wdech, wy­dech.

Przy­gry­zam we­wnętrzną część po­liczka. Sło­dycz krwi roz­lewa mi się na ję­zyku. Nic nie po­maga. Na­dal stoję na kra­wę­dzi. Wy­star­czy je­den krok, by po­now­nie wpaść do Kra­iny Cza­rów. To się robi po­twor­nie mę­czące: ba­lan­so­wa­nie na cien­kiej li­nii, li­cze­nie kro­ków. Strach przed po­tknię­ciem.

Roz­dział 3

Wik­to­ria

W tle sły­szę od­głosy wi­downi. Ko­men­ta­tor oma­wia prze­bieg do­tych­cza­so­wych spo­tkań, a kiedy koń­czy, sku­pia się na mnie i Ma­dHat­te­rze. Na­sze pro­file zo­stają wy­świe­tlone na ekra­nach. Oglą­da­jąc pre­zen­ta­cję, mam wra­że­nie, że to wcale nie ja. Cała ta scena wy­daje się nie­re­alna. Fi­nał mi­strzostw Pol­ski. Dziew­czyna ukryta pod ma­ską Kró­lika, wal­cząca o pierw­sze miej­sce ze swoim ido­lem.

Sto­jąc w wy­zna­czo­nym miej­scu, lekko się gar­bię, jakby ta po­zy­cja sta­no­wiła do­dat­kową ochronę przed ob­ser­wu­ją­cymi mnie ludźmi. Na­bie­ram po­wie­trza przez nos, wy­pusz­czam ustami. Czu­jąc na so­bie wzrok Ki­liana, ob­ra­cam się tak, by spoj­rzeć w jego błę­kitne oczy. Pró­buję prze­nik­nąć do umy­słu Hat­tera, po­znać choć część my­śli, ale nie po­tra­fię wy­kraść ani jed­nej. Wargi mi drżą, więc za­ci­skam je, mo­dląc się w du­chu, żeby wszystko wo­kół znik­nęło, po­zo­sta­wia­jąc nas sa­mych. Może wtedy by­łoby pro­ściej wy­du­sić z sie­bie słowa, które upo­rczy­wie ciążą mi na sercu?

Ma­zio­rek wraz z to­wa­rzy­szą­cym mu youtu­be­rem ty­pują wy­nik me­czu. Obaj sta­wiają na Ka­pe­lusz­nika, co w ogóle mnie nie dziwi. Ki­lian ma za sobą mnó­stwo waż­nych spo­tkań. Kró­lik po­ru­sza się w świe­cie esportu do­piero od roku.

- My­ślę, że do­świad­cze­nie może być de­cy­du­ją­cym czyn­ni­kiem tego star­cia - stwier­dza pro­wa­dzący. - Ma­dHat­ter to je­den z naj­lep­szych ro­dzi­mych pro­fe­sjo­nal­nych gra­czy FIFA, mistrz Pol­ski FIFA 2022 i wi­ce­mistrz świata.

- W ze­szłym roku Whi­te­Rab­bit był dla nas wielką za­gadką...

- W tym roku nie­wiele się zmie­niło - wtrąca się Ma­zio­rek, prze­ry­wa­jąc wy­po­wiedź To­czyń­skiego, zna­nego więk­szo­ści jako SkyRT. - Ten za­wod­nik po­ja­wił się zni­kąd i przy­ciąga uwagę in­nych gra­czy ni­czym ma­gnes.

- Nie­któ­rzy spe­ku­lują, czy jego nick ma coś wspól­nego ze słyn­nym Hat­te­rem.

- Nie wie­rzę w zbiegi oko­licz­no­ści - oświad­cza star­szy męż­czy­zna.

- Za­pro­po­no­wał­bym, żeby za­py­tać sa­mego Kró­lika, ale ra­czej nie do­stanę za­do­wa­la­ją­cej od­po­wie­dzi. Stre­amer nie dość, że ukrywa swoją toż­sa­mość, to ni­gdy nie udziela wy­wia­dów!

- To musi być po­twor­nie mę­czące, a jed­no­cze­śnie spra­wia, że za­in­te­re­so­wa­nie nim cią­gle ro­śnie. Nie za­po­mi­najmy jed­nak, że ostat­nie spo­tka­nie tych dwóch gra­czy skoń­czyło się nie­złą aferą. Zwy­kle neu­tral­nie na­sta­wiony do swo­ich prze­ciwni­ków Ma­dHat­ter upo­ko­rzył Kró­lika już w pierw­szych mi­nu­tach me­czu: odło­żył pad i po­zwo­lił strze­lić so­bie bramkę.

- Na­wet mnie to za­bo­lało - śmieje się youtu­ber, na co wy­krzy­wiam usta z nie­sma­kiem.

Ten prysz­czaty ma­ło­lat nie ma po­ję­cia, jak się czu­łam, gdy Ki­lian od­je­bał tę ma­nianę.

- Nie wiem jak wy, ale ja za­uwa­żam na­pię­cie mię­dzy fi­na­li­stami. - Ma­zio­rek zerka w na­szą stronę, po czym wraca do swo­jego go­ścia i kon­ty­nu­uje roz­mowę za­po­wia­da­jącą ostatni mecz tur­nieju: - Li­czę na cie­kawą roz­grywkę. Tym ra­zem White­Rab­bit ma już pewne do­świad­cze­nie w spo­tka­niach off­line, wiemy, że nie bez pod­stawy za­wal­czy dziś o ty­tuł Mi­strza Pol­ski. Ten za­wod­nik wie, co robi, choć jest do­piero na po­czątku swo­jej ka­riery. Mimo tego, gdy­bym miał ty­po­wać, po­sta­wił­bym na wy­graną Ma­dHat­tera, acz­kol­wiek z mi­ni­malną prze­wagą.

Stwier­dze­nie ko­men­ta­tora wy­trąca mnie nieco z rów­no­wagi. Nie spo­dzie­wa­łam się ta­kich po­chwał. Je­stem do­bra, a dzięki Ki­lia­nowi bar­dzo się roz­wi­nę­łam, ale ra­czej nie mogę się rów­nać z wi­ce­mi­strzem świata. Wie­rzę w sie­bie i swoje umie­jęt­no­ści, jed­nak sta­ram się pa­trzeć na to trzeź­wym okiem. Ni­gdy go nie po­ko­na­łam, nie li­cząc kilku razy, kiedy sam mi się pod­ło­żył, co było tak ewi­dentne, że na­wet śle­piec by to za­uwa­żył.

Za­ci­skam i roz­luź­niam dło­nie, żeby po­zbyć się uczu­cia odrę­twie­nia. Im bli­żej roz­po­czę­cia spo­tka­nia, tym moc­niej­szy stres mnie do­pada. De­ner­wuję się nie tylko me­czem, ale także tym, co chcę zro­bić po jego za­koń­cze­niu. Dru­gie miej­sce to rów­nież ogromny suk­ces i tylko głupcy są­dzą ina­czej. Ja już wy­gra­łam. Nie­ważne, czy zgarnę główną na­grodę.

Ma­zio­rek koń­czy dys­ku­sję ze Sky­emRT i włą­cza od­li­cza­nie. Na ogrom­nym ze­ga­rze po­ka­zuje się trzy­dziestka. Moje serce ude­rza w takt zmie­nia­ją­cych się cyfr.

Ki­lian pierw­szy wy­ciąga do mnie rękę. Prze­ły­kam ślinę i ści­skam jego dłoń, pa­trząc mu pro­sto w oczy, które zwy­kle były mi w sta­nie po­wie­dzieć wię­cej niż słowa, ale te­raz są rów­nie nie­od­gad­nione, jak ich wła­ści­ciel. Ką­cik ust męż­czy­zny drży le­dwo za­uwa­żal­nie. Nie mam po­ję­cia, jak to zin­ter­pre­to­wać. Nie je­ste­śmy już ob­cymi so­bie ludźmi, znamy się le­piej, niż kto­kol­wiek na tej sali mógłby przy­pusz­czać. Od­kry­li­śmy przed sobą mroczne ta­jem­nice, zdra­dzi­li­śmy, czego się lę­kamy. Trzy­ma­li­śmy się kur­czowo za ręce, ra­zem by­li­śmy prak­tycz­nie nie­znisz­czalni. Do czasu, aż jedno po­sta­no­wiło po­lu­zo­wać chwyt. Na­dal li­czę, że na­dej­dzie czas, gdy po­znam tego przy­czynę.

Sia­dam na swoim miej­scu, roz­cią­gam ra­miona, po czym biorę łyk przy­go­to­wa­nej dla mnie wody. Się­gam po kon­tro­ler i kon­cen­truję wzrok na mo­ni­to­rze.

Mecz się włą­cza, a ja wi­dzę usta­wie­nia Ma­dHat­tera. Skład jego dru­żyny robi ogromne wra­że­nie, ale to umie­jęt­ność pro­wa­dze­nia i wy­czu­cia za­ważą o lo­sach tego fi­nału. Za­nim roz­po­czy­namy, pro­stuję się ostroż­nie, rzu­ca­jąc Ki­lia­nowi prze­lotne spoj­rze­nie.

Wy­gląda na spo­koj­nego, ale to wy­łącz­nie po­zory. Je­śli ktoś zna go tak do­brze jak ja, od razu wi­dzi sy­gnały świad­czące o zde­ner­wo­wa­niu. Trzy­ma­jąc w jed­nej ręce pad, dwoma pal­cami dru­giej ob­raca pier­ścio­nek na kciuku, a robi to za­wsze wtedy, gdy czuje się nie­kom­for­towo. Ten gest spra­wia, że au­to­ma­tycz­nie szu­kam po­wodu jego zmar­twień. De­kon­cen­tra­cja pod­czas roz­gry­wek mo­głaby go do­pro­wa­dzić do zguby. Nie cho­dzi jed­nak o tur­niej. Za tym kryje się coś grub­szego.

Czy na­dal my­śli o nas w ten sam spo­sób, co kie­dyś? Tę­skni za tym, co mie­li­śmy? Ża­łuje? Robi to w tej chwili?

Mam ochotę wstać, po­dejść do niego i na­ka­zać, by na­tych­miast prze­stał. Ma­rzy­łam o tym, by kie­dyś sto­czyć z nim za­żartą walkę na wir­tu­al­nym bo­isku. Bez ta­ryfy ulgo­wej i spraw, które od­wra­ca­łyby jego uwagę. Oba­wiam się jed­nak, że dziś tego nie do­stanę.

Na prze­kór obo­la­łemu sercu po­sta­na­wiam dać z sie­bie wszystko i grać, jakby ju­tra miało nie być. Biorę głę­boki wdech, bła­ga­jąc Kró­lika, by mi po­mógł. Od­pusz­czam, prze­ka­zu­jąc mu całą kon­trolę. Czuję jego fru­stra­cję i chęć ze­msty. Hat­ter mnie skrzyw­dził, na­wet w tym mo­men­cie po­sy­puje krwa­wiące rany solą. Nie dał żad­nego wy­tłu­ma­cze­nia, gdy wy­rzu­cił mnie ze swo­jego ży­cia, jak­bym nic dla niego nie zna­czyła. A prze­cież to nie­prawda, nikt nie jest tak do­brym ak­to­rem.

Za­ci­skam po­wieki, cho­wa­jąc się w za­ka­mar­kach pod­świa­do­mo­ści. Whi­te­Rab­bit siada za ste­rami i po­skra­mia drżące ciało. Kiedy otwie­ram oczy, mój od­dech nie jest już przy­spie­szony, pad nie ciąży mi w dło­niach. Pew­ność sie­bie ro­śnie, ka­żąc mi ufać w zwy­cię­stwo. Mogę tego do­ko­nać. Opusz­czę tę salę z ty­tu­łem mi­strza Pol­ski, uświa­da­mia­jąc wszyst­kim, że dziew­czyna też po­trafi, że je­śli tego bar­dzo chce, złoi dup­ska naj­lep­szym pro­som FIFA na świe­cie.

Gra się roz­po­czyna. Ką­cik mo­ich ust su­nie ku gó­rze, ma­lu­jąc na twa­rzy krzywy uśmiech - jest do­brze. Od razu czuć, że mam god­nego prze­ciw­nika. En­dor­finy sza­leją w moim wnę­trzu.

Nie po­pi­suję się nie­po­trzeb­nie. Po­ru­szam pił­ka­rzami ostroż­nie, szu­ka­jąc oka­zji do ataku i strze­le­nia bramki, co jest nie­by­wale trudne. Ki­lian w każ­dej chwili może mnie skon­tro­wać i wła­do­wać w siatę pierw­szego gola. Nie mogę do tego do­pu­ścić.

Żadne z nas nie ry­zy­kuje. Gramy po­woli, wy­ko­nu­jąc dużo krót­kich po­dań. Wiemy, jak się wza­jem­nie neu­tra­li­zo­wać. Wy­star­czy je­den głupi błąd, jedno po­tknię­cie, by prze­chy­lić szalę na któ­rąś stronę.

Głosy ko­men­ta­to­rów do­cie­rają do mnie jak przez mgłę. At­mos­fera jest na­pięta, gę­sta, ale jed­no­cze­śnie prze­peł­niona eks­cy­ta­cją. Uwiel­biam ry­wa­li­zo­wać z Hat­te­rem. To jak jazda nie­zwy­kle szybką ko­lejką gór­ską. Za każ­dym ra­zem, gdy piłka jest w jego po­sia­da­niu, mam wra­że­nie, że z za­wrotną pręd­ko­ścią mi­jam ja­kiś głaz, ob­ra­ca­jąc się w wa­go­niku na lo­opingu. A póź­niej, gdy to ja przej­muję fut­bo­lówkę, pę­dzę z górki tak, że łzy same spły­wają ku skro­niom.

- Pa­trząc na ten mecz, wy­daje się, że Ka­pe­lusz­nik i Kró­lik do­sko­nale się znają, co jest nie lada za­sko­cze­niem - oświad­cza Ma­zio­rek. - Jakby współ­pra­co­wali ze sobą przez lata. Zwróć­cie uwagę na to wy­czu­cie, na spo­sób, w jaki prze­wi­dują swoje po­su­nię­cia.

- Nie chcę kra­kać, ale coś mi mówi, że ta roz­grywka za­koń­czy się kar­nymi - stwier­dza SkyRT.

Tego wła­śnie się oba­wiam. Oboje gramy za­cho­waw­czo, ko­rzy­sta­jąc z krót­kich po­dań, sta­ra­jąc się ata­ko­wać jak naj­mniej­szą liczbą za­wod­ni­ków, żeby nie zro­bić dziury w obro­nie. Każdy atak koń­czy się na bar­dzo trud­nej do przej­ścia blo­ka­dzie prze­ciw­nika. A naj­lep­sze sy­tu­acje to próby strza­łów z dy­stansu, które za­zwy­czaj są wy­chwy­ty­wane przez obroń­ców albo od­da­wane z kiep­skiej po­zy­cji, więc bram­ka­rze z ła­two­ścią ła­pią piłkę.

- Je­den gol może za­wa­żyć o lo­sach spo­tka­nia - ko­men­tuje Ma­zio­rek.

Pierw­szy mecz koń­czy się re­mi­sem, co nie jest wiel­kim za­sko­cze­niem. W prze­rwie biorę łyk wody, uwa­ża­jąc przy tym, by nie od­kryć za bar­dzo ma­ski. Ki­lian nie ru­sza się z miej­sca. Jest dziw­nie nie­obecny, jakby du­chem po­zo­stał na wir­tu­al­nej mu­ra­wie. Nie­po­koi mnie to, ale sta­ram się nim nie przej­mo­wać. Li­czy się wy­grana, która jest na wy­cią­gnię­cie ręki. Hat­ter i tak nie chce ze mną ga­dać. Chyba je­dy­nym roz­wią­za­niem by­łoby po­rwa­nie tego dupka, przy­wią­za­nie do krze­sła i po­da­nie se­rum prawdy. W su­mie za­wsze to ja­kiś po­mysł, zmie­ściłby się do ba­gaż­nika.

Blu­zgam się w my­ślach, po czym wra­cam do gry. Tym ra­zem piłka jest po stro­nie Ma­dHat­tera. W re­wanżu nie­wiele się zmie­nia, co skut­kuje wy­ni­kiem zero do zera. Mecz musi zo­stać roz­strzy­gnięty, więc czeka nas do­grywka, a po niej ewen­tu­alne je­de­nastki.

Za­nim po­now­nie wrócę na mu­rawę, od­naj­duję spoj­rze­niem Ki­liana. Prze­cze­suje blond ko­smyki roz­pusz­czo­nych wło­sów. I wtedy to do­strze­gam. Jego palce drżą, ko­lano pod­ska­kuje w sta­łym ryt­mie. Wzrok na­dal ma wbity w za­krzy­wiony mo­ni­tor przed sobą. Mam wra­że­nie, że boi się od niego ode­rwać. FIFA za­wsze była dla niego ucieczką przed mro­kiem. Py­ta­nie: co tym ra­zem czai się w po­lu­ją­cej na niego ciem­no­ści? Co się stało? I dla­czego nie mogę mu po­móc?

Jaro szep­cze swo­jemu przy­ja­cie­lowi coś na ucho. Ten zdaje się w ogóle nie przyj­mo­wać do wia­do­mo­ści jego słów. Wy­raź­nie wi­dzę, jak łysy za­ci­ska szczęki i spina mię­śnie. Czy on wie, co się wtedy wy­da­rzyło? Są z Ki­lia­nem bli­sko. Zna prawdę o cioci Ali, choć nie jest świa­domy, jak bar­dzo Hat­ter boi się pójść jej śla­dami.

Na­gle bra­kuje mi po­wie­trza. Ta jedna myśl jest jak siar­czy­sty po­li­czek. Dla­czego nie przy­szło mi to wcze­śniej do głowy? Może Ki­lian... może on...

Głos Ma­ziorka przy­wraca mnie do rze­czy­wi­sto­ści. Po­spiesz­nie do­ko­nuję zmian w skła­dzie, li­cząc, że nowi na­past­nicy za­pew­nią suk­ces, po­ko­nają zmę­czoną obronę Ki­liana. Oczy­wi­ście Ka­pe­lusz­nik robi po­dob­nie. Nie­stety wkrótce i tak się oka­zuje, że nie przy­nosi to efek­tów.

- Wi­dać, że obaj są nie­zwy­kle do­brzy w obro­nie - oznaj­mia SkyRT. - Epic­kie spo­tka­nie. Je­stem pod ogrom­nym wra­że­niem.

W ostat­nich mi­nu­tach wy­pru­wam z sie­bie flaki, ale za cho­lerę nie je­stem w sta­nie strze­lić gola. Tym sa­mym do­cho­dzimy do znie­na­wi­dzo­nych przez Ki­liana rzu­tów kar­nych. Jak na złość przy­po­mina mi się na­sza pierw­sza randka, którą roz­po­czę­li­śmy na szkol­nym or­liku w Kato. Oczami wy­obraźni wi­dzę flir­tu­ją­cego ze mną Hat­tera i jego szczery uśmiech.

Klnę bez­dź­więcz­nie, ści­ska­jąc w dło­niach pad moc­niej, niż po­win­nam. Weź się w garść! Kró­lik sta­wia mnie do pionu.

Pierw­sze pięć je­de­na­stek oboje wy­ko­nu­jemy bez­błęd­nie. Szó­stą strzela Hat­ter i po­syła piłkę w prawe górne okienko.

- Whi­te­Rab­bit broni! - krzy­czy Ma­zio­rek se­kundę po tym, gdy ja wy­czu­wam Ka­pe­lusz­nika, rzu­ca­jąc się van der Sa­rem w do­brą stronę.

Fut­bo­lówka od­bija się od rąk bram­ka­rza i wy­la­tuje poza bo­isko. Na wi­downi robi się gło­śno.

- Pro­szę pań­stwa, co za zwrot ak­cji! - cią­gnie ko­men­ta­tor.

- W tej sy­tu­acji, je­śli Whi­te­Rab­bit strzeli, zdo­bę­dzie ty­tuł! - do­daje SkyRT.

Do tej pory wszyst­kie bramki pa­dały po strza­łach w prawy albo lewy róg. Try­biki w mo­jej gło­wie za­czy­nają in­ten­syw­nie pra­co­wać. Po­woli kla­ruje mi się plan dzia­ła­nia. Ja­kiś ci­chy gło­sik pod­po­wiada, że to głupi po­mysł, ale mimo wszystko po­sta­na­wiam go zre­ali­zo­wać.

Pisz­czy mi w uszach, a żo­łą­dek wy­wraca się, gro­żąc wi­do­wi­sko­wym pa­wiem. Prze­ły­kam ślinę, uspo­ka­jam od­dech i przy­mie­rzam się do strzału Pa­nenką. Biorę bar­dzo długi, co naj­mniej kil­ku­me­trowy roz­bieg, a pod ko­niec sprintu gwał­tow­nie zwal­niam i za­miast so­czy­stego ude­rze­nia na bramkę, de­cy­duję się na de­li­katne pod­cię­cie fut­bo­lówki. Ste­ro­wany przez Ki­liana Don­na­rumma wy­ko­nuje pa­radę w lewą stronę, piłka na­to­miast spo­koj­nie wpada do siatki mniej wię­cej w środ­ko­wej czę­ści bramki.

- Go­ool! - drze się Ma­zio­rek, a mi serce pod­cho­dzi do gar­dła.

- Go­ool! - wtó­ruje mu SkyRT, choć sły­szę w jego gło­sie nutę nie­do­wie­rza­nia.

Na­wet nie drgnę. Wga­piam się tępo przed sie­bie, nie­zdolna do ja­kie­go­kol­wiek ru­chu.

Ki­lian

Uśmiech prze­dziera się przez gę­stą po­włokę ota­cza­ją­cego mnie mroku. Ta chwi­lowa nie­spo­dzie­wana do­mi­na­cja po­zy­tyw­nych emo­cji wzbu­dza w moim sercu coś, o czego ist­nie­niu pra­wie za­po­mnia­łem - na­dzieję.

Je­stem z Wiki ku­rew­sko dumny. To ja po­ka­za­łem jej ten trik, przy­zna­jąc, że tylko ktoś z ja­jami po­su­nąłby się do cze­goś ta­kiego w zna­czą­cym tur­nieju. Sam za­ry­zy­ko­wa­łem tak tylko raz i pa­mię­tam, że mało nie stra­ci­łem przy­tom­no­ści, wstrzy­mu­jąc od­dech i pa­trząc, jak piłka leci ku bramce.

Ko­men­ta­to­rzy wy­dzie­rają się do mi­kro­fo­nów, nie mo­gąc uwie­rzyć w wy­nik fi­nału. Wi­dow­nia sza­leje. Robi się co­raz gło­śniej, a bły­ski fle­szy spra­wiają, że mu­szę zmru­żyć oczy.

Z uda­wa­nym opa­no­wa­niem od­kła­dam kon­tro­ler i wstaję, by po­gra­tu­lo­wać Wik­to­rii. Mina mi rzed­nie, gdy na nią spo­glą­dam. Dziew­czyna jest w szoku i wy­gląda, jakby przy­ro­sła do pie­przo­nego fo­tela. Nie po­wi­nie­nem się do niej zbli­żać. Wiem, że je­śli to zro­bię, wszystko trafi szlag. Oba­wiam się, że wy­star­czy nie­winny do­tyk, a za­pra­gnę zo­stać przy tej ko­bie­cie już na za­wsze i po­dzie­lić się z nią na­wet naj­bar­dziej ab­sur­dal­nymi po­dej­rze­niami.

Nogi mimo woli pro­wa­dzą mnie w jej stronę. Nie zwra­cam uwagi na za­da­ją­cego mi py­ta­nia pro­wa­dzą­cego. Ką­tem oka wi­dzę ubra­nego w gar­ni­tur męż­czy­znę nio­są­cego sta­tu­etkę i wielki czek. Sztuczne ognie strze­lają w to­wa­rzy­stwie gło­śnej mu­zyki i słów Ma­ziorka:

- Nie wie­rzę, że to się dzieje! Nie­sa­mo­wite, co ten chło­pak zro­bił dziś na wir­tu­al­nej mu­ra­wie! Whi­te­Rab­bit prze­cho­dzi do hi­sto­rii pol­skiej FIF-y, pro­szę pań­stwa! Ależ to były emo­cje!

- To wielki dzień dla tego peł­nego ta­jem­nic gra­cza, a za­ra­zem nie­by­wała nie­spo­dzianka dla fa­nów Ma­dHat­tera - do­daje youtu­ber.

Wy­głu­szam ich dal­szy dia­log i kon­cen­truję się na Wiki. Serce wali mi z taką siłą, że mało co nie prze­bija się przez że­bra. Gdy kładę dłoń na ra­mie­niu ko­biety, aż się wzdryga. Ma­ska Bia­łego Kró­lika za­sła­nia jej twarz i je­dyne, co wi­dzę, to za­sko­czone oczy, błą­dzące w tę i z po­wro­tem. Jest cał­kiem sama. Ma­te­usz, ten skur­wiel, wbił jej nóż w plecy, więc od­cię­cie się od niego było je­dyną słuszną de­cy­zją. Z tym że te­raz za­miast wspar­cia dziew­czyna otrzy­muje po­tężną dawkę emo­cji, z któ­rymi nie­ła­two po­ra­dzić so­bie w po­je­dynkę.

- Wsta­waj, Myszko - szep­czę, po­kle­pu­jąc ją po ple­cach, i ­li­czę, że nikt nie usły­szy mo­ich słów. - Od­bierz na­grodę. Je­steś nie­sa­mo­wita.

- Ki­lian - mam­ro­cze nie­pew­nym, drżą­cym gło­sem i do­tyka mo­jego ra­mie­nia tak, jak nie po­winna. - Ty ją masz... - Za­uważa bran­so­letkę na moim nad­garstku. Tę, którą po­da­ro­wała mi na uro­dziny.

- Prze­stań! - karcę ją na­tych­miast. - To twój czas, twoje ­za­słu­żone zwy­cię­stwo! Nie po­zwól, by kto­kol­wiek po­my­ślał ina­czej. Wsta­waj!

Pro­stuję się i jak gdyby ni­gdy nic pod­cho­dzę do pro­wa­dzą­cego, by wresz­cie od­po­wie­dzieć na jego py­ta­nia do­ty­czące ­fi­na­ło­wego me­czu.

Zmu­szam się, by nie szu­kać wzro­kiem Wik­to­rii, ale w ogóle mi to nie wy­cho­dzi. Pra­gnę być świad­kiem triumfu dziew­czyny i ża­łuję, że nie mogę te­raz trzy­mać jej ręki, wziąć ją w ra­miona, pod­nieść i za­krę­cić się wo­kół wła­snej osi. Cie­szyć się ra­zem z nią, świę­to­wać, ca­ło­wać, aż za­brak­nie nam tchu.

Więk­szość lu­dzi uwiel­bia snuć teo­rie spi­skowe, czę­sto wy­star­cza ja­kiś dro­biazg, by obu­dzić do ży­cia okrutną plotkę. Nie chcę tego dla Wiki. Ona jest silna i z pew­no­ścią prze­trwa­łaby nie­jedną bu­rzę hejtu, jed­nak ta­kie ak­cje za­wsze po­zo­sta­wiają ślady.

Gdy­bym te­raz za bar­dzo się z nią spo­ufa­lał, ktoś mógłby za­su­ge­ro­wać, że ce­lowo się pod­ło­ży­łem. Ktoś inny wy­my­śliłby coś o wiele obrzy­dliw­szego, w szcze­gól­no­ści po tym, jak świat esportu od­kryje, że Kró­lik jest ko­bietą.

Fa­cet w gar­niaku to nie kto inny jak ka­pi­tan Le­gii War­szawa. Pił­karz składa Whi­te­Rab­bi­towi gra­tu­la­cje, na­stęp­nie prze­ka­zuje na­grodę. Kró­lik przy­ta­kuje, ale na­dal mil­czy. Pro­wa­dzący przy­wy­kli już do jego spo­sobu by­cia, wie­dzą, że choćby nie wiem jak się sta­rali, nie wy­du­szą z niego ani słowa.

Nie ro­zu­miem, dla­czego Wiki jesz­cze nie zdjęła tej pie­przo­nej ma­ski. To był jej plan, jej wiel­kie ma­rze­nie. Mam na­dzieję, że nie po­dej­rzewa mnie o oszu­stwo? Da­łem z sie­bie wszystko, tak jak kie­dyś obie­ca­łem. Karne to w du­żej mie­rze kwe­stia szczę­ścia i ona do­sko­nale zdaje so­bie z tego sprawę.

Nie tchórz, Myszko, bła­gam ją w my­ślach.

W chwili gdy Whi­te­Rab­bit się pro­stuje, po­sze­rzam uśmiech. Dziew­czyna prze­kłada sta­tu­etkę i czek do jed­nej ręki, a wolną dło­nią zdej­muje kap­tur ciem­nej, luź­nej bluzy. At­mos­fera robi się na­pięta, ze­brani lu­dzie do­słow­nie wstrzy­mują od­dech i wy­pusz­czają go do­piero wtedy, gdy Wiki od­sła­nia twarz.

Jej oczy po­zba­wione są stra­chu. Wpa­truje się we mnie przez dłuż­szą chwilę, na­stęp­nie lu­struje wi­dow­nię, za­trzy­mu­jąc spoj­rze­nie na ja­kimś punk­cie przed sobą. Przy­po­mina wal­ki­rię, z którą nie warto za­dzie­rać, i gdy­bym nie wie­dział le­piej, wziął­bym ją za nie­znisz­czalną.

Przy­gry­zam dolną wargę, gdy Wiki pusz­cza oczko zszo­ko­wa­nemu Ma­zior­kowi i w peł­nej chwale scho­dzi ze sceny, ma­jąc w du­pie za­rzu­ca­ją­cych ją py­ta­niami re­por­te­rów.

Pierw­szy raz od dawna chce mi się śmiać i po­now­nie za­wdzię­czam to Ostrej.

Prze­ła­muję ci­szę i za­czy­nam gło­śno bić brawo. Sta­ram się igno­ro­wać sto­ją­cego z boku Jarka. Wiem, że kiedy tylko znajdę się z nim sam na sam, do­stanę so­czy­sty opier­dol. Li­czę, że nie bę­dzie zwa­lał mo­jej prze­gra­nej na zwią­zek z Wiki, choć po jego mi­nie śmiem w to wąt­pić. Jest nie­źle wpie­niony.

Po­dą­żam spoj­rze­niem za mi­ja­jącą mnie mi­strzy­nią Pol­ski. Wi­dzę, jak ulga i sa­tys­fak­cja ma­lują się na jej twa­rzy. Prze­kli­nam sam sie­bie za to, że po­zwo­li­łem, by to mię­dzy nami się roz­sy­pało. Czeka nas wiele wspól­nych suk­ce­sów, ale żad­nym nie bę­dziemy mo­gli się cie­szyć ra­zem. Będę przy niej trwał i praw­do­po­dob­nie skoń­czę jak wy­cień­czony nar­ko­man na gło­dzie, wpa­tru­jący się w nie­osią­galną działkę amfy.

Wbi­jam pa­zno­kieć wska­zu­ją­cego palca w kostkę kciuka i do­ci­skam tak mocno, by móc się sku­pić na bólu. Roz­dra­puję skórę i li­czę, że nikt tego nie do­strzeże. Dzi­siej­szego wie­czoru po­wi­nie­nem być przy Wiki, chło­nąć bi­jące od niej szczę­ście, słu­chać o tym, ja­kie uczu­cia to­wa­rzy­szyły jej pod­czas tur­nieju. A póź­niej dać jej wszystko, czego za­pra­gnie.

Ra­nię się moc­niej, wra­ca­jąc wspo­mnie­niami do po­szar­pa­nych frag­men­tów nocy, kiedy spa­dłem w prze­paść i roz­bi­łem się na czarno-bia­łej sza­chow­nicy wprost pod no­gami Kró­lo­wej Kier. Je­stem więź­niem Kra­iny Cza­rów, kimś, kto wpro­wa­dziłby do ży­cia Wiki lepką, cuch­nącą ciem­ność. Już le­piej zo­stanę tu­taj. Sam. Bez ry­zyka za­ra­że­nia in­nych swoim mro­kiem.

En­dor­finy wy­płu­kują się z mo­jego or­ga­ni­zmu w za­le­d­wie kilka se­kund. Po wą­tłym pło­myku na­dziei zo­staje tań­czący w po­wie­trzu dym. Czuję, że znów tracę kon­trolę. Lecę w dół.

Mój uśmiech prze­staje być na­tu­ralny. Gram, jed­no­cze­śnie pro­wa­dząc walkę o prze­trwa­nie. Nikt nie może się zo­rien­to­wać. Ona nie może się zo­rien­to­wać.