Gamadec (#2). Gamedec. Czas silnych istot - Marcin Przybyłek


Reflow text when sidebars are open.
COPYRIGHT ? by Marcin Przybyłek COPYRIGHT ? by Fabryka Słów sp. z o.o., Lublin 2012
WYDANIE I
ISBN 978-83-7574-817-8
Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.
PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta
PROJEKT OKŁADKI Paweł Zaręba
GRAFIKA NA OKŁADCE Krzysztof Ożóg
ILUSTRACJE Dominik Broniek
REDAKCJA Krzysztof Ożóg
KOREKTA Magdalena Grela-Tokarczyk, Magdalena Byrska
SKŁAD ORAZ OPRACOWANIE OKŁADKI Dariusz Haponiuk
SPRZEDAŻ INTERNETOWA
ZAMÓWIENIA HURTOWE
Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. s.k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl
WYDAWNICTWO
Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91 www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.pl
Berengar był globem o mocno pofałdowanych płytach kontynentalnych, pełnych fantastycznych górotworów, najeżonych ostrymi szczytami i poznaczonych głębokimi kanionami. Oprócz tego posiadał oczywiście kilka oceanów i mórz, były tam także równiny, ba, nawet depresje, jednak dla przeciętnego obywatela Imperium, który, tak jak każdy człowiek, lubi generalizować i schematyzować, Berengar był mekką miłośników wspinaczek, snowbirdingu, pneumosurfingu i wszelkich innych górskich zabaw.
Major Danton Juda, głównodowodzący południowej sieci dział obronnych Sektoru G8, znajdującego się w północno-zachodniej części Batorii, jednego z czterech kontynentów globu, uwielbiał swoją ojczyznę. Świetnie zjeżdżał na speedsterze, doskonale radził sobie z wysokogórskim birdingiem i wspinaczką a-g. Podczas przepustek lubił wraz z rodziną urządzać wycieczki między niezliczonymi latającymi miastami planety, ukształtowanymi na podobieństwo dzikich szczytów.
Oprócz umiłowania sportu, życia rodzinnego i lotnictwa Juda lubił swoją pracę. Jego zajęciem zaś było koordynowanie ostrzału pięciu superciężkich, dwudziestu ciężkich i pięćdziesięciu lekkich wież obronnych ulokowanych na szczytach łańcucha senelskiego oraz dryfujących na ruchomych platformach.
Zaledwie trzydzieści kilometrów na południe od jego stanowiska dowodzenia znajdowało się Kokomou, stolica planety, miasto stacjonarne, bardzo rozległe i bardzo piękne.
Było czego bronić.
Gdy na orbicie Berengaru pojawiły się dziesiątki wrogich statków, a zaraz po nich przyszły informacje o śmierci Imperatora, po czym spłynęły rozkazy z głównego dowództwa, major Danton Juda nie pozwolił, by panika zawładnęła jego uczuciami. Frin natychmiast użył warplexu i jego mózg zaczął działać jasno i szybko. Emocje były czyste, nawet lekko euforyczne. Jego ludzie także otrzymali podobne dawki i trzymali się w ryzach.
Głębokie skany kosmosu wykazały, że wielkie jednostki wroga są otoczone silnymi polami anty-H, więc Juda osobiście wybrał jeden z nich, namierzył dokładnie punkt ostrzału, a następnie nakazał superciężkim działom metodyczny ostrzał tylko namierzonego miejsca, w zsynchronizowany sposób. Dzięki temu zwiększała się szansa, że któraś z salw przedrze się przez warstwę ochronną i uszkodzi potwora. Nie minęły cztery mony regularnego ostrzału, jak dotąd bezskutecznego, a wróg wysłał w kierunku powierzchni planety miliony małych jednostek.
Dużo, pomyślał, bardzo dużo. Czy na innych globach działo się to samo? Men z dowództwa potwierdził jego przypuszczenia.
Inwazja.
Juda zacisnął szczęki. Spojrzał na swoich ludzi, drony, zerknął nawet na ściany centrali koordynacyjnej udekorowanej półkolumnami, motywami skrzydeł i chmur, bo całe pomieszczenie było myślącym bytem sprzężonym z pozostałymi wieżami jego sekcji.
- Mamy wojnę. Prawdziwą.
Młodzi mężczyźni i kobiety patrzyli na niego z niepokojem. Jeszcze chwila i ich friny uregulowały emocje zwiększoną stymulacją warplexu. Ich twarze wygładziły się.
- Miejmy nadzieję, że nomoryjska Pugna Eterna dobrze nas przygotowała do tego zadania. Nie myślcie o tym, co będzie. Skupcie się na pojedynczych czynnościach. Precyzyjnie, odpowiedzialnie. Przyspieszamy.
Świat dookoła zwolnił.
Liczba okien wiszących przed arealnymi oczami Judy zwiększyła się. Spojrzał na kontrolki wież działowych. Jego Dex i Sin, dibekowcy odziani w bojowe motomby, zasiedli na swoich stanowiskach wysoko pod stropem pomieszczenia. Każdy przejął swoją część obowiązków. Gandiva, naczelny mózg Sektoru G8, poinformował o kilkudziesięciu formacjach atakujących inne części globu.
Danton skupił się na swojej strefie wpływu.
Trójwymiarowe ekrany rozsiane po bunkrze dowodzenia pokazały tysiące czarnych myśliwców ozdobionych złotą literą V. Paki bombardowały bloki pamięciowe Judy i jego podwładnych. Najpierw był zwiad na Ziemi. Pojawiły się wielkie machiny wroga. Potem floty nad planetami WayEmpire. W kosmosie przewaga liczebna wynosiła... Niemożliwe.
Major ściągnął brwi i odrzucił to, co dobijało się do jego umysłu.
Gandiva podzielił cele. Na statkach wroga pojawiły się symbole namierzenia. Danton uniósł się w swojej zbroi i leniwie osiadł na centralnie położonym fotelu dowodzenia, między Sinem i Dexem.
Wydał men otwarcia ognia. Lufy dział już od dawna oczekiwały na rozkaz. Opuściły je roje rakiet śledzone przez promienie naprowadzające, mikrodrony kontrolujące ich ruch, mikroboty przeciwdziałające zakłóceniom. Opuściły je jasne jak słońce serie plazmowych pocisków. Powietrze nad szczytami łańcucha senelskiego, a potem nad samym Kokomou zostało przecięte setkami linii kondensacyjnych rakiet, które pędziły na spotkanie wroga. Wyżej chmury przeszyły dziesiątki ściegów plazmowego ostrzału. Atmosfera planety zaczęła wrzeć, chmury rozpierzchały się. Różnice temperatur między obszarami ostrzału a wolnymi od niego wywołały wiatry, wyładowania atmosferyczne, miejscami deszcze.
Berengar płakał.
Danton skupił wzrok na kamerze jednej ze zwiadowczych rakiet. Cygaro mknęło nisko, między estakadami miasta, śmignęło obok wysokiej wieży, przebiło się przez rzadką chmurę i wyprysnęło w błękit. Za chwilę w górze pojawiły się drobne błyski, było ich coraz więcej, niebo, całe niebo zaczęło się mienić drobnymi refleksami, wreszcie refleksy zamieniły się w kropki drobne jak ziarna piasku, mnogie jak heksele na ekranie. Te kropki ciągnęły za sobą cienkie nitki chmur, które dalej zamieniały się w biały płaszcz. Za chwilę zakryły całe pole widzenia. Czarne statki. Ostrzeliwały się. Pajęczyna pocisków i kontrpocisków spowiła tysiące pojazdów. Juda miał zdolności soulerskie. Nie tak duże, żeby zostać soulerem per se, ale niewątpliwie zostały zbadane i potwierdzone. Skupił się. Pojazdy przypominające kruki i nietoperze zaczęły lecieć chwiejnym torem, co chwila zmieniając położenie. W ten sposób unikały trafień. Danton zapragnął ze wszystkich sił, by pocisk, którego tor śledził, ugodził w cel. Na prawo powietrze zasyczało od białego promienia, salwy z ciężkiego działa należącego do jego sekcji. Pierwszy myśliwiec wroga wybuchł! Juda zacisnął szczęki. Rakieta ominęła o kilka centymetrów skrzydło jednego ze statków, wyminęła się z drugim, widać, że nie była w stanie za nim nadążyć, minęła trzeci pojazd, uciekały z niezwykłą zręcznością, wreszcie ekran zgasł. Zderzenie. Nanocetnię przedtem major widział wielki czarny kadłub statku. Trafienie.
Trafienie!
Dowództwo naczelne, nie bacząc na brak Ezry i sensownych rozkazów z Pałacu, zdecydowało wysłać na powierzchnie planet wyłącznie niewielkie oddziały droidów. Hornety, Rapiery i Altusy. Trzeba opóźnić marsz wrogich myśliwców. Zadaniem dronów nie było nawiązanie bezpośredniej walki, jedynie nękanie. Przyjęliśmy strategię partyzancką. Na własnym terenie.
Zwołano błyskawiczną naradę. Ja, jako szeregowy, nie mogłem w niej uczestniczyć, ale obserwowałem ją w arealu, w jednym z obszernych korytarzy Daymio, który wciąż wisiał nad Achab 1. Obok mnie stało wielu innych żołnierzy i Ranów. Wszyscy czekaliśmy na sensowne rozkazy.
Spotkanie, oczywiście w maksymalnym przyspieszeniu, czyli dwudziestokrotnym, w ciemnej sali konferencyjnej naszego pancernika, ozdobionej kilkunastoma holobrazami przedstawiającymi najbardziej spektakularne akcje z Nomorii, prowadził admirał Geoffrey Hawk, głównodowodzący Armii Imperialnej, raportujący bezpośrednio do świętej pamięci Rectora. Był to mocno zbudowany, ubrany w polowy, szarosrebrzysty pancerz Kosmicznych Sił Zbrojnych mężczyzna o potężnej żuchwie i sterczących, grubych jak druty, krótkich kasztanowych włosach. Organicznie siedział, zaś umysłowo, wcielony w eteryczne frinowe ego, stał i opierał się o blat dużego przeziernego stołu, przy którym siedzieli ubrani tak samo generałowie i dowódcy wszystkich sekcji Armii Imperialnej. Lecz nie tylko oni uczestniczyli w spotkaniu. Tradycja narad mówiła, że każdy żołnierz, który nie jest aktualnie na służbie, może konsylium oglądać i zgłaszać własne pomysły. Jeśli ktoś był na służbie i miał wolnego Lewego bądź Prawego, także mógł to robić. Idee i sugestie zbierały perboty uczestniczących w dyskusji, które przefiltrowawszy uwagi, przekazywały je Sinom i Dexom. Ci, jeśli uważali pomysły za sensowne, menowali je do Środkowych (to właśnie oni przebywali w sali konferencyjnej). W ten sposób powstawała siatka informacyjna i coś w rodzaju zbiorowej świadomości.
- Zanim zaczniemy, informuję was, że do koordynowania całej operacji wojskowej został powołany jeden byt sieciowy. Budda.
Rany boskie.
Budda.
Nigdy jeszcze do tego się nie uciekaliśmy. Znaliśmy hipotetycznie jego możliwości, ale nie próbowaliśmy. Ten supermózg był kilkunastoma albo nawet kilkudziesięcioma Khalidami razem wziętymi...
- Podzespoły Buddy będą nosiły nazwę Lao. Różnić się będą greckimi literami. Będzie Lao alfa, Lao beta i tak dalej, zresztą będziecie o tym informowani, nikt się nie pomyli. Budda o to zadba.
Westchnął.
- Wiem, co myślicie. Supermaszyna o niewyobrażalnej mocy obliczeniowej, prawdziwy bóg... - Pokręcił głową. - Zaręczam, że teraz to nasz najmniejszy problem, a gdyby ta decyzja okazała się katastrofalna w skutkach, informuję, że odpowiedzialny za nią jestem tylko ja.
Ponieważ, podobnie jak uczestniczący w spotkaniu, ja także miałem dwudziestokrotne przyspieszenie, pokiwałem z uznaniem wyłącznie eteryczną, frinową głową.
- Do rzeczy. - Hawk przetarł czoło ręką. - Mamy cztery punkty do przedyskutowania. Co zrobić z zamachem na Imperatora, jak odeprzeć Unithirów, jak przeciwdziałać atakom na wieże, co się stało na Ziemi. Macie dwadzieścia subiektywnych cetni na pomysły.
Rękę podniósł generał John Eter, głównodowodzący siłami lądowymi Imperium.
- Wyślijmy transportowce na Vaporię i ściągnijmy stamtąd wszystkie Cumulomachy. Wzmocnią obronę naziemną. Albo kosmiczną.
Admirał skinął głową. Uniósł rękę generał Sam Horn, dowodzący pancernikami imperialnej floty:
- Yotty są bardzo wrażliwe na ostrzał. Poza tym to bardzo duże jednostki. Natychmiast ściągną uwagę.
- Zorganizujemy obronę - odparł admirał Hawk. - Ile jest Cumulomachów na Vaporii?
- Z naszych szacunków wynika - odezwała się Salma Nam, naczelna koordynatorka floty - że około pięćdziesięciu składów zawierających trzy giganty i statek matkę.
Admirał prychnął.
- Dwa składy na planetę.
- Na każdej wciąż czekają w hangarach po trzy - wszedł w słowo Sam Horn.
Geoffrey Hawk podrapał mięsisty podbródek.
- Skupimy je w jednym punkcie. Powinny przetrwać dostatecznie długo...
- Czyli? - spytał generał Horn.
- Aż rozwiążemy problem rozgromienia floty przeciwnika.
Pierwszy szok minął. Książę Henry Roth skontaktował się z głównodowodzącym Armii Imperialnej admirałem Geoffreyem Hawkiem i przekazał, że tymczasowo, jako najwyższy mówca Klansradu, przejmuje zarządzanie, ale tylko nominalnie, bo oczywiście na sprawach wojskowych się nie zna. Nie wspominał o powrocie demokracji. Na to przyjdzie czas. Tymczasem zgodnie z sugestią generała Hawka wydawał dyspozycje klanom i niezrzeszonym, by chowali się w schronach, zabezpieczali mienie i łącza komunikacyjne. Sieć przestała migotać. Pałac został przestrojony. Taki był plan. Sidor von Tier nadal siedział po turecku otoczony dziesiątkami ekranów, ale był już wyraźnie rozluźniony.
Henry dziwił się jego krótkowzroczności, bo sytuacja drastycznie się zmieniła. Była prawdziwa wojna, i to z przerażająco potężnym przeciwnikiem. Z jednej strony zagrożenie to najlepszy czas na interes i przejmowanie władzy. Władza została przejęta, nie miał co do tego wątpliwości. Trzeba było ją tylko utrzymać. Ale trzeba było też wygrać wojnę.
Na pierwszy rzut oka zadanie to wydawało się niewykonalne.
Błękitne niebo Gai było ciemne od dymów, rozświetlane wężami serii z niezliczonych wież obronnych, poprzecinane ogonami śladów rakiet i antyrakiet, pełne mikrodroidów, które uczestniczyły w niemej wojnie zakłóceniowej. Statki wroga śmigały między budynkami, słupami ogni i strzelały do gniazd obronnych. Od czasu do czasu widać było niewielkie oddziały imperialnych droidów bojowych, które nadlatywały, oddawały kilkadziesiąt strzałów i znikały w gęstwinie budynków lub w chmurach. Roth rozumiał, że olbrzymia przewaga liczebna uniemożliwiła bezpośrednią walkę. Obrona stacjonarna także wydawała się mało skuteczna wobec takiej liczby pojazdów.
- Panie, skanery wskazują, że z nieba przyleciały na powierzchnię planety obiekty. Piętnaście miliardów bardzo małych tworów... - usłyszał głos Zachariasza. - Ich główna fala zleciała po drugiej stronie globu, ale już do nas sunie.
Henry uruchomił stację namierzania. Ekran wykonał skan i zbliżenie na najbliższą grupę przedmiotów. Wyglądały jak zwinięta pięść. Były podłużnie bruzdowane, połyskliwe, zaopatrzone we własny mały napęd. Pędziły z ogromną prędkością. Tło za nimi było zamazane. Co to jest?
- Panie, przed chwilą zgłosił się do stacji Gaya News Zachariasz Arrow. Ten prawdziwy. Teraz stacja nadaje jego oświadczenie, podpisane przez stu pięćdziesięciu Agonai.
- Stwierdzające, że jesteśmy zdrajcami?
- Tak, panie.
- Czy asasyni zostali wysłani?
- Tak, panie. Dlatego oświadczenie Zachariasza podpisało tylko stu pięćdziesięciu, a nie pięciuset gwardzistów.
Henry uniósł brwi. Aż stu pięćdziesięciu strażników Imperatora wygrało starcie z zabójcami? Jak można pokonać istotę potrafiącą w razie potrzeby rozbić swoją postać na ponad sto fraktali, z których każdy dysponuje jadami i toksynami, a porusza się niezgodnie z regułami bezwładności? Gorgon wybrał sobie naprawdę świetnych strażników.
Trudno. Tych, którzy przetrwali, trzeba będzie po prostu zdyskredytować.
- Przekaż nasz komentarz, wariant 2-A.
- Tak, panie.
Henry wrócił wzrokiem do ekranu. Małe obiekty przeleciały między wieżami miasta i wtargnęły na estakadę, po której biegł wielobarwny tłum. Tuż przed zderzeniem się z ludzką masą rozwinęły się jak duże dłonie, zahamowały, zachybotały w powietrzu, jakby oceniały przeciwnika. Ktoś z ludzi krzyknął. Minipojazdy ruszyły i z owadzią zwinnością zaatakowały głowy. Ofiary przez chwilę się szamotały, usiłując je zrzucić, po czym zastygały. Obiekty wyglądały teraz jak macki ośmiornicy obejmujące skronie i ciemię. Ci, których nie dopadły, patrzyli przerażeni na towarzyszy, ciągnęli ich do schronu, krzyczeli, szamotali, ale ofiary wciąż stały, patrząc w dal. Nadleciało więcej ministatków i zaatakowało pozostałych ludzi. Miotali się, bronili, machali rękami. Dzielne roboty walczyły w obronie swoich właścicieli, ale pojazdów było zbyt wiele. Jeszcze chwila i nastała cisza. Cała grupa zatrzymała się. Już nie szukała ratunku. Wszyscy stali, jakby pozbawieni zmysłów.
Irma May biegła, starając się nie potrącać sunących przed nią ludzi. Była wyższa od innych. Wyglądała jak kocica: była ubrana w srebrne sportowe bikini, a na jej stopach połyskiwało obuwie dodające mechaniczny staw na wysokości palców stóp. Potrafiłaby bez problemu przeskoczyć dorosłego człowieka. Teraz tego nie robiła, bo tłum był zbyt gęsty, nie chciała nikogo stratować. Poza tym jak by to wyglądało: mistrzyni lekkoatletyczna, słynna Irma May, zdobywczyni czterech złotych i dwunastu srebrnych medali na planetarnych igrzyskach, wpada w panikę i zamiast pozować do hotek, biegnie po głowach obywateli? Mimo pośpiechu i strachu, który unosił się nad grupą, wciąż rejestrowała szybkie spojrzenia, jakimi obdarzali ją biegnący ludzie. Wszyscy ją znali, wszyscy podziwiali gibkość jej ciała i hart ducha. Irma się nie poddaje, Irma jest doskonała. Była wzorem dla dzieci i inspiracją dla dorosłych. Czasem ta sława ją przerastała. Irma May, Irma May. Zdarzało się, że przestawała rozumieć, co się kryje za tymi dwoma słowami. Czy to naprawdę o nią chodziło?
Biegli po wąskim chodniku. Spojrzała w dal. Świeże światło poranka bieliło smukłe budowle. Do schronu mieli jeszcze około trzystu metrów. Żałowała, że akurat dzisiaj wybrała się na biegi. Gdyby miała na sobie standardowy strój, po prostu uniosłaby się w powietrze i już dawno byłoby po wszystkim. Nieszczęśnicy biegnący obok niej byli w podobnej sytuacji. Akurat dzisiaj postanowili przemieszczać się w prymitywny, starożytny sposób. Było to modne i popierane przez władze Imperium.
Na dodatek trakty komunikacyjne Grandu, stolicy Onomy, były wyjątkowo wąskie, bo szykując się do rocznicy WayEmpire, polia postanowiła wymorfować na podobieństwo vaporiańskich siedzib. Żeby chociaż jakiś transport... Niestety, wszystkie były niedostępne. Zajęte przez uciekinierów. Wezwać własny mobil? Znajdował się piętnaście kilometrów na południe. Bez sensu. Zaraz będą w schronie.
Ktoś krzyknął. Na lewo na niebie, między wieżami miasta podobnymi do zwiniętych żagli, pojawiły się małe przedmioty, które nie wyglądały na imperialne drony. Jej frin ich nie rozpoznał. Przesłał sygnał ostrzegawczy. To muszą być te dziwne przedmioty, przed którymi przestrzegały media! Ludzie wzmogli bieg. Jakiś robot, zajmujący za dużo miejsca, odbił się od barierki i poszybował w stronę pojazdów. Ominęły go, jak stado pszczół omija kłodę drewna. Zbliżyły się i rozwinęły niczym płatki kwiatów. Frin ostrzegł przed próbą ingerencji w jej układ nerwowy. Urządzenia podleciały bliżej, coś przysłoniło słońce... A potem stało się coś cudownego.
Szła po pięknej łące. Pachnącej, wilgotnej i ciepłej. Nie było ludzi dookoła, nie było krzyku, dymu i ognia. Zrozumiała, że to wszystko było iluzją, zmaganiem z okrutnym losem w jakiejś głupiej, nikomu niepotrzebnej grze. Teraz była wolna i szczęśliwa. Na środku łąki rosło drzewo, którego gałęzie były obciążone soczystymi czerwonymi jabłkami. Postanowiła do niego podejść.
Patrząc na grupę cywilów unieruchomioną przez urządzenia wroga, Henry Roth zdał sobie sprawę, że ludzkość nie ma szans, a on pojęcia, jak ją bronić. Świat będzie rządzony przez Thirów, a my zostaniemy niewolnikami. Takimi jak ci na powietrznym chodniku.
Zombie.
W jego głowie stało się coś trudnego do opisania. Zobaczył błysk, a potem usłyszał wiele głosów, kojących, niepokojących, ciekawych, bardzo wieloznacznych, poczuł, jakby ośmiornica weszła w jego myśli, każda z jej macek śledziła zakończenia skojarzeń, odkrywała konotacje nieznane nawet jemu samemu, szukała wątków, motywów. Henry zastygł, oto bowiem nieznana siła ukazywała mu jego samego. Zawistnego, zazdrosnego, próżnego, jakże prawdziwego, jakże ostatecznie prostego. Wszystkie pytania odnalazły odpowiedzi. Już wiedział, kim jest. Prawda była okropna i piękna w swoim wyrazie. Łzy popłynęły po jego policzkach. Macki sięgały coraz dalej, a Roth czuł coraz głębsze wzruszenie. Samopoznanie dostarcza wszak jego najwznioślejszej odmiany, człowiek dociera do własnych granic. Już wie, kim jest, a kim nie jest, znikają wszystkie zasłony, racjonalizacje i oszustwa. Pozostaje to, co pozostaje.
Jednak macki ośmiornicy nie zatrzymały się na jestestwie księcia. Szukały dalej. Dotarły do jego znajomych i rodziny... Nagle zobaczył ich wszystkich, całą armię, mrowie zależnych od niego ludzi, posłusznych, a także tych, którzy zdaniem często się od niego różnili, ale wszyscy mieli jeden cel. I znowu poczuł wewnętrzne poruszenie. Jakie to wszystko było piękne!
Po chwili lider klanu Rothów poczuł niepokój. A potem już jawny, wibrujący lęk. Strach podobny do klingi białego światła. Zrozumiał, że ktoś naprawdę jest w jego głowie, ktoś bardzo ciekawy, kto właśnie poznał wszystkie jego sekrety i przejmuje nad nim władzę. Spojrzał spanikowany na własną rękę. Chciał ją podnieść, ale nie potrafił. Ktoś odebrał mu... ciało.
A za chwilę odbierze mu samego siebie.
Książę Henry Roth, dumny właściciel ponad stu tytułów posiadania oraz honorowych wyróżnień lóż oficjalnych i ukrytych, mózg największego i udanego zamachu na Imperatora, spadkobierca intelektualnej spuścizny pięciu mileniów, wylogował z katomowego ciała. Chmura barwnego pyłu wyfrunęła ze zbroi i pomknęła jak minitornado do statku, którym książę przyleciał do Pałacu. Zdumieni fałszywi Agonai patrzyli, jak zbroja, w której przed chwilą siedział, pochyla się i zastyga, a następnie włącza rezydentny program, prostuje się, rozwija hełm i rozgląda po pomieszczeniu.
Henry otworzył oczy w siedzibie klanu. Wstał z siedziska, na którym zawiadywał katomowym awatarem, i strzepnął niewidoczny pyłek z pięknej zbroi zaprojektowanej przez Andreę Saviana. Uruchomił naramienne działko. Misternie rzeźbiona lufa wychynęła z masywnego naramiennika, ale za chwilę wsunęła się z powrotem. Ta broń nie mogła celować w jego głowę. Miała blokady, wcale nie troniczne, tylko zwykłe, mechaniczne. Nikt nie chciałby, żeby jego osobisty blastgun, goniąc celownikiem wroga, wypalił, gdy ten znajdzie się po drugiej stronie czaszki. Henry podniósł rękę do skroni. Zintegrowana z przedramieniem broń, smuklejsza od górnego działka, ale nie mniej bogato zdobiona, wyłoniła się z inkrustowanej niebieskim metalem płyty pancerza i rozjarzyła gotowością do strzału. Frin Henry'ego ostrzegł o niebezpieczeństwie i zabezpieczył broń. Henry mentalnie otworzył menu blokady, wprowadził dwa hasła. Broń uzbroiła się na nowo.
Henry strzelił, celując tak, by zniszczyć także swój Arun. Stojący w Pałacu Imperatorskim fałszywi Agonai nie widzieli tego aktu, mimo to jak na komendę podnieśli ręce do skroni i powtórzyli jego czyn. Gdy opadło ostatnie ciało, w Pałacu Imperatorskim nastała cisza.
Znajdujący się w siedzibie klanu Rothów Julia i Kenneth otworzyli oczy i spojrzeli na siebie zdziwieni. Coś siedziało w ich głowach i szeptało do wewnętrznego ucha. Na dywanie leżał w kałuży karminowej krwi, odziany we wciąż mieniącą się zbroję, ich kuzyn i Reoratavus. Przez ich głowy przemknęło zdziwienie; pancerz nie powinien już niczego animować, wszak jest odzwierciedleniem duszy. Czyżby Henry kupił podróbkę? Myśli te jednak zaraz zostały zdmuchnięte, jak cienka nitka dymu przez silny wiatr. Coś innego było ważniejsze. To coś, jak głos boga, odebrało im ich ja. Julia podniosła rękę do głowy. Po raz ostatni zagrały platynowe i karmazynowe meandry jej pancerza. Kenneth zrobił to samo. Spojrzał w jej orzechowe oczy. Nigdy nie powiedział, że ją kocha. A teraz jego tożsamość oddalała się od niego, zupełnie jakby odlatywała na odległy, nieznany glob. Wewnętrzne układy obronne zbroi krzyczały ikonami zagrożenia: NIE POWINNO SIĘ CELOWAĆ WE WŁASNĄ SKROŃ! PRZERWIJ CZYNNOŚĆ!
Oboje obeszli blokady i strzelili, uszkadzając Aruny.
Czyn ten powtórzyły wszystkie kopie Henry'ego, Julii i Kennetha, a także ich perboty.
Pierwszego dnia ataku Unithirów na WayEmpire, dwudziestego drugiego Decimi dziewięćdziesiątego dziewiątego cyklu Ery Imperium, z mapy ludzkości wskutek popełnionego zbiorowo samobójstwa zniknęły klany Rothów, Petrusów, Tannathów, Sorethów, Dambów i Etentethów oraz armia zależnych od nich niezrzeszonych.
- Właśnie. Infiltracja wież - kontynuował admirał Geoffrey Hawk. - Monitoring potwierdza wtargnięcie do nich oddziałów sabotażowych. Nie muszę wam mówić, jakie to niebezpieczne. Wieże kontrolują stan umysłowy populacji. - Westchnął. - Teraz to już nie tajemnica. Ingerencja w ich oprogramowanie może spowodować katastrofę...
Przerwał na kilka cetni. Pewnie otrzymywał pak pamięciowy od Lewego bądź Prawego.
- Już wiemy, czym są owe małe obiekty. To urządzenia atakujące centralny układ nerwowy. Czyli Thirowie uderzają w umysły naszej populacji z dwóch stron. Jeśli te cholerstwa zawładną psychikami zbyt dużego odsetka... - zawiesił głos. Chrząknął. - Zdaje się, że ten Roth już to ogłosił, mimo to powtórzcie na wszystkich globach: zarządzam obligatoryjną, natychmiastową ewakuację do schronów. Osobnicy unieruchomieni przez te obiekty nie mogą być wpuszczeni do schronów.
W sali zaszumiało. Admirał właśnie wydał wyrok na niewinnych obywateli. Sytuacja sprzed wieku powtarzała się. Zdaje się, że myślał dokładnie to samo, bo pobladł i pochylił potężne ciało, opierając się szerokimi przeziernymi dłońmi o blat stołu.
Ciężko westchnął.
- Biorę na siebie odpowiedzialność za tę decyzję. Nie możemy ryzykować. Swoją drogą, przepraszam, że na cetnię zmienię temat, czy to nie podejrzane, że książę Henry tak szybko znalazł się w Pałacu?
Odpowiedziało mu milczenie. Przełknął ślinę i ciągnął:
- Nasze oddziały lądowe mają pozostać w bazach, hangarach i schronach. Niech nie zdradzają swojej pozycji. Czekać na rozkazy.
W sali zaszumiało.
Podniósł rękę.
- Wiem, że Budda byłby w stanie zaplanować optymalne działania wojenne, ale otrzymałem od niego raport, że nawet przy maksymalnym wykorzystaniu sił moglibyśmy stracić to wojsko. Jeszcze się wstrzymajmy.
Podrapał się w głowę.
- Wróćmy do wież. Mamy do wyboru dwa scenariusze: wysłać samobójcze oddziały, które spacyfikują sabotażystów, mówię "samobójcze", bo nie bardzo widzę możliwość powrotu z takiej misji, albo, i to jest scenariusz drugi, zniszczyć budowle z orbity.
- Zostawcie wieże w spokoju - usłyszałem głos.
Rozejrzałem się. Blisko mnie stał inny Ran, także śledzący naradę, też fizycznie zastygły i eterycznie ruchomy.
- To ty się odezwałeś? - spytałem.
Jego arealne ego wyszło z niego i spojrzało na mnie zdziwione.
- Nie. A co?
- Zdawało mi się...
Generał John Eter podniósł rękę.
- Zabrzmi to śmiesznie, ale mam wrażenie, że powinniśmy zostawić wieże wrogowi.
Admirał uniósł brwi. Uczestnicy narady poruszyli się niespokojnie.
- Czy mógłbyś powtórzyć? - poprosił Geoffrey Hawk.
- Zastanówcie się: wieże są widoczne, ewidentne, każdy wie, że zawierają sekret, nawet niewtajemniczeni. Tajemnicą poliszynela jest, że są związane z władzą. Wróg także nie mógł ich nie zauważyć. Dotąd nie widziałem w tym niczego dziwnego, ale dzisiaj, podczas ataku Thirów, wydaje mi się to oczywiste.
- Co?
- Te budowle nie są istotne i nie zawierają niczego cennego. To atrapy.
- Chcesz powiedzieć, że Imperator zatwierdził budowę dwudziestu pięciu gigantycznych gmachów ozdobionych imperialnym godłem, chronionych przez oddziały droidów i obsadzonych dziesiątkami urzędników po to, by zmylić przeciwnika, o którym nie wiedzieliśmy, czy się pojawi?
John Eter wzruszył ramionami.
- Ja tego na własne oczy nie widziałem, ale uczyłem się na lekcjach historii: pamiętacie !LivE!? Tę ziemską firmę, rzekomo główną centralę Bestii? Okazało się, że to był wabik. Naprawdę Thirowie kryli się w Wings Incorporated, Yamie, setce innych firm i bóg wie gdzie jeszcze. !LivE! wystawili na pokaz. Myślicie, że Imperator był na tyle głupi, żeby nie zapamiętać tej lekcji? To Mistrz Gier. Liczył na podobne myślenie wroga: kto przeznacza fundusze na t a k ą fintę?
- Twierdzisz, że nie ma w WayEmpire urządzeń kontrolujących psychiki obywateli?
- Twierdzę, że jeśli są, to nie w wieżach.
Geoffrey Hawk znowu westchnął.
- Gdyby był tu Imperator, wiedzielibyśmy na pewno.
W centrum pokoju, nad stołem, pojawił się blask. A z niego wyłoniła się postać Gorgona Nemezjusa Ezry.
- Oto jestem, drogi admirale.
Leon Kuguhart patrzył na czarnych wojowników z nieskrywanym podziwem. Jestem jednym z nich, jednym z nich, powtarzał w duchu. Odnalazł swoje miejsce, miejsce, o którym wiedział od stu cykli, że gdzieś istnieje. Spełniło się. Był członkiem armii, w której liczyły się tylko władza i kontrola. Należał do tej siły.
Zaprowadził pięciometrowych komilitonów do centrum kontroli. Nie musieli się pochylać, maszerując pomieszczeniami, bo były przystosowane do obecności Ranów, a ci zawsze potrzebowali dużo przestrzeni. Jeden z kolosów niósł pod pachą nieprzytomną Tanyę Ebony. Postawił ją na nogi i ocucił, urywając ucho. Krzyknęła, zakryła dłonią ranę, chciała kucnąć z bólu, ale gigant jej nie pozwolił. Krew, pulsując, wylewała się strugami, mocząc połowę jej twarzy, szyję i bluzkę. Wrzask urwanych neuronów ogłuszał ją, zakrywał świat czerwoną poświatą, zasypywał myśli potokiem wyrazów, ścieżki logicznego myślenia wypełniał śnieżną masą paniki. Jej frin po chwili zablokował drżenie ciała, udało mu się zamknąć zwieracze, nie zabronił jednak płakać. Patrzyła przerażona na Leona i stojące wokół czarne potwory. Frin umiał już ich nazwać: UNITHIROWIE. Częściowo stała, częściowo wisiała w objęciach czarnego rycerza. To nie mogła być prawda. To niemożliwe, wiła się myśl podobna do białej glisty, przedzierająca się przez krwawy labirynt rozkrzyczanego lęku.
Zginie. Wiedziała. Jej dwie kopie przebywające już być może w schronach przeżyją, ale ona... zginie. Ostatecznie. Leon nie pozwoli jej Arunowi na ucieczkę. Naprawdę umrze.
Kuguhart wyciągnął do niej rękę.
- Potrzebny mi twój psychoskan i DNA.
Po jej policzkach nieprzerwanym strumieniem płynęły łzy. Nie wiedziała, że człowiek potrafi tak płakać. Jakby pociły się oczy. Frin pracował pełną parą. Udało mu się ograniczyć ból rany do pięćdziesięciu procent. Tanya nie pytała Leona: "Po co?", bo doskonale wiedziała, że chodzi o reset programu, obejście aplikacji generalnej i wpłynięcie na ludzkie mózgi. Nigdy nie ufała Kuguhartowi. Nigdy go nie lubiła. A teraz zginie z jego ręki. Powinnam była słuchać intuicji, łkała jedna z wielu Ebony ukrytych w jej głowie, zawodzących i tłukących się o ściany czaszki. Krzyk w jej głowie znowu się nasilił. Ledwie słyszała swój ściśnięty głos.
- Zrobię, co zechcesz, ale pozwól mi żyć.
Życie. Teraz była to największa wartość. Bicie serca, ciepło ciała, gorąca herbata i codziennie rano nowy widok Alsafi. Zapach miasta, szum pojazdów, wesołe rozmowy w biurze, spotkania ze znajomymi. Smak wina, obraz zmierzchu z jej sypialni, zapach skóry jej partnerów. Życie. Za wszelką cenę życie.
Leon nie odpowiedział.
Nie odpowiedział.
A to oznaczało wyrok. Osunęła się w rękach olbrzyma. Frin nie umiał już zablokować drżenia ciała. Do jej głowy podpłynął psychoskan. Pobrał obraz psyche i próbkę DNA. Przy czole Leona pojawił się bliźniaczy robot. Za chwilę między nimi rozjarzył się duży ekran.
- Jesteśmy gotowi - powiedział Leon i wykonał mentalną procedurę resetu systemu.
Ekran poprosił o potwierdzenie operacji. Leon potwierdził.
- Tanya?
Kobieta z trudem łapała oddech. Kuguhart zrozumiał, że jeśli czegoś jej nie da, nie będzie współpracować. Człowiek, któremu odbiera się wszelką nadzieję, przestaje być manipulowalny.
- Będziesz żyła. Obiecuję. Twoja śmierć w niczym nam nie pomoże, a życie w niczym nie zagrozi. Będziesz żyła, tylko współpracuj.
Nie wierzyła mu, ale nie chciała tego mówić na głos. Chciała wierzyć. Gdyby wypowiedziała wątpliwość, wzmocniłaby ją, także w jego głowie. A ona chciała, żeby on także uwierzył. Powiedzieć znaczy uwierzyć. Jak zbity pies skinęła głową, starając się spojrzeć na niego w taki sposób, jakby mówiła: "Jesteś dobrym człowiekiem, obiecałeś mi życie i wywiążesz się z obietnicy, prawda?". Przez chwilę szukała w jego oczach potwierdzenia, ale znalazła tylko szklane spojrzenie. Mimo to pragnęła wierzyć. Taki już jest człowiek - wierzy w cuda, mimo że nic ich istnienia nie potwierdza, przeciwnie, wszystko im przeczy. Miłością obdarza nawet kata, który wznosi topór. Bo człowiek przed śmiercią musi kogoś kochać.
Wprowadziła mentalnie swoją akceptację. Ekran pokazał różową sferę wypełniającą się błękitnym światłem. Jaki piękny kolor, pomyślała.
- Świetnie - powiedział Kuguhart.
Wskazał na Ebony.
- Już nie będzie potrzebna.
Życie Tanyi Ebony, sześdziesięciocyklowej funkcjonariuszki Południowej Wieży, dyrektor Sekcji 11-20, matki sześciorga dzieci z trzema partnerami, zafascynowanej życiem oceanicznym i muzyką klasyczną, tulącej w piersi wspomnienie, gdy biegła przez łąkę do swojego ojca, który następnego lata ostatecznie zginął w nieszczęśliwym wypadku stacji orbitalnej Pokój, wyciekło z niej zgniecione przez czarnego oprawcę. Dzielny Arun, inteligentne urządzenie, którego jedynym zadaniem było chronić myśl właściciela, podjął desperacką próbę oddzielenia się od głowy i uratowania psychiki, ale zanim się wyswobodził, został zmiażdżony wraz z głową kobiety.
Proeliator Etan Damokles, marzący o karierze Proeternusa, władający setką Ariatorów, zanotował fakt zamordowania pierwszej ziemskiej kobiety.
- Bierz się do roboty, bracie Leonie - powiedział.
Kuguhart zagłębił arealne palce w ekranie. Zaczął błyskawicznie wydawać menowe i mentalne komendy połączone z ruchami dłoni. Wszedł w menu zawiadywania nastrojami.
- Co chcesz konkretnie, żebym zrobił... bracie?
Etan Damokles odpowiedział:
- Wzbudź w nich panikę.
- O, to nie będzie trudne - zapewnił Kuguhart.
Wszedł w menu układu limbicznego. Wybrał pierwszy sektor Gai, obejmujący miliard obywateli. Urządzenie potwierdziło gotowość ingerencji. Leon wskazał obszary lęku. Przesunął suwak nasilenia sygnału do maksimum. Potwierdził chęć wysłania impulsu.
- JESTEŚ PEWIEN?- zapytała maszyna.
- Tak - odpowiedział.
- WPROWADŹ KOD CZERWONY.
Kuguhart spojrzał zdziwiony na komunikat, potem na wojownika, który stał nieruchomo, jak zwiastun zagłady. W jego objęciach wciąż obwisało martwe ciało Tanyi, zalane krwią z urwanego ucha, wiotkie, jakby pozbawione kości.
Leon nie znał takiego kodu! Żadne instrukcje o nim nie wspominały!
Przez chwilę walczył z wewnętrznym popłochem. Nagle przyszło wyjaśnienie. To pułapka na włamywaczy.
- Kod czerwony nie istnieje - powiedział.
Ekran zmienił kolor na zielony. Udało się. Udało się. To był podstęp.
- KOD CZERWONY ISTNIEJE - przeczytał.
Proeliator Etan Damokles uniósł rękę:
- Nie radzisz sobie, bracie?
- Nie, nie, radzę sobie... Kod czerwony nie istnieje - wydał komendę, używając bardziej stanowczego myślowego tonu.
Być może urządzenie zanotowało komponent emocjonalny poprzedniej wypowiedzi i wolało go sprawdzić jeszcze raz. Ekran zmienił barwę na niebieską.
- KOD CZERWONY NIE ISTNIEJE. WIARYGODNOŚĆ POTWIERDZONA. WYKONUJĘ PROCEDURĘ.
Leon uśmiechnął się z ulgą.
- Już, bracie. Pierwszy miliard Gai wpada w panikę.
Proeliator milczał.
Upłynęło kilkanaście cetni. Wojownicy za plecami dowódcy czekali w napięciu. Czarne diabły, które przez przypadek przeniknęły do naszego świata. Niebo za oknami przecinały strzały obrony przeciwlotniczej, przez warkocze dymów leciały dziesiątki myśliwców.
- To nie działa - odezwał się Proeliator. - Mam informację ze zwiadu powietrznego.
Leon spojrzał na ekran. Wykonał zoom na kilkadziesiąt losowo wybranych osób i ich mózgi. Ekran podzielił się na kilka tuzinów niezależnych mniejszych, trójwymiarowych monitorów. Każdy ukazywał mózg. Odpowiednie obszary układu limbicznego były pobudzane pełną mocą generatorów, jarzyły się na czerwono. Leon sprawdził zasilanie wieży. Działało. Ekrany potwierdzały pobudzenie uczucia trwogi. Wszystko przebiegało zgodnie z procedurą!
- Bracie - zająknął się - nie rozumiem, mam tu potwierdzenia, wszystko działa, tu wszystko działa...
- Musiałeś popełnić jakiś błąd. Uspokój się i sprawdź.
Uczestnicy spotkania osłupieli. Przez chwilę wpatrywali się w zjawę i w milczeniu przełykali arealną ślinę. Gorgon Nemezjus Ezra, czy raczej jego sieciowa reprezentacja, ubrany w paradną zbroję utrzymaną w kolorach anielskiego błękitu, demonicznej czerwieni i szlachetnego złota gęsto inkrustującego płyty pancerza, wisiał kilkanaście centymetrów nad blatem stołu i obdarzał zebranych dobrze wszystkim znanym dyskretnym, inteligentnym uśmiechem.
- Panie, to ty? - spytał Geoffrey.
- Generał John Eter ma rację. Wieże są atrapami. Skonstruowałem je, by zidentyfikować ukrytych szpiegów wroga, bo zgodnie z naszymi podejrzeniami są tacy wśród zwykłych obywateli. Ogarnięci obsesją władzy i posiadania, zarażeni jeszcze na Ziemi przez Kyriosów, nieświadomie przesyłali informacje na statki szpiegowskie Thirów i dążyli do najwyższych stanowisk. Wieże stanowiły lep, ogniskowały ich pragnienia. Teraz nie dość, że mamy ich wszystkich w wiadomych miejscach, to możemy ich unieszkodliwić. Albo... użyć.
- Panie, ale jak to? Przecież zostałeś zamordowany! Wiemy ponad wszelką wątpliwość, że podczas lotu do Pałacu byłeś w jednej kopii, w jednym ciele, jak mogłeś przetrwać?
Rector Ludens uśmiechnął się.
- Ciała jeszcze nie odtworzyłem, dlatego rozmawiam z wami w formie arealnej. Mimo to zapewniam was, że żyję i mam się dobrze. Nie tak łatwo mnie zabić, nawet tak doskonale zorganizowanym rodom jak Rothowie i Petrusowie.
- To oni!? - Generał Sam Horn, głównodowodzący flotą imperialną, wstał z krzesła. - Zdrajcy! Aresztować ich!
Imperator uspokoił go gestem dłoni.
- Już nie trzeba.
- Przepraszam, panie - uniosła rękę pułkownik Salma Nam - ale dlaczego mamy wierzyć, że jesteś tym, za kogo się podajesz?
Gorgon znowu się uśmiechnął, tym razem ze smutkiem.
- Dobre pytanie. Mógłbym pokazać wam hasła, ale można je zdobyć, prawda? Mógłbym wpłynąć na wasze umysły, ale to może zrobić każdy posiadacz Siewcy. Mógłbym pokazać wam swoje DNA, ale pokazując je, ujawniłbym największą tajemnicę Imperium. Jeśli byłbym uzurpatorem i posiadał zwłoki prawdziwego Imperatora, dysponowałbym jego kodem genetycznym i także wahałbym się, czy go ujawnić.
Westchnął. Obok niego pojawił się obraz wnętrza Pałacu. Siedział tam przed konsolą spocony, przerażony człowiek. Niektórzy zgromadzeni rozpoznali w nim księcia Henry'ego Rotha.
- Tak wyglądał uzurpator, gdy się dowiedział, że atak Thirów nastąpił naprawdę. Ten pan był na początku przekonany, że napaść jest prowokacją... ciekawy pomysł, prawda? Podpowiedzieli go agenci Bestian, nie tacy jak ci dążący do władzy, inni, powołani do życia przez statki, które odwiedzały naszą orbitę. Oni, wmawiając Rothowi, że urządzę teatr, ułatwili swoim pobratymcom atak. Udany zamach na moje życie mógłby w znaczący sposób przyspieszyć ichniejsze zwycięstwo. Oto jak Henry Roth zareagował, gdy się zorientował, że spoczywa na nim odpowiedzialność za ludzkość. Spójrzcie. Był spocony, przerażony, spanikowany. Nie chciał tej odpowiedzialności. Bał się jej tak bardzo, że jego frin nie był w stanie zablokować działalności autonomicznego układu nerwowego ani w obszarze mięśni gładkich naczyń krwionośnych, co spowodowało nadzwyczaj silny skok ciśnienia tętniczego, ani w obszarze gruczołów potowych. Zachował się jak zwierzę i jak zwierzę został ukarany.
Zamilkł. Zebrani patrzyli, jak ciało Rotha rozpada się na katomy.
- Teraz spójrzcie na mnie. Czy się pocę? Czy się boję? Kto ze znanych wam ludzi zachowałby w takiej sytuacji, przy takiej odpowiedzialności, spokój, a nawet pogodę ducha?
Odpowiedziało mu milczenie.
- Nie będę wam pokazywał kodów i haseł. Dostałem się na waszą naradę, znam każdego z was od cykli i wy wiecie, że to ja. Nie przejmuję dowodzenia. Będę waszym doradcą. I oto co doradzam: zostawcie wieże. Jeśli możecie, skomplikujcie tam oprogramowanie tak, by trudniej było je złamać. Niech dywersanci zabawią tam tak długo, jak to możliwe. Punkt "zamach na Imperatora" możecie wyrzucić z agendy. Ja żyję. Plus pięciu przybocznych Agonai, którzy przetrwali organicznie, siedemnastu, których uratowały Aruny, oraz stu pięćdziesięciu, którzy dzisiaj nie mieli służby i zwyciężyli w walce z asasynami. Admirale, proszę kontynuować.
- Ale co z Rothem?
- On i jego współpracownicy popełnili samobójstwo.
- Dlaczego?
Gorgon uśmiechnął się.
- Pewnie się czegoś przestraszył. Właśnie. Jeśli ktoś te tchórzliwe akty spróbuje nagłośnić, zablokujcie informację. Nie potrzebujemy wzmagać paniki.
Sylwetka Imperatora dotknęła stopami stołu, przeszła po nim, a następnie usiadła na wolnym fotelu i dała znak, że milczy i słucha. Admirał Hawk chrząknął.
- Pani generał Norma Celt zajmie się wojną informatyczną. Oczywiście we współpracy z Buddą. Zorientowaliśmy się, że Thirowie mają słabsze zaplecze cyfrowe i być może będziemy w stanie zakłócić ich łączność... Generał John Eter wyznaczy grupy koordynujące ewakuację ludności cywilnej do schronów. Proszę się pospieszyć, niech to robią wasi Lewi i Prawi. Pozostaje kwestia zorganizowania grupy, która będzie nadzorować transport Cumulomachów z Vaporii, chociaż szczerze mówiąc, wątpię w ich skuteczność. Być może te góry żelastwa przetrwają jakiś czas, nawet względnie długi, ale nie mają szans wygrać z tak licznym wrogiem. O opracowanie operacji proszę generała Sama Horna. Są jeszcze kwestie podstawowe: jak odeprzeć ten atak i dlaczego rozpoczął się po naszym zwiadzie na Ziemi? Osobiście dodam, że chętnie podzielę się swoim majątkiem z osobą, która wpadnie na pomysł związany z pierwszym podpunktem...
Troy Rad, kapłan tamaoizmu, mieszkaniec Batry, latającego miasta, człowiek na co dzień spokojny i pogodny, partner trzech kobiet i ojciec siedmiorga dzieci, leciał, używając swojej lekkiej, bogato ornamentowanej zbroi, i patrzył w niebo. Zwykle lekko turkusowe albo pomarańczowe, zależało to od aury i ciśnienia, jakie panowało na Cheronei, teraz było cięte w tysiącu miejsc ściegami artylerii przeciwlotniczej, poprzedzielane kitami czarnego dymu, podświetlone płomieniami. Odległe cirrusy odbijały błyski eksplozji. Powietrze drżało od wybuchów, drażniąc bębenki i łaskocząc płuca. Kapłan leciał kilkanaście metrów nad górnymi chodnikami Batry, targany sprzecznymi uczuciami. Z jednej strony cieszył się, że jego partnerki i dzieci tkwiły już w schronach, z drugiej nie był przekonany, czy owe bunkry, umieszczone w mobipolii, są bezpieczne. Chciał, żeby miasto jak najszybciej osiadło. I sam pragnął znaleźć się w pomieszczeniu osłoniętym grubymi ścianami. W nozdrza uderzał zapach palonych tworzyw i nieznany, gorzki scent pochodzący zapewne z silników myśliwców obcych.
Troy nie wierzył, że kiedykolwiek zaatakują. Był wyznawcą Tamao, nauczał, że człowiek ma wpływ na swoje życie, na to, jak potoczy się los, "to ty kreujesz rzeczywistość" - powtarzał podczas niezliczonych egzort. Tak mówił swoim żonom, ich partnerom, dzieciom i tysiącom wiernych. Tamao było szlachetną doktryną. Prostowało wewnętrznie, dawało wiarę, tworzyło silnych ludzi. Obywatele Imperium chodzili z podniesionymi głowami. WayEmpire było potężne, piękne, niezniszczalne. Znakomita armia, mądra polityka, błyskawiczny wzrost, kto mógłby nam zaszkodzić? Słyszał o porwaniach, o szpiegowskich statkach, ale sądził, tak jak inni, że Thirowie zawsze będą słabsi od Imperium.
Spojrzał w kierunku krawędzi miasta. Batra wciąż była wysoko, nad cumulusami, na których tle przelatywały klucze czarnych statków. Jeszcze daleko do ziemi. Polia dążyła do gruntu, jak na gust Troya, piekielnie wolno. Sztuczna inteligencja miasta osłoniła newralgiczne miejsca tarczami, ale nie wiadomo, jak długo wytrzymają. Jeśli te demony uszkodzą generatory, które podtrzymują konstrukcję w powietrzu, będzie katastrofa. Niedaleko przeleciał sznur wrogich mobili strzelających czerwonymi strugami do automatycznych wieżyczek, które montowano na budynkach, odkąd Troy pamiętał. Przez wiele cykli uważał, że to bezsensowne.
Teraz zrozumiał ich użyteczność.
Krzyknął, widząc, jak opancerzone kopuły rozpadają się w jasnej eksplozji. W budynku ziała dymiąca wyrwa, a fragmenty pancerza spadały ku niskim warstwom traktów, ciągnąc za sobą ogniste włosy. Kolejny punkt obronny został zlikwidowany. Gdyby było dostatecznie dużo czasu, odtworzyłby się z pozostałych murów, ale czy wróg na to pozwoli?
Polecenia władz były krótkie: dostać się do schronów, unikać latających małych obiektów, które nazwano "headeaterami" albo "głowikami". Ostrzegano, że urządzenia te przejmują władzę nad umysłem właściciela. Przyczepienie się ich do głowy oznacza śmierć.
Uzmysłowił sobie, że nie widział, by czarne statki strzelały do ludzi. Pacyfikowały tylko obronę stacjonarną. Czyżbyśmy byli im potrzebni? Wzdrygnął się. Gdzie są Cumulomachy, gdzie są Machiny Wojny, które tak go fascynowały, gdy był dzieckiem, gdzież jest nasze lotnictwo, niezniszczalni Ranowie? Dlaczego pozostawiono nas na pastwę losu?
Znowu przeleciały obok niego znienawidzone myśliwce. Używały, podobnie jak imperialne maszyny, lotu bezoporowego, zmieniały położenie w sposób, wydawało się, całkowicie losowy. Automaty w wieżach obronnych nie były w stanie przewidzieć ich ruchu. Dlatego świetliste ściegi strzałów najczęściej chybiały i mknęły dalej, aż niknęły w powietrznej perspektywie, malując powietrze Cheronei milionem jasnych cętek. Kilkanaście serii przeleciało niebezpiecznie blisko Troya. Zniżył lot.
Wrogowie nie chybiali. Strzelali celnie i bezlitośnie. Kolejne działko rozleciało się na jego oczach. Spojrzał przed siebie. Jego arealny wzrok podawał informację o odległości od najbliższego schronu. Jeszcze pięćset metrów. W tej bramie po lewej. Potem pewnie windą w dół, do korzeni miasta.
Polia zadrżała. Doleciał go odległy jęk stali. Przez moment myślał, że otrzymała krytyczne trafienie, ale nie. Frin podał informację, że tarcze chroniące generatory wytrzymały.
Miasto znowu krzyknęło, tym razem donioślej, z bólem. Troy był Narem. Mógł zostać Ranem. Sprzeciwił się klanowi na rodzinnej Sabie, został wyklęty, dlatego przeprowadził się na inny glob. Nie poszedł do Akademii Soulerów, jego talent był dziki. Mimo to nie miał wątpliwości, że tym razem mózg miasta płacze, bo jeden z generatorów został uszkodzony. Chodniki, wieże, iglice, nagle wszystko zaczęło uciekać spod stóp. Mobipolia przechyliła się. Ludzie zaczęli spadać z chodników jak kolorowe koraliki zsypujące się z krawędzi stołu. Droidy i automaty chwytały swoich panów, ale niektóre były tylko zabawkami i nie miały mocy, by utrzymać kilkadziesiąt kilogramów.
Pod miastem krążył klucz czarnych statków, które ostrzeliwały spodni pancerz. Znowu jęk stali. Batra przechylała się coraz bardziej. Wieże nachyliły się do kąta trzydziestu stopni. Budowle miasta odbiły krzyk tysięcy ludzi. Nieliczne cywilne mobile skrzywiły lot i wyrwały się z powietrznych traktów, uciekały. Troy wzleciał wyżej, ominął chylącą się nad nim wysoką budowlę i uciekł ku bezpiecznej przestrzeni.
Kolejny strzał. Spod miasta zaczął się wydobywać grafitowy dym na podobieństwo dziwnej kurtyny, która zamiast opadać, sunęła w górę. Troy wyczuł wzrost temperatury. Batra płonęła. Zaczęła spadać, rotując coraz bardziej. Teraz wieże celowały w bok. Ludzie trzymali się barierek, występów budynków. Kapłan zanurkował. Pędził razem z miastem przebijającym najniższą warstwę chmur. Zbliżył się do balustrady zdobiącej jeden z najwyższych tarasów miasta. Chłopiec, dziesięcio-, może jedenastocyklowy, krzyczał i płakał, ale mężczyzna go nie słyszał przez huk łamanych gmachów, płomienie i wiatr. Chopak trzymał się relingu tylko jedną rączką. Kapłan spojrzał ku powierzchni planety. Zabudowania miast Cheronei zbliżały się bardzo szybko. Chwycił drobną rękę. Chłopiec nie chciał puścić.
- Zostaw! - krzyknął.
Dziecko nie słuchało.
Rad pociągnął. Coś chrupnęło w smukłych palcach. Przytulił wciąż krzyczącego podrostka i odleciał w bok, byle dalej. Batra zaczęła się wbijać w najwyższe wieże miasta pod spodem. Wachlarz rozbijanych budowli i podnoszący się pył zasłoniły widok, gdy uciekali przed falą uderzeniową. Troy zakrył uszy.
I wtedy sobie uświadomił, że stracił najbliższych.
Pilot daktyla stał ubrany w pancerz bojowy na dachu mobilu i starał się uspokoić tłum.
- Tak, na orbicie Sofii było dużo statków wroga, ale...
- Jak dużo?! - wykrzyknęła kobieta o bardzo ciemnej skórze.
Zabulon nie wiedział, czy niebieski kolor jej powiek jest wynikiem mutacji, czy to po prostu makijaż. Friny więźniów robiły wszystko, by wszelkie zniekształcenia ciała modyfikować tak, aby były utrzymane we względnej zgodzie z estetycznymi normami akceptowanymi przez ludzi. Skurwysyńskie normy, bierdolić je. Pogładził pióra wystające przy uchu.
- Około pięćdziesięciu...
- Pierdziucha! - zawrzały rzesze obdartych skazańców. - Zginiemy! Brońcie nas!
- Nic wam nie grozi! - pilot przekrzykiwał tłum dzięki wbudowanym w kadłub daktyla głośnikom. - Wróg, niestety, nie jest głupi! Zrobił zwiad, zorientował się, że na tej planecie nic nie ma...
- Jak to?! My jesteśmy! - oburzył się całkiem normalnie wyglądający mężczyzna. Dziwak.
- A zkond ty to wiesz, jebako?! - krzyknął bladolicy, chudy człowiek o tak ciemnych oczach, że było wrażenie, jakby miał tylko źrenice.
- Mam kontakt z dowództwem!
- Nie wierzym ci! Przed chwilą leciały tu takie straszne statki! Podobne do nietoperzy i wron!
- Właśnie!
- Uwierzcie mi, że nic wam nie grozi! Statki nie atakują cywili!
- Sam se uwierz, jebako!
- Panie oficerze! - krzyknął Mag. - Mam tu rannego! Uderzył się w głowę!
Mężczyzna stojący na dachu spojrzał w jego stronę. Przez chwilę milczał. Luk pojazdu uchylił się i wypłynął z niego medmat.
- Zajmie się nim automat. Odsuń się, więźniu.
Burwa, pomyślał Zabulon. Sprytny jebaka.
- Jeśli mogę coś zasugerować - odezwał się Imperator - to proponuję najpierw omówić kwestię Ziemi. Tam się wszystko zaczęło. Może dzięki temu uzyskamy odpowiedź na drugie pytanie.
Admirał Geoffrey Hawk zacisnął usta.
- Jak każesz, panie.
Skinął na Laurusa. Miałem wrażenie, że arealny Wilehad był lekko blady. Dopiero co zginęła jego jedna trzecia, jakkolwiek karkołomnie to brzmi. Nie, nie jedna trzecia. Zginął Laurus. Cóż, że jeden z trzech. Przeszedł na drugą stronę. Niby nie zabrał ze sobą dużo wspomnień, ale zawsze...
RanaR wstał.
- Po zaatakowaniu wejść do Transgravów napotkaliśmy zmasowany opór nie tylko Erthirów i Mant, ale także nieznanych dotąd, bardzo dużych i ciężko opancerzonych jednostek, które mój przyjaciel Torkil Aymore nazwał Wielkimi Łowczymi. Jestem przekonany, że to ich prawdziwa nazwa, taka, jaką nadają im Thirowie, którzy, co też wydaje się niemal pewne, nazywają siebie Verami, od "verus", czyli "prawdziwy". Silne uczucia krzywdy i potrzeby zadośćuczynienia, jakie odebraliśmy podczas walki, świadczą, że nie uważają się za agresorów, ale mścicieli, wojowników o słuszną sprawę. Stąd czarny kolor pancerzy statków i zbroi. Atak Thirów nie nastąpił od razu. Najpierw był Achab 1, dopiero potem reszta układów. Może to sugerować, że nie był planowany na dzisiaj, chociaż niezaprzeczalnie był przygotowywany. Mam wrażenie, że został sprowokowany naszą akcją. A jeśli tak, to znaczy, że Thirowie ukrywają coś na Ziemi... Pod ziemią.
Słuchacze na sali poruszyli się niespokojnie.
- Od dawna roiło mi się w głowie - ciągnął - że Thirowie zajęli placities, i to już na samym początku. Teraz jestem pewien. Jeśli zaś zajęli te miasta, to nie zrobili tego Erthirowie po utracie Ziemi, ale cywilizowani Unithirowie przed naszą klęską. Skoro tak, to po pierwsze wystawianie Erthirów przez sto cykli było tylko przedstawieniem, bo w istocie wróg nas obserwował, a po drugie Damnata gdzieś w środku jest tak samo, przepraszam, cywilizowana jak planeta, czy planety, Unithirów. To implikuje, że w placities istnieją instalacje, urządzenia i sami Unithirowie, którzy od dawna kontaktowali się z tymi z kosmosu. Stosunkowo niewielka przestrzeń placities uniemożliwia umieszczenie tam wielkich machin bojowych, zresztą konflikt militarny w tym miejscu spowodowałby katastrofę... - Laurus wziął wdech. - W obecnej sytuacji jedyną szansą jest działanie niestandardowe. Proponuję rajd niewielkimi siłami na któreś podziemne miasto. Najlepiej z poziomu morza.
Uczestnicy spotkania napięli mięśnie i patrzyli na Wilehada zdziwionym wzrokiem.
- Mamy czas na takie zabawy? - rzucił Damon Khaan, głównodowodzący Sekcją Wsparcia. - Generatory pól anty-H naszych pancerników i lotniskowców wyczerpią się za mniej niż pięć hekt...
Laurus uniósł rękę w przepraszającym geście.
- Wiem, że mamy mało czasu. Ale standardowe działania są z góry skazane na porażkę. Pozostaje spryt, działania skośne...
Damon niechętnie skinął głową. Inni spojrzeli na Wilehada.
- Celem akcji - podjął - byłoby porwanie Thira, najlepiej wysoko postawionego, i dzięki niemu poznanie lokacji ich planety. Potem należałoby jak najszybciej tam się udać i lepiej zrozumieć wroga, ewentualnie go zaatakować. Mam wrażenie, że licząc na to, że nie wiemy, gdzie znajduje się ich świat, rzucili przeciwko nam większość swojego potencjału.
Imperator pokiwał głową. Inni także. Odezwał się admirał Hawk:
- RanaR Wilehad opracuje szczegóły akcji. Rozumiem, że weźmiesz Ranów?
Laurus skinął głową. Gorgon Nemezjus Ezra podniósł palec.
- Mam prośbę.
- Tak, panie?
- Weź ze sobą Torkila.
Generał Frank Finley, dowodzący żandarmerią armii, zaprotestował:
- Maod-An Aymore został skazany na degradację do rangi szeregowca i odebrano mu wszystkie przywileje. Złamał Prawo Imperialne i Prawo Maodionu...
- Szeregowiec Aymore - przerwał mu Gorgon - jako jeden z dwóch na całe Imperium wyczuł, że jestem w niebezpieczeństwie i wsparł moich Agonai w walce. Ten, kto go skazał, był ślepcem. - Spojrzał na Wilehada. - Laurus, weźmiesz Aymore'a.
- Tak, panie.