Galaktyka - Wojtek Miłoszewski

Kup ebooka

49.99 zł
41.82 zł (41,42 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział I

1.

Cha­rak­te­ry­styczna srebrna śmie­ciarka obni­żyła lot i z cichym sykiem wypu­ściła pod­wo­zie. Gdy dotknęło ziemi, z szo­ferki wysko­czył bar­czy­sty Ter­cja­nin w nie­ska­zi­tel­nie czy­stym beżo­wym kom­bi­ne­zo­nie. Borg rap­tem tydzień wcze­śniej skoń­czył dzie­siątą trójkę. Według ziem­skiej miary był więc trzy­dzie­sto­lat­kiem, ale trzeba było pamię­tać o tym, że Ter­cja­nie żyli śred­nio od 20 do 30 pro­cent dłu­żej niż ludzie.

Przej­rzał się z zado­wo­le­niem w bocz­nym lusterku, popra­wia­jąc krót­kie ciemne włosy. Głę­boki brąz cery oraz mocno zary­so­wana szczęka zawsze mu się podo­bały. Wie­dział, że to próżne, ale naprawdę uwa­żał, że jest przy­stojny. Odsu­nął klapkę skry­wa­jącą prze­łącz­niki i uru­cho­mił spa­la­nie.

Potem ruszył w dół ulicy, na plac Odkryw­ców. Jesz­cze 50 ziem­skich lat wcze­śniej Gar­dia była senną rybacką wio­ską. Pra­dzia­dek Borga wypły­wał na ocean łódką ple­cioną z kar­nasu. A teraz? Zie­mia­nie wybu­do­wali wspa­niały plac, oto­czony monu­men­tal­nymi budyn­kami. Tłum szczel­nie oble­gał małą archi­tek­turę oraz dwa ska­te­parki. Z jed­nej strony z placu roz­cho­dziło się pro­mie­ni­ście osiem ulic, a z dru­giej widać było jachty w mari­nie koły­szące się na łagod­nych falach.

Mała jasna tar­cza Alfy powoli kryła się za hory­zon­tem. Infra, czte­ro­krot­nie więk­sza od swej sio­strza­nej gwiazdy, była krwi­sto­czer­wo­nym olbrzy­mem. Wypa­lała się, dawała mocne czer­wone świa­tło i bar­dzo mało cie­pła. Borg wie­dział, że gdy tylko Alfa znik­nie na dobre, o tej porze trójki zrobi się dość chłodno. Jed­nak teraz marsz­cząca się powierzch­nia Oce­anu Olbrzy­miego mie­niła się w bla­sku obu gwiazd. Na Ter­cji zawsze wiało, ale w okre­sie zimo­wym Wieczny Sztorm na dru­giej pół­kuli słabł tro­chę i teraz podmu­chy nie były tak uciąż­liwe.

Zapa­liły się pierw­sze latar­nie i olbrzy­mia rzeźba na środku placu zapło­nęła wie­lo­ko­lo­ro­wym ledo­wym pod­świe­tle­niem. Była to replika Voy­agera 1, wspa­wano w nią nawet ory­gi­nalne frag­menty, rzu­cone na odle­głą Ter­cję nie­znaną siłą i potem odna­le­zione przez Zie­mian pod­czas kolo­ni­za­cji. Sondę wystrze­lono z Ziemi w 1977 roku; teraz efek­tow­nie pod­świe­tlona rzeźba wzbu­dzała zachwyt miesz­kań­ców Gar­dii.

Plac ota­czały olbrzy­mie holo­gramy, rekla­mu­jące mul­tum pro­duk­tów, które Zie­mia­nie spro­wa­dzili ze sobą. Reklama pasty do zębów ustą­piła zło­tym łukom oraz mon­stru­al­nemu ham­bur­ge­rowi, który góro­wał nad pomni­kiem Voy­agera. Świe­cące litery przy­kryły plac: MCDO­NALD'S. 600 ZIEM­SKICH LAT JESTE­ŚMY DLA CIE­BIE. BY ŻYŁO SIĘ SMACZ­NIEJ! Z oka­zji tej okrą­głej rocz­nicy zor­ga­ni­zo­wali gigan­tyczną pro­mo­cję. Przez jubi­le­uszowy mie­siąc każ­demu, kto zare­je­stro­wał się w sieci firmy, przy­słu­gi­wały dwa dar­mowe che­ese­bur­gery dzien­nie. Borg zamie­rzał korzy­stać z tej pro­mo­cji do samego końca, a jakże.

Się­gnął do komma, umiesz­czo­nego na nad­garstku, i prze­su­nął pal­cem po wyświe­tla­czu, jed­no­cze­śnie ska­nu­jąc holo­gra­mowy kod zawie­szony w powie­trzu. Po chwili nie­wielki dron zawisł przy nim bez­sze­lest­nie i Borg ode­brał jesz­cze cie­płe kanapki, zawi­nięte w ele­gancki papier. Usiadł na murku i zaczął jeść, mruk­nąw­szy do sie­bie:

- Ależ to dobre.

Przez stu­le­cia Ter­cja­nie wypie­kali chleb oraz bułki, mieli mięso z upo­lo­wa­nych war­gu­nów. Ale nikt ni­gdy nie wpadł na to, żeby kotlet wetknąć w roz­ciętą na pół bułkę. Borg za każ­dym razem dzi­wił się temu pięk­nemu w swo­jej pro­sto­cie wyna­laz­kowi.

Zie­mian było na placu mniej wię­cej tyle samo ile Ter­cjan. Jed­nak rodo­wici miesz­kańcy ginęli w tłu­mie, bo jeśli któ­ryś miał przy­kła­dowo metr sześć­dzie­siąt wzro­stu, to już nale­żało uwa­żać go za bar­dzo wyso­kiego. Ter­cja była o mniej wię­cej połowę więk­sza od Ziemi; wyż­sza masa skut­ko­wała sil­niej­szym przy­cią­ga­niem. Ter­cjanki i Ter­cjanie, z moc­nym szkie­le­tem i roz­bu­do­waną musku­la­turą, przy przy­by­szach wyda­wali się przy­sa­dzi­ści. Ci z kolei musieli wspo­ma­gać naturę, pod­da­wali się zabie­gom wzmac­nia­ją­cym ich kości i mię­śnie. Nano­chi­rur­gia Zie­mian dzia­łała cuda, jed­nak nie wszy­scy chęt­nie kła­dli się pod laser. U nie­któ­rych, zwłasz­cza tych star­szych, pod ubra­niem odzna­czały się egzosz­kie­lety poma­ga­jące w codzien­nym życiu w więk­szej gra­wi­ta­cji.

Borg zauwa­żył sporo mie­sza­nych par, z któ­rych zde­cy­do­wana więk­szość docze­kała się nawet wspól­nego potom­stwa. Rzecz trzy trójki wcze­śniej prak­tycz­nie nie do pomy­śle­nia. Coraz wię­cej Zie­mian doce­niało ter­cjań­skie kształty, a może jesz­cze bar­dziej cha­rak­tery. Rodo­wici miesz­kańcy pla­nety byli abso­lut­nie pozba­wieni agre­sji. Nie znali walk czy zabójstw. Jedy­nymi prze­stęp­stwami były kra­dzieże lub oszu­stwa, mordy i gwałty poja­wiły się wraz z kolo­ni­za­to­rami. Zie­mianki miały swoje orga­ni­za­cje i od stu­leci wal­czyły o równe prawa i godne trak­to­wa­nie. Ter­cjanki ni­gdy się nie skar­żyły na swój los i nie były zdolne prze­ciw­sta­wić się mężom z innej pla­nety. Borg nie­jed­no­krot­nie widy­wał zastra­szone, zahu­kane Ter­cjanki u boku wład­czych Zie­mian.

Alfa znik­nęła już za hory­zon­tem na tyle, że Infra zyskała na zna­cze­niu i teraz świat zalała czer­wień, doda­jąc pla­cowi Odkryw­ców grozy ze sta­rego ziem­skiego hor­roru. Zamiast holo­gra­mo­wych reklam poja­wiło się stu­dio tele­wi­zyjne. Pięk­nej Zie­miance, Jes­sice Agbar, towa­rzy­szył Ter­cja­nin Douan. Zro­bił zawrotną karierę jako gwiaz­dor kina akcji. Wszy­scy mło­dzi Ter­cja­nie chcieli być tacy jak on. W swo­ich fil­mach prze­ska­ki­wał z drona na wiro­loty i podusz­kowce, sypał żar­tami jak z rękawa i sypiał z pięk­nymi dziew­czy­nami. I to Zie­mian­kami! Para w tele­wi­zyj­nym stu­diu obwie­ściła, że nad­szedł czas na uświę­coną tra­dy­cję.

Lote­ria. Na zakoń­cze­nie każ­dej trójki każdy z Zie­mian otrzy­my­wał swoją wielką szansę. Nie­któ­rzy Ter­cja­nie osten­ta­cyj­nie igno­ro­wali tę zabawę, bo sami nie mogli brać w niej udziału. Borg jed­nak to uwiel­biał. Wylo­so­wany szybko sta­wał się cele­brytą i otrzy­my­wał jedyną w swoim rodzaju nagrodę - zapro­sze­nie na Rejs.

Na Ter­cji każdy, nie­ważne, czy Zie­mia­nin, czy rdzenny miesz­ka­niec, miał swój uni­ka­towy numer. Dwa­dzie­ścia jeden cyfr, które go opi­sy­wały i towa­rzy­szyły mu od uro­dze­nia. Dzięki nim zaj­mo­wał okre­ślone miej­sce w sys­te­mie. Pozwa­lały obsłu­gi­wać płat­no­ści lub też zała­twiać urzę­dowe sprawy. Borg obser­wo­wał, jak pod parą uśmiech­nię­tych pre­zen­te­rów poja­wiały się kolejne sza­leń­czo kolo­rowe cyfry.

Gdy w powie­trzu nad pla­cem roz­ja­rzył się wresz­cie pełen numer, Borg wypu­ścił z ręki papier po che­ese­bur­ge­rach, który natych­miast porwał podmuch ter­cjań­skiego wia­tru. Gdyby zoba­czył to szef, Borg dostałby naganę z wpi­sem do akt. W końcu był pra­cow­ni­kiem Miej­skiego Przed­się­bior­stwa Czy­sto­ści w Gar­dii. Ale teraz o tym nie myślał. Patrzył z roz­dzia­wio­nymi ustami na wiru­jące cyfry. To jego numer!

2.

Budy­nek Rady był naj­wyż­szą kon­struk­cją na Ter­cji. Strze­li­sty wie­żo­wiec wzno­sił się na wyso­kość pra­wie 4 kilo­me­trów. Piero Castani sie­dział w swoim gabi­ne­cie na jed­nym z naj­wyż­szych pię­ter, spo­glą­da­jąc przez okno. Drony mete­oro­lo­giczne regu­lar­nie kur­so­wały wokół budynku, roz­ga­nia­jąc chmury, by loka­to­rzy mogli cie­szyć oczy wido­kiem.

A ten był iście cudowny. Z tej wyso­ko­ści można było nie tylko podzi­wiać minia­turę Gar­dii czy poła­cie Oce­anu Olbrzy­miego. Infra scho­wała się na dobre za hory­zon­tem i mrok pano­szył się coraz śmie­lej nad powierzch­nią pla­nety. Przy tak dobrej pogo­dzie jak teraz widać było w oddali gra­na­towe oko Wiecz­nej Burzy rzu­ca­jące wokół gniewne roz­bły­ski. Poza ośrod­kami miej­skimi Ter­cja była nudną i mono­tonną pustynną pla­netą, pokrytą sza­rym pyłem, nanie­sio­nym przez silny wiatr. Nie­sa­mo­wite, jak nasi przod­ko­wie musieli zasy­fić raj na Ziemi, skoro prze­nie­śli się do tego gów­nia­nego miej­sca - pomy­ślał Castani.

Się­gnął po butelkę i nalał kolejną por­cję Jacka Daniel'sa do szklanki. Był zgar­bio­nym, niskim męż­czy­zną, któ­rego czę­sto porów­ny­wano do Chur­chilla. Tym porów­na­niem spra­wiano mu duży kom­ple­ment. Bry­tyj­ski poli­tyk przy sena­to­rze Ter­cji mógłby ucho­dzić za przy­stoj­niaka. Piero Castani był tak brzydki, że ci mniej przy­chylni jego oso­bie twier­dzili, że "temu to nawet nano­chi­rur­gia nie pomoże". Tak naprawdę ni­gdy nie zde­cy­do­wał się na żaden zabieg popra­wia­jący urodę. Uwa­żał to za zby­teczne, twier­dził, że siła i war­tość czło­wieka nie łączą się w żaden spo­sób z wyglą­dem.

Holo­gram wyświe­tlił nad bla­tem biurka twarz sekre­tarki.

- Panie sena­to­rze - powie­działa pani Swan­son. - Czło­nek Rady Naj­wyż­szej, mece­nas Char­les de Vil­le­fort. Nie­stety, nie był umó­wiony, ale koniecz­nie chce się z panem widzieć.

- Oczy­wi­ście, niech wej­dzie.

Castani zer­k­nął na zega­rek i uśmiech­nął się, mru­cząc pod nosem:

- Led­wie pół godziny po loso­wa­niu. To musiało zabo­leć.

Mece­nas Char­les de Vil­le­fort nie wszedł do gabi­netu. Raczej wpa­ro­wał do wnę­trza z twa­rzą wykrzy­wioną gnie­wem. Castani dobie­gał sie­dem­dzie­siątki, a mece­nas był od niego star­szy o dobre 20 lat. Mimo tego de Vil­le­fort wyglą­dał, jakby miał tro­chę ponad czter­dziestkę. Nie ską­pił pie­nię­dzy zarówno na nano­chi­rur­gów, jak i sklepy z luk­su­sową odzieżą. Lekko siwie­jące włosy, kan­cia­sta szczęka, sze­ro­kie barki i wąska talia opięte gar­ni­tu­rem szy­tym na miarę. Ten czło­wiek chciał wyglą­dać bar­dzo dobrze. I tak wła­śnie wyglą­dał.

- To jakiś chory żart!? - zapiał, pod­cho­dząc do biurka.

- Witaj, Char­les. Ja też się cie­szę, że cię widzę.

Castani z uśmie­chem wycią­gnął rękę, ale mece­nas to zigno­ro­wał. Sena­tor pyta­ją­cym gestem wska­zał butelkę Jacka Daniel'sa.

- Ame­ry­kań­skie gówno z kuku­ry­dzy? Nie, dzię­kuję. Ale nie pogar­dzę szkla­neczką dobrego calva­dosu.

Po chwili obaj usie­dli przy sto­liku w kącie gabi­netu, a pani Swan­son posta­wiła przed mece­na­sem szklankę oraz butelkę z fran­cu­skim winia­kiem.

- Uspo­ko­iłeś się? - spy­tał Castani.

- Piero, zro­zum. To jest poli­czek dla wszyst­kich człon­ków mojej par­tii. Mało! To jest poli­czek dla wszyst­kich Zie­mian!

- Nie prze­sa­dzaj.

- Czy ty zda­jesz sobie sprawę, że to paliwo dla tych eks­tre­mi­stów z Wol­nej Ter­cji!?

- Wręcz prze­ciw­nie. To, że dopu­ści­li­śmy jed­nego z nich do loso­wa­nia, pozba­wia ich wielu argu­men­tów. Poza tym, skąd strach przed tą całą Wolną Ter­cją?

- Ludzie gadają, że wielu z nich ginie bez­pow­rot­nie. Jest coraz wię­cej takich wypad­ków.

- Ludzie gadali takie pier­doły, odkąd nauczyli się mówić - Castani mach­nął ręką. - Chyba w to nie wie­rzysz? Prze­cież Ter­cja­nie nie są zdolni do jakiej­kol­wiek agre­sji.

De Vil­le­fort mil­czał. Nie mógł prze­cież zaprze­czyć. Wszy­scy dosko­nale znali Ter­cjan oraz wyniki badań ziem­skich bio­lo­gów. Wolna Ter­cja gło­siła śmiałe hasła, żądała opusz­cze­nia pla­nety przez Zie­mian. Ale na hasłach się koń­czyło. Nawet pod­czas demon­stra­cji nie odno­to­wano jakich­kol­wiek prze­ja­wów gniewu czy agre­sji. Ter­cjanie po pro­stu nie byli do tego zdolni.

- Zie­mia powinna pozo­stać tylko dla Zie­mian - powie­dział wresz­cie mece­nas.

- Bła­gam! Nie będę słu­chał takiego faszy­stow­skiego gówna!

- To nie jest faszyzm.

- Poza Wolną Ter­cją nie możemy zapo­mi­nać, że rdzenni miesz­kańcy tej pla­nety mają swo­ich przed­sta­wi­cieli w Radzie! Pamię­taj, czym się koń­czyły awan­tury XX i XXI wieku. Co było po I woj­nie świa­to­wej? Druga! Bo Niem­com za bar­dzo przy­krę­cono śrubę. Tak samo za glo­balny ter­ro­ryzm tam­tych lat możemy podzię­ko­wać Fran­cu­zom.

- O, wypra­szam sobie! - de Vil­le­fort był mocno przy­wią­zany do swo­ich korzeni. - Fran­cuzi stwo­rzyli spo­łe­czeń­stwo ide­alne.

- Jasne, zsy­ła­jąc wszyst­kich o ciem­nym kolo­rze skóry do gett. A potem dając im ścieżkę roz­woju jako sprzą­ta­cze, kurie­rzy i pra­cow­nicy barów fast food. Piękne!

- Chwi­leczkę - de Vil­le­fort nalał sobie kolejną por­cję calva­dosu. - Ale dla­czego przy­wo­łu­jesz takie przy­kłady? Ter­ro­ry­ści, faszy­ści, nazi­ści, komu­ni­ści. Oni wszy­scy byli Zie­mia­nami. Więc byli zdolni do agre­sji, a Ter­cja­nie nie są. Prawda?

Tym razem to Castani mil­czał. Jako sena­tor Ter­cji miał dostęp do pew­nych mate­ria­łów taj­nych służb, o któ­rych inni nie wie­dzieli. Nie były to może sprawy prze­ra­ża­jące, ale powiedzmy, że tro­chę nie­po­ko­jące. Na szczę­ście mece­nas nie kon­ty­nu­ował tego wątku, tylko ciężko wes­tchnąw­szy, powie­dział:

- Poza tym, czy on w ogóle prze­żyje rejs?

- Char­les, miejmy to za sobą. Co chcesz za to, aby twoi ludzie nie roz­pę­tali krwa­wej awan­tury i aby ten Ter­cja­nin tra­fił bez­piecz­nie na Zie­mię?

- Chcę, żeby to pro­fe­sor Zeng był sze­fem eks­pe­dy­cji na Mediosa.

Sena­tora zasko­czyła szyb­kość odpo­wie­dzi. Zna­czyła, że dla mece­nasa było to bar­dzo ważne. Tylko dla­czego? Tego, nie­stety, Piero Castani nie wie­dział i bar­dzo mu się to nie podo­bało. Ale na razie nie widział innego wyj­ścia, dla­tego odparł:

- Zgoda.

3.

To było istne sza­leń­stwo! Borg wręcz sła­niał się na nogach. Gdy oka­zało się, że oto po raz pierw­szy w histo­rii w loso­wa­niu ujęto też Ter­cjan, w dodatku wygrał wła­śnie jeden z nich, pozo­stali wpa­dli w eks­tazę. Borg nie spał przez całą dobę. Przez te 32 godziny poznał chyba wię­cej osób niż przez całe życie. Ści­skał rękę zna­nym akto­rom, muzy­kom, poli­ty­kom oraz wybit­nym oso­bo­wo­ściom. Każdy z nich chciał poznać pierw­szego Ter­cjanina, który odwie­dzi Zie­mię.

Do tej pory naj­po­pu­lar­niej­szym Ter­cja­ni­nem na Stul­ti­ra­mie był aktor kina akcji Douan. Ale to była prze­szłość. W tę jedną dobę konto Borga osią­gnęło zawrotną liczbę ponad 3 miliar­dów obser­wu­ją­cych. A co naj­dziw­niej­sze, ze sta­ty­styk wyni­kało, że więk­szo­ścią z nich byli Zie­mia­nie.

Cały ten magiczny koło­wrót prze­dziw­nych zda­rzeń i emo­cji spra­wił, że Borg był wycień­czony. Dla­tego gdy wszedł do sali pro­jek­cyj­nej, ode­tchnął z ulgą. Znał prze­cież, podob­nie jak każdy Ter­cja­nin czy Zie­mia­nin, sche­mat wyda­rzeń po loso­wa­niu. Żela­znym punk­tem pro­gramu był spot infor­ma­cyjny. Coś jak skró­cona histo­ria ostat­nich stu­leci, powszechne przy­po­mnie­nie, po co wła­ści­wie jest loso­wa­nie. Wcze­śniej myślał o tym jako o przy­krym obo­wiązku. Jak dziecko, które musi wycier­pieć nudną kola­cję wigi­lijną po to, by wresz­cie rzu­cić się na pre­zenty leżące pod cho­inką. Ale teraz był wdzięczny za tę chwilę wyci­sze­nia. Świa­tła w sali przy­ga­sły i w powie­trzu roz­ja­rzył się krótki napis HISTO­RIA. Borg widział ten film wiele razy. A teraz miał go obej­rzeć po raz kolejny. Wraz z miliar­dami oglą­da­ją­cymi to samo na swo­ich pro­jek­to­rach, kom­mach i ekra­nach innych odtwa­rza­czy.

Napis zgasł i w cał­ko­wi­tej ciem­no­ści poja­wiła się maleńka biała kropka. W miarę jak się powięk­szała, coraz wyraź­niej zabar­wiała się błę­ki­tem. Wkrótce potem w sali domi­no­wał monu­men­talny ziem­ski glob. Film pozba­wiony był lek­tora lub jakie­go­kol­wiek komen­ta­rza, co jesz­cze bar­dziej potę­go­wało wra­że­nie. Czarno-białe, nie­wy­raźne foto­gra­fie z XIX-wiecz­nej Ziemi. Rewo­lu­cja prze­my­słowa, postęp tech­no­lo­giczny, pierw­sze samo­chody i pociągi. Potem dwu­dzie­ste stu­le­cie, coraz sil­niej­sze zanie­czysz­cze­nie Ziemi. Roz­ci­nane ryby, z któ­rych żołąd­ków wysy­puje się pla­stik. Rosnąca tem­pe­ra­tura, top­nie­nie lodow­ców i pod­no­szący się poziom wód; zato­pie­nie Flo­rydy, Danii i wybuch Wiel­kiego Pożaru Austra­lij­skiego, który pochło­nął cały kon­ty­nent.

Wresz­cie Wielka Migra­cja Lud­no­ści ze wszyst­kimi jej kon­se­kwen­cjami. W ramach tego zja­wi­ska miej­sce życia zmie­niły ponad 2 miliardy ludzi. Dopro­wa­dziło to do potęż­nego cha­osu i, w szczy­to­wym momen­cie kry­zysu, do pięt­na­sto­let­niej wojny o wodę, która zebrała krwawe żniwo 300 milio­nów ofiar.

Mimo kry­zysu kli­ma­tycz­nego ludz­kość przez cały czas roz­wi­jała się pod wzglę­dem tech­no­lo­gicz­nym. To umoż­li­wiło Wielką Podróż, czyli próbę kolo­ni­za­cji pla­net nada­ją­cych się do życia w pobli­skich ukła­dach. Pierw­sza kolo­ni­za­cja nie powio­dła się, bo wytwa­rza­nie atmos­fery i wody było zbyt kosz­towne. Druga próba rów­nież nie przy­nio­sła suk­cesu. Dopiero teraz Borg uświa­do­mił sobie, że o ile temat pierw­szej jest poru­szany przez wiele fil­mów i opi­sują ją liczne źró­dła, o tyle o dru­giej nie wia­domo nic. W powie­trzu poja­wiła się tylko rzym­ska cyfra II, która zaraz została prze­kre­ślona.

Wresz­cie trze­cia pla­neta. Ter­cja, jego dom. Na ekra­nie Gar­dia jako mała rybacka wio­ska i szybko rosnące biu­rowce oraz wie­żowce. Przez cały, długi i żmudny czas Wiel­kiej Podróży garstka ludzi pozo­sta­wała na Ziemi, odwra­ca­jąc z pomocą robo­tów skutki jej dłu­go­trwa­łego nisz­cze­nia. Miliardy ton śmieci wysłano w kosmos, przy­wró­cono rów­no­wagę kli­ma­tyczną. Wybu­rzono budynki i pozbyto się gru­zów. Nastą­piło cof­nię­cie. Ludzie osta­tecz­nie odrzu­cili tech­no­lo­gię i żyli w pro­stych domo­stwach.

Obec­nie Zie­mię zamiesz­ki­wało rap­tem milion ludzi. To wła­śnie oni two­rzyli Are­opag decy­du­jący o losach Ter­cji. Raz na trzy ziem­skie lata loso­wano osobę, która mogła dołą­czyć do tego wąskiego grona. Był to abso­lutny zaszczyt.

Godzinę póź­niej Borg sie­dział w kap­sule, która wynio­sła go na orbitę Ter­cji. Pojazd zado­ko­wał do przy­stani, któ­rej surową bryłę roz­świe­tlała Infra. Ter­cja­nin popa­trzył stam­tąd na pla­netę. Była zato­piona w ciem­no­ści. Alfa miała wychy­nąć zza hory­zontu dopiero za godzinę. Jedy­nie rejon Wiecz­nej Burzy roz­bły­ski­wał co jakiś czas wyła­do­wa­niami elek­tro­sta­tycz­nymi.

Komm cią­gle miał zasięg. Borg spoj­rzał na prze­gub i odczy­tał kolejne powia­do­mie­nia ze Stul­ti­ramu. Wiele firm pro­po­no­wało mu nie­bo­tyczne pie­nią­dze za pole­ce­nie ich pro­duk­tów w jakim­kol­wiek poście. Jestem bogaty - pomy­ślał Borg. A potem uświa­do­mił sobie, że prze­cież ma lecieć na Zie­mię.

- Ale zawsze mogę wró­cić - powie­dział do sie­bie.

Żaden z wylo­so­wa­nych Zie­mian ni­gdy nie wró­cił na Ter­cję. Borg szybko doszedł do wnio­sku, że to dla­tego, że na Ziemi musi być po pro­stu wspa­niale. Nie chciał psuć sobie humoru. Nie teraz. Prze­cież los się wresz­cie do niego uśmiech­nął. Drzwi kap­suły otwo­rzył się z sykiem, a z gło­śni­ków roz­legł się przy­jemny dla ucha kobiecy głos:

"Podróż­niku. Witaj w przy­stani rejsu".

4.

Pro­fe­sor Hu Zeng, jako antro­po­log, wciąż był pod wra­że­niem tego, jak wygląd i spo­sób bycia nie­któ­rych ludzi opie­rały się tysiącom lat ewo­lu­cji. Ostat­nie stu­le­cia spra­wiły, że nie było już rasy daw­niej nazy­wa­nej białą. Prak­tycz­nie każdy Zie­mia­nin miał już ciem­niej­szy odcień skóry, a u więk­szo­ści dawało się dostrzec cechy azja­tyc­kie lub afry­kań­skie. Pomimo tej zmiany czło­wiek, odpo­wie­dzialny za ochronę eks­pe­dy­cji, wyglą­dał jak sprzed wie­ków. Krótko przy­strzy­żone włosy, wzrok nie­zno­szący sprze­ciwu. Nie było wąt­pli­wo­ści, że puł­kow­nik Bill Enroe od dziecka jedną ręką bawił się siu­sia­kiem, drugą pisto­le­tem. A czaszkę wypeł­niał mu regu­la­min.

- Bez­pie­czeń­stwo tej eks­pe­dy­cji to zada­nie, które mi powie­rzono - głos woj­sko­wego był wyprany z emo­cji tak samo jak jego spoj­rze­nie.

- Rozu­miem - odparł pro­fe­sor.

- Dla­tego gdy już znaj­dziemy się na Medio­sie, żądam od pań­skich ludzi abso­lut­nego posłu­szeń­stwa.

- Posta­ram się, by współ­praca mię­dzy nami prze­bie­gała bez­pro­ble­mowo.

- To za mało. Zero tole­ran­cji! Nie wiemy, z jakimi isto­tami mamy do czy­nie­nia. Jeśli zade­cy­du­jemy o ewa­ku­acji, to nie będzie żad­nych dys­ku­sji, zbie­ra­nia pró­bek i tym podob­nych. Rozu­miemy się?!

- Tak, oczy­wi­ście - Zeng wes­tchnął. - A teraz pro­szę wyba­czyć, ale chciał­bym zjeść obiad.

Puł­kow­nik ski­nął tylko głową i ruszył na mostek, a pro­fe­sor odszedł do czę­ści miesz­kal­nej, gdzie znaj­do­wała się kan­tyna. Nie miał oczy­wi­ście zamiaru słu­chać byle wojaka, ale uznał, że warto skła­mać, by cho­ciaż tro­chę uspo­koić ten beto­nowy umysł.

Wszedł do kan­tyny, chwy­cił tacę i sta­nął pokor­nie w kolejce. Gdy nało­żył sobie jedze­nie i zaczął szu­kać spoj­rze­niem wol­nego miej­sca, usły­szał okrzyk:

- Panie pro­fe­so­rze, tutaj!

Zoba­czył Nadię, stu­dentkę ostat­niego roku bio­lo­gii, która w ostat­niej chwili dołą­czyła do eks­pe­dy­cji. Ski­nął jej z uśmie­chem głową i po chwili sie­dział już przy sto­liku, naprze­ciwko dziew­czyny. Miała burzę poły­skli­wych, ruda­wych loków i była po pro­stu piękna. Pro­fe­sor tro­chę wsty­dził się tego, jak bar­dzo mu się podo­bała. Oczy­wi­ście trzy­mał dystans. W końcu był wykła­dowcą aka­de­mic­kim oraz sze­fem eks­pe­dy­cji nauko­wej. Choć dobie­gał osiem­dzie­siątki, nano­chi­rur­gia dość dobrze masko­wała jego metrykę. Nadia miała jed­nak praw­dziwe 25 lat i na statku nie było chyba męż­czy­zny, który by się za nią nie obej­rzał.

- Smacz­nego - dziew­czyna odsło­niła w uśmie­chu piękne, równe zęby.

- Dzię­kuję, wza­jem­nie.

- Pomy­śleć, że minęły dwie doby, a my już jeste­śmy tak daleko od Ter­cji. Boże, jaka jestem pod­nie­cona!

- Nasz napęd się spraw­dza, choć na nie­wiele by się zdał, gdyby nie dogodne okno łuku anty­ma­te­rii.

Nadia ski­nęła głową. Wie­działa, że dotar­cie na Mediosa w zale­d­wie dwa tygo­dnie moż­liwe jest jedy­nie raz na 50 lat. Dziew­czyna wło­żyła kęs do ust, a potem odgar­nęła włosy z czoła i spy­tała:

- Myśli pan, że kie­dyś naprawdę zro­zu­miemy ano­ma­lię?

- Okno łuku to wyjąt­kowo zagad­kowa rzecz - pro­fe­sor zamy­ślił się na chwilę. - Sądzę, że jesz­cze długo nie będziemy mieli wystar­cza­ją­cych narzę­dzi, aby doko­nać sku­tecz­nej ana­lizy. Ale to nie zna­czy, że nie możemy korzy­stać z okna, by podró­żo­wać. W końcu żegla­rze przed wie­kami korzy­stali ze sprzy­ja­ją­cych wia­trów, choć nie do końca zda­wali sobie sprawę z tego, jak powstają i jakie są mecha­ni­zmy ich dzia­ła­nia.

- Nasz poziom porów­nuje pan do sta­ro­daw­nych żaglow­ców?

- Wszystko to kwe­stia skali - Zeng się uśmiech­nął. - Jeśli cho­dzi o okno łuku anty­ma­te­rii, to myślę, że sil­nik odrzu­towy jest daleko przed nami. Na razie... powiedzmy, że pru­jemy przez Atlan­tyk parow­cem. I z tego się cieszmy. Wie­dza jest klu­czem do wszyst­kiego. Gdy Henry Hud­son w XVII wieku wypły­nął na bez­kre­sne wody, myślał, że ma przed sobą Pacy­fik. Prze­cież nie mógł wtedy wie­dzieć, że zna­lazł się w zatoce, którą póź­niej nazwano na jego cześć, prawda?

Pro­fe­sor nie krył dumy ze swo­jego porów­na­nia, ale szybko zauwa­żył, że Nadia nie­wiele zro­zu­miała z tego wywodu. Przy­kryła zmie­sza­nie uśmie­chem, ponow­nie pota­ku­jąc głową. Mimo wszystko wie­działa, że sonda wysłana na Mediosa przed 50 laty potwier­dziła obec­ność buj­nej roślin­no­ści oraz wody. Nie­stety, urzą­dze­nie nie dostar­czyło jed­no­znacz­nych dowo­dów ist­nie­nia tam inte­li­gent­nej formy życia.

- Czy to moż­liwe, aby na Medio­sie był ktoś w rodzaju Ter­cjan? - spy­tała Nadia.

- Nie mam poję­cia - pro­fe­sor wzru­szył ramio­nami. - Na jed­nej z foto­gra­fii dostrze­gli­śmy praw­do­po­dob­nie zabu­do­wa­nia. Ale ich forma wska­zy­wa­łaby, że jeśli żyją tam inte­li­gentne istoty, to nie­sły­cha­nie pry­mi­tywne. Albo żyły w prze­szło­ści.

- Czy coś może nam gro­zić?

- Pro­szę się nie mar­twić. Będą z nami żoł­nie­rze. Poza tym naj­pierw musimy potwier­dzić skład atmos­fery. Zanim wylą­du­jemy na powierzchni, minie dobre kilka tygo­dni.

Zeng przyj­rzał się dokład­niej tej mło­dej ślicz­nej dziew­czy­nie. Prze­cież musiała wie­dzieć, że powrót na Ter­cję będzie moż­liwy dopiero za pięć dekad. Nie szkoda jej było życia? Nie chciała zało­żyć rodziny? Już miał ją o to zapy­tać, ale stwier­dził, że wypa­dłoby to wyjąt­kowo idio­tycz­nie. Nadia podzię­ko­wała z uśmie­chem i wstała z tacą od stołu. Pro­fe­sor odpo­wie­dział uprzej­mym gestem, ale gdy dziew­czyna ruszyła do wyj­ścia, nie mógł się powstrzy­mać, by nie popa­trzeć na jej ide­alne pośladki. Boże, zacho­wuję się jak stary pier­dziel - pomy­ślał zre­zy­gno­wany.

Nadia wró­ciła do swo­jej kabiny i wyj­rzała przez nie­wiel­kie okno. Na zewnątrz bez­kres kosmosu jarzył się miliar­dami gwiazd. Jej komm zawi­bro­wał i dziew­czyna ode­brała połą­cze­nie. Świa­tła w kabi­nie przy­ga­sły, poja­wiły się holo­gramy sena­tora Piera Casta­niego oraz szefa bez­pie­czeń­stwa Ter­cji Dmi­trija Abra­mowa, bar­dzo szczu­płego i niskiego męż­czy­zny z iro­nicz­nym uśmie­chem. Pozory cza­sem mocno mylą, bo Abra­mow był w isto­cie prze­bie­głym i bez­li­to­snym gra­czem.

- Udało się pani zbli­żyć do Zenga? - spy­tał Castani.

- Jesz­cze nie, sena­to­rze.

- Pro­szę się pospie­szyć - głos sena­tora był lodo­waty. - Nie mamy dużo czasu. Pro­szę pamię­tać, że szef eks­pe­dy­cji ma pełne prawo obwo­ła­nia się sena­to­rem na nowej pla­ne­cie.

- Ten debil gotów uda­wać tam Boga - par­sk­nął szef bez­pie­czeń­stwa.

- Oczy­wi­ście - odparła Nadia.

- Gdy tylko znaj­dzie­cie się na Medio­sie, będzie pani odpo­wie­dzialna za utwo­rze­nie przy­stani rejsu.

- Nie wie­dzia­łam, że takie są plany...

- Nie musi pani wie­dzieć o wszyst­kim - sena­tor wyraź­nie się znie­cier­pli­wił. - Nie możemy pozwo­lić na to, żeby pro­fe­sor Zeng rzą­dził tam przez 50 lat. Mamy na statku dru­giego czło­wieka, który zdo­łał zabez­pie­czyć mate­riały i wspól­nie z panią ustawi przy­stań.

- Mogę wie­dzieć kto to?

- Wszyst­kiego dowie się pani w swoim cza­sie. Pro­szę nas na bie­żąco infor­mo­wać o postę­pach.

- Tak jest.

Męż­czyźni bez słowa zakoń­czyli połą­cze­nie. Holo­gramy znik­nęły, a kabina znowu wypeł­niła się jasnym bla­skiem. Nadia usia­dła w fotelu i poczuła, jak żołą­dek kur­czy się jej ze stra­chu. Musieli mieć kogoś mło­dego, dla­tego wybrali ją jesz­cze przed ukoń­cze­niem aka­de­mii poli­cyj­nej. Począt­kowo wyda­wało jej się to wspa­niałą szpie­gow­ską przy­godą. Taką jak na fil­mach. Ale teraz nie była wcale pewna, czy pod­jęła dobrą decy­zję.

Rozdział II

1.

"Podróż­niku. To jest twój wielki dzień".

Borg prze­cią­gnął się pod aksa­mit­nym prze­ście­ra­dłem, sły­sząc ten ujmu­jący kobiecy głos. Nie miał poję­cia, z czego wyko­nano mate­rac, ale było to naj­wy­god­niej­sze łóżko, w jakim kie­dy­kol­wiek spał. Uniósł się na łok­ciu, prze­cie­ra­jąc oczy. W pomiesz­cze­niu było ciemno. Dopiero po chwili jedna ze ścian zaczęła robić się coraz bar­dziej prze­zro­czy­sta.

Na zewnątrz widział swój rodzinny dom w całej oka­za­ło­ści. Alfa razem z Infrą roz­świe­tlały powierzch­nię pla­nety. Poczuł łzy napły­wa­jące do oczu. Czy będzie mu jesz­cze dane kie­dy­kol­wiek wró­cić na Ter­cję? Czy powi­nien się wyco­fać? Czy w ogóle prze­wi­dziano taką moż­li­wość? Nagle poczuł się strasz­nie samotny.

Pomiesz­cze­nie zalał blask moc­nych dio­do­wych lamp. Drzwi po pra­wej stro­nie roz­su­nęły się bez­sze­lest­nie. Borg wstał i pod­szedł, by zaj­rzeć tam z cie­ka­wo­ścią. Była to łazienka ośle­pia­jąca chi­rur­giczną bielą wystroju.

"Podróż­niku. Pro­szę cię o zasto­so­wa­nie się do instruk­cji. To nie­zbędne, by udać się w rejs".

Borg nie­zwłocz­nie wszedł do łazienki, ale drgnął, gdy drzwi się za nim zamknęły. Dopiero teraz zauwa­żył ze zdzi­wie­niem, że z jego nad­garstka znik­nął komm. Kto i kiedy mu go zdjął? Uświa­do­mił sobie, że na pod­ło­dze obok łóżka nie było też ubrań. A prze­cież to tam je rzu­cił, gdy kładł się spać. W ścia­nie uchy­liła się klapka, znów zabrzmiał zmy­słowy głos:

"Podróż­niku. Pozbądź się swo­jej gar­de­roby".

Naj­wy­raź­niej cho­dzi im o moje gacie - pomy­ślał Borg. Wes­tchnął, zdjął i wrzu­cił je do otworu, który natych­miast ponow­nie się zaśle­pił. Pro­jek­tor zain­sta­lo­wany w lustrze wyświe­tlał mu instruk­cje w for­mie tek­stu oraz obraz­ków. Naj­wy­raź­niej miał się dokład­nie umyć. Co oni myślą, że ja dziecko jestem?

Gdy tylko wszedł pod prysz­nic, z desz­czow­nicy samo­czyn­nie popły­nęła woda. Namy­dlił całe ciało, do wło­sów na gło­wie użył szam­ponu. Z instruk­cji wyni­kało, że było to szcze­gól­nie ważne. Tro­chę ina­czej to sobie wyobra­żał. Coś jak na tych przed­po­to­po­wych fil­mach. Wcho­dze­nie w nad­prze­strzeń czy jakoś tak. Gwiezdne wojny były uwa­żane za ultra­sta­roć, zwłasz­cza w dobie fil­mów i gier pozwa­la­ją­cych prak­tycz­nie uczest­ni­czyć w wymy­ślo­nych wyda­rze­niach. Ale on miał sen­ty­ment do tej pro­duk­cji.

Gdy spłu­kał z sie­bie mydliny, woda prze­stała lecieć, a z kolej­nego otworu w ścia­nie wysu­nął się zwi­nięty ręcz­nik. Borg wyszedł z kabiny i zaczął się wycie­rać, roz­ko­szu­jąc się mięk­ko­ścią tka­niny oraz jej zapa­chem. Potem zgod­nie z instruk­cją wrzu­cił ręcz­nik do tego samego otworu, w któ­rym wcze­śniej znik­nęły jego bok­serki. Spoj­rzał w lustro i doznał szoku.

- Co!? Co to jest!?

Zroz­pa­czo­nym gestem prze­je­chał dło­nią po gło­wie. Nie było śladu po gęstej czu­pry­nie, z któ­rej tak bar­dzo był dumny. Kom­plet­nie łysy, jak kolano. Nie było nawet szcze­ciny, nic. Jakby na gło­wie nie rósł mu ni­gdy nawet jeden włos!

"Podróż­niku. Te dzia­ła­nia są nie­zbędne. Nie oba­wiaj się. Włosy należą do wytwo­rów naskórka i pod­le­gają peł­nej rege­ne­ra­cji".

Borg zer­k­nął w górę, skąd - jak mu się wyda­wało - dobie­gał głos. Nie wie­dział, czy sztuczna inte­li­gen­cja sobie teraz z niego żar­tuje, czy nie. Umy­walka znik­nęła w ścia­nie, zamiast niej poja­wił się sto­lik z tacą pełną table­tek i dwiema szklan­kami wypeł­nio­nymi bia­łym pły­nem. Pro­jek­tor w lustrze ponow­nie ożył. Tym razem udzie­lano mu instruk­cji, w jakiej kolej­no­ści powi­nien zażyć pigułki oraz czym je popi­jać. Zro­zu­miał, że to miało być jego śnia­da­nie.

- Mam jeść na golasa w kiblu?!

"Podróż­niku. Pro­szę cię o zasto­so­wa­nie się do instruk­cji. To nie­zbędne, by udać się w rejs".

Mach­nął tylko ręką. Nie będzie się prze­cież sprze­czał z pro­gra­mem. Zaczął łykać pigułki w odpo­wied­niej kolej­no­ści, popi­ja­jąc je na zmianę pły­nami ze szkla­nek. Pierw­szy sma­ko­wał jak opony prze­mie­lone z zepsutą rybą i mocno prze­le­ża­łym grejp­fru­tem. Druga, nieco ciem­niej­sza sub­stan­cja, w smaku była podobna do pierw­szej, ale biło też od niej spa­lo­nym mię­sem. Po pro­stu śnia­da­nie mistrzów!

Zwal­czył odruch wymiotny, sto­lik z pustymi szklan­kami i tacą znik­nął po chwili w ścia­nie. Borg już miał spy­tać nie­cier­pli­wie co dalej, gdy zoba­czył, jak deska muszli klo­ze­to­wej unosi się bez­sze­lest­nie w górę. Ledwo zdą­żył. Prze­sie­dział na tro­nie dobre pół godziny. Potem znowu popro­szono go o dokładne umy­cie się. Gdy wyrzu­cił mokry ręcz­nik, drzwi roz­su­nęły się i świa­tło w łazience zga­sło.

W pomiesz­cze­niu z wido­kiem na Ter­cję nie było śladu po łóżku. Zamiast niego na środku stała kap­suła z czymś, co jed­no­znacz­nie przy­wo­dziło na myśl wypo­sa­że­nie sali chi­rur­gicz­nej. Kobiecy głos nie prze­ka­zał żad­nych instruk­cji. Nie musiał. Borg poło­żył się na stole i po chwili usły­szał sycze­nie pneu­ma­tycz­nych ramion. Robo­tyczne wysię­gniki zaczęły uwi­jać się nad nim, okle­ja­jąc go elek­tro­dami.

Gdy szklana cza­sza kap­suły zamknęła się nad nim z cichym szczęk­nię­ciem, poczuł nie­po­kój. Ale po ukłu­ciu w lewe ramię wszyst­kie lęki i wąt­pli­wo­ści odpły­nęły w nie­byt. Zdą­żył jesz­cze zoba­czyć, jak buczące koła ska­nera prze­su­wają się nad jego cia­łem, a potem usnął.

Elek­trody, pre­cy­zyj­nie przy­kle­jone do jego nagiej czaszki, zaczęły prze­sy­łać impulsy. Roboty pod­pięły cew­nik i kro­plówkę. Pasek postępu na ekra­nie u wez­gło­wia kap­suły drgnął deli­kat­nie, wyświe­tla­jąc pierw­szy pro­cent.

Skom­pli­ko­wana maszy­ne­ria roz­po­częła wyko­ny­wa­nie zada­nia. Pomiesz­cze­nie wypeł­niło bucze­nie oraz sycze­nie róż­no­ra­kich urzą­dzeń. Widoczna za szybą Ter­cja zmie­niała się w świe­tle zacho­dzą­cych i wscho­dzą­cych Alfy oraz Infry. Wresz­cie pasek postępu zamel­do­wał o wyko­na­niu zada­niu.

Mecha­niczne ramiona usu­nęły wszyst­kie elek­trody oraz rurki pod­pięte do ciała Borga. Po chwili w szczel­nej kap­sule buch­nął jasny pło­mień. Tem­pe­ra­tura szybko osią­gnęła apo­geum. Mimo żaro­od­por­nej powłoki powie­trze wokół drgało gwał­tow­nie. Po kilku minu­tach w kap­sule został tylko popiół. Wypeł­niło ją chłodne powie­trze, a mocna tur­bina wyssała ulotne resztki Ter­cja­nina. Urzą­dze­nie znowu było ste­ryl­nie czy­ste. Świa­tła zga­sły. Pomiesz­cze­nie roz­świe­tlała jedy­nie Infra, wychy­la­jąca się wła­śnie zza Ter­cji.

2.

Czuł do sie­bie obrzy­dze­nie. Ow­szem, było wspa­niale, ale teraz miał potęż­nego kaca. Rzecz jasna mógł jako antro­po­log zra­cjo­na­li­zo­wać swoje zacho­wa­nie. Prze­cież czło­wiek mimo wszystko należy do kró­le­stwa zwie­rząt. Ale coś, do cho­lery, jed­nak powinno nas od nich róż­nić! Nie­stety. Wyglą­dało na to, że albo pewne rze­czy były od nas sil­niej­sze, albo on był po pro­stu za słaby.

Pro­fe­sor Hu Zeng ode­rwał wzrok od sufitu kabiny i spoj­rzał w bok. Krę­cone włosy Nadii roz­sy­pały się na poduszce. Dziew­czyna miała lekko roz­chy­lone usta, a jej klatka pier­siowa uno­siła się w rytm spo­koj­nego odde­chu. Ciemne bro­dawki oto­czone były sze­ro­kimi aure­olami. Leżała nago, odrzu­ciw­szy koł­drę na bok. Uczony pod­niósł się na łok­ciu i zer­k­nął niżej. Na widok wąskiego, zgrab­nie wygo­lo­nego paska wło­sów prze­łknął ślinę. Mimo noc­nych akro­ba­cji znowu poczuł pod­nie­ce­nie. Uspo­kój się, ty stary capie, bo zej­dziesz na serce!

"Nowa wia­do­mość". Z opre­sji wyba­wił go głos auto­ma­tycz­nego asy­stenta.

Zeng wstał i wło­żył szla­frok, zawią­zu­jąc cia­sno pasek.

- Prze­czy­taj.

"Od porucz­nika Johna Dotkina: panie pro­fe­so­rze, w załą­cze­niu zdję­cia z RT-208".

- Wyświetl.

RT-208 był zaawan­so­wa­nym dro­nem, o wiele szyb­szym od ich statku. Okrą­żył wcze­śniej Mediosa, robiąc zdję­cia w wyso­kiej roz­dziel­czo­ści. Pro­jek­tor wyświe­tlił powięk­sze­nia foto­gra­fii w powie­trzu, a Zeng pod­szedł bli­żej i zmarsz­czył brwi. Zdję­cie przed­sta­wiało Mediosa takim, jaki widzieli 50 lat wcze­śniej. Prze­piękną pla­netę ogród, pokrytą lasami, przez które wiły się rzeki, zasi­la­jące gigan­tyczne wodo­spady. Ale pomię­dzy zie­lo­nymi obsza­rami wid­niały tereny sil­nie zur­ba­ni­zo­wane. Na pierw­szy rzut oka można było uznać, że archi­tek­tura jest o wiele bar­dziej zaawan­so­wana niż ta stwo­rzona przez Zie­mian na prze­strzeni ostat­nich kilku tysięcy lat.

- Było wspa­niale.

Poczuł jej oddech na uchu i naj­chęt­niej zapadłby się pod zie­mię. On, osiem­dzie­się­cio­letni pro­fe­sor, i ona, dwu­dzie­sto­pię­cio­let­nia stu­dentka. Mógłby jesz­cze się łudzić, że takie rze­czy można utrzy­mać w tajem­nicy. Ale znał prawdę. Wieść prze­to­czy się po statku niczym grzmot. Nikt nic nie powie, ale prawdę będzie mógł wyczy­tać z każ­dego spoj­rze­nia. Z każ­dego, nazna­czo­nego poli­to­wa­niem, uśmieszku.

- Dzię­kuję - nie zna­lazł lep­szej odpo­wie­dzi.

- Co to takiego?

Nadia usia­dła naprze­ciwko, owi­nięta koł­drą. Część mate­riału zsu­nęła się i wzrok Zenga zatrzy­mał się na peł­nej piersi dziew­czyny. Dok­to­raty, habi­li­ta­cje, prace naukowe podzi­wiane przez miliony ludzi oraz sześć­dzie­się­cio­letni doro­bek naukowy. A mnie roz­pra­szają cycki stu­dentki - pomy­ślał. Porażka.

- To zdję­cia z Mediosa.

- Mogę zoba­czyć?

- Pro­szę bar­dzo - prze­su­nął foto­gra­fie w jej kie­runku i cze­kał cier­pli­wie, aż wszyst­kie przej­rzy.

- Nie bar­dzo rozu­miem. Skąd ta archi­tek­tura?

- Też mnie to zdzi­wiło - pro­fe­sor dotknął kilka razy biurka, w któ­rym zato­piono ekran doty­kowy. Po chwili na blat zsu­nęły się nowe wydruki. - A to są zdję­cia z ostat­niego reko­ne­sansu.

- Czyli sprzed 50 lat? - spy­tała dla pew­no­ści, się­ga­jąc po foto­gra­fie.

- Tak.

Kusiło go, żeby dodać, że nawet wtedy był pięć lat star­szy od Nadii, ale ugryzł się w język. Co by to dało? Pod­ją­łeś decy­zję, więc teraz pij to piwo.

- Tutaj widać jedyne sfo­to­gra­fo­wane wów­czas kon­struk­cje.

- To jakaś pro­wi­zorka. Nawet nie wia­domo, czy to w ogóle są budynki.

- Zga­dzam się. Jed­nakże nie­re­alne jest, by jaka­kol­wiek cywi­li­za­cja uczy­niła tak duży postęp w tak krót­kim cza­sie. To jak­by­śmy mieli rewo­lu­cję neo­li­tyczną, a 50 lat póź­niej sil­niki odrzu­towe!

Nadia długo przy­pa­try­wała się kolej­nym zdję­ciom, porów­nu­jąc je ze sobą.

- Pro­fe­so­rze, pro­szę popa­trzeć tutaj.

- Bła­gam, po dzi­siej­szej nocy mów mi po imie­niu.

- Dobrze, Hu. Popatrz tutaj.

Zeng nachy­lił się nad biur­kiem i przy­pa­trzył wska­za­nemu przez dziew­czynę frag­men­towi.

- Na zdję­ciu sprzed 50 lat widać mały, biały kształt. Taki sam jest na nowych zdję­ciach. Tylko teraz bez tej całej leśnej osłony.

- To wygląda, jakby te zabu­do­wa­nia ist­niały wcze­śniej, tylko je masko­wano. Jakby ktoś wie­dział o naszej son­dzie.

- Ale po co ktoś miałby robić coś podob­nego?

Pro­fe­sor odchy­lił się na krze­śle, marsz­cząc czoło. A po chwili zro­zu­miał. Nadia musiała dojść do tego samego wnio­sku, bo zanim zdą­żył cokol­wiek powie­dzieć, usły­szał jej głos:

- Pułapka.

3.

Gdy tylko się obu­dził, zaczął krzy­czeć. Gło­śno i mocno. Ile tylko miał sił w czte­ro­pła­to­wych płu­cach. Krzyk szybko prze­ro­dził się w bole­sne wycie. To, że nie wie­dział, gdzie jest, nie sta­no­wiło pro­blemu. Przede wszyst­kim nie wie­dział, kim jest. A ta dziwna, prze­ra­ża­jąca nie­świa­do­mość wprost roz­sa­dzała mu czaszkę.

- Jak ci na imię? - usły­szał basowy głos.

- Nie wiem! - wykrzy­czał w prze­ra­że­niu.

- Spo­koj­nie.

Poczuł ukłu­cie w lewym i pra­wym przed­ra­mie­niu. Syk­nął z bólu, bo wstrzyk­nięta mik­stura wypeł­niła mu żyły palą­cym ogniem. Za to gdy spe­cy­fik dotarł do głowy, przy­niósł przy­jemny chłód, który zła­go­dził poczu­cie egzy­sten­cjal­nego lęku.

Otwo­rzył oczy i zdał sobie sprawę z tego, że stoi przed potęż­nym domem z bia­łego kamie­nia. Nad budyn­kiem rosły dwa potężne dęby, korze­nie oraz gałę­zie drzew opla­tały kon­struk­cję tak, że miej­scami kru­szyła się pod ich napo­rem.

Pchnął drew­niane drzwi i wszedł do środka. Tam, w głę­bo­kim fotelu, sie­działa Ter­cjanka. Uśmiech­nęła się do niego i pode­szła, by poca­ło­wać go w usta. Odwza­jem­nił poca­łu­nek. Wie­dział, że to jego żona. Jed­nakże z zaka­mar­ków jego pod­świa­do­mo­ści wybi­jał się fakt, że prze­cież on nie ma żony.

Kobieta pode­szła do dzie­cię­cego łóżeczka i wzięła na ręce nie­mowlę, które zaraz podała jemu. Spoj­rzał w dół i krzyk­nął ze stra­chu. W kocyku leżał kara­luch wiel­ko­ści dziecka. Wysu­wał do niego czułki, muskały mu skórę na policz­kach. Upu­ścił stwora na zie­mię, przy­du­sił go stopą. Kobieta zaczęła krzy­czeć, ale nie zwra­cał na nią uwagi. Porwał ze stołu nóż i wbił w odwłok kara­lucha.

Ter­cjanka zaszlo­chała i padła zemdlona na zie­mię. Popa­trzył na nią z nie­po­ko­jem, potem znów spoj­rzał pod nogi. Jak­żeż strasz­li­wie się pomy­lił! Na ziemi leżało z roz­pła­ta­nym brzu­chem ter­cjań­skie nie­mowlę. Chciał uciec, ale jakaś siła kazała mu tkwić bez ruchu. Jakby ktoś ste­ro­wał jego cia­łem.

Klęk­nął i zaczął wycią­gać jelita dziecka z rany, by po chwili sobie uświa­do­mić, że trzyma w dło­niach mózg. Nie mógł się powstrzy­mać i wbił zęby w gąb­cza­stą tkankę. Gdy skoń­czył jeść, wstał i pod­szedł do lustra. W odbi­ciu roz­po­znał twarz swego ojca.

Wygiął się gwał­tow­nie w łuk, prze­bu­dzony z kosz­mar­nego snu. Spadł z łóżka i zwy­mio­to­wał. Dygo­tał, wstrzą­sany tor­sjami, nie­po­wstrzy­ma­nymi dresz­czami oraz wspo­mnie­niem potwor­nego snu. Ale przy­naj­mniej wie­dział już, kim jest. Przy­po­mniał sobie. Borg!

Czy­jeś silne ramiona kładą go z powro­tem na łóżku. Nie może otwo­rzyć oczu. Ktoś roz­biera go, myje i zakłada mu świeże ubra­nie. Na koniec znowu roz­lega się spo­kojny, niski głos:

- Jak ci na imię?

- Borg.

- Czy ty to ty?

- Czy ja to ja?

Powtó­rzył pyta­nie i znowu poczuł prze­ra­że­nie. Lęk zalał go niczym silna fala przy­boju. Zaczął pła­kać, dopiero gdy ponow­nie poczuł ukłu­cia w przed­ra­mio­nach, z ulgą przy­wi­tał nad­cho­dzące uko­je­nie.

Tym razem sen był inny. Zdrowy, spo­kojny. Jak po cięż­kim dniu pracy na świe­żym powie­trzu. Zasłu­żony. Bez poczu­cia winy, bez prze­ra­że­nia. Gdy się obu­dził, zoba­czył, że jest pod­pięty pod ska­ner medyczny. Rozej­rzał się po wnę­trzu. Wystrój z jed­nej strony przy­po­mi­nał dawne statki Zie­mian, w któ­rych roz­po­czy­nano pod­bój kosmosu. Ale z dru­giej strony gdzie­nie­gdzie widać było ele­menty now­szych kon­struk­cji. Jakby pró­bo­wano uno­wo­cze­śnić sta­cję, jed­no­cze­śnie trzy­ma­jąc koszty w ryzach.

Kątem oka dostrzegł postać, więc obró­cił głowę. Zie­mia­nin dobie­gał sie­dem­dzie­siątki. Miał na sobie kre­mowy kom­bi­ne­zon, posi­wiałe gęste włosy zacze­sał na bok. Jego twarz wyglą­dała na surową, ale cie­płe nie­bie­skie oczy patrzyły ze zro­zu­mie­niem. Wzbu­dzał zaufa­nie. Jak dobry lekarz lub zdolny psy­cho­te­ra­peuta. To była twarz dobrego czło­wieka.

- Jak ci na imię? - spy­tał.

- Borg.

- Czy ty to ty?

Przez głowę Borga prze­le­ciał szybki stru­mień wspo­mnień. Waka­cje z tatą wśród ter­cjań­skich gej­ze­rów. Poja­wie­nie się na świe­cie młod­szej sio­stry. Roz­cięta stopa pod­czas gry w piłkę na plaży. Wiel­kie pro­te­sty edu­ka­cyjne, które spo­wo­do­wały, że Ter­cja­nom pozwo­lono na naukę w kla­sach razem z ziem­skimi dziećmi. Wresz­cie śmierć matki w dziw­nych, nie­wy­ja­śnio­nych oko­licz­no­ściach. Zapła­kany ojciec, który mu o tym mówi i tłu­ma­czy, że pewne rze­czy lepiej zosta­wić, prze­mil­czeć. Borg sły­szał, że Zie­mia­nie prze­ży­wają podobne krót­kie migawki chwilę przed śmier­cią lub innym dra­ma­tycz­nym wyda­rze­niem, ale on doświad­czył cze­goś takiego po raz pierw­szy. Za to pyta­nie nie budziło już w nim takiego lęku jak poprzed­nio.

- Tak. Ja to ja - odparł moc­nym gło­sem.

- Dosko­nale. Teraz coś zjedz.

Star­szy męż­czy­zna posta­wił przed Bor­giem tacę. Ten z zado­wo­le­niem zauwa­żył, że posi­łek róż­nił się od tego z przy­stani rejsu na orbi­cie Ter­cji. Świeże pie­czywo, pyszna, aro­ma­tyczna wędlina i jajka na beko­nie. Pochło­nął wszystko do ostat­niej okru­szynki. Nie pro­te­sto­wał, gdy męż­czy­zna podał mu kilka table­tek. Połknął je, popi­ja­jąc wodą.

- Jak masz na imię?

- Nie mam imie­nia. Nazy­wają mnie kusto­szem. Możesz się tak do mnie zwra­cać.

- Jak to, nie masz... - Borg urwał w pół zda­nia. - Nie­moż­liwe! Jesteś andro­idem?

- Zga­dza się.

Ter­cja­nin sły­szał o tych maszy­nach, które wyglą­dały i zacho­wy­wały się iden­tycz­nie jak ludzie. W pew­nym momen­cie Zie­mia­nie zabro­nili jed­nak pro­duk­cji urzą­dzeń tak wier­nie imi­tu­ją­cych czło­wieka. Podobno rodziło to wiele pro­ble­mów. Dla­tego 300 lat wcze­śniej wydano dekret, który zobo­wią­zy­wał pro­du­cen­tów do pro­jek­to­wa­nia robo­tów w taki spo­sób, by w każ­dym można było nie­za­wod­nie roz­po­znać maszynę.

- Czas na toa­letę - powie­dział kustosz.

Borg miał już odpo­wie­dzieć, że wcale mu się nie chce, ale zmie­nił zda­nie. Gdy android wska­zał mu drogę, szybko zamknął się w łazience. Po kilku minu­tach spu­ścił wodę i usły­szał głos kusto­sza docho­dzący zza drzwi:

- W szafce jest ręcz­nik, umyj się.

Pod­szedł do umy­walki i zamarł na chwilę w bez­ru­chu, wpa­trzony w swoje odbi­cie. Znowu miał gęstą czu­prynę. Przyj­rzał się twa­rzy. Teo­re­tycz­nie wszystko było na swoim miej­scu, ale wyglą­dała tro­chę dziw­nie. To samo wra­że­nie towa­rzy­szyło mu, gdy namy­dlał się pod prysz­ni­cem. Gdy wytarł się, zało­żył przy­go­to­wane ubra­nie i wyszedł z łazienki, wie­dział już, co jest nie tak.

- Nie mam pie­przy­ków - oznaj­mił.

- Oczy­wi­ście. Prze­cież to ciało jest jedy­nie kopią.

- Co takiego?

- Twoje pier­wotne ciało spło­nęło w przy­stani rejsu na orbi­cie Ter­cji.

- Nie rozu­miem.

- Ter­cja znaj­duje się w odle­gło­ści 14 lat świetl­nych od Ziemi. To ponad 130 bilio­nów kilo­me­trów. Nawet gdy­byś w mgnie­niu oka roz­pę­dził się do pręd­ko­ści świa­tła, czego twoje ciało oczy­wi­ście by nie wytrzy­mało, podróż trwa­łaby 14 lat.

- To jak się tu zna­la­złem?

- W ter­cjań­skiej przy­stani zeska­no­wano twoje ciało, a w naszej przy­go­to­walni odtwo­rzono. Twoje wspo­mnie­nia, cha­rak­ter, oso­bo­wość zostały wysłane poprzez sta­cje jako wiązka danych.

- Więc na Ter­cji minęło 14 lat, gdy ta wiązka tu leciała?

- Nie. Na Ter­cji jest teraz dzień przed tym, jak wygra­łeś loso­wa­nie.

- Jak to!? Prze­cież powie­dzia­łeś...

- Nie mamy na to czasu - prze­rwał mu kustosz. - Czas nie jest line­arny. Mimo że przez tysiąc­le­cia tak go postrze­gano. Zarówno na Ziemi, jak i na Ter­cji. Pamię­taj. Ty to ty.

- Ja to ja - powtó­rzył Borg.

- Były duże wąt­pli­wo­ści, czy prze­ży­jesz rejs. Naj­trud­niej­szym ele­men­tem podróży jest zako­rze­nie­nie się sta­rej świa­do­mo­ści w nowym ciele. Wszyst­kie wskaź­niki oraz testy, które prze­pro­wa­dzi­łem, wska­zują, że dobrze sobie pora­dzi­łeś. A teraz chodźmy.

Prze­szli do sąsied­niego pomiesz­cze­nia. Jedną ze ścian two­rzyły szyby umiesz­czone w ramach przy­po­mi­na­ją­cych swoją kon­struk­cją pla­ster miodu. Borg otwo­rzył usta ze zdzi­wie­nia i poczuł łzy napły­wa­jące do oczu. Roz­po­znał ją od razu. Była taka piękna. Połu­dniową pół­kulę przy­kry­wały gęste białe chmury, prze­rze­dza­jące się w oko­licy rów­nika. Widział olbrzy­mie poła­cie oce­anu i potężny pia­skowy kon­ty­nent. Chyba Afrykę, ale nie mógł być pewien. Zie­mia. Błę­kitna pla­neta. Raj­ski ogród.

Roz­legł się szum elek­trycz­nych sil­ni­ków i pod­łoga roz­su­nęła się, win­du­jąc do góry obłą kap­sułę. Kustosz otwo­rzył szklane drzwi. Wydo­był ze środka kom­bi­ne­zon i podał Bor­gowi, mówiąc:

- Włóż to. Pozwoli ci prze­trwać prze­cią­że­nia. Na Ziemi jest cał­ko­wity zakaz uży­wa­nia sil­ni­ków odrzu­to­wych czy kwan­to­wych. Dla­tego lądo­wa­nie będzie dosyć twarde.

Borg zało­żył kom­bi­ne­zon, a kustosz pomógł mu z butami, ręka­wi­cami i heł­mem. Po chwili sie­dział już w kap­sule. Android zamknął drzwi.

- Miło było cię poznać - krzyk­nął Borg, ale tam­ten w odpo­wie­dzi tylko się uśmiech­nął.

Kap­suła powę­dro­wała w dół, w trze­wia więk­szej kon­struk­cji. Świa­tło zga­sło, roz­legł się potężny huk oraz syk sprę­żo­nego powie­trza. Kap­suła wystrze­liła ze sta­cji w kie­runku Ziemi, szybko nabie­ra­jąc pręd­ko­ści.

Zaczął się bać, gdy pojazd wle­ciał w atmos­ferę. Cho­ciaż wewnątrz tem­pe­ra­tura się nie zmie­niła, widział, jak nos kap­suły robi się czer­wony od tar­cia. Cho­lerne dra­nie! Borg chciał trza­snąć pię­ścią w przej­rzy­ste drzwi. Mogli, powinni go uprze­dzić, jak ta podróż będzie wyglą­dać!

Co się ze mną dzieje - pomy­ślał ze zdu­mie­niem. - Dla­czego tak dziw­nie się czuję? Co to było?

Gniew, wście­kłość. To musiało być to! Tyle razy sły­szał o tych emo­cjach. Widział je też nie­jed­no­krot­nie u Zie­mian. Ale ni­gdy nie było mu dane ich prze­ży­wać. Aż do teraz.

Kap­suła prze­cięła górne war­stwy atmos­fery i szy­bo­wała nad nie­bie­ską taflą oce­anu. Po kilku minu­tach Borg zoba­czył ląd. Znał ten widok dosko­nale. Kie­dyś było tam jedno ze słyn­niej­szych miast na Ziemi. Teraz zupeł­nie odmie­nione w wyniku wielu dzia­łań rekul­ty­wa­cyj­nych. Pozbyto się budyn­ków, infra­struk­tury i przy­wró­cono ziemi jej pier­wotny wygląd z cza­sów przed wiel­kimi odkry­ciami geo­gra­ficz­nymi. Kie­dyś to mia­sto poło­żone nad oce­anem zwano Nowym Jor­kiem.

4.

Hu Zeng posta­no­wił skró­cić drogę na mostek, prze­cho­dząc przez ogród bota­niczny. Prze­szedł pomię­dzy potęż­nymi drze­wami, czę­ściowo odpo­wie­dzial­nymi za pro­duk­cję tlenu, by wyjść na roz­le­głą prze­strzeń pól upraw­nych. Nie­wiel­kie drony wisiały nad grząd­kami, pod­le­wa­jąc i pie­lę­gnu­jąc rośliny. Dzięki upra­wom załoga statku miała zapew­niony dostęp do świe­żych warzyw.

Nie chciał tra­cić czasu na roz­mowę przez komma. Wie­dział, że dowódca statku był twar­do­gło­wym woj­sko­wym i lepiej było zała­twiać takie sprawy w cztery oczy. Po kilku minu­tach mar­szu opu­ścił ogród bota­niczny, minął cen­trum medyczne i sta­nął przed drzwiami pro­wa­dzą­cymi na mostek. Dwóch żoł­nie­rzy pil­nu­ją­cych wej­ścia zatrzy­mało go gestem dłoni.

- Pro­fe­sor Hu Zeng do puł­kow­nika.

Jeden ze straż­ni­ków pod­su­nął mu bez słowa ter­mi­nal, by przy­ło­żył dłoń do ska­nera. Wiązka lasera znad drzwi zeska­no­wała siat­kówkę pro­fe­sora i po chwili jeden z żoł­nie­rzy zamel­do­wał do komma:

- Panie puł­kow­niku, pro­fe­sor Hu Zeng chce z panem poroz­ma­wiać.

Drzwi roz­su­nęły się z sykiem, uczony wszedł do śluzy bez­pie­czeń­stwa i zewnętrzne wrota się zamknęły. Prze­szedł przez ska­ner spraw­dza­jący, czy nie ma przy sobie broni. Wresz­cie mógł wejść do cen­trum dowo­dze­nia stat­kiem.

Przed­nią ścianę pomiesz­cze­nia sta­no­wiła potężna szyba. Na zewnątrz rosła w oczach pla­neta Medios. Sta­tek zbli­żał się szybko do celu. Puł­kow­nik Enroe stał na sta­no­wi­sku dowo­dze­nia i obser­wo­wał z kamienną twa­rzą swo­ich ludzi. Po lewej sie­dział zespół nawi­ga­cyjny, zło­żony z pię­ciu ofi­ce­rów. Na wprost trzech żoł­nie­rzy zaj­mo­wało się obser­wa­cją i obsługą kil­ku­dzie­się­ciu rada­rów oraz czuj­ni­ków. Naj­licz­niej­szy był zespół bojowy. Dzie­wię­ciu ludzi zaj­mu­ją­cych sta­no­wi­ska po pra­wej stro­nie.

- To bar­dzo miła wizyta - puł­kow­nik wło­żył wiele wysiłku w to, by pro­fe­sor nie miał wąt­pli­wo­ści, że to sar­kazm. - Ale za chwilę muszę posa­dzić 12 hek­ta­rów i milion ton w jakimś roz­sąd­nym miej­scu na tej pla­ne­cie. Pro­szę się więc stresz­czać.

- Niech pan na to zer­k­nie.

Zeng naci­snął przy­ci­ski na swoim kom­mie i w powie­trzu uka­zały się zdję­cia, które oglą­dał wcze­śniej w kaju­cie. Puł­kow­nik zmarsz­czył brwi i nie­chęt­nie zer­k­nął na foto­gra­fie Mediosa.

- Co to takiego?

- Medios. Pięć­dzie­siąt lat wstecz i teraz! To pułapka.

- Pan jest nie­po­ważny. Pułapka zasta­wiona na mię­dzy­sys­te­mowy sta­tek przez dzi­ku­sów z lepia­nek?

- To było tylko masko­wa­nie. Czy pan tego nie rozu­mie!?

Woj­skowy nie zdą­żył odpo­wie­dzieć, bo jeden z obser­wa­to­rów zamel­do­wał:

- Panie puł­kow­niku. Pięć obiek­tów opu­ściło atmos­ferę Mediosa. Kurs koli­zyjny. Sześć­dzie­siąt sekund do kon­taktu.

- Obraz.

Na tle szyby wyświe­tlono olbrzymi holo­gram. Zbli­ża­jące się obiekty kształ­tem przy­po­mi­nały smu­kłe ostrza z bul­wia­stymi wypust­kami po bokach. Jed­nak naj­dziw­niej­szy był mate­riał, z któ­rego zostały skon­stru­owane. Maszyna dowo­dzona przez puł­kow­nika Enroe była wyko­nana z kom­po­zytu, tytanu, alu­mi­nium oraz sta­rej dobrej stali. Nato­miast tamte wyglą­dały jakby powstały z drewna lub innej mate­rii orga­nicz­nej. Pro­fe­sor Hu Zeng mógłby się zało­żyć, że widział już podobne two­rzywo, ale teraz nie potra­fił sobie przy­po­mnieć gdzie i kiedy.

- Małe, szyb­kie, zwrotne - oce­nił puł­kow­nik. - Wyglą­dają jak myśliwce. Wysłać im uni­wer­salne ostrze­że­nie.

Ofi­ce­ro­wie rzu­cili się do swo­ich przy­rzą­dów, by wyko­nać roz­kaz, a pro­fe­sor Zeng uśmiech­nął się do sie­bie. Uni­wer­salne ostrze­że­nie sta­no­wiło wypra­co­wany przez naukow­ców prze­kaz, uwzględ­nia­jący naj­waż­niej­sze mecha­ni­zmy wszyst­kich zna­nych form komu­ni­ka­cji. Emi­to­wany na wszyst­kich czę­sto­tli­wo­ściach. Wisienką na tor­cie był załącz­nik do komu­ni­katu. Otóż w for­mu­ło­wa­niu ostrze­że­nia brali udział rów­nież woj­skowi, dla­tego koń­czył się kok­taj­lem poci­sków, wybu­cha­ją­cych w sąsiedz­twie ostrze­ga­nych.

Choć eks­plo­zja nastą­piła pomię­dzy obiek­tami z Mediosa, to te nie zmie­niły kursu.

- Trzy­dzie­ści sekund do kon­taktu!

- Sami tego chcieli! - wark­nął puł­kow­nik. - Spa­lić skur­wy­sy­nów!

Pro­fe­sor usiadł w jed­nym z foteli i ukrył na chwilę twarz w dło­niach. Dla­czego zosta­łem antro­po­lo­giem? Nie mogłem wybrać bota­niki? Drzewa i rośliny nie są głu­pie. Po pro­stu są. A czło­wiek? Pro­fe­sor wypro­sto­wał się, gdy poci­ski ich statku zostały zneu­tra­li­zo­wane przez nad­la­tu­jące obiekty. Po chwili pokład zadrżał gwał­tow­nie, a jeden z ofi­ce­rów nawi­ga­cyj­nych zamel­do­wał:

- Panie puł­kow­niku, stra­ci­li­śmy moc we wszyst­kich sil­ni­kach.

- Zosta­li­śmy oto­czeni przez jed­nostki z Mediosa - infor­mo­wał kolejny. - Wygląda na to, że teraz to one wyzna­czają nasz kurs.

Puł­kow­nik Bill Enroe, wraz z całym swoim stat­kiem, sunął w asy­ście obcych myśliw­ców w kie­runku Mediosa. Kolejni ofi­ce­ro­wie mel­do­wali o braku łącz­no­ści, awa­rii rada­rów, czuj­ni­ków oraz kamer zewnętrz­nych. Ze wszyst­kiego, czym dotąd dys­po­no­wali, został im zmysł wzroku. Mogli się gapić przez okno. Puł­kow­nik długo mil­czał, wresz­cie powie­dział:

- Panie pro­fe­so­rze. To chyba pułapka.

Uczony uśmiech­nął się kwa­śno. Nie sko­men­to­wał. Po co?

Rozdział III

1.

Komu­ni­kat na desce roz­dziel­czej ostrzegł o wypusz­cze­niu spa­do­chro­nów. Zgod­nie z instruk­cją Borg chwy­cił się uchwy­tów po obu stro­nach fotelu. Po chwili poczuł mocne szarp­nię­cie, które wypchnęło mu powie­trze z płuc. Kilka sekund póź­niej kap­suła opa­dała już wolno i dostoj­nie, hamo­wana przez trzy potężne spa­do­chro­nowe cza­sze.

Patrzył przez szybę z zacie­ka­wie­niem. Od razu roz­po­znał cha­rak­te­ry­styczne estu­arium. Nic dziw­nego, że przed tysią­cem lat posta­no­wiono zało­żyć tu mia­sto. Ukształ­to­wa­nie terenu sta­no­wiło natu­ralny port. Nic, tylko zbu­do­wać przy­stań i roz­po­cząć han­del.

Widział jak na dłoni błę­kitne wstęgi rzeki Hud­son oraz East River. Wyspę poło­żoną mię­dzy nimi kie­dyś nazy­wano Man­hat­ta­nem. Gdyby zja­wił się tu kil­ka­na­ście wie­ków wcze­śniej, zoba­czyłby gęstą infra­struk­turę z wie­żow­cami i ze sty­lo­wymi mostami, łączą­cymi brzegi rzek. Teraz widział tylko piasz­czy­ste plaże i zie­lone łąki. Nawet po daw­nej nazwie nie było śladu. Na cześć grupy ple­mion indiań­skich, do któ­rej nale­żeli pier­wot­nie zamiesz­ku­jący te tery­to­ria, wyspa nosiła teraz miano Algon­kin.

Wie­dział, że tu wszelka tech­no­lo­gia została zaka­zana. Nawet korzy­sta­nie z ener­gii sło­necz­nej. Ludzie żyli tak samo jak przed wie­kami, odrzu­ciw­szy zdo­by­cze nowo­cze­snej cywi­li­za­cji. Jedyny wyją­tek sta­no­wiły sytu­acje, w któ­rych komuś gro­ziła śmierć przed osiem­dzie­sią­tym rokiem życia. Nie­ważne, czy w wyniku urazu, czy cho­roby. Wtedy odsy­łano go pro­mem na leżącą na orbi­cie przy­stań rejsu, gdzie nie­szczę­śnik mógł sko­rzy­stać z kap­suły medycz­nej.

Borg uśmiech­nął się, widząc nie­wielką wysepkę na połu­dnie od Algon­kinu. Jedyna budowla, która prze­trwała dein­du­stria­li­za­cję. Sta­tua Wol­no­ści. Sym­bol swego czasu znany na całym świe­cie. Ogromny posąg przez stu­le­cia witał mary­na­rzy stat­ków zawi­ja­ją­cych do portu. Cie­kawe, czy pozwolą mu zoba­czyć ją z bli­ska?

Nagle kon­sola kap­suły roz­ja­rzyła się na czer­wono, wypluła komu­ni­kat o splą­ta­niu spa­do­chro­nów. Borg poczuł, jak kap­suła zaczyna wiro­wać wokół wła­snej osi w nie­kon­tro­lo­wa­nym kor­ko­ciągu. Pomarsz­czona powierzch­nia Zatoki Nowo­jor­skiej zbli­żała się w zawrot­nym tem­pie. Zaczęło mu się robić nie­do­brze. Zdą­żył jesz­cze zauwa­żyć, że kon­sola infor­muje o kata­pul­to­wa­niu, i krzyk­nął:

- Nie! Tylko nie kata­pulta!

Osłona kap­suły wystrze­liła z sykiem, potężna siła wyrzu­ciła Borga na zewnątrz. Kom­bi­ne­zon napom­po­wał komory powietrzne, mające chro­nić go przed upad­kiem. Kap­suła po krót­kiej chwili z hukiem ude­rzyła w taflę wody poni­żej. On obra­cał się bez­rad­nie w powie­trzu, dopóki pojem­nik ze sprę­żo­nym gazem nie uwol­nił ładunku, spo­wal­nia­jąc upa­dek tak, by lądo­wa­nie było tak mięk­kie, jak to moż­liwe.

Mimo wszystko poczuł potworny ból, gdy runął w wodę. Więk­szość komór poroz­ry­wała się, amor­ty­zu­jąc ude­rze­nie. Na szczę­ście nie stra­cił przy­tom­no­ści. Do hełmu dostała się jed­nak woda, zale­wa­jąc mu usta. Od brzegu Liberty Island dzie­liło go nie­całe 100 metrów. Był tylko jeden pro­blem. Borg nie umiał pły­wać.

Ter­cja­nie w prze­wa­ża­ją­cej więk­szo­ści trud­nili się rybac­twem. Wodę darzyli nabożną czcią, a mor­ska toń napa­wała ich lękiem. Dopiero przy­jazd Zie­mian uświa­do­mił im, że czło­wiek może uno­sić się na wodzie niczym łodzie uży­wane do połowu. Nie­stety, Borg, jak jego ojciec i dzia­dek, był tra­dy­cjo­na­li­stą. Wie­rzył, że dla Ter­cja­nina, podob­nie zresztą jak Zie­mianina, natu­ral­nym śro­do­wi­skiem jest ląd i tego nale­żało się trzy­mać.

Zerwał hełm. Pró­bo­wał utrzy­mać głowę nad powierzch­nią, macha­jąc gwał­tow­nie rękoma. Stra­te­gia ta spraw­dzała się przez sekundę, dwie, jed­nak po chwili znowu szedł pod wodę. Wtedy jesz­cze szyb­ciej i moc­niej prze­bie­rał rękoma. Jed­nak nie­wiele to dało. Czuł, że szybko traci siły, a kolejne zachły­śnię­cia wodą jesz­cze pogar­szały sprawę. Ogar­nęła go panika, gdy uświa­do­mił sobie strasz­liwą prawdę. Ja tonę - pomy­ślał. - Umie­ram!

Bra­ko­wało mu tlenu. Połknął sporo mor­skiej wody i w ostat­nim, panicz­nym odru­chu mach­nął jesz­cze kilka razy ramio­nami. Wtedy poczuł, że jego dło­nie tra­fiły na coś twar­dego. Odrzu­coną przez kap­sułę osłonę. Wczoł­gał się na ele­ment, który uno­sił się na wodzie niczym przej­rzy­sta, chy­bo­tliwa łódź. Przez krótką chwilę był prze­ko­nany, że pój­dzie na dno pod jego cię­ża­rem, ale nic takiego się nie stało.

Gdy tylko tro­chę odpo­czął, zsu­nął nogi do wody i zaczął nimi machać, kie­ru­jąc swoją pro­wi­zo­ryczną tra­twę w kie­runku wyspy, na któ­rej wzno­siła się dum­nie Sta­tua Wol­no­ści. W podobny spo­sób ste­ro­wano nie­gdyś łodziami rybac­kimi na Ter­cji. Umiesz­czone z tyłu wio­sło słu­żyło zarówno do obie­ra­nia kursu, jak i napę­dza­nia kon­struk­cji.

Pod­pły­nął tak bli­sko brzegu, jak to tylko było moż­liwe. Zsu­nął się z osłony i z ulgą poczuł pod sto­pami dno. Wyszedł na piasz­czy­sty brzeg i nie­mal od razu opadł na czwo­raka. Był wyczer­pany, prze­ra­żony i obo­lały. Posu­wał się jed­nak w takiej pozy­cji, chcąc się jak naj­bar­dziej odda­lić od zdra­dli­wej wody. Coś ści­snęło go w klatce pier­sio­wej i zaczął gwał­tow­nie wymio­to­wać słoną wodą. A potem zemdlał.

2.

Nadia krę­ciła się nie­spo­koj­nie po kabi­nie. Zdą­żyła się dowie­dzieć od Zenga, że ich sta­tek badaw­czy wpadł w pułapkę i teraz, pozba­wiony napędu, ścią­gany był w kie­runku Mediosa przez wro­gie myśliwce.

Przez ostat­nią godzinę pró­bo­wała połą­czyć się z sena­to­rem Casta­nim za pomocą spe­cjal­nego pro­to­kołu, wgra­nego do jej komma. Ale nic z tego nie wyszło. Nie wie­działa, czy może dla­tego, że znaj­do­wali się już za daleko, czy też statki z Mediosa w jakiś spo­sób blo­ko­wały sygnał.

Castani i szef bez­pie­czeń­stwa Ter­cji wspo­mi­nali o dru­gim agen­cie na pokła­dzie. Mieli razem usta­wić przy­stań rejsu na Medio­sie, tyle że nie wie­działa, nie­stety, kto to był. Znowu zaczęła żało­wać, że pod­jęła się tego zada­nia. Naj­gor­sze było to, że nawet nie znała wszyst­kich szcze­gó­łów. W końcu kim tak wła­ści­wie była? Led­wie kochanką szefa eks­pe­dy­cji. Wła­śnie. Led­wie czy aż? Wycią­gnie wszystko z tego sta­rego pier­dziela w łóżku! Uśmiech­nęła się z satys­fak­cją do swego odbi­cia w szy­bie. Za oknem widać było Mediosa w całej oka­za­ło­ści. Zbli­żali się.

Pro­fe­sor Hu Zeng został z puł­kow­ni­kiem na mostku, sły­szał więc dosko­nale, jak jeden z ofi­ce­rów nawi­ga­cyj­nych zamel­do­wał:

- Wcho­dzimy w atmos­ferę.

Pomy­ślał wów­czas, że "atmos­fera" może nie być do końca upraw­nioną nazwą. Wcze­śniej­sze bada­nia wyka­zały, że powłoka gazowa Mediosa różni się od tej na Ziemi i Ter­cji. Na tych ostat­nich pla­ne­tach przy­cią­ga­nie spra­wiało, że war­stwy gazów utrzy­my­wały się bli­sko powierzchni. Dodat­kowo ich magne­tos­fery chro­niły przed wia­trami Słońca, Alfy czy Infry.

Z Medio­sem sprawa miała się tro­chę ina­czej i była dość zagad­kowa. Pla­netę ogrze­wał błę­kitny nad­ol­brzym, który znaj­do­wał się o wiele dalej niż gwiazdy Ziemi czy Ter­cji. Mimo to jego pro­mie­nio­wa­nie spra­wiało, że na Medio­sie kwi­tło życie. Na pokła­dzie mieli sondy, któ­rych prze­zna­cze­niem był lot w kie­runku błę­kit­nej gwiazdy i jej szcze­gó­łowe bada­nia.

Sta­tek wpadł w silne wibra­cje. Spo­dzie­wali się oczy­wi­ście tar­cia i w następ­stwie wzro­stu tem­pe­ra­tury osłon statku, co zawsze towa­rzy­szyło prze­cho­dze­niu przez powłoki gazowe Ziemi lub Ter­cji, tutaj jed­nak miało się nie­zwy­kłe wra­że­nie, że sta­tek przy­spie­szył, jakby zasy­sało go do Mediosa. Za szybą roz­ja­rzyły się wie­lo­ko­lo­rowe wstęgi, przy­po­mi­na­jące ziem­ską zorzę polarną.

W końcu drga­nia ustały i zoba­czyli przed sobą białe obłoki, odbi­ja­jące nie­bie­ską poświatę dale­kiej błę­kit­nej gwiazdy. Gdy prze­bili się przez war­stwę chmur, ujrzeli gigan­tyczne mia­sto. Zarówno pro­fe­sor, jak i puł­kow­nik otwo­rzyli usta ze zdzi­wie­nia.

Gęsta zabu­dowa robiła wra­że­nie. Nawet w okre­sie naj­więk­szego roz­kwitu na Ziemi i Ter­cji ludzie nie zdo­łali stwo­rzyć cze­goś takiego. Las budyn­ków roz­cią­gał się na gigan­tycz­nej powierzchni. Gdy się zbli­żyli, zro­zu­mieli, że budynki cią­gną się kilo­me­trami w dół, two­rząc skom­pli­ko­wane wąwozy.

- Cie­kawe, ile stwo­rów czy innych robali zamiesz­kuje taką metro­po­lię - powie­dział puł­kow­nik Enroe. - Miliard? Dwa?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki