Galeony Wojny. Tom 2 - Jacek Komuda

-
Proszę czekać

COPYRIGHT ? BY Jacek Komuda COPYRIGHT ? BY Fabryka Słów sp. z o.o., LUBLIN 2008

WYDANIE II

ISBN 978-83-7574-516-0

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta

PROJEKT OKŁADKI Paweł Zaręba

GRAFIKA NA OKŁADCE ? Maxim Toporskiy | Dreamstime.com ? 1971yes | Dreamstime.com ? Kovalenko Inna | Fotolia.com ? Felix Möckel | istockphoto.com

ILUSTRACJE Hubert Czajkowski

REDAKCJA Dorota Pacyńska

KONSULTACJA MERYTORYCZNA Tomisław "Rodion" Kucharzak

KOREKTA Marian Aleksandrowicz, Barbara Caban

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

ZAMÓWIENIA HURTOWE

Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. s.k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl

WYDAWNICTWO

Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91 www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.pl

 

Rozdział I

Buntownicy

Krejer pełen śmierci - Prawdziwe stygmaty Jakimowskiego - Jam jest Pierwszy i Ostatni - Krwawa rywalizacja - Kufer zdrajcy - Brama do piekła - Tajemnica gdańskiego krantora - Taniec na pohyblu - Dom pełen kłamstw - Szaleńczy pościg - O włos od victorii - Bunt Dickmanna - Wyprawa straceńców - Amsterdam - Nadchodzi mgła

Pokład niewielkiego dwumasztowego krejera sprowadzonego przez załogę Rostockiej Szkuty do Latarni pokrywały plamy krwi. Wśród postrzępionych lin, beczek i sieci do zabezpieczania ładunku, porozrzucane były niczym stare łachmany ciała marynarzy.

Pierwszy trup leżał przy głównym maszcie, nieopodal gretingu, zmasakrowany, z zakrwawionymi rękoma wyciągniętymi w stronę want, od których biegło kilka podłużnych, białawych rys. Wyraźnie odcinały się od desek głównego deku - brudnych, nieszorowanych bodaj od odkrycia Nowego Świata. Wyglądało to tak, jak gdyby coś ciągnęło majtka w stronę gretingu, a nieszczęśnik wbijał paznokcie w pokład, usiłując się go przytrzymać.

Jakimowski pochylił się nad trupem i natychmiast zrozumiał, dlaczego Rada Miasta kazała grzebać ciała natychmiast po ich odnalezieniu, bez zwyczajowego skrutynium i obwiedzenia głowy. Zwykły wisielec czy trup z pola bitwy wyglądał przy tych zmarłych jak zabalsamowany święty. Bestia zmutylowała zabitych w tak okrutny sposób, że trudno niemal było rozpoznać, czy to ludzie, czy też zakrwawione toboły. Reszty krwawego obrazu dopełniły mewy i woda. Ciała śmierdziały, rozkładając się szybko w wilgotnym morskim powietrzu.

- I cóż wy na to, mości panie Bedeker? - wycharczał komisarz do cyrulika królewskiej floty, który pochylał się nad zmarłym, przesłaniając nos i usta chusteczką. Szlachcic nie był aż tak wrażliwy. Na galerach, w czasie rozpraw z Turkami czy na polach bitew widywał gorsze rzeczy - ciała rozkawałkowane przez armatnie kule, urwane głowy i poucinane dłonie. Mimo wszystko to, co ujrzał na pokładzie Die Katze pozwalało sądzić, że przez najbliższe noce nie powinien spodziewać się słodkich snów. A jeśli już, to z tańcującymi trędowatymi hurysami.

Cyrulik pokręcił głową z niedowierzaniem. Widać było, że strach walczy w nim z przemożną chęcią wyrzucenia za burtę całej zawartości żołądka. Zgiął się, skulił, zbladł jak chusta.

- Spokojnie, panie Bedeker - mruknął Jakimowski, widząc, że w oczach jego rozmówcy pojawił się obłęd.

- Łyknijcie. - Podał bukłak z gdańską wódką medykowi, który pociągnął spory haust, jeden, drugi, trzeci...

- Zaraz, zaraz. - Szlachcic prawie siłą odebrał mu naczynie. - Coście się przypięli jak pijawka do żyły?! Schowam na później. Na oględziny podpokładu i ładowni.

Cyrulik otarł pot z czoła.

- Żadnych ran po żelazie - wybełkotał. - Nie widzę nacięć po ostrzach. Ktoś rozszarpał tego nieszczęśnika... Rozszarpał na kawałki!

- Patrząc po śladach - Jakimowski skinął w stronę sterburty - Lewiatan dopadł go przy wantach. Może nawet w chwili, gdy próbował wspiąć się na grotreję, aby uciec, co jak widać okazało się nader nietrafionym pomysłem. Bestia ściągnęła go z lin, a potem powlokła w stronę gretingu. Czepiał się desek paznokciami, aby wyrwać się z objęć potwora. Obaczmy jego palce... Ha, wiedziałem! Paznokcie połamane, zdarte. Chwytał się najmniejszej szpary, jak tonący brzytwy, aby tylko wyrwać się ze szponów Lewiatana. Wieczne odpoczywanie...

- Nie widzę śladów ostrych narzędzi - wybełkotał cyrulik. - Patrzcie, panie. Tu i tu - jego palec zawisł nad okrągłymi zaschniętymi plamkami krwi na ciele martwego - widać znaki po kłach, po szponach morskiej bestii! Herr Gott!

Posse i Giese, którzy towarzyszyli im w wyprawie na pokład Die Katze pobledli. Komisarz był ciekaw, kiedy pobiegną do burty. Posse trzymał się twardo, ale znacznie młodszy Giese spazmatycznie łapał powietrze, gębę miał bladą i zlaną potem.

Arendt Dickmann wyglądał niewiele lepiej. Jedynie Mora trzymał się godnie. Nawet na pokładzie przeklętego okrętu, na który napadł morski diabeł, pykał swoją ulubioną fajkę bez oznak lęku. A może to właśnie dym z tytoniu pozwalał mu zabić obrzydzenie i mdłości? No cóż, Jakimowski nie wiedział, co było gorsze - swąd zamorskiego ziela przywodzący na myśl wnętrze saletrzanej burty1 czy też słodkawa woń rozkładających się trupów.

Mewy zniżały lot nad statkiem. Siadały na masztach i rejach, czasem zrywały się do lotu, krzycząc przeraźliwie, ale zaraz wracały, jak gdyby czatując na dusze zabitych. Krążyły wokół okrwawionego krejera coraz bliżej, coraz natarczywiej. Musieli się spieszyć...

- Zejdźmy pod pokład - mruknął Jakimowski.

Cyrulik przepuścił go pierwszego. I bynajmniej nie z wrodzonej grzeczności. Rozsądny wybór, bo zaraz za drzwiami rufowej zejściówki dostrzegli kolejne zwłoki, klęczące na stopniach schodni, z rozpłatanym barkiem, wyszarpanym prawym policzkiem, prawym okiem wyrwanym z oczodołu. Oderwaną od ciała rękę znaleźli dopiero w dole schodków. Dłoń wciąż ściskała nóż o szerokim, marynarskim ostrzu...

Jakimowski zerknął na Bedekera. Cyrulik był blady, dygotał, ale wciąż jakoś trzymał się. Do kroćset, co za medyka przyjęła do służby komisja. Co on robił, kiedy pod pokład znoszono mu ludzi z oderwanymi nogami lub pozostałości tych, którzy spotkali się blisko z zawartością lufy szturmaka albo periera? Modlił się? Mdlał? Zamykał w kajucie?

Ruszyli dalej, do mesy i kapitańskiej kajuty. Tego, co zobaczyli na progu, poczciwy Bedeker już nie zdzierżył. Zakrztusił się, zacharczał, a potem poleciał schodami w górę, zatykając oburącz gębę. Jakimowski usłyszał stukot butów, gdy ten dopadł burty, a potem odgłosy świadczące, że żołądek wojskowego cyrulika na chwilę zmienił się w bulgocący kocioł kaszubskiej czarownicy. Szlachcic miał tylko nadzieję, że Bedeker zdołał szczęśliwie zdryfować na burtę i nie zanieczyścił pokładu. W innym wypadku załogę czekałoby długie cegiełkowanie deku...

Omal nie parsknął śmiechem. Jakie cegiełkowanie?! Do kroćset, planki tej krypy przesiąkły krwią tak bardzo, że dawny blask przywróciłby im chyba tylko hebel sprawnego cieśli! Albo rozbiórka głównego deku.

Spoważniał na widok nieszczęśnika, który leżał na progu kapitańskiej kajuty. Marynarz miał prawie oderwaną głowę. Ale nie to było najgorsze. Ciało zostało nadjedzone przez lewiatana. Z rozerwanego żywota wywleczono trzewia, prawy bok był wyżarty, rozszarpany.

Przez morską bestię albo...

Szczury!

Były tu wszędzie. Kłębiły się przy ciele, szarpały wnętrzności, targały za boki, przeciskały się pomiędzy żebrami... Dokoła zastygła krew. Na deskach podpokładu, na drzwiach, nawet na okopconym suficie...

Teraz nawet Jakimowski pociągnął solidnie z bukłaka. Odpędził kilka natrętnych szczurów kopniakami, na resztę machnął ręką. Wszedł do środka.

W kajucie kapitana panował spokój i porządek.

Jeśli nie liczyć zakrwawionych ciał dwóch majtków i trupa starego szypra w kącie. Dziwne, ale poza rozszarpanym gardłem, nie było widać na nim żadnych śladów bestii. Nieszczęśnik nawet nie pomyślał o obronie. Kapitański rapier wisiał w pochwie nad koją, dwa pistolety leżały obok przyśrubowanego do pokładu krzesła. Jakimowski sprawdził je - były nabite, a zamki nakręcone.

A potem dostrzegł różaniec zwieszający się z martwych dłoni kapitana. Biedaczyna modlił się; wzywał na pomoc Pana albo ofiarowywał mu swoją duszę. Niepotrzebnie, bo i tak trafiła do raju. Kimkolwiek by nie był ten człowiek i czegokolwiek nie uczyniłby za życia, strach, jakiego doświadczył przed śmiercią, był odpowiednią pokutą i zadośćuczynieniem za najgorsze grzechy. Jakimowski był tego pewien.

Kim w takim razie albo czym była bestia, że kapitan, mając na podorędziu broń, nawet nie sięgnął po nią? Że wolał zawierzyć różańcowi, niż oddać choć jeden, nawet chybiony strzał?

Jakimowski obejrzał dwa pozostałe ciała. Wokół zakrwawionej dłoni jednego z martwych zawinięty był rzemyk z krzyżykiem. Obok drugiego nieboszczyka leżały szczątki rozerwanego różańca. Czyżby kapitan i dwóch jego zuchów porzucili jakąkolwiek myśl o walce? Modlili się w kajucie, podczas gdy Lewiatan krwawo zabawiał się z resztą załogi?

O Boże święty, za dużo było tych wszystkich śmierci...

Na stole leżał otwarty dziennik okrętowy, rozbita flasza atramentu, który spłynął na deski podłogi, a potem wysechł, tworząc owalną ciemną plamę.

Dziennik... Cóż tym razem pozostawił Lewiatan ku przestrodze i pamięci? Jaki wpis czekał w księdze?

Jakimowski pochylił się nad kartami. Napis, uczyniony drżącą ręką kapitana, brzmiał:

Tako rzecze Pierwszy i Ostatni, co był martwy, a ożył...

Znów cytat z Biblii. Apokalipsa świętego Jana. Bluźnierstwo, bo Lewiatan podszywał się tym razem pod Pierwszego i Ostatniego, to jest pod Jezusa Chrystusa.

W jaki sposób bestia zmuszała szyprów do pozostawiania zapisów w dziennikach?

Jakimowski dałby sto dukatów komuś, kto potrafiłby udzielić na to pytanie rozsądnej odpowiedzi.

Wyszedł z kajuty, zajrzał do oficerskiej mesy.

I teraz poczuł to samo, co Bedeker. Na Die Katze płynęli pasażerowie.

Niewiasta z małym dzieckiem na ręku.

Lewiatan zabił ją. Reszty dokończyły szczury...

Wypadł jak burza na górny pokład, rzucił się do burty. Przez chwilę myślał, że jego żywot zamieni się w płonącą komorę prochową, szczęśliwie jednak, dzięki żelaznej woli i wstawiennictwu Wszystkich Świętych, udało mu się powstrzymać gwałtowny pożar trzewi.

- Ośmiu zabitych - mówił w chwilę później, stając przed komisarzami. - Żadnych śladów mieczy, szabel czy rapierów. Żadnych ran od kul czy kartaczy. Cała załoga zginęła od kłów i pazurów jakiegoś ogromnego stworzenia.

- Czy się bronili?

- Trzech dobyło pałaszy, jeden półhaka. Nie wydołał strzelić. To wszystko.

- Masz waść gorzałkę?

- Mam.

- Dawaj!

Jakimowski podał bukłak wysokiemu komisarzowi. Posse pił długo, osuszył naczynie do dna niczym wytrawny majtek. Potem odetchnął, otarł pot z czoła.

- Tego nie uczynił człowiek! - jęknął Bedeker. - Mości panie Posse, ja jestem starym cyrulikiem... Potrafię odrzynać piłą nogi i wypalać rany prochem szybciej, niż katolik odklepuje grzechy na spowiedzi. I to wszystko zrobię na trzeźwo! Umiem wyrywać zęby tak sprawnie, że nie ma potrzeby, aby ściskać łeb chorego w imadle ani używać do tego celu ciesielskiego dłuta. A nawet jak jestem pijany potrafię zalutować czaszkę złotym talarem tak gładko, że będzie można potem kruszyć na łbie kwarciane szklenice! Ale czegoś... Herr Jesus! Czegoś takiego jeszcze nie widziałem, Pan mi świadkiem, mnie, nieszczęsnemu Hermannowi Bedekerowi, cyrulikowi floty królewskiej! Nie wierzyłem w brednie o diabłach i czartach, ale po tym, com ujrzał, gotów jestem pierwszy podłożyć ogień pod stos czarownika! Mości panowie! To uczyniły czarne moce, piekielne zaklęcia! Lewiatan to bestia z piekła rodem, wezwana przez popleczników i czcicieli złego. Nie w naszej mocy ją pokonać!

- Panie nasz i Mistrzu, Jezusie Chrystusie. - Blady Giese przeżegnał się powoli. Wyglądało na to, że pobyt na pokładzie Die Katze umocnił go w wierze równie skutecznie, co przechadzka po najniższym kręgu piekła. Szkoda może, że nie wstąpił pod pokład i nie zobaczył tego, co Jakimowski, bo wówczas pewnie podziękowałby jutro za służbę albo pognał w te pędy do kościoła Mariackiego, aby wspólnie ze swymi braćmi w luterskiej wierze żałować za grzechy. Wszak to, co ujrzeli na Die Katze, wystarczało w zupełności, aby z rozwiązłego pijanicy i rozpustnika uczynić wiernego adoratora Najświętszej Marii Panny, a z zuchwałego sodomity i opilca - pokornego nowicjusza u świętego Dominika.

- Co mamy czynić, na Boga?

- Wezwać księdza - wycharczał Bedeker. - I żałować za grzechy!

- Egzorcyzmy... - jęknął Giese. - Należy wyświęcić ten okręt...

- Lewiatan nie jest diabłem ani pospolitym demonem! - warknął Jakimowski. - Mości panowie, nie traćcie zdrowego rozsądku!

- Powinniśmy odprawić egzorcyzmy we flocie - powtórzył Giese. - A nade wszystko sprowadzić z Bremy doświadczonego mistrza od wykrywania czarownic. Ktoś musiał rzucić urok, który sprowadził demona...

- Jaki urok, do diabła! - ryknął Jakimowski. - Czy wyście poszaleli?! Powtarzam raz jeszcze: bestia nie jest dziełem czarta, ale nieprzyjaciela koronnego!

- A jeśli tak - Posse pochylił się nad ciałem martwego majtka i wskazał okrągłe rany po kłach dobrze widoczne na zmasakrowanych plecach - tedy czy ów nieprzyjaciel ma w załodze wilkołaki, które zamiast czynić użytek z pałasza, gryzą i kąsają nieszczęsne ofiary?! Po czym to blizny, mości komisarzu, jeśli nie po kłach i szponach?! A może, znaczy, zaprzeczysz mi, mości panie? Znaczy, zadasz kłam słowom wysokiego komisarza okrętów królewskich?! Znaczy, śmiesz wmówić nam, że to, co tutaj widzimy, to nie jest czartowska sprawka, ale jakiś podstęp albo fortel wojenny?

- Tak, zaprzeczę! - wykrzyknął Jakimowski.

Wargi Possego ściągnęły się, odsłaniając pożółkłe zęby. Dickmann wiedział już, że jest źle; że fawor komisarza hetmańskiego spadł niżej niż dno helskiej głębi, a przy najbliższej sposobności zostanie on odesłany tam, skąd przybył. Do obozu wojsk koronnych pod Chojnicami i Człuchowem, wraz z listem, w którym Posse zawiadomi hetmana Koniecpolskiego, że obecność imć Jakimowskiego w Latarni i Gdańsku jest stanowczo i bezwzględnie niepożądana!

A Jakimowski padł na kolana obok zwłok; dramatycznym gestem rozerwał zapięcie żupana, zerwał go z ramienia i części pleców.

- Zobaczcie - warknął - co mam na ciele! Oto odpowiedź na wasze pytania!

Posse zamarł. Giese jęknął. Na plecach Jakimowskiego widniały białe, zabliźnione dawno rysy po szponach... Okrągłe, białawe dziurki od kłów, podobne wielce do tych, które widzieli na zakrwawionym ciele marynarza z Die Katze!

Zapadła cisza. Jakimowski szarpnął za kołnierz żupana, nasunął go na plecy pokryte starymi bliznami.

- Dobry Boże! - jęknął wreszcie Giese. - Skąd to? Mości Jakimowski? Czyście spotkali się z bestią? Z Lewiatanem? Jak? Gdzie? Kiedy?!

- Gdy byłem przykuty do wiosła na tureckich galerach - rzekł głucho komisarz. - Kassym-bek trzymał w kajucie oswojonego lamparta. Czasem zdarzało się, że bestia szła na łowy. Noce były najgorsze! Albowiem w każdej chwili piekielny ulubieniec pohańca mógł ponieść w pysku duszę każdego z nas prosto na kolana diabłu!

Przymknął oczy.

Smukłe, nakrapiane cielsko poderwało się z desek pokładu. Bestia skoczyła wprost na Jakimowskiego, śmignęła w powietrzu, otwierając pysk pełen białych kłów. Wypuścił z rąk zakrzywiony bułat, bo wiedział, że nie zdąży nawet wznieść ostrza do ciosu!

Ledwie zdołał zasłonić się lewą ręką, wbić dłoń w gardło dzikiego kota, poniżej rozwartych szczęk...

Potoczyli się po deskach, z łoskotem. Jakimowski stęknął, utrzymując z trudem ostre kły z dala od swego oblicza. Zamarli, gdy półdziki lampart przycisnął go do pokładu, zawarczał, chcąc dobrać się do twarzy i odsłoniętej grdyki. A wówczas prawa dłoń szlachcica cudem, niemożliwą do przewidzenia sposobnością natrafiła na zimne ostrze jataganu...

- Zabiłem go - rzekł Jakimowski. Oblicze miał poszarzałe i zmęczone. - Ubiłem nożem, choć na pokładzie bestia budziła większą zgrozę, niż wszyscy Turcy razem wzięci. Zostały mi ślady po tej walce. Stygmaty Lewiatana z pohańskiej galery.

Choma i Wołk oderwali go od zakrawionego, bezwładnego ciała bestii. Krzyczeli coś, czego nie rozumiał, potrząsali. Jakimowski zapadł w mrok, zasypiał, ogarniał go coraz większy chłód... W ostatniej chwili wrócił znad zimnej jak lód przepaści, aby zrozumieć, że jednak, wbrew wszystkiemu... nie padł w tym nierównym boju.

- Mości panowie, mówię jasno i wyraźnie, jakoby w gębę strzelił! Lewiatan to nie diabeł. Można i trzeba go pokonać. Hetman wyznaczył mnie do pomocy i wysłał do Gdańska, bo skoro raz już pokonałem bestię, miałem odwagę spojrzeć prosto w oczy kolejnej. Skoro zwyciężyłem demona Kassym-beka, tedy nie lękam się Lewiatana! I teraz apeluję do waszego rozsądku i fantazji! Opanujcie się, proszę! Myślcie, jak dobrać się do skóry tego szelmy, który wodzi nas wszystkich za nos, a nie rozpamiętujcie czarostwa i wszeteczności, niczym stare baby!

Jakimowski zamilkł, wyczerpany. A potem uśmiechnął się lodowato do swoich myśli.

Skłamał. Skłamał perfidnie i prosto w żywe oczy obu komisarzom, jeśli idzie o wypadki na galerze. Spotkanie z bestią... To wcale nie było łatwe. Lecz czyż mógł przyznać, że zamiast zniszczyć czarta w skórze zwierzęcia, do końca życia pozostał jego... niewolnikiem?

Bo walka z bestią wcale nie wyglądała tak prosto, jak przed chwilą przedstawił to komisji...

- Mości czcigodny panie Posse - głos Mory był twardy i zdecydowany - skoro Lewiatan jest żywym monstrum, tedy proszę o pozwolenie wyruszenia w morze. Odnajdę go, choćby zataił się na morskim dnie i rzucę wam do stóp jego parszywy zezwłok.

Wysoki komisarz milczał.

- Wieści o tym, że Spiering, podszywający się pod Lewiatana, został pokonany rozeszły się już po Gdańsku - ciągnął Murrey. - Jeśli jednak Rada Miejska dowie się, że to falsum, tedy nasze relacje z miastem staną się równie żałosne, co starej kurtyzany z nigdy niepłacącym gachem. Stawiam tedy na szali całą moją reputację, a co więcej jestem w stanie abdankować ze służby w razie porażki, jeśli powrócę tutaj bez Lewiatana!

- Ja również - rzekł głucho Dickmann - chciałbym wrócić na morze. Gdy tylko Prinzessin zostanie naprawiona i wyposażona...

Urwał, bo równie dobrze mógł mówić do ściany albo katolickiego obrazu. Prinzessin była już prawie trupem; po ranach zadanych jej przez Szwedów, być może nadawała się jedynie do rozebrania na opał. Reputacja kapitana Dickmanna legła u stóp Komisji, a jego wojenna sława była złamana bodajże na zawsze.

- Panie Mora - rzekł Giese. - Jesteście nam potrzebni tu, na miejscu. W Latarni. Nikt nie jest w stanie tak dobrze nadzorować wyposażania nowych okrętów Jego Królewskiej Mości...

- Nikt nie jest w stanie rzec mi prosto z mostu, że jestem wam równie potrzebny, co piąte koło w wozie albo galeon bez masztów - warknął Murrey. - Ja zbudowałem tę flotę! Ja wznosiłem okręty, dobierałem do nich stuletnie dęby, byłem przy każdym z nich - wskazał stojącego nieopodal Króla Dawida - od chwili, gdy kładziono stępkę, do czasu, gdy dzwon wybijał pierwszą wachtę! To są moje galeony! Galeony wojny, uczynione tak, by przetrwały burze i nawałnice, sztormy i kule szwedzkie. To jest flota Jego Królewskiej Mości, dla której wydarłem sobie z piersi serce i włożyłem je po kawałku do kadłuba każdego z tych statków!

Zamilkł na chwilę, pociągnął z fajki.

- A cóż mam w zamian, prócz kilku sztuk lichej królewskiej monety? Waszą wzgardę? Komendę na Królu Dawidzie - to prawda. Ale dałbym głowę, że mniej boicie się Gustawa Adolfa i jego lewiatana niż tego, abym dowodził moimi własnymi okrętami. Od dawna chciałem rozprawić się z morskim diabłem. Zawsze odmawialiście! Tedy macie tu, na pokładzie świadectwa działalności szwedzkiego szelmy, którego lekce sobie ważyliście. Krew jego ofiar spadnie na wasze głowy, jeśli nie pozwolicie mi się z nim rozprawić. Jeśli nie dali jej rady liczni kaprzy i gdańscy szyprowie. Jeśli nie wytropił jej jego mość pan Dickmann, tedy pozwólcie, abym postawił na szali fortuny moją reputację, honor i gardło!

Posse spuścił głowę.

- Znaczy... Dobrze - warknął ze złością. - Zgadzam się, Herr Kapitan. Proszę przygotować do drogi Króla Dawida, zebrać załogę. Już jutro wyruszy pan w morze. Nie stawiam wam innego celu niż unicestwienie Lewiatana. Proszę zgłosić się do Komisji po rozkazy. Natychmiast!

Mora skinął głową.

- Dziękuję, panie Posse.

- Jeśli się waści powiedzie - dorzucił Giese - możecie być pewni, że Komisja weźmie pod uwagę waszą osobę, kiedy po raz kolejny dojdzie do wyboru nadkapitana dowodzącego samodzielną akcją.

- A wy, mości Dickmann - głos Possego zabrzmiał jak zgrzyt metalu po szkle - macie jak najszybciej zdać dowództwo na Prinzessin i jutro stawić się do mej dyspozycji.

- Tak jest.

- Panie Jakimowski. Proszę zaokrętować się na Królu Dawidzie. Wyruszysz waść razem z kapitanem Morą.

Szlachcic pokiwał głową. Protesty nie zdałyby się psu na budę, bo młody Giese przypominał teraz gradową chmurę, a Posse podstępnego, rozwścieczonego szejtana. Zresztą, cóż miał rzec? Zdradzić nazwisko, którego merk odnalazł na ścianie grodzi Prinzessin? Ale wtedy komisarz zażądałby wyjaśnień. A jakich wskazówek i objaśnień mógłby udzielić Jakimowski, poza wspomnieniem o peregrynacji do Boleńca, tudzież o tajemniczym znaku ze statku Dickmanna. Który zresztą wszyscy tu obecni wzięliby za diabelski stygmat?

Milczał zatem. I pokiwał głową.

- Panie Posse, czas na nas. Mości Mora, każcie swoim ludziom uprzątnąć trupy i oczyścić pokład. Ciała wydacie zarządcy portu gdańskiego. Okręt przyholujecie do Polskiego Haka. Tam oddacie go strażnikom.

- Pojmuję.

- Chodźmy, panowie. Znaczy, dziś mamy jeszcze spotkanie z Radą Miejską. Znaczy, czeka nas coś znacznie gorszego niż rwanie zęba i odkrycie francowatych szankr na tyłku!

Ruszyli po trapie. Posse i Giese chmurni, zamyśleni. Dickmann ze spuszczoną głową, Mora kurzący fajkę, za nim trzęsący się Bedeker.

A Jakimowski myślał.

Liberate Mikołejson...

I nagle, niespodziewanie błysk jasny jak wybuch granatu poraził jego podgolony łeb. A co jeśli na tym statku także zostawiono kolejny rebus... Podpowiedź? Trop ciągnący do bestii?

Zszedł pod pokład, krzywiąc się od trupiego smrodu, zasłaniając usta i nos połą żupana. Znalazł lampę, skrzesał ognia, zapalił świecę. A potem począł szukać po grodziach i burtach. Łaził po statku, zaglądając w każdy kąt, czasem przestawiając beczki, przesuwając skrzynie i worki. Długo to trwało.

Lecz wreszcie znalazł to, czego szukał.

Na ostatniej grodzi przed komorą linową widniał wydrapany w drewnie niewyraźny, koślawy, łaciński napis:

Spectato portae quam diabolus signavit

Patrz na bramę, którą oznaczył diabeł... Nieporadne, łacińskie słowa wyskrobane na deskach. Patrz, ale na co? Szukaj, ale czego? I gdzie ta brama, do stu fur szwedzkich kartaczy?!

Lewiatan znów bawił się z nim w rebusy i zgadywanki.

Szlachcic przymknął oczy. Od zaduchu i woni rozkładających się trupów kręciło mu się w głowie.

1 Saletrzana burta - warsztat, w którym w XVII wieku przetwarzano saletrę niezbędną do wyrobu prochu.