GALERIA POTWORÓW
Kiedy mieszkańcy prześlicznej Salamanki stanęli oko w oko z wrażą potęgą fenicką, to w pierwszej chwili padł na nich blady strach. Nazajutrz zebrali się wszyscy na rynku: bohaterscy mężowie, nieugięte niewiasty, dzielna i bitna dziatwa; wszyscy razem postanowili walczyć. Kiedy jednak rozeszła się wieść, że armia fenicka jest przepotężna i że walka, choćby nie wiem jak szalona, skończyć się musi białą flagą, salamańczycy zdecydowali się postąpić całkiem inaczej. Wydobyli swe skarby z piwnic, ponieśli ku morzu i utopili. Następnie przywdziali świąteczne szaty, pobiegli ku głębinie i po chwili, z uśmiechem dumy na ustach, utopili się sami. Miasto umarło.
Zgoła inaczej postąpiła moja babcia Kazia. Na widok Niemców wkraczających do Warszawy oświadczyła, co następuje:
- Kaszę mam, a po słoninę będę jeździła aż do Karczewia.
Jak powiedziała, tak uczyniła. Nie dała się zabić, nie wpadła w łapankę i do czterdziestego piątego roku zapuszczała się aż pod Piotrków. Tę poglądową lekcję historii zgłębiały następnie jej córki: Maria i Barbara.
Parę dni temu moja mama powiedziała tak:
Spokojna ja nie jestem przed jedenastym listopadem w tym roku.
Cukier mam,
mąkę mam,
ale herbaty i kartofli,
nic takiego...
W pięćdziesiątym szóstym,
kiedy była ta historia z Węgrami,
to ludzie aż potem po domach chodzili.
- Pani weźmie olej...
- Pani weźmie kaszę...
Tośmy się aż śmiały.
Albo w czterdziestym czwartym:
pół torby rodzynków nam zostało.
Jeszcze wujek żył.
Teraz inaczej.
Nogi bolą.
Byle ten jedenasty minął,
to już do świąt jakoś zejdzie.
Dalej nie patrzę.
Ten wątek przetrwania jest w naszej linii kobiecej bardzo silny. Po stronie panów zdarzały się bankructwa, pijaństwa i samobójstwa, ale po stronie pań - nigdy, w każdym razie nie do zatracenia.
Także i ja, wierna genom, a także Geniom (mam na myśli Gienka Grochowskiego, męża babci), piszę już drugą książkę o żywych ludziach, chociaż w zasadzie piosenki układać jest łatwiej. Po pierwsze, połowę robi za człowieka muzyka, po drugie, nijaka odpowiedzialność za słowo nie obowiązuje, bo go przeważnie nie słychać. Wygoda z piosenkami jest też taka, że łatwiej o papier nutowy niż o maszynowy. Natomiast niedogodność w pisaniu piosenek jest taka, że je ciągle papugują. Nie wiem, skąd by ludzie brali tytuły, gdyby nie my, tekściarze. Legendarny już przebój Wojtka Młynarskiego W co się bawić został dosłownie zatłuczony i zmiętoszony przez prasę. Nie było końca cytatom i dowcipnym przeróbkom. Jeszcze wcześniej moi przyjaciele z teatru STS - także po części pieśniarze i ględźbiarze - rozpowszechnili tytuł Myślenie ma kolosalną przyszłość. To nasze "myślenie" wątkowały potem najpotężniejsze głowy, cytowały referaty itp.
Może tylko w ubiegłym wieku utwory z innych dziedzin szły łeb w łeb z piosenką. Taki na przykład szlagwort Widmo komunizmu krąży po Europie śmiało konkurował z najprzedniejszymi refrenami, jak O du lieber Augustin czy U prząśniczki siedzą. Teraz nawet marzyć nie można o takiej demokracji: jedni pracują, drudzy papugują. Jakoś się też nikomu nie chce wymyślać kalamburów w drugą stronę, na przykład. Kto nie prasuje, ten nie je (przyśpiewki prasowaczek). Nasza podstarzała piosenka z STS-u, Lekcja polskiego (muzyka - Maciej Małecki), posłużyła za tytuł sążnistego dramatu teatralnego, a łatka słowna, którą swego czasu przypięłam Maryli Rodowicz ("Madonna RWPG"), jest przykrawana i przypinana wciąż nową fastrygą. Ale nieważne!
Nieważni dziennikarze i kobieciny. Ważne są suche oczy, dobrze zaostrzony ołówek i zgrabne pierwsze zdanie. A brzmi ono tak:
Mieszkam w Polsce.
Mieszkam w Polsce, a przynajmniej tak się przyjęło uważać. Nawet za Bieruta można było usłyszeć takie zdanie: "mieszkam w Polsce". Za Gomułki wyglądało to na całkiem oczywiste. W okresie późnego Gierka zdanko porosło w piórka. I nagle, teraz, straszliwie się skomplikowało. Mieszkam bowiem w trzech naraz Polskach: jedna jest Maryjna, druga Partyjna, a trzecia - Firma Polonijna.
Żeby opisać jedną jedyną Polskę, trzeba nie lada trudu. Ale opisanie trzech Polsk to już jest abrakadabra.
Kto miał w rękach Szpetnych czterdziestoletnich, ten może pamięta, że nie jest to księga gruba, choć i niespecjalnie chuda. Mimo to pisała mi się szybko. Ukazała się też stosunkowo szybko. Jej wydawca, Łukasz Szymański, i moja ukochana pani redaktor - Maria Błaszczyk - sami byli zdziwieni, że to tak gładko poszło. Ta książka była szczęśliwym dzieckiem. Miała tylko jedną ponurą przygodę: kiedy byłam przy literze "M" (wszak to rodzaj słownika) - ogłoszono stan wojenny.
Teraz, pisząc drugi tom Szpetnych - Galerię potworów - powinnam zachować się przezornie i skasować "emkę", tak jak Amerykanie znoszą nieraz trzynaste piętro. Ja się jednak nie boję, jestem pewna, że w Polsce nie będzie już stanu wojennego. Nikt by tego nie wziął na serio.
Czym się więc Galeria różni od Szpetnych? Niczym. Niczym szczególnym. Jest pół czuła, pół nieczuła, trochę śmieszna i trochę smutna, i odrobinkę strachliwa. Jest taka, ponieważ ja taka jestem. Co ważne: książki moje są totalnie i absolutnie niezdolne do uogólnień. To u mnie dziedziczne! Spytałam kiedyś mamę, czy wierzy w Boga. Powiedziała: "Wiesz, chyba nie, ale Matkę Boską bardzo lubię, zwłaszcza w Poznaniu".
Szpetnych pisałam bodajże rok: od 1981 do 1982. Galeria pisze się znacznie, znacznie dłużej. Przede wszystkim niepomiernie wzrosła skala trudności: kaskadersko, nieraz rozpaczliwie trudne są owe wspomniane wyżej przeprawy z Polski do Polski. Żeby przejechać przez te trzy krainy, niepotrzebny jest paszport, ale chytrość lisa, wytrzymałość trzciny i nieczułość szpiega. Jeszcze się stare łzy suszą na sznurze, a już trzeba brnąć dalej. Najgorzej jest przy samym przekraczaniu granicy. To jest coś w rodzaju przenikania na drugą stronę lustra. Poza tym pojawiły się nie tylko trzy różne Polski. Pojawiły się rozmaite kryteria, zachowania, języki... Co w Partyjnej znaczy "bankiet", to w Maryjnej "zgęstka", a w Firmie Polonijnej "przyjęcie". Co w Partyjnej - "pozyskiwanie przyjaciół", w Maryjnej - "zjednoczenie dusz", to w Firmie - "mącenie towarów". I te de, i te pe. Kiedy swego czasu pracowałam w filmie, modne było wśród operatorów powiedzonko: "Niech się pani przesunie w moje lewo". To teraz wraca, we wszystkich trzech krainach. Przesuwają się to w swoje lewo, to w swoje prawo, i u każdego co innego to znaczy.
Co jeszcze o Szpetnych? Pisząc tę książkę, nie korzystałam z żadnych materiałów, notatek ani ściąg. Zrobiłam przez to masę okropnych błędów i zapomniałam kupę ważnych rzeczy. Nie wspomniałam ani słowem o olbrzymim wpływie, jaki wywarła na mnie Krystyna Sienkiewicz. Nie opisałam pewnego pijackiego listopadowego świtu, kiedy to Zbyszek Cybulski tymi swoimi niewidzącymi oczami wpijał się z sopockiej plaży w zamglony Hel, wypatrywał wrogich okrętów i pragnął się zbroić i bić... Nie opowiedziałam boskiego wieczoru z Ważykiem i kawiorem... Nie zacytowałam nawet własnego wiersza o powstaniu na Węgrzech (pismo "Student"), nie opłakałam psa Blacka ani starego ślizgacza Putramenta, ani odjazdu mojej ukochanej koleżanki Amy i jej matki Suzanne w 1958 roku...
Co to się dzieje z ludzką pamięcią? Kilka dni temu byłam we wsi Krzyże i... zapomniałam zejść nad jezioro. Jak mogłam? To jezioro, którego kryształowa zieleń obmyła niejednego z nas - duszę i ciało? To jezioro, które nas tuliło i leczyło? To jezioro, nad którym jeszcze niedawno pisałam dla Seweryna piosenkę "...Czyją żoną ta nasza młodość dzisiaj jest?"... To jezioro jest mi nagle nie po drodze???
A jednak cenię niepamięć i złą pamięć. Tak samo jak pamięć. To jest ciekawe: te wszystkie zawijasy pamięci, te wszystkie schowki i te nagłe błyski reflektorów. Co zapomniałam, a czego nie zapomniałam? Dlaczego przestaję opowiadać akurat w tym miejscu? Pamięć jako strażnik pieczęci i niepamięć jako cenzor, prywatny i państwowy, to jest ciekawe, ciekawsze niż te ślimaki obiektywniaki, które wymyśliłam dawno już temu i wyrzuciłam na złom...
Pewna mądra i niepozbawiona złośliwości dama powiedziała mi kiedyś tak: "Opisujesz pewnego grubasa, bogacza i dowcipnisia i urywasz opowieść u szczytu jego popularności. Zapominasz dodać, że ten człowiek potem schudł, zbiedniał, a na końcu się powiesił. To jest postać z Dostojewskiego, a nie z Klubu Pickwicka".
Nic dodać, nic ująć. Święte słowa. Zresztą... Może nie takie święte... W każdym razie, pisząc Galerię, wprowadzam pewną maleńką poprawkę. Nie posuwam się do grzebania w rocznikach statystycznych ani do rycia w bibliotecznych zbiorach, ale zaopatrzyłam się w skromne przybory pomocnicze. Po pierwsze, sprawiłam sobie dwie pary okularów. Jedne kupiłam na Ósmej Ulicy w Nowym Jorku, drugie, mocniejsze, przepisał mi doktor Marian Merc w Gdyni. Są mi one bardzo potrzebne, ponieważ w Polsce pierwszej i drugiej panują nieraz egipskie ciemności. Taka na przykład twarz Krystyny czy Moniki, skryta za pełgającą świeczką ustawioną na parapecie, ledwo widoczna jest w mroku. Rysy pokolenia obrażonych w ogóle nie jawią mi się wyraźnie, rozmywają się, zaciemniają, czasem rozmyślnie nakładają pończochę nieobecności. Usta milczą i nawet dusza nie śpiewa. Nie chcę mówić żartem, nie chcę mówić półprawd, nie chcę w ogóle tyle pleść, ile myśmy pletli - pokolenie gadułów. Może w ogóle nie będę umiała opisać tych dziwnych młodych samobójców, którzy nastąpili na gardło własnym nienarodzonym piosenkom, obrazom i teatrom... Mój Boże, ile to już lat legło między nami... I jak to było piekielnie dawno, kiedy i ja umiałam się obrażać... Czy umiałam?...
Tak czy siak, zaopatrzyłam się w rozmaite przybory. Zajrzę również, za pozwoleniem kolegów, do moich listów z cyklu Na wolności (1982-1985), zajrzę też, i to nieraz, do starych i całkiem niestarych zdjęć. Fotografowanie, fotografia to bardzo ważna sprawa w moim życiu. Nie chcę się nad tym rozwodzić, ale zdjęcia mają coś wspólnego ze śmiercią. W kinie jest taki termin: "uciekające zdjęcia". Ja te uciekające zdjęcia złapię i zrobię im zdjęcie. Postaram się też, jak umiem, zatrzymać uciekających ludzi. Nawet sama siebie spróbuję zatrzymać, tę kobietę bez lusterka.
Obawiam się (a może jestem rada), że w Galerii potworów ważniejsi będą ludzie niż zjawiska. Zanosi się na to - z tego, co już widzę - że książka będzie podobniejsza do Charakterów Nałkowskiej niż do dzieł zebranych Arystotelesa (to taki żart - informacja dla panny W.). Zaznacza się też w niej wyraźna sympatia, chyba nawet uwielbienie, dla długowiecznych. Kto wie, może dość już mam tych dziewczyn, które tańczą jedno lato, i tych chłopców politykujących jeden sezon. Marzę o twórczych dziadach, którzy walą się w piach i znowu powstają, popełniają błędy i byki, i znów zdobywają nowe morza, umierają i zmartwychwstają, a gdy ich wreszcie ktoś pogrzebie, to jeszcze gardłują spod ziemi, jeszcze domagają się wina, jeszcze słychać śpiew albo odgłosy tańców-łamańców. W najgorszym wypadku straszą nas po nocach, ci szaleńcy i dobroczyńcy, robotnicy i adwokaci, ludzie o podwyższonej temperaturze, ci wszyscy, co czas wyzwali na pojedynek. Zofia Solarzowa, co swoje długie życie przeżyła w wiecznej niezgodzie na zło, nawet na brzydką pogodę, Jerzy Giedroyc, który postanowił nie umrzeć nigdy, Jeremi Przybora, wdzięczny choćby kwiatom, grzybom i porostom... za to, że są. I jeszcze wielu, wielu innych: Jacek, który urwał się z szubienicy, i ten Bezimienny, co uderzył w twarz kata! Z tym potworem, któremu na imię czas, tak tylko można: na chamstwo odpowiadać chamstwem.
Na koniec jeszcze dodam dla porządku, że Galeria potworów opiera się na wierze w cuda.
Anegdota: kilka lat temu, w trzeszczący mróz, zadzwoniła do mnie Maryla Rodowicz i spytała, czy chcę z nią jechać na weekend. "Nie!" - zawyłam w słuchawkę, ponieważ na dworze wyła zamieć, a sama myśl o taszczeniu się gdzieś pod Mińsk Mazowiecki napawała mnie przerażeniem. Maryla postawiła jednak na swoim, wzięłyśmy, pamiętam, jakieś dziecko i już po chwili ślizgałyśmy się i błąkałyśmy beznadziejnie po jakichś upiornych wąskich, śniegiem zasypanych przecinkach leśnych. Byłam pewna, że wilcy nas zjedzą, ale w końcu trafił się jakiś chłopczyna i Maryla spytała o drogę. "Do majątku czy do fabryki?" - spytał rezolutnie chłopiec i już po godzinie parzyłyśmy sobie usta herbatą i podziwiałyśmy wszystko, co popadnie. Dziecko, jak to dziecko, zbratało się z wnuczkiem gospodarza i przez jakiś czas był spokój. Nagle dziecko pisnęło, zaniemówiło, a następnie zaczęło dawać znaki w stronę werandy. Zdumienie mieszało się w dziecku z zachwytem i przerażeniem. Bardzo słusznie. Za oknem bowiem paradowała kura. Zwykła, mokra kura. Za kurą zaś, z piersią wypiętą jak do orderów, paradował cudowny, olśniewający biały paw.
- Co to? - wybełkotałyśmy wraz z dzieckiem.
- Paw - odpowiedział miejscowy wnuczek. - Pawia nie macie, czy co?
Zawstydziliśmy się jak idioci i na przyszłość postanowiliśmy nie obnosić się z własną nędzą. A ten człowiek, ten właściciel białego pawia, parę dni temu został ministrem. Nazywa się Mieczysław Wilczek i mieszka, nomen omen, nad rzeką Rządzą. Nie wiadomo, jakie nam jeszcze cudeńka pokaże.
Tak czy siak, moją Galerię uważam za otwartą.