Grzeczność wynagrodzona
Chociaż Franciszek liczył już prawie czterdzieści lat, to przecie krzepki był niczym dąb. Postawny i urodziwy mężczyzna miał jeszcze i tę zaletę, iż był bogaty - najbogatszy we wsi. Ziemi posiadał dużo i to urodzajnej. Ponadto krowy, konie, świnie, a drobiu bez liku. Mięso często gościło na jego stole, a jaj i omasty nigdy sobie nie żałował.
Nie dziwmy się zatem, że kiedy przedwcześnie zmarła jego żona, to chociaż jeszcze na jej mogile nie wyrosła trawa, już swatowie i swatki jęli pukać do drzwi naszego wdowca.
Mimo iż najpierw nie był skory do ponownego ożenku, to przecież owo ustawiczne nachodzenie go, namawianie i przekonywanie w końcu dało rezultat.
Tym razem długo się zastanawiał, kogoż to poślubić. Wreszcie, po namyśle, jego wybór padł na znaną z zaradności i gospodarności trzydziestoletnią wdowę, i chociaż ubogą, to mającą tę zaletę, iż była niezwykle urodziwa.
Skoro zatem przeminął roczny okres żałoby, Franciszek poprowadził swoją wybrankę do ołtarza. A potem było huczne weselisko. Na tę okazję zabito krowę i dwa świniaki, że o kurach, gęsiach, indykach i kaczkach nie wspomnę.
Ucztowała i tańczyła cała wieś i to nie przez jeden dzień tylko. Wesoło było, oj, wesoło! Bo i gorzałki nie brakowało, a skoro jej nie brakowało, to też nikt jej sobie nie skąpił.
Marianna - tak było na imię nowej żonie Franciszka - zaraz po ślubie sprzedała swoją starą chałupę i wprowadziła się pod dach męża.
* * *
Teraz nadeszła pora, by powiedzieć, że zarówno Franciszek, jak i Marianna mieli każde po jednej córce. Franciszkowa zwała się Kasia, Marianny natomiast Rózia.
Być może, iż dziewczynkom udałoby się ze sobą zaprzyjaźnić, ba, stać prawdziwymi siostrami nawet, gdyby nie Marianna, która od pierwszej chwili znienawidziła swoją pasierbicę.
Ileż to zła i krzywdy wyrządziła owemu dziecku, które z natury dobre było, ciche i spokojne, nikomu niewadzące i nadzwyczaj posłuszne.
Swoją Rózię stroiła nad przepych, gdy tymczasem Kasia chodziła zaniedbana i obdarta niczym córka żebraka.
Swojej Rózi podtykała co lepsze kąski, podczas gdy Kasia ustawicznie była głodna, bowiem tyle tylko dostawała, aby nie umrzeć z głodu - najczęściej stary uschnięty chleb i resztki zupy z obiadu.
Rózia sypiała na wielkiej puchowej poduszce, przykrywając się wielką puchową pierzyną, podczas gdy Kasia kładła pod głowę starą zwiniętą szmatę, a okrywała się lada jakim łachmanem.
Franciszek, który niegdyś przecież kochał swoją córkę, teraz jakoś zobojętniał na jej los. I chociaż widział, jak źle i okrutnie obchodzi się z nią Marianna, nie reagował na to zupełnie. Czasem tylko, bardzo sporadycznie, zdejmował ze swego talerza jakiś lepszy kąsek i podawał go Kasi. A ta przyjmowała go z wdzięcznością, ciesząc się z ojcowskiej "dobroci".
Jak więc widzicie, dziewczynka byłaby całkowicie osamotniona gdyby nie wielki, czarny, upstrzony białymi łatkami na grzbiecie i ozdobiony białym krawatem na szyi kot Mruczek. Zwierzak nie odstępował Kasi ani na krok, tulił się do niej, ocierał o nogi, a kiedy zapadała noc, wchodził na jej barłóg, wsuwał się pod wystrzępione okrycie i śpiąc ze swoją panią, rozgrzewał ją ciepłem swego miękkiego futerka.
Skoro macocha spostrzegła, jak wielka jest przyjaźń między pasierbicą a Mruczkiem, nie mogąc tego ścierpieć, precz przepędziła zwierzątko. Na darmo kot próbował przez wiele kolejnych dni przekroczyć próg domostwa. Ilekroć bowiem Marianna go spostrzegła, tylekroć dostawał tak straszne cięgi, iż nieraz z zakrwawionym pyszczkiem musiał ratować się ucieczką.
Nie dziwmy się przeto Mruczkowi, że mimo miłości, jaką darzył swoją młodziutką panią, wyprowadził się z chałupy na dobre, zapuszczając się tylko od czasu do czasu do obory. Miłe mu bowiem było zdrowie, a może nawet i życie.
Macocha, widząc, że udało się jej pozbawić Kasię jedynego przyjaciela, cieszyła się ogromnie. Ta radość trwała przez kilka dni, do chwili, gdy zaczęła przemyśliwać nad jakąś nową podłością, jakąś nową udręką i złem, które mogłaby wyrządzić dziewczynce. Myślała i myślała długo, lecz jakoś nic oryginalnego nie przychodziło jej do głowy.
Łaziła tedy po chałupie zła i ponura, ciskając garnkami i trzaskając drzwiami, zaniedbawszy zupełnie obowiązki gospodyni.
Franciszek, który - jak wiecie - całkowicie dostał się pod pantofel nowej żony, nie reagował na owo zupełnie. Ba! Ustępował jej z drogi, mówił nieomal szeptem i bez szemrania spełniał każdy rozkaz, każdą zachciankę Marianny. Nie sprzeciwiał się i temu żądaniu, aby jego Kasia raz na zawsze wyniosła się z izby i zamieszkała w oborze wraz z krowami. Posłusznie zebrał jej lichy przyodziewek, który zawiesił na gwoździu wbitym w ścianę, a poniżej, na ziemi, wymościł jej posłanie ze słomy, którą cichaczem - aby Marianna tego nie zobaczyła - przyniósł ze stodoły.
Pierwszą noc spędzoną poza izbą, śród zwierząt, dziewczynka przepłakała. Mimo okrutnego zmęczenia, jej żal był tak wielki i tak wielki smutek, że nie udało się jej ani na moment zmrużyć oka. Jedyną pociechę stanowiło to, iż nad ranem, gdy świt jął różowić niebo, przez niewielkie niedomknięte okienko wślizgnął się jej przyjaciel - kot Mruczek. Pochwyciła go na ręce, przytuliła czule do piersi i obsypała pocałunkami. A on ocierał się pyszczkiem o jej policzek i głośno mruczał, wyraźnie uszczęśliwiony ze spotkania, na które obydwoje tak długo czekali.
* * *
Zima zbliżała się wielkimi krokami. Z drzew poopadały ostatnie liście, nocne przymrozki ścinały kruchymi tafelkami lodu kałuże, które się porozsiadały na środku gościńca. Puste o tej porze roku pola rozciągały się het, po horyzont. Słońce rzadko teraz gościło na niebie, za to chmury i deszcz były nieomal codziennym zjawiskiem.
Kto nie miał na to czasu w lecie, teraz, zamaszyście wywijając siekierą, rąbał drwa, a potem układał je popod ścianami stodoły czy szopy, kędy piętrzyły się wysoko, oczekując swojej kolejki na spalenie.
Tego dnia do południa siąpił drobny deszczyk, gruntownie nasączając gliniastą powierzchnię dróżki wiodącej od chaty Franciszka ku gościńcowi, przemieniając ją w grząskie i lepkie błoto. W południe deszcz ustał, ale za to z nisko zawieszonych nad ziemią białawych chmur jął prószyć drobniutki niczym kasza jaglana śnieg.
Kasia na polecenie macochy pracowicie przebierała groch, z utęsknieniem wyczekując obiadowej pory, kiedy to będzie mogła się posilić swoją skibką chleba i resztkami zupy. A być może czymś więcej, jeśli macosze akurat dopisze humor. Ale do obiadu było daleko, tymczasem głód tak ścisnął jej wnętrzności, iż momentami słabła, a przed oczyma wirowały jej czarne plamy. Próbowała żuć surowe ziarno grochu, przez co stępiła nieco ssanie w żołądku, chociaż bynajmniej nie zaspokoiła łaknienia.
Mruczek, jakby rozumiejąc niedolę dziewczynki, cicho się wślizgnął do szopy, w której pracowała i złożył u jej stóp niesioną w pyszczku tłustą, szarą mysz.
Kasia pogłaskała go czule:
- Oj, kotku, kotku. Mój ty kochany. Lepsze masz serce od ludzi. Dzielić się chcesz ze mną swoją zdobyczą, ale ja myszy nie jadam. Zjedz sam i niech ci idzie na zdrowie.
Mruczek zatem, odczekawszy dłuższą chwilę, by się do końca upewnić, czy aby Kasia nie zmieni zdania, z widomym łakomstwem sam spożył to, co przyniósł z pola, a może z lasu.