Zugzwang
1.
Lubię go sobie wyobrażać w kinie. Na przykład na Szachiście [Le Joueur d'échecs] Raymonda Bernarda. Mankiety ma brudne, surdut w okruchach i kawał życia za sobą. Zapadnięty w pluszowym fotelu, spogląda na obraz biegnący białym lśnieniem. Lęki przepadły w dusznym mroku. Jeżeli istnieją dla niego bezpieczne przestrzenie, to tylko te czarno-białe - do bólu logiczne. Podczas scen bitwy zasypia, a gdy się budzi, już poza wątkiem, baron Wolfgang von Kempelen, daleki krewny Caligariego, prezentuje przed Katarzyną Wielką maszynę do gry w szachy - Mechanicznego Turka. I wtedy na ekranie pojawia się szachownica, jakby wspomnienie minionego szczęścia, a na niej niemożliwy układ bierek. Czy to jeszcze sen? - pyta sam siebie. Akcja rozgrywa się w Pałacu Zimowym, gdzie, jak pamięta, dwie dekady wcześniej oklaskiwano go podczas symultany, gdy na ośmiu stołach dał popis jednocześnie precyzji i bezwzględnej prostoty.
Zacząłem myśleć o Rubinsteinie, kiedy z Kadyksu jechałem autem do Polski. Zamiast standardowej drogi przez Estremadurę, Kastylię, Kraj Basków, wybrałem dawną Via Augusta - przez Andaluzję i Katalonię. Chciałem w końcu odwiedzić Portbou, gdzie zmarł Walter Benjamin. Do obskurnego hotelu, wciśniętego jak implant we wschodnią pierzeję obsadzonego fikusami rynku, będącego sercem zupełnie nieistotnej mieścinki niedaleko Albacete, dotarłem o zmroku po dziewięciu godzinach jazdy. Pamiętam, że przyśnił mi się urząd celny, a w nim facet bez twarzy ze sporym kufrem, którego celnik pytał o imię i nazwisko. Widziałem, jak urzędnik wpisuje w księgę litery "er". Potem dopytał, czy nazwisko mężczyzny pisze się przez "j", czy przez "y". We śnie byłem przekonany, że chodzi o Benjamina.
Moje myśli krążyły wokół żywotów równoległych, zbiegów okoliczności, obrzeży przypadku i przeznaczenia. Zimą 1939 roku poeta Antonio Machado ucieka do Francji przed wojskami generała Franco, które właśnie zgniotły opór Katalonii. Wycieńczony wędrówką przez Pireneje, ścigany przez faszystów, umiera w nadmorskim Collioure. Półtora roku później jego szlak niejako odwróci Walter Benjamin, który będzie uchodzić z Francji przed Hitlerem. Benjamin chce się dostać do Portugalii via Hiszpania, a potem do Ameryki. Droga przez góry, w pełnym słońcu (jest wrzesień), kosztuje go mnóstwo sił. Dokuczają mu gorączka, zawroty głowy - być może to udar. Jest na skraju wyczerpania, a przed sobą ma jeszcze kilkanaście kilometrów pieszej wędrówki.
Wyruszył w sporej grupie, ale po paru godzinach zostaje znacznie z tyłu. Spowalnia go ciężka walizka, którą taszczy ze sobą. W środku znajdują się jego rękopisy, w tym tajemnicze, niedawno napisane arcydzieło (czy jest to pełna wersja Pasaży?). W końcu dociera do Portbou. Zostaje tam aresztowany przez hiszpańskich żandarmów, a następnie wraz z resztą uchodźców uwięziony w hotelu, którego okna wychodzą na ulicę prowadzącą do morza. Nazajutrz ma być deportowany z powrotem do Francji - w objęcia Hitlera. W nocy popełnia samobójstwo. Z rozpaczy. Podobno. Okoliczności śmierci są jednak tajemnicze. Niewykluczone, że został zabity. Siepaczy można sobie wybrać. Mogło to być gestapo, które przymusiło żandarmów z Portbou do aresztowania, lub działający na południu Europy sowieccy agenci - opowiadano, że Benjamin jako antystalinista, podobnie jak Arthur Koestler, był na czarnej liście NKWD. Jak na ironię nazajutrz okazało się, że Hiszpanie pozwolili jednak internowanym kontynuować wędrówkę na zachód, nie odesłali ich do Francji.
Nierozwiązana pozostaje również tajemnica walizki z rękopisami. Czy pisarz zostawił ją w górach, czy - jak zaświadczają towarzysze ucieczki - przytargał do Portbou i dopiero tam przepadła? Pierwsza z wersji dawałaby nadzieję na odnalezienie bagażu w skalnych rozpadliskach i mogłaby wesprzeć tezę o samobójstwie; druga być może oznacza, że to czarna walizka stanowiła powód zabójstwa filozofa i ktoś ją po prostu zarekwirował. Niewykluczone zatem, że rękopisy Benjamina spoczywają gdzieś w zakurzonych moskiewskich archiwach, tuż obok Mesjasza Brunona Schulza.
Machado i Benjamin - poświęcone przez historię gońce, królewski i hetmański, których ścieżki nie mogą się przeciąć.
2.
Są miasteczka idealnie odzwierciedlające te, które w dzieciństwie budowaliśmy z klocków Lego. Portbou właśnie do nich należy. Dziesiątki torów kolejowych splatających się w jeden warkocz, który zmierza w stronę wydrążonego w skale tunelu. Leciwa stacja kolejowa ze szklanym dachem, gdzie dyskretnie mijają się pociągi. Piaskowy kościół z dużą rozetą i kilkoma sterczynami; domy porozrzucane po wzgórzach; szosa podobna do wstęgi. Urocza zatoka, jakby ktoś nadgryzł kontynent; kamienista plaża i klif, a na nim garbią się pinie, wgapione w połyskujące morze. Wszystko zlane brzoskwiniowym słońcem. Nic nie wskazuje na to, że Portbou jest jednym ze zworników dziejów - miejscem, w którym zbiegają się losy ludzi, gdzie historia daje o sobie znać jako coś nieprzeniknionego.
30 października 1936 roku Portbou zostaje ostrzelane przez kanaryjski krążownik. W lutym 1937 miasteczko bombardują junkersy słynnego legionu Condor. Dwa lata później, gdy Antonio Machado umiera w sąsiednim Collioure, w okolicach Portbou dochodzi do ostatniej bitwy hiszpańskiej wojny domowej. Machado słyszy wystrzały, krzyki, a potem nieznośną ciszę - dźwięk klęski. Zapędzeni w róg szachownicy republikanie zostają wyrżnięci. Kilkanaście miesięcy potem przez Portbou przemkną niczym cienie uchodźcy z okupowanej Francji, w tym autor Pasaży.
Kiedy po dwóch dniach jazdy dotarłem w końcu do Portbou, słońce jeszcze migotało w turkusowej wodzie zatoki, by po chwili schować się za surowymi górami. Poszedłem wykąpać się na wyludnioną plażę, gdzie ciemnooka dziewczyna w rubinowej bluzce i szortach, spod których wypełzał wytatuowany smok, czytała jakąś książkę Vila-Matasa. Wszelka Historia była ode mnie równie daleko jak Polska. Zresztą czy Historia i Polska nie są tym samym?
Wypiłem kawę i zapaliłem papierosa przed czerwoną fasadą niegdysiejszego Hotel de Francia, gdzie niemal równo osiemdziesiąt lat wcześniej znaleziono ciało Waltera Benjamina. Miałem nadzieję, że będę mógł zatrzymać się tam na noc. Jestem fetyszystą miejsc i czerpię niezdrową podnietę z takich rocznicowych analogii. Odkąd pamiętam, struktura, odpowiedniość i wypływająca ze zbieżności harmonia wprawiały mój umysł w oczarowanie, jakby na moich oczach - i tylko dla nich - urzeczywistniał się na chwilę wyższy porządek i tym samym świadczył o istnieniu jakiejś metafizycznej przemyślności. Być może właśnie dlatego szachy od zawsze wywołują we mnie taką euforię. To jakby planszowa realizacja mojego postrzegania czasoprzestrzeni, które, wbrew chaosowi, za wszelką cenę dąży do symetrii. Przejrzystość kombinacji, bezwzględna logika posunięć, w końcu pozornie bezładny, a w gruncie rzeczy do bólu jasny przebieg rozgrywki, który objawia się nam w całej swojej definitywności dopiero poniewczasie, w chwili gdy poddajemy partię lub jeszcze później, kiedy analizujemy w zaciszu przegraną - niosą w sobie, jak mniemam, jakąś głęboką prawdę o świecie, o tym, jaki mógłby być, a niestety nie jest. Los, fatum, ludzkie namiętności - jakkolwiek nazwiemy tę tajemną siłę, która kształtuje otaczającą nas rzeczywistość - to gracze raczej toporni, nad zgodne z zasadami dramaturgii piękno szachów przedkładają gry mniej wyrafinowane. A może przesadzam? Może życie po prostu nie jest klasykiem, który nade wszystko ceni architekturę partii, tylko graczem romantycznym, nieszablonowym, dla którego bardziej niż styl liczą się śmiałe, nieoczywiste posunięcia?
W każdym razie Hotel de Francia, w którym zmarł Walter Benjamin, dzisiaj jest po prostu zwykłym budynkiem mieszkalnym, na którego balkonach suszą się bielizna i pościel. Pokój Benjamina jest teraz czyjąś sypialnią. Przypuszczam, że co noc kładzie się tam spać człowiek odporny na uroki symetrii, słowem: zdrowy na umyśle. Ktoś, dla kogo "teraz" to po prostu "teraz", a nie wypadkowa wcześniejszych posunięć.
Spędzenie nocy w opustoszałym Portbou okazało się niemożliwe. Z powodu pandemii tylko jeden hotel był otwarty i brakowało w nim wolnych miejsc. W epoce COVID-19 smutek kurortów po sezonie stał się jeszcze bardziej dojmujący. Na Airbnb było co prawda kilka miejsc, ale właściciele apartamentów domagali się ode mnie, jako cudzoziemca, negatywnego testu na wirusa i nic w tej kwestii nie zmieniały tłumaczenia, że jadę z Hiszpanii, a nie do Hiszpanii, i jestem zameldowany na Kanarach. Akcent mnie zdradzał, więc nie było gadania. Bez testu ani rusz. Dlatego jeszcze tego samego wieczora przekroczyłem granicę i pojechałem do pobliskiego Le Boulou, gdzie otwarte były trzy hotele, jak się zdaje, dawne sanatoria. Francja mniej rygorystycznie podchodziła do pandemicznego zamieszania.
Skłamię, jeśli napiszę, że nie wiedziałem, że to w Le Boulou, równo dekadę przed tym, nim Antonio Machado uciekał siepaczom generała Franco, narodziła się Obrona Łużyna. Od jakiegoś czasu bowiem subskrybuję, jak to się dzisiaj mówi, dwie strony, które co rusz zapychają moją skrzynkę mailową fotografiami - "z epoki" lub całkiem współczesnymi - miejsc, w których żył lub które odwiedził Nabokov. Podczas jednego z lockdownówwybierałem się w wirtualne podróże i za pomocą Google Maps odwiedzałem zakątki związane z rosyjskim pisarzem, od Petersburga, przez Krym, Berlin, Trinity College, aż do amerykańskiej Ithaki. Na jednym z kadrów, właśnie z okolic Le Boulou, wypatrzyłem nawet niewyraźną sylwetkę uganiającą się, jak chciałbym wierzyć, za motylami, ale Klara stwierdziła, że lepidopterologów amatorów już w zasadzie nie ma i na zdjęciu najpewniej widnieje miłośnik wędkowania dzierżący podbierak. Gdzie indziej, w miasteczku Cabezas Bajas, dokąd zapuściłem się za pomocą kursora w pewien uroczo zmarnotrawiony wieczór, natrafiłem na przyklejonego do kamienia polowca szachownicę, należącego do rodziny rusałkowatych (Nymphalidae). Pierwszy raz zobaczyłem go dawno temu w ogrodzie mojej ciotki, jak przysiadł na jednym z fioletowych bezimiennych kwiatów, a potem raz jeszcze, podstemplowanego na kopercie, kryjącej w sobie długo wyczekiwany list z obietnicą.
Niemiecki mistrz Jean Dufresne, uczeń ojca nowoczesnych szachów, wielkiego Adolfa Anderssena, a przy tym wybitny teoretyk gry, twierdził, że szachy są egzemplifikacją pewnej tajemnej wiedzy o przestrzeni, której zasady nie zostały jeszcze zbadane. Jak już mówiłem, wiedziałem, że w Le Boulou Nabokov zaczął pracę nad moim zdaniem swoją najlepszą, obok Prawdziwego życia Sebastiana Knighta, książką, ale nie do końca zdawałem sobie sprawę, że leży ono istotnie w sąsiedztwie Portbou (choć urocze, płaczliwe "bou", które po katalońsku oznacza byka, już dawno temu powinno było wzbudzić moją czujność). Tamtego wieczora zatem, kiedy zdecydowałem się odbić w kierunku Pirenejów i wbrew swojej naturze opuścić wybrzeże, miałem wrażenie, jakby niepoznana wiedza o przestrzeni - przeczuta, jak chciał Dufresne, w szachach - dawała o sobie znać. Na mojej szachownicy, którą z jednej strony ograniczało morze, z drugiej zaś zwalisty masyw Pic du Canigou, znajdowały się teraz trzy figury: dwa gońce, czyli Benjamin i Machado, oraz skoczek - Nabokov. Były to już solidne siły.
3.
Nie wiedziałem jednak, dokąd ta łamigłówka prowadzi. Dlatego jeszcze tego samego dnia, nim wyszedłem do miasta, żeby coś zjeść, ledwie zrzuciwszy bagaże w pokoju hotelowym, którego okna wychodziły na obsadzoną palmami smutną promenadę, wpisałem w wyszukiwarkę hasła: "Walter Benjamin" i "chess", licząc na jakieś szczęśliwe zrządzenie losu - wytłumaczenie. Nie zawiodłem się. Od razu na ekranie pojawiły się trzy fotografie z 1934 roku, przedstawiające Waltera Benjamina i Bertolta Brechta grających w szachy w duńskim Svendborgu, gdzie ten ostatni mieszkał po opuszczeniu nazistowskich Niemiec1.
Pierwsze zdjęcie: Brecht zaciąga się cygarem i analizuje rozkład bierek.
Drugie: Benjamin zamierza przesunąć skoczka, przy czym widać, że panowie rozmawiają jeszcze o czymś poza grą.
Trzecie: Benjamin pochylony jest nad partią, Brecht patrzy w obiektyw. I to właśnie na tej fotografii można zobaczyć dokładnie szachownicę.
Jest to początkowy etap rozgrywki. Pozycja grającego czarnymi Benjamina, który wybrał wcale nie tak popularną w owym czasie obronę francuską (na pierwszy ruch białych: pionem na pole e4, czarne odpowiadają ruchem piona na e6), wydaje się mocniejsza. Oprócz francuskiego (hetmańskiego) gońca wszystkie jego figury są w grze i stoją na dość mocnych pozycjach. U Brechta natomiast całe skrzydło królewskie pozostaje nieruszone, jest w zasadzie poza rozgrywką. Ponadto struktura jego pionów wydaje się dość przypadkowa - raczej słaba, rozstrzelona. Z układu bierek można zatem wnioskować, że Benjamin był lepszym, a na pewno bardziej doświadczonym szachistą. Musiał też na bieżąco śledzić najnowszą teorię szachową, skoro zdecydował się na ten, a nie inny debiut. Obrona francuska znana była już co prawda w XVI stuleciu, lecz przez wieki w zasadzie jej nie stosowano. Swoją nazwę zyskała podczas korespondencyjnego meczu między Paryżem a Londynem z 1834 roku, kiedy to francuscy szachiści zaskoczyli nią Anglików i odnieśli prestiżowe zwycięstwo. W latach dwudziestych XX wieku rozwijał ją łotewski Żyd, Aron Nimzowitsch, czołowy szachista tamtych czasów, który podczas rewolucji październikowej uciekł z Rygi i po kilku latach włóczęgi osiadł w Kopenhadze2.
Czy Brecht lub Benjamin spotkali się w Danii z Nimzowitschem - nie wiadomo. Co prawda trzeci ruch Brechta (pion z pola e4 na e5) wskazuje na jeden z wariantów obrony francuskiej, którą studiował łotewski szachista, jednak zbyt słaba to przesłanka, by na jej podstawie wyrokować, że autor Opery za trzy grosze znał Nimzowitscha osobiście. Jednocześnie nie można tego wykluczyć. Międzywojenny świat był w pewnym sensie o niebo mniejszy i ciaśniejszy niż współczesny. Można odnieść wrażenie, że każdy znał każdego, a ludzi na ziemi żyło nie więcej niż dziesięć tysięcy.
Los łotewskiego mistrza, który podobnie jak Nabokov (tyle że nie via Morze Czarne, ale przez Bałtyk) umknął przed bolszewikami, jest emblematyczny dla tamtych czasów, gdy wygnanie i wykorzenienie stały się zasadami. Nimzowitsch należał przy tym do całkiem sporej diaspory żydowskich szachistów z Europy Środkowo-Wschodniej, której członkowie nadawali ton na międzynarodowych turniejach, bili się o najwyższe laury i wnieśli olbrzymi wkład w teorię gry oraz rozwój praktyki. Potem niemal w całości zmiotła ją z powierzchni ziemi nieprzychylna marzycielom historia. Należeli do tej grupy także najpotężniejsi polscy szachiści, z wielkim Akiwą Rubinsteinem na czele, którego tak bardzo lubię wyobrażać sobie w kinie, jak przysypia na Szachiście.
Kiedy meldowałem się w hotelu w Le Boulou, pracownik w recepcji zapytał mnie o imię i nazwisko. Stałem z przewieszonym przez ramię plecakiem, gdy zauważyłem, jak zapisuje ostatnie litery mojego imienia: "er". Potem zapytał, czy moje nazwisko pisze się przez "j" (Bajon), czy przez "y" (Bayon). Często sny o innych są w istocie o nas samych.