Futbolowa rewolucja. Kibice wkraczają do gry - Jim Keoghan

Reflow text when sidebars are open.
Wstęp do polskiego wydania
Drogi Czytelniku,
oddajemy w Twoje ręce książkę o Anglii, która być może stanie się inspiracją również dla Polski. To książka o rewolucji. Ale jakiej!
W kraju, który jest kolebką futbolu, a piłkarsko kojarzy nam się obecnie przede wszystkim z Premier League - wszechobecną, atrakcyjną, jaskrawą, pięknie opakowaną, pławiącą się w niewyobrażalnych pieniądzach z kontraktów reklamowych - po cichu dokonuje się przemiana zupełnie innego autoramentu. Od kilkunastu lat kibice piłkarscy na Wyspach coraz częściej nie tylko zaczynają stawać za sterami organizacji kibicowskich, ale... zakładają własne kluby piłkarskie lub przejmują udziały w tych od dawna istniejących. Nie mówimy o kilkudziesięciu kibicach, tylko o tysiącach, i nie o jednym przypadku, lecz o szerszym zjawisku, całej fali. Niektóre kluby już w tej chwili mają tysiące współwłaścicieli. To prawdziwa rewolucja własnościowa.
W Anglii kibice wzięli sprawy w swoje ręce, aby ograniczyć windowanie cen biletów, zlikwidować szemrane interesy podejrzanych właścicieli, tępić przemoc na stadionach, a niekiedy ratować klub przed upadkiem. Słowem - aby działać w interesie klubu jako dobra wspólnego. To wyraz buntu przeciwko pozbawieniu kibiców jakiegokolwiek wpływu na losy ukochanego klubu, ale też wyraz miłości do futbolu w jego tradycyjnym, misyjnym wydaniu. Dlatego właśnie ta książka jest opowieścią o piękniejszej stronie piłki nożnej.
Wyobcowanie środowiska kibicowskiego w angielskiej piłce i samowola prywatnych właścicieli wywołały erupcję ruchów oddolnych, które podjęły starania o usankcjonowanie roli kibiców w strukturze klubowej. W niektórych przypadkach zaczęły powstawać nowe inicjatywy, od pierwszej chwili zarządzane bezpośrednio i demokratycznie przez kibiców. Czy u nas również możliwe są podobne projekty? Oczywiście, że tak, choć pozostaje kwestią dyskusyjną, czy jesteśmy na tym samym etapie i czy zmagamy się z tymi samymi problemami co Anglicy.
Polska jak Anglia
Problemy, jakie napotyka futbol na Wyspach, przy zachowaniu wszelkich proporcji są bardzo podobne do części tych, które można zauważyć w Polsce. Nasze kluby, zwłaszcza te w wyższych ligach, to podobnie jak w Anglii podmioty prawa handlowego (co wcale nie jest typowe dla całej Europy!). Właścicielami są zewnętrzni inwestorzy zazwyczaj oderwani od klubowej społeczności. Ich arogancka polityka i przekonanie o własnej nieomylności - nawet jeśli nieraz przejawiane w dobrej wierze - prowadzą często na manowce, do konfliktów i kryzysów.
Z jednej strony mamy w Polsce do czynienia z wielkim biznesem, który z punktu widzenia pojedynczego kibica obraca kolosalnymi budżetami na rzecz funkcjonowania klubów. Mecze - zarówno te ligowe, jak i reprezentacji kraju - stają się coraz bardziej spektakularnymi widowiskami. Zawodnicy są lepiej wyszkoleni i opłacani, a myśl techniczna i szkoleniowa - bardziej zaawansowana. Czołowe kluby stają się coraz lepiej działającymi korporacjami. Wszystko pięknie? Oj, niekoniecznie...
Aby sprostać wyzwaniom, polskie kluby często zadłużają się ponad miarę i balansują na granicy przetrwania. Zdarza się, że budowane przez lata organizacje sportowe przechodzą w ręce właścicieli, którzy nie utożsamiają się z klubem, ale chcą wziąć udział w małej wewnętrznej rywalizacji biznesmenów. Inwestują krótkoterminowo, z wizją szybkiego sukcesu sportowego, zaniedbują absolutne fundamenty, takie jak szkolenie młodzieży, budowanie więzi z klubową społecznością i zawodnikami oraz - to bardzo ważne - szerszy, społeczny wymiar sportu.
Wszystko to nie obyło się bez ofiar. Gdzie są dziś - żeby wymienić tylko te najbardziej spektakularne przypadki i tylko z ostatnich lat - Widzew Łódź, ŁKS, Polonia Warszawa, które jeszcze kilkanaście lat temu zdobywały tytuły mistrza Polski i reprezentowały nasz kraj w Lidze Mistrzów? Dziś odbudowują się praktycznie od zera. Podobny los spotkał innych mistrzów sprzed lat: Szombierki Bytom, Stal Mielec. Nawet w angielskich realiach byłby to szok, gdyby nagle upadli niedawni potentaci.
Polskie kluby po perturbacjach z właścicielami i ich nagłym odejściu bywały ratowane przez samorządy. Korona Kielce, Ruch Chorzów, Śląsk Wrocław, Piast Gliwice, Górnik Zabrze - jest to przypadek tak wielu klubów (jak widać również tych z ligowego topu), że należałoby na ten temat napisać całą książkę. Tak wiele innych nie miało nawet tyle szczęścia i wobec braku zainteresowania władz lokalnych zmuszone były do ogłoszenia bankructwa i odbudowy od podstaw lub wręcz zakończenia działalności.
Piłkarskie piekiełko
A nie są to problemy wyłącznie ekstraklasy i jej zaplecza. W niższych ligach nawet jeżeli kluby zorganizowane są jako stowarzyszenia, często stanowią folwark niezatapialnych "działaczy", którzy nie kwapią się wpuszczać innych na swoje poletko. Nieraz są to struktury szalenie hermetyczne, do których po prostu nie można przystąpić. Klubowi watażkowie mogą na przykład szeroko korzystać z bazy wolontariuszy skupionych wokół klubu, ale nie dopuszczają ich do szeregów członkowskich, rozbudowa decydenckiego grona oznaczałaby bowiem większą kontrolę obywatelską. Grupa, która zakotwiczyła w klubie jak na swoim, stroni od jakiejkolwiek transparentności i obawia się wszelkich form nadzoru. Czasem kryją się za tym szemrane interesy. Nawet jeśli nie - brak przejrzystości i zamknięcie na innych rodzi niezdrową atmosferę.
W Polsce podjęto - analogiczną do brytyjskiej - próbę wymiany szarego kibica na bardziej majętnego. Nowe piłkarskie areny i zaporowe ceny biletów pozwoliły na ograniczenie liczby wybryków chuligańskich w Ekstraklasie, a raczej na wyprowadzenie ich poza stadion. Okazało się jednak, że takie zabiegi kosmetyczne nie zapewniły spodziewanego wzrostu atrakcyjności meczów dla normalnego kibica. Wówczas kluby zrobiły coś, co od Anglii odróżnia nas diametralnie: podjęły z radykalnymi grupami kibicowskimi negocjacje zgoła handlowe. W zamian za koncesje na różne formy okołoklubowych biznesów - jak handel pamiątkami czy catering stadionowy - przywódcy grup kibicowskich poszli z władzami na ograniczenie wybryków mogących szkodzić wizerunkowi klubu. Nie zmieniła się jednak agresywna formuła dopingu odstraszająca zwyczajnych kibiców - a prezesi klubów przymknęli na to oko.
Ale nie tylko o frekwencję tu chodzi. Piłka nożna od lat funkcjonuje w szarej strefie układów i układzików działaczy, urzędników, kibiców i biznesmenów. Tajemnicą poliszynela jest obecność wielu byłych funkcjonariuszy bezpieki i innych służb mundurowych w strukturach związków i organizacji sportowych.
Wątpliwości - chciałoby się powiedzieć: niestety! - budzi też podobny sposób prowadzenia dialogu z kibicami przez naszą krajową federację. "Szkolenia" w ekskluzywnych hotelach, zapewnianie lokali i środków na działania mają PZPN-owi zapewnić przychylność wąskich wpływowych grup awanturników i względny spokój podczas spotkań międzynarodowych. Nie myśli się w ogóle o aktywizacji zastraszonej większości sympatyków, którzy w tej sytuacji przestawiają się na oglądanie piłki w telewizji. Próby tworzenia demokratycznych organizacji oddolnych na stadionach w Polsce spotykają się z co najmniej nieprzychylnością radykalnych grup kibiców, z którymi PZPN o dziwo współpracuje.
Skoro więc jakakolwiek forma (nieukierunkowanego na działalność chuligańską lub ultrasowską) aktywizmu na stadionach spotyka się ze sprzeciwem wszystkich - od klubu przez federację po grupy kibiców stosujące metody siłowe - to w ten sposób nigdy nie poradzimy sobie z problemem pustawych trybun na meczach i fatalnej aury wokół polskiego środowiska piłkarskiego.
Nierozwiązanych problemów jest oczywiście więcej, a i te wyżej wymienione można w nieskończoność mnożyć i rozwijać. Wystarczy wspomnieć tu o zachowaniu niektórych awanturników na meczach polskich drużyn. Większość społeczeństwa kojarzy słowo "kibic" z agresją słowną i fizyczną, chuligańskimi wybrykami, skrajnie nacjonalistycznymi treściami, rasistowskimi odzywkami i homofobicznym zachowaniem.
Niestety często tak wygląda przekaz płynący z tej czy innej trybuny, ale przecież to nie dotyczy wszystkich osób, które fascynują się tym przepięknym sportem. W jakiejś mierze wszyscy jesteśmy kibicami (choć w większości dość biernymi lub wręcz całkiem uśpionymi) i nie identyfikujemy się z takim zachowaniem. Głos szalikowców absolutnie nie jest reprezentatywny dla większości kibiców - jest to tylko efekt zdominowania cichej większości przez radykalną mniejszość. Na tym polu też potrzeba nam ocknięcia się i "rewolucji".
Co z tą polską (własnością)
Gdy poszperać w historii, nagle ze zdumieniem odkryjemy, że dzieje polskiego sportu wcale nie opierają się na klubach-spółkach ani na niezdrowych emocjach pozasportowych. Jeszcze przed wojną kluby sportowe działały jako stowarzyszenia. Każdy chętny mógł uprawiać różne dyscypliny w takiej strukturze, a w jej ramach grupy o najwyższym poziomie sportowym walczyły o krajowe laury. W klubach nie skupiano się wyłącznie na sporcie i rywalizacji, prowadzono także działalność społeczno-kulturalną - dlatego obok sekcji piłkarskiej, lekkoatletycznej czy szachowej mogły też istnieć sekcje teatralne albo poetyckie, uczestniczono również w akcjach pomocowych. W działalność klubową angażowała się okoliczna bohema, a w ślad za nią - cała społeczność lokalna, która wspomagała klub organizacyjnie i finansowo.
Skąd więc wzięła się ta nasza obecna struktura własnościowa? W PRL-u kluby sportowe zostały przypisane do konkretnych resortów i instytucji państwowych - od milicji i wojska przez kolej po kopalnie, huty i inne zakłady pracy przemysłowe bądź rolnicze. W takich warunkach kluby zatraciły społeczną rolę i walory obywatelskie, a zaczęły odgrywać jednowymiarową rolę propagandową. Odtąd kibic miał się nie angażować, a tylko wyrażać bezkrytyczne uwielbienie. Sytuacja na linii klub-kibice nie poprawiła się po przemianach roku 1989, w których ogromną rolę odegrała prywatyzacja. Kluby - podobnie jak instytucje, które wcześniej nimi rządziły - zaczęły radzić sobie ze zmiennym szczęściem na wolnym rynku i przechodzić z rąk do rąk.
Skutkiem powyższych zmian była narastająca przez te kilkadziesiąt lat obojętność i alienacja kibiców. Odseparowanie ich od spraw klubowych i traktowanie zwykłych sympatyków jedynie jako źródła przychodu jest także jedną z przyczyn eskalacji przemocy na stadionach. Brak społecznej odpowiedzialności powoduje, że młody człowiek dewastujący trybunę na własnym stadionie nie ma poczucia, że niszczy mienie własnego klubu. Przecież naraża na koszt aktualnego właściciela, który jest mu obcy, bardziej oponenta niż partnera. Sytuacja wygląda inaczej, gdy kibice naprawdę mają klub w sercu, jak za dawnych lat.
Pierwsze nasze rewolucje
Przykładów oddolnego konstruktywnego kibicowskiego działania wciąż jest na polskim poletku niewiele, ale łączy je wspólny mianownik: ogromne kłopoty klubu związane z poprzednimi lub obecnymi właścicielami. Taka sytuacja stała się przed laty motorem działań w takich klubach jak ŁKS, Lechia Gdańsk i co najmniej kilku innych.
Parę sezonów temu pewien właściciel Polonii Warszawa, znużony prezesowaniem klubowi i brakiem sukcesów, z dnia na dzień postanowił sprzedać swoją zabawkę byle jak i byle komu. Nowy prezes w niespełna rok doprowadził Polonię do bankructwa. Zasłużony, ponad stuletni klub, który ze sportowego punktu widzenia był w tamtym momencie w krajowej czołówce, musiał budować wszystkie struktury od nowa i rozpoczynać grę od piątego szczebla rozgrywek w Polsce. Z jednej strony stanowiło to spektakularny upadek, z drugiej, jak się okazało, utorowało drogę dla bardzo ciekawego eksperymentu w historii polskiego futbolu. Kibice Polonii bowiem zorganizowali się i podjęli próbę wprowadzenia demokratycznego modelu zarządzania klubem. Przez pierwszy sezon odbudowy zebrali większość funduszy na funkcjonowanie drużyny i domagali się przekazania klubu pod ich wyłączne władanie.
Niestety czas pokazał, że wdrożenie tego projektu zarządzania klubem ostatecznie się nie powiodło - Polonia została przejęta przez kolejną prywatną spółkę, a odbudowujące ją stowarzyszenie dostało ofertę wykupienia jedynie mniejszościowego pakietu udziałów i tym samym zostało odsunięte od zarządzania klubem. To jednak właśnie wtedy model oddolnego kierowania klubem sportowym jako dobrem wspólnym zyskał u nas rozgłos. Historia Polonii w pewnej mierze przypomina przypadek klubu AFC Wimbledon, założonego przez kibiców kontynuatora prywatnego klubu o niemal identycznej nazwie. Tam właściciel również praktycznie rozebrał klub i kibice musieli zaczynać od zera. Różnica na korzyść historii u Anglików polega na tym, że ich projekt zyskał akceptację całego lokalnego środowiska i jest od tamtej pory wzorcowym przykładem zastosowania modelu demokratycznego w piłce. Historię oddolnej rewolucji w Wimbledonie oraz informacje, jak przez ostatnią dekadę radził sobie ten projekt, szczegółowo opisuje niniejsza książka (Rozdział 5).
Mniej dramatycznie układa się obecnie historia Górnika Zabrze, ale tylko dzięki interwencjom ratusza, który zawsze dokładał się do ratowania klubu. Pomimo prawdziwej huśtawki nastrojów w związku z inwestorami - od euforii i nadziei na triumfy po przygnębienie i poczucie oszukania - kibice nie stoją z założonymi rękami. Kryzys zawsze mobilizuje do działania, a w Zabrzu przekuło się to na powołanie stowarzyszenia Socios Górnik. Dziś jest to najliczniejsza w Polsce organizacja zrzeszająca kibiców danego klubu. Socios Górnik nawiązują nazwą do modelu katalońskiego (kibice głosujący w kwestii fundamentalnych decyzji w klubie - więcej: Rozdział 10), ale obecnie bardziej przypominają właśnie model angielski: opracowano plan wykupienia udziałów w klubie oraz stopniowego powiększania wpływów w zarządzie i na podejmowane decyzje. Jak na razie nie przyniosło to wymiernego efektu. Niestety i tu pojawiło się towarzyszące większości takich inicjatyw zagrożenie zdominowania przez agresywną radykalną mniejszość.
Dekadę temu w całej Polsce głośno się zrobiło wokół projektu "Kupimy Klub" - zwykli ludzie z całej Polski mogli dołączyć do internetowej inicjatywy i w przyszłości stać się współwłaścicielami klubu. Takie pomysły z powodzeniem zaczynały funkcjonować między innymi w Anglii, Niemczech, Hiszpanii. U nas również powstało stowarzyszenie, które ostatecznie miało przejąć Śląsk Świętochłowice, jednak liczba zainteresowanych projektem szybko drastycznie zmalała, a inicjatywa umarła śmiercią naturalną.
Kibicowskie inicjatywy w Polsce wciąż czekają na spektakularną szansę. Mimo wszystko warto podkreślić, że właśnie w ten sposób w Anglii zaczynały swoją działalność kibicowskie zrzeszenia typu trust, skrupulatnie wymieniane na dalszych stronach (Rozdziały 3-4 i dalej).
Oprócz dwóch powyżej opisanych przykładów warto wspomnieć, że w strukturach organizacji zrzeszającej kluby demokratyczne z Europy (Supporters Direct Europe) działa także polski Alternatywny Klub Sportowy ZŁY. Jest to zupełnie nowa, oddolna inicjatywa, która z założenia chce budować klub oparty na współdziałaniu kibiców, sympatyków i zawodników. AKS ZŁY oprócz żeńskiej i męskiej drużyny piłkarskiej prowadzi jednocześnie działalność kulturalną i oświatową oraz chce propagować pozytywne wzorce dopingowania. Podobną ścieżką poszli kibice FC United of Manchester - oddolnej alternatywy dla komercyjnego giganta, jakim jest ManU (szczegółowy opis manchesterskiej inicjatywy: Rozdział 8).
Kto, jak nie my
W Polsce zapewne już teraz można odnaleźć więcej demokratycznych inicjatyw wychodzących z szeroko pojętego środowiska fanów piłki nożnej. Wiele wskazuje na to, że sytuacja jest rozwojowa, a problemy w polskich klubach wymuszą kolejne futbolowe rewolty. Niewątpliwie nasze społeczeństwo - przynajmniej w kontekście piłki i relacji między klubem a kibicami - powoli budzi się z letargu i apatii, z którą wcześniej przez lata zmagali się też Anglicy.
Warto działać. Konstruktywna społeczna kontrola klubów sportowych to szansa na ograniczenie patologii finansowych i środowiskowych w polskim sporcie. Kibice, sympatycy, rodzice juniorów grających w klubowej szkółce, weekendowi amatorzy, pasjonaci sprzed komputerów, wreszcie sami piłkarze - wszyscy powinniśmy wspólnie się organizować i wywierać zdrową presję na klub. Mamy prawo domagać się jawności poczynań i głośno mówić o nieprawidłowościach. Od tego zależy nasza kibicowska przyszłość.
A jeżeli naprawdę się nie da? Nie jest tak, że nigdy nie ma wyjścia. Przecież sami możemy zakładać kluby sportowe. To nie jest takie trudne - w końcu niemal każda słynna kapela muzyczna zaczynała od garażowego grania, a nawet wielki architekt początkowo kreślił proste szkice w czasie wolnym i musiał wykonać sumienną pracę u podstaw, by robić postępy. I właśnie w duchu majsterkowicza można by się odwołać do tytułu klasycznego programu telewizyjnego: "Zrób to sam". Tylko że w przypadku klubu to nie do końca tak. Tej rewolucji nie robi się samotnie, lecz z sąsiadami, ze znajomymi, ze współpracownikami, z nieznajomymi, którzy podzielają tę samą pasję. Z każdym chętnym. Tu nie ma żadnych ograniczeń.
Zróbmy to sami!
Stowarzyszenie na rzecz Demokracji w Sporcie
kwiecień 2016 r.
Wstęp
Każdy dzieciak dorastający w Liverpoolu w pewnym momencie wybiera jedną z dwóch drużyn, której będzie kibicować. Moją uwagę na początku przyciągnął FC Liverpool. Tak jak wielu innych chłopaków lubiłem kolor czerwony, a naprawdę to wystarczy, gdy ma się raptem cztery lata. Wywodzę się jednak z rodziny zagorzałych kibiców Evertonu, więc moje zauroczenie Liverpoolem miało marne szanse przetrwania. Pewnego zimnego grudniowego wieczoru 1980 roku, niedługo przed Bożym Narodzeniem, mama wzięła mnie na stronę i spokojnym tonem poinformowała, że Święty Mikołaj nie przychodzi do Kopites1. No właśnie. Które dziecko pozostałoby lojalne wobec swojego klubu w zderzeniu z tak porażającą prawdą? Z pewnością nie ja. Bez namysłu przeszedłem - symbolicznie - na drugą stronę Stanley Park i stałem się kibicem Evertonu.
Gdy po zbudzeniu się rankiem 25 grudnia ujrzałem przy łóżku furę prezentów, poczułem nie ekscytację, lecz ulgę. Moje wcześniejsze postępki najwyraźniej zostały mi wybaczone, interwencja mamy nastąpiła w samą porę i ocaliła mnie przed perspektywą wiecznie smutnych świąt Bożego Narodzenia.
Dużo później oczywiście dowiedziałem się, że wszystko to było kłamstwem. Nie dość, że Święty Mikołaj nie miał żadnych uprzedzeń związanych z klubami piłkarskimi, to jeszcze na domiar złego był postacią fikcyjną. Odtąd jedynym chorobliwie otyłym brodaczem nadużywającym alkoholu, jakiego widywałem w Boże Narodzenie, był mój wujek Peter.
Gdy jednak zdałem sobie sprawę z tego oszustwa, było już za późno. Moje przywiązanie do Evertonu zdążyło okrzepnąć, przybrać na sile przez pojawienie się zainteresowania samą piłką i utrwalić przez te pierwsze - i najważniejsze! - emocje związane z oglądaniem na żywo spotkań na stadionie Goodison Park. Klamka zapadła, byłem związany z tym klubem na dobre i na złe.
Jaka jest jednak natura tej więzi? Pisząc tę książkę, szukałem odpowiedzi na pytanie, co to znaczy być kibicem. Celne zdanie o kibicowaniu pada w Szukając Erica, filmowym arcydziele Kena Loacha. Podczas kłótni pomiędzy dwoma fanami Manchesteru United, z których jeden praktycznie opuścił trybuny stadionu Old Trafford na rzecz należącego do kibiców niewielkiego FC United of Manchester, ten drugi mówi: "Możesz zmienić żonę, poglądy polityczne, nawet religię. Ale nigdy, ale to nigdy nie możesz zmienić swojej ukochanej drużyny"2.
Czy tak właśnie jest? Spotkałem wielu takich, którzy zmienili sympatie klubowe lub, co już w ogóle przygnębiające, kibicowali kilku klubom naraz. Przypuszczam jednak, że dla wielu fanów najważniejsze jest wierne trwanie przy jednych barwach. Nawet jeśli, patrząc obiektywnie, nie ma to większego sensu.
Ja akurat miałem dużo szczęścia podczas pierwszych lat kibicowania Evertonowi, o czym regularnie przypomina mi ojciec. Przed ukończeniem dwunastego roku życia miałem okazję zobaczyć, jak Everton zdobywa dwa tytuły mistrza kraju, Puchar Anglii, europejski Puchar Zdobywców Pucharów oraz kilka Tarcz Wspólnoty (czyli trofeów, które w tamtych czasach miały jeszcze jakąś rangę). Żyłem podczas "złotej ery" Evertonu. Przez te pierwsze osiem lat kibicowania byłem świadkiem większej liczby sukcesów, niż większość fanów innych klubów doświadcza przez całe życie.
Jednak po moich dwunastych urodzinach karta najwyraźniej się odwróciła. Musiałem oglądać słabiuteńkie występy mojej drużyny na początku lat dziewięćdziesiątych, przeżywałem koszmar balansowania na krawędzi degradacji w połowie dekady i powrót miernoty na początku nowego tysiąclecia. Kibicuję im już trzydzieści trzy lata, a podczas ostatnich osiemnastu Everton tylko raz zdołał zdobyć jakieś trofeum. A jednak moja miłość do klubu przetrwała. Teraz w sobotnie popołudnia zależy mi na wyniku tak samo jak te kilkadziesiąt lat temu. Dlatego byłem na Goodison Park, gdy walczyliśmy o mistrzostwo Anglii z Queens Park Rangers w 1985 roku, jak również gdy prawie polegliśmy z Wimbledonem w bojach o uniknięcie spadku z ligi w 1994 roku i ponownie z Coventry City w 1998 roku.
No dobrze, ale skąd bierze się taka lojalność? W każdej innej dziedzinie życia ludzie są chwiejni. Tracimy przyjaciół, rozstajemy się z partnerami i zmieniamy swoje postrzeganie spraw, które niegdyś były dla nas bardzo ważne. Ale nie, gdy chodzi o piłkę nożną. Choć przecież czas wolny również poświęcamy na to, co lubimy. Jeżeli film jest do kitu, drugi raz go nie obejrzymy. Jeśli pójdziemy do restauracji i okaże się, że jedzenie to niestrawne pomyje, więcej nie będziemy się tam stołować. Gdy na wakacjach zamiast wymarzonej wilii z widokiem na morze (jak obiecano w folderze) zastaniemy niewykończoną chatę z widokiem na miejscowe wysypisko śmieci, mało prawdopodobne, że wrócimy tam w niedalekiej przyszłości.
Kibice piłkarscy tymczasem godzą się na rozczarowania, płacą za oglądanie beznadziejnej gry i wyrzekają się szansy świętowania sukcesów gdzie indziej. Co więcej, robią to długie lata, jak zwierzę uwięzione w zoo, które wciąż musi znosić to samo. Gdybyśmy jako fani byli racjonalnymi konsumentami, każdy z nas kibicowałby Manchesterowi United, wychodząc z założenia, że taki wybór to największa szansa na długofalowe szczęście. Nawet jednak jeśli tych, którzy tak robią (a wielu z nich naprawdę nie powinno...), można liczyć w tysiącach, to i tak nadal zjawisko to nie dotyczy większości. Bo większość z nas, gdy wybiera zespół, któremu będzie kibicować, robi to ze świadomością, że sukces może przyjść od wielkiego dzwonu. Narzekam, że mój Everton zdobył tylko jeden puchar w ostatnim czasie, jednak dla fanów wielu drużyn to przecież wciąż tylko sfera marzeń.
Podczas pracy nad książką poznałem kibiców z wielu lig, nie tylko z samego topu. Niektórzy z nich, jak na przykład kibice Liverpoolu, Arsenalu czy Manchesteru United, poznali smak sukcesu na najwyższym poziomie, podczas gdy inni, kibicujący drużynom takim jak York City, Stockport County czy Brentford FC, mimo równie długiej historii nie mieli zbyt wielu okazji do świętowania. Ale kibicowskie oddanie jest jednakowo silne u pławiących się w chwale fanów wspierających duże kluby, jak i w przypadku tych trzymających kciuki za mniejsze drużyny, których gabloty z trofeami świecą pustkami.
A jednak owo silne oddanie nigdy - przez większość dziejów angielskiej piłki nożnej - nie przerodziło się w gotowość kibiców do zaangażowania się i zarządzania ukochanym klubem. Przeciętny kibic na Wyspach, w przeciwieństwie do tych z kontynentalnych stron, jak choćby z Hiszpanii czy Niemiec, zawsze zadowalał się byciem wyłącznie klientem, i to takim, którego lojalność ociera się o patologię.
Podczas gdy nasi kontynentalni pobratymcy zaangażowali się w funkcjonowanie swoich klubów - zostawali ich udziałowcami, członkami mającymi głos w decydowaniu o kierunkach działań - tu, w Anglii, kibicom wystarczał zakup biletu przed bramką wejściową, obejrzenie meczu i powrót do domu. Słowem, nie przejawiali oni chęci zaangażowania się od środka w sprawy bieżące. Wierni kibice chętnie daliby się pokroić za swoją drużynę, gotowi od czasu do czasu zebrać środki na pomoc, by przeprowadzić ukochany klub przez trudniejsze czasy, ale przeprowadzić jeszcze nie znaczy, że kiedykolwiek chcieli go prowadzić.
Jednak w ostatnich kilkudziesięciu latach coś się ruszyło w tej kwestii. Części angielskich kibiców piłkarskich przestała wystarczać rola wiecznie uśmiechniętych i zadowolonych klientów. Zaczęli wreszcie postrzegać swoje relacje z klubami w innym świetle. O ile pierwsze oznaki zmiany dało się odczuć już w późnych latach osiemdziesiątych, o tyle redefiniowanie tego, co znaczy w tym kraju "być kibicem", na dobre zaczęło się w 1992 roku, gdy grupa fanów zespołu Northampton Town utworzyła pierwsze w Anglii kibicowskie stowarzyszenie nowego typu.
Ich cel był prosty: skorzystać ze wspólnego potencjału, aby zebrać jak najwięcej pieniędzy na finansowe wsparcie ukochanego klubu. Kibice w całym kraju robili tak niby od dziesięcioleci, ale tym razem wyglądało to inaczej. Tym razem kibice chcieli czegoś w zamian. Domagali się udziałów w klubie, a to, że je otrzymali, dowodziło, że działając ramię w ramię, kibice mogą stać się kimś więcej niż bezsilnymi klientami. Była to lekcja, z której coraz więcej fanów zaczęło wyciągać wnioski. W kolejnych dziesięcioleciach rozkwitł ruch kibicowskich trustów, czyli zakładanych przez samych fanów stowarzyszeń klubów sportowych (ang. supporters' trusts).
Ruch ten przyjął chwytliwą nazwę punk football, choć jego zwolennicy wcale nie noszą irokezów, nie dziurawią swoich ubrań agrafkami i nie plują na innych. Nie ujrzymy kibiców AFC Wimbledon, FC United of Manchester lub Exeter City, jak kręcą się po stołecznej King's Road i próbują "obalić system", zaczepiając przechodniów. W praktyce ze sceną muzyczną, od której wziął swoją nazwę, punk football dzieli tylko jedną rzecz. Jest nią filozofia "zrób to sam" (ang. DIY).
Poza modą, piosenkami i przeklinaniem w telewizji publicznej tym, co odróżniało punk od reszty muzycznego świata, było podejście do it yourself. Było to coś, co przez kolejne lata miało inspirować innych muzyków. Zespoły punkowe odrzucały utrwalone struktury przemysłu muzycznego i same produkowały własne albumy, rozprowadzały i promowały swoje dzieła niezależnie od mainstreamu branżowego.
I to właśnie ten etos samodzielności stanowi istotę ruchu punk football - oddolnego ruchu rewolucyjnego w piłce. Zwykli kibice decydowali, że nic nie stoi na przeszkodzie, by się skrzyknąć i zacząć wspólnie działać. Postanawiali więc odrzucić obowiązujący porządek i układ sił na rzecz wspólnego zarządzania ukochanymi klubami lub tworzenia nowych, własnych. W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat w całym środowisku piłkarskim, poczynając od AFC Liverpool w amatorskiej North West Counties Football League, a na Swansea City w elitarnej Premier League kończąc, coraz częściej to kibice z własnej woli organizują się, aby działać samodzielnie. Dzięki temu trendowi punk football odmienił definicję, co to znaczy "być kibicem". Odtąd kibic nie ogranicza się do aktywności na trybunach. Obecnie w angielskiej piłce nożnej silne kibicowskie przywiązanie może wręcz przenieść fanów do zarządu.
Z dzisiejszej perspektywy łatwo zauważyć, że rok 1992 - rok powstania elitarnej Premier League - był punktem zwrotnym w dziejach krajowych rozgrywek piłkarskich. O tym, co stało się potem i jakie to miało znaczenie dla tego sportu, powiedziano już chyba wszystko. Jednakże rewolucja, która rozpoczęła się w prowincjonalnym Northampton Town, jest często pomijana, niezauważana. Opowieść ta być może nie ma w sobie blichtru i przepychu Premier League. Pojawienie się ruchu kibiców-udziałowców i związana z tym zmiana postrzegania roli kibica jest natomiast wciąż nieopowiedzianą historią. I o tym jest ta książka.
Rozdział 1
Na początku
Większość kibiców ma pewnie swoje wyobrażenie właściciela klubu piłki nożnej. Dla moich rówieśników, wychowanych w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, jest to stereotyp dziś już przebrzmiały: sweter na wierzchu, cygaro w ustach, ziomek, któremu się powiodło. Przedstawiciel miejskiej elity, zamierzający praktyczne doświadczenia wyniesione z biznesu przenieść na klub, któremu kibicował za młodu. Młodszym jednak, którzy dorastali już w świecie zreformowanej Premier League, taki obraz musi wydawać się archaiczny. Im prawdopodobnie przychodzi do głowy nowy sort właścicieli klubów, takich jak rosyjscy oligarchowie, szejkowie z Bliskiego Wschodu czy amerykańscy biznesmeni o nieobecnym wzroku. Pozbawione emocji automaty...
Czasem odnosimy wrażenie, że właśnie tacy ludzie - głównie mężczyźni - od zawsze stali na czele naszych ulubionych klubów, a powiązania angielskiego futbolu ze światem biznesu są równie stare jak zasady gry. Opowieści o nieporozumieniach w zarządzie pomiędzy menedżerem drużyny a jej właścicielem oraz sytuacje, kiedy najpierw w komunikacie klubu trener drużyny jakoby cieszy się "pełnym poparciem zarządu", a po kilku dniach ląduje na bruku, dla większości fanów stają się nieodłącznym elementem historii klubu. Prezesi i właściciele ukochanych drużyn są na tyle ważni dla ich funkcjonowania, że ich nazwiska utrwalają się w pamięci kibiców, podobnie jak nie umiera pamięć o kolejnych trenerach i zawodnikach, którzy przychodzą i odchodzą na przestrzeni lat.
Ale jak do tego doszło? Jak to się stało, że angielska piłka nożna działa w ten sposób? Bo przecież nie zawsze tak to wyglądało. Niegdyś kluby były domeną zawodników i kibiców, a miejscowy browar czy też lokalny potentat branży dywanowej nie mogli decydować o wszystkim. Aby dowiedzieć się, co takiego się wydarzyło, musimy odbyć podróż w czasie do mętnych źródeł piłki nożnej, gdy najpopularniejsza gra świata raczkowała i dopiero zaczynała przybierać kształt, w jakim znamy ją obecnie.
Futbol w Anglii ma długą i momentami wyjątkowo burzliwą historię. Najstarsza znana nam wzmianka na temat piłki nożnej pojawia się w opisie Londynu, który około 1175 roku stworzył William Fitzstephen, biograf Thomasa Becketa3. Autor wymienia w tekście różne atrakcje i zabawy odbywające się w stolicy Anglii we wtorki przed Środą Popielcową i między innymi opisuje, jak po południu ówczesna młodzież udaje się na skrawek ziemi pod miastem, prawdopodobnie niedaleko Smithfield, aby zagrać w "sławetną grę w piłkę". Było to stałe wydarzenie, które przyciągało widzów - głównie tych zbyt starych, by zagrać samemu.
Rozgrywki wówczas i przez wiele kolejnych stuleci były tak chaotyczne i brutalne, że nawet Joey Barton, boiskowy rzeźnik nad rzeźnikami, przecierałby oczy ze zdumienia. Średniowieczna "piłka nożna" przypominała po prostu radosną rąbankę między młodymi chłopakami, praktycznie nieskodyfikowane zawody, które od czasu do czasu rozgrywano w angielskich miasteczkach. Nawet jeśli naprzeciwko siebie stały jakieś "bramki", do których trzeba było wcelować piłką, to już jednak sposób, w jaki drużyny mogły ją tam umieścić, był zasadniczo dowolny. Takie przyzwolenie na bezprawie zrodziło grę, w której normą stały się przemoc i poważne uszkodzenia ciała, a czasem nawet śmierć. Przebieg tych zawodów zapewne bywał tak burzliwy, że nawet najzacieklejsze Old Firm - słynne derby Glasgow między skonfliktowanymi Celtikiem a Rangersami - to w porównaniu z nimi piknik na zielonej łączce.
Władze w tamtych czasach nie były zachwycone tak osobliwą uciechą ludową, która czasem kończyła się zamieszkami, i robiły wiele, aby zakazać gry w piłkę. Tymczasem sport ten coraz silniej wrastał w angielski styl życia, stając się istotną częścią zwyczajów ludowych tego kraju w średniowieczu. W swojej pierwotnej postaci piłka nożna, choć doceniana przez wszystkie środowiska, ze względu na swoją drastyczność przynależała głównie do najniższej warstwy społeczeństwa. Ta popularność wśród społecznych nizin okazała się pewnego rodzaju przeszkodą, gdyż podlegała ona tym samym przeobrażeniom, które zachodziły w życiu prostych ludzi. Natomiast już w XVIII i XIX wieku nastąpiła pod tym względem wprost lawina ogromnych zmian.
Wcześniej przez większość epok, które wiążemy z początkami istnienia piłki nożnej, życie warstw pracujących nie podlegało jakimś szczególnym przemianom. Anglia była krajem rolniczym, a większość zwykłych ludzi w taki czy inny sposób parała się uprawą ziemi. To jednak drastycznie się zmieniło pod koniec XVIII wieku wraz z nadejściem rewolucji przemysłowej. Gdy powstawały nowe fabryki i młyny, a miasta zaczęły się rozrastać, wchłaniając tereny wiejskie, coraz więcej pracowników fizycznych znajdowało zatrudnienie w przemyśle. Bezwzględni pracodawcy, lokalne wersje literackiego Scrooge'a, ograniczali dni fajrantu najchętniej tylko do Bożego Narodzenia i Wielkanocy. Nawet niedziela, również w Anglii tradycyjnie dzień wolny od pracy, została poświęcona na ołtarzu agresywnie rozwijającej się gospodarki.
Choć nie wszystko przebiegało wszędzie jednakowo - stare tradycje piłkarskie przetrwały na przykład w niektórych społecznościach robotniczych na północy Anglii - to jednak w przypadku zdecydowanej większości robotników przemysłowych w pierwszej połowie XIX wieku te stare tradycje praktycznie wygasły. Ludzie nie mieli już po prostu czasu na "grę ludową". Możliwe nawet, że futbol zniknąłby całkowicie, gdyby nie jakże zbawienne zainteresowanie ze strony pewnej grupy, o której chyba nikt by nie pomyślał, że przybędzie na ratunek piłce nożnej. Grupę tę stanowili uczniowie i nauczyciele prywatnego systemu oświaty w Anglii.
Nawet jeśli w początkowej fazie rozwoju piłki nożnej największą rolę odegrały warstwy pracujące, sport ten trafił także do elitarnych szkół prywatnych. Tam szybko ewoluował, przy czym każda placówka rozwijała własną odmianę. Podobnie jak w przypadku tej wcześniejszej wersji sięgającej średniowiecza, dyscyplina uprawiana w angielskich szkołach prywatnych w XVII i XVIII wieku niewiele przypominała grę, którą znamy dziś ze stadionów i z podwórka. Wciąż dominował chaos, ścisk w środku był niemiłosierny, a podawanie do przodu - niejednokrotnie zabronione. Na elitarnej uczelni Eton zakazano wręcz stawać tyłem do nadbiegającego gracza, jako że było to uznawane za niehonorowe (choć jednocześnie spuszczenie komuś łomotu najwyraźniej było jak najbardziej "godne dżentelmena").
Aby ówczesna gra zaczęła wreszcie przypominać to, co obecnie nazywamy futbolem, potrzeba było rewolucji w systemie szkolnictwa w połowie XIX wieku. Wcześniej poza nielicznymi zajęciami z łaciny i greki uczniowie byli w znacznym stopniu pozostawiani sami sobie, co prowadziło do wszechobecnego braku dyscypliny, a nawet sporadycznych buntów w szkołach. Pierwszy z inicjatywą odnowy wystąpił Thomas Arnold, nauczyciel, historyk i dyrektor szkoły w angielskim Rugby, który podjął się reformy oświaty u zarania epoki wiktoriańskiej. Jego działaniom sprzyjało otwarcie tych dotąd elitarnych szkół na większą liczbę uczniów wywodzących się z klasy średniej. Ich rodzice oczekiwali dla swoich dzieci czegoś więcej niż samych podstaw łaciny i greki oraz okazjonalnego wymierzania kar cielesnych. Z czasem położono większy nacisk na edukację i dyscyplinę. Aby zagwarantować to drugie, wprowadzono między innymi wśród uczniów stanowisko prefekta4.
Jako że piłka nożna stanowiła integralną, bardzo ważną część uczniowskiego życia, zamierzano wykorzystać ją do przywracania porządku w szkołach. Dyrektorzy placówek zaczęli przychylniej patrzeć na ten sport, zdali sobie bowiem sprawę, że w lepiej zorganizowanej, mniej chaotycznej formie byłby cennym narzędziem w zaszczepianiu wśród uczniów silniejszego poczucia dyscypliny.
W odpowiedzi na ową potrzebę uregulowania piłkarskich zasad i wyeliminowania różnych aberracji w latach czterdziestych XIX wieku po raz pierwszy zaczęto spisywać reguły gry. Unormowanie i ujednolicenie zasad pozwoliło wyłonić pewne cechy wspólne, charakterystyczne dla piłki nożnej w różnych miejscach. To z kolei umożliwiło rozgrywanie spotkań pomiędzy różnymi szkołami, a nie tylko wewnętrznie, jak to się działo dotąd.
Przetrwanie futbolu i jego modernizacja w ramach elitarnego systemu oświaty cieszyły, ale niewielu - dla reszty społeczeństwa bowiem piłka nożna pozostawała co najwyżej zapomnianą rozrywką z dawno minionej epoki. Niebawem miało się to jednak zmienić. Jako że sport ten stał się trwałym elementem życia w szkołach prywatnych (a często wręcz zajęciem obowiązkowym), wkrótce absolwenci zaczęli go uprawiać również po zakończeniu nauki. Pojawiły się pierwsze niewielkie grupy, które zakładały kluby powiązane z ich dawnymi szkołami, na przykład Old Harrovians (absolwenci prywatnej Harrow School) czy Old Rugbeians (wychowankowie wspominanej już Rugby School). Moda zaczęła się szybko rozprzestrzeniać i powstawało coraz więcej samodzielnych klubów.
Jednakże sami absolwenci nie byli w stanie obsadzić wszystkich pozycji w tylu nowych drużynach, dlatego pierwsi klubowicze otwierali się na społeczności lokalne. Na przykład w Lancashire dwa spośród najstarszych klubów piłkarskich w hrabstwie, Turton FC oraz Darwen FC, zostały założone przez uczniów Harrow School, którzy połknęli bakcyla futbolu i po opuszczeniu szkolnych murów próbowali zarazić nim miejscowych chłopaków. Tak oto pojawiło się nowe zjawisko: piłka nożna na powrót trafiła do klasy robotniczej, choć w innej formie niż ta sprzed XVIII wieku, bo z dużo mniejszą liczbą graczy, bardziej skodyfikowanymi zasadami oraz mniejszym ryzykiem okaleczenia uczestników.
Robotników zachęcali do gry nie tylko ludzie wyszukujący graczy do swoich nowo powstałych drużyn, lecz także członkowie klasy średniej, pracownicy organizacji charytatywnych czy duchowni, którzy żyli lub pracowali w biedniejszych społecznościach. W drugiej połowie XIX wieku dzięki działalności reformatorów społecznych oraz związków zawodowych robotnicy zaczęli stopniowo uzyskiwać coraz więcej czasu wolnego.
Wśród osób zainteresowanych dobrobytem klasy pracującej panowało jednak przekonanie, że gdy robotników pozostawi się samym sobie, mogą nie spędzać ciężko wypracowanego czasu wolnego produktywnie, lecz przeputać go na alkohol, hazard lub inne zajęcia zapewne przyjemne, acz przynoszące wątpliwą chwałę.
Tym zatroskanym obywatelom piłka nożna wydawała się idealnym narzędziem, doskonałym sposobem na zagospodarowanie czasu. Takie podejście reprezentował w szczególności Kościół anglikański i znamienne jest, że w latach osiemdziesiątych XIX wieku nawet co czwarty założony na Wyspach klub piłkarski wywodził się z lokalnej parafii. W Liverpoolu, który szybko stał się piłkarskim sercem Anglii, w połowie lat osiemdziesiątych XIX wieku dwadzieścia pięć spośród stu dwunastu klubów piłkarskich w mieście miało powiązania z instytucjami religijnymi. Najsłynniejszy z nich, Everton, powstał w 1878 roku niejako przy kościele metodystów St Domingo w liverpoolskiej dzielnicy Kirkdale.
Piłka nożna tak łatwo przyjęła się wśród klasy robotniczej między innymi dlatego, że dobrze wpasowywała się w życie miejskie. Dyscyplina nie wymagała żadnego sprzętu poza piłką i mógł ją uprawiać każdy niezależnie od gabarytów, umiejętności czy siły. W futbol grało się nieskomplikowanie, łatwo też było zrozumieć zasady i nie wymagał on żadnych specjalnych warunków ani szczególnej przestrzeni do gry.
Na rosnącą popularność tej dyscypliny znacząco wpłynęło również założenie angielskiego związku piłkarskiego - Football Association (FA). 26 października 1863 roku przedstawiciele kilku niedawno utworzonych klubów piłkarskich, takich jak Forest FC, Blackheath FC oraz War Office Club, spotkali się w Londynie i założyli organizację, która miała się zająć doprecyzowaniem zasad gry. Po debatach ostatecznie zlikwidowano nakładanie się zasad piłki nożnej i rugby, zabroniono na przykład przenoszenia futbolówki w rękach czy kopania przeciwnika, który był szybszy lub lepszy. Dzięki ustanowieniu jednolitych zasad drużynom łatwiej było grać przeciwko sobie. Stało się to katalizatorem dla gwałtownego wzrostu liczby imprez sportowych w drugiej połowie XIX wieku.
Zainteresowanie klasy robotniczej wraz ze strukturą organizacyjną dostarczaną przez FA umożliwiło szybki rozwój piłki nożnej pomiędzy rokiem 1870 a przełomem stuleci. Jeszcze w 1867 roku do FA należało jedynie dziesięć klubów. Do 1888 roku liczba ta wzrosła do tysiąca. W statystykach obejmujących rok 1905 zobaczymy, że było to już dziesięć tysięcy.
Czym właściwie były te kluby? Co je łączyło i czym różniły się od - ligowych czy nieligowych - klubów piłkarskich, które znamy obecnie?
Przede wszystkim były one po prostu klubami członkowskimi. Ci, którzy do nich dołączali, płacili składkę. Choć na początku kluby powoływali do życia jedynie absolwenci szkół prywatnych, z biegiem czasu były one również zakładane przez zwykłych robotników. Wiele z nich powstało w zakładach pracy. Szczególnie płodna w zawiązywaniu drużyn okazała się kolej. Jeden z takich klubów, Newton Heath FC, został utworzony w roku 1878 przez pracowników wagonowni Lancashire and Yorkshire Railway w Newton Heath w południowym Manchesterze. To właśnie ten klub po późniejszej zmianie nazwy i przeprowadzce ostatecznie przeistoczył się w piłkarskiego giganta - Manchester United.
Popularność futbolu wśród klasy robotniczej była tak wielka, że imprezy sportowe zaczęły przyciągać tłumy zainteresowanych, po raz pierwszy powołując do życia "kibica piłkarskiego". Pierwsi fani to przede wszystkim członkowie klubów, którzy akurat nie grali, dawni gracze, którzy wciąż interesowali się drużyną, oraz rodzina i przyjaciele zaangażowanych. W wielu przypadkach również kibice płacili składkę członkowską, która działała jak karnet sezonowy oraz dawała prawo głosu w zakresie tego, jak klub ma być prowadzony.
I to ten ostatni aspekt członkostwa był szalenie istotny. Gdy piłka nożna po raz pierwszy stała się naprawdę popularna, większość klubów zarządzana była w sposób demokratyczny przez zawodników i zrzeszonych członków. Takie kluby to na przykład Aston Villa i Woolwich Arsenal. Pierwszym z nich pod koniec lat osiemdziesiątych XIX wieku zawiadywał komitet złożony z dziewięciu osób wybieranych przez 382 członków klubu. Drugi z wymienionych klubów, założony w 1886 roku kilkaset kilometrów dalej na południe przez pracowników podstołecznych zakładów zbrojeniowych Royal Arsenal, stanowił ciekawy przykład organizacji robotniczej. W pierwszych latach istnienia o każdym aspekcie działalności klubu decydował komitet zarządzający wybierany przez członków, wśród których dominowali robotnicy.
Jeśli w owych latach raczkowania piłki nożnej w działalność klubu angażowali się przedsiębiorcy, było to spowodowane powiązaniami członków klubu z danym zakładem pracy. Arnold Hills, właściciel huty żelaza Thames Ironworks we wschodnim Londynie, pomógł założyć klub piłkarski wraz ze swoim brygadzistą Dave'em Taylorem. Organizacja była zarządzana przez swoich członków, ale to Hills zapewnił jej stadion (jeden z najbardziej imponujących w ówczesnej Anglii) oraz ustanowił komitet sportowy ubezpieczający zawodników w razie utraty pensji wynikającej z kontuzji. Ostatecznie jednak klub potem uniezależnił się zarówno od Hillsa, jak i jego huty, a stał się znany jako West Ham United. Obok tych bardziej formalnych relacji ze światem biznesu istniały również okazjonalne przypadki, gdy zainteresowani grą miejscowi przedsiębiorcy rzucali klubowi parę funtów. Za przykład może posłużyć Sydney Yates, przemysłowiec z hrabstwa Lancashire. Miejscowe Blackburn Olympic, jego klub, miało w 1883 roku świetny sezon, zwieńczony dojściem aż do finału Pucharu Anglii. Po zakończenia turnieju Yates przekazał klubowi sto funtów, aby dofinansować okolicznościowe zgrupowanie w luksusowej miejscowości Blackpool.
Natura tego ograniczonego i często doraźnego zaangażowania ostatecznie jednak się zmieniła, a biznesmeni już na stałe znaleźli się blisko piłki. Znacząco na tym polu przysłużyła się coraz bardziej złożona struktura organizacyjna futbolu w ostatnich dekadach XIX wieku, która przyciągała kapitał.
Momentem przełomowym okazało się pojawienie się profesjonalnych piłkarzy w latach osiemdziesiątych XIX wieku. Wielu zaangażowanych w ten sport od dawna patrzyło nieprzychylnie na zawodowstwo. Gracze byli amatorami i zdaniem większości absolwentów, którzy zdominowali piłkę nożną u jej początków, tak powinno pozostać. Ludzie ci uważali, że w futbol należy grać dla samego grania, piłkarze powinni okazywać szacunek przeciwnikom niezależnie od wyniku sportowego, a zasad fair play powinno się zawsze przestrzegać.
Takie ideały więdną w zderzeniu z głodem współzawodnictwa, o czym może zaświadczyć każdy, kto kiedyś rozgrywał lub oglądał piłkarskie spotkania. Aby ten głód zaspokoić, należało na przykład zapłacić za najlepszego dostępnego zawodnika.
Z początku finansowanie piłkarzy trzymano w tajemnicy. Oprócz gratyfikacji pod stołem zawodnicy sprowadzani do danego zespołu mogli otrzymywać pieniężne zachęty do zapisania się do klubu, a w przypadku drużyny robotniczej - ciepłe posadki w zakładzie pracy.
Prawdopodobnie pierwszym znanym piłkarzem grającym w Anglii wyłącznie ze względów finansowych był jednooki pracownik portowy z Glasgow, James Lang, który przybył na południe kraju w 1876 roku, by grać dla klubu Sheffield's The Wednesday. Lang otrzymał posadę w miejscowej fabryce noży, natomiast czas upływał mu przede wszystkim na grze w piłkę nożną i czytaniu gazety (tak się składa, że właśnie tak wygląda moja wymarzona praca...).
Pomimo wysiłków FA, aby amatorski etos podtrzymać, a kluby przyłapane na oferowaniu zawodnikom gratyfikacji finansowych konsekwentnie karać lub wręcz zawieszać, w 1885 roku zawodowstwo zostało ostatecznie zalegalizowane. Impuls do tej radykalnej zmiany wyszedł od drużyn z północnego zachodu Anglii, przede wszystkim z hrabstwa Lancashire. Kluby takie jak Preston North End czy Burnley FC były pierwszymi, które zlekceważyły wydany przez FA zakaz zawodowstwa, i najaktywniejsze we wspieraniu jego legalizacji. Oba znalazły się w gronie kilku północnych klubów, które zagroziły wystąpieniem z FA i utworzeniem konkurencyjnej federacji piłkarskiej, jeśli ich żądania nie zostaną spełnione.
Gdy zawodowstwo zostało już zalegalizowane, zaczęło się bardzo szybko rozprzestrzeniać. Kluby trzymające się zasad amatorskiej piłki straciły na znaczeniu na rzecz drużyn zawodowych, które były po prostu lepsze. Pojawienie się zawodowstwa jeszcze przed legalizacją i tak już osłabiło przewagę, jaką niegdyś cieszyły się kluby szkół prywatnych, najsilniej utożsamiane z amatorstwem. Jeszcze chwilę wcześniej drużyny takie jak Wanderers, Old Etonians czy Oxford University zdominowały pierwsze edycje Pucharu Anglii - podczas pierwszej dekady istnienia turnieju żaden klub robotniczy nie dał rady nawet dotrzeć do finału. Zaczęło się to zmieniać we wczesnych latach osiemdziesiątych XIX wieku i w miarę upływu czasu coraz więcej zawodowych klubów, takich jak Blackburn Rovers, West Bromwich Albion czy Aston Villa, zaczęło przyćmiewać swoich amatorskich rywali. Ta zmiana już nigdy nie została cofnięta.
Zwolennicy amatorskiej piłki przegrali tamtą bitwę, ale nie oznacza to, że musieli się koniecznie mylić ani że ich przekonania nie mają racji bytu. Jednym z argumentów wysuwanych przez przeciwników zielonego światła dla zawodowstwa była obawa, że legalizacja pociągnie za sobą zapotrzebowanie na większą ilość pieniędzy w futbolu, a przez to zmieni naturę piłki nożnej na zawsze. I w tej kwestii mieli oni absolutną rację. To właśnie profesjonalizacja stała się czynnikiem, który przyspieszył zmiany i doprowadził piłkę nożną do formy, w jakiej znamy ją teraz w Anglii - ze wszystkimi jej przywarami.
Kluby z dostępem do pieniędzy zyskały odtąd możliwość kupienia teoretycznie najlepszej drużyny. Gdy przyszło do zbierania funduszy na pensje, opłaty transferowe czy ulepszenia obiektów, w przypadku każdego klubu pierwszym źródłem zasobów, do którego należało sięgnąć, byli jego członkowie i kibice. Zważywszy że w latach sześćdziesiątych XIX wieku piłkę nożną oglądała raptem garstka ludzi, można stwierdzić, że do końca wieku jej popularność wzrosła niesamowicie. W 1875 roku tylko dwa mecze przyciągnęły ponad dziesięć tysięcy widzów na trybuny. W ciągu dekady liczba spotkań z taką publiką urosła do osiemnastu. Jednak największy wzrost frekwencji odnotowano w ostatniej dekadzie XIX wieku, w następstwie utworzenia w 1888 roku struktur Football League, czyli oficjalnych rozgrywek ligowych. Podczas pierwszego sezonu ligi mecze rozgrywane pomiędzy dwunastoma czołowymi klubami w kraju obejrzały 602 tysiące ludzi. Tuż przed wybuchem I wojny światowej liczba ta wzrosła do dziewięciu milionów. Piłka nożna szybko stawała się sportem narodowym.
Skok liczby widzów przysporzył klubom dochodów tak potrzebnych do zbudowania drużyn gotowych podjąć rywalizację. Początkowo fani, którzy pojawiali się na meczach, stawali na górujących nad boiskiem, usypanych wałach, a nieliczni szczęśliwcy kibicujący zamożniejszym klubom - na prostych, niezadaszonych trybunach z miejscami stojącymi, które mogły pomieścić niezbyt wielu kibiców. Tak choćby wyglądał wypełniony po brzegi w sobotnie popołudnie dziadowski sektor gości na Roker Park, starym stadionie Sunderlandu.
Zapotrzebowanie na piłkę nożną szybko rosło, a wszyscy mieli świadomość, że możliwość pomieszczenia większej liczby kibiców oznacza wyższe dochody klubu. Pomiędzy rokiem 1890 a wybuchem I wojny światowej kluby piłkarskie zaczęły budować stadiony specjalnie z myślą o tej dyscyplinie. Pierwszym przykładem takiego czysto piłkarskiego obiektu był należący do Evertonu i zbudowany w 1892 roku stadion Goodison Park.
Kwoty wydawane na budowę trybun i stadionów często były dużo wyższe niż środki, jakie klub członkowski uzyskiwał z biletów, dotacji czy składek członkowskich. Z tego względu wiele klubów zaczęło poszukiwać dodatkowych źródeł finansowania. Jednym z najprostszych sposobów było przekształcenie się w spółkę akcyjną. Dla dopiero powstających drużyn zawodowych z takim ruchem wiązało się wiele korzyści. Kluby oczywiście mogły dzięki temu oferować udziały i wypłacać dywidendę, najważniejsze jednak, że w ten sposób powstawały spółki z ograniczoną odpowiedzialnością. Oznaczało to, że gdy przedsiębiorstwo przestanie być wypłacalne, udziałowcy nie będą mogli być pociągnięci do odpowiedzialności z tytułu jakichkolwiek długów. Potencjalni inwestorzy mogli chętniej podzielić się gotówką, gdy istniała taka ochrona prawna.
Pierwszym klubem, który podążył tą ścieżką, było Small Heath w 1888 roku (później przekształcone w Birmingham City). W kolejnych dekadach coraz więcej organizacji piłkarskich decydowało się na to rozwiązanie i do 1921 roku aż osiemdziesiąt cztery spośród osiemdziesięciu sześciu klubów w strukturach Football League przekształciło się w spółki prywatne. Ale to nie musiało koniecznie oznaczać, że przedsiębiorcy zdominują nasze ukochane kluby. Udziały są przecież dostępne dla wszystkich, nie tylko dla bogatych.
Co więcej, w tych pierwszych latach istnienia piłki nożnej znalazło się wielu robotników inwestujących w kluby, którym sami kibicowali. W ramach Woolwich Arsenal, wzorcowej organizacji robotniczej, w 1893 roku założono spółkę z kapitałem zakładowym podzielonym na cztery tysiące udziałów o nominalnej wartości jednego funta. Około półtora tysiąca z nich zostało przydzielonych 860 osobom, z których zdecydowaną większość stanowili robotnicy mieszkający w rejonie przedmieść Plumstead i Woolwich, prawdopodobnie zatrudnieni przez wspomniane zakłady zbrojeniowe.
Choć robotnicy i kibice z klasy robotniczej kupowali udziały w klubach piłkarskich, to jednak stanowili zdecydowaną mniejszość. Problem polegał między innymi na tym, że koszt ten często był zbyt wysoki dla przeciętnego kibica. Jednak nawet gdy kluby dokładały starań, by oferować udziały po niskich cenach i kierować je w szczególności do kibiców z klasy robotniczej - na przełomie stuleci robiły to zwłaszcza Croydon Common, Dartford FC i Southport FC - to wysiłki te przynosiły niewielkie korzyści.
W rzeczywistości "akcjonariat" nigdy nie przyjął się wśród kibiców z klasy robotniczej. Nawet jeżeli część z nich starała się inwestować środki, rzadko byli w stanie nabywać większe pakiety udziałów. W przeciwieństwie do nich lokalni przedsiębiorcy i wykwalifikowani specjaliści z klasy średniej mogli kupować dużo, co dawało im możliwość wpływów, o jakich przeciętny udziałowiec z klasy robotniczej nawet nie mógł marzyć. Ostatecznie więc posady w zarządach angielskich klubów piłkarskich były zdominowane właśnie przez tę część społeczeństwa. Stanowiska dyrektorskie były przejmowane przez dużych udziałowców, nie przez osoby, które zdołały wyszperać trochę gotówki na maleńki pakiet. W klubie Liverpool FC na przełomie wieku, ledwie dekadę po utworzeniu klubu, 60 procent udziałów z prawem głosu znajdowało się w rękach ośmiu zarządców klubu. Liverpool w tamtym czasie był klubem dość charakterystycznym pod tym względem. Widać jak na dłoni, że władza została skoncentrowana w rękach zamożniejszych.
Jedno niewątpliwie łączy dzisiejszy futbol z tym z końca epoki wiktoriańskiej i początku edwardiańskiej (czyli z przełomu stuleci i pierwszej dekady XX wieku): angażowanie się w piłkę, by zarobić na tym parę funtów, nie jest dobrym pomysłem. Choć w tamtych czasach niektóre kluby ligowe przynosiły zyski - te odnoszące większe sukcesy jak Everton, Chelsea i Liverpool - to jednak znacznie więcej było takich, które zyskowne nie były. Podczas sezonu 1898/1899 sytuacja stała się na tyle dramatyczna, że Football League musiała oficjalnie zwrócić się do klubów z prośbą o dołożenie się do wspólnego funduszu, aby ratować tych członków ligi, którzy wpadli w spiralę długów. Niewielu udziałowców, małych czy dużych, kiedykolwiek otrzymało dywidendę. Najlepiej ukazuje to sezon 1908/1909, gdy jedynie sześć spośród sześćdziesięciu dwóch czołowych klubów wypłaciło pieniądze swoim udziałowcom. A tam, gdzie do tego doszło, wypłata została - na mocy nowej uchwały numer 34 angielskiej federacji piłkarskiej - ograniczona do 5 procent nominalnej wartości udziałów. Zasada ta miała zagwarantować, że zyski powrócą do futbolu i nie trafią do kieszeni spekulantów.
Czym więc piłka nożna mogła wabić pragmatycznych biznesmenów? Jaki mogli mieć powód, aby inwestować tyle pieniędzy w przedsięwzięcie, które miało tak niewielkie szanse przyniesienia sensownych, o ile jakichkolwiek, zysków?
Korzyści wiązały się dla niektórych z działalnością wykraczającą poza sam klub. W piłkę angażowały się na przykład browary, wykorzystując rozgrywki do sprzedaży swoich wyrobów. Produkty były reklamowane w pobliżu miejsc spotkań, a zawodnicy - zarówno byli, jak i obecni - otrzymywali angaż w knajpach w nadziei, że zwiększy to klientelę. Manchester City stał się znany jako "klub browarników", ponieważ związało się z nim bardzo wielu sponsorów z tej branży, jak choćby potentat piwny Stephen Chester Thompson.
Jednak dla wielu innych, którzy stali się właścicielami, głównymi udziałowcami lub zarządcami klubu, istniały inne powody zaangażowania się niż stan ich kont bankowych. Niektórzy po prostu kochali tę grę i byli zapalonymi kibicami właśnie tej jednej, konkretnej drużyny. Część już wcześniej była w jakiś sposób powiązana z klubem, na przykład mogli należeć do komitetu zarządzającego, który istniał jeszcze przed utworzeniem spółki. Piastowanie stanowiska prezesa klubu stawało się rodzinną tradycją, czymś motywującym ze względu na wewnętrzne poczucie obowiązku. Potomkowie Gusa Mearsa, założyciela londyńskiej Chelsea, byli nadal związani z klubem po jego śmierci w 1912 roku i zachowali prawa własności aż do roku 1982, kiedy sprzedali je Kenowi Batesowi.
Inną motywacją do zaangażowania, która z dzisiejszego punktu widzenia może się wydawać osobliwa, było poczucie obywatelskiego obowiązku. Ogromna popularność futbolu powodowała, że kluby szybko przekształciły się w ważne instytucje w miastach i miasteczkach wiktoriańskiej i edwardiańskiej Anglii, stając się nieodłączną częścią społeczności lokalnych. Ówczesna klasa średnia bardzo wysoko sobie ceniła ideę służby na rzecz własnej społeczności i wzmacniania poczucia dumy z bycia obywatelem danego regionu. Inwestycja w klub i sprawowanie funkcji prezesa czy dyrektora klubu mogły być postrzegane jako część tego etosu służby publicznej. Być może właśnie dlatego inwestorami zostawało wielu czołowych zamożnych filantropów z różnych miast i miasteczek, które szczyciły się zawodowymi klubami piłkarskimi. Jak na przykład John H. Davies w Manchesterze United, człowiek wspierający zresztą wiele sportów i inicjatyw pomocowych w okolicy.
Niezależnie jednak od powodu zaangażowania w przeddzień wybuchu I wojny światowej futbolowe realia tak właśnie wyglądały: prawa własności przeszły w dużej mierze w ręce zamożniejszych przedstawicieli społeczności lokalnych, a model funkcjonowania, który wyłonił się w ostatniej dekadzie XIX wieku, czyli spółka prywatna z ograniczoną odpowiedzialnością, całkowicie zdominował zawodową piłkę nożną. Demokratycznie prowadzone kluby członkowskie (wiodący model z pierwszych lat piłki nożnej) zostały zepchnięte na margines.
Niewiele się zmieniło przez ostatnie stulecie. Co prawda zamiast lokalnych przedsiębiorców pojawiają się czasem arabscy szejkowie bądź naftowi krezusi z Europy Wschodniej, a na popularności zyskał model "jeden klub - jeden właściciel", to jednak jeżeli chodzi o strukturę własności i organizację klubów, dzisiejsza piłka nożna w Anglii zasadniczo niewiele różni się od tego, co istniało przed stu laty. Jednak mimo niewzruszonego trwania tego modelu prywatnego zmiany w futbolu w ostatnich latach stawiają pod znakiem zapytania jego domniemaną niezawodność. Jak ukaże kolejny rozdział, funkcjonowanie czegoś z powodzeniem przez pewien czas nie oznacza jeszcze, że będzie się to sprawdzało zawsze.