Gajcy. W pierścieniu śmierci - Stanisław Bereś

Reflow text when sidebars are open.
Mija właśnie siedemdziesiąt jeden lat od zakończenia drugiej wojny światowej. Osiem miesięcy wcześniej dopaliło się powstanie warszawskie, w którym zgorzały karty życia i twórczości młodych, wyjątkowo uzdolnionych poetów pokolenia 1920, zwanych często Kolumbami, gdyż odkryli nieznany wcześniej kontynent terroru, cierpienia, strachu i śmierci. Ale też braterstwa, miłości, poezji i bohaterstwa. W czasie tych siedmiu dekad, wystarczających, by urodziło się i dobiegło do swego kresu nowe pokolenie, o wiersze, dramaty i publicystykę autorów podziemnej Warszawy toczono prawdziwe boje. Dziś są one lekturami szkolnymi oraz tematami matur z języka polskiego. Mimo to dziwić nas może, że życiu i twórczości jednego z nich, który zginął w wieku dwudziestu dwóch lat, opublikował konspiracyjnie dwa szczupłe tomiki poetyckie, dwa dramaty, garść próz oraz artykułów, poświęca się opasłą monografię. Wyjaśnienie jest proste: to krótkie życie było tak intensywne, dramatyczne i twórcze, że przekroczyło wymiar zwykłego losu i nabrało cech symbolu, w którym skupił się - jak w soczewce - dramat całego pokolenia. A zatem domaga się szczególnej uwagi. Tym bardziej że ocalone z pożogi utwory - których liczba oscyluje wokół setki - świadczą, że na warszawskiej barykadzie poległ wyjątkowy talent. Uświadamiają nam one rozmiar tej konkretnej straty, ale również straty tych wszystkich chłopców i dziewcząt, którzy wraz z nim ruszyli do powstania.
W poetycką przyszłość Tadeusza Gajcego już od dnia urodzin wierzyła jego matka, choć nie była egzaltowaną intelektualistką, ale mocno stąpającą po ziemi akuszerką. Może dlatego, że w jej rodzinie objawił się już wcześniej ogromny talent - jej brat, który jako Stanley Barry, tancerz, zrobił oszałamiającą karierę w Paryżu. Zwiastuny, że jej syn ma również talent - w tym wypadku literacki - pojawiły się już w latach licealnych. Najpierw sygnalizowali go nauczyciele, a potem poeci tej miary co Wojciech Bąk, Józef Czechowicz, Józef Łobodowski oraz Władysław Sebyła. Nadzieje względem Gajcego wyrażali również surowi i sławni profesorowie z podziemnego kompletu polonistycznego: Wacław Borowy, Witold Doroszewski, Julian Krzyżanowski, Maria Ossowska, Zofia Szmydtowa, Władysław Tatarkiewicz. Były to największe nazwiska polskiej humanistyki. Praktycznie od ręki potencjał twórczy młodzieńca doceniono też w redakcji podziemnego miesięcznika "Sztuka i Naród" (SiN), drukując jego pierwszy wiersz, jaki napłynął na konspiracyjny konkurs poetycki, a potem wciągając go do prac nad pismem, którego stał się ostatnim formalnym redaktorem. Publikował w nim pod kilkoma pseudonimami, najczęściej jako Karol Topornicki.
Pod wielkim wrażeniem wierszy Gajcego był Jarosław Iwaszkiewicz, który nie taił zachwytu dla jego talentu: "masz w swojej osobowości cały urok warszawskiego proletariatu, który ubóstwiam - pisał. - Zgrzytam zębami z zazdrości, czytając te wiersze, [...] chciałbym mieć jeszcze w sobie to bijące źródło". W wielkie możliwości poetyckie Gajcego wierzył były żagarysta Jerzy Zagórski, który agitował za wciągnięciem go do redakcji SiN-u, bo lepiej niż inni potrafił docenić katastroficzną wyobraźnię młodzieńca. Mniej entuzjastyczny był drugi członek Żagarów - Czesław Miłosz, ale dlatego że nie znosił Konfederacji Narodu (KN), której członkami byli młodzi redaktorzy "Sztuki i Narodu". Irytowały go ich nacjonalistyczne poglądy oraz patriotyczne kaskaderstwo, które uważał za prowokowanie losu. W Historii literatury polskiej palmę pierwszeństwa wśród pokolenia Kolumbów przyznał jednak właśnie Gajcemu ("Najbardziej pośród tych poetów utalentowany Tadeusz Gajcy"), choć ideowo, duchowo i uczuciowo bliższy mu był Krzysztof Kamil Baczyński, już w czasie okupacji kreowany na nowego Słowackiego. Również Zbigniewowi Herbertowi, który prowadził z noblistą zaciekłe spory o dobrą pamięć poetów generacji 1920, bliżej było do autora Białej magii (ze względu na staranne wykształcenie, arystokratyzm ducha i "anielskość"), ale jednak za najlepszego poetę pokolenia apokalipsy uznał także Gajcego. Porównując ich obu, orzekał na jego korzyść: "Pisze językiem męskim, zdecydowanym, zaborczym, ale bezsilnym wobec potężnej grozy. Słowa jakby na krawędzi przepaści. Strofa równo odmierzona, kamienna. [...] Metaforyka oszczędna, silnie zabarwiona intelektualnie. Każdy wiersz sprawia wrażenie - zamknięcia, oblężenia, ciemności. U obu poetów ani cienia narodowej frazeologii czy egzaltacji patriotycznej. Poczucie fatalizmu i daremnej (ale nie bezsensownej) ofiary". O Gajcym Herbert myślał zresztą często. Dwa miesiące przed swoją śmiercią napisał o nim: "Najbliższy krewny Norwida, najpewniej chyba ów późny wnuk, który nie minie obojętnie pisma. Materia jego poezji z ognistego proroczego snu". Nawet sędziwy Leopold Staff, klasyczny do szpiku kości, a zatem odporny na wizjoneryzm, awangardowość, apokaliptykę i wyobraźniowy barok, właśnie autora Homera i Orchidei uznał za "poetę największych nadziei". Nie od rzeczy będzie również przypomnieć, że postać Karola Dębowego - poety i redaktora podziemnego pisma "Prawda i Naród" - w kultowej powieści Kolumbowie rocznik 20 Romana Bratnego nosi wiele cech Gajcego.
Można więc powiedzieć, że te opinie podważają powszechne od czasów wojny, a narzucone przez Kazimierza Wykę przekonanie o poetyckim prymacie Baczyńskiego wśród Kolumbów. Najwybitniejsi poeci polscy XX wieku preferowali bowiem raczej lirykę Gajcego, łączącą dziecięcą świeżość z eschatologiczną grozą i wizyjne rozpasanie z poszukiwaniem męskiego tonu. Ale oczywiście tego typu rankingi nie mają sensu, bo zarówno tragizm losu, jak i typ talentu zbliżały do siebie tych dwóch młodych poetów w sposób wyjątkowy. Obaj zresztą byli siebie wzajemnie ciekawi, ale nie potrafili przekroczyć niewidzialnej, dzielącej ich bariery. Może politycznej, a może tej samej, która dzieliła Mickiewicza i Słowackiego. Obaj - mimo wyjątkowych zdolności literackich i wyobraźni, które ze wszystkim się mogły kojarzyć, ale nie z wojskiem - z uporem rwali się do konspiracji i jej niebezpiecznych, orężnych spraw, choć na pewno nie były ich przeznaczeniem. Ale się nim, na ich własne życzenie, z wszystkimi możliwymi konsekwencjami, stały. Na nic były sygnały ostrzegawcze. W wypadku Gajcego wyjątkowo wyraźne, wręcz alarmujące: w wyniku nieudanej akcji składania wieńca pod pomnikiem Kopernika, w centrum stolicy, pod samym nosem granatowej policji, zginął Wacław Bojarski, a Zdzisław Stroiński wylądował na Pawiaku, gdzie cudem ocalał. Gajcy, sprawca nieszczęścia, wyszedł z opresji cało, ale czystym trafem. Przez długie miesiące, dręczony poczuciem winy, powtarzał: "my poeci do niczego się nie nadajemy". Ale jednak z niczego się nie wycofał, a nawet wręcz przeciwnie - już po kilku miesiącach został redaktorem naczelnym "Sztuki i Narodu", o której Miłosz sarkastycznie pisał, że jej kolejne "numery zaczynały się niemal z reguły od nekrologu poprzedniego redaktora". Bo rzeczywiście zarówno wokół tej redakcji, jak i jej autorów krążyło jakieś mroczne fatum: Onufry Bronisław Kopczyński zginął w Auschwitz, Bojarski - od kuli żandarma, Andrzej Trzebiński - w ulicznej egzekucji. Kiedy po jego śmierci redakcję obejmował Gajcy, w podziemiu otwarcie mówiło się już o czarnej serii, rodziła się konspiracyjna legenda. Poeta czuł na sobie oddech losu, czego dowodzą jego wiersze i wspomnienia tych, którzy przeżyli. Sztafeta śmierci dopełniła się w powstaniu warszawskim. Zginęli w nim trzej ostatni redaktorzy pisma - Stroiński, Gajcy, Wojciech Mencel. Wraz z nimi tysiące podobnych im młodych ludzi, a wśród nich Baczyński, który już dwa lata wcześniej, w wierszu Ten czas, doszedł do wniosku, że jedną nogą są jeszcze w środku życia, ale drugą już "po drugiej stronie lustra", w krainie literackich figur i symboli. "My sami - tacy mali, krok jeszcze - przejdziem w mit" - pisał zaintrygowany, że to się dzieje naprawdę, w dodatku tak prozaicznie i banalnie. Życie to niebawem potwierdziło - finał rozegrał się wśród ruin i gruzowisk, w kurzu, krzyku i dymie.
Nie tylko w Polsce bohaterska śmierć za ojczyznę jest w najwyższej cenie. Gdy giną młodzi, wyjątkowo utalentowani poeci, ofiara ta zyskuje szczególne znaczenie. Nic dziwnego więc, że po wojnie "poeci warszawscy", jak nazywał ich Miłosz, stali się przedmiotem wyjątkowej estymy, wręcz uwielbienia rodaków, na przekór ich własnym, gorzkim słowom, że zostanie po nich "złom żelazny / i głuchy, drwiący śmiech pokoleń". Wbrew pozorom nie była to kokieteria, bo podobne przeczucia co Borowski wyrażali wszak Gajcy w poemacie Do potomnego ("ty - podniesiesz na mnie kamień / lub rzucisz z wzgardą ziemi grudę") oraz Baczyński w wierszu Wiatr ("obcy człowieku, / co kości odkopiesz białe: / Kiedy wystygną już boje, / szkielet mój będzie miał w ręku / sztandar ojczyzny mojej"). Ta pesymistyczna zgodność, która nas dzisiaj dziwi, wymaga zastanowienia: oni faktycznie nie spodziewali się marmurów i pomników. Słuszność ich przeczuć potwierdził Herbert w cytowanym już Przesłaniu Pana Cogito, przypuszczalnie nawiązującym do Gajcego: "pójdą na twój pogrzeb i z ulgą rzucą grudę / a kornik napisze twój uładzony życiorys". A także w odwołującym się do Pieśni Borowskiego Epizodzie w bibliotece ("Pozostaną po nas w czarnej ziemi rozrzucone głoski. Akcenty nad nicością i prochem") oraz w Poległym poetom ("Ten kopczyk wierszy darń zarośnie"). Jest więcej niż prawdopodobne, że to właśnie o poległych poetach-powstańcach myślał Herbert, pisząc słynne zdanie: "tylko tak będziesz przyjęty do grona zimnych czaszek / [...]: Gilgamesza Hektora Rolanda / obrońców królestwa bez kresu i miasta popiołów". Książę poetów jasno mówił, że w komunistycznej Polsce za bohaterstwo nie płaci się laurowymi wieńcami i miejscami w encyklopediach, lecz "chłostą śmiechu" i zapomnieniem.
Bo rzeczywiście szykowano im bezpotomną przyszłość. Komunistyczne władze wiele zrobiły, by zdyskredytować podziemną armię polską, podważyć patriotyczny sens powstania warszawskiego i wymazać pamięć o jego bohaterach. Dotyczyło to tym samym twórczości poległych w nim i w czasie całej okupacji poetów. Drukowano ją niechętnie, na ogół po jednym, dwa wiersze w rocznicowych numerach czasopism, dzieląc ich na "lepszych" i "gorszych" politycznie. A dawało się to robić tym łatwiej, że "Sztuka i Naród", wydawana w Warszawie od kwietnia 1942 do lipca 1944 roku, na łamach której publikowali wspomniani już Bojarski, Gajcy, Mencel, Stroiński i Trzebiński, a także Lesław M. Bartelski, Zbigniew Łoskot, Stanisław Marczak-Oborski, Tadeusz Sołtan, Kazimierz Winkler, Stanisław Ziembicki, była pismem ultraprawicowej Konfederacji Narodu, spadkobierczyni przedwojennego Obozu Narodowo-Radykalnego Falangi (Ruchu Narodowo-Radykalnego). Nawet dla polskiego państwa podziemnego stanowiła ona problem, bo Armia Krajowa afiliowała ją dopiero w 1943 roku. Po wojnie władze komunistyczne skazały ją na zapomnienie. To samo zresztą próbowały zrobić z całą Armią Krajową. Na KN były szczególnie cięte, gorliwie wymazując z kart historii oraz polskiego piśmiennictwa jej członków. Bez wątpienia uosabiali to wszystko, co było im wrogie.
Na szczęście okazało się to niemożliwe, bo wbrew wysiłkom komunistów Kolumbowie stali się obiektem adoracji i kultu - szczególnie wśród młodzieży. Od zakończenia wojny, w dniach, w których Polacy czczą pamięć swoich zmarłych, kwatery powstańcze na Powązkach przemieniają się w ognistą łąkę, rozpłomienioną setkami tysięcy świec i kaganków.
Ten stały, milczący nacisk musiał robić wrażenie nawet na komunistycznej nomenklaturze. Bardzo dużo dla podtrzymania pamięci o poetach-powstańcach zrobili ich towarzysze broni, którzy z uporem walczyli o publikacje utworów poległych kolegów. Swoją istotną cegiełkę dorzucili krytycy, literaturoznawcy i pisarze. Ale nie stało się to od razu, lecz w wyniku skomplikowanego, rozłożonego na kilka dziesięcioleci procesu. Oczywiście czytelnicy od początku potraktowali twórczość Kolumbów jak przedmiot kultu, na pniu wykupując ich książki, choć nigdy nie były one łatwe w odbiorze (szczególnie poezja). Jest zresztą rzeczą ciekawą, że traktowali ich twórczość jako jednorodną, nie uświadamiając sobie, że wojennych pisarzy dzieliły jednak ogromne różnice polityczne. Nie dostrzegali ich czasem nawet krytycy. Dostrzegały je za to znakomicie władze i jej usłużni "doradcy".
Ten skomplikowany proces przywracania SiN-owców historii literatury jest mało znaną a pasjonującą historią zaangażowania się weń wielu ludzi dobrej woli (poświęcony mu jest podrozdział Faszyści z SiN-u). W powracających jak bumerang - niemal co dekadę - dyskusjach na temat postaw i liryki twórców z kręgu "Sztuki i Narodu" wzięli udział najwybitniejsi polscy literaturoznawcy, krytycy, publicyści i pisarze kilku pokoleń. Wśród nich szczególnie ważne miejsce przypada Miłoszowi, który znał SiN-owców osobiście i do końca życia prowadził z nimi poetycki i polityczny spór, a także Herbertowi, który - również do ostatnich dni - bronił ich pamięci. We wszystkich tych sporach i dyskusjach niechęci osobiste i polityczne zmagały się z podziwem dla poetyckiego talentu i dzielności poetów walczącej Warszawy. "Dzieje ich są bohaterskie, porażające i absurdalne - pisał u kresu życia autor Doliny Issy. - Ich pismo [...] głosiło ideologię polskiego nacjonalizmu (polskie imperium). [...] ich namiętność narodowa była odpowiedzią na niemiecki nacjonalizm i nosiła piętno lekkomyślności, jeżeli nie szaleństwa. [...] Wierzyli w odkupiającą moc ofiary z życia złożonej dla kraju". Te pamięciowe zaduszki, prowadzone niemal do grobowej deski przez największych polskich poetów naszych czasów, są zjawiskiem niezwykłym. Aż trudno uwierzyć, że dotyczą dwudziestolatków, którzy w mrokach podziemia dopiero zaczynali swą drogę twórczą, a zatem byli po prostu debiutantami
Niestety na edycje ich dzieł trzeba było czekać nieraz długo. Sporo szczęścia miał Baczyński, który - ze względu na lewicową orientację i troskę luminarzy polskiej humanistyki - funkcjonował w PRL-u na specjalnych prawach i już w 1961 roku doczekał się opasłego tomu Utworów zebranych. Dobre duchy chroniły również Gajcego, bo już w 1952 roku - co można uznać za cud - opublikowano jego Utwory zebrane. Szesnaście lat później ukazały się Utwory wybrane, a potem Pisma. Jego redakcyjni koledzy czekali już jednak na podobne edycje aż do lat siedemdziesiątych, niektórzy nawet do osiemdziesiątych. Bogu dzięki ciągle znajdował się ktoś, kto przekazywał dalej pałeczkę tej sztafety pamięci. W jej drodze nie da się przecenić legendotwórczej roli bestsellerowej Genealogii ocalonych Lesława M. Bartelskiego (cztery wydania po sto tysięcy egzemplarzy), kultowej powieści Romana Bratnego Kolumbowie rocznik 20, literaturoznawczych prac Zdzisława Jastrzębskiego, wspomnieniowych tomów Instytutu Wydawniczego PAX, takich jak Portrety twórców "Sztuki i Narodu" czy W gałązce dymu, w ognia blasku, wydań popularyzatorskich w stylu Dwudziestoletnich poetów Warszawy Jana Marxa oraz licznych przedsięwzięć bibliograficznych i edytorskich. Ilość kieszonkowych i bibliofilskich zbiorków z wierszami Kolumbów, wydawanych z okazji kolejnych rocznic powstania, a często i bez okazji, jest dziś już niepoliczalna. Są wśród nich, oczywiście, książki Gajcego, a nawet albumy muzyczne z piosenkami do jego słów (Gajcy! oraz Gajcy Szyc Pierończyk).
Jeśli zważymy, jak bardzo komunistyczne władze blokowały publikacje SiN-owców, trzeba przyznać, że walka ludzi dobrej woli o ich spuściznę oraz miejsce w historii literatury była imponująca. Już w początkach lat siedemdziesiątych Stanisław Edward Bury naliczył osiem autorskich wydań książkowych SiN-owców, sto szesnaście ich utworów na łamach dwudziestu ośmiu polskich czasopism, przedruki w pięciu antologiach poetyckich, adaptacje sceniczne, radiowe i telewizyjne ich dramatów (między innymi Homera i Orchidei i Misterium niedzielnego Gajcego), artykuły oraz wspomnienia pióra ponad dziewięciuset pisarzy i krytyków. Do tego dochodzi sześćdziesiąt pozycji książkowych, napisanych przez siedemnastu autorów (na przykład Bartelskiego, Jadwigę Bandrowską-Wróblewską, Zdzisława Jastrzębskiego, Jerzego Kwiatkowskiego, Stanisława Podlewskiego), których większe lub mniejsze partie poświęcone zostały poetom SiN-u. Już wtedy finalizowano prace nad Bibliografią czasopisma konspiracyjnego i grupy poetyckiej "Sztuka i Naród (1944-1970), która ostatecznie jednak nie wyszła drukiem, co roku ukazywały się nowe utwory znanych poetów, dedykowane lub poświęcone redaktorom SiN-u (autorstwa między innymi Iwaszkiewicza, Herberta, Miłosza, Macieja J. Kononowicza, Stanisława Marczaka-Oborskiego, Jerzego Niemojowskiego, Bolesława Taborskiego, Jerzego Zagórskiego), również takie, które bezpośrednio odnosiły się do Gajcego (na przykład Zbigniewa Jerzyny, Stanisława Stabry, Agnieszki Zabielskiej, Andrzeja Ogrodowczyka). Gdyby dziś ktoś chciał zewidencjonować tę literacką memuarystykę, stanąłby przed zadaniem tytanicznym, bo znalazłby się u stóp papierowej góry. Byłaby to zresztą pewnie syzyfowa praca, ponieważ ogromna liczba utworów poświęcona tej tragicznej formacji nie posiada bezpośrednich "adresów". Kto jest w stanie na przykład jednoznacznie dowieść, które z klasycznych już wierszy Herberta, takich jak Do Marka Aurelego, Las Ardeński, Poległym poetom, Epizod w bibliotece, Przesłanie Pana Cogito, powstały z myślą właśnie o nich? Bronisław Maj, znawca liryki Gajcego i Herberta - uważa, że wszystkie. Ja byłbym ostrożniejszy i powiedziałbym, że większość. Nie ma jednak wątpliwości, że literatura polska wzniosła Kolumbom (wbrew ich pesymistycznym przeczuciom) znaczący postument. Dziś już tak wielki, że jego pełnych kształtów nikt nie jest w stanie ogarnąć.
Anno Domini 2016 mało kto sobie uświadamia, jak bardzo kręta i czasochłonna była droga poetów z SiN-u na pierwsze karty literatury polskiej. Namiętności i różnice zdań na temat ich wierszy oraz poglądów politycznych przetrwały aż do naszego stulecia. Walka ta zresztą wciąż jeszcze trwa i zapewne nie skończy się tak długo, jak długo spierać się będziemy o silnie prawicową koncepcję polskiego państwa. Dla jednych - wymarzoną, dla drugich - trudną do przyjęcia, dla pozostałych - znienawidzoną. Nie ma wątpliwości, że to jeden z najbardziej zaciętych i długotrwałych sporów w historii literatury polskiej - równoległy do dyskusji o znaczeniu i sensie powstania warszawskiego, w którym Konfederacja Narodu poniosła tak ciężkie straty, że nie podniosła się z nich nigdy, a jej literacki organ "Sztuka i Naród" zakończył swą krótką i bujną historię. Nie bez powodu więc wielu Polaków uważa go za symbol walki o polską kulturę, bo był to wszak najambitniejszy podziemny periodyk literacki. Stworzony i kolportowany w warunkach straszliwego terroru. Śmierć w boju jego trzech ostatnich redaktorów stanowi ukoronowanie legendy. Szczególnie Gajcego i Stroińskiego. Nierozłączni przyjaciele, wysłani do obrony reduty przy ulicy Przejazd, bronili jej, ramię w ramię, przed falowymi szturmami doborowych oddziałów niemieckich i nie opuścili, choć mieli na to zgodę dowódcy. Po kilku dniach nieudanych ataków Niemcy wysadzili placówkę w powietrze. "Gajcy, Stroiński, byli podniesieni / W czerwone niebo na tarczy eksplozji" - pisał Miłosz w Traktacie poetyckim. "Dwóch poetów jak race wzniosło się w powietrze" - wtórował mu Iwaszkiewicz w wierszu Niepogrzebani. Każdemu Polakowi taka śmierć kojarzy się z bohaterską śmiercią Ordona na reducie 54 oraz Wołodyjowskiego i Ketlinga w Kamieńcu Podolskim. Ale legendy nie zawsze są wierne faktom, więc i tutaj istnieje wątpliwość, czy poeci z SiN-u faktycznie polegli razem, gdyż ciało Stroińskiego znaleziono po wojnie pod gruzami ich placówki, a Gajcego na terenie pobliskiego Arsenału. Czy to oznacza, że przeżył o parę godzin lub dni swojego przyjaciela? Może tak, a może nie. Ale jest pewne, że obaj zginęli na tym samym odcinku, z którego nie chcieli się wycofać. Obaj też zostali uhonorowani wysokimi odznaczeniami bojowymi: Gajcy - Krzyżem Walecznych, Stroiński - Orderem Virtuti Militari[1].
Nie jest jednak dobrze, gdy pamięć o bohaterach pokrywa patyna patosu, przeradzając ich w postacie ze szkolnych czytanek, zwłaszcza że nieraz wypadali ze swoich ról, bo grali w upiornej tragedii, a byli przecież zwyczajnymi ludźmi. Na placówce błaznowali, by stłumić lęk, pomiędzy atakami wroga popijali trójniak króla Stasia, odkryty w piwnicach ratusza, i uganiali się z bagnetem za świnią, ale nie umiejąc jej zaszlachtować, zastrzelili ją, po czym ugotowali, bo dokuczał im głód. Właśnie wtedy, czekając na kolejny atak, Gajcy napisał na papierowej torbie swój ostatni wiersz - bluźnierczą makabreskę, w której "wszyscy święci" obżerają się flakami powstańców po krwawej jatce z setkami ofiar na ulicy Kilińskiego. Nawiązywał w ten sposób do wydarzenia sprzed dwóch dni, którego był świadkiem. Bez wątpienia złamał w tym tekście wszystkie zasady decorum.
Śmierć poety na barykadzie - to obraz o ogromnej symbolicznej sile. Dlatego Gajcy ma trwałą pozycję w polskim panteonie kultury. Ale czy barykada to właściwe miejsce dla nadwrażliwych i utalentowanych artystów? To pytanie, które w naszym kraju padało często. Niesie ono ze sobą odpowiedź, że raczej nie. Ale jakoś nikt nigdy nie poważył się powiedzieć tego wprost. Co należałoby bowiem wobec tego zrobić - internować ich przed wybuchem powstania? Tego dylematu nie da się rozstrzygnąć. I takich rozważań ta książka nie podejmuje, bo jej celem nie jest nakręcanie emocji, ale opis unikatowego zjawiska literackiego. Jest ona podsumowaniem tego wszystkiego, co dziś wiemy o życiu poety i co ustalili krytycy i literaturoznawcy.
Siłą rzeczy jestem ogniwem tego łańcucha, bo w 1992 roku opublikowałem w wydawnictwie PEN książkę Uwięziony w śmierci. O twórczości Tadeusza Gajcego, która liczyła sobie około 200 stron (9 arkuszy). Gajcy. W pierścieniu śmierci liczy sobie 712 stron (około 29,4 arkusza), a zatem trzy razy więcej. Jakkolwiek obie te pozycje mają ze sobą wiele wspólnego, bo wiedza humanistyczna się wszak kumuluje, to jednak też mocno się różnią. Nie tylko zresztą objętością, choć i ona ma swoje znaczenie. Wybitni poeci zasługują bowiem na pokaźne książki, gdyż otwierają drzwi do nieznanych światów i stawiają ważne pytania. Liryka Gajcego na pewno zasługuje na szczególne miejsce w historii polskiej literatury. Stanisław Pigoń ze smutkiem powiedział, że jesteśmy narodem, którego losem jest "strzelać do wroga z brylantów". Warto dodać, że istnieje jaśniejsza strona tego fatum: brylanty owe możemy na szczęście podziwiać w nieskończoność.
Rok 1922, w którym urodził się Tadeusz Gajcy, nie przyniósł ani w Polsce, ani na świecie zdarzeń, które można by nazwać zwiastunami losu, ale niektóre z nich mają swoją oczywistą treść symboliczną. W tym właśnie roku podpisano traktat w Rapallo, Benito Mussolini poprowadził marsz "czarnych koszul" na Rzym i objął władzę, w Moskwie odbyły się pierwsze procesy przeciwko "wrogom ludu", a tuż przed końcem roku utworzono Związek Sowiecki. Dla samej Polski rok ten zaznaczył się przyłączeniem Wileńszczyzny do macierzy, wkroczeniem polskich oddziałów i administracji na Górny Śląsk, pierwszym zjazdem Młodzieży Wszechpolskiej, ale przede wszystkim zabójstwem prezydenta Gabriela Narutowicza. W tym samym czasie w Stanach robił furorę jazz, otwierając karierę Louisa Armstronga, pojawiły się lody na patyku, a w Paryżu zapanowało szaleństwo fokstrota. W kinach z wypiekami na twarzach oglądano Nosferatu - symfonię grozy Friedricha Murnaua i Doktora Mabuse Fritza Langa, a na drogach kontynentu witano technologiczny hit - lancię lambdę oraz uwielbianego przez kobiety citroëna 5CV, rozwijającego szybkość sześćdziesięciu kilometrów na godzinę. W cieniu takich atrakcji Nagrodę Nobla otrzymał Albert Einstein, odszedł Marcel Proust, ukazały się Ulisses Jamesa Joyce'a, Siddhartha Hermanna Hessego i Ziemia jałowa Thomasa Stearnsa Eliota, a Edyta Stein przyjęła katolicki chrzest. Równie niezauważalnie w Krakowie powstała awangardowa "Zwrotnica". Przychodzenie na świat przyszłych legend narodowej kultury z oczywistych powodów mieściło się w kategorii kameralnych wydarzeń rodzinnych. Ale dwóm z nich należy się uwaga: jedenaście dni po Gajcym urodził się Władysław Bartoszewski, a parę miesięcy później Tadeusz Borowski. Z jednym i z drugim przyszły poeta spotka się w okupowanej Warszawie na wykładach podziemnego kompletu polonistycznego.
W akcie urodzenia Tadeusza Gajcego czytamy:
Działo się w Warszawie w parafii Świętego Augustyna dnia dwudziestego piątego lutego tysiąc dziewięćset dwudziestego drugiego roku o godzinie piątej po południu. Stawił się Stefan Gajca, lat dwadzieścia cztery mający, ślusarz, zamieszkały w Warszawie przy ulicy Dzikiej pod numerem czterdziestym trzecim i czterdziestym piątym w obecności Jakóba Zmarzlika, wyrobnika, i Anny Muszyńskiej, przy mężu introligatorze, pełnoletnich, zamieszkałych w Warszawie, i okazał nam dziecię płci męskiej, oświadczając, że takowe urodziło się w jego mieszkaniu dnia ósmego lutego roku bieżącego o godzinie dziesiątej wieczorem z jego małżonki Ireny z domu Zmarzlik lat dwadzieścia cztery mającej. Dziecięciu temu na Chrzcie Świętym, w dniu dzisiejszym odbytym, nadane zostały imiona Tadeusz - Stefan[2].
Mimo zawartego na marginesie aktu urodzenia sprostowania, pochodzącego z dnia 17 sierpnia 1935 roku, które głosi, iż "na mocy wyroku Sądu Okręgowego w Warszawie N. V. CO. 717/35 prostuje się imię i nazwisko zeznającego akt "Stefan Gajca" na "Stefan - Marian Gajcy"", ojciec oraz matka Tadeusza, jak i on sam aż do roku 1939 posługiwali się formą nazwiska: Gajc, a także - rzadziej - Gajczy oraz Gaycy[3], co potwierdzają na przykład świadectwa szkolne[4]. W każdym razie koledzy szkolni Tadeusza pamiętają go jeszcze jako Gajca lub Gajcę, a nie jako Gajcego[5]. Dopiero dokumenty z okresu okupacji podają utrwaloną dziś wersję nazwiska - Gajcy[6]. Ten brak zdecydowania członków rodziny wynikał prawdopodobnie z wahania pomiędzy przyzwyczajeniem do formy umieszczonej w dokumentach a chęcią powrotu do tej jego wersji, której używali przybyli w XIX wieku z Węgier przodkowie Gajcych.
Trudno z przesadną czołobitnością traktować opinie matek na temat swoich dzieci, bo wiadomo, że dyktuje je zachwyt, ale jeśli ktoś faktycznie pamięta, jak wyglądały dzieci po przyjściu na świat, to na pewno one. Już choćby dlatego opis nowo narodzonego potomka dokonany przez Irenę Gajcy jest godny przytoczenia:
Jako dziecko i zawsze potem - wspomina - Tadzik był prześliczny. Urodził się z czarnym, pięknym lokiem nad czołem, co wzbudziło podziw u wszystkich, a znajomy fotograf, robiąc mu pierwsze zdjęcie, wykrzyknął: "Zupełnie synek Napoleona! Zobaczy pani tę fotografię, zupełnie mały Napoleon z tym lokiem na czole!" [SZM 7].
[^] Tadeusz Gajcy (1923 r.)
Spoglądając na zachowane zdjęcia Tadeusza, zarówno z wieku niemowlęcego, jak i chłopięcego, trudno nie przyznać racji matce oraz Józefie Radzymińskiej ("Miecz y Sława"), przyjaciółce Gajcego z konspiracji. Jako niemowlę mógłby służyć za żywą reklamę dziecięcych odżywek, a jego napoleoński kosmyk zachował się na zdjęciach aż do okresu szkolnego, choć wtedy już w wersji ograniczonej przepisami gimnazjalnymi.
Sam poród był trudny i ryzykowny, co matka przeżyła szczególnie mocno, bo jako akuszerka potrafiła ocenić sytuację i wiążące się z nią ryzyko. O tym, jak duże znaczenie miało to dla późniejszych relacji matki z synem, mówi młodszy o pięć lat brat Gajcego - Mieczysław:
Matka opowiadała mi, że miała bardzo ciężki poród, i często do tej sprawy wracała. Wspominała, że urodziła to pierwsze ukochane i oczekiwane dziecko z trudem. Myślę, że to miało potem wielki wpływ na jej kontakt z dzieckiem. Moja matka chyba Tadeusza w jakiś sposób wyróżniała. Traktowała go z większą - powiedziałbym - powagą. Myślę, że to wynikało z tego, że on sam był też chłopcem poważnym. Była w nim jakaś powaga, skupienie. Coś takiego uderzało mnie w nim również wtedy, gdy był chłopcem większym. Jakkolwiek we wspomnieniu jego rówieśników, przyjaciół, kolegów był jak każdy chłopiec - wesoły, pogodny, żywy, niczym specjalnym się pod żadnym względem niewyróżniający. Poza tą zdolnością do przechodzenia w pewien typ - powiedziałbym - zamyślenia. To był chłopiec myślący [ŚTG 01:20].
[^] Tadeusz Gajcy po rozpoczęciu nauki w szkole powszechnej
[^] Tadeusz Gajcy z matką (1923 r.)
Ulica Dzika, przy której urodził się i spędził swoje dzieciństwo przyszły poeta[7], stanowi przedłużenie ulicy Powązkowskiej. Tędy właśnie, pod oknami dwupiętrowego domu numer 43/45[8], zamieszkałego przez siedem osób, przechodziły wszystkie kondukty pogrzebowe zmierzające ku Powązkom. Znalazło to zresztą odzwierciedlenie w kilku utworach Gajcego[9]. Z powodu bliskości nekropolii na końcowym odcinku ulicy znajdowało się kilkanaście zakładów kamieniarskich. Obok nich rozciągały się ogromne składy drzewne, opałowe i budowlane. W czasie okupacji z jednej strony domu poety znajdzie się getto, z drugiej zaś (na skrzyżowaniu Dzikiej i Stawek 4/6) - osławiony Umschlagplatz, skąd od 1942 roku wyruszać będą transporty z Żydami do komór gazowych.
[^] Dom rodziny Gajcych, ul. Dzika 43/45 w Warszawie (na balkonie od lewej: babka, brat Mieczysław, matka, ojciec)
Sąsiednia kamienica należała w drugiej połowie XIX wieku do słynnego drukarza Samuela Orgelbranda, a wzdłuż wschodniej pierzei Dzikiej rozciągał się tak zwany plac Broni, będący wcześniej terenem wojskowej musztry. Dzielnica była uboga, zaludniona głównie biedotą żydowską i polską. Tutaj zresztą w początkach XX wieku założono schronisko braci albertynów dla bezdomnych, a w bezpośredniej odległości od domu Gajcych znajdowały się dwa więzienia (przy ulicach Gęsiej i Pawiej), kirkut oraz wielki targ starzyzną, czyli "Wołówka".
Zabudowa ulicy Dzikiej składała się w większości z ponurych domów mieszkalnych oraz wciśniętych między kamienice lub ulokowanych na podwórkach licznych warsztatów kamieniarskich wykonujących nagrobki. Dwupiętrowy dom nr 43/45 wyglądał jak przyklejony do wielkiej kamienicy, budowanej z przeznaczeniem na hotel. Z hotelowych planów właściciela nic jednak nie wyszło i kamienicę ową zamieszkał rój ubogich rodzin żydowskich. W małych pokoikach niedoszłego hotelu gnieździło się po kilka osób. [...] Mieszkanie [Gajcych] składało się z dużego pokoju i dużej kuchni, przedzielonej na pokój stołowy i kuchnię właściwą. [...] Oprócz Tadeusza i jego rodziców mieszkali tu jeszcze rodzice matki, starsi państwo Zmarzlikowie, później młodszy brat Tadzika Mieczysław i służąca Zosia [PT 181].
[^] Ulica Dzika (przed wojną)
Ojciec poety miał ciekawą przeszłość - w młodości przez wiele lat pracował w Rosji jako komiwojażer, rozprowadzając etui do orderów (między innymi dla rodziny carskiej)[10], w czasie wojny z bolszewikami w 1920 roku służył zaś jako telegrafista, a potem zatrudnił się na stanowisku ślusarza w Zakładach Naprawczych Taboru Kolejowego na Pradze. Matka z kolei pracowała jako akuszerka[11], zdobywając sobie w okolicy liczną żydowską klientelę, a w wolnych chwilach oddawała się działalności charytatywnej, co dodatkowo stabilizowało jej zawodową pozycję. (Wśród dzieci, które po wojnie przyjęła na świat, znajdowali się przyszli prezydent i premier Rzeczpospolitej Polskiej Lech i Jarosław Kaczyńscy; ich matka Jadwiga Kaczyńska zaprzyjaźniła się z Ireną Gajcy i wpadały do siebie na kawę[12]).
[^] Zdjęcie ślubne rodziców Tadeusza Gajcego (Irena Zmarzlik, Stefan M. Gajcy w mundurze telegrafisty)
[^] Babka Tadeusza Gajcego (Aurelia Stanisława Zmarzlik)
Mimo pozorów ubóstwa rodzice Tadeusza utrzymywali się na przyzwoitym proletariackim poziomie, a nawet podjęli wysiłek podwyższenia standardu życia, czego dowodzi rozpoczęcie budowy domu na Marymoncie przy ulicy Międzychodzkiej 27, do którego przeprowadzili się w czasie okupacji. Jak mówi Mieczysław Gajcy:
[...] mój ojciec z jakiegoś takiego skromnego nadmiaru go postawił i nie miał zamiaru tam mieszkać, bo moja mama nigdy sobie nie wyobrażała, żeby w takiej dzielnicy jak Marymont mogła być jakaś klientela, była przecież poważną akuszerką [ŚTG 13:35].
[^] Dziadek Tadeusza Gajcego (Jakub Zmarzlik)
Bez wątpienia ten wysiłek organizacyjny i finansowy musiał się odbijać na sposobie funkcjonowania życia domowego, którego ciężar spoczywał głównie na ramionach babki.
Babcia moja, Stanisława Zmarzlik - wspomina brat poety - była osią domu, nawet w sensie duchowym organizowała całe życie codzienne. Tak jak babcia w każdym domu. Miała ten dodatkowy obowiązek, że musiała często zastąpić mamę. Też faworyzowała Tadeusza. Może intuicja starszej kobiety podpowiadała jej, że trzeba nim się zająć z większym ciepłem [ŚTG 02:30].
Babcia Aurelia Stanisława Zmarzlikowa (z domu Rak), urodzona w Różanie, podobnie jak jej mąż w 1867 roku[13], była córką gajowego, a więc znakomicie znała się na grzybach i innych roślinach leśnych, co niejednokrotnie w życiu ratowało ją i jej rodzinę przed głodem. W czasie pierwszej wojny światowej pracowała jako pielęgniarka na Krymie, natomiast jej mąż[14] walczył o przetrwanie wielkiego głodu w Warszawie wraz z dziećmi Ireną i Stanisławem. Choć zachowane zdjęcia mogą sugerować osobę mało przystępną i twardą, w rzeczywistości cechowała ją prostota połączona z roztropnością, a surowość z czułością, o czym zaświadcza Mieczysław:
Nasza babka była prostą kobietą i jak każdy człowiek wychowany na wsi zachowała do końca bystrość umysłu, pogodę, humor, zdrowy rozsądek, niezwykłą prostotę w obcowaniu z innymi, połączoną z poczuciem własnej godności. Dla Tadeusza była uosobieniem żywotności i przyrody, tym wszystkim, co kojarzy się nam z najpiękniejszą, najprostszą mądrością życia. Dla babki zaś Tadeusz był po prostu ukochanym, pierwszym wnukiem. [...] kochała go niejako poza jego talentem, kochała go po prostu, dla niego samego. Kiedy Tadeusz spał, matka nie wchodziła do pokoju, nie chciała go budzić, była wyczulona na każdy nastrój syna. Babka - nie. Wchodziła bez żenady do pokoju, bo dla niej znacznie ważniejsza niż nastroje czy zmęczenie wnuka była jego obecność [FBM 4].
Ciekawe uzupełnienie i potwierdzenie relacji brata przynosi wspomnienie koleżanki z konspiracji - Joanny Żwirskiej ("Ludmiła")[15], powierniczki Gajcego w chwili jego załamania nerwowego w maju 1943 roku po nieudanej akcji składania wieńca pod pomnikiem Kopernika (25 maja), w której zginął jego przyjaciel Wacław Bojarski. Oto co zapamiętała ze zwierzeń poety na temat roli babki w jego życiu:
Ze wszystkimi zmartwieniami uciekał do babci. Była jedyną kobietą, która naprawdę go rozumiała. Cierpliwie wysłuchiwała skarg, próśb, żalów i marzeń wrażliwego, niespokojnego chłopca [...]. Matce nie mówił o swoich rozmaitych strapieniach, aby jej nie martwić. Oszczędzając matkę, zwracał się do babci, bardziej wyrozumiałej i mającej więcej czasu dla wnuczka [WGD 373].
Mimo nawału zajęć zawodowych i organizacyjnych związanych z budową domku na przedmieściu rodzicom Gajcego udawało się pielęgnować w pewnym zakresie zainteresowania artystyczne: ojciec pisywał od czasu do czasu amatorskie wiersze[16], matka zaczytywała się w twórczości Słowackiego[17], wuj zaś - Stanisław Zmarzlik, tancerz w Teatrze Wielkim, uczeń Siergieja Diagilewa i Anny Pawłowej - po wyjeździe w 1926 roku do Paryża, gdzie zainstalował go Feliks Parnell, zdobył światowy rozgłos jako Stanley Barry. Już jako uznany talent występował w Folies Berg?re oraz Olimpii, często ze swą synową Tamarą, z którą w 1986 roku założyli Instytut Tańca i Form[18]. Wielokrotnie tańczyli też razem w spektaklach telewizyjnych w Stanach Zjednoczonych i wielu krajach Europy. Poza sukcesami tanecznymi nie najgorzej radził sobie jako aktor - grał w kilku filmach, między innymi w adaptacji Mazepy pod tytułem Blanka (1972) Waleriana Borowczyka czy w L'inconnu (1973) Jeana-Claude'a Youriego, niejednokrotnie bywał też choreografem, na przykład w słynnym Austerlitz (1960) Abela Gance'a.
[^] Stanisław Zmarzlik (Stanley Barry) z synową Tamarą w czasie występu
Z warszawską rodziną utrzymywał stały kontakt, w listach do siostry opisując z detalami środowisko artystyczne Paryża, a przede wszystkim swe dwie wielkie przyjaźnie: z "królem fryzjerów i fryzjerem królów" Antoine'em (Antonim Cierplikowskim), który czesał między innymi Josephinę Baker, Sarah Bernhardt, Édith Piaf i Brigitte Bardot, oraz z bywającym często w stolicy Francji Ksawerym Dunikowskim. Siostrzeńca wuj darzył dużą sympatią i pisywał doń - zdradzające ogromne poczucie humoru oraz rymotwórczy talent - listy, do których załączał swoje zdjęcia. Bez wątpienia więc chłopcu nie brakowało impulsów artystycznych nawet we własnej, wydawałoby się, nad wyraz prostej, bo przecież robotniczej rodzinie.
Naukę Gajcy rozpoczął w pobliskiej Szkole Powszechnej nr 120 przy ulicy Stawki 4/6, która zresztą ocalała z zawieruchy wojennej jako jeden z nielicznych budynków w okolicy[19]. Ponieważ jego wychowaniem zajmowała się głównie babka, szczególny nacisk kładła na jego formowanie religijne[20], gdyż jej skrytym marzeniem była kariera wnuka jako duchownego. Chłopiec służył do porannych mszy jako ministrant w pobliskim kościele Jana Bożego, co oznacza, że wstawał bladym świtem.
[^] Kościół Jana Bożego w Warszawie (lata przedwojenne)
Babcia moja - wspomina brat Mieczysław - była praktykującą katoliczką i jej ambicją było, żeby chłopcy, Tadeusz i Mieczysław, służyli do mszy. Była chłopką, żywo związaną z wiarą. Cieszyła się wręcz, kiedy rano zbliżała się do jego łóżka i mówiła: "Tadziu, Tadziu!". To znaczy, że trzeba już wstać i iść na prymarię, bo on służył do mszy świętej w małym kościółku na ulicy Bonifraterskiej przy szpitalu bonifratrów[21]. Uroczy kościółek. [...] Taki mały chłopak, ile mógł mieć wtedy lat: dziesięć - jedenaście - dwanaście? A wstawał raniutko i już na szóstą drałował z ulicy Dzikiej na Bonifraterską [ŚTG 03:00].
Biskupem ani nawet proboszczem Tadeusz nie został, a wyniki w szkole miał przeciętne, ponieważ oceny bardzo dobre na świadectwie szkolnym kończącym jego edukację w szkole powszechnej w roku 1933/1934 uzyskał wyłącznie ze sprawowania i religii, oceny dobre z geografii i nauki o Polsce współczesnej, historii, rysunków, robót ręcznych, śpiewu i ćwiczeń cielesnych, natomiast język polski, rachunki z geometrią oraz fizykę z chemią zakończył z wynikiem dostatecznym[22]. Analiza rocznych i semestralnych świadectw szkolnych pokazuje nam ucznia, dla którego nauka nie była zajęciem priorytetowym[23].
Czas wolny chłopiec poświęcał na majsterkowanie (choć z robót ręcznych miał na ogół oceny dostateczne), intensywną lekturę oraz grę na organkach i mandolinie (w okresie gimnazjalnym pobierał nawet lekcje gry na tym instrumencie). Sporo czasu spędzał z nim dziadek Zmarzlik, który był co prawda mrukiem, ale wnuka uwielbiał, więc wciągał go w swoją pasję, czyli zwierzęta - miał ogromną kolekcję ich zdjęć, które godzinami oglądali razem. Jak pisze Andrzej Tauber-Ziółkowski, badacz życia i twórczości Gajcego:
[Tadeusz] wcześnie stawał się samodzielny. Wypuszczał się na pierwsze samotne spacery po Dzikiej, Niskiej i Miłej, docierał do targowiska, szedł na Powązki. Sam wreszcie podążał do ochronki na Freta, gdzie dostawał śniadanie i obiad.
W swej wędrówce mijał codziennie kościół św. Jana Bożego na Bonifraterskiej, przed którym dzielił się swym drugim śniadaniem ze starym żebrakiem wysiadującym u wrót świątyni. Znajomość z nim zawarta przerodziła się wkrótce w obopólną przyjaźń [PT 183].
[^] Tadeusz Gajcy z bratem Mieczysławem (1932 r.)
Nie jest wykluczone, że on właśnie stał się prototypem jednej z ważniejszych postaci Misterium niedzielnego Gajcego - żebraka spod kościoła Świętej Honoraty. Jeśli chodzi o kontakty chłopca z rówieśnikami, nie można powiedzieć, by się do nich rwał.
Z kolegami z podwórka i z ulicy - pisze Tauber-Ziółkowski - bawił się, ale niezbyt często. W domu i podczas samotnych spacerów było przecież o wiele ciekawiej. Ojciec wciąż kupował lub sam majstrował różne zabawki. W mieszkaniu było nawet "kino domowe" - wielki aparat do wyświetlania przeźroczy. Próbował też Tadeusz wygrywać zasłyszane melodie na kupionych mu przez ojca organkach [PT 183, 184].
Niezłe stosunki łączyły go za to, mimo różnicy wieku, z bratem Mieczysławem, który zachował wspomnienie wspólnych zakupów, robionych na polecenie mamy:
Pamiętam, jak chodziłem z bratem po zakupy. Szliśmy ulicą Dziką na plac Parysowski [nie zachował się po nim najmniejszy ślad, dziś w tym miejscu znajduje się hotel Maria i technikum samochodowe - przyp. autora wywiadu]. Stało tam pełno kramów z owocami, jarzynami, rybami, pieczywem, mięsem, nabiałem... Krążyliśmy po targu długo, by kupić jak najtaniej zlecone przez mamę, akuszerkę, produkty. Reszta stanowiła bowiem nasze kieszonkowe[24].
W tych też latach Tadeusz podjął pierwsze próby literackie, które zostały dostrzeżone przez nauczycieli, między innymi podczas uroczystości ukończenia szkoły odczytał napisany na zamówienie kierownika wiersz żegnający siódmoklasistów. Twórczość ta się nie zachowała, gdyż w późniejszych latach została zniszczona przez samego autora. Z przymrużeniem oka opisał ją w Curriculum vitae:
[...] pierwszy mój wiersz nie był o wiośnie ani o szkole. Był to drgający żywym i głębokim uczuciem poemat o odkrytej miłości. Mieścił się na wydartej kartce z zeszytu, a napisany został na cmentarzu, na grobowej płycie jakiegoś kupca. Moja droga poetycka nie jest ciekawa. Wiedzie bowiem przez wiele trupów słów, które zostawiały za sobą powalone serca szóstoklasistek. W 13 roku życia przerzuciłem się [więc] na prozę i miałem zamiar obdarzyć świat dziełem o obojętności i uczuciu niesłychanym. Zamierzenie zrealizowałem częściowo. Była to powieść o dzikim zachodzie i dzikich cow-boyach i jeszcze dzikszych mustangach łapanych na lasso. Niestety, rzecz nie mogła zostać przeprowadzona do końca, bowiem wskutek sankcji ojcowskich straciłem możność chodzenia do kina, gdzie czerpałem natchnienie. [...] rękopis spaliłem pokropiwszy go uprzednio łzami "gorzkiej goryczy" [P 536].
W domu dostrzeżono literackie zainteresowania Tadeusza i choć pewnie były one typowe dla wrażliwych chłopców w jego wieku, rodzice potrafili wyciągnąć z nich wnioski, bo za milczącą zgodą pozostałych członków rodziny przyznano mu status "świętej krowy", co z mieszaniną czułości i sarkazmu odnotował jego młodszy brat. Na niego bowiem spadła część obowiązków, które tradycyjnie należą do starszych braci (bieganie po bieżące zakupy, noszenie węgla i drewna z piwnicy, palenie w piecach).
Matka, ojciec, ja - wspomina Mieczysław - wyczuwaliśmy jego talent i od początku traktowaliśmy Tadeusza inaczej. Wyrażało się to między innymi w tym, że nigdy nie był obarczany żadną domową pracą [FBM 4].
Po ukończeniu szkoły na Stawkach w 1934 roku Gajcy zdał egzaminy wstępne do prestiżowego państwowego Gimnazjum i Liceum imienia Tadeusza Czackiego, lecz z powodu niskiej oceny ogólnej (dostateczna) nie zmieścił się w limicie miejsc. W tej sytuacji - pod naciskiem religijnej babki - złożył papiery do Gimnazjum Męskiego Zgromadzenia xx. Marianów na Bielanach, gdzie został zaliczony w poczet uczniów na podstawie zaświadczenia o zdanych już wcześniej egzaminach. Była to szkoła szczególna, niereprezentująca może najwyższego poziomu nauczania, ale za to kładąca niezwykle silny nacisk na pielęgnowanie kultu tradycji narodowych. Nie przypadkiem uważano ją za jedno z ważnych środowisk promieniowania myśli prawicowej[25]. Charakteryzuje ją Tauber-Ziółkowski:
Gimnazjum i Liceum Ojców Marianów było szkołą znaną w stolicy ze swych rygorów. Przy szkole mieścił się internat dla uczniów spoza Warszawy. Sama szkoła, położona wśród zieleni Lasku Bielańskiego, na terenach należących do Zgromadzenia, sąsiadowała z kościołem, w którym znajduje się grób Stanisława Staszica. Złożone jest też tutaj serce króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego, który szczególnie opiekował się tą świątynią, i serce jego matki księżny Gryzeldy. Na terenie należącym do klasztoru znajdowało się także Muzeum Romualda Traugutta [PT 185].
[^] Liceum oo. Marianów, Bielany, wrzesień 1938 r.
Na temat zasad obowiązujących w tej szkole pisze Maciej Motas:
W szkole panował porządek i dyscyplina, uczniom wpajano wartości, dzięki którym mogli być pożyteczni w pracy i służbie dla Polski. W szkolnym regulaminie, którego każdy uczeń uczył się na pamięć, podkreślano: Masz się przygotowywać do wielkich zadań. Należeć masz do tych szeregów społeczeństwa, w których znajdą się chorążowie świetności historycznej Polski, jej kultury, jej najpiękniejszych tradycji, masz być spadkobiercą i budowniczym jej wielkości, godności, szczęścia, pokoju i bezpieczeństwa [...]. Twój dorobek moralny i umysłowy, twoja tężyzna fizyczna, siła twojego charakteru stanie się puklerzem dla Ojczyzny i Państwa Polskiego[26].
[^] Wejście do Liceum oo. Marianów na Bielanach
Gajcy w latach gimnazjalnych również nie był uczniem wyróżniającym się, a jego "krótszą nogą" były matematyka i historia[27]. Uwaga chłopca bardziej skierowana była w tym okresie na sprawy związane ze sportem i zabawą niż na naukę. Spowodowane to było w pewnym stopniu zmienioną sytuacją domową, gdyż prawdopodobnie właśnie w tym czasie Tadeusz przeniósł się wraz z dziadkami do prowizorycznie wykończonego już domu na Marymoncie przy ulicy Międzychodzkiej 27/2[28]. Jego opis zawdzięczamy Józefie Radzymińskiej, która po wojnie odwiedziła w nim jego matkę:
Zaproszona przez panią Irenę, udałam się do jej domu na Marymoncie [...], w którym w czasie wojny mieszkał Karol[29]. [...] Kamieniczka na Międzychodzkiej obejmuje osiem lokali; zbudowana przed wojną solidnie i masywnie z dochodów cenionego rzemieślnika, jakim był ojciec Karola, prezentuje się okazale, lecz mimo to ma być zburzona wraz z innymi ładnymi domami sąsiednich ulic - Marii Kazimiery i Jana III, gdyż powstać tu ma nowa dzielnica [SZM 7].
Aby nie poddać się typowym dla pisarzy skłonnościom do koloryzowania, warto dodać, że był to dość prosty, by nie powiedzieć surowy, ale za to otynkowany, parterowy budynek czterorodzinny z dachem pokrytym papą. Na każdą rodzinę przypadał pokój z kuchnią, a ponieważ rodzice poety dobudowali sobie - zapewne po jakimś czasie, dzięki pieniądzom z wynajmu - dwa pokoiki na poddaszu (o czym świadczy jedna w tym budynku lukarna), standard i powierzchnia nieruchomości znacznie się powiększyły. Z przodu znajdowały się otoczone siatką grządki, na których uprawiano warzywa. Zachowała się zresztą fotografia poety wraz z ojcem w tym ogródku - ewidentnie pozujących do zdjęcia, bo obaj są w odświętnych, śnieżnobiałych strojach, ale za to z łopatą i miotłą w dłoniach.
[^] Tadeusz Gajcy z ojcem (z lewej) w ogródku domu na Marymoncie
[^] Dom Gajcych na Marymoncie (ul. Międzychodzka 27)
W tym domu poeta mieszkał od drugiej połowy lat trzydziestych (o ile przyjmiemy wersję, którą proponuje Tauber-Ziółkowski[30]) aż do wybuchu powstania, rodzice zaś pozostali jeszcze przez kilka ładnych lat w domu przy ulicy Dzikiej. Sytuacja ta zapewne sprzyjała rozluźnieniu rygorów wychowawczych, a zarazem większej samodzielności chłopca. Z czasem bowiem do jego naturalnej żywiołowości dołączyły nowe cechy - powściągliwość emocjonalna i oszczędność w wyrażaniu uczuć, co należało zresztą wówczas do kanonu zachowań młodzieży, formowanej w duchu skautingu. Swobodniejszy upust dawał im jedynie w relacjach z ukochaną babką i młodszym bratem. Wobec rodziców trzymał już jednak uczuciowy "fason".
Może czasami matka nosiła w sercu cichy żal - dywaguje Mieczysław Gajcy - może po matczynemu oczekiwała cieplejszych gestów. Tadeusz, niezwykle wrażliwy i subtelny, zdawał sobie z tego sprawę. Napisał w wierszu Żegnając się z matką: "Jak Ci sercem odpowiem jak źródłem / wykuty głosem śpiewnym, / kiedy tłum przerażonych jaskółek / niosę po ręce lewej, / jak mych ust niewyczutym graniem / mam zawołać bohaterski i bliski, / gdy po mej ręce prawej / drży ojczyzny pogięta kołyska" [FBM 4].
[^] Rodzina Gajcych w Gdyni; od lewej: matka, brat, babka, Tadeusz Gajcy, ojciec (1937 r.)
Nie wydaje się, aby właśnie ten wiersz - powstały w 1943 lub 1944 roku - był dobrym kluczem do wyjaśnienia tych chłopięcych przemian charakteru, bo mówi on przecież o bolesnym brzemieniu męskości, jakie jest dane dwudziestolatkowi, a zatem człowiekowi w wieku poborowym, w czasach okupacji, niemniej zdradza on przynajmniej, że pomiędzy Tadeuszem a jego matką faktycznie istniała przez długie lata jakaś przestrzeń sporu, różnicy zdań lub przynajmniej niedomówień. Wiele jednak wskazuje na to, że akurat w latach gimnazjalnych i licealnych nie chodziło o nic więcej niż zwyczajne odgrywanie przed rodzicami "twardziela", jak przystało na zagorzałego czytelnika Szarej wilczycy Jamesa Olivera Curwooda, Jeźdźca bez głowy Thomasa Mayne'a Reeda czy Winnetou Karola Maya.
[^] Rodzina Gajcych, od lewej: Tadeusz Gajcy, ojciec, matka, brat (ok. 1937 r.)
Nie zmienia to faktu, że rodzina Gajcych w tym momencie, bo później się to zmieni, stanowiła zwartą i solidarną wspólnotę. Jak wspomina młodszy brat poety:
W naszym domu panowała duża harmonia pomiędzy rodzicami. Ta silna więź uczuciowa pomiędzy ojcem i matką musiała jakoś rzutować na nas. Wzrastaliśmy w klimacie miłości, ciepła. Wszystko to zostało chyba przefiltrowane przez jego wyobraźnię [FBM 4].
O tym, jak ważną sprawą w życiu poety (zarówno jako chłopca, jak i młodzieńca) były rodzinny dom oraz matka, świadczy napisana przez niego w czasie okupacji Pieśń nostalgiczna:
[...] był ogród, a w nim dom o dachu niby miedziak,
W ogrodzie stały kwiaty w kolorach jak kredki
I często tęczy gmach jak pióro lekki leciał
I często snom przychylny puszysty śniegu las.
[...]
O, tyle już spadło niechętnych, suchych powiek
Na obraz ten: wychodzi
Nieśmiała drobna postać, a drzwi są ramą barwną
I suchy srebrny włos i srebrny wiatr u głowy
I szara kropla smutku na uchylonych wargach,
I ręka ucząc syna prawd ciemnych i prostych
Opada nagłym pluskiem bezsilna na włosy [...]
Przypomnij, jeszcze ciepłe na oczach spojrzenie
I spływa po powietrzu miękka lilia głosu,
Wodnistą smugę znaczy i imię układa.
Niewdzięczny, ach, niewdzięczny - to była twa matka [P 130-133].
Oczywiście ze strof tych łatwo wyczytujemy ślady jakichś zadrażnień, ale jednocześnie obecna w nich jest silna nuta ekspiacyjna (wyznanie winy nieczułości lub obojętności), co świadczy o żywych i głębokich uczuciach młodzieńca do rodzicielki[31]. Ponieważ wiersz ten został włączony do tomu poetyckiego, jest jasne, że Gajcy chciał mu nadać charakter publicznej spowiedzi.
O skali przywiązania Tadeusza do matki świadczy również napisana w 1938 roku wyznawcza Droga życia, w której zakończeniu czytamy:
Matko! Słowa Twoje niosłem w sobie wytrwale. Zapomniałem tylko o jednym: sam stałem się demagogiem, prorokiem błędnym, na próżno wołającym do rzesz.
Zwiodłem samego siebie [P 543].
Oba te teksty sporo mówią o wrażliwości Gajcego i roli, jaką w jego życiu odgrywały relacje z bliskimi, a zapewne także i z bliźnimi. Poświadczają o tym także ciepłe wspomnienia, jakie zachowali o Tadeuszu koledzy z gimnazjum, a później z liceum, znajdującego się w tej samej szkole, do którego dostawali się na podstawie tak zwanej małej matury (choć akurat ich rocznik miał pecha, bo przypadła na czerwiec 1939 roku, więc edukację licealną mieli nietypową). Wspomina Kazimierz Dybowski:
Nigdy go sobie nie wyobrażałem jako pisarza. Był dowcipny, był wysportowany, no fajny chłopak pod każdym względem [ŚTG 05:25].
Z lekkim zabarwieniem lirycznym opisuje go Bronisław Jacoń, późniejszy towarzysz broni z podziemia:
Tadeusz był bardzo dobrym kolegą. Koleżeński, uczynny, [...] łatwy w kontaktach, życzliwy, pomagający. [...] Był żywym chłopakiem, więc grał w piłkę, nie był [...] zamknięty w sobie. Natomiast trzeba powiedzieć, że się wyróżniał posturą filozoficzną. Pamiętam, jak siedzi na ławce, wcinając drugie śniadanie - zgubiony, jakby się wyobcował na chwilę. To go chyba zresztą cechowało przez cały czas [ŚTG 08:55].
[^] Tadeusz Gajcy (w środku, pochylony) z kolegami z liceum
Inne spostrzeżenia dorzuca Bogdan Turkiewicz:
Tadzik nie miał kłopotów z nauką. Tyle że wolał przedmioty humanistyczne od ścisłych. No i kochał sport. Chętnie grywał w siatkówkę i piłkę nożną. Lubił kino. Szczególnie zwariowane komedie z braćmi Marx. Kieszonkowe wydawał również na pączki, po które jeździł do cukierni Zagoździńskiego na Wolską róg Syreny[32].
Wbrew pozorom przyszły poeta nie czuł się jednak dobrze w swojej szkole, ponieważ, jak zwierzył się po latach Danucie Hanusz-Ambroziewicz, przyjaciółce z kompletu polonistycznego, zostawiła na jego psychice ślad głębokiej, nieusuwalnej traumy. Nie wiemy, co się w niej stało, bo mimo natarczywych dociekań koleżanki nigdy nie chciał tego wyjaśnić, ale wyznanie, że "szkoły nienawidził, bo zniszczyła mu życie" [HA II 20:30] nasuwa jak najgorsze przypuszczenia.
Do tych wspomnieniowych migawek warto dorzucić jeszcze jedną - z patriotycznej uroczystości celebrowanej z wielkim hukiem przez ojców marianów w 1938 roku. Jak się wydaje, rzuca ona pewne światło na późniejsze prawicowe wybory polityczne poety, których znaczenie niekiedy się minimalizuje, podczas gdy wiele wskazuje na to, że ich korzeni należy szukać już w jego szkole, będącej kolebką myśli narodowej.
On był wielkim patriotą - wspomina kolegę Dybowski - między innymi wzięliśmy [obaj] udział w dwóch uroczystościach, można powiedzieć, historycznych. Sprowadzono do Polski z Francji[33] prochy generała [Edmunda] Taczanowskiego, powstańca styczniowego, i wówczas delegacja naszej szkoły, to znaczy nasza klasa ze sztandarem, poszła na ten pogrzeb do kościoła garnizonowego na ulicy Długiej, a stamtąd cały ten pochód przeszedł na cmentarz Powązkowski. Nieśliśmy z Tadeuszem sztandar i często się zmienialiśmy, bo ciężko było i kawał drogi. W każdym razie to była uroczystość, którą pamiętam do dnia dzisiejszego [ŚTG 06:14].
Dokonana przez Andrzeja Taubera-Ziółkowskiego ewidencja i analiza lektur szkolnych, jakie aplikowano uczniom wszechnicy na Bielanach, świadczy o opieraniu edukacji młodzieży na kulcie przeszłości, w tym dziejów dawnych, gdy kształtowała się polska państwowość. Szkoła głosiła także apologię męstwa, odwagi i gotowości do złożenia życia na polu chwały[34]. Dość wspomnieć Bogurodzicę, Pieśń o Rolandzie, Wandę Cypriana Kamila Norwida, Na zamku rycerskim Tadeusza Jeske-Choińskiego, Alpuharę Adama Mickiewicza, Zbroję Zawiszy Kazimierza Tetmajera czy Talizman Waltera Scotta, by jasno sobie uświadomić dalekosiężny cel takiej edukacji. Co zresztą, jak się okazało, dało niezłe rezultaty, bo prawicowa młodzież w czasie okupacji wykazywała się dużą brawurą.
[^] Ceremonia pogrzebowa gen. Edmunda Taczanowskiego (listopad 1938 r.)
Rosnące zainteresowanie Gajcego poważniejszą literaturą i językiem ojczystym jego polonista zauważył dopiero w ostatniej klasie (czego zresztą nie potwierdził na świadectwie oceną bardzo dobrą). Wtedy to Tadeusz rozpoczął rywalizację o prymat w tym przedmiocie z dwoma kolegami: Wojciechem Jaruzelskim (późniejszym generałem i prezydentem PRL, a następnie RP) i Stanisławem Pietrzakiem, ideologiem ONR Falangi. Roman Kadziński, nauczyciel polskiego, wspomina to tak:
W roku szkolnym 1938/39 połączono dwie klasy trzecie, tworząc jedną klasę czwartą gimnazjalną. Miało to miejsce przed tak zwaną małą maturą. Klasa liczyła czterdziestu siedmiu uczniów. Wyróżniali się z tej gromady trzej uczniowie. Jednym z nich był Wojciech Jaruzelski, drugim Tadeusz Gajcy, trzecim Stanisław Pietrzak[35]. To byli moi najlepsi uczniowie, którzy zawsze brali czynny udział w zajęciach lekcyjnych, wykazywali zainteresowanie naukami humanistycznymi i pewne uzdolnienia w tym kierunku. Tadeusz Gajcy próbował swych sił w twórczości oryginalnej, poetyckiej [ŚTG 07:15].
W okresie tym, bezpośrednio poprzedzającym wybuch drugiej wojny światowej, Gajcy szczególnie intensywnie oddawał się liryce pejzażowej oraz kontemplacyjno-religijnej. Początkujący poeta dość bezpośrednio eksponował swe doznania i stany psychiczne, niemniej odnajdziemy pośród tych wczesnych prób również utwory zapowiadające istotne cechy jego przyszłej twórczości (na przykład poemat Ziemia). Z tej fazy poetyckich doświadczeń zachowało się dziewiętnaście nierównych w swym poziomie i tonacji wierszy[36].
Czerwiec 1939 roku zamknął pierwszy okres nauki Tadeusza Gajcego, który na podstawie małej matury został przyjęty do liceum do klasy humanistycznej. Niestety, uczniowski wrzesień tego roku rozegrał się pod hitlerowskimi bombami. Młody poeta miał w pełni zaznać smaku klęski. Jak twierdzi jego szkolny kolega Filip Miarczyński, próbowali zaciągnąć się do wojska, ale bez skutku.
Nie przyjęto nas, bo nie byliśmy pełnoletni. Pozostały więc Robotnicze Bataliony Obrony Warszawy, gdzie nie patrzono na metrykę. I tam zapewne trafilibyśmy, gdyby nie apel wygłoszony na falach eteru przez pułkownika Romana Umiastowskiego[37].
Dalszy ciąg zdarzeń opisuje Tauber-Ziółkowski:
Wybuch wojny [...] zastał Tadeusza w jego domku na Marymoncie. Jako członek szkolnego hufca Przysposobienia Wojskowego zgłosił się natychmiast do władz wojskowych z prośbą o wcielenie w szeregi walczących. Zdezorientowany odmową, panującym wokół rozgardiaszem i paniką, z ulgą wysłuchał komunikatu radiowego płk. Romana Umiastowskiego, zwracającego się z apelem do wszystkich mężczyzn zdolnych do noszenia broni, aby jak najszybciej opuścili Warszawę i udali się na wschód, gdzie zostaną zmobilizowani. Odwołanie rozkazu nastąpiło już następnego dnia o godzinie 3 rano, ale Tadeusz, podobnie jak tysiące warszawiaków, był już daleko od miasta. Poszukując swego przydziału, dotarł aż do Włodawy, gdzie w dniu 17 września rozegrał się całodzienny bój o miasto żołnierzy 33. dywizji piechoty [PT 198, 199].
Głównym świadectwem przeżyć Gajcego z tego okresu jest napisane w czerwcu 1943 roku opowiadanie Cena. W jego retrospektywnych partiach odnajdziemy sugestywne opisy wojskowego rozprężenia, bezsensownych i wycieńczających marszów w poszukiwaniu walczących jeszcze dywizji, makabryczne sceny na zapełnionych uciekinierami drogach, a także obrazy absurdalnych i niemal zwierzęcych zachowań ludzi. Co prawda tekst ma charakter literacki, więc nie wiadomo, w jakim stopniu opisywane sceny i sytuacje odpowiadają temu, co stało się udziałem Gajcego. Bohaterowie opowiadania to grupa młodziutkich żołnierzy dążących do punktu koncentracji, gdzie mają być sformowani, ale ponieważ znajduje się on nomen omen we Włodawie (około osiemdziesięciu kilometrów na północny wschód od Lublina), trasa ich marszu jest analogiczna do tej, jaką podążał młody poeta. Byłoby dziwne, gdyby - opisując tę marszrutę - posługiwał się fikcją, skoro dysponował własną pamięcią. Oto kilka scen z tej wrześniowej, bezcelowej poniewierki.
Gęsta łuna zachodu opadała za ciemną linię lasu i pluton, kopiąc się w suchym żółtym piachu, czuł jego ciężar na ramionach. Marsz trwał już kilka godzin w tym okropnym upale i w jeszcze okropniejszym piasku, który parzył podeszwy przez skórę butów, lecz rozkaz, o którym wiedzieli wszyscy - popędzał. Krzysztof idąc w którymś tam szeregu oddziału stawiał mechanicznie obolałe nogi, patrzył ślepymi oczami po mijanym krajobrazie i znowu zapadał w jakiś stan pół snu, pół jawy, gdzie rzeczywiście poznaje się tylko od strony najboleśniejszej [P 395].
Nie rozumiał, kiedy przechodził ze swym oddziałem przez cmentarze poczerniałych kominów, obok wzdętych trupów ludzkich, wygrażających skrzywionymi twarzami żywym, którzy mijali ich w milczeniu, w ciekawej ostrożności, nie rozumiał, kiedy rozwydrzone stado ludzkie biło się w obliczu śmierci o łach, kawałek mydła lub sprzętu. Nie rozumiał, kiedy w jednym z miasteczek zobaczył na stosie gorącego popiołu zgiętą staruszkę, która kawałkiem patyka szukała w zgliszczach domu cierpliwie, nie podnosząc oczu... [P 407]
Kryli się [...] między młodymi drzewami zagajnika, w kępach krzaków, w trawie, unikając starannie miejsc odkrytych lub odmiennych barwą od ich mundurów. Gromady cywilów w panicznym popłochu zmieszały się z nimi, zdawało się, chroniły się w ich nieprzychylną obecność [P 413].
Koncentracja nie udała się, bowiem... pluton po prostu spóźnił się. Kiedy dochodził [do] Włodawy, nad Bugiem biła już artyleria. Niemcy następowali na miasto. [...] Garstka jego ludzi nie reprezentowała siły zdolnej do operacji samodzielnych, innych oddziałów nie było. [...] Czy słyszeli o Warszawie? Słyszeli, owszem. Warszawa broni się bohatersko. Anglicy robią naloty, przysłali maszyny... - Tak, tak - uśmiechali się niedowierzająco i szli dalej, oberwani, zarośnięci, nieludzko znużeni i smutni. [...]
Poszli w kierunku, z którego przyszli. W tym odwrocie towarzyszył im suchy grzmot dział niemieckich. Czarne słupy dymu stały na widnokręgu. Bombardowanie szos przyniosło ogromne pożary lasów.
Krzysztof patrzył z ciekawością miejskiego gapia na ten obraz szalejącego żywiołu. Ludzie stawali się coraz bardziej apatyczni, niemrawi [P 422].
O autobiograficznym charakterze tych opisów świadczy również fragment powieści Gajcego Trzy śmierci, której bohaterowie Karol i Roman przechowują w pamięci wspomnienia z wycieńczającego, wielodniowego marszu do punktu zbornego, podczas którego stają się sfrustrowanymi, bezwolnymi świadkami rozgrywających się gdzieś poza nimi wypadków.
Dziwny był nasz marsz beznadziejny i bezcelowy, rodzaj pielgrzymki oświetlonej posępnym ogniem płonących chałup i miasteczek, dziwny był nasz oddział, złożony z kilkunastu młodych chłopców, obudzonych przez wojnę w środku nocy, w wielkiej Warszawie, która została daleka i niepokojąca za linią setek kilometrów. Podchorąży, prowadzący nas kapryśnie i samowolnie, nie był o wiele starszy od swych żołnierzy, młodość jego przeszkadzała nam, nie mógł być w żadnym wypadku autorytetem. Czuł się niejednokrotnie bezradnym wobec niewinności i beztroskiej naiwności swych podwładnych [P 439].
Prozatorskie zapisy Gajcego z tego dramatycznego miesiąca, gdy w proch waliła się polska państwowość, dokumentują bezradność młodego człowieka, który ma stać się żołnierzem, ale nim się nie stanie. Zanim bowiem dotrze do miejsca, ku któremu kieruje go - podobnie jak innych poborowych - radiowy rozkaz, będzie już praktycznie po wojnie, a tę pozna wyłącznie z perspektywy bombardowanych szos, wiosek i miasteczek. Jego głównym wspomnieniem są obrazy paniki, chaosu i szalejącej śmierci, przed którą nie jest w stanie nikogo ocalić, więc niczym się nie różni od cywili. W czasie tej bezcelowej wędrówki staje się świadkiem zarówno scen rozdzierających serce, jak i absurdalnych zachowań ludzkich w sytuacjach ekstremalnego zagrożenia (na przykład bestialstwo dowódcy wobec ciężko rannego podwładnego, seksualny amok dziewczyny podczas jatki urządzonej przez myśliwce). Bez wątpienia młody człowiek wracający do domu po kapitulacji nie był już tą samą osobą, która 6 września 1939 roku wyruszyła na wschód.
Innym dokumentem wstrząsu, jakiego doznał w czasie tej kampanii Gajcy, jest również jedenastoczęściowy poemat Z dna (powstały w 1942 roku), będący swoistym reportażem poetyckim, przynoszącym jakby dla kompensacji "bohaterską" mozaikę obrazów z głównych scen wrześniowego teatrum wojennego. Po kilku latach kolejny refleks do tych tragicznych zdarzeń poeta dorzuci w postaci pieśni żałobnej ku czci ciotecznej siostry, poległej w czasie ostrzałów Warszawy. Stanowi ona szóstą część poematu Widma i nosi tytuł Tren na śmierć siostry.
Ach, niedobre, niedobre żelazo
Odebrało ruchliwość twym rękom
I języczek jak listek porwało.
I kosteczki o szpiku miękkim
Wyłamało bez trudu jak słomkę;
[...]
w środku miasta na skwerze pustym
zimny, płytki na dłoń-ci dół
dadzą - oczom otwartym i ustom [P 227, 228].
Elegijna stylizacja na dziecięcą piosenkę, co podkreślają nasycone zdrobnieniami apostrofy ("panienko", "siostrzyczko") oraz barokowe epicedialne rekwizyty ("trumienka", "języczek", "kosteczki"), połączona z naturalistycznymi konkretami daje efekt dość makabryczny, ale to zabieg zamierzony, bo bohaterka utworu w momencie śmierci była prawdopodobnie dzieckiem.
Powrót do stolicy, która leżała w gruzach, rozorana przez niemieckie bombowce i działa, musiał być dla młodzieńca bolesnym przeżyciem, ponieważ na jej ulicach panoszyli się nowi władcy - pełni buty i podkreślający na każdym kroku, że to oni teraz stanowią nowe prawo. Ponieważ Gajcy dość szczegółowo opisał w Trzech śmierciach pierwsze reakcje i spostrzeżenia Karola (noszącego na pewno nieprzypadkowo konspiracyjne imię Gajcego) w momencie jego powrotu do miasta z wrześniowej odysei, z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, że również i tu zrekonstruował własne obserwacje.
Z bocznej uliczki gromki, ponury śpiew wyprzedzał maszerującą kolumnę. Grube, głębokie hełmy dźwigały niebieską, schylającą się nad drobnymi willami dalekość. Kiedy mijali nas, ciężcy i zbrojni, otwierającymi się śmiesznie ustami wyrzucając gardłowe, zwięzłe słowa, których nie rozumieliśmy [...], czuliśmy na sobie twarde, nieprzychylne spojrzenia. [...]
A było ciepłe październikowe popołudnie. Staliśmy w wojskowych uniformach, bez pasów i broni, u progu rannego miasta. Tak nazwał świecącą czerwienią zwalonej cegły Warszawę - spotkany na Grochowej cywil. Szedł z miasta do rodziny, gdzieś pod Lublin, złorzecząc i dziwiąc się swemu losowi, w którym pozostał bezbronny i nieludzko skrzywdzony. Pytaliśmy go o szczegóły, o pojedyncze ulice; czy w ogóle istnieją, czy stoją jeszcze? "Nic nie ma, wracajcie lepiej, przedrzyjcie się na Węgry lub Rumunię, tu nie ma co robić. I trzeba patrzeć na nich, triumfujących milcząco i butnie".
"Na kogo" - spytaliśmy się niedomyślnie. "Na Niemców" - rzucił z jakimś zanikającym w gardle skowytem i powlókł się dalej, poprawiając ustawicznie swój zrudziały tornister. Poszliśmy. Stało jednak coś niecoś. Cywil przesadzał. W pogiętych szynach tramwajowych i splątanych jak pajęczyna przewodach, w gruzie zawalającym jezdnie i wyglądającym z dala jak zastygła, biało-różowa piana jakiejś greckiej budowli. Brnęliśmy, nieprzytomnymi prawie oczami ogarniając obraz naszej chłopięcej ojczyzny, która leżała w pokruszonym kamieniu.
Bezgłośne węże wrześniowych pielgrzymów przewijały się między jamami lejów podnosząc wysoko kolana i przez sekundę uśmiechnąłem się z tego pochodu ludzi zachowujących się jak ptaki błotne.
Z jednej z przecznic, cuchnącej spalenizną, huk podkutych butów wyniósł brudnozieloną kolumnę marszową. Nie mogliśmy posunąć się do przodu. [...] Po raz pierwszy staliśmy naprzeciw wroga bez broni, i o wstydzie, okropny wstydzie, pokonani! Czołówka podała komendę.
"Ein, zweei! dreei! vieerr!" Głuchy, ponury śpiew poszedł ulicą.
Staliśmy przygnieceni falą obcych, niezrozumiałych dźwięków. Przechodzący patrzyli na nas spod fałd matowych hełmów wzrokiem, który dla nas wyrażał szyderstwo i pogardę. [...] Spotykając nasze dziwne oczy nie cofali się, każdy z nich przez kilka marszowych kroków ścierał się z nami bez uśmiechu, na który mógł sobie pozwolić, jako zwycięzca choćby.
A potem ciągnęli konni. Ach, tym było łatwiej o wysokość siodeł zaglądać w nasze ponuro wpatrzone źrenice. Niektórzy, starsi od nas o lat kilka zaledwie, odwracali się i obserwowali nas z błyskiem litości w oczach. Zresztą, kto wie, co myśleli? [...] Teraz mogli jechać odpodobnieni mundurem i hełmem w moje rodzinne miasto, a ja stałem niemy i upokorzony, patrząc na ich spokojne, szorstkie ruchy zwycięzców. Co najwyżej mogłem podnieść kamień lub kawałek cegły i tym strzępem mojej ojczyzny cisnąć w twarz któregoś z nich [...]. Byłoby to śmieszne i niegodne nas, znających już nową gorycz, która dojrzała w wędrówce pod szeptem pocisku. Staliśmy więc, z męką czekając końca tej strasznej, przechodzącej nasze siły walki bez głosu i ruchu... [P 464-466]
Uczucia bezsilności i upokorzenia niebyt często gościły na kartach tekstów pisanych przez literacką podziemną młodzież, bo obowiązywała programowa hardość, więc tym bardziej warto zatrzymać w pamięci te sceny, gdyż wiele tłumaczą z ich późniejszych postaw wobec okupanta.
Po powrocie do Warszawy Gajcy pragnął powrócić do nauki, jednakże niemieckie przepisy okupacyjne, likwidujące całkowicie szkolnictwo na poziomie gimnazjalnym, licealnym i wyższym, pokrzyżowały jego plany[38]. W tej sytuacji, wspomina Bronisław Jacoń, kilkunastu uczniów szkoły ojców marianów podjęło samodzielną decyzję o uruchomieniu podziemnych kompletów licealnych.
Pewna grupa chłopców, w tym Tadeusz, nie zrezygnowała z nauki i, co mi się wydaje pewną ciekawostką, sami zorganizowaliśmy we własnym zakresie, bez nauczycieli i bez profesorów, lekcje w domu jednego z naszych kolegów na ulicy Czarnieckiego. Jego nazwisko pamiętam - Kawecki. Spotykaliśmy się i każdy z nas otrzymał funkcję jednego z profesorów. Tadeusz został oczywiście polonistą. Ze względów zrozumiałych to nie mogło trwać długo. Profesorowie zorganizowali się, zaczęli myśleć o konkretach. Chodziłem do klasy matematycznej, Tadeusz humanistycznej [ŚTG 08:55].
Była jednak naturalna przyczyna tego edukacyjnego bezkrólewia. Otóż w pierwszych dniach października 1939 roku księża z ośrodka na Bielanach zostali aresztowani, a po pewnym czasie wypuszczeni na wolność (dyrektor pół roku później), po czym dopiero mogli przystąpić do organizowania Städtische Schule für Strassenbau (Miejskiej Szkoły Drogowej), która stała się przykrywką dla sieci tajnych kompletów gimnazjalnych i licealnych na terenie Bielan, Marymontu i Żoliborza. Słuchaczem jednego z nich, pod opieką profesora Edmunda Jankowskiego[39], stał się przyszły autor Misterium niedzielnego.
Część zajęć odbywała się na terenie szkoły, więc niektórzy słuchacze byli zapisani dla niepoznaki w jej rejestrach, część natomiast w mieszkaniach nauczycieli (zajęcia z języka polskiego zorganizowano w domu Jankowskiego na ulicy Hożej). Mimo nieustannego zagrożenia, jakie czyhało na niedoświadczonych uczestników tych tajnych grup nauczania, bo zdarzały się przypadki denuncjacji, a nawet wyroki śmierci[40], wiosną 1941 roku udało się Gajcemu uzyskać maturę. Jednocześnie zwrócił uwagę swego opiekuna znajomością literatury i rozwijającym się talentem pisarskim. Gajcy, który dostrzegł sympatię profesora, powierzał mu do oceny swoje utwory, co doprowadziło między nimi do dalszego zbliżenia. Te dwa lata przyniosły kolejne wiersze oraz garść przekładów poezji Hansa Storma, Heinricha Heinego, Stefana George'a, Detleva von Liliencrona, Františka Ladislava Čelakovskiego oraz Horacego, które zapewne częściowo stanowią plon prac seminaryjnych. Jak zauważył profesor Jankowski, młodzieńcowi z lekka uderzała w tym okresie do głowy "woda sodowa", bo pozował na uznanego literata, popisując się znajomościami w środowisku cenionych pisarzy (na przykład z Jarosławem Iwaszkiewiczem, z którym przeszedł na "ty"), i dość protekcjonalnie traktował uwagi swojego preceptora. Mimo to ich kontakt trwał również po uzyskaniu przez Gajcego matury, bo jednak uczeń potrzebował rad swego polonisty w krytycznych momentach życia (między innymi po akcji pod pomnikiem Kopernika).
[^] Tadeusz Gajcy (w środku) z kolegami, Warszawa (lata okupacji)
Być może na tak dobre samopoczucie młodzieńca wpływ miały przychylne opinie na temat jego utworów, padające z ust poetów, których twórczość cenił, a których miał okazję poznać osobiście. Jak twierdzi Tomasz Zbigniew Zapert, byli wśród nich również Wojciech Bąk, Józef Czechowicz, Józef Łobodowski oraz Władysław Sebyła.
[Gajcy] Pokazał im swe poetyckie wprawki z prośbą o opinię. Łobodowski krzepił młodzieńca słowami: "Widać, że ma pan wrażliwą duszę i wyobraźnię nie lada. Te pana strofki chwytają za serce i dają do myślenia. Ale żeby nie było tak słodko, radzę popracować nad słowem. Oszlifować wersy, pobawić się rymami, pomyśleć nad oryginalnością metaforyki". Sebyła też komplementował żółtodzioba: "Łaskawy Panie! Muszę przyznać, że przyjemnie mnie zaskoczyły pańskie wiersze. Emanuje z nich jakaś enigmatyczna siła...". Bąk radził: "Poezja jak każde rzemiosło wymaga terminowania. Niechaj więc Pan dalej cyzeluje wyrazy, wytęża słuch i postrzega wszystko wokół szeroko otwartymi oczyma, a wtedy z pewnością będę mógł zrecenzować (jestem przekonany, że pochwalnie) pański debiutancki tomik"[41].
Wkrótce po skończeniu liceum, jesienią 1941 roku, prawdopodobnie dzięki konspiracyjnym kontaktom swoich nauczycieli, Gajcy został studentem ośmioosobowego kompletu polonistycznego, który zorganizował podziemny Uniwersytet Warszawski, a prowadził profesor Julian Krzyżanowski. Jego kolegami byli Władysław Bartoszewski ("Teofil"), Leon Zdzisław Stroiński ("Marek Chmura"), Danuta Hanusz-Ambroziewicz, Zofia Hajdo-Orszulska ("Marta"), Barbara Barszczewska oraz dwie siostry niepokalanki: Bernarda i Lojola. Niebawem poznał też kolegów ze starszego, trzynastoosobowego pierwszego rocznika polonistycznego: Wacława Bojarskiego ("Czarnota", "Marek Zaleski", "Wojciech Wierzejski", "Jan Marzec"), Stanisława Marczaka-Oborskiego ("Juliusz Oborski", "Andrzej Obornicki", "Obcy"), Andrzeja Trzebińskiego ("Stanisław Łomień", "Nabielak", "Andrzej Chrostowski", "Paweł Późny", "Jerzy Biniewicz"), ojca Dionizego Janiszewskiego i Marię Rundo[42]. Podczas zajęć profesorów Wacława Borowego, Witolda Doroszewskiego, Stanisława Furmanika, Henryka Hiża, Jerzego Kreczmara, Juliana Krzyżanowskiego, Tadeusza Makowieckiego, Marii Ossowskiej, Bogdana Suchodolskiego, Zofii Szmydtowej, Władysława Tatarkiewicza i Tadeusza Wiwatowskiego Gajcy wykazywał się sporą pilnością, a nawet wręcz pedanterią, o czym świadczą jego skrupulatne notatki z wykładów i ćwiczeń, konspekty oraz referaty[43]. O surowych, nieraz spartańskich warunkach, w jakich odbywały się te zajęcia w prywatnych mieszkaniach (często profesorów), ale jednocześnie o ich wysokim poziomie naukowym, partnerskiej atmosferze i żywiołowości prowadzonych w ich trakcie dyskusji z przejęciem pisze Wanda Leopold, studentka pierwszego kompletu polonistycznego:
Najcięższe, pamiętam, były zawsze zimy. Jakby na dobitek wszystkie zimy okupacji były wyjątkowo mroźne. W nieopalanych mieszkaniach kuliliśmy się pod paltami, swetrami, kołdrami. U profesora [Krzyżanowskiego] też było zimno. Palce grabiały przy notowaniu. Mrok zapadał wcześnie i trzeba było zapalać karbidówki. Karbidówki były najpopularniejszym oświetleniem mieszkań warszawskich w czasie okupacji. Były najtańsze i dawały stosunkowo najlepsze światło. Ale umiejętność obchodzenia się z nimi, wydobycia równego i ciągłego światła, nie była wcale łatwa. A to wody było za dużo, a to za mało, a to karbid źle potłuczony albo z kamieniami, a to zanadto przykręcone, a to niedokręcone i pstrykało, bulgotało i gasło albo strzelało i wybuchało w najmniej oczekiwanych i pożądanych momentach. Karbidówki u profesora paliły się zawsze pięknie, co stanowiło przedmiot jego wielkiej dumy [...]. [...] jedna karbidówka wędrowała na biurko obok profesora, a druga gdzieś ponad nasze głowy i skupialiśmy się przy niej ciasno. Profesor zakładał nogę na nogę, otulał się czarnym zawsze paltem, nastawiał kołnierz, zapalał papierosa i zaczynał nieodmiennym "proszę państwa". Z gładziutko przyczesanymi czarnymi włosami, o ciemnych, błyszczących oczach, oświetlanych od czasu do czasu czerwonym światełkiem papierosa, o twarzy jeszcze bardziej suchej i wyostrzonej w niebieskim świetle karbidówki, miał w sobie coś z Mefista. My zaś czuliśmy się trochę w tym cichym, mrocznym, a z zimna przyprawiającym o dreszcze, pomieszczeniu jak uczniowie czarnoksiężnika[44].
Aby jeszcze lepiej poczuć niezwykłą atmosferę tych konspiracyjnych zajęć, które rodziły dużą bliskość pomiędzy ich uczestnikami (w większości członkami podziemnych organizacji) nie tylko z powodu intymnego charakteru spotkań, ale również napięcia, bo w końcu wszyscy jednakowo ryzykowali życie, warto przypomnieć jeszcze opis seminariów innej polonistycznej sławy:
Drugim z profesorów, z którym styczność mieliśmy przez pełne trzy lata, był profesor Witold Doroszewski. [...] mieszkał w Laskach pad Warszawą i na seminaria przyjeżdżał na rowerze. Wysoki, potężnej budowy, silny, imponował nam już samą witalnością organizmu. Przez rok seminaria odbywały się w mieszkaniu u Tuśki na Chmielnej, w oficynie na czwartym piętrze. Profesor Doroszewski paroma skokami przebywał te piętra z rowerem pod pachą, kręcąc kołem, by sobie oświetlić drogę. Po czym wcale niezadyszany ustawiał swój pojazd w kuchni i zaczynał seminarium od małej przegryzki. Wyciągał owinięty w papier chleb ze smalcem czy marmoladą i ze smakiem zajadał. Oczywiście, jeżeli cokolwiek było w domu, podsuwaliśmy natychmiast profesorowi do zjedzenia. Nie gardził i szklanką "herbatorumu" czy innej namiastki herbacianej, a co jeszcze przyjemniejsze, i mniejszą szklaneczką bimbru, który po mistrzowsku produkowała Tuśka. Wychylał zawartość bez mrugnięcia okiem, chwalił gatunek, pytał o tajniki produkcji i wskazując na nas okrągłym gestem, pytał uprzejmie: "A państwo nie piją?" Odpowiadaliśmy skromnie, że "my może potem", i rozpoczynały się zajęcia[45].
To oczywiście wspomnienia sytuacji typowych i neutralnych, ale trzeba mieć świadomość, że każdy warkot silnika ciężarówki za oknami lub stukot podkutych butów z miejsca podnosił słuchaczom adrenalinę, bo w okupowanej Warszawie trudno byłoby wmówić gestapo, że to spotkanie imieninowe; złapana grupa z pewnością byłaby okrutnie "przesłuchana", a potem wywieziona do obozu lub na egzekucję.
Studia na podziemnym uniwersytecie miały ogromny wpływ na przyspieszenie rozwoju intelektualnego jego słuchaczy, którzy do kompletów trafiali na ogół z polecenia. Mimo półprywatnego charakteru zajęć ich program i wymagania były wyśrubowane. Ponieważ niektórzy ze studentów przejawiali - mimo młodego wieku - wybitne zdolności (na przykład Trzebiński, Bojarski, Borowski, Bartoszewski), był to rodzaj "turboedukacji". Bez wątpienia stanowili oni elitę młodego pokolenia. Ich dynamizm i świeżość powodowały, że wzajemnie się inspirowali, przy okazji wciągając jeden drugiego coraz głębiej w konspirację. Tworzyło to ciekawe napięcia, bo w jednym komplecie spotykali się nieraz członkowie różnych organizacji podziemnych - socjalistycznych, nacjonalistycznych, komunistycznych, chrześcijańskich i centrowych. Mimo to, zajadle kłócąc się i przekonując do swoich racji, tworzyli środowisko zgrane i solidarne. Kontakty i przyjaźnie zawarte w tym okresie nierzadko przetrwały okupację, a po wojnie uczestnicy podziemnych kompletów niejednokrotnie do upadłego walczyli o pamięć o umarłych kolegach, by wspomnieć choćby casus zadeklarowanego komunisty Borowskiego - ryzykując karierę, wbrew linii partii, na zjeździe pisarzy bronił on pamięci kolegów z prawicowej Konfederacji Narodu, z którymi konspiracyjnie studiował[46]. Oczywiście jako indywidualiści szybko poszli własnymi drogami i nie wszyscy zdobyli dyplom.
Według niektórych źródeł przerwał je również w połowie 1943 roku Gajcy. Tej wersji kategorycznie zaprzecza jednak Danuta Hanusz-Ambroziewicz, która jest wiarygodnym świadkiem, bo zajęcia na ogół odbywały się w jej mieszkaniu przy ulicy Wroniej 82/28. Wyjaśnia ona, że ich rocznik skończył program wiosną 1943 roku, a wszyscy słuchacze (w tym również Gajcy) przed wakacjami złożyli egzaminy końcowe, co oznacza, że ukończyli studia [HA II 00:38].
Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.
[1] Ta wielokrotnie powtarzana informacja nie znajduje niestety potwierdzenia w dokumentach Centralnego Archiwum Wojskowego w Warszawie, Biura Odznaczeń Kancelarii Prezydenta RP, Muzeum Powstania Warszawskiego, Studium Polski Podziemnej w Londynie, Instytutu Polskiego i Muzeum im. gen. Sikorskiego w Londynie.
[2] Akt urodzenia Tadeusza Gajcego, paginowany zespół rękopiśmienny pn. "Metryka Tadeusza Gajcego i dwa listy: Chmury (Stroińskiego) i NN (wierszem)", Zakład Rękopisów Biblioteki Narodowej w Warszawie, sygn. Rps 10841 IV.
[3] Dylematy związane z właściwym brzmieniem nazwiska Gajcego szerzej omawia Andrzej Tauber-Ziółkowski w tekście "Siwa młodość" (Portret Tadeusza Gajcego) [PT 179, 180]. Węgierskiego pochodzenia rodziny Gajcych, o czym pisze Jerzy Tomaszkiewicz, nie potwierdza brat poety Mieczysław Gajcy (rozmowa telefoniczna S. Beresia z M. Gajcym z dnia 19.02.2015).
[4] Por. zbiór świadectw ze szkoły powszechnej oraz gimnazjum w zbiorach Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza w Warszawie (sygn. 60-94).
[5] Kazimierz Dybowski, szkolny kolega z klasy, w filmie dokumentalnym Hanny Etemadi Ślady. Tadeusz Gajcy wspomina: "Siedzieliśmy obok siebie przez pewien czas w jednej ławce z Tadeuszem Gajcą. On się u nas wówczas nazywał Gajca [...], byłem zaskoczony, kiedy się dowiedziałem po wojnie, że Gajca był poetą i pisarzem" [ŚTG 05:32]. Wypowiedzi bohaterów tego filmu na potrzeby książki zostały zredagowane.
[6] Np. odnalezione przy zwłokach poety świadectwo urodzenia, wystawione 3 października 1942 r., oraz kenkarta (w zbiorach Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza).
[7] Lesław M. Bartelski utrzymuje, że Gajcy urodził się przy ul. Smoczej 1 [WGD 281].
[8] "Ulica Dzika, róg Stawek - wspomina Mieczysław Gajcy - to jest właśnie to miejsce, gdzie się urodziliśmy. Przypatruję się okolicy, ale chyba nic poza drzewami pamiętającymi naszą młodość nie ocalało. Był to zupełnie inny krajobraz" [ŚTG 00:39].
[9] Zob. np. poemat Ziemia oraz Opowieść z innego świata [P 52, 168].
[10] Stefan Gajcy został zatrudniony przez swojego szwagra Muszyńskiego, który miał własną firmę w Charkowie.
[11] Stefan Gajcy urodził się 14 sierpnia 1897 r. w Warszawie (wg Anny Kuty-Gajcy) lub w mazowieckiej wsi Stanisławów (wg Bartelskiego [WGD 282]), zmarł 19 października 1971 r., jego żona Irena zaś, również warszawianka z Marymontu, przyszła na świat 10 października tego samego roku co mąż, a zmarła 1 kwietnia 1971 roku. Oboje zostali pochowani wraz synem w kwaterze A 27-7-24. "Jako narzeczeni pisywali do siebie listy [...], cechowała je nuta poezji. Rodzina Gajcych była liczna, ojciec miał sześciu czy siedmiu braci, jeden z bratanków, Czesław, zginął pierwszego dnia Powstania na Mokotowie, ale nie wiadomo, jakiego oddziału był żołnierzem" [WGD 282].
[12] Kiedy 2 sierpnia 2009 r. prezydent RP Lech Kaczyński pośmiertnie odznaczył Gajcego Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski "za wybitne zasługi dla niepodległości Rzeczypospolitej Polskiej, za osiągnięcia w działalności na rzecz rozwoju polskiej kultury", Antoni Gajcy (syn Mieczysława), który odbierał odznaczenie, zdziwił się, bo prezydent powiedział na całą salę: "Pana babcia wyciągnęła nas obu na świat" (relacja ustna M. Gajcego z dn. 2.02.2015).
[13] Tu warto zwrócić uwagę na ciekawą koincydencję kalendarzową: nie tylko dziadkowie Gajcego, ale i jego rodzice byli urodzeni w tych samych latach.
[14] Dziadek Gajcego Zmarzlik (1867-1942) pochodził z niezmiernie bogatej rodziny posiadaczy ziemskich, niestety ich wielka fortuna została całkowicie przehulana przez jego ojca, a zatem pradziadka poety, który był po prostu birbantem. Z całego majątku ocalał tylko dom na Marymoncie (inny niż ten, w którym mieszkał w czasie okupacji poeta).
[15] Halina Radzymińska-Mularczyk (dla przyjaciół Halszka), żona Romana Bratnego, publikująca po wojnie pod nazwiskiem Joanna Żwirska.
[16] [...] "mąż mój, Marian - wspomina matka Gajcego - [...] pisał wiersze, chociaż był ślusarzem. Jak pani przyjdzie do mnie - mówi do Józefy Radzymińskiej - to pokażę taki jeden z roku 1920, pisany do mnie, wtedy narzeczonej, bardzo ładny. Chociaż nie taki jak Tadzika wiersze, o nie. Te są najpiękniejsze" [SZM 7].
[17] Jak twierdzi Józefa Radzymińska, Irena Gajcy "już przed urodzeniem Karola [konspiracyjne imię Gajcego - patrz przyp. 28 na s. 45] rozczytywała się w poezji Słowackiego, a wyśmiewającym się z jej upodobań rówieśnicom odpowiadała hardo: "Bo jak urodzę pierwszego syna, to on będzie poetą, zobaczycie, może nawet takim jak Słowacki!"" [SZM 7].
[18] A. Archicińska, Gdy myślę Paryż... Penser Paris..., Warszawa 2011, s. 160-162.
[19] W czasie okupacji w budynku szkoły, która znalazła się na Umschlagplatzu, Żydzi oczekiwali na wywóz transportami do Treblinki.
[20] Ważną rolę babki w religijnym formowaniu chłopca potwierdza Joanna Żwirska: "Ona uczyła go pierwszych słów modlitwy, prowadziła do kościoła; lubił służyć do mszy i ogromnie mu się podobały skrzydlate, prześliczne anioły..." [WGD 373, 374].
[21] W czasie okupacji na wewnętrznym dziedzińcu tego kościoła, gdzie znajdował się piękny ogród, odbywały się konspiracyjne spotkania młodzieży.
[22] Świadectwo ukończenia siedmioklasowej Publicznej Szkoły Powszechnej nr 120, ul. Stawki 4/6, rok szkolny 1934/35 (archiwum rodziny Gajcych).
[23] Świadectwa szkolne w Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza w Warszawie (ibidem) pozwalają głębiej wejrzeć w wyniki Gajcego z lat 1929-1934 (brak świadectwa z pierwszej klasy 1928/29): religia - 4,3,5,4,5,5; język polski - 3,4,4,4,3,3; rachunki z geometrią - 3,3,3,3,3,3; przyroda żywa (od 1930 do 1933) - 4,3,4; fizyka z chemią (od 1933) - 3; geografia i nauka o Polsce (od 1931) - 3,4,3,4; historia - 3,3,4,4,4 (w 1930 nie klasyfikowano); rysunki - 3,4,3,3,4,4; roboty ręczne - 3,3,3,3,3,4; ćwiczenia cielesne - 3,4,3,4,4,4; śpiew 4,3,4,3,4 (od 1930); ocena ogólna - 3,4,4,4,3,4.
[24] T. Z. Zapert, Poeta z etykietą faszysty, "Rzeczpospolita", 14.08.2009, http://www.rp.pl/artykul/348583.html?print=tak&p=0, dostęp: 12.08.2015.
[25] Ojcowie marianie objęli swoim patronatem Ruch Narodowo-Radykalny, a Kościół jawnie wyrażał dla niego sympatię, obejmując nią również Młodzież Wszechpolską (Por. W. Mysłek, Kościół katolicki w Polsce w latach 1918-1919. Zarys historyczny, Warszawa 1966, s. 586).
[26] O prawicowym profilu ideowym szkoły pisze Wojciech Jaruzelski, jej uczeń z rocznika Gajcego: "[...] rodzice wybrali dla mnie warszawskie gimnazjum ojców marianów. Szkołę o tradycji endeckiej. Rzeczywiście w gimnazjum marianów na Bielanach pracowało wielu nauczycieli, którym była bliska filozofia Narodowej Demokracji [...] Uczniowie [...] nosili w klapie marynarki mieczyki Chrobrego, endecki symbol. [...] W naszym gimnazjum tradycja Narodowej Demokracji nie była jednak oficjalnie głoszona. Oficjalnie, jak w każdej przedwojennej polskiej szkole, obowiązywał kult Marszałka Piłsudskiego" (M. Motas, Jaruzelski i przypadek w historii, http://www.konserwatyzm.pl/artykul/3678/jaruzelski-i-przypadek-w-historii, dostęp: 26.02.2016).
[27] Świadectwa gimnazjalne dowodzą, że w latach 1936-1939 uzyskał następujące wyniki: sprawowanie - 5,5,5,5; religia - 5,5,5,4; język polski - 4,4,4,4; łacina - 4,4,4,4; język niemiecki - 4,5,5,4; fizyka z chemią - 4,3 (1938-1939); matematyka - 3,3,3,3; przyrodoznawstwo - 5,4 (1936, 1938); geografia i nauka o Polsce współczesnej - 5,4,3,4; historia - 4,3,3,3; roboty ręczne - 4,4,4,4; ćwiczenia cielesne - 4,5,4,4; ocena ogólna - 4,4 (1935-1936).
[28] Taką wersję podaje m.in. Tauber-Ziółkowski [PT 186, 187], jednak nie potwierdził jej brat poety. Rzecz jest intrygująca, ponieważ szczegółowość i dokładność większości danych szkicu "Siwa młodość" (Portret Tadeusza Gajcego) świadczy, iż jego autor czerpał informacje od najbliższej rodziny, zapewne ojca i matki, żyjących jeszcze w okresie powstawania Portretów twórców "Sztuki i Narodu".
[29] Konspiracyjne imię Gajcego, podpisującego się na łamach "Sztuki i Narodu" pseudonimem "Karol Topornicki" (a także "Witold Orczyk", "Roman Oścień", "Constat"). W podziemiu nawet bliscy koledzy nie znali nieraz swoich prawdziwych nazwisk. Po wojnie, ze względów sentymentalnych, często używali nadal okupacyjnych pseudonimów w kontaktach prywatnych. Osobiste przywiązanie poety do swego pseudonimu akcentuje Natalia Bojarska: "[Gajcy] używał tego nowego nazwiska i imienia tak chętnie, że byli ludzie zwracający się do niego per "Karol", czy "panie Karolu", przekonani, że tak się rzeczywiście nazywa" [WGD 140].
[30] T. Z. Zapert (Poeta z etykietką..., op. cit.) podaje, iż poeta zamieszkał w nim już w 1936 roku.
[31] Potwierdza to Tadeusz Sołtan: "W jego stosunku do matki była nuta szczególnie silnego, głębokiego przywiązania. Szacunek łączył się tu ze szczerym, jednoczesnym pragnieniem okazania wszelkiej pomocy [...]" [WGD 222]. Znacząca rola matki w poezji Gajcego każe Wiesławowi P. Szymańskiemu dokonywać porównań z liryką Słowackiego [idem, Przerwana młodość (poezja Tadeusza Gajcego), w: idem, Moje dwudziestolecie 1918-1939, Kraków 1998, s. 368].
[32] T. Z. Zapert, Poeta z etykietką..., op. cit.
[33] W rzeczywistości sprowadzono je z rodzinnej wsi Choryń, gdzie zmarł w 1879 roku.
[34] W drugiej klasie gimnazjum lektury zostały podzielone na dwa cykle: "Drzewiej - Rodem z puszczy" oraz "Krzyż i miecz" [PT 187, 188]. Por. też: T. Tomasik, Homer na wojnie, czyli od psychologii męskości do etyki męskości (Gajcy), w: idem, Wojna - męskość - literatura, Słupsk 2013, s. 286.
[35] Informację potwierdził Wojciech Jaruzelski: "Uczyłem się w jednej klasie z Tadeuszem Gajcym [...]. Lubiłem Tadeusza, on mnie chyba też. Obaj byliśmy najlepsi w klasie z przedmiotów humanistycznych - z języka polskiego i historii" (M. Motas, Jaruzelski i przypadek..., op. cit.).
[36] W zbiorze Pism Gajcego zostały one umieszczone w dwóch działach: Juwenilia oraz Varia. Wszystkie wiersze z tego okresu były przez poetę datowane.
[37] T. Z. Zapert, Poeta z etykietą..., op. cit.
[38] Zgodnie z zarządzeniem Heinricha Himmlera "dla polskiej ludności Wschodu nie mogą istnieć szkoły wyższe niż 4-klasowa szkoła ludowa. Celem takiej szkoły ma być wyłącznie proste liczenie, najwyżej do pięciuset, napisanie własnego nazwiska, wiedza, iż boskim przykazaniem jest być posłusznym Niemcom, uczciwym, pracowitym i rzetelnym. Czytania nie uważam za konieczne" [J. Ślaski, Polska Walcząca (1939-1945), t. 3: Noc, Warszawa 1986, s. 34].
[39] Edmund Jankowski (1912-1991) - wybitny znawca literatury XIX w., zwłaszcza twórczości Elizy Orzeszkowej, po wojnie profesor Instytutu Badań Literackich PAN.
[40] Ciekawie i kompetentnie o tych zagrożeniach, jak i o całym systemie podziemnej edukacji ojców marianów pisze Tauber-Ziółkowski [PT 201-204].
[41] T. Z. Zapert, Poeta z etykietą..., op. cit. Niestety cytowane wyżej opisy komplementów ze strony Sebyły, Bąka, Łobodowskiego i Czechowicza wydają mi się mało wiarygodne, ponieważ nieznane jest ich źródło (brak takich listów w korespondencji młodzieńca), a co gorzej, w okresie okupacji Gajcy mógł spotkać w Warszawie wyłącznie Bąka, gdyż we wrześniu 1939 r. Czechowicz zginął w Lublinie, Sebyła znalazł się w obozie w Starobielsku, Łobodowski zaś na Węgrzech. Z kolei przedwojenne wiersze Gajcego reprezentują poziom uczniowskich juweniliów, więc trudno sobie wyobrazić, by tak wybitni poeci mogli na nie zwrócić uwagę.
[42] Legendarna "Tuśka", za którą Tadeusz Borowski z pełną świadomością ryzyka poszedł do zastawionego przez Niemców "kotła", trafiając w 1943 r. - podobnie jak ona - do Auschwitz; po wojnie jego żona.
[43] W liczącym około czterystu stron zespole rękopiśmiennym, zachowanym w zbiorach Biblioteki Narodowej (sygn. Rps 10842 III, 10843 IV), odnajdujemy staranne zapiski Gajcego z wykładów, konspekty przeczytanych lektur z zakresu historii literatury, językoznawstwa, filozofii, edytorstwa i teorii literatury, a także referaty przygotowane na zajęcia podziemnego Uniwersytetu Warszawskiego. Wszystkie te notatki cechuje niezwykła dbałość o precyzję zapisu oraz iście prymusowska przejrzystość.
[44] Wspomnienie Wandy Leopold, zob. Z dziejów podziemnego Uniwersytetu Warszawskiego. Wspominają: Tadeusz Kotarbiński, Henryk Hiż, Krystyna Dąbrowska, Jerzy Pelc, Julian Krzyżanowski, Wanda Leopold, Tadeusz Manteuffel, Jadwiga Karwasińska, Krzysztof Dunin-Wąsowicz, Tadeusz Sołtan, Warszawa 1961, s. 157, 158. Zob. szczególnie wspomnienia Juliana Krzyżanowskiego, Wandy Leopold, Tadeusza Sołtana.
[45] Ibidem, s. 166, 167.
[46] Kiedy na zjeździe młodych literatów i naukowców w 1946 r. Wiktor Woroszylski zaprotestował przeciwko powierzaniu redakcji pism "wrogom politycznym", mówiąc o ich faszystowskich koneksjach ("składali hołd ideom najbardziej nienawistnym"), i przywołał nazwisko Trzebińskiego, "w tym momencie - piszą Anna Bikont i Joanna Szczęsna - na podium wyskakuje związany z "Pokoleniem" Tadeusz Borowski, który przyjaźnił się w czasie okupacji z Trzebińskim - poetą z narodowo-radykalnej grupy "Sztuka i Naród", rozstrzelanym przez hitlerowców - i zaczyna krzyczeć: "Któż dał wam prawo sądzić, może się mylili, ale nie żyją, jak możecie czepiać się ludzi, którzy nie mogą wam odpowiedzieć"" [eaedem, Towarzysze nieudanej podróży (2), "Gazeta Wyborcza", 22.01.2000]. W wersji książkowej: "Kto dał wam prawo szydzić z ludzi, którzy nie mogą się bronić? - zawołał. - Może się mylili, może pisali niemądre wiersze, ale oni nie żyją!" (eaedem, Lawina i kamienie. Pisarze wobec komunizmu, Warszawa 2006, s. 63, 74).