Gamedec. Love & Hate - Marcin Sergiusz Przybyłek

Kup ebooka

44.90 zł
35.02 zł (24,70 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Zakupy

- I tera pan uważa - sap­nął Tomasz Piguła, wska­zu­jąc widoczne na ekra­nie prze­świe­tle­nie mecha­nicz­nego zamka, przy któ­rym maj­stro­wał wytry­chem. - Jak teraz wsa­dzimy unloc tu...

Na prze­świe­tle­niu zoba­czy­łem wci­śnięty przez niego w dziurkę od klu­cza kawa­łek inte­li­gent­nego metalu, z któ­rego wysu­nęła się blaszka i przy­lgnęła do czuj­nika.

- ...i wraz zablo­ku­jemy alarm obok, to tera cyk i je otwarte! Pro­ste?

- W miarę...

- No. To tera pan spró­buje - powie­dział i ustą­pił mi miej­sca.

Pod­sze­dłem do drzwi z zam­kiem, przy któ­rym maj­stro­wał Piguła. Nie­osa­dzone w żad­nej fra­mu­dze stały pośrodku słabo oświe­tlo­nego pomiesz­cze­nia na zaple­czu baru Yeti's Coming, spe­luny miesz­czą­cej się w naj­niż­szej war­stwie War­saw City. Harry mówił, że jeśli chcę być game­de­kiem, to muszę się nauczyć otwie­rać mecha­niczne zamki, a skoro szu­kam nie­le­gal­nych umie­jęt­no­ści tudzież przed­mio­tów, powi­nie­nem udać się wła­śnie tu. Do Low City. Znał skądś Old Yeta, szefa baru, i mnie pole­cił. Yet z kolei skie­ro­wał mnie do "Mistrza Piguły", a ten, zmie­rzyw­szy mnie wzro­kiem, zacią­gnął na zaple­cze.

Wzią­łem z jego chro­pa­wych rąk unloc, urzą­dze­nie wyglą­da­jące z grub­sza jak pisto­let o nor­mal­nej ręko­je­ści i zupeł­nie nienor­mal­nej lufie, i zbli­ży­łem go do dziurki.

- Dobrze - ode­zwał się wła­my­wacz. - I tera?

- Zablo­ko­wać alarm - odpar­łem i uru­cho­mi­łem szpe­racz.

Mała blaszka wpeł­zła do zamka. Ekra­nik u nasady wytry­chu, mniej­sza wer­sja tego, na który nie­dawno patrzy­łem, poka­zał, że alarm został uniesz­ko­dli­wiony.

- Tajest. I tera?

Naci­sną­łem spust. Z lufy wytry­chu wysu­nął się główny moduł i wnik­nął do zamka. Deli­kat­nie popy­cha­łem go za pomocą spu­stu, a drugą ręką, na pokrę­tle, regu­lo­wa­łem twar­dość goto­wych wypu­stek. Sztych unloca, jak się zda­wało, wypeł­nił cały zamek.

- No! - pochwa­lił Piguła. - I tera?

- Potwier­dzamy kształt... - szep­ną­łem, wci­ska­jąc sen­sor na urzą­dze­niu. Poczu­łem, że klucz w zamku został zamro­żony.

- No i pan spró­buje - zachę­cił wła­my­wacz.

Wyczu­łem w jego gło­sie drwinę. Coś było nie tak. Zro­bi­łem wdech i roz­luź­ni­łem się. Instynkt. Moja ręka sama, jakby była mądrzej­sza ode mnie, odmro­ziła kształt klu­cza i dopchnęła wytrych. Wszedł mili­metr, może dwa głę­biej.

- Aaa, tera bee dobrze - pochwa­lił Piguła.

Zamro­zi­łem ponow­nie kształt klu­cza i obró­ci­łem wytrych. Usły­sza­łem trzask zwal­nia­nej blo­kady. Kon­tro­lka przy zamku zmie­niła kolor z czer­wo­nej na zie­loną.

- No! Umisz pan! - ucie­szył się Piguła.

- Na pewno? - sap­ną­łem, ocie­ra­jąc pot z czoła.

- O alar­mie pan pamię­taj, a reszty douczysz się pan w prak­tyce. - Wycią­gnął unloc z zamka, wci­snął sen­sor resetu i "lufa" przy­brała nie­okre­ślony kształt. - Wytry­chu pan nie zła­miesz, naj­wy­żej zamek, hy, hy...

- Ile za wytrych? - spy­ta­łem.

Piguła prze­cią­gnął języ­kiem po dzią­śle. Dla niego byłem "per­fu­mia­rzem", gościem z High City. Nie­mniej pole­cił mnie sam Old Yet. Cho­wał oczy za oku­la­rami, jed­nak czu­łem, że kal­ku­luje. Byłem "nie swój", ale pole­cony. To zaś ozna­czało...

- Pięć tysięcy.

- Ile?! - chryp­ną­łem.

Roz­ło­żył ręce w geście bez­rad­no­ści.

- Nie ma rady, panie. To jest haj­tek. I nie kupisz pan tego w żad­nym mar­kie­cie, bo tego do mar­kie­tów nie robią. To robi tylko Piguła.

Uda­jąc, że chcę prze­lać pie­nią­dze, wyją­łem z kie­szeni na piersi tele­sens i dys­kret­nie uru­cho­mi­łem Sel­lera. Czer­wone oku­lary Piguły zami­go­tały.

- Żad­nych takich - wark­nął - bo wypier­dolę!

Wyłą­czy­łem apli­ka­cję. Oku­lary mistrza zmie­niły barwę na spo­koj­niej­szą.

- Prze­pra­szam - wydu­ka­łem.

- Się nie gnie­wam. To jak?

Otwo­rzy­łem menu prze­le­wów.

- Pan da konto.

Dotknął mojego ramie­nia.

- Proszsz.

W szkłach zoba­czy­łem konto banku na Kaj­ma­nach, a potem stronę mojego banku i stan swo­ich zaso­bów. Nim zostanę game­de­kiem, zban­kru­tuję...

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zlecenie

Byłem zwia­dowcą, więc go widzia­łem. Żuk leżał na grzbie­cie i nie­po­rad­nie poru­szał kol­cza­stymi odnó­żami. Igły sosen, źdźbła traw i szyszki znaj­do­wały się za daleko, by mógł je chwy­cić. Kuc­ną­łem i przez chwilę mu się przy­glą­da­łem zza gru­bych szkieł maski prze­ciw­ga­zo­wej. Usły­sza­łem sze­lest i rozej­rza­łem się. Odgłos mojego odde­chu draż­nił uszy i utrud­niał nasłu­chi­wa­nie. Las nie był zbyt gęsty, ale pnie ota­cza­ją­cych nas baoba­bów i sekwoi były wystar­cza­jąco grube, by mógł się za nimi scho­wać nie tylko czło­wiek, ale i nie­duży ndege1. Sto­jący za mną Nova Riders pod­nie­śli kusze i zaczęli szu­kać celu. Wszy­scy mieli na twa­rzach maski. Pro­wa­dzone przez nich bru­natne ndege przy­po­mi­na­jące wiel­kie osio­dłane orły chrap­nęły, co za sprawą ich masek prze­ciw­ga­zo­wych brzmiało jak siar­czy­ste, mokre pierd­nię­cia.

Zer­k­ną­łem na sto­ją­cego wśród jeźdź­ców Maxa, ale ponie­waż miał na twa­rzy skó­rzaną maskę, nie widzia­łem jego miny. Zresztą patrzył w inną stronę, jakby nie był zain­te­re­so­wany tą sprawą. Po raz kolejny poda­łem w wąt­pli­wość wybra­nie go na men­tora.

No cóż, był naj­tań­szy.

Wró­ci­łem do owada.

Wzią­łem patyk i prze­to­czy­łem go na brzuch. Zoba­czy­łem meta­liczny grzbiet ozdo­biony białą czaszką obwie­dzioną kar­ma­zy­nem i gra­na­to­wym dese­niem miga­ją­cym w pro­mie­niach słońca tęczo­wymi bły­skami. Owad szedł nie­mrawo. Jedno z odnóży było sztywne, jakby zła­mane, pozo­stałe poru­szały się w nie­sko­or­dy­no­wany spo­sób. Wyglą­dał, jakby za chwilę miał się znowu...

Prze­wró­cił się na grzbiet. Spoj­rza­łem na Maxa. Jego oczy uśmiech­nęły się zza mine­ral­nych szy­bek, jakby chciał powie­dzieć: "Twoja sprawa, twój pro­blem". Prze­cią­gnął się nie­dbale.

- Thorn, ile czasu upły­nęło od początku ataku gazo­wego? - spy­ta­łem Króla Buław.

Herszt klanu Nova Riders spoj­rzał na pia­skowy zegar zawie­szony na boku wiel­kiego jak dwa konie kiboko. Bestia była jakby skrzy­żo­wa­niem noso­rożca i hipo­po­tama. Męż­czy­zna mach­nął nie­dbale wielką, bogato orna­men­to­wa­nym buz­dy­ga­nem.

- Czter­dzie­ści minut.

- Gaz sha­rin powi­nien prze­stać dzia­łać po trzy­dzie­stu?

- Tak, od wystą­pie­nia pierw­szych obja­wów.

Spoj­rza­łem na Naczel­nego Zwia­dowcę.

- Pomiar jest dokładny?

Ski­nął głową i wska­zał buławą jed­nego z pod­wład­nych.

- Naj­pierw Zyg­fryd zauwa­żył spa­da­ją­cego jerzyka. Potem Hen­rietta i Janus psz­czołę i komara. Może być plus pięć minut.

- Poprzed­nio było tak samo? - spy­ta­łem herszta.

- Nie było z nami zwia­dow­ców. Robili rajd na innej motu. Ale podej­rze­wam, że tak.

W Cogwheel Wars każda klasa wojow­ni­ków widzi co innego. Zwia­dowcy - mar­twe zwie­rzęta pod­czas ata­ków gazo­wych. Mecha­nicy - złoża mine­ra­łów nie­zbędne do pro­duk­cji machin. Łowcy - rodzaj uzbro­je­nia zwie­rząt i ludzi, gdy są poza zasię­giem zwy­kłego wzroku, che­micy zaś - rośliny i czę­ści zwie­rząt przy­datne do pro­duk­cji roz­ma­itych sub­stan­cji. Taki podział ról wymu­sza koope­ra­cję. Jedna klasa nie pora­dzi sobie bez dru­giej i odwrot­nie. Jeśli w kla­nie nie ma w danym momen­cie zwia­dowcy, wojow­nicy dostrzegą atak gazowy dopiero wtedy, gdy zaczną padać pierwsi z nich, a to ozna­cza osła­bie­nie oddziału. Nie powinno się wysy­łać wszyst­kich zwia­dow­ców na inną lata­jącą wyspę, czyli motu, ale więk­szość kla­nów ryzy­kuje. Nova Riders nie byli tu wyjąt­kiem.

Wypro­sto­wa­łem się i dałem znak, by ruszyć dalej. Jak na oddział liczący dwa­dzie­ścia osób i tyle samo bestii wojow­nicy poru­szali się bar­dzo cicho. Byłem im za to wdzięczny. Mój men­tor na szczę­ście także potra­fił bez­sze­lest­nie się poru­szać.

Cho­ciaż to.

Znowu się zatrzy­ma­łem. Kolejny żuk.

Na grzbie­cie.

Pochy­li­łem się, dotkną­łem go i uru­cho­mi­łem ska­ner. Gra­cze zoba­czyli wiszące przede mną pół­prze­zierne okno nie­pa­su­jące este­tyką do gry. Klik­ną­łem w ete­ryczny kla­wisz i roz­po­czą­łem bada­nie owada. Na ekra­nie poja­wiły się znaki pro­gra­mi­stycz­nego języka Chi-Tong. Nie zna­łem się na nim ani ja, ani Max...

Słow­nik neo­lo­gi­zmów znaj­duje się na końcu książki. [wróć]

Max

Maxy­mi­lian Beł­cha­tow, doświad­czony game­dec z upraw­nie­niami do czy­nie­nia wpi­sów w licen­cjach począt­ku­ją­cych game­deców. Tanio.

Klik­nij w link.

Tak wyglą­dało ogło­sze­nie Maxa w por­talu Game­dec? Tylko nie to! pro­wa­dzo­nym przez byłą dzien­ni­karkę i znaną game­de­ki­nię Vivien Lacroix. Adwert Beł­cha­towa znaj­do­wał się na samym dole strony, nie ota­czały go ani­mo­wane fajer­werki, wyglą­dał bied­nie i szaro. Para­dok­sal­nie wyda­wał mi się naj­bar­dziej godny zaufa­nia.

Gdy do niego zasen­so­wa­łem, na trój­wy­mia­ro­wym ekra­nie kom­pu­tera zoba­czy­łem sześć­dzie­się­cio­latka o srebr­nej lwiej grzy­wie, sze­ro­kich szczę­kach i nie­bie­skich plam­kach oczu skry­tych za zwa­łami spuch­nię­tych powiek.

- Nu? - spy­tał.

- Ja z ogło­sze­nia.

- Aaa. Chce być game­de­kiem?

- Zasta­na­wiam się.

- Licen­cję już ma?

- Jestem w trak­cie.

- Trzy sprawy, zapłata z góry, dam wpis.

- W sen­sie, zro­bimy razem trzy sprawy?

- Da. Trze­cia będzie twoja, ja będę obser­wo­wał.

- A hono­ra­rium? Tej trze­ciej?

Uśmiech­nął się, roz­cią­ga­jąc potężne mię­śnie policz­ków.

- Zuch, pie­nią­dze są ważne. Hono­ra­rium będzie moje.

Rze­czy­wi­ście nie był drogi (tysiąc kre­dy­tów za każdą sprawę, razem trzy), a po tym, jak udzie­lił mi kilku rad doty­czą­cych roz­mowy z klien­tem, poją­łem dla­czego: jeśli cho­dzi o spo­strze­gaw­czość i wyczu­cie dia­logu, byłem po pro­stu od niego lep­szy, i to już na star­cie. Jed­nak wie­dział kilka rze­czy, z któ­rych nie zda­wa­łem sobie do końca sprawy. Były niby błahe, ale z pew­no­ścią uła­twiały pracę. Na przy­kład, jak pro­wa­dzić zle­ce­nie: naj­pierw zro­zu­mieć mecha­nikę gry i jej cele, potem spraw­dzić, czy pro­blem nie jest banalny i nie leży gdzieś na wierz­chu w pro­gra­mie (rzad­kość), na końcu zaś - posia­da­jąc wie­dzę doty­czącą pierw­szych dwóch punk­tów - obma­cać czyn­nik ludzki, bo w erze gier tak skom­pli­ko­wa­nych, że pro­gra­mi­ści posłu­gują się sztucz­nymi inte­li­gen­cjami, by je nad­zo­ro­wały, to wła­śnie ludzie sta­no­wią naj­słab­szy ele­ment sys­temu. Dla­tego game­decy mają pracę. Łatwiej wyśle­dzić czło­wieka, który wpro­wa­dził do pro­gramu cheat, niż zna­leźć sam cheat. Pro­ste, wiem, ale gdy tak to uło­żyć, kla­ruje pro­ces.

Miał też wie­dzę o nie­zna­nych mi zagra­niach i pod­stę­pach.

Pierw­sze zle­ce­nie, które przy­jął, pocho­dziło od kosmicz­nego klanu gra­ją­cego w Dark Skies. Grupa liczyła stu pięć­dzie­się­ciu gra­czy i nosiła dumną nazwę Steel Bolts, a kon­ku­ro­wała o sys­tem sło­neczny Tan­tra II z kla­nem Red Light­nings. Pod­czas kosmicz­nych starć Boltsi zaczęli ostat­nio obry­wać, bo rakiety w ich myśliw­cach jakimś cudem nie chciały opusz­czać pro­wad­nic.

Pomy­śla­łem, że to cheat lub exploit zain­sta­lo­wany w maszy­nach Bolt­sów przez któ­re­goś Reda. W grach więk­szość opro­gra­mo­wa­nia, nawet che­atów, wygląda jak przed­miot - ten mógł być podobny do małej miny czy gra­natu pod­cze­pio­nego pod skrzy­dło.

Mia­łem rację. Po trwa­ją­cych kilka kwa­dran­sów poszu­ki­wa­niach zna­leź­li­śmy przy­cze­pione do kadłu­bów dwóch myśliw­ców kształtki wyglą­da­jące jak część opan­ce­rze­nia. Max wyja­śnił, że zawie­rały opro­gra­mo­wa­nie, które zapewne było wyko­rzy­sty­wane przez twór­ców gry pod­czas testo­wa­nia awa­rii wyrzutni rakiet. Według Tatiany, zna­jo­mej pro­gra­mistki, z którą się na bie­żąco kon­sul­to­wał, wytwa­rzały dosta­tecz­nie duże pole, by objąć cały dywi­zjon. Ucie­szy­łem się, przy­zna­jąc sobie w duchu wybitną intu­icję oraz prze­wi­du­jąc rychłe zakoń­cze­nie docho­dze­nia.

Max zwa­żył w ręce che­atową kształtkę, po czym scho­wał ją do ple­caka.

- Myślisz, że to koniec, brat? - spy­tał.

Sta­li­śmy na roz­le­głej pły­cie lądo­wi­ska będą­cego czę­ścią więk­szej sta­cji kosmicz­nej. Ota­czały nas maszyny klanu, a nad nami wisiało czarne, usiane gwiaz­dami niebo. Sły­sza­łem w heł­mie swój oddech i miły kobiecy alt Maxa. W grze wystę­po­wał jako atrak­cyjna Mulatka w pan­ce­rzu ozdo­bio­nym biało-nie­bie­skim kamu­fla­żem. Na tle czego miałby być trudno dostrze­galny - nie mia­łem poję­cia. Jeśli cho­dzi o płeć, twier­dził, że w Dark Skies kobie­cie łatwiej będzie wycią­gnąć infor­ma­cje: próż­nio­wym zabi­ja­kom wyda się mniej groźna, będzie lek­ce­wa­żona, każdy zechce ją cze­goś nauczyć i tak dalej, więc roz­mówcy staną się mniej ostrożni. Mia­łem wąt­pli­wo­ści co do tej tak­tyki. Max był czło­wie­kiem minio­nej epoki.

- Myślę, że tak - odpar­łem. - Zna­leź­li­śmy pro­blem. Detec­tion Ends Case - zacy­to­wa­łem znane game­de­com porze­ka­dło nie­ży­ją­cego już, ale darzo­nego wielką estymą Sama Haw­thorna.

- Nu, zna­leź­li­śmy... coś. - Jego akcent rodem z Matki Rosji brzmiał zabaw­nie w ustach ciem­no­skó­rej dziew­czyny. - Oczy­wi­ście możemy poka­zać to zle­ce­nio­dawcy i powie­dzieć, że sprawa roz­wią­zana i tysią­czek się należy.

Tyle zażą­dał za roz­wią­za­nie pro­blemu. Psia stawka. Rozej­rza­łem się po lądo­wi­sku. Żeby zaro­bić w Dark Skies na naj­mniej­szy myśli­wiec, musia­łeś parę dni wyko­ny­wać misje, któ­rych zło­żo­ność rosła z każdą zakoń­czoną suk­ce­sem. Aby zaro­bić na śred­nie krypy, trzeba było haro­wać mie­siąc lub dwa. Co do olbrzy­mów waru­ją­cych parę­set metrów dalej, cza­sami nie wystar­czał rok inten­syw­nej gry. Kiedy grasz, naj­czę­ściej nie zara­biasz real­nych pie­nię­dzy. Więk­szość gra­czy mamonę trze­pie w realium. Parę, parę­na­ście tysięcy kre­dy­tów mie­sięcz­nie. Straty Bolt­sów można było prze­li­czyć na poważne kwoty, jeśli uznać czas za walutę. Dla­tego wła­śnie ten tysią­czek Maxa był marną stawką. Inna sprawa, że przyj­mu­jąc zle­ce­nie, nie znał wiel­ko­ści klanu ani jego stażu. To tro­chę go uspra­wie­dli­wiało, a tro­chę poka­zy­wało, jakim jest ruty­nia­rzem.

- Ale powiedz mi, kocha­nieńki - ostat­nie słowo brzmiało w jego/jej ustach nie­mal namięt­nie - kto to pod­ło­żył?

- Redzi.

- Oczy­wi­ście. Ale jak?

Wygią­łem usta w pod­kowę.

- Na ich miej­scu wysko­czył­bym ze statku pod­czas jakiejś bitwy i pod­rzu­cił to ręcz­nie...

- Wyko­nalne to, ale nie­bez­pieczne. Statki rzadko pozo­stają w bez­ru­chu. A gdy się ruszają, zgi­nąć można od ude­rze­nia. Ryzy­kowne, trudne, poza tym pilot wiszący w prze­strzeni nie robi się prze­zierny. Widzie­liby go i mogliby zestrze­lić.

Hm.

- W takim razie pod­kradł­bym się do bazy Bolt­sów, pod­le­ciał od dołu... - Wska­za­łem pal­cem płytę lądo­wi­ska. Max skrzy­wił się, usły­szaw­szy źle dobrane słowo. W próżni nie ma "góry'" ani "dołu". - To zna­czy tak, żeby mnie nie dostrze­gły wie­życzki - popra­wi­łem się. - Wiesz, że to moż­liwe. Wysiadł­bym ze statku, pod­le­ciał na sil­nicz­kach ska­fan­dra, wdra­pał się na lądo­wi­sko i tup, tup, tup, pod­ło­żył...

- Wyko­nalne, brat, ale znowu ryzy­kowne i małe praw­do­po­do­bień­stwo suk­cesu. Bolt­sów jest stu pięć­dzie­się­ciu. Cią­gle ktoś się kręci po pły­cie... - Bły­snął, zna­czy bły­snęła bia­łymi zębami. - Wiesz co? Mam pomysł. Przejdźmy się, tak?

Unio­słem brwi w zdzi­wie­niu, ale podą­ży­łem za... nią, przy oka­zji podzi­wia­jąc jej krą­gło­ści. Szybko przy­po­mnia­łem sobie, że podzi­wiam cyfrowy kobiecy tyłek zdo­biący jak naj­bar­dziej męską psy­che zamiesz­ku­jącą nie­po­nętne by­naj­mniej ciało. Mimo wszystko... wie­dział, jak krę­cić bio­drami.

Nie uszło mojej uwagi, że idąc pod potęż­nymi kadłu­bami stat­ków, wło­żył...a na zwy­kłe ręka­wice więk­sze, prze­zna­czone w Dark Skies do doty­ka­nia przed­mio­tów radio­ak­tyw­nych. Zer­k­nęła na mnie z uśmie­chem i puściła per­skie oko.

- Ty też włóż.

Wciąż nie rozu­mie­jąc, o co jej cho­dzi, klik­ną­łem przy­cisk ska­fan­dra i wybra­łem z menu ręka­wice. Po chwili mia­łem je na dło­niach. Tym­cza­sem Mak­sia, dziar­sko zamia­ta­jąc mied­nicą, sunęła dalej w stronę Ymira, statku typu drop­ship prze­zna­czo­nego do trans­por­to­wa­nia sprzętu i pie­choty. Gdy zna­leź­li­śmy się nie­da­leko głów­nej bazy klanu, wska­zała dys­kret­nie jedno z pano­ra­micz­nych okien budynku. Ktoś tam stał.

Przed moimi oczami poja­wił się napis:

Zrób zoom, brat, ale sub­tel­nie.

Wyko­na­łem pole­ce­nie i dostrze­głem Gustava. Był jed­nym z bar­dziej doświad­czo­nych pilo­tów klanu, który - usły­szaw­szy, że jeste­śmy game­de­cami - sam się zgło­sił do pomocy. Lider na to przy­stał, twier­dząc, że to jego syn i prawa ręka. Rodzice cza­sem gry­wają z dziećmi, cho­ciaż nie należy to do normy.

Mak­sia wycią­gnęła z ple­caka kształtkę i powol­nym, teatral­nym gestem podała mi ją.

- Teraz sobie poroz­ma­wiajmy, tak? O czym­kol­wiek.

Zer­k­ną­łem ponow­nie na okno bazy, ale Gustava już tam nie było. Nie upły­nęła minuta, a poja­wił się we wła­zie śluzy i ubrany w ele­gancki biały strój pilota, ener­gicz­nie podą­żył w naszym kie­runku.

Mak­sia udała zasko­cze­nie, poma­chała mu i krzyk­nęła:

- Halo, friend Gustav, zapra­szamy!

- Jak tam, game­decy? - spy­tał. - Pro­blem roz­wią­zany?

- Nu, pra­wie - odparła Mak­sia. - Zna­leź­li­śmy dwie miny. Wirusy takie. Na kla­pach pod­wozi stat­ków. Zakłó­cały tro­nikę rakiet.

- O! - wykrzyk­nął. - Mogę zoba­czyć?

- Nu, możesz. - Mak­sia wycią­gnęła kształtkę do Gustava.

Wziął ją do ręki i zwa­żył.

- Takie maleń­stwo nam zaszko­dziło? - spy­tał.

- Dwa maleń­stwa - spro­sto­wała Mak­sia. - Jedno było przy­cze­pione do tego Ymira, dru­gie do tam­tego Grota.

Powstrzy­ma­łem zdzi­wie­nie wywo­łane oświad­cze­niem men­tora.

- Były na Ymi­rze i Gro­cie? - spy­tał zasko­czony. - A to ci... spry­cia­rze.

Widzia­łeś to? - zapy­tała Mak­sia.

- Tak że sprawa prak­tycz­nie zakoń­czona - powie­działa, po czym wzięła przed­miot z ręki Gustava i scho­wała go do ple­caka. - Idziemy do two­jego pryn­cy­pała po wypłatę.

Gustav roze­śmiał się.

- Brawo, należy się wam! Prze­pra­szam, spie­szę się na patrol! - Wska­zał kole­gów gra­mo­lą­cych się do kok­pi­tów pobli­skich stat­ków.

- Oczy­wi­ście, friend - rzu­ciła Mak­sia, a gdy Gustav się odda­lił, spoj­rzała na mnie i spy­tała nie­mal męskim gło­sem: - Wnio­ski, ter­mi­na­to­rze?

- Wziął cheat z two­ich rąk, choć widział, że oboje uży­wamy ręka­wic. Każdy gracz na ich widok staje się czujny, bo ozna­czają, że mamy do czy­nie­nia z czymś radio­ak­tyw­nym. Skąd wie­dział, że doty­ka­nie tego cho­ler­stwa jest bez­pieczne?

- Brawo. Drugi wnio­sek?

- Zdzi­wił się, usły­szaw­szy, że kształtki przy­cze­pione były do Ymira i Grota. Wie­dział, że naprawdę przy­kle­jono je do innych stat­ków.

- Zatem?

Hm.

- Zdrada? - rzu­ci­łem.

Mak­sia uśmiech­nęła się, mru­żąc orze­chowe oczy.

- Naj­prost­sza, szek­spi­row­ska wręcz sprawa, kochany Tor­kilku. Gustav był zbyt przy­jemny i pomocny, sam zgło­sił się do asy­sty, a zro­bił to, by nas pil­no­wać i w razie czego skie­ro­wać na fał­szywy trop. Pew­nie Redzi dali mu sporo kasy i obie­cali przy­ję­cie do ferajny. To się zda­rza w Dark Skies.

- Ale Gustav to syn lidera! Zdra­dził ojca?!

Mak­sia roze­śmiała się.

- A kogóż innego można zdra­dzić? Tylko sta­rego! Kla­syka, brat! Poza tym ojciec i syn w jed­nej grze? Pato­lo­giczne to może być. Młody czło­wiek chciał się unie­za­leż­nić, poka­zać, na co go stać, albo jest idiotą i pra­gnie zaszko­dzić rodzi­cowi. W sumie nie nasza sprawa... Zatem?

Zasta­no­wi­łem się. Jesz­cze coś? Spoj­rza­łem na niego pyta­jąco.

- Nu, nie ciesz się z Detec­tion (słowo to wymó­wiła "die­tiek­szon") Ends Case przed­wcze­śnie, bo czę­sto jest dru­gie dno. Zapa­mię­taj, brat.

Potem rzecz była już pro­sta i dra­ma­tyczna zara­zem. Powia­do­mi­li­śmy szefa klanu, a ten nie chciał nam uwie­rzyć, ale gdy przed­sta­wi­li­śmy prze­bieg sprawy, wściekł się, zasta­wił na Gustava pułapkę i roz­pi­rzył mu wszyst­kie statki. Część kryp chło­pak miał ubez­pie­czo­nych, ale kilka naprawdę cen­nych, dużych jed­no­stek nie, bo rzadko nimi latał, a na lądo­wi­sku były teo­re­tycz­nie bez­pieczne. No bo kto z two­jego klanu znisz­czyłby ci bryki? Zna­czy oprócz tatu­sia?

Wresz­cie ojciec wyko­pał zdrajcę w kosmos, drąc się:

- Nie jesteś już moim synem!

I dodał nam pięć­set kre­dy­tów jako pre­mię.

Na koniec Max prze­ka­zał mi jesz­cze jedną świe­tlaną radę.

- Dzięki komu dowie­dzie­li­śmy się, że miny są che­atami, któ­rych szu­kamy?

- Dzięki two­jej przy­ja­ciółce Tatia­nie. Pro­gra­mi­stce.

- Tak jest, przy­ja­cielu. Pro­gra­me­rzy to mało kon­tak­towi ludzie, czę­sto są, wiesz, nie­do­ro­zwi­nięci w tym wzglę­dzie. Rzadko nadają się na game­de­ców, ale świet­nie ich uzu­peł­niają. Więc pamię­taj, kocha­nieńki: nie dasz rady jako game­dec bez kum­pla czy kum­peli zna­ją­cych Chi-Tong. Pani­ma­jesz? Masz kogoś takiego?

Harry

- Naprawdę chcesz to robić? Po stu­diach medycz­nych? - spy­tał Harry Nor­man, gdy sie­dzie­li­śmy w milk­ba­rze i jedli­śmy pie­rogi.

On sta­wiał. Kilka mie­sięcy temu zatrud­nił się w Binary Digits, jed­nej z wielu firm robią­cych gry i inny soft, a że był zdol­nym pro­gra­mi­stą, od razu zaczął sen­sow­nie zara­biać. W prze­ci­wień­stwie do mnie.

Wkłu­łem wide­lec w pie­róg, wyobra­ża­jąc sobie, że wbi­jam sztu­ciec w jego oko.

- Może sam zosta­niesz leka­rzem? Chcesz się babrać w ludz­kich fla­kach i być odpo­wie­dzialny za czy­jeś życie?

Odchy­lił się na krze­śle i obrzu­cił mnie kpiar­skim spoj­rze­niem.

- Zgad­nij.

- Chciał­byś leczyć ludzi, któ­rych na to stać, wie­dząc, że inni nie otrzy­mają dobrej tera­pii tylko dla­tego, że bra­kuje im mamony?

Nor­man roz­ło­żył bez­rad­nie ręce.

- Kapi­ta­lizm, bra­cie.

- Sra­pi­ta­lizm. Powiedz to kobie­cie, któ­rej dziecko potrze­buje czysz­cze­nia genów i nowej zastawki mitral­nej.

- Zawsze możesz zostać mini­strem zdro­wia Wol­nej Europy i prze­pro­wa­dzić reformy. - Roze­śmiał się.

- Spa­daj.

Wgry­złem się w cia­sto z far­szem i spoj­rza­łem na połu­dniowe War­saw City pod naszymi sto­pami. Milk­bary zwy­kle wiszą wysoko, a dzięki prze­zro­czy­stym pod­ło­gom goście mogą podzi­wiać pano­ramę polii. Widoczne pod nami wieże wyglą­dały jak grube, duże ołówki, które ktoś wło­żył do obszer­nej balii i poprze­ty­kał wstąż­kami chod­ni­ków.

Pod­nio­słem wzrok.

- A odpo­wia­da­jąc na twoje pyta­nie, skoro ty nie chciał­byś się tym zaj­mo­wać, dla­czego myślisz, że ja miał­bym to robić?

Harry pod­no­sił kawa­łek pie­roga do ust, ale usły­szaw­szy moje pyta­nie, odło­żył wide­lec i spoj­rzał na mnie z mie­sza­niną zdu­mie­nia i iry­ta­cji.

- Zosta­łeś, kurwa, leka­rzem! Ty, nie ja!

- Nie zosta­łem leka­rzem, tylko skoń­czy­łem stu­dia. To róż­nica.

Spoj­rzał na pie­róg, uspo­koił oddech i wsu­nął wide­lec do ust. Wzru­szył ramio­nami.

- Twoje życie, kolego - mruk­nął, żując powoli.

- Będziesz mi poma­gał? Jeśli zostanę game­de­kiem?

Pokrę­cił głową.

- Chło­pie, czy ty sły­szysz, jak to komicz­nie brzmi? - par­sk­nął. - Chcesz zre­zy­gno­wać z kariery, wiesz, dok­tor, docent, pro­fe­sor, na rzecz... tego?

- Harry, odpo­wiedz na pyta­nie.

Roz­luź­nił się i uśmiech­nął. Lubi­łem tę jego mocną gębę, kędzie­rzawe blond włosy, jasne, inte­li­gentne oczy i wieczny opty­mizm.

- Pomogę ci, Tor­kil. Zawsze.

Pięk­nie powie­dziane, przy­ja­cielu.

- Ale powiedz, bo prze­cież masz pracę - pono­wił atak i puścił do mnie per­skie oko. - Nie odpo­wiada ci to, co teraz robisz?

Praca

Jeśli miesz­kasz w War­saw City i chcesz coś kupić, nie musisz ni­gdzie lecieć. Kit­chen­mat sam cię powia­domi, czego potrze­buje do two­jego ulu­bio­nego bur­rito, połą­czona z nim domową sie­cią lodówka przy­po­mni, że nie ma w niej sałaty, a jeśli ją upo­waż­nisz (tak jak ja), sama zamówi w Safe Foods warzywa, jaja, świeże bułki etc. W ciągu pół godziny dostar­czy ci wszystko dron lub kurier, a gdy usta­wisz odpo­wied­nio drzwi (ja tego nie zro­bi­łem), nie będziesz musiał im nawet otwie­rać. Szafy inwen­ta­ry­zują gar­de­robę, kom­pu­tery kon­tro­lują swoje bebe­chy, cały twój cho­lerny apar­ta­ment lepiej zna twoje potrzeby niż ty sam, a jeśli nie wyłą­czysz sztucz­nej inte­li­gen­cji miesz­ka­nia (ja ją wyłą­czy­łem), natrętna cyfrowa obec­ność będzie ci przy­po­mi­nała, czego potrze­bujesz, ba, będzie ofe­ro­wała towa­rzy­stwo i dyk­te­ryjki.

Tak to mniej wię­cej wygląda od strony kon­su­menta.

Jed­nak sprze­dawca wciąż musi mieć towar... gdzieś. W real­nym, nie­cy­fro­wym miej­scu. Powi­nien dys­po­no­wać prze­strze­nią, którą można wła­sno­ciel­nie odwie­dzić, bo ist­nieje wciąż wielu ludzi, któ­rzy lubią dobra dotknąć, pową­chać i zwa­żyć w rękach, a ponadto wciąż musi (ten wła­ści­ciel) posia­dać zaple­cze logi­styczne, by swój towar móc wysy­łać.

Skąd to wiem?

Jestem sprze­dawcą zaba­wek.

Poprawka.

Jestem przed­sta­wi­cie­lem firmy BBT, czyli Big Boys Toys, która - wbrew nazwie - pro­du­kuje zabawki także dla dzieci.

Bied­nych dzieci.

Do moich zadań należy prze­ko­ny­wa­nie wła­ści­cieli skle­pów, by w asor­ty­men­cie posia­dali pro­dukty mojej firmy, a nie, powiedzmy, Just For Fun. I cho­ciaż mamy wiek vipre­sów, świa­tów sen­so­rycz­nych tudzież holo­gra­mów, nic nie zastąpi żywego nego­cja­tora pocą­cego się przed innym żywym czło­wie­kiem.

Fasier Nasim, szef skle­piku Never End miesz­czą­cego się w wieży Stone Keep w połu­dnio­wej czę­ści Jol­ly­bou na pozio­mie dol­nego Mid City, patrzył bez więk­szego zain­te­re­so­wa­nia, gdy pre­zen­to­wa­łem mu robota wiel­ko­ści dwóch męskich dłoni, noszą­cego wdzięczne imię Axel.

- Axel sam utrzy­muje rów­no­wagę...

Posta­wi­łem zabawkę na stole. Sze­ro­kie stopy huma­no­ida dopa­so­wały w sta­wach sko­ko­wych kąt nachy­le­nia pode­szew i dały figurce solidne opar­cie. Robot przy­brał bojową postawę. Trą­ci­łem pal­cem masywny kor­pus - zato­czył się, ale nie prze­wró­cił.

- Słu­cha pole­ceń gło­so­wych - doda­łem. - Axel, wybierz cel.

Zabawka spoj­rzała na mnie błę­kit­nymi czuj­ni­kami optycz­nymi.

- Wskaż cel - odparła mecha­nicz­nym gło­sem.

Ode­tchną­łem. Cza­sami coś się zaci­nało i głos char­czał. Zwró­ci­łem lase­rowy wskaź­nik na pierś Nasima.

- Wska­zuję cel.

- Przy­ją­łem. - Axel wymie­rzył ciężki mio­tacz pla­zmy mniej wię­cej we wska­zane przeze mnie miej­sce i przy­klęk­nął.

Nasim zasło­nił się ręką.

- Spo­koj­nie. - Uśmiech­ną­łem się. - Axel ni­gdy nie strzela w twarz. Jego poci­ski to kro­pelki flu­ore­scen­cyj­nego żelu, który wypa­ro­wuje po kilku minu­tach.

- Dziury w ubra­niu nie zrobi?

Spoj­rza­łem na robota.

- Axel, ognia.

- Wyko­nuję - odparł robot i strze­lił dwu­krot­nie do wła­ści­ciela sklepu.

Zie­lone, świe­cące kro­ple tra­fiły w klapę mary­narki i poto­czyły się w dół po mate­riale. Nasim ener­gicz­nie się otrze­pał.

- Jak pan widzi, to bez­pieczne - powie­dzia­łem i wyszcze­rzy­łem zęby.

Fasier przyj­rzał się ubra­niu. Na szczę­ście po strza­łach nie było śladu. Nie­kiedy BBT oszczę­dzało na dostaw­cach, przez co rub­bex uży­wany do poci­sków był ole­isty i pla­mił.

- Czyli strzela - mruk­nął.

W jego gło­sie usły­sza­łem ali­kwoty ostroż­nego zain­te­re­so­wa­nia. Moje oku­lary potwier­dziły to, ana­li­zu­jąc mimikę i głos. W kie­szeni na piersi mia­łem tele­sens, który się z nimi komu­ni­ko­wał, a w nim z kolei uru­cho­mi­łem tuż przed wizytą pole­cany przez pra­co­dawcę pro­gram Best­Sel­ler V. 2190. Nie był naj­now­szy, ale się spraw­dzał. Nasi klienci wie­dzieli, że uży­wamy tych apli­ka­cji, ale nie mieli żad­nej tar­czy, no chyba żeby ktoś zde­cy­do­wał się wyświe­tlać przed twa­rzą jakąś ilu­zję. Nikt tego jed­nak nie robił. Może wąt­pili w sku­tecz­ność naszych pro­gra­mów? Popeł­niali błąd. Sel­lery dosko­nale ana­li­zo­wały napię­cie mię­śni twa­rzy i szyi, a także gesty dłoni, śle­dziły sto­pień roz­sze­rze­nia źre­nic i noz­drzy, świet­nie roz­gry­zały tembr głosu. Miały tylko jedną wadę.

Nie umiały sprze­da­wać.

Bo to, że masz infor­ma­cję, jak się czuje twój klient, nie ozna­cza, że będziesz wie­dział, co z tym zro­bić. Oczy­wi­ście Best­Sel­ler V. 2190 udzie­lał pod­po­wie­dzi. Teraz na przy­kład poka­zy­wał, że opór Nasima spadł z 90% do 50%, czyli że klient nie jest już total­nie na nie, i suge­ro­wał poka­za­nie kolej­nej inte­re­su­ją­cej cechy Axela, naj­le­piej bojo­wej. Ostrze­gał jed­nak przed nad­mier­nym naci­skiem, bo zain­te­re­so­wa­nie mojego roz­mówcy było "ostrożne". Dla­czego jed­nak "ostrożne", tego Best­Sel­ler już nie komu­ni­ko­wał.

Wie­dzia­łem lepiej od mojego pro­gramu, co robić. Do Fasiera przy­la­ty­wało dzien­nie od dwóch do czte­rech sprze­daw­ców. Każdy pro­po­no­wał mniej wię­cej to samo i miał w oku­la­rach lep­szego bądź gor­szego Sel­lera. Wła­ści­ciel sklepu był już naj­praw­do­po­dob­niej tak uod­por­niony na te same zagrywki, ataki i odskoki, że trzeba było zadzia­łać ina­czej. Prze­czu­wa­łem, że w prze­ciw­nym razie poni­żej 50% nie zje­dzie.

Nale­żało podejść do niego... oso­bi­ście.

- Ma pan dwóch synów, panie Nasim, prawda?

Ski­nął głową i lekko się skrzy­wił. Podobni do mnie pró­bo­wali już "oso­bi­ście". Wska­za­nia Best­Sel­lera posko­czyły do 60%.

- Adila i Baszara.

- Spra­wie­dli­wego i nio­są­cego dobre wie­ści - odczy­ta­łem zna­cze­nia imion z oku­la­rów.

Uśmiech­nął się.

- Tak.

Opór spadł znów do 50%.

- Bawią się pana zabaw­kami?

- Nie wszyst­kimi.

Zer­k­nął z dez­apro­batą na broń robota, a na soczew­kach, które nosił, dostrze­głem kil­ka­na­ście linii tek­stu. Gdyby nie Best­Sel­ler, nie widział­bym ich.

Wska­za­nia wzro­sły do 55%.

Pacy­fi­sta. Być może tech­no­ma­ho­me­ta­nin. To dla­tego jego zain­te­re­so­wa­nie było "ostrożne"!

A ja mam w tym tygo­dniu opchnąć tysiąc Axeli.

Odchy­li­łem się na fotelu i bły­ska­wicz­nie zlu­stro­wa­łem pomiesz­cze­nie w poszu­ki­wa­niu nowych tro­pów. Na ścia­nach wisiały w ram­kach trój­wy­mia­rowe ani­mo­wane obrazy, bar­dzo kolo­rowe. Mogły być dzie­łem dziecka. Wska­za­łem jeden z nich.

- To Adila czy Baszara? - wypa­li­łem.

Cza­sami zdaję się na intu­icję.

Spoj­rzał na mnie zasko­czony. Wskaź­nik zain­te­re­so­wa­nia Sel­lera wsko­czył na zie­lony obszar zaczy­na­jący się od 30% i roz­ja­rzył się napis: "Sprze­da­waj! Sprze­da­waj!".

- Adila.

- Ma talent - stwier­dzi­łem. Zer­k­ną­łem w szkła, by się prze­ko­nać, w jakim jest wieku. - Dzie­sięć lat i takie formy! To Czer­wony Kap­tu­rek, prawda? - Wie­dzia­łem, że samo "ma talent" jest zbyt ogól­ni­kowe. Kom­ple­ment musi być deta­liczny.

Fasier ski­nął głową i lekko się zaczer­wie­nił:

- Lubi bajki.

- Płaszcz tej dziew­czynki powiewa tak... reali­stycz­nie. I pięk­nie kon­tra­stuje z bia­łym śnie­giem. Kto go tego nauczył?

Nasim znowu się zaczer­wie­nił. 20%.

- Stu­dio­wa­łem malar­stwo...

- A, czyli zdol­no­ści odzie­dzi­czył po panu.

- Tak jakby...

- A Baszar? Też rzeźbi?

- Po matce poszedł w muzykę - odparł męż­czy­zna.

Znowu zlu­stro­wa­łem pomiesz­cze­nie. Dostrze­głem pół­prze­zierną kon­solę muzyczną, ale nie zary­zy­ko­wa­łem prośby o pusz­cze­nie utwo­rów star­szego syna. Mogły być kako­fo­niczne (to ostat­nio było modne) i jeśli nie spodo­ba­łyby mi się, Nasim wyczułby sztuczne zain­te­re­so­wa­nie.

- Pew­nie pan nie wie - pod­ją­łem - że Axel jest wpi­sany w nar­ra­cję Obroń­ców Talen­tów. - W tym momen­cie w moich oku­la­rach sto­per roz­po­czął odli­cza­nie.

- Czego? - Wła­ści­ciel sklepu otwo­rzył sze­rzej oczy.

- Obroń­ców Talen­tów - odpar­łem.

Oczy­wi­ście kła­ma­łem. Wie­dzia­łem jed­nak, że zaraz po sen­ten­cji "Axel jest wpi­sany w nar­ra­cję" kom­pu­ter Boba Ster­linga w cen­trum mar­ke­tin­go­wym BBT ogło­sił alarm i Bob szcze­rzy teraz zęby - trudno powie­dzieć: w uśmie­chu czy zło­ści - sły­sząc okre­śle­nie "Obrońca Talen­tów". Puścił już w ruch szare komórki i w ciągu minuty stwo­rzy prze­ko­nu­jącą stronę inter­ne­tową Axel i Obrońcy Talen­tów prze­zna­czoną wyłącz­nie dla Nasima. Pomoże mu w tym SI nazwane przez niego "Restem", bo jak twier­dził, może dzięki niemu wię­cej odpo­czy­wać, a poza tym "rest" to pra­wie dokład­nie czy­tany od tyłu począ­tek jego nazwi­ska. Pro­gra­mi­ści są dziwni.

- Może pan to spraw­dzić - rzu­ci­łem z lek­kim uśmie­chem. - Moja firma stara się wspie­rać uta­len­to­waną mło­dzież.

- Pan żar­tuje, prawda? - Fasier wciąż nie chciał mi uwie­rzyć. Zer­kał to na mnie, to na robota, sta­ra­jąc się odna­leźć w nim rysy "Obrońcy Talen­tów".

Best­Sel­ler wyświe­tlał słowo "wąt­pli­wo­ści" wraz z infor­ma­cją, że to pozy­tywny opór typu "chciał­bym, ale się boję", który prze­zwy­cięża się poda­niem dowodu.

A ja liczy­łem sekundy, bo na razie dowodu nie posia­da­łem.

- Ależ skąd - odpar­łem. - Prze­sła­nie Axela to "Chro­nić to, co naj­cen­niej­sze".

Słowo "prze­sła­nie" także było klu­czowe i zaalar­mo­wało kom­pu­ter Boba.

- Hm... - Nasim patrzył na robota z nowym zain­te­re­so­wa­niem. Przez chwilę pano­wała cisza. Licz­nik w oku­la­rach prze­sko­czył z 27 sekund na 28. Bob miał jesz­cze 32 sekundy do skoń­cze­nia strony.

- "To, co naj­cen­niej­sze", mówi pan? Pan jest ojcem?

Ojciec

Bal­ta­zar Aymore, łysy, znisz­czony facet, odkąd zgi­nęła moja matka coraz mniej nor­malny twórca moich dni, patrzył na mnie z mie­sza­niną wście­kło­ści i nie­do­wie­rza­nia.

- Ile?! Ile potrze­bu­jesz?

- Sześć­dzie­siąt tysięcy.

- Żeby co?!

Pochy­lił się nad sto­łem i ujął fili­żankę her­baty, ale zre­zy­gno­wał i odsta­wił ją z powro­tem. Sta­li­śmy w nie­wiel­kim salo­nie apar­ta­mentu we wro­cław­skiej wieży Aku. Tu spę­dzi­łem część dzie­ciń­stwa. Na dobre opu­ści­łem Wro­cław i prze­nio­słem się do War­saw City dopiero na stu­dia. Za oknami widać było plą­ta­ninę chod­ni­ków śred­niego poziomu mia­sta i bły­ska­jącą powy­żej świa­tłami sta­cję Tuby Trans­portu Publicz­nego.

- Chcę spła­cić kre­dyt - odpar­łem - kupić pro­fe­sjo­nalny sprzęt: łoże, kom­pu­ter, hełm, kom­bi­ne­zon, opro­gra­mo­wa­nie, zabez­pie­cze­nia...

- Nie mam - oznaj­mił twardo i pod­cią­gnął wyżej spodnie dresu. Tors miał nagi. Lubił cho­dzić pół­nago lub nago po miesz­ka­niu i nie prze­szka­dzało mu, że ludzie na wyż­szych chod­ni­kach, nawet zaopa­trzeni w średni zoom w oku­la­rach, z łatwo­ścią dostrzegą przez okno jego wdzięki.

- Ale ubez­pie­cze­nie po śmierci mamy... Prze­cież to było...

- Skoń­czyło się. I wcale nie było duże, bo... wiesz. - Chrząk­nął i wresz­cie łyk­nął her­baty. - Jesteś leka­rzem. Wróć do zawodu. Zaro­bisz tyle w pół roku.

- Ni­gdy nie byłem leka­rzem i dobrze o tym wiesz. Nie chcia­łem iść na te stu­dia, ale mia­łeś to w...

- Uwa­żaj na słowa - ostrzegł, a jego głos stał się prze­ra­ża­jący.

Mój ojciec potra­fił być prze­ra­ża­jący.

- Matka zgi­nęła przez cie­bie - wybra­łem jesz­cze gor­szy temat. Nie mogłem się powstrzy­mać. - Nie chcia­łeś oddać jej pneu­mo­bilu do ser­wisu, tylko sam zaczą­łeś kom­bi­no­wać z gene­ra­to­rami...

- Jaki ty jesteś głupi, Tor­kil. Wszystko to wielka machi­na­cja Mobil­le­nium. Każdy myślący czło­wiek powi­nien być w sta­nie roz­pra­co­wać te gene­ra­tory!

Prych­ną­łem:

- Kosz­tem ludz­kiego życia oczy­wi­ście. Kosz­tem matki, która patrzyła bez­rad­nie na twoje dzia­ła­nia i zapła­ciła za nie życiem.

- To nie moja wina. Pneu­mo­bil się roz­bił, bo wyczuł, że pró­bo­wa­łem się dostać do...

- Uszko­dzi­łeś coś i nie dopusz­czasz tego do świa­do­mo­ści!

- Nie rozu­miesz! Kiedy w końcu to do cie­bie dotrze?! Oni wszystko widzą, wszystko nagry­wają! Nie chcieli, żebym się dowie­dział...

- Skoro tak dosko­nale wszystko ogar­niasz, dla­czego to zro­bi­łeś? Prze­cież wie­dzia­łeś, jak to się skoń­czy!

Spu­ścił głowę. Wygry­wał w nim tra­giczny roman­tyk. Uwiel­biał cier­pieć i patrzeć, jak cier­pią inni. W tym momen­cie byłem gotów uznać, że dziwna część jego psy­che cie­szy się ze śmierci żony, która w jego wyobraźni ura­stała do rangi męczen­nicy.

Sęk w tym, że Laura Aymore nie chciała być męczen­nicą. Pra­gnęła nor­mal­nego życia, miło­ści, uśmie­chu i spo­koju. Para­noja Bal­ta­zara zamie­niła jej życie w pie­kło.

- Umarła, bo świat zapo­mniał o czło­wieku - rzu­cił płacz­li­wie i pod­niósł załza­wione oczy. - A ty, Tor­kil? Ty sam czym się teraz parasz? Legal­nie wci­skasz skle­pi­ka­rzom zabawki, które się psują, prawda?

- Ojciec...

- I teraz chcesz z gówna wejść lite­ral­nie w szambo. Co to w ogóle jest ten game­dec? Będziesz gnił na łożu, kurzył się godzi­nami, psuł się w apar­ta­men­cie, który cudem odzie­dzi­czy­łeś po babce? I co, to jest twoja przy­szłość?

- Tato...

- Popły­waj jak kie­dyś, poczuj wiatr w żaglach!

Ojciec był żegla­rzem. Tro­chę z nim pły­wa­łem po akwe­nach obję­tych barie­rami ABB. Marzył mu się aqual, ale to była za droga zabawka.

- ...Przy­po­mnij sobie o ludz­kich pro­por­cjach! O nor­mal­nych, ludz­kich spra­wach!

Dziwne, że o tym wspo­mniał, bo sam zwy­kle o nich nie pamię­tał.

- ...Kor­po­ra­cje wdarły się w nasze życie, ukra­dły to, co ludz­kie! Nor­malne sprawy zastą­piły tymi swo­imi, psia­kość, "war­to­ściami", logo­ty­pami, hasłami rekla­mo­wymi! Chcesz to wzmac­niać?! Ten cały nie­ludzki cyfrowy świat? Ten zawód nie ma sensu! Śmieszna nazwa, nie­po­ważne zaję­cie! Nie będziesz miał sta­łego zatrud­nie­nia, z kwiatka na kwia­tek, bez gwa­ran­cji eme­ry­tury, bez pre­stiżu, dno dna! Naprawdę tego chcesz? Jest w ogóle jakaś śmiesz­niej­sza, bar­dziej godna poża­ło­wa­nia pro­fe­sja niż - roz­cią­gnął usta w pogar­dzie - game­dec? Jak tak lubisz strze­lać, to zostań Out-Ran­ge­rem!

- Game­decy nie strze­lają. To detek­tywi dzia­ła­jący w świa­tach sen­so­rycz­nych...

- Tak, wiem, gdzie dzia­łają! I wiem, że tam głów­nie się strzela! Piu, piu, piu! Try­wialne, ordy­narne, płyt­kie! Mia­łeś być leka­rzem, pro­fe­so­rem, byłeś naj­cen­niej­szą rze­czą w moim życiu, a zosta­łeś... naj­więk­szym roz­cza­ro­wa­niem.

- Ojciec...

- Wyjdź. Wyjdź i prze­myśl to jesz­cze raz!

- Ale...

- I bez wnio­sków nie wra­caj!