Gajka i Jacek Kuroniowie - Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin

Reflow text when sidebars are open.
Jeśli ktoś myśli, że to historia o szczęśliwej miłości, ten się myli. Historia Jacka i Gajki Kuroniów jest wyjątkowo smutna. Pełna cierpienia, rozłąki i tęsknoty. Więcej w niej czekania niż wspólnego bycia. A mimo to nikt, kto ich choć raz razem widział, nie ma wątpliwości, że łączyło ich coś nieprzeciętnego. Że Jacek kochał Gajkę niezwykle. Że była ona największą miłością jego życia. A on był miłością i życiem Gajki.
Stworzyli związek, o którym do dziś snuje się opowieści. Trudny, pełen bólu, ale piękny i niezwykły. Jacek i Gaja - mąż i żona rewolucji, pierwsza para warszawskiej opozycji.
Henryk Wujec, opozycjonista, przyjaciel: - Były różne pary w opozycji i na ogół miały różne problemy wewnętrzne, były kłopoty, rozwody. A oni byli trwali.
Ludwika Wujec, żona Henryka: - Jak się mówi o parach, to byli oni, potem długo, długo nic i dopiero potem my i Romaszewscy.
Mirosław Sawicki, wychowanek walterowski, przyjaciel, działacz społeczny: - Byli parą wyjątkową. Ja chyba nie znam drugiej takiej, która potrafiła wybrać tak trudne życie w imię ideałów i utrzymać w tym wspólnotę, wzajemne wspieranie się.
Danuta Brukwicka, siostra Gajki: - Robili coś ważnego dla nas wszystkich, dla pokoleń, a przy tym znakomicie się rozumieli. Jacek działał, a Grażyna go wspierała. To jest szalenie ważne, żeby być zawsze przy tym, kogo się kocha. A ona była. Wszystko poświęcała dla niego. Zakochana. I to się nie zmieniało z biegiem lat.
Jacek Kuroń: "Najważniejsza jednak jest miłość. Miłość dwojga ludzi - kobiety i mężczyzny - na niej opierają się wszystkie inne i bez niej nie byłoby żadnej innej pozytywnej więzi".
"Moje całe życie jest w gruncie rzeczy tworzeniem przyjaźni, miłości, koleżeństwa w służbie wielkiej sprawy. To jest dla mojego życia najważniejsze".
"Robiłem te wszystkie rewolucje, żeby dziewczyny patrzyły na mnie z podziwem"1.
Pierwsza rewolucja - w Związku Młodzieży Polskiej. Jeszcze nie dla Gajki - poznają się w 1955 r., kiedy Jacek zostanie wyrzucony z aparatu organizacji. Do ZMP przyjął go Jerzy Wiatr opiekujący się z ramienia związku szkołami na Żoliborzu. Kuroń miał piętnaście lat i głowę naładowaną lekturami, które pożyczał z czytelni urządzonej w jednym z pokoi zarządu dzielnicowego ZMP. Karol Marks, Fryderyk Engels, Karl Kautsky. Chyba największe wrażenie zrobiło na nim "Państwo a rewolucja" Lenina. A w nim wizja jak ze snu: świat bez przemocy, zamiast policji i wojska robotnicza milicja, robotnicze rady delegatów zamiast opresyjnej władzy.
Koledzy z organizacji byli starsi i zdecydowanie mniej oczytani. Ale za to kim oni byli! Młodzi robotnicy z lumpenproletariackiego Marymontu. Ludzie z zapleśniałych ruder, szorstcy, dzicy, brudni. Dla Jacka byli żywym dowodem na cud - jeśli to właściwe słowo - który wydarzył się w Polsce. Oto robotnik mógł się tu wreszcie poczuć jak u siebie!
Oszołomiony, zapalczywy, pełen wiary. W domu, w swoim pokoju, Jacek powiesił na ścianie zdjęcie Stalina. "A po co ci ten palant?" - zdenerwował się ojciec. Ale syn się odciął: "Tak? Może powtórzysz to na UB? Starczy ci odwagi?".
W 1951 r. za odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne został uwięziony Władysław Gomułka. Towarzysze z partii, do której Jacek Kuroń już też należał, drapali się w głowę: skoro Wiesław okazał się wrogiem, to komu tu wierzyć? Młody Kuroń nie miał wątpliwości: nikomu z osobna nie trzeba wierzyć. Trzeba wierzyć partii. Jednak coś zaczęło zgrzytać. Do klarownego, pozytywnego obrazu świata bez opresji Jackowi nie pasowało to, co zaczął dostrzegać w ZMP. Że bez legitymacji związku nie ma co marzyć o studiach, że dawni żarliwcy z aparatu okazują się grubymi karierowiczami. Musiał to uzdrowić. Trzeba było naprawić system. W 1953 r. napisał sprawozdanie z działalności wychowawczej w ZMP. Opisał wszystko, co go boli. W dobrej wierze, żeby ratować ideały. Nie spotkał się ze zrozumieniem. Towarzysze zamiast się przebudzić, poczuli, że ich kolega oczernia organizację. Dali mu jednak szansę - jeśli napisze nową, prawdziwą, pozytywną ocenę i jeśli złoży w partii samokrytykę, wybaczą mu, że błądził. I tak Jacek wyleciał z ZMP i z PZPR, bo nie wykorzystał szansy.
Za co Gajka go kochała? Na pierwszy rzut oka trudno odgadnąć. Był niechlujny. Po domu chodził w slipach, gości czasami krępowało, kiedy się rozsiadł w tych slipach w fotelu. Trzeba mu było przypominać, że ma się ubrać, zmienić skarpetki, nie mlaskać przy jedzeniu. Koszulę miał zawsze rozchełstaną. Spodnie rozepchane. Buty rozdeptane. Nigdy nie nosił garnituru. Łysiał. Zęby miał pożółkłe od mocnej herbaty. Nawet Kazimierz Brandys dziwił się w "Miesiącach": "Co taki zachrypnięty buldożer robi z taką delikatną kobietą?".
A Gajka była piękna. Szczupła, grube ciemne włosy, wielkie brązowe oczy, smukłe nogi. Zwłaszcza nogi miała wyjątkowo zgrabne, dziewczyny przyłapywały swoich chłopaków, jak się w nie wgapiają. Nie miała w szafie modnych ciuchów, ale zawsze była zadbana. Rzucała czar. Miała w sobie spokój i ciepło, jakąś taką indiańską moc. Ludzie do niej lgnęli, czuli się przy niej bezpiecznie.
On ciągle palił. Wciąż go nie było. Zawsze miał ważniejsze sprawy. Zawsze w ogniu, zabiegany. Najpierw partia, harcerstwo. Potem wiece, protesty, dyskusje. Robotnicy, listy do, listy w obronie, przyjaciele. Więzienie, areszty, sprawa. Rewolucja. Zawsze coś, tylko nie dom. Nie przez przypadek jedno z dziecięcych wspomnień ich syna Maćka rozgrywa się na spotkaniu walczących w tamtych czasach ludzi. "Jako ośmioletni chłopak poszedłem razem z matką do jednego z salonów opozycyjnych. Na kanapie siedziały dwie ciotki rewolucji i na mój widok zaczęły szeptać. Nagle jedna z nich zdziwiona wykrzyknęła: "Tak?! To syn Kuronia i Modzelewskiego?!""2.
A Gajka była w Jacka wpatrzona. Nie narzekała, nie zrzędziła, nie kazała wybierać. Żyła tak, żeby on był szczęśliwy. Dla niego, jego życiem. Lubiła to, co on lubił, ceniła to, co on cenił; chciała tego, czego on, dążyła do tego, do czego on dążył. I czuła, że tak ma być.
Między Jackiem a Gajką zawsze było coś, co ludzie zazwyczaj czują do siebie na początku, a potem gdzieś gubią. Zakochanie, czułość, fascynacja? Oni do końca wyglądali tak, jakby wciąż przeżywali miesiąc miodowy. Brat Jacka, Andrzej, jeszcze z czasów harcerstwa walterowskiego nazywany przez wszystkich znajomych Felkiem, ma na ten temat własną teorię. Gajka i Jacek, według niego, nie mieli kiedy się sobą znudzić - skoro byli ze sobą dwadzieścia siedem lat, a siedem lat ich wspólnego życia Jacek przesiedział w kryminale, zatem był wciąż albo przed albo po zamknięciu. W dodatku kiedy akurat nie siedział, też z rzadka bywał w domu. A kiedy już był, to nie sam, bo zawsze ktoś przychodził.
Seweryn Blumsztajn, jeden z najbliższych przyjaciół Jacka i Gajki od czasów walterowskich: - Patrząc na tę historię z perspektywy Gajki, pamiętam więcej momentów, w których Jacka nie było, niż kiedy był. A nawet jak był, wówczas jego życie nabierało takiego tempa, że oni nie mieli czasu dla siebie. Ta rewolucja, która działa się wokół, w jakiejś mierze też Gajkę zostawiała na boku. Ona chodziła do pracy, ona zajmowała się Maćkiem. Oczywiście Jacek dużo wkładał w ich związek, gadał z Gajką, oczekiwał od niej opinii, potwierdzania miłości. Ale rewolucja była ważniejsza. Dominowała nad wszystkim.
Kiedy więc już tak się stało, że mogli być razem, chcieli się sobą nacieszyć.
- Nie wiadomo, jak by było, gdyby Jacek nie siedział - mówi przekornie Felek. - Oczywiście, że są małżeństwa, które kryminały rozdzielały, ale Jacek siedział dla sprawy, a Grażyna była żoną dla sprawy. Nie mogła się od niego odwrócić. A on jej potrzebował - dodaje.
Czułość. Gajka była gwiazdeczką, słoneczkiem, dziewczynką. Bez okazji w środku zwykłego dnia dostawała kwiaty. Romantyczny bukiet fiołków latem, ognista czerwona róża zimą. Na wiosnę bez ukradziony nocą z sąsiednich ogródków - Gajka budziła się wtedy w powodzi kwiatów. Jacek lubił okazywać uczucia jak wariat. Mówił, że kocha, i nie krępował się obecnością ludzi. Wręcz przeciwnie, wszyscy musieli wiedzieć, jak wielką czuje miłość. Okazując otwarcie uczucia, nie bał się posądzeń o nadmierną ckliwość. Wszystko z siebie wylewał, kiedy inne pary opozycyjne rozdzielało więzienie, pisały do siebie między wierszami, żeby nie dzielić się swoimi wyznaniami z ubekiem czytającym list.
Henryk Wujec na przykład pisząc do swojej Ludwiki, opowiadał o kwiatku, który znalazł na spacerniaku. Reszty trzeba było się domyślić: dla kogo ten kwiatek, o kim pomyślał, kiedy go znalazł, trzeba było doszukać się ukrytego sensu. W listach Jacka nie trzeba było niczego szukać, raczej odwracać oczy. O sprawach intymnych pisał wylewnie i z patosem, tak, jakby nie było żadnego ubeka, jakby stał przed Gają i deklamował tylko do niej. A ona, choć bardziej powściągliwa, podejmowała konwencję.
Gajka do Jacka, 31 lipca 1982 r.: "Mój cudowny, mój wspaniały, mój jedyny. Jeden jedyny na całym świecie. (...) żyjmy jak umiemy najpiękniej, dla siebie".
Jacek do Gajki, 13 listopada 1966: "Ty jesteś dla mnie wszystkie kobiety, moja mała dziewczynka, mój świat".
Gajka do Jacka, 11 czerwca 1977: "Razem, dosłownie, dodani do siebie, stanowimy pełną jednostkę ludzką, dwugłową, ale jedną. Bez Ciebie jestem okaleczona".
Jacek do Gajki, 5 czerwca 1977: "Kocham Ciebie i tak naprawdę tylko tą miłością żyję"3.
Gaja to imię wymyślone przez Jacka. Zanim się spotkali, była Grażyną Borucką. W 1955 pojechała z trzema szkolnymi przyjaciółkami do Wolina, na organizowane przez ZMP kolonie dla dzieci z biednych warszawskich przedmieść. Była pomocniczką wychowawcy. A Jacek był tam wychowawcą. A kolonie, zwane tak tylko oficjalnie, były jednym z pierwszych obozów walterowskich.
Walterowcy to kontrowersyjna legenda harcerstwa. Najbardziej komunistyczny z komunistycznych hufców. Nosili czerwone chusty i byli z nich dumni. Nie zamienili ich na inne nawet wtedy, kiedy w 1956 r. Wiktor Woroszylski opowiedział im o radzieckich czołgach w Budapeszcie. Nazwa hufca pochodziła od pseudonimu generała Karola "Waltera" Świerczewskiego, jednego z dowódców Brygad Narodowych w Hiszpanii. Według komunistycznej propagandy był mężnym bohaterem, "który się kulom nie kłaniał", według historyków - alkoholikiem, który po pijanemu narażał żołnierzy w straceńczych, brawurowych akcjach. Walterowcy znali oczywiście tę pierwszą legendę. Swoje ślubowanie harcerskie składali w Bieszczadach, przy kamieniu, przy którym ich patron zginął w 1947 r., oficjalnie - z rąk bandytów UPA.
Dla młodych ludzi żyjących legendą bohaterskiego generała ślubowanie było przeżyciem mistycznym. Po ciężkiej podróży zdezelowaną ciężarówką, po nocy spędzonej na sianie u Ukraińców albo Polaków w bieszczadzkiej wsi Jabłonki, koło Baligrodu wyludnionego po akcji "Wisła", w głuszy kompletnej, jaką były Bieszczady w latach 50., młodzi ludzie stawiali się przy tym kamieniu i ślubowali: "Generale Walterze, drużyna, która nosi Twoje imię, zgłasza swoją gotowość do walki o to, o co Ty walczyłeś i za co Ty poległeś". Andrzej Kuroń wspomina: "W scenerii wąskiej bieszczadzkiej polnej drogi i nieprzebytych lasów wkoło - to ślubowanie robiło na mnie wielkie wrażenie i było olbrzymim przeżyciem"4. Później słowa przysięgi zostały zmienione: "Przyrzekam sprawy zastępu stawiać ponad swoje sprawy, sprawy drużyny ponad sprawy zastępu, a idee komunizmu ponad wszystko".
Choć walterowcy byli czerwoni, byli też na cenzurowanym. Ich hufiec przestał istnieć, bo rozwiązały go władze partyjne w 1961 r. Część spośród ludzi, którzy stworzyli tę grupę, stała się w latach 60. i 70. trzonem antykomunistycznej opozycji.
Marek Kordos, walterowiec: - Z czasem żarliwi młodzi komuniści, jakimi byli walterowcy, stali się żarliwymi młodymi antykomunistami. Szczególnie dotyczy to pokolenia, które my, najstarsza kadra wychowywaliśmy, czyli rocznika 1946, Adasia Michnika, Sewka Blumsztajna. Starszych to raczej nie dotyczy. Nam nie odpowiada, jak mawia Karol Modzelewski, zamiana człowieka w kapitał ludzki.
Choć hufiec walterowski jest kojarzony głównie z czerwonymi chustami, najważniejsze były w nim zasady wychowawcze stworzone przez Jacka Kuronia i Jacka Garwackiego na podstawie tez sformułowanych w latach 30. przez radzieckiego pedagoga i twórcę koncepcji pionierstwa Anatona Makarenkę. Jego doktryna wychowawcza stała się normą obowiązującą w krajach obozu ZSRR. Radziecki myśliciel spisał ją w dziele "Poemat pedagogiczny". Jacek Kuroń przeczytał książkę, kiedy miał piętnaście lat, w 1949 r. Oczarowała go. Postanowił, że zostanie wychowawcą.
Makarenko mawiał: nie ma złej młodzieży, są źli wychowawcy. Zanim stał się autorem wielkiej teorii, prowadził placówki pedagogiczne dla "bezprizornych", czyli dzieci niczyich, osieroconych w wojnie domowej, włóczących się po całym ogromnym kraju. Był przekonany, że w kolektywnym działaniu w ludziach ujawniają się dobre cechy. W kolektywnym działaniu rośnie "nowy człowiek". Jacek Kuroń też właśnie prowadził kolonie dla dzieci często z biednych, trudnych rodzin. Poza teorią Makarenki interesował się jeszcze metodami twórcy skautingu Roberta Baden-Powella i tymi stworzonymi przez Janusza Korczaka. Z pomieszania tych zasad powstała konstytucja walterowców.
Harcerstwo na obozach nie ograniczało się do mundurków i apeli, jak bywało na obozach innych drużyn. Walterowców spajała wiara. Wierzyli w to, co robią.
"Walterowcy to nasz pomysł socjalistycznego wychowania, to znaczy takiego, w którym ludzie uczą się walczyć o sprawiedliwość społeczną i udział w rządzeniu dla każdego. Uznaliśmy, że metoda Makarenki najlepiej będzie służyć naszym celom. Zaprowadziliśmy demokrację dziecięcą w całym życiu obozowym"1.
Dzieci wykonywały zadania. Kadra wymyślała im takie cele, które mobilizowały do współdziałania całą drużynę. Zadanie zawsze nieznacznie przekraczało jej możliwości. Pierwsze zawsze było takie samo - budowa obozu.
Młodymi kierował dowódca, rówieśnik, którego same wybrały na jeden dzień. Mały dowódca każdemu bez wyjątku, bez hierarchii, wydawał polecenia, bo tylko w ten sposób mógł skutecznie organizować obozowe życie. "Chłoptaś sprzątający namiot wyrzucał z niego wszystkich, bez względu na to, jak ważni byli ci, którzy w nim zamieszkiwali". "Mała Marysia kazała mi poprawić obrane przeze mnie ziemniaki"1.
To nie była lukratywna posada. Dowódca nie miał przywilejów, tylko obowiązki. Posiłek zjadał ostatni, o ile coś zostało, bo pierwszeństwo mieli najmłodsi. A wieczorem był surowo rozliczany przez kolektyw. Dzieci uczyły się w ten sposób, że władza to odpowiedzialność.
Ważniejsze sprawy dyscyplinarne rozwiązywano przed radą drużyny. Kiedy dziecko miało taką sprawę, przychodziło na jej posiedzenie. Już w Wolinie piętnastoletnia wówczas Gajka zbuntowała się przeciw tej procedurze. Uważała, że jest upokarzająca dla dzieci. "Poszło o jakiegoś dzieciaka z jej zastępu, który miał stanąć przed radą, ale ona wytoczyła armaty przeciw całej metodzie. Zrobiła się z tego wielka awantura, dzięki której zaczęliśmy dostrzegać poważne wady całej Makarenkowskiej pedagogiki dowódców"1. Po długich dyskusjach kadra zlikwidowała rady drużyny - wszystkie sprawy omawiano na wieczornym podsumowaniu. A Gajka miała swój wkład w tworzenie walterowskich zasad.
Według zasady, że każdemu wierzy się na słowo, podczas wieczornych podsumowań i rozliczeń zniknęły elementy śledcze. Kiedy wychowawca mówił, że dziecko coś złego zrobiło, a dziecko zaprzeczało, wierzyło się dziecku. Jak pisze Jacek, maluch w takiej sytuacji zazwyczaj miękł i przyznawał, że może się mylić, nie pamiętać dobrze, że może rzeczywiście zrobił coś nie tak, jak powinien. Karę wymierzało się na wniosek karanego - sam musiał jej chcieć. Polegała ona na zakazie pracy. Ci, którzy to przeżyli, wspominają ją jako horror. Kiedy wszyscy się wokół krzątają, wspólnie mozolą się nad wykonaniem zadania, a jedna osoba leży na hamaku, to hamak piecze w plecy jak rozżarzone węgle. Tak boli wykluczenie z grupy. Dlatego praca na obozach walterowskich była zaszczytem. Najsurowszą karą był nakaz zdjęcia czerwonej chusty. Dziś dawni walterowcy wspominają te zasady jako przejaw lekkiego sekciarstwa. "Dziś zastanawiam się, czy nie za dużo wymagaliśmy? Czy to nie łamie charakteru, nie narusza suwerenności osoby?"1.
W idealnym świecie pomaga się potrzebującym. Walterowcy, jak wyjęci żywcem z propagandowych czytanek, pomagali chłopom w pracy. Na przykład przy żniwach. Jednak rzeczywistość nie dorównywała czytankom. Pomagać trzeba było umieć.
Marek Kordos: - Trzeba było wiedzieć, jak się zachować. Bo ludzie się nas przy pierwszym kontakcie zwyczajnie bali, podchodzili nieufnie. Kiedy w progu stawał facet w czerwonej chuście i mówił, że prosi o kosę, bo kolektyw będzie teraz ścinał zboże na polu za domem, chłopi, którzy dopiero co uratowali gospodarstwa przed przymusową kolektywizacją, zatrzaskiwali mu drzwi przed nosem.
"Było w tym jakieś bezczelne wyzwanie rzucone potocznej świadomości, było też jakieś głębokie niezrozumienie pokaleczonej pamięci" - skonstatował po latach w książce "Między panem a plebanem" Adam Michnik, wychowanek, a później jeden z najbliższych przyjaciół Kuronia. W 1958 r. zapisał się do walterowców, bo w jego szkole było tylko takie harcerstwo.
Popłoch u uszczęśliwianych na siłę chłopów budził szczególnie Jacek, nadaktywny, krzykliwy, do wszystkiego się wtrącał. Dlatego lepiej było, kiedy do ludzi szła Gajka. Delikatna, ale pewna siebie. Umiała rozmawiać, umiała zachęcić. Po rozmowie z nią chłopi byli bardziej skorzy do tego, żeby oddać harcerzom swoje kosy.
Były jednak i zasady, które nie budziły żadnych wątpliwości. Jak prawo najmniejszego, wedle którego pierwszeństwo przy rozdziale wszelkich dóbr, słodyczy, wody w upalny dzień czy dodatkowych koców w zimną noc, mają najsłabsi, a więc po kolei: najmniejsze dziewczynki, najmniejsi chłopcy, później większe dziewczynki i więksi chłopcy, a na końcu najwięksi. Ta sama zasada obowiązywała przy marszu - najmniejsi na przedzie, żeby reszta dostosowała się do ich tempa. Koedukacyjne zastępy, a dzieci z rodzin inteligenckich, często dygnitarskich przemieszane z potomstwem warszawskiego marginesu albo proletariatu.
Andrzej Friszke, historyk, badacz dziejów najnowszych, wspomina: "Koncepcje wychowawcze Kuronia, najlepiej realizowane przez walterowców, były eksperymentem, który wywołał - po latach także w nim samym - niejednoznaczne refleksje. Odwoływał się do tradycji komunistycznych i przeciwstawiał tradycji skautowskiej, ale czynił to w imię kształtowania człowieka, który zdolny jest do współdziałania z innymi i nie podporządkowuje się ślepo zwierzchnikom i ich poleceniom. Budził w młodzieży wolę samorządności, czynnego działania, zmieniania otaczającego świata, co w systemie dyktatury musiało prowadzić do zderzenia z aparatem państwa. Miał później świadomość konfliktu sumienia między obowiązkami wychowawcy a obowiązkami działacza, który pragnie budować ruch zmieniający świat"5.
Andrzej Garlicki, historyk i żoliborski sąsiad rodziny Kuroniów: - Pojechałem kiedyś z "Wróblem" [Andrzejem Krzysztofem Wróblewskim] odwiedzić Jacka na obozie i bardzo nam się nie spodobało. Jak z Orwella, którego wtedy nie znaliśmy. Dziesięciolatki pod presją składały samokrytykę!
- Te obozy były kolektywistyczne, a ja nie jestem aż tak wspólnotowy. Denerwował mnie brak wolnego czasu na czytanie. I jeszcze ideowy pryncypializm Jacka - dodaje Adam Michnik. Na jednym z obozów opowiedział Kuroniowi dowcip: "Na czym polega kolektywizacja? Na zrównaniu chłopa z ziemią". Jacek tylko mruknął: "Wredny, antyradziecki kawał"6.
W latach 70. Seweryn Blumsztajn napisał pracę magisterską o walterowcach. Krytyczną. - Bo to była szkoła charakteru, kuźnia nonkonformistycznych postaw. Ale zarazem ideologiczna sekta. Mam ogromny sentyment do tamtych czasów, lecz nie potrafię jednoznacznie ich ocenić - mówi po latach.
W klimacie z pogranicza sekty powstała jednak tak silna wspólnota, że wszyscy z tamtych obozów do dziś czują się ze sobą związani tylko dlatego, że należeli kiedyś do tego środowiska. Jednak Jacek traktował wychowywanie według tych zasad jak swoją życiową misję. Nawet jeśli z czasem zwątpi w niektóre spośród nich, wiara w to, że tylko wspólny cel łączy ludzi w pożytecznym działaniu, pozostanie w nim do końca życia.
Dla opowieści o Jacku i Gajce walterowcy mają znaczenie szczególne - to na jednym z pierwszych takich obozów zaczęła się ich historia. W Wolinie w 1955 roku.
"Poznałem Gaję, kobietę mojego życia, człowieka mojego życia, Grażynę - to ja jej wymyśliłem imię Gaja - i razem z nią zaczęło się prawdziwe życie. Ona właśnie uczyniła je sensownym, uczyniła mnie wartym cokolwiek, uczyniła mnie tym, kim się stałem"1.
Jacek był wtedy szczupły, nosił krótkie spodenki, miał dużo włosów zaczesanych do tyłu, jasny uśmiech i błysk w oku. Wtedy nikt by o nim nie powiedział "zachrypnięty buldożer". Jeśli już, to "agresywny aktywista". Przyjaciele wspominają, że chodził w skórzanej kurtce i palił mnóstwo papierosów. Pragnął uchodzić za rewolucjonistę z krwi i kości.
A zatem w ciepły lipcowy wieczór, po upalnym dniu, kiedy po długiej podróży "z przesiadkami, awanturami, zwykły koszmar podróży po Polsce"1 stu pięćdziesięciu kolonistów, czterech wychowawców, cztery pomoce i kilka nauczycielek wysłanych na kolonie przez zarząd stołeczny ZMP stanęło przed trzema budynkami szkoły rolniczej w Wolinie i należącego do niej internatu.
Dzieci były zmęczone i głodne. "Naprzód ja bawiłem wszystkich, całą stopięćdziesiątkę, umiałem wówczas to robić. Dzieci zapomniały o zmęczeniu, o jedzeniu, o wszystkim"1. Jednak na miejscu trzeba je było nakarmić i położyć. Piętnastoletnie pomoce wychowawców, na które Jacek jako starszy, mądrzejszy i dojrzalszy mówił "kozy", pościeliły łóżka i rozłożyły koce. I wtedy wyszło na jaw, że brakuje łóżek i koców dla pięcdziesięciu kolonistów. A dzieci trzeba położyć wszystkie. Kilka nauczycielek od razu zapowiedziało, że wraca, bo w takich warunkach pracować się nie da. Natomiast "kozy" zabrały się do szykowania posłań. Zsuwały materace, tak żeby na jednym leżało więcej niż jedno dziecko, przykrywały dzieci kocami, czasami dwoje jednym. Po długiej i żmudnej pracy w końcu położyły dzieci w salach.
Kiedy wszystkich pięć zastępów już spało, Jacek zrobił obchód. Zaglądał pod każdy koc, sprawdzał, czy każde dziecko jest przykryte, czy śpi, czy nie brakuje mu czegoś. Niektóre tulił do snu, pocieszał smutne i przestraszone, poprawiał nakrycia, dosuwał materace. Ani jedno dziecko nie mogło być niedopilnowane, a w każdej sali było coś nie tak, więc Jacek miał sporo do zrobienia. Tylko w jednej sali wszystko było w porządku. W tej, w której spał zastęp trzeci. "Tu wszyscy spali, jak trzeba, wszystko było w porządku, absolutnie wszystko". "Nagle zobaczyłem, że w kącie ktoś śpi na plecaku, w kucki, przykryty kocem na głowę"1. Podszedł zaniepokojony. Podniósł koc, zaświecił latarką. Ale to nie było dziecko. To była "koza". Taka z długim warkoczem, do pasa, ze złocistymi oczami próbującymi dostrzec, kto i po co budzi ją w środku nocy, świecąc w twarz latarką.
" - Jak masz na imię?
- Grażyna - odpowiedziała "koza".
- Czemu ty tak śpisz?
- No bo już ułożyłam wszystkie dzieci, wszystko jest w porządku, więc mogę sobie pospać.
- Masz pewnie młodsze rodzeństwo i ty jesteś najstarsza?
- Tak.
Tak poznałem Gajkę"1.
Problem w tym, że na Jacka w Warszawie czekała Hanka, jego dziewczyna, studentka architektury. Kiedy się rozczulał, mawiał do niej: "Kocham cię prawie tak jak partię".
Na Grażynę czekały trzy młodsze o kilka lat siostry: Ewa, Maryla i Danuta oraz siedemnaście lat młodszy brat Jacek, rocznik 1957, niespodzianka dla całej rodziny, urodzony, kiedy dziewczęta były już podlotkami, a mama miała czterdzieści sześć lat, zaś ojciec czterdzieści osiem. Grażyna była najstarsza, więc wszyscy jej się słuchali - byli ciekawi tego, co jej już było wolno, a im jeszcze nie. Dlatego gdy szła gdzieś z koleżankami, siostry jak ogonek sunęły w ślad za nią. W domu pomagała im odrabiać lekcje, bo to, co one dopiero poznawały, ona już dawno przerabiała, i wszystko umiała. Ładnie pisała, więc sprawdzała siostrom wypracowania.
Mieszkali w dwupokojowym mieszkaniu w przedwojennej oficynie na warszawskim Mokotowie. Było ciasno, ale miło. Siostry Gai wspominają ciepły dom, dobrych rodziców, rodzinną atmosferę. Ojciec był przedwojennym masarzem i wędliniarzem. Po wojnie kilka ulic od domu, na rogu Popławskiej i Grażyny otworzył sklep mięsny. Z tego żyli. Jeździł po gospodarstwach rolnych w całej Polsce i kupował prosiaki i cielaki do sklepu, a potem sam przyrządzał wędliny. Matka pomagała mu w sklepie, a po pracy zajmowała się domem i dziećmi. Z powodu sklepu w latach 50. ojciec trafił do więzienia - skazano go za to, że go komuś wynajął.
Rodzeństwo Grażyny nie wie, gdzie siostra nauczyła się tak dobrze dbać o dzieci, że poradziła sobie z ułożeniem do snu w kryzysowej sytuacji całego zastępu.
Jacek Borucki, brat: - Nie miała żadnych typowo domowych obowiązków, u nas wszystko robiła mama. Gotować też się raczej nie nauczyła w domu, bo nikt poza mamą nie miał wstępu do kuchni.
Maryla Mankiewicz, siostra: - Mama nam powtarzała: niczego nie musicie robić poza uczeniem się. Sama sprzątała, sama gotowała. Najlepszy dowód to ten rosół, który próbowałyśmy ugotować, kiedy mama poszła do szpitala urodzić brata. Miałyśmy wtedy od czternastu do szesnastu lat. I powstał dramat, bo dotarło do nas, że żadna z nas nie umie zrobić obiadu. Mama wszystko robiła za nas. Kiedy my kładliśmy się spać, ona siadała do roboty. Cerowała skarpetki, prasowała. Przecież wtedy nie było pralek, więc prała na tarze. Konserwowała mięso, bo przecież nie było lodówek. Nie wiem, kiedy ona się kładła. Kiedy wstawałyśmy, już była w kuchni. Jako nastolatki byłyśmy kompletnie niesamodzielne. A jednak Gaja wyniosła z domu zaradność.
Marek Kordos: - Jej cechą charakterystyczną było to, że zawsze wiedziała, co należy zrobić.
Obozy walterowskie miały swój stały rytm. Pierwsza część polegała na tym, żeby zorganizować biwak. Zbudować prycze, postawić namioty, nauczyć się funkcjonować w zespole, nauczyć się, że to jest nasz dowódca, który nam organizuje czas. W takich sytuacjach ludzie, którzy są fachowcami, odgrywają dużą rolę. I Grażyna była takim właśnie fachowcem. Znała obyczaj, wiedziała, jak należy się zachować. Kiedy trzeba coś razem robić, między ludźmi ujawniają się ogromne różnice. To jest sztuka chodzić jak w wojsku w nogę. Jedni potrafią, innym się bez przerwy myli. A ona to potrafiła. Kiedy skończyły się czasy walterowskie, a zaczęły się czasy opozycji, kiedy jej mąż siedem lat ich wspólnego życia spędził w więzieniu, a w domu funkcjonowało centrum życia opozycyjnego, Gajka też zawsze wiedziała, co zrobić. Co mówić, kiedy wchodzili esbecy z rewizją i o co zapytać, kiedy dzwonił ktoś, kto potrzebował pomocy od KOR-u. A tego też nikt jej wcześniej nie uczył.
Maryla Mankiewicz: - Była prymuską. Chodziłam do tej samej szkoły co ona, jakiś czas po niej. Ciągle słyszałam: Gaja zrobiłaby to tak, Gaja zrobiłaby to siak. Mieliśmy bardzo ostrego nauczyciela z fizyki, postrach szkoły, wszyscy się go bali. A Grażyna nie, bo ona była z fizyki bardzo dobra i nauczyciel ją traktował jak swoją pupilkę. Kiedy byłyśmy małe, panowały czasy biedy. Nie było ładnych ubrań, w szkole wszyscy byliśmy ubrani mniej więcej tak samo, bo wszyscy byliśmy tak samo biedni. A ona była ładna. Jej ta bieda nie szkodziła. Do tego schludna, uczesana, akuratna. Nigdy z tego nie wyrosła.
Jacek był zupełnie inny.
Marek Kordos wspomina: "Jedni ludzie (...) świetnie oprawiali siekiery, znakomicie umieli rąbać drewno, potrafili człowieka podtrzymać na duchu albo objechać i tak dalej, i tak dalej, ale Jacek zajmował się zasadniczo jedną rzeczą: lecieć do przodu i krzyczeć "hurra!". A my za nim"7.
Seweryn Blumsztajn: - Poznałem Jacka w walterowcach, był moim wychowawcą. Zanim stał się moim przyjacielem, był ideologicznym guru. I choć przez lata relacje między nami się wyrównywały, choć miałem do niego coraz większy dystans, zdobywałem coraz większą niezależność i choć z czasem stałem się jego przyjacielem, na zawsze pozostał dla mnie autorytetem. Jacek, nawet jako przyjaciel, miał w sobie taką siłę, że z natury rzeczy był przywódcą.
Jacek Garwacki, współzałożyciel walterowskiego hufca, wielokrotnie dziś podkreśla, że Kuroń miał dar rozwiązywania problemów.
Jacek nie był w stanie nauczyć się czegoś trwale, na pamięć. Kiedy na obozach śpiewał piosenki, to za każdym razem układał na poczekaniu własny tekst, podobny do oryginalnego. To dowód na to, że był kreatywny, jednak znajomi zastanawiają się, jak to się stało, że człowiek pozbawiony umiejętności zapamiętywania szczegółów mógł skończyć studia historyczne i brać się za doktorat. A jak to się stało, że w ogóle skończył szkołę? Przecież pod koniec lat 40. i na początku 50. uczyła jeszcze kadra przedwojennych nauczycieli, dla których zdolność bezbłędnego wydeklamowania obszernych fragmentów niektórych dzieł literackich była namacalnym dowodem na różnicę między człowiekiem a małpą. A Jacek tej zdolności nie był w stanie zaprezentować. W dodatku był ZMP-owcem, który wymądrzał się na lekcjach i zaprowadzał nowe porządki. A przedwojenna kadra oprócz tego, że gardziła matołami, to nienawidziła ZMP-owców i wszystkiego, co ludzie z tego świata ze sobą nieśli. Jacek uosabiał więc w sobie obie najgorsze dla nauczyciela cechy. A że był dyslektykiem, to nauczyciele z upodobaniem go niszczyli. Jako dorosły mawiał często, że szkoła była dla niego gorsza niż więzienie.
Seweryn Blumsztajn: - Jak on to przetrzymał, nie wiadomo. Jednak, jak to on, przetrzymał. Może pomogło mu to, że parę razy zmieniał szkołę. A może pomogła mu opieka towarzyszy partyjnych?
Jacek nie umiał też spójnie pisać. To był kolejny problem, bo traktował publicystykę jako swoje powołanie. W latach 70. pracował nad dziełem życia, które nigdy się nie ukazało, gdyż, jak przyznają zgodnie przyjaciele, nie nadawało się do czytania.
Seweryn Blumsztajn: - Tak bardzo chciał napisać syntezę problemu, że zabijał tekst. Te jego wywody były nie do przebrnięcia.
Jacek nie umiał pisać, nie pamiętał niczego, natomiast był człowiekiem, który nigdy się nie poddawał. Nie było takiej sytuacji, w której powiedziałby: nie damy rady.
Zatem te dwie tak różne osoby: poukładana, zorganizowana Gaja i pędzący przed siebie jak wichura Jacek spotkały się na obozie w Wolinie.
Dzieci już spały, noc była coraz głębsza. Jacek stał przed budynkami szkoły i internatu, w której miał teraz spędzić kilka tygodni jako jedna z najważniejszych osób na obozie. Miał dwadzieścia jeden lat.
Stał i patrzył. Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało zwyczajnie. I byłoby takie, gdyby nie skrzyżowanie. Bo między budynkami, gdzie spały dzieci, przebiegały dwie główne ulice miasteczka, które akurat tam miały swoje skrzyżowanie. Na zwykłych koloniach może by to nie przeszkadzało. Zwłaszcza w latach 50. i to w Wolinie, gdzie przez ulicę co jakiś czas przetaczał się co najwyżej wóz konny, a z rzadka jakaś ciężarówka. Jednak to nie była zwykła kolonia, choć tak się oficjalnie nazywała. To był obóz walterowski. "My mówiliśmy zawsze obóz, ponieważ na kolonie jeżdżą dzieci, a na obozy walterowcy"1. A na takim obozie miejscem wyjątkowym, ziemią świętą, na której montowało się maszt, a na nim proporzec, był centralny plac. Tak się składało, że tym razem centrum obozu wypadało akurat na skrzyżowaniu. A czy ziemia święta może leżeć na skrzyżowaniu? Nawet na niezbyt ruchliwym - nie może.
Jacek stał więc na środku skrzyżowania i zastanawiał się, gdzie obóz będzie się spotykać, uzgadniać ważne rzeczy, urządzać apele. W dodatku te brakujące łóżka i koce w salach do spania - noce też nie będą takie, jak należy. Tak być nie może. Trzeba coś zdziałać. I jest tylko jedno sensowne rozwiązanie tej sytuacji. Przenieść się pod namioty.
Kuroń na obozach walterowskich był nazywany Jackiem Małym, dla odróżnienia od Jacka Garwackiego, zwanego Dużym. Duży Jacek był w Wolinie kierownikiem kolonii.
Namioty, tak się szczęśliwie złożyło, akurat były. Zabrali je z Warszawy na wszelki wypadek, gdyby przyszło im do głowy urządzić biwak. Zabrali kilkanaście wielkich płacht, nie wiadomo w jakim stanie, a właściwie wiadomo, że raczej w złym, wypożyczonych z magazynu "Służby Polsce". Zbutwiałe, sparciałe, ale były.
Jacek Mały stał więc na skrzyżowaniu i sączył Jackowi Dużemu wizję obozu z prawdziwego zdarzenia - wygodnych namiotów rozstawionych pośród szumiących drzew i śpiewających ptaków, nad malowniczym zalewem wolińskim. Bez dusznych sal, bez gniecenia się w kilka osób na ciasnych łóżkach. Porządnie.
Jak Jacek Mały wspomina Dużego? - "Jacek był zawsze moim rozsądkiem, ja byłem jego szaleństwem"1. Zatem rozsądek zaważył: może i można rozłożyć namioty, ale do płótna, które mamy, trzeba jeszcze przymocować linki, powbijać kołki, trzeba zbudować prycze. Kto ma to zrobić? Dzieci?
Następne trzy dni pokazały, że wszyscy. Sparciałe liny rwały się w rękach, trzeba było zdobyć inne. Dzieci poszły prosić do wytwórni o sieci. I dostały. Też sparciałe, ale mniej. W tartaku poprosiły o deski. Znowu się udało. Krok po kroku urządzały swoje własne lokum. A jednocześnie, zupełnie nieświadomie realizowały to, co ich młodzi wychowawcy wymyślili później w teorii - istotę szkoły walterowskich drużyn. Wspólny cel zmobilizował je do wspólnego działania i stworzył z nich grupę. Potem wszyscy razem zbudowali prycze, postawili namioty i przenieśli się z trzech budynków przy ulicy do trzynastu namiotów nad zalewem wolińskim. "Jak zaczęliśmy z tymi namiotami, to jeszcze nie wiedzieliśmy, że wychowanie polega na stawianiu zadań, a już postawiliśmy zadanie. Przez to budowanie namiotów, prycz, stołów, półek, nasze dzieci zrobiły się całkiem inne, polubiły się, nabrały wiary we własne siły - stały się gospodarzami obozu"1.
Obóz przeniósł się więc z dusznych sal do przewiewnych namiotów. To było wielkie i ryzykowne przedsięwzięcie. Jednak, jak się okazało, nikt nie żałował, że pobiegł za Jackiem krzyczącym "hurra". Pomysł był wariacki, realizacja ciężka, ale efekt spektakularny. "Nad olbrzymim, wspaniałym zalewem, trzciny, las z bardzo różnych drzew złożony, właściwie zdziczały park. Było tak, że odbywał się apel i nagle przed zastępami sprężonymi na baczność przebiegła sarna"1. I tak było dobrze.
Felek też tam był. Wspomina: - Między Grażyną a Jackiem wybuchła na tym obozie wielka miłość. Widziałem, to się działo na moich oczach. Grażyna była piękna. Miała wtedy piękny długi warkocz.
"Uważaliśmy, że ważnym elementem dla klimatu obozu jest przyjaźń kadry. Przez cały dzień nazbierało się jednak sporo konfliktów między nami. Potem odbywała się wieczorem narada kadry i pyskowaliśmy, skakaliśmy sobie do oczu, przepraszaliśmy się. Już w nocy przychodziłem do namiotu kadry żeńskiej, gdzie się wszyscy schodzili i opowiadałem bajki. Tak się składało, że siadałem zawsze na pryczy Gajki i brałem ją za warkocz, to była jedyna pieszczota, na jaką sobie pozwalałem, i opowiadałem wszystkim, a tak naprawdę Gajce. I tak się to ciągnęło"1.
Wszyscy siedzieli zasłuchani. Jacek miał dar opowiadania. Nawet nudne gawędy wychowawcze wygłaszał tak, że chłopakom do oczu płynęły łzy. Bajki w namiocie kadry żeńskiej, jak większość swoich opowieści, wymyślał na poczekaniu. Letni wieczór, przytulny namiot, bajki, zachwyt dziewcząt, a on wyróżnia jedną i trzyma za warkocz... Można się było zakochać.
"Jest coś takiego między ludźmi, że jak się zaczyna miłość, to przylatuje anioł, którego nikt nie widzi na świecie oprócz tych, którzy się kochają. Ja czułem tego anioła, ale nie miałem odwagi powiedzieć, że to tak. Więc się broniłem, jak mogłem. I jedyna pieszczota, to było to branie za warkocz. Nie wiem, czy jak się kogoś bierze za warkocz, to on to czuje, czy nie. Gajka czuła, ale może nie przez warkocz, tylko inaczej"1.
Andrzej Kuroń: - Jacek bronił się przed tą miłością, bo Grażyna była bardzo młoda. Miała piętnaście lat. Jacek miał dwadzieścia jeden.
Ona była jeszcze dzieckiem, on był dorosły. Jednak, bez przesady, nie taki znowu dorosły. Jeszcze wypadałoby go poklepać po karku jak młodzika. On jednak czuł, że między Gajką a nim jest przepaść. "Jakoś wcześniej zacząłem żyć i byłem już stary, cyniczny i bałem się tego. I zrozumiałem, że nie mogę uwodzić małej dziewczynki"1. Nie tylko Jacek tak czuł.
Andrzej Kuroń: - Wychowawcą w zastępie Gajki był Staszek Czubaty, Sasza. Przezwisko zrodziło się stąd, że mieliśmy taką zabawę, że każdy zastęp był inną narodowością. I akurat ten zastęp, do którego należała Gajka, był Rosją albo Związkiem Radzieckim, nie pamiętam. W każdym razie zabawa polegała na tym, że przyjmowaliśmy imiona zgodne z narodowością, którą nasz zastęp reprezentował. Stąd Sasza. Nazywaliśmy go potem tak przez całe życie, do jego śmierci.
Wtedy w Wolinie widząc, co się dzieje, widząc sesje z warkoczem, że Jacek faworyzuje zastęp Gajki, chwali za wszystko; widząc, że z Jackiem dzieje się coś dziwnego, Sasza postanowił działać. Rozmowa odbyła się w namiocie rady. Była noc, pełnia księżyca, w namiocie siedzieli członkowie grupy partyjnej obozu, której Sasza był sekretarzem. Zaczęli mówić:
" - Co ty robisz? Zawracasz dziewczynie w głowie, siadasz przy niej, wszyscy są zazdrośni, bierzesz ją za warkocz, bajki jej opowiadasz. No zastanów się, co ty robisz.
- Towarzysze - odparł Jacek - macie rację. Kłopot polega na tym, że ja ją kocham.
A więc powiedziałem. Wszyscy na mnie popatrzyli. Pamiętam ten namiot, tę świeczkę, tę noc nad Zalewem Wolińskim - i Sasza Czubaty, nasz sekretarzyk powiada:
- Co ty za głupstwa jakieś wygadujesz? Co ty, dziecko jesteś?
- Trudno, siła wyższa i skrzypce, ja ją kocham"1.
Dzień wcześniej zdarzyło się jednak coś jeszcze. Obóz miał mieć dwa turnusy. Lipcowy i sierpniowy. Gajka oświadczyła, że na sierpień nie zostaje, bo nie może. Kadra wysłała Jacka na negocjacje. Fakt, że Gajka była "kozą", ale była świetna. Dzieci z jej zastępu były zadbane, szczęśliwe, a ona w lot wyczuwała ich potrzeby. Szkoda by było, gdyby najlepsza opiekunka i wychowawczyni, opuściła zespół. W tej sytuacji poszli do lasu rozmawiać. "Ja ją trzymałem za warkocz i z nią rozmawiałem. Mówiłem:
- Dlaczego nie możesz, przedtem powiedziałaś, że możesz. Powiedz, dlaczego?
Ona na mnie popatrzyła i powiedziała:
- Chcesz naprawdę, żebym ci powiedziała, dlaczego? Bo ciebie kocham i nie mam żadnych szans, więc nie chcę tu zostać.
Wtedy już nie wytrzymałem i powiedziałem, że ja też. (...) Wróciliśmy tacy szczęśliwi. Ona powiedziała: - Zostaję"1.
Do dobrego tonu należało nie wierzyć w takie słowa. Wiadomo było, że ludzie sobie takie rzeczy mówią, ale słowa nic nie znaczą. Na słowo nikt nikomu nie wierzy. "A moja dziewczynka uznała, że to jest opoka i na tej opoce zbuduje kościół swój. Mała dziewczynka, która wierzyła w każde moje słowo. I kiedy tu powiedziałem, że ona mnie stworzyła, to właśnie dlatego, że kiedy ona powiedziała "tak", to zrozumiałem, że nasze słowo jest "tak, tak", "nie, nie", a co do reszty - od diabła jest"1.
A wracając do wątpliwości w kwestii różnicy wieku: "Więc oni pokrzyczeli na mnie i mieli rację - ja stary chłop uwodziłem małą dziewczynkę. Ja powiedziałem im, że ją kocham, i ja miałem rację. Ale to się sprawdziło potem przez wiele lat naszej miłości, i gdyby nie było tych wielu lat, to racja byłaby tylko po ich stronie. A tak mieliśmy rację wszyscy. I oni, i ja"1.
Ojciec Jacka był szarmancki. Typowy lwowiak. Rączki całował pięknym paniom, wszędzie piękne panie widział. Jacek był pod tym względem taki jak on.
Jan Lityński, opozycjonista, później znany polityk: - Wszystkie kobiety były dla niego piękne. Kiedyś zachwycał się, że w pokoju, gdzie go przesłuchiwali, siedzi piękna ubeczka. Ten pokój był na parterze, ona siedziała przy oknie i mogliśmy ją zobaczyć. Była potworna po prostu. Tylko Jackowi mogła się podobać. On wszystkie kobiety idealizował.
Joanna Kuroń, wdowa po synu Jacka i Gajki, Macieju: - Kiedy Jacek, Gajka i Maciek zostali internowani po wprowadzeniu stanu wojennego, jedyną osobą, która miała prawo ich odwiedzać, był Henryk, ojciec Jacka. Ja nie mogłam, bo nie byłam jeszcze rodziną, to było przed naszym ślubem z Maćkiem. No więc wiozę dziadka do więzienia na Białołękę na widzenie z wnukiem, czekam niecierpliwie, a jak wraca, pytam, co u Maćka, czego mu brakuje. A dziadek na to: wszystko dobrze, kobiety piękne i są nim zachwycone. Ręce mi opadły. Dziadek był już dementywny, wiedziałam, że nie można od niego wiele oczekiwać, ale liczyłam na jakąkolwiek wiadomość. A dziadek, po swojemu, o kobietach.
Rodzice Jacka pokochali się wbrew zasadom. W tym przypadku zasad nie łamała różnica wieku jak między Jackiem a Gajką. Rodziców Jacka dzieliła inna przepaść - matka, Wanda z Rudeńskich, pochodziła z szanowanej lwowskiej rodziny profesorsko-generalskiej, a ojciec był synem robotnika z Sosnowca, maszynistą w kopalni "Reden" na szybie "Paryż" w Dąbrowie Górniczej. Wprawdzie skończył gimnazjum, a w 1925 r. przyjechał do Lwowa studiować na politechnice, jednak ślub wzięty w 1933 był mezaliansem. Ale jak nie brać ślubu, kiedy dziecko w drodze?
Andrzej Kuroń: - Jacek urodził się w 1934 r., ja dopiero w 1943. Przez dziewięć lat był więc jedynakiem. To było ukochane dziecko, pierwszy syn, wychuchany.
Ojciec nie krył podobno satysfakcji, że jego żona była najpiękniejszą kobietą we Lwowie. Nie przeszkadzało mu to jednak żyć tak, że ona co rusz pakowała torby i wyprowadzała się z Jackiem do swojej koleżanki. Wracali do domu, kiedy ojciec przychodził przeprosić i obiecać poprawę, zazwyczaj z parówkami i półlitrówką. Kiedy rodzice się godzili, zamykali się na długo w pokoju. Jacek rósł w domu pozbawionym ciasnego gorsetu pruderii.
"Byli mili, fajni, podziwiałem ich. Tatę za to, że potrafił pobić iluś tam adoratorów mamusi, a przez pomyłkę jeszcze jakiegoś policjanta i sprzedawcę balonów. Potem wniósł mamę na rękach na trzecie piętro, z pękiem balonów na wielkim kiju. Potem kochali się, co widziałem przez uchylone drzwi; obok stały te balony i wtedy wkroczyła policja, żeby sporządzić protokół"1.
Ojciec należał do PPS-u. Wydalono go z partii za bliskie kontakty z Komunistyczną Partią Polski. "Dość szybko poinformował mnie, że Boga nie ma"1. Walczył w 1920 r., "bo Ruscy byli pod Warszawą" i w Powstaniu Śląskim, bo czuł się trochę Ślązakiem (jego ojciec, dziadek Jacka, pojechał tam za chlebem z Częstochowy).
Wymagał jednego - żeby syn był odważny. "Jak mi robili zastrzyki, tato opowiadał o jakimś rewolucjoniście, którego torturowali, a on sobie gwizdał. Więc choć mnie bolało, też gwizdałem". "Ojciec prowadzał mnie na mecze bokserskie, których organicznie nie znosiłem. Mówił wciąż, że jestem mazgaj, śmiał się ze mnie. To samo było przy zabijaniu kurczaków. Postanowiłem, że mu się nie dam. Przestałem jeść ryby i kury"1. Kiedy mały Jacek wyszedł pewnego razu przez okno i spacerował po gzymsie, przechodnie pięć pięter niżej zamarli. A ojciec, kiedy już było po wszystkim i syn wrócił przez okno do domu, chwycił go na ręce i podrzucał, wznosząc okrzyki radości. Że taki odważny.
Andrzej Kuroń: - Jacek trochę przesadnie pisze o ojcu i o zimnym wychowie cieląt. Jednak prawda jest taka, że ojciec sam miał ciężko. W wieku piętnastu lat poszedł jako ochotnik na wojnę. Potem w kopalni odkrywkowej pchał wagoniki, dostawał przydziały żywności, z których żywił całą rodzinę. Był silny, łagodny, ale wymagający. Jednak nie surowy. Wiele nam było wolno. Byliśmy samodzielni.
Kiedy Jacek poznał Gajkę, w jego domu nikt nie wnikał, ile panna ma lat i czy Jackowi wypada zawracać jej w głowie. Nie było takiej tradycji wychowawczej. Zresztą na pierwsze randki przyjdzie jeszcze poczekać. Choć "tak" znaczyło "tak", "nie" znaczyło "nie", a reszta od diabła jest, choć powiedziane zostało "tak, kocham", to Jacek jeszcze przez rok po Wolinie bojąc się młodości Gajki, będzie starał się zapomnieć o miłości do niej i deklarować jedynie szczerą przyjaźń. Zresztą w Warszawie czekała Hanka. Byli już ze sobą kilka lat, mieli kawałek wspólnego życia. Tego też nie można było jednym ruchem przekreślić.
Rodzice Gajki pochodzili z miejscowości Tuliszków pod Poznaniem, między Koninem a Turkiem. Stworzyli dom z mieszczańskimi zasadami. Ojciec uczył dziewczęta tańczyć walce, polonezy i oberki, wyobrażając sobie, że będą kiedyś chodziły na bale. Był bardzo dobrym tancerzem, w przedwojennej Warszawie zdobywał nagrody na zabawach tanecznych.
Matka czytała im przy piecu książki. Posyłała córki do świetlicy prowadzonej przez zakonnice. Uczyły się tam, odrabiały lekcje, brały udział w kółkach zainteresowań, głównie robótkach. Gajce robótki nie szły dobrze, była leworęczna, nie miała zdolności manualnych. W dodatku zmuszano ją do praworęczności, pogłębiając niezdarność, takie to były czasy. Lata spędzone z zakonnicami nie zaowocowały jednak religijnością dziewcząt. Gajka podobnie jak jej siostry była niewierząca i niepraktykująca. Zresztą nikt ich do wizyt u sióstr nie zmuszał.
Maryla Mankiewicz: - Po prostu wtedy nie było chyba świetlic. Ja tam chodziłam zamiast do przedszkola, bo byłam niejadkiem i przedszkole sobie ze mną nie radziło. Wszyscy byliśmy niejadkami, całe rodzeństwo. Mama miała z nami pod tym względem piekło.
Rodzice nie denerwowali się, że córka spotyka się ze znacznie starszym mężczyzną. Mieli do niej zaufanie. Była odpowiedzialna, nad wiek poważna, zrównoważona, widzieli to. Często opiekowała się młodszymi siostrami, pomagała odrabiać lekcje, zabierała ze sobą, kiedy szła gdzieś z koleżankami.
Przez pierwszy rok znajomości Jacek nie przychodził do ich domu. Potem odprowadzał Gajkę pod drzwi, siostry znały go więc z widoku przez szparki w zasłonach. Mama nigdy nie położyła się spać, dopóki Grażyna nie wróciła.
Maryla Mankiewicz: - Poznałam Jacka osobiście, kiedy przyszedł się oświadczyć. Przyszedł z Saszą Czubatym. Bo sam się bał.
Na razie jednak do oświadczyn jest jeszcze długa droga, z zakrętami. Obóz w Wolinie skończył się pod koniec sierpnia 1955 r. W Warszawie wrzało. W "Nowej Kulturze" ukazał się właśnie "Poemat dla dorosłych" Adama Ważyka.
Ważyk, piewca socrealizmu, sekretarz Związku Zawodowego Literatów Polskich, opisywany przez Stefana Kisielewskiego jako "politruk od sztuki", pisze nagle poemat o przebudzeniu. O rozczarowaniu beznadziejną, tandetną, okrutną, ponurą i zakłamaną rzeczywistością, o braku przyszłości, o tęsknocie za tym, co było wcześniej, aż wreszcie, co najbardziej wstrząsające, o nędzy, degeneracji, odczłowieczeniu i demoralizacji klasy robotniczej ściągniętej do budowy pomnika socjalizmu, kombinatu Nowej Huty.
"Poemat dotknął naszej najboleśniejszej rany, mówił tę prawdę, z jakiej wówczas zdawaliśmy sobie sprawę, ale jakiej nie chcieliśmy, nie mieliśmy odwagi nazwać. (...) Pamiętam bujny sierpniowy dzień w Łazienkach. Czytam Poemat Gajce. Pamiętam jej oczy, przerażenie małej dziewczynki, nieludzko pięknej"1.
Jan Lityński: - Jacek był mistrzem w tym związku.
Mirosław Sawicki: - Wytyczał ich wspólną ścieżkę. Pokazywał, dlaczego ona jest ważna, a Gajka uznawała to i na tę ścieżkę wchodziła. Jacek był starszy, kiedy się poznali, był wobec niej w pozycji wychowawcy i to zostało w ich stosunkach o końca. Gajka czuła, że niektóre rzeczy, które uznała za swoje, wzięły się stąd, że Jacek kiedyś ją tego nauczył. Przyjmowała je jako swoje świadomie.
"Tworzyłem swoją duchowość według lewicowych wzorów. Zaś wzorce te przede wszystkim są wezwaniem do ofiary, poświęcenia, służby, do oddania całego życia sprawie"1.
Maryla Mankiewicz: - Lewicowość Gajki wzięła się z lewicowości Jacka. On miał na Grażynę ogromny wpływ.
Tego lata, po Wolinie, w 1955 r. stało się jednak coś, co zepchnęło w odmęty miłość, wspólną sprawę, cały świat. W ostatnią wakacyjną niedzielę, podczas skrzykniętego przez dzieci poobozowego spotkania nad Wisłą w Wilanowie, po wspólnym ognisku i pieczeniu kartofli, w letnie upalne popołudnie troje dzieci wbiegło do rzeki i już z niej nie wyszło. Utopili się na oczach kolegów, Dużego i Małego Jacka, jednej z obozowych wychowawczyń. Kuroń nie był wprawdzie formalnie za nich odpowiedzialny, ale był z nimi i ich nie dopilnował. "Nie przyszło mi do głowy, że zanim się ustali zasady kąpieli, ktokolwiek wejdzie do wody. Na obozie byłoby to niemożliwe. Niestety dzieci nie czuły się związane żadną dyscypliną. Przyszły na to spotkanie z własnej chęci"1.
Sam zgłosił się na komendę milicji. Dostał zarzut nieumyślnego spowodowania śmierci. Został aresztowany. Wyszedł po miesiącu. "Był wrzesień, jak zwykle pewnie słoneczny i kolorowy, a ja pamiętam wszystko pogrążone w jednostajnym mroku. Chodziłem co dzień na groby moich dzieci (...)"1.
"Ortodoksyjny aktywista w wieku siedemnastu lat wstępuje do partii, krzykliwy, nietolerancyjny, nieprzyjemny, dogmatyczny, pryncypialny - taki był. Po obozie harcerskim poszedł z dzieciakami nad Wisłę i dzięki jego "hartowi" troje dzieci się utopiło. Jacek omal nie zwariował" - zapisał w swoich słynnych "Dziennikach zabranych przez bezpiekę" Andrzej Krzysztof Wróblewski. I dodaje: "Nie poznawałem go: on, dawniej niedostrzegający innych, teraz cichy, spokojny; on, dla którego nie istniało nic prócz idei i wielkiej polityki, teraz czuły nawet na drobiazgi".
"Pamiętam strach przed skutkami moich czynów i skutkami zaniechań. Uznałem wtedy, że nie mam już prawa do osobistego szczęścia"1.
Dlatego Jacek postanowił, że nie porzuci Hanki. Kochała go, liczyła na niego. Kiedy był w areszcie, przynosiła mu paczki, dostarczała pieniądze. A Gajka była, jak pisze, małą dziewczynką, która kochała go jak nauczyciela. Dlatego po wyjściu z aresztu zaproponował jej, żeby byli tylko przyjaciółmi. "Tamtej jesieni 1955 roku dotkliwie odczuwałem samotność. Zrezygnowałem z Gajki, tęskniłem za nią i brak mi było kogoś najbliższego. Od ludzi oddzielało mnie poczucie winy".
"Wytrzymałem w ten sposób rok, przez który strasznie znielubiłem zupełnie niewinnego człowieka - Hankę. I to była moja lekcja miłości: niczego nie można jej nakazać, każdy przymus kończy się bardzo źle dla człowieka, dla którego się przymuszamy"1.
Następnego lata był kolejny obóz walterowski. I znowu była na nim Gajka, starsza o rok. Znowu piękna. Wpatrzona jak wtedy, ale teraz z dystansem. Smutna. Jacek zrozumiał, że dłużej nie wytrzyma: "Zdecydowałem się ją poprosić, żeby została ze mną, gdyż postanowiłem rzucić Hankę. Ona się wahała, wahała, aż wreszcie podjęła decyzję. Wróciliśmy z obozu i zacząłem się z Gajką spotykać"1.
Świtezianka na Marszałkowskiej. Szło się z placu Unii Lubelskiej w kierunku Pałacu Kultury. Po prawej stronie, zaraz za budynkiem, w którym później urządzi się Teatr Rozmaitości, była kawiarnia, a w następnym bloku Świtezianka. Choć niczym szczególnym się nie wyróżniała, miała po prostu dwie duże sale i tyle, była dość znana w tamtych czasach. Dziennikarze "Polityki", którzy mieli naprzeciwko redakcję, przychodzili tam na kawę i wódkę. Gajka i Jacek przychodzili na randki. Siadywali przy herbacie, może przy ciastku, ale na pewno nie przy wódce. Gajka nie piła. Wtedy ani później.
Jan Lityński: - Ona była matroną. Typem rozmówcy. Na spotkaniach towarzyskich nie bawiła się, zawsze była w kręgu, w którym się dyskutowało.
Nie piła, nie paliła, ale znosiła to, że Jacek pali. Wtedy jednak wszyscy palili. Bywali w Świteziance codziennie. Siostry Gajki nie wiedzą, dlaczego akurat tam. Może dlatego, że po drodze z ich domu przy ul. Dąbrowskiego na Mokotowie (dom już nie istnieje) nie było żadnej innej kawiarni? Może dlatego, że łatwo było tam dojechać zarówno z Żoliborza, jak i z Mokotowa? A może dlatego, że była tam fajna atmosfera. W każdym razie co wieczór w Świteziance Jacek siadał przy Gajce i opowiadał jej cały swój dzień. Wszystko, co tego dnia zdziałał. Opowiadał całe swoje życie. A ona słuchała i odpowiadała.
Ludwika Wujec: - Jacek się Gajki radził. Liczył się z jej zdaniem, także w sprawach politycznych i społecznych. Szliśmy kiedyś, już byli wtedy od dawna małżeństwem, Krakowskim Przedmieściem i bardzo ostro dyskutowaliśmy, to była prawie awantura. Nie pamiętam dokładnie, o co chodziło...
Henryk Wujec: - O zjednoczenie ruchu chłopskiego.
Ludwika Wujec: - A, tak. No więc strasznie ostro się spieraliśmy i w którymś momencie Jacek wściekły, że nie może się z nami dogadać, mówi: "No, Gajka, no powiedz, kto ma rację!". A ona na to: "Oni". I to jest właśnie to - on się odwoływał do niej jak do autorytetu. Miał potrzebę podzielenia się z nią wszystkimi swoimi przemyśleniami politycznymi, filozoficznymi. Jednak to nie był komunikat jednostronny, bo ona mu odpowiadała. Przez całe swoje wspólne życie wiedli dyskurs. Gajka wciąż była dla niego autorytetem, czasami ostatecznym. Trwało to niezmiennie być może dlatego, że ona tej pozycji autorytetu nie nadużywała. Autorytety się zużywają, a ona wiedziała, kiedy postawić ostateczną kropkę, a kiedy się wycofać.
Jan Lityński: - On był mistrzem, a ona arbitrem. Jacek był szczególnie zapalczywy w dyskusji. Dało się go przekonać, ale był trudny. Kiedy zapędzał się z argumentami, Gajka go studziła: "Jacuś, tak nie wolno". Kiedy używał zbyt mocnych argumentów wobec rozmówców, ona go hamowała. I on się z nią liczył. Efekt był natychmiastowy.
"I można powiedzieć, że zaczął się czas Gajki. Właściwie zaczął się rok wcześniej, kiedy ją zobaczyłem śpiącą na plecaku. Ale nie całkiem, bo nie mogła jeszcze wtedy być tym, kim stała się znacznie później. Takim moim kryterium moralnym: Gajka powiedziała "dobrze", znaczy "dobrze", Gajka się waha, trzeba się wahać, Gajka mówi "źle", znaczy "źle""1.
Jeśli zaś chodzi o rewolucję, to zaczął się czas października. Na początku 1956 r. żartowano, że są w Polsce dwa bestsellery - "Zły" Leopolda Tyrmanda i "Zły" Nikity Chruszczowa, czyli referat o zbrodniach stalinizmu, jaki I sekretarz Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego wygłosił na jej XX zjeździe. Jego tekst, dyskutowany w ścisłych gremiach PZPR, szybko rozniósł się na zewnątrz.
Dla Jacka i jego duchowych przyjaciół sprawa była oczywista - staliniści wypaczyli ideę socjalizmu. To nie ustrój jest zły, tylko ludzie, którzy go wykorzystali do swoich zbrodni. Trzeba zacząć na nowo - wrócić do tego, czym naprawdę jest socjalizm, do budowania państwa dla robotników, sprawiedliwego, internacjonalistycznego. Ale nie antysemickiego, do czego prowokują społeczeństwo tępi dogmatycy, obrońcy stalinizmu skupieni wokół zachowawczej partyjnej grupy "Natolin".
Niespełna trzydziestoletni filozof Leszek Kołakowski wywiesił przy wejściu na Uniwersytet Warszawski manifest "Czym jest socjalizm". W tekście skupił się głównie na tym, czym socjalizm nie jest: państwem, w którym urzędników jest więcej niż robotników, w którym ujarzmianie mylone jest z wyzwalaniem, a ignoranci uchodzą za uczonych. A czym jest socjalizm? "Socjalizm jest to ustrój, który... eh! Co tu dużo mówić! Socjalizm jest to naprawdę dobra rzecz!". Dla Jacka, podobnie jak dla całego studenckiego pokolenia październikowego, to było prawdziwe credo.
Czerwiec. W domu u Jacka płacz. Ojciec przejeżdżał przez Poznań i zobaczył robotników zrywających czerwone sztandary! Deptali sztandary, a do nich strzelali żołnierze.
Październik. Studenci wiecują. Publiczne pytania o stalinowskie zbrodnie, o rehabilitację niesłusznie represjonowanych, o publicystykę "Po Prostu" i jawność dyskusji. Postulaty o zniesienie cenzury, o władzę dla rad robotniczych. Lechosław Goździk, I Sekretarz Komitetu Zakładowego PZPR w Fabryce Samochodów Osobowych na Żeraniu przemawiał do studentów w imieniu robotników. Mówił o prawdziwym socjalizmie. I tak dzień w dzień. Jacek właściwie nie wychodził z wieców. Wciąż w tych samych krótkich spodenkach drzemał, siedząc na krześle z głową opartą na stole. Nie było czasu na bzdury, na mycie, pranie i sen. Bo oto klasa robotnicza powstaje i przemawia przez nią sprawiedliwość dziejowa. Jeszcze chwila i będzie koniec partyjnej biurokracji, wszystko wróci do korzeni, na swoje należne miejsce.
Jednak historia nie rozstrzygała się na uniwersytecie i politechnice, nie rozstrzygała się w Żeraniu, Hucie Warszawa, ani żadnej innej fabryce. O październikowym przełomie i odwilży zdecydowały potężne starcia sił na najwyższych szczeblach. Do Warszawy znowu przyjechał Chruszczow. Tym razem nie przywiózł referatu, tylko dowódcę zjednoczonych sił zbrojnych państw Układu Warszawskiego marszałka Iwana Koniewa. I jeszcze kilku radzieckich generałów. Goście mieli pomóc zrozumieć delegatom VIII plenum PZPR, trwającemu akurat w Warszawie, jak ważna dla bratniej armii jest kwestia zduszenia powstającej właśnie w Polsce kontrrewolucji. Sowieckie wojska stacjonujące w głębi kraju zaczęły przemieszczać się w tym czasie w stronę stolicy.
" - Jacek przybiegł na nasz wydział dziennikarstwa i powiedział, że mamy iść do akademika na Kickiego - wspomina Juliusz Rawicz, opozycjonista. - Broń mają rozdawać. Poszliśmy... i nic. Całą noc graliśmy więc w karty. Nad ranem okazało się, że wojska radzieckie zatrzymały się przed Warszawą. Byliśmy rozczarowani, bo chcieliśmy iść walczyć i bohatersko zginąć. A tu taka chała"6.
Kiedy na szczytach przeciągały się negocjacje Ochaba, Cyrankiewicza i Gomułki z Chruszczowem, na dole budziło się zwątpienie. Ile wart jest wielki ruch społeczny, skoro i tak wszystko rozstrzyga się w Himalajach aparatu?
21 października. Chruszczow wrócił do Moskwy, a plenum KC na nocnych obradach postanowiło, że pierwszym sekretarzem zostanie towarzysz Władysław Gomułka. Trzy dni później na potężnym wiecu na placu Defilad Rota mieszała się z Międzynarodówką - nowy przywódca obiecywał reformy, demokratyzację, a przez tłumy przelatywało szczęście, euforia, poczucie wygranej. Radzieccy żołnierze wrócili do baz, a ich generałowie wyjechali do ojczyzny. Węgrzy nie dostali takiego prezentu. Dwieście radzieckich czołgów wjechało do Budapesztu.
Ślub odbył się w 1959 r. Gajka miała dziewiętnaście lat, była rok po maturze i po pierwszym roku studiów na Wydziale Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego. Za namową Jacka rzuciła je i zaczęła studiować psychologię. On miał dwadzieścia pięć lat. Obyło się bez dzwonów kościelnych, mężem i żoną zostali w Urzędzie Stanu Cywilnego przy ul. Cegłowskiej na Bielanach, tam, gdzie był rejon Jacka.
Andrzej Kuroń: - Po ślubie poszliśmy na kawę, wśród przyjaciół i znajomych. Potem w domu u Boruckich było spotkanie rodzinne. A jeszcze później impreza w Głównej Kwaterze Harcerstwa przy ul. Konopnickiej 6, przy Teatrze Buffo. Uśmiech historii jest taki, że później ich syn Maciek miał tam restaurację, tam, gdzie wtedy jedliśmy. Piętro wyżej były tańce. Bal trwał do rana. To był nasz ślub, nasza walterowska para. Już wcześniej urządziliśmy takie wesele Jackowi Garwackiemu i Wiesi. Te wesela to była walterowska tradycja.
Marek Kordos, który też miał wesele walterowskie: - To odbiegało od tego, co się powszechnie wiąże z weselem. Tańce w rytm śpiewanych przez siebie piosenek, radość, pląsy. Podobnie spędzaliśmy sylwestry.
Andrzej Kuroń: - A potem urodził się Maciek i jako niemowlę w wózku był na następnym obozie walterowskim w Krzewencie.
Na tamten wyjazd zabrali dzieci z poprawczaka na Mokotowie. Trudne, z przeżyciami, z patologicznych rodzin, agresywne, apatyczne, skrzywdzone, krzywdzące. Chodziło o to, żeby miały wakacje, i o to, żeby przeżyły dwa tygodnie według Makarenkowskich reguł, jakimi rządziły się obozy. Miały dostać to, czego nie dostały od rodziców, czyli solidne wychowanie.
Już pierwszego dnia okazało się, że zniknął cały zapas jedzenia.
Maryla Mankiewicz: - Bierzemy się do szykowania kolacji, a tu nie ma prowiantu. Był przywieziony, był przyniesiony z samochodów, ale zniknął. Nie ma czym nakarmić piętnaścioro dzieci i kadry.
Powiało grozą. W latach 50. nawet kiedy chciało się kupić bochenek chleba w wiejskim sklepie, trzeba się było kilka dni wcześniej zapisać. A jak kupić chleb na śniadanie i na kolację dla dwudziestu głodnych osób? I co do chleba?
No i co się stało, że nie ma prowiantu? To też zadanie do rozwiązania, ale na później. Pierwsze i najważniejsze, to zdobyć jedzenie. Prowiant na kolację i najbliższe śniadanie ściągnęli z innego, rozlokowanego gdzieś w okolicy podobozu, a zagadkę wyjaśnili, rozmawiając z dziećmi. Kilku chłopców przyznało się, że ukryli zapasy w lesie. Zrobili to, co nakazywał im rozsądek - zmagazynowali jedzenie, zanim zostanie rozkradzione przez kogo innego. Nauczyło ich tego życie w poprawczaku, gdzie podstawowa zasada przetrwania mówiła: jak nie zadbasz o to, co twoje, szybko się z tym pożegnasz. Z domów rodzinnych zapamiętali, że nie zawsze jest co zjeść, że czasami trzeba szukać na śmietniku.
Po wyjaśnieniu zagadki przyszła kolej na najtrudniejsze: rozmowy o tym, co się stało i co z tego wynika. Ale tak, żeby nie skrzywdzić żadnego dziecka, a jednocześnie zniechęcić do kradzieży na przyszłość.
Maryla Mankiewicz: - Pamiętam godzinne narady kadry, jak to załatwić, jak z nimi rozmawiać. Potem, jak to na obozach, rąbaliśmy drzewo. Jacek uznał, że tym razem siekiery muszą być pod kontrolą. Kompletnie nie byliśmy przygotowani do wyzwania, jakim była opieka nad tymi dziećmi. Cud, że nic złego się wtedy nie stało.
Jacek był charyzmatycznym wychowawcą. I wymagającym. Nawet ostrym. Danuta Brukwicka, była na obozie w Krzewencie jako czternastoletnia dziewczyna z domu, w którym córki miały za obowiązek jedynie dobrze się uczyć. Jej matka zamieszkała w pobliżu obozu, w wynajętej kwaterze u ludzi z małym Maćkiem, synem Jacka i Gajki i z jej młodszym bratem Jackiem. A Danuta, odważnie, choć z tremą pod obozowym namiotem.
Pierwszym szokiem była dla niej całkowita wspólnota wszystkiego. Przekonała się o niej, gdy wyjęła z walizki swoje rzeczy i poukładała na zrobionych z sosnowych gałęzi półkach. Wieczorem, gdy zrobiło się zimno, ze zgrozą zobaczyła, że do jej półki podchodzi jakaś dziewczyna i bierze sobie jej sweter. Bez pytania. I robi to tak, jakby to była najnormalniejsza rzecz pod słońcem.
Później było lato leśnych ludzi, jeden z walterowskich rytuałów polegających mniej więcej na tym, na czym teraz polega survival, czyli na spędzeniu dwóch nocy w lesie, w surowych, pierwotnych warunkach, gdzie ze wszystkim należało sobie radzić samemu. Trzeciej nocy trzeba było wybrać się do innego zastępu i ukraść totem.
Danuta Brukwicka: - Byłam przerażona. Że tam są jakieś doły, że ja wpadam, że mnie boli, że ja nie chcę. Dostałam histerii. Jacek wziął mnie wtedy na rozmowę i mówi - albo będziesz dzielna, jak wszyscy i jak wszyscy podporządkujesz się zasadom, albo wracasz do mamy. Ja się strasznie obraziłam i wróciłam do mamy. Ale wkrótce zrobiło mi się żal obozu i znowu tam poszłam. Powiedziałam, że przemyślałam wszystko i obiecałam, że będę dzielna. Budowaliśmy w parach szałasy. Kiedy mój był już gotowy i miałam w nim spędzić noc, kładąc się spać, zobaczyłam jaszczurkę. Znowu dostałam histerii, wyleciałam stamtąd jak w amoku i biegłam do większego szałasu, w którym mieszkała kadra. Biegnąc tak, wpadłam gołą stopą do ogniska, poparzyłam się. Już nie mogło być gorzej, ale przypomniało mi się nagle, co było ostatnio, kiedy histeryzowałam. Nie chciałam znowu jak pieszczoszek wracać do mamy. Nie chciałam takiego upokorzenia. Opanowałam się. Z poparzoną stopą poszłam spokojnie do wychowawców i poprosiłam, żeby mi ją opatrzyli. A potem bez słowa skargi położyłam się spać w swoim szałasie. Tak, wychowanie w wykonaniu Jacka to był zdecydowanie zimny wychów.
A Danuta nie miała w tym procesie żadnej taryfy ulgowej. Nie miało znaczenia, że była siostrą jednej z wychowawczyń, że jeden z najważniejszych wychowawców jest jej szwagrem. Na obozach wszyscy byli traktowani równo. Choć jeździła tam rodzina Gajki i Jacka, żyli według tych samych zasad co inne dzieci.
Kuroń miał wśród dzieci prawdziwy, niewymuszony funkcją autorytet. Każdemu dziecku umiał pokazać, że jest wyjątkowe. Każde traktował indywidualnie. Pamiętał, że miało jakiś problem, nigdy nie mylił ich imion. Przy nim każdy wiedział, że jest ważny.
Mirosław Sawicki: - Poznałem go około 1957 roku. Od razu zrobił na mnie wielkie wrażenie. Przez swój sposób mówienia, przez uwagę, którą przykładał do każdego rozmówcy. Przez to, że pokazywał, co jest do zrobienia, a nie mówił: masz to zrobić. Nie mówił też, jak to zrobić, trzeba było samemu znaleźć sposób na załatwienie problemu. A on się przyglądał. W razie potrzeby wyciągał pomocną dłoń. Na moim drugim obozie zauważył, chociaż nie rzucałem się w oczy, że warto, bym zrobił sprawność młodzika, czyli kogoś, kto przez jeden dzień zarządza obozem. Potrafił dostrzec ludzi, którzy nie wychodzili na pierwszy plan. Był wzorem, jak kontaktować się z młodymi ludźmi. Gajkę poznałem na obozie, kiedy prowadziła zastęp "Chorążaków", czyli małą drużynę składającą się z wychowanków z domu poprawczego. Wtedy zorientowałem się, że oni są parą. Ale nie po tym, jak się całowali czy obejmowali, ale po zewnętrznym cieple, które z nich emanowało, po tym, jak się do siebie odnosili. Gajka była niezwykła. Poza tym, że śliczna, była ciepła w stosunku do ludzi, można ją było traktować jak opokę, która wie, czego chce. Pod tym względem była podobna do Jacka. Nie była jednak przywódcą jak on. Była natomiast na swój sposób surowa, potrafiła egzekwować to, o co prosiła. Czuło się do niej respekt, ale niepolegający na lęku.
Marek Kordos: - Gajka miała wdzięk i było wielu ludzi, którym się podobała. Nie było jednak z daleka widać, że ona jest Jacka. Nie afiszowali się z tym, że są razem. Żyliśmy w grupie i oni byli częścią tej grupy. Żadne z nich nie musiało też podkreślać, że drugie należy do niego, bo myśmy się siebie nie bali, w takim środowisku nie trzeba podkreślać, że ktoś jest mój. To był idealny świat wymyślony przez Jacka Garwackiego i przez niego zrealizowany.
Każdy, kto wspomina Gaję, mówi o jej wyjątkowym cieple, o jej niewiarygodnie dobrych oczach, o opiekuńczej naturze. Joanna Kuroń zauważa jeszcze coś: już wiele lat po śmierci Gai, kiedy w prasie ukazywały się wspomnienia na jej temat, czytało się je jak panegiryki. We wszystkich opowieściach była ciepła i wspaniała. Jacka to denerwowało: "Robią nam z mamy Matkę Boską" - pokpiwał. Maćka też to drażniło.
Joanna Kuroń: - Bo Gaja to była kobieta z krwi i kości, jak każdy człowiek miała też wady. Była surowa, krytycznie oceniała ludzi. Ja na przykład jej się bałam. Jak popatrzyła na mnie tym przeszywającym spojrzeniem, to czułam respekt. Nie miała dystansu do świata, była bardzo zasadnicza, bardzo serio, brakowało jej luzu. Z różnych opowieści o niej wynika, że to anioł wcielony. Nie, tak nie było. Ona była jak Nike. Piękna, miała wysokie standardy moralne, ale gromowładna.
Jacek też miał wady. Bywał irytujący. Znajomych drażnił jego pęd do rywalizacji. Startował w każdej konkurencji. Kto szybciej pobiegnie na sto metrów, kto zdobędzie zainteresowanie kobiety, kto jest najpiękniejszy, kto jest najmądrzejszy. Dla przyjaciół to było nieznośne, jednak tworzyło wokół Jacka aurę niebywałej siły. Był trudny. Na swój sposób egocentryczny, skupiony na swoich przeżyciach, na swojej rewolucji. Bliskie mu osoby mówią, że idea zawsze była ważniejsza niż oni. Bliscy żyli w cieniu wielkiej sprawy. Przyjaciele dodają wręcz, że rewolucja jednocześnie tworzyła i niszczyła jego związek z Gają, nadawała mu specyficznego wymiaru.
Joanna Kuroń: - Jacek Gajkę niesamowicie kochał, ale bał się jej. Chociaż to on był w tym związku gwiazdą, to bał się Gajki, kiedy coś przeskrobał. A miał na sumieniu różne rzeczy...
Kobiety. Jacek je uwielbiał. I niezwykła, niewątpliwie nieprzeciętna miłość do Gajki mu w tym nie przeszkadzała. Przyjaciele przyznają, że ciężko im to zrozumieć. Wielu z nich powtarza, że Jacek Gajkę zdradzał. Kochał niezwykle, ale zdradzał. Nie umiał się powstrzymać. Ciężko to psychologicznie pojąć, ale tak było.
Czy Gajka o tym wiedziała? Musiała wiedzieć. I musiała z tego powodu cierpieć. Przyjaciele choć bez ogródek powtarzają, że Jacek zdradzał, jednocześnie zgodnie zastrzegają, że nie chcą wspominać szczegółów. Przyznają jednak otwarcie, że Jacek nie krył się ze swym podziwem dla kobiet. Że je adorował. Rączki, nóżki całował i robił to dosłownie - kucał i wspólnym koleżankom, które wchodziły do nich do domu, na przywitanie całował kolana, obcałowywał ręce, szyję. Dla wielu z nich ta wylewność Jacka była nie do zniesienia. Jedne krępowała, inne - brzydziła.
Ludwika Wujec: - Po Gajce w takich sytuacjach nie było widać żalu. Raczej irytację. Potrafiła być kąśliwa, kiedy Jacek układał sobie legendę o jakiejś pani, adorował ją. Była w towarzystwie jedna taka kobieta, niezbyt przez nas lubiana, zwana "Poetką". Kiedy na jakiś spędach typu imieniny Jacka on zanadto się wobec "Poetki" zapędzał, Gajka go bezpardonowo gasiła. Jej uwagi były mocne.
Danuta Brukwicka: - Jacek był kobieciarzem. Każdej jakiś komplement powiedział. Kiedy według Gajki posuwał się za daleko, był przywoływany do porządku.
"Natychmiast interweniowała, nie patrząc, czy są przy ludziach, nie czekając, aż będą sami. Podchodziła i wymierzała mu dwa policzki, plask, plask. A on wtedy padał na kolana i wołał: bij, Gajka, bo zasłużyłem" - opowiadała Ewa Dobrowolska, siostra Gajki, w filmie o Gajce i Jacku pokazywanym przez TVN w cyklu "Taka miłość się nie zdarza".
Teatr. Jacek uwielbiał sceny pełne patosu. Także te, bez których nie ma dramatu o wielkich emocjach, czyli sceny zazdrości.
Henryk Wujec: - Choć sam adorował kobiety, jednocześnie był piekielnie zazdrosny o Gajkę. Potrafił się wściekać, że ktoś spojrzał na nią nie tak, że za długo czy za serdecznie w jego mniemaniu z nią rozmawiał. Gdyby doszło co do czego, byłaby to straszna rzecz. Wolę sobie nie wyobrażać, do czego byłby zdolny.
Seweryn Blumsztajn: - Nie wiem, czy Gajka zdradzała Jacka, kiedy siedział, w końcu to były długie lata bez męża. Wiem, że on był zazdrosny, że ją podejrzewał. Jednak to była tak wielka miłość, że te wszystkie dramaty ją wzmacniały, a nie osłabiały. Nawet gdyby mieli siebie dosyć, gdyby pomyśleli o rozstaniu, to stworzyli związek, w którym nie było miejsca na rozwód. Nikt sobie tego nie wyobrażał. A jak cały świat sobie nie wyobraża rozwodu, to ludziom, nawet jeśli o tym myślą, trudno go wziąć. Gajkę wszyscy traktowali jak żonę Jacka. Bardzo trudno byłoby jej go porzucić.
Jacek był teatralny. Tyle że, jak wspominają przyjaciele, teatr tworzony przez Jacka był raczej w złym stylu, a jego role nieco szmirowate.
Seweryn Blumsztajn mówi ze śmiechem: - Niedawno z przyjaciółmi skonstatowaliśmy, że właściwie Jacek był okropny i nie wiadomo, jak to się stało, że go wszyscy tak bardzo kochamy. To jego całowanie w rękę, to klękanie, by wyznać miłość. Łącznie z tymi listami, gdzie on pisze o miłości... to było nieznośne przecież. W Jacku był taki trudny do zniesienia ekshibicjonizm. On nie mógł tak po prostu kochać kobiety, wszyscy musieli wiedzieć, że on ją kocha. Można było przyzwyczaić się do tego, myśmy to wszystko tolerowali, ale to było rzeczywiście straszne. Ekshibicjonizm był w nim chyba najtrudniejszy do kupienia. Gajka to widziała, miała do tego dystans, ale miała też poczucie, że on jest człowiekiem niezwykłym i że ona chce dzielić jego losy.
W pasji potrafił być okrutny. Użyć zdecydowanie za ciężkich oskarżeń, mocnych słów, nakrzyczeć, obrazić.
Seweryn Blumsztajn: - Jednak co on potem odgrywał, kiedy kogoś skrzywdził... te histerie, te dramaty, to przepraszanie, bicie się w piersi. Warto było pocierpieć, żeby to zobaczyć. Przy wszystkich swoich wadach był bardzo inteligentny i mądry życiowo. Do tego miał niebywałe poczucie humoru i, co rzadkie, wielki dystans do siebie. Nie znam drugiej osoby, którą by tak jak jego śmieszyły dowcipy na własny temat. Jacek był w sumie fajny. Brakuje mi go.
Był nadliryczny. Jego obraz świata był sumą jego wyobrażeń o ludziach. Wymyślał im legendy piękniejsze od życia, a potem sam w nie wierzył. Znajomi opowiadają historię o jednej z opozycyjnych par. W opowieściach Jacka to romantyczna historia o wiodącej spokojne życie kobiecie, która dla miłości zaryzykowała zdrowie i wolność i zeszła za ukochanym do trudnego i wyboistego podziemia. Zapominał wspomnieć, że kobieta ta działała w opozycji na długo przed tym, zanim w ogóle dowiedziała się o istnieniu swojego przyszłego męża. Jednak Jacek stworzył też legendę o własnej niezwykłej miłości. Tyle że tym razem wyobrażenie zostało wcielone w życie. Bo Gajka dotrzymała mu w tym kroku. - "Najważniejsze to żyć pięknie" - powtarzała. I tak żyli, choć nie było łatwo.
Mirosław Sawicki: - Mieli ciekawe życie z własnego wyboru. Nie dlatego że los ich tak rzucił. Oni takie życie sobie sami wybrali.
Seweryn Blumsztajn: - To Jacek to wszystko wymyślał. Gajka się trochę broniła, próbowała traktować ich związek w kategoriach normalnego życia. Ale Jacek potrzebował żyć intensywnie i niezwykle.
Marek Kordos: - Ich życie to nie było tworzenie domu rodzinnego, mozolne uwijanie wspólnego gniazdka. Grażyna była, jak to śmiesznie powiedział Sewek, towarzyszką pracy i walki Jacka. Trudno byłoby o nich powiedzieć, że to para jak Romeo i Julia. Zdecydowanie bardziej Nadieżda Krupska i Włodzimierz Lenin.