39. Nghwm zaczyna się na C
walijski
Co prawda istnieją wyczerpujące słowniki walijskiego, ale nie na wiele się przydają osobom uczącym się tego języka.
Weźmy na przykład czasownik bod. Jedna z jego form to bôm, co w sumie niezbyt dziwi. Ale wśród pozostałych form jest basai oraz byddwch, a dalej są dydyn, dwyt, doeddet, fasen, fyddan, mae, oeddwn, roeddech, rwyt, rydych, wyt oraz ydw, których nie znaleźlibyśmy w słowniku, gdybyśmy nie wiedzieli, że trzeba szukać pod bod. Ale rzecz jasna, gdy już wiemy, że to warianty czasownika bod, nie musimy sprawdzać ich w słowniku, prawda?
Bod to walijski odpowiednik czasownika "być", który w językach Europy odznacza się nader regularną nieregularnością - "jesteś", "są", "był", "będę" też są do siebie niepodobne. Co więcej, część walijskich form przytoczonych powyżej nie jest aż tak kapryśna, jak się wydaje. Cechuje je pewna logika, choć nieuchwytna dla postronnych. A to znowuż nie jest ewenementem. Czy osoba nieznająca polskiego wpadłaby na to, żeby wyrazu "szedł" szukać pod i?
Żadne z powyższych nie zmienia faktu, że repertuar walijskich form wyrazowych jest zdumiewająco bogaty. Załóżmy, że przeczytaliśmy słowo nghymoedd. Próżno szukać go w słowniku. Naturalnie dlatego, że to liczba mnoga, a formy liczby mnogiej nie mają w nim osobnych haseł. Ostatnie litery, -oedd, to często spotykany wskaźnik liczby mnogiej w walijskim, ale w tym wypadku formę liczby mnogiej tworzy się nie tylko poprzez dodanie końcówki do formy liczby pojedynczej - wymianie ulega też samogłoska. W liczbie pojedynczej samogłoską jest nie y, lecz w [sic!], wymawiane jak [u]. Szaleństwo, prawda? Zaraz... w angielskim też przecież mamy man/men albo goose/geese.
Dobrze: jeśli odetniemy sufiks -oedd, a y zastąpimy literą w, otrzymamy nghwm. Tego też jednak raczej nie ma w słowniku. Czemu? Bo nghwm szukać trzeba pod cwm ("dolina", a ściślej: "kar", "kocioł lodowcowy") - wyrazem, który z nghymoedd łączy, bagatela, jedna literka. Nghwm i cwm to różne wersje tego samego słowa, a nghymoedd to liczba mnoga obydwu. Cierpliwości, zaraz wszystko się wyjaśni. Swoją drogą, walijski wcale nie ma patentu na osobliwe formy liczby mnogiej. Na przykład Rosjanie mówią uši, a nie uha, jak można by się spodziewać po jego liczbie pojedynczej uho ("ucho"). Francuzi, zamiast dodać s do ?il ("oko"), żeby utworzyć pluralis, mają yeux, a w angielskim, o czym też warto pamiętać, "myszy" to mice, a nie mouses. A dawno, dawno temu liczba mnoga cow ("krowa") brzmiała kine - nie dzieliły zatem ani jednej wspólnej litery.
Specyficznie walijskie - czy raczej specyficznie celtyckie - są natomiast zmieniające się spółgłoski na początku wyrazów. Dzieje się to wedle ustalonego schematu: rzeczowniki i przymiotniki, których początkowe spółgłoski ulegają wymianie, czynią to zgodnie z regułami. Te zaczynające się na literę c zachowują się jak cwm, te na literę p robią to samo co pont ("most") i tak dalej. Cały system nie jest jednak prosty. Cwm ma trzy "mutacje" (fachowe określenie): słabą formę gwm, nosową nghwm i przydechową chwm. Również pont ma ich trzy: bont, mhont i phont. Niektóre inne wyrazy mają tylko dwa warianty, jeszcze inne tylko jeden - albo żadnego. Wszystko zależy od głoski początkowej.
Można by się spodziewać - tak przynajmniej było ze mną - że każda z różnych form będzie obsługiwała jedną odrębną funkcję. Gdyby tylko było to takie proste. Formy słabej na przykład używa się w wyrazach rodzaju żeńskiego, gdy poprzedza je rodzajnik określony y (odpowiednik angielskiego the). Pont jest rodzaju żeńskiego, więc "[ten konkretny] most" to y bont. Ale już cwm odpowiada rodzaj męski, więc "[ta konkretna] dolina" to będzie y cwm - w formie podstawowej, nie miękkiej (jak w tytule walijskiej opery mydlanej emitowanej od 1974 roku, Pobol y Cwm). Jeśli przed rzeczownikiem stoi liczebnik "jeden", to znów tylko wyrazy rodzaju żeńskiego przyjmują formę słabą, ale po liczebniku "dwa" czynią to zarówno te rodzaju męskiego, jak i żeńskiego. Po dy ("twój") następuje forma miękka, po fy ("mój") forma nosowa, a po ei przydechowa, gdy ei znaczy "jej", ale słaba, gdy słówko to znaczy "jego". (Sprawdziłem to przed chwilą, zapisałem sobie i szczerze, już wyleciało mi z głowy. Zostało uczucie zamroczenia). Tak to arbitralne reguły się nawarstwiają, jedna na drugiej. A nie tknęliśmy nawet czasowników, które mają własne porządki w chaosie, z którego wyłaniają się te wszystkie warianty bod wspomniane na początku tego rozdziału.
Dlaczego to wszystko musi być takie trudne? Te innowacje mają ułatwić nam porozumiewanie się, w rezultacie - i tu paradoks - dają jednak karkołomny zestaw reguł.
Co powiesz na byrgyrs, cebabau albo pitsas? W walijskim nie wszystko jest trudne.
Innowacja pierwszego typu pojawia się, gdy mówiący zmieniają niektóre głoski w swoim języku, żeby ułatwić sobie ich artykułowanie. Dzieje się to nieustannie i we wszystkich językach. W angielskim, na przykład, większość imiesłowów wymawiało się niegdyś z d na końcu i z tego też powodu nadal zapisujemy je przez d. We współczesnej wymowie wiele z tych d uległo ubezdźwięcznieniu do [t] pod wpływem poprzedzającej je głoski bezdźwięcznej: faced rymuje się dzisiaj z waste. I odwrotnie, t może w niektórych pozycjach być wymawiane w sposób zbliżony do [d]. W brytyjskiej angielszczyźnie raczej się to nie zdarza, ale w odmianach amerykańskiej i australijskiej stanowi normę, przez co dziesiątki par wyrazów, takich jak metal i medal, brzmią identycznie.
Druga z tych zmian fonetycznych też zaszła w walijskim na bardzo wczesnym etapie jego rozwoju: słowo catena, zapożyczenie z łaciny, oznaczające "łańcuch", przeobraziło się w cadwyn, z literą d. Dawni Celtowie robili to nawet ponad granicami międzywyrazowymi: w wyrażeniu tabarna teka ("uczciwa gospoda") bezdźwięczne [t] w słowie teka przeszło w dźwięczne [d] pod wpływem sąsiednich samogłosek. (Samogłoski to świetni udźwięczniacze spółgłosek - co tłumaczy, dlaczego metal może brzmieć jak medal w Stanach i Australii, a Walijczycy zmienili t w wyrazie catena na d). Naturalnie nic takiego nie działo się, kiedy wyraz taki jak teka pojawiał się na przykład po eskopos ("biskup"), bo po bezdźwięcznym [s] na końcu wyrazu równie bezdźwięczne [t] jest dziecinnie łatwe do wymówienia: eskopos tekos (końcówka -os w miejscu -a jest uwarunkowana gramatyką, trochę jak w łacinie). Zauważmy jednak, że to tylko przykład: podobnym zmianom uległo całkiem sporo innych spółgłosek, o czym zaświadczyły nam już cwm i pont.
Teraz wkracza innowacja numer dwa, która sieje jeszcze większy zamęt: opuszczanie nieakcentowanych końcówek wyrazów. To też nic niespotykanego - zarówno angielski, jak i francuski robiły jota w jotę to samo. Słowo good, by wspomnieć tylko jeden spośród wielu tysięcy przykładów, miało z dziesięć form, w tym gode, godne i godum, zanim ostrugano je, że tak powiem, do ich istoty (zgodzicie się chyba, że wyszło mu to na dobre). A gdy łacina przekształcała się w język francuski, stary wyraz bonus (też oznaczający "dobry") wyewoluował w bon - Francuzi zresztą ogólnie lubili ucinać końcówki. Nie trzeba mówić, że zmiany te dalece uprościły angielski i francuski, zatem znacznie ułatwiały porozumienie. Jak w angielskim i francuskim, tak też w walijskim: tabarna i teka zgubiły końcowe a, by zmienić się w tafarn i teg. Teraz moglibyśmy oczekiwać, że skoro tafarn kończy się na spółgłoskę, to "uczciwa gospoda" będzie od tej pory po prostu tafarn teg. Ale po wiekach wymawiania teka przez [d], z powodu poprzedzającego je [a], Walijczycy przywiązali się do tej formy i tak "uczciwa gospoda" zyskała brzmienie tafarn deg. Jakby d, przyniesione falą przypływu, po odpływie osiadło na plaży. W innych sytuacjach, tam gdzie rzeczownik nie kończył się na samogłoskę (jak w eskopos), Walijczycy nie byli skłonni wymawiać t jako [d]. Teraz, po oheblowaniu wyrazów z końcówek, z eskopos tekos zrobił się esgob teg: multum zmian, ale stare t zostało na swoim miejscu. Znów to tylko przykład - mutacje lądowały w najprzeróżniejszych zakątkach plaży.
Pora na innowację numer trzy, która dokończy dzieła, wprowadzając w mutacje większą "logikę". I znowu: dzieje się to we wszystkich językach naturalnych - wystarczy spojrzeć, jak angielski pozbył się prawie wszystkich "nielogicznych" form liczby mnogiej (eyen, namen, kine), zostawiając najwyżej garstkę dziwadełek w rodzaju men albo sheep. Zgodnie ze starymi, zawiłymi zasadami walijskiego czasowniki powodowały mutację w jednych rzeczownikach, a w innych nie. Obecnie dopełnienie bliższe w zdaniu na ogół ulega mutacji, a podmiot nie. Tak jest zdecydowanie łatwiej, ale ma to też swój minus: te zmiany przestały służyć ułatwianiu wymowy. No i oczywiście wiele rzeczowników w ogóle im nie ulega, bo to zależy od pierwszej litery (pamiętasz?), a często też od rodzaju gramatycznego.
Wielka mi rzecz, powiesz. Dopóki ludzie nie zapominają języka w gębie, nie muszą chyba wiedzieć, dlaczego jego gramatyka jest taka, a nie inna, ani skąd się wzięła? Rzeczywiście, ale skutki całej sekwencji ulepszeń w walijskim są takie, że jego gramatyka zmienia życie uczących się go jako drugiego języka w istne piekło, a zasady, którymi jest naszpikowany, trącą absurdem.
Tudzież, skoro mowa o walijskim, bhezsensownych, phezsensownych albo mhezsensownych. A, i obejmijmy modlitwą walijskich leksykografów. Phiedni bechowcy.
Walijskie korzenie "pingwina", jak pierwotnie nazywano alki olbrzymie, są sporne. Z pewnością z walijskiego pochodzi corgi, a może i flanela.
Cwtch - schowek albo szafka pod schodami. Słowo to, co ciekawe, znaczy też "przytulenie".