Gala-Dali - Carmen Domingo

-
Proszę czekać

 

Głupiec Wszystkie drogi są moją ścieżką

Zamek w Púbol, 1980

Czasami dzieci przeszkadzają. Nie potrzebujesz ich mieć przy sobie. Wolałabyś nawet ich nie mieć. Dlaczego? Kto to wie. Są rzeczy, które przemijają. Wrażenia, które nachodzą cię bezwiednie, a jednak nie możesz ich uniknąć, a potem, jak gdyby nigdy się nie narodziły, znikają z twoich myśli na lata. Wymazujesz je ze wspomnień. Wracasz. Wyjeżdżasz. Podróżujesz. Żyjesz bez nich swoim życiem, pełnym od początku aż po kres, kierując się wyłącznie własnymi instynktami i pragnieniami. Aż pewnego dnia, nagle, kiedy już od lat o tym nie myślisz, ktoś przypomina ci, że owszem, kiedyś byłaś matką dziewczynki, i wówczas krzyczysz: "Niech nie wchodzi do mojego zamku! Nie chcę jej widzieć!".

Nauczyłam się uciekać od jej wspominania. Uwierzyłam nawet, że nigdy nie istniała. I żyłam szczęśliwie przez wiele lat. Czy tak trudno zrozumieć, że chciałam przeżyć życie po swojemu? Że chciałam odpocząć, oddalić się od innych, by spełnić swoje marzenia? By zrealizować pragnienia? Że nigdy nie chciałam być matką? Jeśli coś z latami stało się dla mnie jasne, to właśnie to, że nie potrzebowałam płaczów córki, co do której nie miałam poczucia, że to moje dziecko, nawet w chwili jej narodzin. Z czasem zrozumiałam również, że nie potrzebuję towarzystwa starego dekadenta z trudem zdobywającego się na odwagę, by wyjść z domu bez mojego pozwolenia, a pod koniec życia obsesyjnie ogarniętego swoimi dziwactwami - zniedołężniały staruch, który nie miał już ze mną nic wspólnego.

Bliskość, a zwłaszcza zażyłość osłabiają namiętności. A płomień miłości należy stale rozpalać czymś nowym, nieoczekiwanym, zaskakującym, niespodziewanym i chciałabym dalej tak żyć, oddalić się od przeszłości. Dlatego przyjechałam do Púbol. Pamiętam, że wyznałam to pewnemu dziennikarzowi w jednym z ostatnich wywiadów, jaki ze mną przeprowadzono, całkiem niedawno. Nie mówiłam o Salvadorze, ale o moich amerykańskich eskapadach. Jednak dziennikarz uparł się, żeby pytać o niego.

Malarz?

Geniusz?

Człowiek?

Co mnie obchodziły dziwactwa starego impotenta? Skąd miałam wiedzieć, co wtedy robił? Zapewne był w domu, otoczony kilkunastoma młodocianymi gołowąsami, zdecydowanymi zrobić wszystko, by zyskać serdeczność kogoś, kto nadal uważał się za geniusza; a może stał przed tuzinem pustych płócien, gotów je podpisać, nie zważając na to, kto i co na nich namaluje za kilka tygodni. On sam nie miał już nic do powiedzenia, prawdę mówiąc, nigdy nie miał zbyt wiele. To ja, jako jedyna, miałam coś do przekazania światu, choć zawsze robiłam to ustami kogoś innego i pozostawałam na drugim planie. Naprawdę interesujące było to, co ja myślałam, robiłam lub pomagałam zrobić. Ile czasu musi upłynąć, żeby rolę muzy zaczęto cenić wyżej niż geniusza? Co jeszcze muszę udowodnić? Wpatrywałam się w redaktorka bacznie, z półuśmieszkiem, dając mu do zrozumienia, co zamierzam odpowiedzieć, ale też, co o nim myślę. Wówczas jeszcze sądziłam, że mogę wzbudzić zainteresowanie prasy, mężczyzn. Jak mogły nie zaciekawić go erotyczne fantazje kobiety dojrzałej, która potrafiła eksponować ciało i wykorzystywać je o wiele lepiej niż większość młodych dziewczyn, a na dodatek się tego nie wstydziła? Doskonale wiedziałam, że pociągam mężczyzn, i potrafiłam z tego korzystać. Opowiedziałam mu o tym, nie szczędząc szczegółów, lecz mi nie uwierzył, nie to spodziewał się usłyszeć. Patrzył na mnie wzrokiem sugerującym, że uważa mnie za fantazjującą starą babę i w końcu nie napisał ani słowa o naszej rozmowie.

Odtąd, kiedy dzwonią do mnie z jakiejś gazety, prosząc o wywiad, nawet nie odpowiadam. Nie zamierzam ich przekonywać o niczym. Czas minął. Teraz bywają dni, kiedy nawet ja sama nie potrafię odtworzyć wszystkich fantazji erotycznych, niegdyś tyle razy wprowadzanych w czyn, ani mężczyzn, z którymi to robiłam. Chociaż gdy zamykam oczy, nadal pamiętam objęcia, namiętne pocałunki, seks uprawiany godzinami na wszelkie sposoby, na jakie tylko pozwalała mi wyobraźnia, wieczory spędzane z Salvadorem, gdy opowiadałam mu o wszystkich pozycjach, w jakich kochałam się z innymi mężczyznami, a których on nigdy nie odważył się spróbować ze mną, całe dni spędzane z Paulem w łóżku, kiedy co i raz kochaliśmy się i w końcu padaliśmy wyczerpani, moje eskapady z Maxem, gdy zapominałam o całym świecie, potajemne spotkania z Johnem i tyloma innymi, pot tych młodych ciał, które z czasem zaczęły się pojawiać w moim łóżku, w miarę jak potrzebowałam nowych doświadczeń, darowujących mi tyle wieczorów niewyobrażalnej rozkoszy, a których używałam, by stworzyć dystans wobec dekadencji, jaką żyło się w Cadaqués... Setki, tysiące, miliony godzin seksu, rozkoszy, przenikającej wszystkie i każdy z osobna nerw mego ciała i pozostałej we mnie na zawsze. Dlatego teraz chcę być sama. Cieszyć się wspomnieniami i zamkiem w Púbol, gdzie tylko ja jeszcze wierzę, że pewnego dnia te przeżycia do mnie powrócą.

Tego ranka obudziłam się w swoim pokoju, wstałam i włożyłam ubranie - trzy czynności, które ostatnio naraz nie zdarzają mi się często. Jeszcze nie byłam uczesana ani nie skończyłam się malować. Włożyłam plisowaną spódnicę i tę marynarską bluzkę, która tak podobała się Salvadorowi, kiedy malował moje portrety, a która z czasem nieco pożółkła na ramionach. Związałam włosy czarną wstążką podarowaną mi przez Coco. Znowu czas... Siedząc przy toaletce i przyglądając się sobie, potwierdziłam to, co i wcześniej wiedziałam: moje ciało niewiele się zmieniło. Ściślej mówiąc - moje wymiary. Na jedno wychodzi! Tego dnia czekałam na przyjście Marty, żeby pomogła mi przy włosach, zawiązując kokardę starannie pośrodku, i pociągnęła mi wargi karminową szminką, co tyle razy robiłam sama, lecz teraz niepewność ręki odbierała moim ruchom precyzję. Właśnie patrzyłam w lustro, próbując podjąć decyzję, czy zostanę w bluzce, którą miałam na sobie, kiedy weszła podekscytowana Marta i powiedziała:

- Proszę pani, pani córka, Cécile, jest tutaj. Właśnie przyjechała! Z Paryża, żeby panią zobaczyć!

Wytrajkotała to rozanielona, z uśmiechem. Pewna, że będę równie szczęśliwa jak ona, gdy usłyszę tę wiadomość.

- Nie chcę wizyt - oświadczam i dodaję, płynnie zmieniając temat: - Musisz mnie uczesać i nieco poprawić mi twarz. - I dalej przyglądam się sobie w lustrze.

- Ale proszę pani... pani córka...

Ton Marty się zmienia. Rozczarowała ją moja odpowiedź. Jednak nie zamierzam ustąpić, choć sytuacja, przyznaję, jest dla mnie niezręczna i łatwiej byłoby mi skapitulować. Nie znoszę niespodzianek ani tego, by mi się sprzeciwiano we własnym domu, nie chcę jej widzieć. Nie ma o czym mówić.

- Ile razy mam to powtarzać? To mój zamek! Púbol jest mój i tylko mój i nie chcę tu nikogo! Tutaj wchodzi się tylko za zaproszeniem, a nie jestem w nastroju, żeby kogokolwiek zapraszać!

- Stoi w drzwiach - nalega przymilnym głosem Marta - od lat pani nie widziała.

W którą stronę mam patrzeć, by nie napotkać rzeczywistości? Które lustra zasłonić, by nie pokazywały upływu czasu? Ile fotografii podrzeć, by obraz z przeszłości nie został zapamiętany? W którym momencie zdecydować, że zatrzymam jedną na zawsze, by mieć przy sobie mój dawny obraz? Jak uciec od dni, miesięcy, lat, które mijają nieubłaganie, a w końcu zamieniają nas w upiorną maskę tego, kim byliśmy?

- Kiedy ją widzę, czuję się stara! Nie zniosę tego! Powiedz jej, żeby sobie poszła.

Jestem wściekła. Próbuję wstać z krzesła, lecz nie mam sił. Nie mogę uciec, choć chcę to zrobić, bo nie mam ochoty kontynuować tej rozmowy. Tysiące razy mówiłam służbie, żeby nie pozwalała nikomu wchodzić do zamku. Wiedzą o tym od chwili, gdy ich zatrudniłam. Wydałam jasne rozkazy. Ten warunek postawiłam również Salvadorowi, kiedy przyjęłam od niego Púbol w prezencie. Ani on, ani Cécile, ani nikt! Nie ma wyjątków od tej reguły. On i ona sprawiają, że czuję się stara, a ja nie znoszę starości. Teraz przeraża mnie tylko upływ czasu i nie chcę widzieć jego przemijania w innych.

Lubię być w moim zamku. Wstaję bez pośpiechu, spaceruję po ogrodzie, czytam, rozkładam tarota kilka razy dziennie... Tego ranka, patrząc w lustro toaletki, uśmiechnęłam się, dostrzegłszy z boku rosyjską ikonę, która towarzyszy mi od dzieciństwa. Nie pamiętałam, że ją tam postawiłam. Jak daleko pozostał Kazań od tego wszystkiego, a jednocześnie jak jest blisko, pomyślałam, gdy ją zobaczyłam! Dużo mnie to kosztowało, ale to osiągnęłam! Wyjechałam, żeby nie wrócić. Wymazałam również tę część mojego życia. Odkąd opuściłam Rosję, zaczęłam pozbywać się wszystkich wspomnień, o rodzeństwie, matce... ojcu. Uciekłam od wszystkiego i dzięki temu mogłam być sobą. Wspomnienia przeszkadzają iść naprzód. Trzeba być silnym, żeby je usunąć, nie pozwolić na to, by cokolwiek cię osłabiało, trzymać się mocno swoich planów i kroczyć przed siebie, nie oglądając się wstecz. I tak postępowałam przez całe życie. Lecz czas też płynął i zaczęłam czuć się zmęczona, mam w sobie mniej uporu i prawie żadnych planów. Nawet moje ręce, pomarszczone i upstrzone plamami, utraciły młodość, teraz sterczą mi przez skórę wszystkie kości. Już nie mogę się cofnąć. Czas płynie szybciej, niż to kiedyś sobie wyobrażałam. Myślałam, że go dogonię, ale nawet gdybym miała całe złoto świata, nie powstrzymam jego biegu. Dlatego chcę, żeby zostawili mnie samą. W spokoju. Dla innych czas może mijać, ale ja, ja jestem w Púbol i tu pozostanę, będę Galą na zawsze.

- To niesprawiedliwe - szepczę, odwracam wzrok od lustra i chwytam talię tarota. - To niesprawiedliwe... Co tutaj robi Cécile? Po co przyjechała? Powiedziałam już, że nie dam jej więcej ani centyma.

- Proszę pani, mówi, że dowiedziała się o pani chorobie i dlatego chciała panią zobaczyć.

- Mojej chorobie? Nie chcę, żeby ktokolwiek pamiętał mnie jako chorą staruszkę, bo nią nie jestem. Cécile jest jak jej ojciec, nie potrzebuje mojej pomocy, by iść naprzód.

- Proszę pani, to nie o to chodzi, ona panią kocha. Nie przyjechała, żeby o coś prosić. To pani córka... a pani jest jej matką...

Nagle, jakbym doznała objawienia, pojmuję, że jest odwrotnie, że przeszłość nie istnieje, że od tej chwili, od teraz będzie dla mnie tylko teraźniejszość. Tasuję energicznie stare karty, które towarzyszą mi, zda się, od zawsze. Nie odpowiadam Marcie. Nie patrzę na nią. Skupiam się na talii. Ale niepokoi mnie bardziej niż zazwyczaj, co tarot mi powie.

Wyciągam jedną kartę z talii.

To Głupiec.

Co za ironia, jedyny Wielki Arkan bez numeru, bez ograniczeń, który może robić i mówić, co chce. Tylko karty mnie rozumieją. Tylko z nimi powinnam się liczyć.

Głupiec, tak jak ja, idzie zdecydowanym krokiem, wsparty na kiju, nie wie, dokąd zmierza, nie krępują go więzi z czymkolwiek lub kimkolwiek, kieruje się boską zasadą twórczą. Idzie, idziemy przez ziemię, którą uświęcamy naszym przejściem. To robiłam przez całe życie. Co stałoby się z tymi wszystkimi, do których skierowałam swe kroki, by świat uznał ich wartość, gdybym nie odkryła ich drogi, nie wyznaczyła kierunku, gdybym nie poprowadziła ich za rękę aż do sukcesu? Ja, jedyna wizjonerka potrafiąca dostrzec w nich to, czego oni sami nawet sobie nie wyobrażali. Trafna karta mi wyszła!

- Proszę pani, Cécile nalega. Mówi, że będzie czekać, aż pani ją przyjmie. Siedzi na schodach przed drzwiami. Chce panią zobaczyć - mówi Marta niemal błagalnym tonem.

- Powiedz tej całej Cécile, że jeśli nie zniknie z Púbol, wezwę oddział Guardia Civil i oni zajmą się wyrzuceniem jej stąd. Moja córka od lat nie istnieje, nie wiem, kim jest - odpowiadam rozgniewana. - Lepiej... - Skupiam myśli na arkanie. Ja, jak Głupiec, idę zdecydowanym krokiem, nie mam więzi, poszukuję swojego przeznaczenia i muszę odnaleźć je sama, zawsze tak robiłam. Już nie pozostał nikt, komu trzeba by bardziej pomóc niż mnie. Moje życie nie kończy się tutaj, muszę iść dalej, wytyczać drogi innym... poszukiwać piękna... Cécile nadal mi zawadza.

Marta zbliża się do mnie, żeby wysłuchać tego, co jej powiem, albo spróbować mnie przekonać. Mogę wyczytać w jej oczach prośbę, żebym zmieniła zdanie. Odwracam się, zostawiając ją za sobą, i powoli, opierając się na meblach, podchodzę do jednej z komód stojących w pokoju, gdzie w pierwszej szufladzie trzymam drugą talię kart tarota, tę namalowaną przed laty przez Salvadora. To też zrobił dzięki mnie. Co on by wiedział o kartach wróżbiarskich, gdybym mu o nich nie opowiedziała? Ja, która rozkładam je raz po raz przed podjęciem decyzji. Chcę wyjąć którąś z nich, może tym razem odpowiedź będzie inna. Tasuję zręcznie karty, nauczyłam się tego w dzieciństwie, potrzebuję tylko wybrać jedną. Na jej widok uśmiecham się z goryczą. Taka sama jak ta przypadkowo wyjęta z marsylskiego tarota. Głupiec.

Przypadki nie istnieją.

- Przeklęty zramolały staruch. Nigdy nie umiał być sam - mruczę z niechęcią, patrząc na rysunek na karcie Salvadora, i pokazuję go Marcie, żeby zrozumiała moją irytację.

Już prawie o tym zapomniałam. W talii Salvadora Głupiec pojawia się w towarzystwie innej figury, swojego sobowtóra, bliźniaka, drugiego ja. Nie jest na karcie sam. Patrzę na nią z wściekłością, nie potrafię oderwać od niej oczu, i właśnie ta wściekłość powoduje, że drę ją na drobne kawałki, które spadają wokół mnie.

- Powiedz Cécile, że wyjechałam, że jestem w podróży, w Paryżu albo w Nowym Jorku... gdzie ci przyjdzie do głowy - odpowiadam wreszcie.

Marta patrzy na mnie i nic nie mówi. Wie, że naleganie na nic się zda. Na jej twarzy malują się smutek i zakłopotanie. Uważa, że jestem samotna, staję się coraz bardziej krucha i stara, a przyjaciele o mnie zapomnieli, więc zrobiłabym dobrze, gdybym w końcu zbliżyła się do zawsze trzymanej na dystans córki i spędziła z nią ostatnie lata życia. Wiem, że tak myśli. Ale nic z tego. Siły jeszcze mnie całkiem nie opuściły, moje ciało wciąż jest teraźniejszością, a nie przeszłością, śmierć nie stoi obok mnie, nadal codziennie otrzymuję listy od wielbicieli i dokładnie wiem, co mam dalej robić. Głupiec ma rację, działanie stwarza szansę na triumf, a mnie pozostało jeszcze wiele do zdobycia.

- Potrzebuję na chwilę się wyciągnąć. Ciało odwdzięczy się za odpoczynek - tłumaczę Marcie z pewną kokieterią.

Powłócząc nogami, znowu zmierzam w stronę łóżka, wcześniej zatrzymałam się jednak przed lustrem i naciągnęłam skórę twarzy, robiąc przy tym zdziwioną minę, by unieść powieki i na chwilę stworzyć iluzję, że skóra jest równie gładka jak wtedy, gdy przyjechałam do Europy.

- Nie patrz tak na mnie, kochana, moja twarz nie może już sobie pozwolić na ani jedną dodatkową zmarszczkę, a przeklęty chirurg nie zgadza się mnie znowu operować. Co on wie o moich potrzebach?

- Czy pani jeszcze czegoś sobie życzy? - pyta Marta i z tonu jej głosu wnioskuję, że zrozumiała, iż nie ma sensu nalegać dalej w sprawie Cécile.

- Marto, postanowiłam, że będzie lepiej, jak wyrzucisz wszystkie lustra - mówię.

- Lustra?

- Tak, wszystkie. Wolę zamiast nich fotografie, moje portrety, obrazy namalowane dla mnie przez Salvadora... To oczywiste, że ktoś te lustra przerobił, pokazują jakąś staruszkę, którą przecież nie jestem. Patrzę na nie i widzę tylko tę staruszkę, prześladuje mnie cały czas. Wolę, żeby zniknęła. To twarz śmierci i nie chcę mieć jej obok siebie.

* * *

Jakże byłoby ciekawie, gdyby tak postąpiła.

Gala całe swe istnienie poświęciła uciekaniu od przeszłości i życiu teraźniejszością, teraz jednak wymyśliła coś całkiem innego - postanowiła zatrzymać czas. Kto powiedział, że nie da się ingerować w jego bieg. Dla niej wszystko było możliwe, jeśli tak sobie postanowiła. Należało tylko usunąć lustra, zanim upływ lat zagnieździ się w jej duszy, a teraźniejszość w zamku obróci się przeciw niej. Bez wątpienia bardziej skuteczne jest zatrzymanie czasu, niż jego wymazanie. Lustra to więzienia czasu, a ona od dziecka walczyła o to, by być wolna. Na co jej one? Portrety, fotografie z dawnych lat pokazywały takie jej odbicia, jakich oczekiwała, jakie znała, wspominała i odczuwała jako własne, odzwierciedlające prawdziwą, dawniejszą Galę. Galę, która podróżowała, Galę, która sugerowała, Galę, która decydowała, Galę, która wymuszała, Galę, która negocjowała najkorzystniejsze ceny, Galę, która uprawiała seks niestrudzenie... i Galę, która czując się panią swojego losu, kierowała przeznaczeniem innych.

Lustro nie powtarza, nie odbija, w rzeczywistości podwaja, ale ona jest sama i nie potrzebuje sobowtórów w Púbol. Zamek jest ogromny. A ona, jego pani i właścicielka, nie ma kawalera, który by jej towarzyszył. Zapewne tak jest lepiej. Po prawdzie jej życie zawsze takie było, zawsze była sama. Lustro rozszczepia, pokazując to drugie ja. Salvador jest tylko czystym refleksem jej samej, jak był nim Paul i tylu innych przewijających się przez jej życie. Teraz jednak ucieka od odbić, od sobowtórów, tak samo jak ucieka od morza, od towarzystwa młodych i od tych błyszczących ciał, które niemal na stałe mieszkają w Port Lligat zwabione geniuszem Dalego. Ale teraz Salvador zadowala się robieniem teatralnych i napuszonych gestów, po to tylko, by zwrócić na siebie uwagę i zachować dawną sławę, cały wysiłek kierując na wymyślanie tysięcy ekscentryczności.

Nie, nie chce ich obok siebie. Nie chce nikogo. Chce żyć sama, powtarza, jak jedna z pierwszych mieszkanek zamku, dawno temu, w piętnastym stuleciu - Sancha, wdowa po baronie Gispercie de Campllong. Chciałaby ją poznać...

Chce być sama... w otoczeniu róż przypominających ogród, w którym spędzała letnie wakacje z rodziną, tam w Rosji. Teraz już wie, że nie potrzebuje towarzystwa ludzi. W tym momencie odwraca głowę niemal bezwiednie. Wydało jej się, że słyszy szmer, wspomnienie głosu ojca szepczącego jej słowa pożegnania na dworcu w Moskwie prawie siedemdziesiąt lat temu. To jednak tylko ulotne wspomnienie. Wkrótce Kazań znika na zawsze z jej umysłu i powraca do domu umarłych, gdzie zgromadziły się wszystkie zapomnienia jej życia, a ona ponownie tasuje karty, myśląc o dzisiaj, o jutrze...

 

I   Mag Dziś wszystko się zaczyna

Moskwa - Clavadel, 1913

- Będziesz sama przez pewien czas, ale wrócisz wyleczona. Płuca nie będą ci więcej dokuczać - zapewnił ją ojciec, Dymitr, tonem dalekim od dramatyzmu, potwierdzającym jednak doniosłość kroku, który właśnie miała zrobić.

Gala miała z Dymitrem dobry kontakt, nie tak jak z matką czy rodzeństwem, choć w rzeczywistości był tylko jej ojczymem. Ona jednak od początku traktowała go jak prawdziwego ojca. Jedynego ojca, jakiego znała, i jedynego mężczyznę, od którego przyjmowała rady, a zapewne i wymówki. Jego obecność wymazała z jej pamięci niejakiego Diakonowa, który, wiecznie pijany, co noc bił matkę, aż w końcu pewnego dnia pozostawił rodzinę własnemu losowi i więcej o nim nie usłyszeli. Wkrótce potem Dymitr Iljicz Gomberg wkroczył w życie Antoniny, matki Gali, oraz jej czworga dzieci, by w nim pozostać.

- Od dziecka... tak z nią jest od dziecka - rozpaczała matka, patrząc bezradnie na córkę i nie wiedząc, co jeszcze mogłaby zrobić.

- Może powinniśmy zabrać ją do szpitala centralnego.

I tak zrobili. Gala również była zmęczona ciągłym chorowaniem - stale musiała siedzieć w domu, ponieważ dusiła się przy każdym ruchu. Właśnie skończyła osiemnaście lat. Nie było miesiąca, w którym nie dochodziłoby do nawrotu pogłębiającego chorobę. Lekarze w Moskwie, po starannym jej zbadaniu, stwierdzili zmartwieni, że choroba płuc dziewczyny ewoluuje ku śmiertelnej gruźlicy, i uznali, że dla jej zdrowia najlepszy byłby wyjazd do Szwajcarii. Gdyby spędziła jakiś czas w sanatorium w Clavadel, niewątpliwie stan płuc znacznie by się polepszył.

- Pojedziesz sama - wytłumaczył jej ojciec. - Odbiorą cię na stacji.

- Nie martw się, nie będę sama. One pojadą ze mną - odpowiedziała pewnym głosem dziewczyna, wskazując na półki z ulubionymi książkami. - Będzie dobrze.

Powiedziała to z przekonaniem.

Książki od zawsze były jedynym towarzystwem, jakiego potrzebowała. Dorastała pośród nich, a także w otoczeniu poetów, malarzy i profesorów zaprzyjaźnionych z jej rodzicami... Odseparowana od chłopców i dziewcząt w jej wieku, cieszyła się z towarzystwa dorosłych, którzy stwarzali mniej komplikacji i wiedzieli, czego chcą... Podczas spotkań siadała z boku w salonie, by słuchać rozmów otwierających jej umysł na inny świat, o którym w końcu zamarzyła. Wtedy też, jeszcze w rodzinnym domu, zaczęła czytać powieści w odcinkach, poznawać Europę, podziwiać jej kulturę i śnić o cudownych dziewczynkach mieszkających gdzieś we Francji. Panny te miały loki, słuchały matek recytujących poezję i marzyły, żeby pojąć za męża kawalera, który uszczęśliwi je do końca życia. Wiedziała wprawdzie, że nigdy nie będzie taka jak one, ale chętnie zamieszkałaby tam, gdzie one żyły.

Przy okazji Gala odkryła przyjemność gładzenia książki, rozkosz przesuwania palcami po stronach, przyjemny zapach emanujący z okładki, nauczyła się też interpretować to, co między wierszami, a czego nawet sam poeta nie zamierzał powiedzieć. Nie, z książkami nie będzie miała czasu czuć się samotna. A także z innym z jej stałych towarzyszy - tarotem. Cokolwiek się stanie, z nimi będzie czuła się jak w domu. Chociaż nie wspomniała o tarocie, by oszczędzić sobie złośliwych uwag ze strony braci, którzy, kiedy tylko widzieli karty w jej rękach, zaraz nazywali ją wariatką.

* * *

Pierwszą przesiadkę miała w Landquart.

Ruszając w podróż, miała niewiele ponad osiemnaście lat i choć często fantazjowała w domu o wyjeździe z Rosji, po raz pierwszy poczuła się naprawdę wolna. O świcie, gdy po wielu godzinach jazdy przez Europę wysiadła w Zurychu z pociągu z Moskwy, luksusem wydało jej się, że siedzi w niewielkiej kawiarni na dworcu. Zanim przestąpiła jej próg, rozejrzała się dookoła, otulając się szczelnie etolą z czarnego futra dla ochrony przed zimnem, i dopiero upewniwszy się, że nikt jej nie obserwuje, weszła pewnym krokiem do lokalu.

Usiadła przy stole nakrytym białym obrusem i zamówiła u kelnera w długim fartuchu herbatę z mlekiem i grzanki. Czekając na zamówienie, spojrzała na zegar wiszący w sali i stwierdziła, że za niecałe dwie godziny odchodzi jej pociąg do Davos. To tam znajdował się cel jej podróży: szwajcarskie sanatorium Clavadel.

Gdy skończyła jeść śniadanie, przez okno pokazała na migi bagażowemu, żeby pomógł jej zanieść ciężką walizkę. Może pociąg został już podstawiony. Mężczyzna w uniformie i błękitnej czapce przyszedł szybko na wezwanie dziewczyny. Raźnym krokiem ruszył z ciężkim ładunkiem w stronę peronu, gdzie stał potężny pociąg alpejski, który niebawem miał ruszyć w drogę tunelami pełnymi hałasu i dymu. Niebawem byli w przedziale, gdzie bagażowy umieścił walizkę Gali na półce i skłonił przed pasażerką głowę, mrucząc coś po niemiecku i wyciągając rękę. Zrozumiała, o co mu chodzi, i zaczęła szukać w małej, czarnej torebce monet na napiwek, po czym upuściła pieniądze na dłoń mężczyzny tak, by jej nie dotknąć.

Ulokowawszy się w wagonie, spojrzała dookoła, szukając czegoś, na czym mogłaby zaczepić wzrok. Wprawdzie w przedziale byli już inni podróżni, ale żaden z nich nie wydał jej się zbytnio interesujący, zresztą i tak postanowiła unikać rozmów z nieznajomymi. W końcu wyjrzała przez okno, przy którym siedziała, trzymając futro złożone na kolanach. Ciężką karakułową etolą otuliła szyję, a małą torebkę mocno przycisnęła do piersi. I choć sama nie patrzyła na nikogo, wydawało jej się, że inni ją obserwują. Nie było to nowe wrażenie. Szczupła, o bardzo jasnej karnacji, bo oznaki choroby wyróżniały ją spośród innych dziewcząt w jej wieku, przyciągała zaskoczone spojrzenia. Ostry gwizd oznaczający odjazd pociągu przywrócił ją do rzeczywistości. Sapiące dudnienie potwierdziło, że maszyneria poszła w ruch. Gala spojrzała przez okno i zauważyła, że peron powoli ucieka do tyłu. Pociąg nabierał prędkości, w miarę jak oddalał się od dworca. Wkrótce miasto zastąpił pejzaż porośnięty czarnymi jodłami, pełen jezior i gór pokrytych śniegiem. Niekończące się krajobrazy przesuwały się za oknem, poprzedzając inne, jeszcze będące poza zasięgiem wzroku. Obrazy niekończące się nigdy, które potęgowały wrażenie nieskończonej wolności, jaką poczuła Gala, przybywszy na dworzec w Zurychu. Nigdy do tej pory nie widziała czegoś podobnego ani nie cieszyła się niezależnością.

Zaledwie trzy dni od rozpoczęcia podróży, chwilami zdającej się nie mieć końca, otworzyła się przed nią cała Europa, oferując możliwość zmiany życia. Nie wiedziała jeszcze wtedy, że ten pociąg utoruje drogę nowej Gali. A pejzaż zachowa w swojej pamięci na zawsze jako znak jej pierwszego triumfu i przemiany.

W Kazaniu nie było źle, ale jako prowincjonalna mieścina dla prostych ludzi nie oferował wiele. Nawet Moskwa jej nie wystarczała. Z ulicami przykrytymi śniegiem przez wiele miesięcy w roku, była miastem, po którym rzadko kto odważył się spacerować dla przyjemności, zmuszającym do życia w zamknięciu domu. Jej przeznaczenie stanowiła Europa, zrozumiała to wkrótce po przybyciu do Clavadel, choć i tam czuła w płucach lodowate powietrze. Po latach, gdy mieszkała już nad ciepłym Morzem Śródziemnym i słyszała, jak ktoś mówi o zimnie, uśmiechała się tylko milcząco. Zimno w śródziemnomorskim klimacie?! Nie wiedzieli, o czym mówią, tam w górach owszem, czuła zimno, ale to ono ją uleczyło i skierowało ku temu, co stało się jej nowym życiem w kraju, gdzie, jak marzyła o tym od dziecka, nigdy nie było śniegu na ulicach.

Zamknęła oczy i oparła policzek o szybę, wciąż mocno ściskając torebkę. Głowa kołysała się łagodnie w rytm stukotania pociągu, gdy wspominała rodziców. Antonina, przestraszona i wstrząśnięta wyjazdem córki, płakała przy pożegnaniu, bojąc się, że długa droga może zaszkodzić słabym płucom Gali i że już jej więcej nie zobaczy. Dymitr przeciwnie, nie lubił dramatyzować. Był pewien, że Gala wytrzyma trudy podróży, wiedział, że dojedzie bez szwanku i tak samo wróci. Objął ją tylko raz, by dodać jej otuchy, i wykorzystał ten moment, by wyszeptać do ucha radę powtarzaną tysiące razy:

- Wolnym, Galu, należy być wolnym. Powinniśmy mieć świadomość wolności, korzystać z niej, ponieważ daje ją nam Bóg i należy tylko do nas. Grzechem byłoby nie zrobić z niej użytku. Korzystaj z wolności, nie oglądając się na innych.

Gala uśmiechnęła się z wdzięcznością, przypominając sobie te słowa.

Zauważyła, że pociąg chwilami zwalnia, tam gdzie tor biegł serpentyną, mijając zabudowania. Miało się wrażenie, że nigdy nie dotrą do celu. Kołysanie ustawało, gdy pociąg się zatrzymywał. A robił to co chwilę na małych stacyjkach, na których podróżni wsiadali i wysiadali. Gala obserwowała ich z mimowolnego dystansu, jaki dawała okienna szyba. Nowi podróżni nie wydawali się chorzy, nie mogli dzielić z nią miejsca przeznaczenia. Poczuła silny ucisk w piersiach, przypominający jej, że choćby fantazjowała ile sił, nie przyjechała tu dla przyjemności, ale z pilnej potrzeby.

Kiedy dotarła do Davos, służący zabrał jej bagaże z pociągu. Gala podeszła przywitać się z pracownikiem sanatorium, który czekał przed dworcem, by zawieźć nową pacjentkę do celu tej podróży.

Sanatorium usytuowane na wysokości ponad tysiąca pięciuset metrów otaczał śnieg. Majestatyczna budowla miała cztery kondygnacje i z zewnątrz bardziej przypominała luksusowy hotel niż miejsce, gdzie żyło się w izolacji od świata, choć nie od gruźlicy. W tej chwili po niemal białym niebie nad gmachem, który miał być jej domem przez najbliższe dwa lata, przelatywały gawrony, tworząc fantasmagoryczny widok. Krakały, ostrzegając przed możliwymi zagrożeniami.

- Przepowiadacie śmierć! - krzyknęła do ptaków, grożąc im podniesioną pięścią na oczach zdumionego mężczyzny.

- Niestety, śmierć jest jedną z nielicznych rzeczy, które można wywróżyć w tym miejscu bez obawy pomyłki - stwierdził tamten zrezygnowanym tonem.

- Ale to nie będzie moja śmierć - odparła z przekonaniem i ruszyła dalej.

Pamiętała doskonale, że Sprawiedliwość była ostatnią kartą, którą wyciągnęła, gdy tego ranka rozłożyła tarota. W sanatorium czekało na nią zmartwychwstanie, była tego pewna, tarot się nie mylił. Dlatego nie zamierzała dać się nastraszyć ptakom, choć miała świadomość, że od lat wisi nad jej głową miecz Damoklesa, gotowy spaść w każdym momencie, wysuszając jej płuca na zawsze. Aż nazbyt dobrze wiedziała, że gawrony są ptakami złowróżbnymi, ale karty zapewniły ją, że wyjdzie z tej podróży wzmocniona, zwycięska. Nie zamierzała im wyjaśniać, ani nikomu innemu, że Cesarzowa, Koło Fortuny, Powściągliwość i Gwiazda potwierdziły to w tym samym rozdaniu. Nie było wątpliwości. Ten przyjazd odmieni jej życie.

W towarzystwie mężczyzny szła szeroką aleją prowadzącą do głównego wejścia do sanatorium. Idąc, myślała o opustoszałych krajobrazach, które tak znakomicie opisywali Tołstoj i Dostojewski. To był dobry pomysł pozostać w towarzystwie tych dwóch mistrzów.

Kiedy po dopełnieniu formalności niezbędnych do przyjęcia do sanatorium znalazła się wreszcie w swoim pokoju na drugim piętrze, zajęła się rozmieszczaniem wszystkich przedmiotów przywiezionych ze sobą, próbując zamienić nowe lokum w niewielką kopię własnego pokoju w Moskwie. Małe ikony podarowane jej przez matkę, książki pisarzy rosyjskich, ale również francuskich i podręczniki potrzebne do przygotowania się do egzaminów wstępnych na uniwersytet. Miała zamiar do nich przystąpić po powrocie z kuracji. Oprócz tego pluszowe maskotki, które w Moskwie zdobiły jej łóżko i które również zabrała do Clavadel, no i liczne sztuki materiału, z których zamierzała wykroić bluzki, a następnie wyhaftować je kolorowymi jedwabnymi nićmi w drobne geometryczne wzory.

Przez pierwsze dni spacerowała samotnie długimi sanatoryjnymi korytarzami, zaglądała do niektórych jeszcze pustych pokoi, sal wypoczynkowych, jadalni; poznawała budynek, ale trzymała się z dala od lekarzy, personelu pomocniczego i innych chorych. Nie czuła się wśród nich swobodnie. Dla lekarzy chorzy byli gruźlikami potrzebującymi wypoczynku, dla personelu zaś leniwymi bogaczami mogącymi sobie pozwolić na luksus spędzenia kilku miesięcy poza domem i królewskiego traktowania w płonnej nadziei uniknięcia śmierci, która w końcu i tak wszystkich dosięgnie. Dla chorych zaś, tamci byli tylko posłańcami złych wieści. Bo w sumie pacjenci tego przybytku, choć w istocie pochodzący z dobrze sytuowanych rodzin i wymagający absolutnego odpoczynku, wszyscy kaszlący - jedni sucho i głęboko, inni plując krwią - a wielu niemających szans na odzyskanie zdrowia, wszyscy oni marzyli, żeby wrócić do domu. Dlatego nowo przybyły, przekraczający po raz pierwszy progi sanatorium Clavadel, miał wrażenie, jakby zatrzymało się tu życie, próbując tak oszukać chorobę, by ta przeszła obok, nie skupiając się na nikim.

Dni płynęły ustalonym porządkiem, regulującym przepływ czasu, od śniadania po wizytę lekarza lub rozdzielanie poczty. Większość chorych zachowywała milczenie, patrzyli w pustkę, licząc na palcach dni, które pozostały im do powrotu do domu, w najlepszym razie z niewielkimi następstwami choroby.

- Musiałam wyjechać z domu, a mogłam to zrobić tylko sama. Nie obchodziło mnie, że będą na mnie patrzeć jak na chłopczycę z powodu mojej determinacji. Gruźlica okazała się doskonałym pretekstem do ucieczki - wyjaśniła Eug?ne'owi wkrótce po tym, jak poznała go w sanatorium.

Po raz pierwszy poczuła się na tyle dobrze w towarzystwie rówieśnika, żeby wyznać mu najbardziej sekretne lęki i zdradzić plany na przyszłość. Opowiadając o nich, nie wspomniała o poświęceniach, okazując siłę, jaka cechowała ją przez całe życie.

Ale ta rozmowa miała dopiero nadejść.

Wtedy jeszcze Gala nie znała Eug?ne'a Émila Paula Grindela. Miał siedemnaście lat, był o rok od niej młodszy i od kilku miesięcy przebywał w towarzystwie matki w Clavadel z powodu poważnych dolegliwości układu oddechowego. Był dość wysoki, miał wąskie ramiona i twarz o delikatnych rysach, co nadawało mu wygląd bezradnego młodziaka. Elegancki, zawsze z grubym aksamitnym szalikiem wokół szyi, by zimne powietrze nie dostawało mu się do gardła i schorowanych płuc, starał się wyglądać na starszego, niż był. W dniu, w którym po raz pierwszy zobaczył Galę powoli nadchodzącą z przeciwka długim sanatoryjnym korytarzem, poczuł, że serce bije mu szybciej, niemal rozsadzając pierś i odbierając mowę. Nigdy wcześniej nie czuł niczego podobnego. Początkowo wahał się, czy coś powiedzieć, w końcu podszedł i przywitał się, obdarowując ją swoim najpiękniejszym uśmiechem. Zrobił to z widoczną nieśmiałością. Wyniosła postawa dziewczyny sugerowała, że pragnie unikać kontaktu z chorymi, choć w rzeczywistości, nie mając przy sobie nikogo, czuła się niezwykle samotna.

- Jestem Eug?ne.

Gala zerknęła na niego, nie wiedząc, co powinna zrobić, więc choć czuła pokusę, żeby zatrzymać się i z nim porozmawiać, tylko skinęła głową w odpowiedzi.

Mogła wydawać się jeszcze jedną zwykłą chorą, ale on od razu wyczuł, że taką nie była, i to go w niej zainteresowało. Nawet nie przejął się gestem odrzucenia, który zakrawał na impertynencję. Wytłumaczył go sobie nieśmiałością, którą postanowił przełamać swoimi atutami poety.

- Nazywa się Jelena Dymitriewna Diakonowa, ale każe na siebie mówić Gala - wyjaśniła mu pielęgniarka.

- Dawno przyjechała? Skąd? Czy jej stan jest poważny? - zasypał ją pytaniami.

Pielęgniarka popatrzyła na niego z uśmiechem. Nie wolno jej było udzielać tego typu informacji, gdyż zasady obowiązujące personel sanatorium kazały strzec prywatności pacjentów, jednak dla tych młodych gotowa była nieco je nagiąć. W końcu może żadne z nich nie wróci do domu...

- Przyjechała z Moskwy, ale ponieważ nie mamy tu żadnych innych Rosjan, rozmawia z pacjentami po niemiecku.

- Po niemiecku? - powtórzył trochę zmartwiony.

- Choć zapewne zna francuski - dodała. - W pokoju ma pełno tomików francuskich poetów.

- Poetów... - rozjaśnił się, jakby smakując to słowo. - Poetów...

Gala była chuda. Miała kościste ramiona, wystające obojczyki, cienką szyję i szczupłą talię. Choć nie była ładna, zwracała uwagę swoim wyglądem; trudno było oderwać od niej wzrok. Zawsze chodziła z wysoko uniesioną głową, dzięki czemu sprawiała wrażenie wyższej. Kiedy widziało się, jak spaceruje, można by ją nazwać królową zimna, bo nigdy nie była opatulona. Jednak wszystko schodziło na drugi plan, gdy skupiło się uwagę na jej oczach. Ciemne jak agaty, płomienne, natarczywe... Ich spojrzenie uwiodło na zawsze młodego Eug?ne'a, który nieświadomie dał się schwytać tego dnia w zarzucone sieci.

Nawet po pewnym czasie ten młodzieniec o dużych i niezgrabnych dłoniach za każdym razem, gdy się do niej zwracał, nie przestawał nerwowo ich zacierać i splatać, pocąc się z wysiłku, by nie zdradzić, jak jest przejęty.

Codziennie w południe po obiedzie chorzy zbierali się w salach mieszczących się na parterze budynku. Wyciągnięci na leżakach ustawionych naprzeciw wielkich okien, przez które wpadało światło, wypoczywali, obserwując, jak mija czas. Jedni spali, inni czytali lub pisali, wszyscy milczeli, jak gdyby to odsuwało od nich gruźlicę. Gala siadywała z daleka od innych, nie przyłączała się do małych grupek towarzyskich, które tworzyły się niemal mimochodem, by zamienić parę słów. Nieliczni przypisywali to nieśmiałości, jednak większość już zaczęła ją nazywać wyniosłą Rosjanką.

Pewnego popołudnia po przyjściu do sali Gala zobaczyła Eug?ne'a leżącego na jednym z leżaków. Usiadła jak zwykle z daleka, lecz nie potrafiła się odprężyć i stwierdziła, że nadszedł odpowiedni moment, by odwzajemnić tamto powitanie.

- Czy mogę prosić o pióro i papier? - zwróciła się do pielęgniarki, kiedy ta podeszła z lekarstwami.

- Niech pani spróbuje zasnąć, wypocząć. Wydaje się pani dziś nieco pobudzona, odpoczynek jest ważny dla skuteczności leczenia - odpowiedziała tamta i razem z lekami podała jej drugi koc, myśląc, że może z powodu zimna dziewczyna chce poruszać rękami, by je rozgrzać.

Jednak przyczyną było nie zimno, lecz jej umysł, jej niepokoje. Nakłoniła pielęgniarkę do przyniesienia przyborów do napisania listu, który ułożyła w głowie i postanowiła, że dotrze do adresata. Wcześniej Gala próbowała przyłączyć się do innych chorych, ale mijały dni i żadna z rozrywek, jakie organizowano w sanatorium dla kuracjuszy, nie wydała się jej na tyle atrakcyjna, by dołączyć do którejś grupy. Jedni byli zbyt chorzy, drudzy zbyt starzy, inni z dalekich stron, lecz niemający nic interesującego do powiedzenia... Należało czegoś poszukać i Gala postanowiła, że tym czymś będzie Francuz. Popatrzyła ukradkiem na Eug?ne'a. On również nie wydawał się odpoczywać. Wyciągnięty na leżaku nieco dalej od niej, obracał nerwowo w ręce wieczne pióro, w skupieniu wpatrując się w strony czytanej książki.

- Kim jest ten młodzieniec? - spytała pielęgniarkę, mając nadzieję uzyskać jakieś konkretne informacje, i podziękowała uśmiechem za przyniesienie tego, o co prosiła.

- Nazywa się Eug?ne, to młody Francuz. Przyjechał tutaj z matką, która dodaje mu otuchy w trakcie kuracji - odpowiedziała natychmiast kobieta, potwierdzając to, co Gala przypuszczała, że chorzy, ich życie i śmierć są na ustach wszystkich. - Jeśli chce panienka wiedzieć, co o nim myślę, to jest pacjentem, który ma najbardziej zapełniony pokój, jaki kiedykolwiek widziałam - dodała, nachylając się, aby inni nie słyszeli.

- Zapełniony? - spytała zaintrygowana Rosjanka.

- Książkami, wszędzie ma książki, nawet na łóżku. I notatniki, mnóstwo notatników rozrzuconych po całym pokoju. Myślę, że uważa się za poetę.

Gala uśmiechnęła się i znowu spojrzała na młodzieńca. Szczupły, kruchy, blady chłopak, który wkrótce stanie się mężczyzną, wydał jej się teraz bardziej interesujący, choć nawet nie śmiał spojrzeć jej w oczy.

Kiedy pielęgniarka odeszła, Gala zajęła się pisaniem liściku na małej kartce papieru: "Portret młodocianego siedemnastoletniego poety. Triangulizm![1]".

Na rewersie przy użyciu trójkątów narysowała profil śpiącego Eug?ne'a. Dla Gali poezja była darem o wiele ważniejszym niż wszelkie inne, była sublimacją piękna. Kartka, podawana z rąk do rąk przez chorych, błyskawicznie dotarła do adresata.

"Co z tym młodocianym? Proszę o szybką odpowiedź!" - nabazgrał na kartce zaskoczony Eug?ne, przeczytawszy liścik, wciąż nie mając odwagi na nią spojrzeć.

"Kolacja dziś wieczór, pan i ja" - odpisała mu tylko i w tym momencie już wiedziała, że się z nim nie rozdzieli, że Eug?ne będzie jej pierwszym krokiem ku wolności, której tak pragnęła, jej drzwiami do Europy.

Chłopak zaakceptował jej polecenie bez wahania, jak miał odtąd robić to zawsze, ilekroć sobie tego życzyła.

"Pozostaję pani pokornym uczniem".

Postanowili nie poświęcać dalej ani chwili na myślenie, że może to być ich ostatnie Boże Narodzenie, tylko zająć się planowaniem nowego, wspólnego życia. Cieszyły ich te spotkania, które zrodziły wszystkie pożądania miłości, dostarczając ich ciałom nowych wrażeń.

- Karty tarota trzymały mnie przy życiu, dopóki nie spotkałam ciebie. W Moskwie Kochankowie i Mag potwierdzali mi stale, że postępuję prawidłowo, że mam poczekać, że młody mężczyzna zapuka do moich drzwi, zabierze mnie ze sobą i wyznaczy nasz wspólny los, a Cesarzowa zapewniła, że śmierć się oddali - wyznała mu kilka miesięcy później, przemilczając fakt, że Cesarzowa odnosiła się tylko do jej życia.

Eug?ne patrzył na nią urzeczony, przebiegał wzrokiem jej ciało, trzymał ją za ręce, pieścił ramiona, nie odważając się posunąć dalej. Widząc ich, można by rzec, że wystarczał im taki kontakt fizyczny, by zanurzać się w najbardziej namiętne relacje.

W tamtym czasie Gala ujawniła mu również swój wielki sekret - talię kart tarota przechowywanych w czerwonej torebce z aksamitu, które towarzyszyły jej w podróży z ojczystej Rosji i pomagały podejmować wszystkie decyzje.

I tak między pieszczotami a wróżbami, cielesnością a duchowością, zapominali, że śmierć unosiła się nad ich głowami i starali się wypełniać niekończące się godziny wypoczynku w sanatorium wspólnymi lekturami, rozmowami, wierszami, spacerami i flirtami. Spotkanie z Eug?ne'em obudziło w Gali uczucie do tej pory jej nieznane. Życie w Clavadel zyskało inny wymiar, widywali się codziennie, czekali na siebie, podążali swoim śladem, szukali się, brali się za ręce, patrzyli na siebie i udało im się znaleźć odpowiednią scenerię dla niewinnych zmysłowych igraszek, jasno ukazujących pośpiech, z jakim oboje żyli, byle nie myśleć o śmierci, która na nich czatuje.

- Chcę być poetą - zwierzył się jej Eug?ne pewnego dnia.

- Będziesz jednym z najlepszych - zapewniła bez wahania.

Młodzieniec nigdy nie spotkał nikogo, kto tak by w niego wierzył. I zaczął marzyć o tym, że pewnego dnia oboje staną się wolni i będą mogli żyć razem, z dala od tych białych pokoi z meblami w jasnych barwach i małymi balkonami oferującymi widok na blady zaśnieżony pejzaż, z dala od cotygodniowych prześwietleń rentgenowskich, codziennego mierzenia temperatury i sprawdzania stanu płuc przez lekarzy.

* * *

Byliśmy młodzi i niewinni. Wierzyliśmy i marzyliśmy na jawie. Marzenia nic nie kosztują. Bez marzeń nie można dojść dokądkolwiek. Dlatego zaczęłam wówczas marzyć. Dlatego mocno wierzyłam w to, co zamierzałam zrobić. Dlatego od tamtej chwili myślałam tylko o sobie.

* * *

Nie tracili ani minuty, kiedy tylko mogli, biegli poszukać jakiegoś odosobnienia, gdzie dzielili się swoimi marzeniami odseparowani od atmosfery wielkiego transatlantyku choroby, jakim jawiło się sanatorium. Nie słuchali koncertów fortepianowych organizowanych co niedzielę, nie uczestniczyli w herbatkach czy wspólnym piciu lemoniady ani w cotygodniowych konnych przejażdżkach, odrzucali zaproszenia innych chorych na karty czy na wymianę pocztowych znaczków. Nie mieli nawet ochoty pobawić się nowym wynalazkiem, który niedawno przywieziono do Clavadel - trójwymiarowym stereoskopem nadającym fotografiom dziwną głębię kojarzącą się z senną apatią sanatoryjnego życia. Chcieli tylko pieścić się, całować pospiesznie i niezręcznie, być razem i marzyć o jutrze, o ich jutrze.

Byli tylko oni.

Gala i Eug?ne.

Eug?ne i Gala.

I tak od zwierzeń i czytania na głos przeszli do pierwszych wierszy młodego poety Eug?ne'a dedykowanych jego muzie, a wraz z nimi do pierwszych poprawek, które sugerowała Gala.

Eug?ne był przyzwyczajony do poetyckiego ujmowania swojego życia, emocji, smutków i powiedzonek... ale do tej pory nie znał nikogo, kto, tak jak Gala, czytałby i rozumiał, co chciał przekazać w swoich wierszach. To ich ostatecznie połączyło. Młodzi, pełni wiary i zapału właściwych dla ich wieku, snuli plany wspólnego życia z dala od murów sanatorium, kiedy tylko dostaną karty wypisu.

* * *

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

1 Triangulizm - technika, w której trójkąt jest figurą, za której pomocą buduje się obrazy. Powstała na bazie filozoficznego przekonania o doskonałości tej figury geometrycznej (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).