Rozdział II
W dwa dni później Johnny Gray został wezwany do gabinetu dyrektora, aby usłyszeć ważną wiadomość.
- Gray, mam dla was dobrą nowinę. Jesteście wolni. W tej chwili dostałem rozkaz zwolnienia.
Johnny pochylił głowę.
- Dziękuję panu, sir - rzekł.
Dozorcy zaprowadził go do zmywalni, gdzie Johnny zdjął ubranie więzienne. Potem, owinięty pledem, przeszedł do drugiego pomieszczenia, gdzie czekało na niego cywilne ubranie. Ubrał się z dziwnym uczciem i powrócił do swojej celi. Dozorca przyniósł mu przyrządy do golenia i lustro, aby mógł uzupełnić swą toaletę.
Reszta dnia należała do niego. Był człowiekiem uprzywilejowanym i mógł spacerować w swym niezwykłym stroju po więzieniu, stając się przedmiotem zazdrości ludzi, których poznał i którymi nauczył się gardzić; owych na wpół obłąkanych, którzy jak długi rok szeptali mu do ucha swe szalone historie.
Kiedy tak stał bezczynnie w hallu, drzwi otworzyły się gwałtownie i wbiegła gromada ludzi. Pośrodku nich krzyczało i wyło coś, co nie wyglądało ani jak człowiek, ani jak zwierzę. Twarz była pokrwawiona, a dozorcy z trudnością usiłowali powstrzymać tłukące dokoła ręce.
Johnny obserwował straszliwą grupę, która zbliżała się do cel karnych.
- Fenner - szepnął mu ktoś. - Pobił dozorcę, ale nie mogą mu dać znowu chłosty.
- Fenner to ten, "dwunastoletni", który odsiaduje właśnie ostatnie dni? - zapytał Johnny, który przypomniał sobie więźnia. - Zdaje się, że jutro ma być wolny!
- To on - rzekł rozmówca Graya, jeden z więźniów, zamiatających hall. - Wykręciłby się dziewięcioma latami, ale stary Legge zysypał go. Zawsze ten stary, co? Do jutra tylko mogliby go chłostać, a komisarze nadzorczy nie przyjdą przed upływem tygodnia.
Johnny przypomniał sobie dobrze tę sprawę. W obecności Leggeá człowiek ten doznał brutalnej zniewagi ze strony jednego z dozorców, który został potem zwolniony ze służby. W rozpaczy odpowiedział nieszczęsny Fenner na uderzenie uderzeniem i został poddany przesłuchaniu. Świadectwo Legge'a mogło go uwolnić od kary, która go spotkała, ale Legge był nazbyt zaprzyjaźniony z dozorcami, aby zdradzić klawisza. Spotkała więc Fennera chłosta, której teraz już miał uniknąć.
Ostatniej nocy w celi nie mógł Johnny spać. Myśli o Marney nie opuszczały go. Ani przez chwilę nie robił jej wyrzutów, nie czuł też żalu do jej ojca. Słuszne było, że Piotr Kane dbał o dobro córki. Ustawiczna troska o los Marney stała się prawie zmorą starego Kane'a, nie opuszczała go nigdy. Johnny domyślał się, że od poznania Kanadyjczyka Piotr robił wszystko, co w jego mocy, aby doprowadzić do małżeństwa.
Johnny Gray szedł po raz ostatni w stronę bramy. Klucz przekręcił się w zamku, i Johnny znalazł się za murem, wolny. Rudobrody dozorca wyciągnął rękę.
- Szczęśliwej drogi - mruknął. Nie wracajcie więcej "przez Alpy".
- Zerwałem już z alpinizmem - rzekł Johnny.
Pożegnał się już z dyrektorem, a jedyne, co przypominało mu jeszcze o związkach z ponurym więzieniem, było towarzystwo dozorcy, który szedł obok niego na stację. Do pociągu było jeszcze trochę czasu i Johnny spróbował zasięgnąć wiadomości z innego źródła.
- Nie, nie znam Jeffa Legge'a - rzekł dozorca, potrząsając głową. Starego znałem: siedział tu do niedawna, przed rokiem wyszedł. Wyście tu przecież wtedy byli, Gray?
Johnny skinął głową.
- Więc Jeff Legge nigdy nie przechodził "przez Alpy?" - zapytał z gorzkim uśmiechem.
- Nie, nie w tym więzieniu. O ile sobie przypominam, nie był też w Parkhurst ani w Portland. Byłem w obu tych miejscach. Powiadają, że on jest mądry. To znaczy, że kiedyś wpadnie jednak. Do widzenia, Gray, trzymajcie się tęgo!
Johny uścisnął wyciągniętą dłoń dozorcy, a gdy siedział w wagonie, wyciągnął z kieszeni jedwabną chusteczkę i starł z ręki ostatni ślad zetknięcia z więzieniem.
Kiedy po południu przybył na stację Paddington, służący czekał na niego, a mały foksterier ze zwisającymi uszami szarpał się na smyczy i witał Johna głośnym ujadaniem, zanim go jeszcze jego pan zobaczył. W następnej chwili pies wił się w jego objęciach, lizał po twarzy, uszach i włosach, dając w ten sposób wyraz swej radości z ponownego spotkania. W oczach Johna, gdy spuszczał psa na ziemię, były łzy.
- Sporo listów jest dla pana, sir. Czy będzie pan jadł w domu?
Niezrównany Parker powitał swego pana jak po krótkim pobycie w Monte Carlo, nie okazując najmniejszego wzruszenia.
- Tak, będę jadł w domu - rzekł Johnny.
Wsiadł do taksówki, którą Parker wynajął, a Spot wskoczył za nim.
- Nie ma pan bagażu, sir? - zapytał Parker poważnie przez otwarte okno.
- Nie mam bagażu - odparł Johnny równie poważnie. - Możesz wrócić ze mną, Parker.
Służący zawahał się.
- Pozwoliłbym sobie w ten sposób na zbyt wielką swobodę - rzekł.
- Nie większą, niżeli ja sam sobie pozwalałem przez ostatni rok i dziewięć miesięcy.
Kiedy taksówka wjechała na ponurą Chapel Street, Parker zapytał śmiało:
- Spodziewam się, sir, że nie ma pan zbyt złego czasu za sobą.
Johnny uśmiechnął się.
- Nie było to miłe, Parker. Więzienia rzadko bywają miłe.
- Wierzę, sir - zgodził się Parker i dodał niepotrzebnie:
- Nigdy jeszcze nie byłem w więzieniu, sir.
Mieszkanie Johna znajdowało się w Queen's Gate, a Johnny Gray na widok swego cichego, elegancko urządzonego gabinetu zaczerpnął głęboko powietrza.
- Jesteś głupcem - rzekł głośno do siebie.
- Tak jest, sir - potwierdził Parker posłusznie.
Tego wieczoru wielu ludzi odwiedziło tajemnie mieszkanie na Queen's Gate, a gdy Johnny przyjął pierwszego z nich, zawołał Parkera do swej małej jadalni.
- Parker, słyszałem, że podczas mojej nieobecności w kraju nawet dobrze postawieni ludzie nabrali zwyczaju przyglądaniu się obrazom kinematograficznym?
- Cóż, sir, ja sam nawet lubię te obrazy - potwierdził Parker.
- W takim razie możesz sobie wyszukać przedstawienie, które trwa do jedenastej - rzekł Johnny.
- Sądzi pan, sir?...
- Że nie będę cię dziś wieczorem potrzebował.
Parker zrobił kwaśną minę, ale był dobrym służącym.
- Dziękuję, sir - rzekł i wyszedł, pytając siebie samego w duchu, jakie to szalone plany może mieć jego pan.
O wpół do jedenastej żegnał się ostatni gość.
- Odwiedzę Piotra jutro - rzekł Johnny, rzucając niedopałek papierosa do kominka w hallu. - Nie wie pan, kiedy to małżeństwo ma dojść do skutku?
- Nie, kapitanie. Bardzo mało znam Piotra.
- Kim jest narzeczony?
- Bardzo elegancki pan, w każdym razie Piotr to szczwany lis i umiał dobrać zięcia. Jakiś major armii kanadyjskiej, jak słyszałem, bardzo dzielny człowiek. Piotr łatwiej złapie gawrona, niż kto inny muchę...
- Piotr nigdy na gawrony nie polował - rzekł Johnny ostro.
- Nie wiem - rzekł gość. - Co minuta ktoś się rodzi.
- Ale długo trwa zanim dorośnie, a kobiety chwytają pierwsze - rzekł Johnny wesoło.
Kiedy Parker powrócił o kwadrans na dwunastą, zastał swego pana przed kominkiem, pełnym spalonych papierów.
Nazajutrz po południu, zaraz po lunchu, Johnny udał się do Horsham, a ktokolwiek widziałby jego atletyczną postać, idącą wzdłuż Horsham Road, nie mógłby przypuścić, że jeszcze przed niespełna czterdziestu ośmiu godzinami John Gray był mieszkańcem celi więziennej.
Przyszedł, aby stoczyć ostatnią rozpaczliwą walkę o swoje szczęście. Jak się ta walka skończy, jakie argumenty wytoczy, tego John nie wiedział. Istniał jeden, tylko jeden, ale tego nie mógł użyć.
Kiedy skręcił na Down Road, ujrzał dwie wielkie limuzyny, stojące jedna za drugą, i zapytał siebie samego, co to może znaczyć.
Posiadłość Manor Hill znajdowała się na uboczu. Był to solidny, murowany dom, którego ściany obrośnięte były zielenią, co nadawało mu wesoły wygląd. Johnny ominął główne wejście i wszedł na boczną ścieżkę, która jak wiedział, prowadziła na trawnik za domem, gdzie Piotr lubił się o tej porze dnia wygrzewać.
Dochodząc zatrzymał się. Zgrabna pokojówka rozmawiała ze starszym mężczyzną, ubranym w liberię kamerdynera. Jego pomarszczona twarz wyrażała zmieszanie, a głowa pochylona była do słuchania, choć głuchy nawet nie mógłby nie słyszeć, co mówiła.
- Nie wiem, w jakich domach pan bywał i gdzie pan służył, ale jedno panu powiadam, jeżeli pana jeszcze raz przyłapię w swoim pokoju na szperaniu w moich rzeczach, powiem o tym panu Kane'owi. Wypraszam to sobie, panie Ford!
- Dobrze, panienko - rzekł służący głosem zachrypłym.
Johnny wiedział, że to nie zdenerwowanie wywołało zachrypłość jego głosu. Barney Ford mówił od dzieciństwa ochryple, prawdopodobnie już w kołysce ochryple płakał.
- Jeżeli pan jest włamywaczem i nie może się wyzbyć dawnych przyzwyczajeń, w takim razie rozumiem wszystko - ciągnęła dziewczyna gniewnie, - ale powinien pan być uczciwym człowiekiem! Nie życzę sobie tego potajemnego szperania i węszenia, rozumie pan? Nie życzę sobie!
- Dobrze, panienko - rzekł zachrypnięty Barney.
Johnna Graya bawiła ta scena. Barneya znał dobrze. Opuścił on ciemne ścieżki życia, gdy Piotr Kane też uznał za właściwe porzucić swój niebezpieczny zawód. Eks-więzień, eks-włamywacz i eks-bokser zacierał poniekąd swą ponurą przeszłość przez przywiązanie do człowieka, którego chleb jadł i w którego służbie chciał pozostać, choć nigdy gorszy kamerdyner nie nosił liberii niż Barney.
Dziewczyna była ładna, miała ciemnoblond włosy i smukłą postać. W tej chwili twarz jej błyszczała od gniewu, a z ciemnych oczu strzelały błyskawice. Barney miał niewątpliwie przyzwyczajenie szperania, które pozostało mu jako dziedzictwo grzesznych dni. Reszta służby z tego samego powodu opuściła dom Kane'a, a Piotr klął i groził, nie mogąc jednak zmienić swego sługi.
Dziewczyna nie widziała Johnna, odwróciła się i szybko znikła w domu; stary sługa spoglądał za nią nieruchomo.
- Rozgniewaliście ją - rzekł Johnny, podchodząc do niego.
Barney Ford odwrócił się i zdębiał.
- Wielki Boże, Johnny, kiedy pan wyszedł z kolegium?
- Wczoraj skończył się mój termin - rzekł. - Co porabia Piotr?
Sługa sapał jeszcze przez chwilę, zanim odpowiedział.
- Jak długo był pan tutaj? - zapytał wreszcie.
- Przyszedłem właśnie na koniec rozmowy - rzekł Johnny ubawiony. - Barney, nie poprawiliście się.
Barney Ford zrobił minę wyrażającą coś jakby wzgardę.
- Uważają cię za łotra, nawet gdy nim nie jesteś - rzekł. - Co ona wie o życiu? Nie widział pan Piotra? Jest w domu; powiem mu zaraz. Jemu się dobrze wiedzie. Zwariowany zupełnie dla córki. Ten człowiek całuje ziemię, po której ona stąpa. To rzecz nienaturalna tak kochać dzieci. Ja tego nigdy nie robiłem.
Potrząsnął głową:
- Dzisiaj jest moda na wiele pieszczot, a mało cięgów. Jeśli szczędzisz rózgi, psujesz dziecko, powiada stary, dobry poeta.
John Gray odwrócił głowę na dźwięk kroków na kamiennych schodach. Był to Piotr z twarzą rozpromienioną, a jednak zakłopotaną. Mimo siwych włosów i sześćdziesiątki, trzymał się jak świeca. Nosił poranne ubranie i kamizelkę koloru perłowego. Zawahał się przez chwilę, uśmiech znikł z jego twarzy, zmarszczył czoło, potem pobiegł naprzeciw gościowi z wyciągniętą ręką.
- Cóż, Johnny, mój chłopcze, ciężkie czasy masz za sobą?
Ręka jego spadła na ramię młodzieńca, a w głosie jego brzmiała jak dawniej życzliwość i duma.
- Dosyć kiepskie - rzekł Johnny - ale wszelkie współczucie dla mnie jest zbyteczne. Ja osobiście oddaję Dartmoorowi pierwszeństwo przed Parkhurstem. Cięższa tam jest robota i mniej głupców.
Piotr ujął go pod ramię i poprowadził do krzesła pod wielkim parasolem japońskim, wbitym w murawę. W zachowaniu jego było coś jakieś zmieszanie, którego przybysz nie umiał sobie wytłumaczyć.
- Czy... spotkałeś tam... kogoś, kogo ja znam, Johnny?
- Legge'a - odparł Gray krótko i spojrzał Piotrowi w oczy.
- O nim właśnie myślałem. Co porabia?
Pytanie brzmiało obojętnie, ale Johnny nie dał się oszukać. Piotr słuchał z napięciem.
- Wyszedł przed sześciu miesiącami, nie wiedziałeś o tym?
Twarz Kane'a spochmurniała.
- Od sześciu miesięcy? Jesteś tego pewien?
Johny skinął głową.
- Nie wiedziałem.
- Myślałem, że słyszałeś o nim - rzekł Johnny spokojnie. - Nienawidzi cię!
Słaby uśmiech Piotra stał się szczerszy.
- Wiem o tym. Czy miałeś sposobność rozmawiać z nim?
- Bardzo często. Był w pralni i przekupił dwóch dozorców, tak, że mógł robić co chciał. On cię nienawidzi, Piotrze. Powiada, że ty go wpakowałeś do pudła.
- To kłamstwo - rzekł Piotr spokojnie. - Najgorszego swego wroga nie wpakowałbym do pudła. Sam się wpakował. Johnny. Policja uchodzi za przebiegłą, ale w rzeczywistości co drugi przestępca sam wpada. Przestępcy nie są mądrzy, Noszą rękawiczki, żeby nie pozostawiać odcisków palców, a potem wpisują swoje nazwisko do księgi hotelowej. Legge i ja wyłamaliśmy kasę ogniotrwałą na "Orsonicu" i uciekliśmy ze stu dwudziestoma tysiącami funtów w amerykańskiej walucie. To był mój ostatni interes. Dziecinną zabawką było uciec, ale Emanuel zaczął się przechwalać, jaki to on jest sprytny zuch. Pił też za dużo. Uczciwy człowiek może pić i obudzić się we własnym łóżku. Ale złodziej, który pije, mówi dzień dobry dozorcy więzienia.
Urwał nagle i dłoń jego spadła znowu na ramię młodzieńca.
- Johnny, nie jesteś przecież smutny, czy też...?
Johnny nie odpowiedział.
- Jesteś?
Teraz musiała się rozpocząć walka. John Gray szukał w sobie siły do swego rozpaczliwego kroku.
- Ze względu na Marney?
- Wierz mi, stary, musiałem to zrobić - głos Piotra był natarczywy i błagalny. - Wiesz, czym ona dla mnie jest. Dość cię lubiłem, aby myśleć o tobie, ale kiedy cię zabrali, zastanowiłem się poważnie. Zabiłoby mnie to, gdyby ona potem została twoją żoną. Kiedy Marney była jeszcze zupełnie maleńkim dzieckiem, nie mogłem znieść jej płaczu. Zrozum, czym to byłoby dla niej. I tak było już dość źle. A potem przyszedł ten chłopak - dobry, uczciwy, czysty, odważny chłopak. Gentelman. Będzie ci się podobał. To człowiek, którego każdy musi lubić. A ona go kocha, Johnny.
Zapadło milczenie.
- Nie mam nic przeciwko niemu. To byłoby szaleństwo. Tylko, Piotrze, zanim ona go poślubi, chciałbym...
- Zanim go poślubi? - głos Piotra Kane'a drżał. Johnny, czy Barney nic ci nie mówił? Dziś rano odbył się ślub.