Futbolowa rewolucja. Kibice wkraczają do gry - Jim Keoghan

-
Proszę czekać

Wstęp do pol­skie­go wy­da­nia

Dro­gi Czy­tel­ni­ku,

od­da­je­my w Two­je ręce książ­kę o An­glii, któ­ra być może sta­nie się in­spi­ra­cją rów­nież dla Pol­ski. To książ­ka o re­wo­lu­cji. Ale ja­kiej!

W kra­ju, któ­ry jest ko­leb­ką fut­bo­lu, a pił­kar­sko ko­ja­rzy nam się obec­nie przede wszyst­kim z Pre­mier Le­ague - wszech­obec­ną, atrak­cyj­ną, ja­skra­wą, pięk­nie opa­ko­wa­ną, pła­wią­cą się w nie­wy­obra­żal­nych pie­nią­dzach z kon­trak­tów re­kla­mo­wych - po ci­chu do­ko­nu­je się prze­mia­na zu­peł­nie in­ne­go au­to­ra­men­tu. Od kil­ku­na­stu lat ki­bi­ce pił­kar­scy na Wy­spach co­raz czę­ściej nie tyl­ko za­czy­na­ją sta­wać za ste­ra­mi or­ga­ni­za­cji ki­bi­cow­skich, ale... za­kła­da­ją wła­sne klu­by pił­kar­skie lub przej­mu­ją udzia­ły w tych od daw­na ist­nie­ją­cych. Nie mó­wi­my o kil­ku­dzie­się­ciu ki­bi­cach, tyl­ko o ty­sią­cach, i nie o jed­nym przy­pad­ku, lecz o szer­szym zja­wi­sku, ca­łej fali. Nie­któ­re klu­by już w tej chwi­li mają ty­sią­ce współ­wła­ści­cie­li. To praw­dzi­wa re­wo­lu­cja wła­sno­ścio­wa.

W An­glii ki­bi­ce wzię­li spra­wy w swo­je ręce, aby ogra­ni­czyć win­do­wa­nie cen bi­le­tów, zli­kwi­do­wać szem­ra­ne in­te­re­sy po­dej­rza­nych wła­ści­cie­li, tę­pić prze­moc na sta­dio­nach, a nie­kie­dy ra­to­wać klub przed upad­kiem. Sło­wem - aby dzia­łać w in­te­re­sie klu­bu jako do­bra wspól­ne­go. To wy­raz bun­tu prze­ciw­ko po­zba­wie­niu ki­bi­ców ja­kie­go­kol­wiek wpły­wu na losy uko­cha­ne­go klu­bu, ale też wy­raz mi­ło­ści do fut­bo­lu w jego tra­dy­cyj­nym, mi­syj­nym wy­da­niu. Dla­te­go wła­śnie ta książ­ka jest opo­wie­ścią o pięk­niej­szej stro­nie pił­ki noż­nej.

Wy­ob­co­wa­nie śro­do­wi­ska ki­bi­cow­skie­go w an­giel­skiej pił­ce i sa­mo­wo­la pry­wat­nych wła­ści­cie­li wy­wo­ła­ły erup­cję ru­chów od­dol­nych, któ­re pod­ję­ły sta­ra­nia o usank­cjo­no­wa­nie roli ki­bi­ców w struk­tu­rze klu­bo­wej. W nie­któ­rych przy­pad­kach za­czę­ły po­wsta­wać nowe ini­cja­ty­wy, od pierw­szej chwi­li za­rzą­dza­ne bez­po­śred­nio i de­mo­kra­tycz­nie przez ki­bi­ców. Czy u nas rów­nież moż­li­we są po­dob­ne pro­jek­ty? Oczy­wi­ście, że tak, choć po­zo­sta­je kwe­stią dys­ku­syj­ną, czy je­ste­śmy na tym sa­mym eta­pie i czy zma­ga­my się z tymi sa­my­mi pro­ble­ma­mi co An­gli­cy.

Pol­ska jak An­glia

Pro­ble­my, ja­kie na­po­ty­ka fut­bol na Wy­spach, przy za­cho­wa­niu wszel­kich pro­por­cji są bar­dzo po­dob­ne do czę­ści tych, któ­re moż­na za­uwa­żyć w Pol­sce. Na­sze klu­by, zwłasz­cza te w wyż­szych li­gach, to po­dob­nie jak w An­glii pod­mio­ty pra­wa han­dlo­we­go (co wca­le nie jest ty­po­we dla ca­łej Eu­ro­py!). Wła­ści­cie­la­mi są ze­wnętrz­ni in­we­sto­rzy za­zwy­czaj ode­rwa­ni od klu­bo­wej spo­łecz­no­ści. Ich aro­ganc­ka po­li­ty­ka i prze­ko­na­nie o wła­snej nie­omyl­no­ści - na­wet je­śli nie­raz prze­ja­wia­ne w do­brej wie­rze - pro­wa­dzą czę­sto na ma­now­ce, do kon­flik­tów i kry­zy­sów.

Z jed­nej stro­ny mamy w Pol­sce do czy­nie­nia z wiel­kim biz­ne­sem, któ­ry z punk­tu wi­dze­nia po­je­dyn­cze­go ki­bi­ca ob­ra­ca ko­lo­sal­ny­mi bu­dże­ta­mi na rzecz funk­cjo­no­wa­nia klu­bów. Me­cze - za­rów­no te li­go­we, jak i re­pre­zen­ta­cji kra­ju - sta­ją się co­raz bar­dziej spek­ta­ku­lar­ny­mi wi­do­wi­ska­mi. Za­wod­ni­cy są le­piej wy­szko­le­ni i opła­ca­ni, a myśl tech­nicz­na i szko­le­nio­wa - bar­dziej za­awan­so­wa­na. Czo­ło­we klu­by sta­ją się co­raz le­piej dzia­ła­ją­cy­mi kor­po­ra­cja­mi. Wszyst­ko pięk­nie? Oj, nie­ko­niecz­nie...

Aby spro­stać wy­zwa­niom, pol­skie klu­by czę­sto za­dłu­ża­ją się po­nad mia­rę i ba­lan­su­ją na gra­ni­cy prze­trwa­nia. Zda­rza się, że bu­do­wa­ne przez lata or­ga­ni­za­cje spor­to­we prze­cho­dzą w ręce wła­ści­cie­li, któ­rzy nie utoż­sa­mia­ją się z klu­bem, ale chcą wziąć udział w ma­łej we­wnętrz­nej ry­wa­li­za­cji biz­nes­me­nów. In­we­stu­ją krót­ko­ter­mi­no­wo, z wi­zją szyb­kie­go suk­ce­su spor­to­we­go, za­nie­dbu­ją ab­so­lut­ne fun­da­men­ty, ta­kie jak szko­le­nie mło­dzie­ży, bu­do­wa­nie wię­zi z klu­bo­wą spo­łecz­no­ścią i za­wod­ni­ka­mi oraz - to bar­dzo waż­ne - szer­szy, spo­łecz­ny wy­miar spor­tu.

Wszyst­ko to nie oby­ło się bez ofiar. Gdzie są dziś - żeby wy­mie­nić tyl­ko te naj­bar­dziej spek­ta­ku­lar­ne przy­pad­ki i tyl­ko z ostat­nich lat - Wi­dzew Łódź, ŁKS, Po­lo­nia War­sza­wa, któ­re jesz­cze kil­ka­na­ście lat temu zdo­by­wa­ły ty­tu­ły mi­strza Pol­ski i re­pre­zen­to­wa­ły nasz kraj w Li­dze Mi­strzów? Dziś od­bu­do­wu­ją się prak­tycz­nie od zera. Po­dob­ny los spo­tkał in­nych mi­strzów sprzed lat: Szom­bier­ki By­tom, Stal Mie­lec. Na­wet w an­giel­skich re­aliach był­by to szok, gdy­by na­gle upa­dli nie­daw­ni po­ten­ta­ci.

Pol­skie klu­by po per­tur­ba­cjach z wła­ści­cie­la­mi i ich na­głym odej­ściu by­wa­ły ra­to­wa­ne przez sa­mo­rzą­dy. Ko­ro­na Kiel­ce, Ruch Cho­rzów, Śląsk Wro­cław, Piast Gli­wi­ce, Gór­nik Za­brze - jest to przy­pa­dek tak wie­lu klu­bów (jak wi­dać rów­nież tych z li­go­we­go topu), że na­le­ża­ło­by na ten te­mat na­pi­sać całą książ­kę. Tak wie­le in­nych nie mia­ło na­wet tyle szczę­ścia i wo­bec bra­ku za­in­te­re­so­wa­nia władz lo­kal­nych zmu­szo­ne były do ogło­sze­nia ban­kruc­twa i od­bu­do­wy od pod­staw lub wręcz za­koń­cze­nia dzia­łal­no­ści.

Pił­kar­skie pie­kieł­ko

A nie są to pro­ble­my wy­łącz­nie eks­tra­kla­sy i jej za­ple­cza. W niż­szych li­gach na­wet je­że­li klu­by zor­ga­ni­zo­wa­ne są jako sto­wa­rzy­sze­nia, czę­sto sta­no­wią fol­wark nie­za­ta­pial­nych "dzia­ła­czy", któ­rzy nie kwa­pią się wpusz­czać in­nych na swo­je po­let­ko. Nie­raz są to struk­tu­ry sza­le­nie her­me­tycz­ne, do któ­rych po pro­stu nie moż­na przy­stą­pić. Klu­bo­wi wa­taż­ko­wie mogą na przy­kład sze­ro­ko ko­rzy­stać z bazy wo­lon­ta­riu­szy sku­pio­nych wo­kół klu­bu, ale nie do­pusz­cza­ją ich do sze­re­gów człon­kow­skich, roz­bu­do­wa de­cy­denc­kie­go gro­na ozna­cza­ła­by bo­wiem więk­szą kon­tro­lę oby­wa­tel­ską. Gru­pa, któ­ra za­ko­twi­czy­ła w klu­bie jak na swo­im, stro­ni od ja­kiej­kol­wiek trans­pa­rent­no­ści i oba­wia się wszel­kich form nad­zo­ru. Cza­sem kry­ją się za tym szem­ra­ne in­te­re­sy. Na­wet je­śli nie - brak przej­rzy­sto­ści i za­mknię­cie na in­nych ro­dzi nie­zdro­wą at­mos­fe­rę.

W Pol­sce pod­ję­to - ana­lo­gicz­ną do bry­tyj­skiej - pró­bę wy­mia­ny sza­re­go ki­bi­ca na bar­dziej ma­jęt­ne­go. Nowe pił­kar­skie are­ny i za­po­ro­we ceny bi­le­tów po­zwo­li­ły na ogra­ni­cze­nie licz­by wy­bry­ków chu­li­gań­skich w Eks­tra­kla­sie, a ra­czej na wy­pro­wa­dze­nie ich poza sta­dion. Oka­za­ło się jed­nak, że ta­kie za­bie­gi ko­sme­tycz­ne nie za­pew­ni­ły spo­dzie­wa­ne­go wzro­stu atrak­cyj­no­ści me­czów dla nor­mal­ne­go ki­bi­ca. Wów­czas klu­by zro­bi­ły coś, co od An­glii od­róż­nia nas dia­me­tral­nie: pod­ję­ły z ra­dy­kal­ny­mi gru­pa­mi ki­bi­cow­ski­mi ne­go­cja­cje zgo­ła han­dlo­we. W za­mian za kon­ce­sje na róż­ne for­my oko­ło­klu­bo­wych biz­ne­sów - jak han­del pa­miąt­ka­mi czy ca­te­ring sta­dio­no­wy - przy­wód­cy grup ki­bi­cow­skich po­szli z wła­dza­mi na ogra­ni­cze­nie wy­bry­ków mo­gą­cych szko­dzić wi­ze­run­ko­wi klu­bu. Nie zmie­ni­ła się jed­nak agre­syw­na for­mu­ła do­pin­gu od­stra­sza­ją­ca zwy­czaj­nych ki­bi­ców - a pre­ze­si klu­bów przy­mknę­li na to oko.

Ale nie tyl­ko o fre­kwen­cję tu cho­dzi. Pił­ka noż­na od lat funk­cjo­nu­je w sza­rej stre­fie ukła­dów i ukła­dzi­ków dzia­ła­czy, urzęd­ni­ków, ki­bi­ców i biz­nes­me­nów. Ta­jem­ni­cą po­li­szy­ne­la jest obec­ność wie­lu by­łych funk­cjo­na­riu­szy bez­pie­ki i in­nych służb mun­du­ro­wych w struk­tu­rach związ­ków i or­ga­ni­za­cji spor­to­wych.

Wąt­pli­wo­ści - chcia­ło­by się po­wie­dzieć: nie­ste­ty! - bu­dzi też po­dob­ny spo­sób pro­wa­dze­nia dia­lo­gu z ki­bi­ca­mi przez na­szą kra­jo­wą fe­de­ra­cję. "Szko­le­nia" w eks­klu­zyw­nych ho­te­lach, za­pew­nia­nie lo­ka­li i środ­ków na dzia­ła­nia mają PZPN-owi za­pew­nić przy­chyl­ność wą­skich wpły­wo­wych grup awan­tur­ni­ków i względ­ny spo­kój pod­czas spo­tkań mię­dzy­na­ro­do­wych. Nie my­śli się w ogó­le o ak­ty­wi­za­cji za­stra­szo­nej więk­szo­ści sym­pa­ty­ków, któ­rzy w tej sy­tu­acji prze­sta­wia­ją się na oglą­da­nie pił­ki w te­le­wi­zji. Pró­by two­rze­nia de­mo­kra­tycz­nych or­ga­ni­za­cji od­dol­nych na sta­dio­nach w Pol­sce spo­ty­ka­ją się z co naj­mniej nie­przy­chyl­no­ścią ra­dy­kal­nych grup ki­bi­ców, z któ­ry­mi PZPN o dzi­wo współ­pra­cu­je.

Sko­ro więc ja­ka­kol­wiek for­ma (nie­ukie­run­ko­wa­ne­go na dzia­łal­ność chu­li­gań­ską lub ul­tra­sow­ską) ak­ty­wi­zmu na sta­dio­nach spo­ty­ka się ze sprze­ci­wem wszyst­kich - od klu­bu przez fe­de­ra­cję po gru­py ki­bi­ców sto­su­ją­ce me­to­dy si­ło­we - to w ten spo­sób ni­g­dy nie po­ra­dzi­my so­bie z pro­ble­mem pu­sta­wych try­bun na me­czach i fa­tal­nej aury wo­kół pol­skie­go śro­do­wi­ska pił­kar­skie­go.

Nie­roz­wią­za­nych pro­ble­mów jest oczy­wi­ście wię­cej, a i te wy­żej wy­mie­nio­ne moż­na w nie­skoń­czo­ność mno­żyć i roz­wi­jać. Wy­star­czy wspo­mnieć tu o za­cho­wa­niu nie­któ­rych awan­tur­ni­ków na me­czach pol­skich dru­żyn. Więk­szość spo­łe­czeń­stwa ko­ja­rzy sło­wo "ki­bic" z agre­sją słow­ną i fi­zycz­ną, chu­li­gań­ski­mi wy­bry­ka­mi, skraj­nie na­cjo­na­li­stycz­ny­mi tre­ścia­mi, ra­si­stow­ski­mi od­zyw­ka­mi i ho­mo­fo­bicz­nym za­cho­wa­niem.

Nie­ste­ty czę­sto tak wy­glą­da prze­kaz pły­ną­cy z tej czy in­nej try­bu­ny, ale prze­cież to nie do­ty­czy wszyst­kich osób, któ­re fa­scy­nu­ją się tym prze­pięk­nym spor­tem. W ja­kiejś mie­rze wszy­scy je­ste­śmy ki­bi­ca­mi (choć w więk­szo­ści dość bier­ny­mi lub wręcz cał­kiem uśpio­ny­mi) i nie iden­ty­fi­ku­je­my się z ta­kim za­cho­wa­niem. Głos sza­li­kow­ców ab­so­lut­nie nie jest re­pre­zen­ta­tyw­ny dla więk­szo­ści ki­bi­ców - jest to tyl­ko efekt zdo­mi­no­wa­nia ci­chej więk­szo­ści przez ra­dy­kal­ną mniej­szość. Na tym polu też po­trze­ba nam ock­nię­cia się i "re­wo­lu­cji".

Co z tą pol­ską (wła­sno­ścią)

Gdy po­szpe­rać w hi­sto­rii, na­gle ze zdu­mie­niem od­kry­je­my, że dzie­je pol­skie­go spor­tu wca­le nie opie­ra­ją się na klu­bach-spół­kach ani na nie­zdro­wych emo­cjach po­za­spor­to­wych. Jesz­cze przed woj­ną klu­by spor­to­we dzia­ła­ły jako sto­wa­rzy­sze­nia. Każ­dy chęt­ny mógł upra­wiać róż­ne dys­cy­pli­ny w ta­kiej struk­tu­rze, a w jej ra­mach gru­py o naj­wyż­szym po­zio­mie spor­to­wym wal­czy­ły o kra­jo­we lau­ry. W klu­bach nie sku­pia­no się wy­łącz­nie na spo­rcie i ry­wa­li­za­cji, pro­wa­dzo­no tak­że dzia­łal­ność spo­łecz­no-kul­tu­ral­ną - dla­te­go obok sek­cji pił­kar­skiej, lek­ko­atle­tycz­nej czy sza­cho­wej mo­gły też ist­nieć sek­cje te­atral­ne albo po­etyc­kie, uczest­ni­czo­no rów­nież w ak­cjach po­mo­co­wych. W dzia­łal­ność klu­bo­wą an­ga­żo­wa­ła się oko­licz­na bo­he­ma, a w ślad za nią - cała spo­łecz­ność lo­kal­na, któ­ra wspo­ma­ga­ła klub or­ga­ni­za­cyj­nie i fi­nan­so­wo.

Skąd więc wzię­ła się ta na­sza obec­na struk­tu­ra wła­sno­ścio­wa? W PRL-u klu­by spor­to­we zo­sta­ły przy­pi­sa­ne do kon­kret­nych re­sor­tów i in­sty­tu­cji pań­stwo­wych - od mi­li­cji i woj­ska przez ko­lej po ko­pal­nie, huty i inne za­kła­dy pra­cy prze­my­sło­we bądź rol­ni­cze. W ta­kich wa­run­kach klu­by za­tra­ci­ły spo­łecz­ną rolę i wa­lo­ry oby­wa­tel­skie, a za­czę­ły od­gry­wać jed­no­wy­mia­ro­wą rolę pro­pa­gan­do­wą. Od­tąd ki­bic miał się nie an­ga­żo­wać, a tyl­ko wy­ra­żać bez­kry­tycz­ne uwiel­bie­nie. Sy­tu­acja na li­nii klub-ki­bi­ce nie po­pra­wi­ła się po prze­mia­nach roku 1989, w któ­rych ogrom­ną rolę ode­gra­ła pry­wa­ty­za­cja. Klu­by - po­dob­nie jak in­sty­tu­cje, któ­re wcze­śniej nimi rzą­dzi­ły - za­czę­ły ra­dzić so­bie ze zmien­nym szczę­ściem na wol­nym ryn­ku i prze­cho­dzić z rąk do rąk.

Skut­kiem po­wyż­szych zmian była na­ra­sta­ją­ca przez te kil­ka­dzie­siąt lat obo­jęt­ność i alie­na­cja ki­bi­ców. Od­se­pa­ro­wa­nie ich od spraw klu­bo­wych i trak­to­wa­nie zwy­kłych sym­pa­ty­ków je­dy­nie jako źró­dła przy­cho­du jest tak­że jed­ną z przy­czyn eska­la­cji prze­mo­cy na sta­dio­nach. Brak spo­łecz­nej od­po­wie­dzial­no­ści po­wo­du­je, że mło­dy czło­wiek de­wa­stu­ją­cy try­bu­nę na wła­snym sta­dio­nie nie ma po­czu­cia, że nisz­czy mie­nie wła­sne­go klu­bu. Prze­cież na­ra­ża na koszt ak­tu­al­ne­go wła­ści­cie­la, któ­ry jest mu obcy, bar­dziej opo­nen­ta niż part­ne­ra. Sy­tu­acja wy­glą­da ina­czej, gdy ki­bi­ce na­praw­dę mają klub w ser­cu, jak za daw­nych lat.

Pierw­sze na­sze re­wo­lu­cje

Przy­kła­dów od­dol­ne­go kon­struk­tyw­ne­go ki­bi­cow­skie­go dzia­ła­nia wciąż jest na pol­skim po­let­ku nie­wie­le, ale łą­czy je wspól­ny mia­now­nik: ogrom­ne kło­po­ty klu­bu zwią­za­ne z po­przed­ni­mi lub obec­ny­mi wła­ści­cie­la­mi. Taka sy­tu­acja sta­ła się przed laty mo­to­rem dzia­łań w ta­kich klu­bach jak ŁKS, Le­chia Gdańsk i co naj­mniej kil­ku in­nych.

Parę se­zo­nów temu pe­wien wła­ści­ciel Po­lo­nii War­sza­wa, znu­żo­ny pre­ze­so­wa­niem klu­bo­wi i bra­kiem suk­ce­sów, z dnia na dzień po­sta­no­wił sprze­dać swo­ją za­baw­kę byle jak i byle komu. Nowy pre­zes w nie­speł­na rok do­pro­wa­dził Po­lo­nię do ban­kruc­twa. Za­słu­żo­ny, po­nad stu­let­ni klub, któ­ry ze spor­to­we­go punk­tu wi­dze­nia był w tam­tym mo­men­cie w kra­jo­wej czo­łów­ce, mu­siał bu­do­wać wszyst­kie struk­tu­ry od nowa i roz­po­czy­nać grę od pią­te­go szcze­bla roz­gry­wek w Pol­sce. Z jed­nej stro­ny sta­no­wi­ło to spek­ta­ku­lar­ny upa­dek, z dru­giej, jak się oka­za­ło, uto­ro­wa­ło dro­gę dla bar­dzo cie­ka­we­go eks­pe­ry­men­tu w hi­sto­rii pol­skie­go fut­bo­lu. Ki­bi­ce Po­lo­nii bo­wiem zor­ga­ni­zo­wa­li się i pod­ję­li pró­bę wpro­wa­dze­nia de­mo­kra­tycz­ne­go mo­de­lu za­rzą­dza­nia klu­bem. Przez pierw­szy se­zon od­bu­do­wy ze­bra­li więk­szość fun­du­szy na funk­cjo­no­wa­nie dru­ży­ny i do­ma­ga­li się prze­ka­za­nia klu­bu pod ich wy­łącz­ne wła­da­nie.

Nie­ste­ty czas po­ka­zał, że wdro­że­nie tego pro­jek­tu za­rzą­dza­nia klu­bem osta­tecz­nie się nie po­wio­dło - Po­lo­nia zo­sta­ła prze­ję­ta przez ko­lej­ną pry­wat­ną spół­kę, a od­bu­do­wu­ją­ce ją sto­wa­rzy­sze­nie do­sta­ło ofer­tę wy­ku­pie­nia je­dy­nie mniej­szo­ścio­we­go pa­kie­tu udzia­łów i tym sa­mym zo­sta­ło od­su­nię­te od za­rzą­dza­nia klu­bem. To jed­nak wła­śnie wte­dy mo­del od­dol­ne­go kie­ro­wa­nia klu­bem spor­to­wym jako do­brem wspól­nym zy­skał u nas roz­głos. Hi­sto­ria Po­lo­nii w pew­nej mie­rze przy­po­mi­na przy­pa­dek klu­bu AFC Wim­ble­don, za­ło­żo­ne­go przez ki­bi­ców kon­ty­nu­ato­ra pry­wat­ne­go klu­bu o nie­mal iden­tycz­nej na­zwie. Tam wła­ści­ciel rów­nież prak­tycz­nie ro­ze­brał klub i ki­bi­ce mu­sie­li za­czy­nać od zera. Róż­ni­ca na ko­rzyść hi­sto­rii u An­gli­ków po­le­ga na tym, że ich pro­jekt zy­skał ak­cep­ta­cję ca­łe­go lo­kal­ne­go śro­do­wi­ska i jest od tam­tej pory wzor­co­wym przy­kła­dem za­sto­so­wa­nia mo­de­lu de­mo­kra­tycz­ne­go w pił­ce. Hi­sto­rię od­dol­nej re­wo­lu­cji w Wim­ble­do­nie oraz in­for­ma­cje, jak przez ostat­nią de­ka­dę ra­dził so­bie ten pro­jekt, szcze­gó­ło­wo opi­su­je ni­niej­sza książ­ka (Roz­dział 5).

Mniej dra­ma­tycz­nie ukła­da się obec­nie hi­sto­ria Gór­ni­ka Za­brze, ale tyl­ko dzię­ki in­ter­wen­cjom ra­tu­sza, któ­ry za­wsze do­kła­dał się do ra­to­wa­nia klu­bu. Po­mi­mo praw­dzi­wej huś­taw­ki na­stro­jów w związ­ku z in­we­sto­ra­mi - od eu­fo­rii i na­dziei na trium­fy po przy­gnę­bie­nie i po­czu­cie oszu­ka­nia - ki­bi­ce nie sto­ją z za­ło­żo­ny­mi rę­ka­mi. Kry­zys za­wsze mo­bi­li­zu­je do dzia­ła­nia, a w Za­brzu prze­ku­ło się to na po­wo­ła­nie sto­wa­rzy­sze­nia So­cios Gór­nik. Dziś jest to naj­licz­niej­sza w Pol­sce or­ga­ni­za­cja zrze­sza­ją­ca ki­bi­ców da­ne­go klu­bu. So­cios Gór­nik na­wią­zu­ją na­zwą do mo­de­lu ka­ta­loń­skie­go (ki­bi­ce gło­su­ją­cy w kwe­stii fun­da­men­tal­nych de­cy­zji w klu­bie - wię­cej: Roz­dział 10), ale obec­nie bar­dziej przy­po­mi­na­ją wła­śnie mo­del an­giel­ski: opra­co­wa­no plan wy­ku­pie­nia udzia­łów w klu­bie oraz stop­nio­we­go po­więk­sza­nia wpły­wów w za­rzą­dzie i na po­dej­mo­wa­ne de­cy­zje. Jak na ra­zie nie przy­nio­sło to wy­mier­ne­go efek­tu. Nie­ste­ty i tu po­ja­wi­ło się to­wa­rzy­szą­ce więk­szo­ści ta­kich ini­cja­tyw za­gro­że­nie zdo­mi­no­wa­nia przez agre­syw­ną ra­dy­kal­ną mniej­szość.

De­ka­dę temu w ca­łej Pol­sce gło­śno się zro­bi­ło wo­kół pro­jek­tu "Ku­pi­my Klub" - zwy­kli lu­dzie z ca­łej Pol­ski mo­gli do­łą­czyć do in­ter­ne­to­wej ini­cja­ty­wy i w przy­szło­ści stać się współ­wła­ści­cie­la­mi klu­bu. Ta­kie po­my­sły z po­wo­dze­niem za­czy­na­ły funk­cjo­no­wać mię­dzy in­ny­mi w An­glii, Niem­czech, Hisz­pa­nii. U nas rów­nież po­wsta­ło sto­wa­rzy­sze­nie, któ­re osta­tecz­nie mia­ło prze­jąć Śląsk Świę­to­chło­wi­ce, jed­nak licz­ba za­in­te­re­so­wa­nych pro­jek­tem szyb­ko dra­stycz­nie zma­la­ła, a ini­cja­ty­wa umar­ła śmier­cią na­tu­ral­ną.

Ki­bi­cow­skie ini­cja­ty­wy w Pol­sce wciąż cze­ka­ją na spek­ta­ku­lar­ną szan­sę. Mimo wszyst­ko war­to pod­kre­ślić, że wła­śnie w ten spo­sób w An­glii za­czy­na­ły swo­ją dzia­łal­ność ki­bi­cow­skie zrze­sze­nia typu trust, skru­pu­lat­nie wy­mie­nia­ne na dal­szych stro­nach (Roz­dzia­ły 3-4 i da­lej).

Oprócz dwóch po­wy­żej opi­sa­nych przy­kła­dów war­to wspo­mnieć, że w struk­tu­rach or­ga­ni­za­cji zrze­sza­ją­cej klu­by de­mo­kra­tycz­ne z Eu­ro­py (Sup­por­ters Di­rect Eu­ro­pe) dzia­ła tak­że pol­ski Al­ter­na­tyw­ny Klub Spor­to­wy ZŁY. Jest to zu­peł­nie nowa, od­dol­na ini­cja­ty­wa, któ­ra z za­ło­że­nia chce bu­do­wać klub opar­ty na współ­dzia­ła­niu ki­bi­ców, sym­pa­ty­ków i za­wod­ni­ków. AKS ZŁY oprócz żeń­skiej i mę­skiej dru­ży­ny pił­kar­skiej pro­wa­dzi jed­no­cze­śnie dzia­łal­ność kul­tu­ral­ną i oświa­to­wą oraz chce pro­pa­go­wać po­zy­tyw­ne wzor­ce do­pin­go­wa­nia. Po­dob­ną ścież­ką po­szli ki­bi­ce FC Uni­ted of Man­che­ster - od­dol­nej al­ter­na­ty­wy dla ko­mer­cyj­ne­go gi­gan­ta, ja­kim jest ManU (szcze­gó­ło­wy opis man­che­ster­skiej ini­cja­ty­wy: Roz­dział 8).

Kto, jak nie my

W Pol­sce za­pew­ne już te­raz moż­na od­na­leźć wię­cej de­mo­kra­tycz­nych ini­cja­tyw wy­cho­dzą­cych z sze­ro­ko po­ję­te­go śro­do­wi­ska fa­nów pił­ki noż­nej. Wie­le wska­zu­je na to, że sy­tu­acja jest roz­wo­jo­wa, a pro­ble­my w pol­skich klu­bach wy­mu­szą ko­lej­ne fut­bo­lo­we re­wol­ty. Nie­wąt­pli­wie na­sze spo­łe­czeń­stwo - przy­naj­mniej w kon­tek­ście pił­ki i re­la­cji mię­dzy klu­bem a ki­bi­ca­mi - po­wo­li bu­dzi się z le­tar­gu i apa­tii, z któ­rą wcze­śniej przez lata zma­ga­li się też An­gli­cy.

War­to dzia­łać. Kon­struk­tyw­na spo­łecz­na kon­tro­la klu­bów spor­to­wych to szan­sa na ogra­ni­cze­nie pa­to­lo­gii fi­nan­so­wych i śro­do­wi­sko­wych w pol­skim spo­rcie. Ki­bi­ce, sym­pa­ty­cy, ro­dzi­ce ju­nio­rów gra­ją­cych w klu­bo­wej szkół­ce, week­en­do­wi ama­to­rzy, pa­sjo­na­ci sprzed kom­pu­te­rów, wresz­cie sami pił­ka­rze - wszy­scy po­win­ni­śmy wspól­nie się or­ga­ni­zo­wać i wy­wie­rać zdro­wą pre­sję na klub. Mamy pra­wo do­ma­gać się jaw­no­ści po­czy­nań i gło­śno mó­wić o nie­pra­wi­dło­wo­ściach. Od tego za­le­ży na­sza ki­bi­cow­ska przy­szłość.

A je­że­li na­praw­dę się nie da? Nie jest tak, że ni­g­dy nie ma wyj­ścia. Prze­cież sami mo­że­my za­kła­dać klu­by spor­to­we. To nie jest ta­kie trud­ne - w koń­cu nie­mal każ­da słyn­na ka­pe­la mu­zycz­na za­czy­na­ła od ga­ra­żo­we­go gra­nia, a na­wet wiel­ki ar­chi­tekt po­cząt­ko­wo kre­ślił pro­ste szki­ce w cza­sie wol­nym i mu­siał wy­ko­nać su­mien­ną pra­cę u pod­staw, by ro­bić po­stę­py. I wła­śnie w du­chu maj­ster­ko­wi­cza moż­na by się od­wo­łać do ty­tu­łu kla­sycz­ne­go pro­gra­mu te­le­wi­zyj­ne­go: "Zrób to sam". Tyl­ko że w przy­pad­ku klu­bu to nie do koń­ca tak. Tej re­wo­lu­cji nie robi się sa­mot­nie, lecz z są­sia­da­mi, ze zna­jo­my­mi, ze współ­pra­cow­ni­ka­mi, z nie­zna­jo­my­mi, któ­rzy po­dzie­la­ją tę samą pa­sję. Z każ­dym chęt­nym. Tu nie ma żad­nych ogra­ni­czeń.

Zrób­my to sami!

Sto­wa­rzy­sze­nie na rzecz De­mo­kra­cji w Spo­rcie

kwie­cień 2016 r.

Wstęp

Każ­dy dzie­ciak do­ra­sta­ją­cy w Li­ver­po­olu w pew­nym mo­men­cie wy­bie­ra jed­ną z dwóch dru­żyn, któ­rej bę­dzie ki­bi­co­wać. Moją uwa­gę na po­cząt­ku przy­cią­gnął FC Li­ver­po­ol. Tak jak wie­lu in­nych chło­pa­ków lu­bi­łem ko­lor czer­wo­ny, a na­praw­dę to wy­star­czy, gdy ma się rap­tem czte­ry lata. Wy­wo­dzę się jed­nak z ro­dzi­ny za­go­rza­łych ki­bi­ców Ever­to­nu, więc moje za­uro­cze­nie Li­ver­po­olem mia­ło mar­ne szan­se prze­trwa­nia. Pew­ne­go zim­ne­go gru­dnio­we­go wie­czo­ru 1980 roku, nie­dłu­go przed Bo­żym Na­ro­dze­niem, mama wzię­ła mnie na stro­nę i spo­koj­nym to­nem po­in­for­mo­wa­ła, że Świę­ty Mi­ko­łaj nie przy­cho­dzi do Ko­pi­tes1. No wła­śnie. Któ­re dziec­ko po­zo­sta­ło­by lo­jal­ne wo­bec swo­je­go klu­bu w zde­rze­niu z tak po­ra­ża­ją­cą praw­dą? Z pew­no­ścią nie ja. Bez na­my­słu prze­sze­dłem - sym­bo­licz­nie - na dru­gą stro­nę Stan­ley Park i sta­łem się ki­bi­cem Ever­to­nu.

Gdy po zbu­dze­niu się ran­kiem 25 grud­nia uj­rza­łem przy łóż­ku furę pre­zen­tów, po­czu­łem nie eks­cy­ta­cję, lecz ulgę. Moje wcze­śniej­sze po­stęp­ki naj­wy­raź­niej zo­sta­ły mi wy­ba­czo­ne, in­ter­wen­cja mamy na­stą­pi­ła w samą porę i oca­li­ła mnie przed per­spek­ty­wą wiecz­nie smut­nych świąt Bo­że­go Na­ro­dze­nia.

Dużo póź­niej oczy­wi­ście do­wie­dzia­łem się, że wszyst­ko to było kłam­stwem. Nie dość, że Świę­ty Mi­ko­łaj nie miał żad­nych uprze­dzeń zwią­za­nych z klu­ba­mi pił­kar­ski­mi, to jesz­cze na do­miar złe­go był po­sta­cią fik­cyj­ną. Od­tąd je­dy­nym cho­ro­bli­wie oty­łym bro­da­czem nad­uży­wa­ją­cym al­ko­ho­lu, ja­kie­go wi­dy­wa­łem w Boże Na­ro­dze­nie, był mój wu­jek Pe­ter.

Gdy jed­nak zda­łem so­bie spra­wę z tego oszu­stwa, było już za póź­no. Moje przy­wią­za­nie do Ever­to­nu zdą­ży­ło okrzep­nąć, przy­brać na sile przez po­ja­wie­nie się za­in­te­re­so­wa­nia samą pił­ką i utrwa­lić przez te pierw­sze - i naj­waż­niej­sze! - emo­cje zwią­za­ne z oglą­da­niem na żywo spo­tkań na sta­dio­nie Go­odi­son Park. Klam­ka za­pa­dła, by­łem zwią­za­ny z tym klu­bem na do­bre i na złe.

Jaka jest jed­nak na­tu­ra tej wię­zi? Pi­sząc tę książ­kę, szu­ka­łem od­po­wie­dzi na py­ta­nie, co to zna­czy być ki­bi­cem. Cel­ne zda­nie o ki­bi­co­wa­niu pada w Szu­ka­jąc Eri­ca, fil­mo­wym ar­cy­dzie­le Kena Lo­acha. Pod­czas kłót­ni po­mię­dzy dwo­ma fa­na­mi Man­che­ste­ru Uni­ted, z któ­rych je­den prak­tycz­nie opu­ścił try­bu­ny sta­dio­nu Old Traf­ford na rzecz na­le­żą­ce­go do ki­bi­ców nie­wiel­kie­go FC Uni­ted of Man­che­ster, ten dru­gi mówi: "Mo­żesz zmie­nić żonę, po­glą­dy po­li­tycz­ne, na­wet re­li­gię. Ale ni­g­dy, ale to ni­g­dy nie mo­żesz zmie­nić swo­jej uko­cha­nej dru­ży­ny"2.

Czy tak wła­śnie jest? Spo­tka­łem wie­lu ta­kich, któ­rzy zmie­ni­li sym­pa­tie klu­bo­we lub, co już w ogó­le przy­gnę­bia­ją­ce, ki­bi­co­wa­li kil­ku klu­bom na­raz. Przy­pusz­czam jed­nak, że dla wie­lu fa­nów naj­waż­niej­sze jest wier­ne trwa­nie przy jed­nych bar­wach. Na­wet je­śli, pa­trząc obiek­tyw­nie, nie ma to więk­sze­go sen­su.

Ja aku­rat mia­łem dużo szczę­ścia pod­czas pierw­szych lat ki­bi­co­wa­nia Ever­to­no­wi, o czym re­gu­lar­nie przy­po­mi­na mi oj­ciec. Przed ukoń­cze­niem dwu­na­ste­go roku ży­cia mia­łem oka­zję zo­ba­czyć, jak Ever­ton zdo­by­wa dwa ty­tu­ły mi­strza kra­ju, Pu­char An­glii, eu­ro­pej­ski Pu­char Zdo­byw­ców Pu­cha­rów oraz kil­ka Tarcz Wspól­no­ty (czy­li tro­fe­ów, któ­re w tam­tych cza­sach mia­ły jesz­cze ja­kąś ran­gę). Ży­łem pod­czas "zło­tej ery" Ever­to­nu. Przez te pierw­sze osiem lat ki­bi­co­wa­nia by­łem świad­kiem więk­szej licz­by suk­ce­sów, niż więk­szość fa­nów in­nych klu­bów do­świad­cza przez całe ży­cie.

Jed­nak po mo­ich dwu­na­stych uro­dzi­nach kar­ta naj­wy­raź­niej się od­wró­ci­ła. Mu­sia­łem oglą­dać sła­biu­teń­kie wy­stę­py mo­jej dru­ży­ny na po­cząt­ku lat dzie­więć­dzie­sią­tych, prze­ży­wa­łem kosz­mar ba­lan­so­wa­nia na kra­wę­dzi de­gra­da­cji w po­ło­wie de­ka­dy i po­wrót mier­no­ty na po­cząt­ku no­we­go ty­siąc­le­cia. Ki­bi­cu­ję im już trzy­dzie­ści trzy lata, a pod­czas ostat­nich osiem­na­stu Ever­ton tyl­ko raz zdo­łał zdo­być ja­kieś tro­feum. A jed­nak moja mi­łość do klu­bu prze­trwa­ła. Te­raz w so­bot­nie po­po­łu­dnia za­le­ży mi na wy­ni­ku tak samo jak te kil­ka­dzie­siąt lat temu. Dla­te­go by­łem na Go­odi­son Park, gdy wal­czy­li­śmy o mi­strzo­stwo An­glii z Qu­eens Park Ran­gers w 1985 roku, jak rów­nież gdy pra­wie po­le­gli­śmy z Wim­ble­do­nem w bo­jach o unik­nię­cie spad­ku z ligi w 1994 roku i po­now­nie z Co­ven­try City w 1998 roku.

No do­brze, ale skąd bie­rze się taka lo­jal­ność? W każ­dej in­nej dzie­dzi­nie ży­cia lu­dzie są chwiej­ni. Tra­ci­my przy­ja­ciół, roz­sta­je­my się z part­ne­ra­mi i zmie­nia­my swo­je po­strze­ga­nie spraw, któ­re nie­gdyś były dla nas bar­dzo waż­ne. Ale nie, gdy cho­dzi o pił­kę noż­ną. Choć prze­cież czas wol­ny rów­nież po­świę­ca­my na to, co lu­bi­my. Je­że­li film jest do kitu, dru­gi raz go nie obej­rzy­my. Je­śli pój­dzie­my do re­stau­ra­cji i oka­że się, że je­dze­nie to nie­straw­ne po­my­je, wię­cej nie bę­dzie­my się tam sto­ło­wać. Gdy na wa­ka­cjach za­miast wy­ma­rzo­nej wi­lii z wi­do­kiem na mo­rze (jak obie­ca­no w fol­de­rze) za­sta­nie­my nie­wy­koń­czo­ną cha­tę z wi­do­kiem na miej­sco­we wy­sy­pi­sko śmie­ci, mało praw­do­po­dob­ne, że wró­ci­my tam w nie­da­le­kiej przy­szło­ści.

Ki­bi­ce pił­kar­scy tym­cza­sem go­dzą się na roz­cza­ro­wa­nia, pła­cą za oglą­da­nie bez­na­dziej­nej gry i wy­rze­ka­ją się szan­sy świę­to­wa­nia suk­ce­sów gdzie in­dziej. Co wię­cej, ro­bią to dłu­gie lata, jak zwie­rzę uwię­zio­ne w zoo, któ­re wciąż musi zno­sić to samo. Gdy­by­śmy jako fani byli ra­cjo­nal­ny­mi kon­su­men­ta­mi, każ­dy z nas ki­bi­co­wał­by Man­che­ste­ro­wi Uni­ted, wy­cho­dząc z za­ło­że­nia, że taki wy­bór to naj­więk­sza szan­sa na dłu­go­fa­lo­we szczę­ście. Na­wet jed­nak je­śli tych, któ­rzy tak ro­bią (a wie­lu z nich na­praw­dę nie po­win­no...), moż­na li­czyć w ty­sią­cach, to i tak na­dal zja­wi­sko to nie do­ty­czy więk­szo­ści. Bo więk­szość z nas, gdy wy­bie­ra ze­spół, któ­re­mu bę­dzie ki­bi­co­wać, robi to ze świa­do­mo­ścią, że suk­ces może przyjść od wiel­kie­go dzwo­nu. Na­rze­kam, że mój Ever­ton zdo­był tyl­ko je­den pu­char w ostat­nim cza­sie, jed­nak dla fa­nów wie­lu dru­żyn to prze­cież wciąż tyl­ko sfe­ra ma­rzeń.

Pod­czas pra­cy nad książ­ką po­zna­łem ki­bi­ców z wie­lu lig, nie tyl­ko z sa­me­go topu. Nie­któ­rzy z nich, jak na przy­kład ki­bi­ce Li­ver­po­olu, Ar­se­na­lu czy Man­che­ste­ru Uni­ted, po­zna­li smak suk­ce­su na naj­wyż­szym po­zio­mie, pod­czas gdy inni, ki­bi­cu­ją­cy dru­ży­nom ta­kim jak York City, Stock­port Co­un­ty czy Brent­ford FC, mimo rów­nie dłu­giej hi­sto­rii nie mie­li zbyt wie­lu oka­zji do świę­to­wa­nia. Ale ki­bi­cow­skie od­da­nie jest jed­na­ko­wo sil­ne u pła­wią­cych się w chwa­le fa­nów wspie­ra­ją­cych duże klu­by, jak i w przy­pad­ku tych trzy­ma­ją­cych kciu­ki za mniej­sze dru­ży­ny, któ­rych ga­blo­ty z tro­fe­ami świe­cą pust­ka­mi.

A jed­nak owo sil­ne od­da­nie ni­g­dy - przez więk­szość dzie­jów an­giel­skiej pił­ki noż­nej - nie prze­ro­dzi­ło się w go­to­wość ki­bi­ców do za­an­ga­żo­wa­nia się i za­rzą­dza­nia uko­cha­nym klu­bem. Prze­cięt­ny ki­bic na Wy­spach, w prze­ci­wień­stwie do tych z kon­ty­nen­tal­nych stron, jak choć­by z Hisz­pa­nii czy Nie­miec, za­wsze za­do­wa­lał się by­ciem wy­łącz­nie klien­tem, i to ta­kim, któ­re­go lo­jal­ność ocie­ra się o pa­to­lo­gię.

Pod­czas gdy nasi kon­ty­nen­tal­ni po­bra­tym­cy za­an­ga­żo­wa­li się w funk­cjo­no­wa­nie swo­ich klu­bów - zo­sta­wa­li ich udzia­łow­ca­mi, człon­ka­mi ma­ją­cy­mi głos w de­cy­do­wa­niu o kie­run­kach dzia­łań - tu, w An­glii, ki­bi­com wy­star­czał za­kup bi­le­tu przed bram­ką wej­ścio­wą, obej­rze­nie me­czu i po­wrót do domu. Sło­wem, nie prze­ja­wia­li oni chę­ci za­an­ga­żo­wa­nia się od środ­ka w spra­wy bie­żą­ce. Wier­ni ki­bi­ce chęt­nie da­li­by się po­kro­ić za swo­ją dru­ży­nę, go­to­wi od cza­su do cza­su ze­brać środ­ki na po­moc, by prze­pro­wa­dzić uko­cha­ny klub przez trud­niej­sze cza­sy, ale prze­pro­wa­dzić jesz­cze nie zna­czy, że kie­dy­kol­wiek chcie­li go pro­wa­dzić.

Jed­nak w ostat­nich kil­ku­dzie­się­ciu la­tach coś się ru­szy­ło w tej kwe­stii. Czę­ści an­giel­skich ki­bi­ców pił­kar­skich prze­sta­ła wy­star­czać rola wiecz­nie uśmiech­nię­tych i za­do­wo­lo­nych klien­tów. Za­czę­li wresz­cie po­strze­gać swo­je re­la­cje z klu­ba­mi w in­nym świe­tle. O ile pierw­sze ozna­ki zmia­ny dało się od­czuć już w póź­nych la­tach osiem­dzie­sią­tych, o tyle re­de­fi­nio­wa­nie tego, co zna­czy w tym kra­ju "być ki­bi­cem", na do­bre za­czę­ło się w 1992 roku, gdy gru­pa fa­nów ze­spo­łu Nor­thamp­ton Town utwo­rzy­ła pierw­sze w An­glii ki­bi­cow­skie sto­wa­rzy­sze­nie no­we­go typu.

Ich cel był pro­sty: sko­rzy­stać ze wspól­ne­go po­ten­cja­łu, aby ze­brać jak naj­wię­cej pie­nię­dzy na fi­nan­so­we wspar­cie uko­cha­ne­go klu­bu. Ki­bi­ce w ca­łym kra­ju ro­bi­li tak niby od dzie­się­cio­le­ci, ale tym ra­zem wy­glą­da­ło to ina­czej. Tym ra­zem ki­bi­ce chcie­li cze­goś w za­mian. Do­ma­ga­li się udzia­łów w klu­bie, a to, że je otrzy­ma­li, do­wo­dzi­ło, że dzia­ła­jąc ra­mię w ra­mię, ki­bi­ce mogą stać się kimś wię­cej niż bez­sil­ny­mi klien­ta­mi. Była to lek­cja, z któ­rej co­raz wię­cej fa­nów za­czę­ło wy­cią­gać wnio­ski. W ko­lej­nych dzie­się­cio­le­ciach roz­kwitł ruch ki­bi­cow­skich tru­stów, czy­li za­kła­da­nych przez sa­mych fa­nów sto­wa­rzy­szeń klu­bów spor­to­wych (ang. sup­por­ters' tru­sts).

Ruch ten przy­jął chwy­tli­wą na­zwę punk fo­ot­ball, choć jego zwo­len­ni­cy wca­le nie no­szą iro­ke­zów, nie dziu­ra­wią swo­ich ubrań agraf­ka­mi i nie plu­ją na in­nych. Nie uj­rzy­my ki­bi­ców AFC Wim­ble­don, FC Uni­ted of Man­che­ster lub Exe­ter City, jak krę­cą się po sto­łecz­nej King's Road i pró­bu­ją "oba­lić sys­tem", za­cze­pia­jąc prze­chod­niów. W prak­ty­ce ze sce­ną mu­zycz­ną, od któ­rej wziął swo­ją na­zwę, punk fo­ot­ball dzie­li tyl­ko jed­ną rzecz. Jest nią fi­lo­zo­fia "zrób to sam" (ang. DIY).

Poza modą, pio­sen­ka­mi i prze­kli­na­niem w te­le­wi­zji pu­blicz­nej tym, co od­róż­nia­ło punk od resz­ty mu­zycz­ne­go świa­ta, było po­dej­ście do it your­self. Było to coś, co przez ko­lej­ne lata mia­ło in­spi­ro­wać in­nych mu­zy­ków. Ze­spo­ły pun­ko­we od­rzu­ca­ły utrwa­lo­ne struk­tu­ry prze­my­słu mu­zycz­ne­go i same pro­du­ko­wa­ły wła­sne al­bu­my, roz­pro­wa­dza­ły i pro­mo­wa­ły swo­je dzie­ła nie­za­leż­nie od ma­in­stre­amu bran­żo­we­go.

I to wła­śnie ten etos sa­mo­dziel­no­ści sta­no­wi isto­tę ru­chu punk fo­ot­ball - od­dol­ne­go ru­chu re­wo­lu­cyj­ne­go w pił­ce. Zwy­kli ki­bi­ce de­cy­do­wa­li, że nic nie stoi na prze­szko­dzie, by się skrzyk­nąć i za­cząć wspól­nie dzia­łać. Po­sta­na­wia­li więc od­rzu­cić obo­wią­zu­ją­cy po­rzą­dek i układ sił na rzecz wspól­ne­go za­rzą­dza­nia uko­cha­ny­mi klu­ba­mi lub two­rze­nia no­wych, wła­snych. W cią­gu ostat­nich kil­ku­dzie­się­ciu lat w ca­łym śro­do­wi­sku pił­kar­skim, po­czy­na­jąc od AFC Li­ver­po­ol w ama­tor­skiej North West Co­un­ties Fo­ot­ball Le­ague, a na Swan­sea City w eli­tar­nej Pre­mier Le­ague koń­cząc, co­raz czę­ściej to ki­bi­ce z wła­snej woli or­ga­ni­zu­ją się, aby dzia­łać sa­mo­dziel­nie. Dzię­ki temu tren­do­wi punk fo­ot­ball od­mie­nił de­fi­ni­cję, co to zna­czy "być ki­bi­cem". Od­tąd ki­bic nie ogra­ni­cza się do ak­tyw­no­ści na try­bu­nach. Obec­nie w an­giel­skiej pił­ce noż­nej sil­ne ki­bi­cow­skie przy­wią­za­nie może wręcz prze­nieść fa­nów do za­rzą­du.

Z dzi­siej­szej per­spek­ty­wy ła­two za­uwa­żyć, że rok 1992 - rok po­wsta­nia eli­tar­nej Pre­mier Le­ague - był punk­tem zwrot­nym w dzie­jach kra­jo­wych roz­gry­wek pił­kar­skich. O tym, co sta­ło się po­tem i ja­kie to mia­ło zna­cze­nie dla tego spor­tu, po­wie­dzia­no już chy­ba wszyst­ko. Jed­nak­że re­wo­lu­cja, któ­ra roz­po­czę­ła się w pro­win­cjo­nal­nym Nor­thamp­ton Town, jest czę­sto po­mi­ja­na, nie­zau­wa­ża­na. Opo­wieść ta być może nie ma w so­bie blich­tru i prze­py­chu Pre­mier Le­ague. Po­ja­wie­nie się ru­chu ki­bi­ców-udzia­łow­ców i zwią­za­na z tym zmia­na po­strze­ga­nia roli ki­bi­ca jest na­to­miast wciąż nie­opo­wie­dzia­ną hi­sto­rią. I o tym jest ta książ­ka.

Roz­dział 1

Na po­cząt­ku

Więk­szość ki­bi­ców ma pew­nie swo­je wy­obra­że­nie wła­ści­cie­la klu­bu pił­ki noż­nej. Dla mo­ich ró­wie­śni­ków, wy­cho­wa­nych w la­tach sie­dem­dzie­sią­tych i osiem­dzie­sią­tych, jest to ste­reo­typ dziś już prze­brzmia­ły: swe­ter na wierz­chu, cy­ga­ro w ustach, zio­mek, któ­re­mu się po­wio­dło. Przed­sta­wi­ciel miej­skiej eli­ty, za­mie­rza­ją­cy prak­tycz­ne do­świad­cze­nia wy­nie­sio­ne z biz­ne­su prze­nieść na klub, któ­re­mu ki­bi­co­wał za mło­du. Młod­szym jed­nak, któ­rzy do­ra­sta­li już w świe­cie zre­for­mo­wa­nej Pre­mier Le­ague, taki ob­raz musi wy­da­wać się ar­cha­icz­ny. Im praw­do­po­dob­nie przy­cho­dzi do gło­wy nowy sort wła­ści­cie­li klu­bów, ta­kich jak ro­syj­scy oli­gar­cho­wie, szej­ko­wie z Bli­skie­go Wscho­du czy ame­ry­kań­scy biz­nes­me­ni o nie­obec­nym wzro­ku. Po­zba­wio­ne emo­cji au­to­ma­ty...

Cza­sem od­no­si­my wra­że­nie, że wła­śnie tacy lu­dzie - głów­nie męż­czyź­ni - od za­wsze sta­li na cze­le na­szych ulu­bio­nych klu­bów, a po­wią­za­nia an­giel­skie­go fut­bo­lu ze świa­tem biz­ne­su są rów­nie sta­re jak za­sa­dy gry. Opo­wie­ści o nie­po­ro­zu­mie­niach w za­rzą­dzie po­mię­dzy me­ne­dże­rem dru­ży­ny a jej wła­ści­cie­lem oraz sy­tu­acje, kie­dy naj­pierw w ko­mu­ni­ka­cie klu­bu tre­ner dru­ży­ny ja­ko­by cie­szy się "peł­nym po­par­ciem za­rzą­du", a po kil­ku dniach lą­du­je na bru­ku, dla więk­szo­ści fa­nów sta­ją się nie­od­łącz­nym ele­men­tem hi­sto­rii klu­bu. Pre­ze­si i wła­ści­cie­le uko­cha­nych dru­żyn są na tyle waż­ni dla ich funk­cjo­no­wa­nia, że ich na­zwi­ska utrwa­la­ją się w pa­mię­ci ki­bi­ców, po­dob­nie jak nie umie­ra pa­mięć o ko­lej­nych tre­ne­rach i za­wod­ni­kach, któ­rzy przy­cho­dzą i od­cho­dzą na prze­strze­ni lat.

Ale jak do tego do­szło? Jak to się sta­ło, że an­giel­ska pił­ka noż­na dzia­ła w ten spo­sób? Bo prze­cież nie za­wsze tak to wy­glą­da­ło. Nie­gdyś klu­by były do­me­ną za­wod­ni­ków i ki­bi­ców, a miej­sco­wy bro­war czy też lo­kal­ny po­ten­tat bran­ży dy­wa­no­wej nie mo­gli de­cy­do­wać o wszyst­kim. Aby do­wie­dzieć się, co ta­kie­go się wy­da­rzy­ło, mu­si­my od­być po­dróż w cza­sie do męt­nych źró­deł pił­ki noż­nej, gdy naj­po­pu­lar­niej­sza gra świa­ta racz­ko­wa­ła i do­pie­ro za­czy­na­ła przy­bie­rać kształt, w ja­kim zna­my ją obec­nie.

Fut­bol w An­glii ma dłu­gą i mo­men­ta­mi wy­jąt­ko­wo burz­li­wą hi­sto­rię. Naj­star­sza zna­na nam wzmian­ka na te­mat pił­ki noż­nej po­ja­wia się w opi­sie Lon­dy­nu, któ­ry oko­ło 1175 roku stwo­rzył Wil­liam Fitz­ste­phen, bio­graf Tho­ma­sa Bec­ke­ta3. Au­tor wy­mie­nia w tek­ście róż­ne atrak­cje i za­ba­wy od­by­wa­ją­ce się w sto­li­cy An­glii we wtor­ki przed Śro­dą Po­piel­co­wą i mię­dzy in­ny­mi opi­su­je, jak po po­łu­dniu ów­cze­sna mło­dzież uda­je się na skra­wek zie­mi pod mia­stem, praw­do­po­dob­nie nie­da­le­ko Smi­th­field, aby za­grać w "sła­wet­ną grę w pił­kę". Było to sta­łe wy­da­rze­nie, któ­re przy­cią­ga­ło wi­dzów - głów­nie tych zbyt sta­rych, by za­grać sa­me­mu.

Roz­gryw­ki wów­czas i przez wie­le ko­lej­nych stu­le­ci były tak cha­otycz­ne i bru­tal­ne, że na­wet Joey Bar­ton, bo­isko­wy rzeź­nik nad rzeź­ni­ka­mi, prze­cie­rał­by oczy ze zdu­mie­nia. Śre­dnio­wiecz­na "pił­ka noż­na" przy­po­mi­na­ła po pro­stu ra­do­sną rą­ban­kę mię­dzy mło­dy­mi chło­pa­ka­mi, prak­tycz­nie nie­sko­dy­fi­ko­wa­ne za­wo­dy, któ­re od cza­su do cza­su roz­gry­wa­no w an­giel­skich mia­stecz­kach. Na­wet je­śli na­prze­ciw­ko sie­bie sta­ły ja­kieś "bram­ki", do któ­rych trze­ba było wce­lo­wać pił­ką, to już jed­nak spo­sób, w jaki dru­ży­ny mo­gły ją tam umie­ścić, był za­sad­ni­czo do­wol­ny. Ta­kie przy­zwo­le­nie na bez­pra­wie zro­dzi­ło grę, w któ­rej nor­mą sta­ły się prze­moc i po­waż­ne uszko­dze­nia cia­ła, a cza­sem na­wet śmierć. Prze­bieg tych za­wo­dów za­pew­ne by­wał tak burz­li­wy, że na­wet naj­za­cie­klej­sze Old Firm - słyn­ne der­by Glas­gow mię­dzy skon­flik­to­wa­ny­mi Cel­ti­kiem a Ran­ger­sa­mi - to w po­rów­na­niu z nimi pik­nik na zie­lo­nej łącz­ce.

Wła­dze w tam­tych cza­sach nie były za­chwy­co­ne tak oso­bli­wą ucie­chą lu­do­wą, któ­ra cza­sem koń­czy­ła się za­miesz­ka­mi, i ro­bi­ły wie­le, aby za­ka­zać gry w pił­kę. Tym­cza­sem sport ten co­raz sil­niej wra­stał w an­giel­ski styl ży­cia, sta­jąc się istot­ną czę­ścią zwy­cza­jów lu­do­wych tego kra­ju w śre­dnio­wie­czu. W swo­jej pier­wot­nej po­sta­ci pił­ka noż­na, choć do­ce­nia­na przez wszyst­kie śro­do­wi­ska, ze wzglę­du na swo­ją dra­stycz­ność przy­na­le­ża­ła głów­nie do naj­niż­szej war­stwy spo­łe­czeń­stwa. Ta po­pu­lar­ność wśród spo­łecz­nych ni­zin oka­za­ła się pew­ne­go ro­dza­ju prze­szko­dą, gdyż pod­le­ga­ła ona tym sa­mym prze­obra­że­niom, któ­re za­cho­dzi­ły w ży­ciu pro­stych lu­dzi. Na­to­miast już w XVIII i XIX wie­ku na­stą­pi­ła pod tym wzglę­dem wprost la­wi­na ogrom­nych zmian.

Wcze­śniej przez więk­szość epok, któ­re wią­że­my z po­cząt­ka­mi ist­nie­nia pił­ki noż­nej, ży­cie warstw pra­cu­ją­cych nie pod­le­ga­ło ja­kimś szcze­gól­nym prze­mia­nom. An­glia była kra­jem rol­ni­czym, a więk­szość zwy­kłych lu­dzi w taki czy inny spo­sób pa­ra­ła się upra­wą zie­mi. To jed­nak dra­stycz­nie się zmie­ni­ło pod ko­niec XVIII wie­ku wraz z na­dej­ściem re­wo­lu­cji prze­my­sło­wej. Gdy po­wsta­wa­ły nowe fa­bry­ki i mły­ny, a mia­sta za­czę­ły się roz­ra­stać, wchła­nia­jąc te­re­ny wiej­skie, co­raz wię­cej pra­cow­ni­ków fi­zycz­nych znaj­do­wa­ło za­trud­nie­nie w prze­my­śle. Bez­względ­ni pra­co­daw­cy, lo­kal­ne wer­sje li­te­rac­kie­go Scro­oge'a, ogra­ni­cza­li dni faj­ran­tu naj­chęt­niej tyl­ko do Bo­że­go Na­ro­dze­nia i Wiel­ka­no­cy. Na­wet nie­dzie­la, rów­nież w An­glii tra­dy­cyj­nie dzień wol­ny od pra­cy, zo­sta­ła po­świę­co­na na oł­ta­rzu agre­syw­nie roz­wi­ja­ją­cej się go­spo­dar­ki.

Choć nie wszyst­ko prze­bie­ga­ło wszę­dzie jed­na­ko­wo - sta­re tra­dy­cje pił­kar­skie prze­trwa­ły na przy­kład w nie­któ­rych spo­łecz­no­ściach ro­bot­ni­czych na pół­no­cy An­glii - to jed­nak w przy­pad­ku zde­cy­do­wa­nej więk­szo­ści ro­bot­ni­ków prze­my­sło­wych w pierw­szej po­ło­wie XIX wie­ku te sta­re tra­dy­cje prak­tycz­nie wy­ga­sły. Lu­dzie nie mie­li już po pro­stu cza­su na "grę lu­do­wą". Moż­li­we na­wet, że fut­bol znik­nął­by cał­ko­wi­cie, gdy­by nie jak­że zba­wien­ne za­in­te­re­so­wa­nie ze stro­ny pew­nej gru­py, o któ­rej chy­ba nikt by nie po­my­ślał, że przy­bę­dzie na ra­tu­nek pił­ce noż­nej. Gru­pę tę sta­no­wi­li ucznio­wie i na­uczy­cie­le pry­wat­ne­go sys­te­mu oświa­ty w An­glii.

Na­wet je­śli w po­cząt­ko­wej fa­zie roz­wo­ju pił­ki noż­nej naj­więk­szą rolę ode­gra­ły war­stwy pra­cu­ją­ce, sport ten tra­fił tak­że do eli­tar­nych szkół pry­wat­nych. Tam szyb­ko ewo­lu­ował, przy czym każ­da pla­ców­ka roz­wi­ja­ła wła­sną od­mia­nę. Po­dob­nie jak w przy­pad­ku tej wcze­śniej­szej wer­sji się­ga­ją­cej śre­dnio­wie­cza, dys­cy­pli­na upra­wia­na w an­giel­skich szko­łach pry­wat­nych w XVII i XVIII wie­ku nie­wie­le przy­po­mi­na­ła grę, któ­rą zna­my dziś ze sta­dio­nów i z po­dwór­ka. Wciąż do­mi­no­wał cha­os, ścisk w środ­ku był nie­mi­ło­sier­ny, a po­da­wa­nie do przo­du - nie­jed­no­krot­nie za­bro­nio­ne. Na eli­tar­nej uczel­ni Eton za­ka­za­no wręcz sta­wać ty­łem do nad­bie­ga­ją­ce­go gra­cza, jako że było to uzna­wa­ne za nie­ho­no­ro­we (choć jed­no­cze­śnie spusz­cze­nie ko­muś ło­mo­tu naj­wy­raź­niej było jak naj­bar­dziej "god­ne dżen­tel­me­na").

Aby ów­cze­sna gra za­czę­ła wresz­cie przy­po­mi­nać to, co obec­nie na­zy­wa­my fut­bo­lem, po­trze­ba było re­wo­lu­cji w sys­te­mie szkol­nic­twa w po­ło­wie XIX wie­ku. Wcze­śniej poza nie­licz­ny­mi za­ję­cia­mi z ła­ci­ny i gre­ki ucznio­wie byli w znacz­nym stop­niu po­zo­sta­wia­ni sami so­bie, co pro­wa­dzi­ło do wszech­obec­ne­go bra­ku dys­cy­pli­ny, a na­wet spo­ra­dycz­nych bun­tów w szko­łach. Pierw­szy z ini­cja­ty­wą od­no­wy wy­stą­pił Tho­mas Ar­nold, na­uczy­ciel, hi­sto­ryk i dy­rek­tor szko­ły w an­giel­skim Rug­by, któ­ry pod­jął się re­for­my oświa­ty u za­ra­nia epo­ki wik­to­riań­skiej. Jego dzia­ła­niom sprzy­ja­ło otwar­cie tych do­tąd eli­tar­nych szkół na więk­szą licz­bę uczniów wy­wo­dzą­cych się z kla­sy śred­niej. Ich ro­dzi­ce ocze­ki­wa­li dla swo­ich dzie­ci cze­goś wię­cej niż sa­mych pod­staw ła­ci­ny i gre­ki oraz oka­zjo­nal­ne­go wy­mie­rza­nia kar cie­le­snych. Z cza­sem po­ło­żo­no więk­szy na­cisk na edu­ka­cję i dys­cy­pli­nę. Aby za­gwa­ran­to­wać to dru­gie, wpro­wa­dzo­no mię­dzy in­ny­mi wśród uczniów sta­no­wi­sko pre­fek­ta4.

Jako że pił­ka noż­na sta­no­wi­ła in­te­gral­ną, bar­dzo waż­ną część uczniow­skie­go ży­cia, za­mie­rza­no wy­ko­rzy­stać ją do przy­wra­ca­nia po­rząd­ku w szko­łach. Dy­rek­to­rzy pla­có­wek za­czę­li przy­chyl­niej pa­trzeć na ten sport, zda­li so­bie bo­wiem spra­wę, że w le­piej zor­ga­ni­zo­wa­nej, mniej cha­otycz­nej for­mie był­by cen­nym na­rzę­dziem w za­szcze­pia­niu wśród uczniów sil­niej­sze­go po­czu­cia dys­cy­pli­ny.

W od­po­wie­dzi na ową po­trze­bę ure­gu­lo­wa­nia pił­kar­skich za­sad i wy­eli­mi­no­wa­nia róż­nych aber­ra­cji w la­tach czter­dzie­stych XIX wie­ku po raz pierw­szy za­czę­to spi­sy­wać re­gu­ły gry. Unor­mo­wa­nie i ujed­no­li­ce­nie za­sad po­zwo­li­ło wy­ło­nić pew­ne ce­chy wspól­ne, cha­rak­te­ry­stycz­ne dla pił­ki noż­nej w róż­nych miej­scach. To z ko­lei umoż­li­wi­ło roz­gry­wa­nie spo­tkań po­mię­dzy róż­ny­mi szko­ła­mi, a nie tyl­ko we­wnętrz­nie, jak to się dzia­ło do­tąd.

Prze­trwa­nie fut­bo­lu i jego mo­der­ni­za­cja w ra­mach eli­tar­ne­go sys­te­mu oświa­ty cie­szy­ły, ale nie­wie­lu - dla resz­ty spo­łe­czeń­stwa bo­wiem pił­ka noż­na po­zo­sta­wa­ła co naj­wy­żej za­po­mnia­ną roz­ryw­ką z daw­no mi­nio­nej epo­ki. Nie­ba­wem mia­ło się to jed­nak zmie­nić. Jako że sport ten stał się trwa­łym ele­men­tem ży­cia w szko­łach pry­wat­nych (a czę­sto wręcz za­ję­ciem obo­wiąz­ko­wym), wkrót­ce ab­sol­wen­ci za­czę­li go upra­wiać rów­nież po za­koń­cze­niu na­uki. Po­ja­wi­ły się pierw­sze nie­wiel­kie gru­py, któ­re za­kła­da­ły klu­by po­wią­za­ne z ich daw­ny­mi szko­ła­mi, na przy­kład Old Har­ro­vians (ab­sol­wen­ci pry­wat­nej Har­row Scho­ol) czy Old Rug­be­ians (wy­cho­wan­ko­wie wspo­mi­na­nej już Rug­by Scho­ol). Moda za­czę­ła się szyb­ko roz­prze­strze­niać i po­wsta­wa­ło co­raz wię­cej sa­mo­dziel­nych klu­bów.

Jed­nak­że sami ab­sol­wen­ci nie byli w sta­nie ob­sa­dzić wszyst­kich po­zy­cji w tylu no­wych dru­ży­nach, dla­te­go pierw­si klu­bo­wi­cze otwie­ra­li się na spo­łecz­no­ści lo­kal­ne. Na przy­kład w Lan­ca­shi­re dwa spo­śród naj­star­szych klu­bów pił­kar­skich w hrab­stwie, Tur­ton FC oraz Dar­wen FC, zo­sta­ły za­ło­żo­ne przez uczniów Har­row Scho­ol, któ­rzy po­łknę­li bak­cy­la fut­bo­lu i po opusz­cze­niu szkol­nych mu­rów pró­bo­wa­li za­ra­zić nim miej­sco­wych chło­pa­ków. Tak oto po­ja­wi­ło się nowe zja­wi­sko: pił­ka noż­na na po­wrót tra­fi­ła do kla­sy ro­bot­ni­czej, choć w in­nej for­mie niż ta sprzed XVIII wie­ku, bo z dużo mniej­szą licz­bą gra­czy, bar­dziej sko­dy­fi­ko­wa­ny­mi za­sa­da­mi oraz mniej­szym ry­zy­kiem oka­le­cze­nia uczest­ni­ków.

Ro­bot­ni­ków za­chę­ca­li do gry nie tyl­ko lu­dzie wy­szu­ku­ją­cy gra­czy do swo­ich nowo po­wsta­łych dru­żyn, lecz tak­że człon­ko­wie kla­sy śred­niej, pra­cow­ni­cy or­ga­ni­za­cji cha­ry­ta­tyw­nych czy du­chow­ni, któ­rzy żyli lub pra­co­wa­li w bied­niej­szych spo­łecz­no­ściach. W dru­giej po­ło­wie XIX wie­ku dzię­ki dzia­łal­no­ści re­for­ma­to­rów spo­łecz­nych oraz związ­ków za­wo­do­wych ro­bot­ni­cy za­czę­li stop­nio­wo uzy­ski­wać co­raz wię­cej cza­su wol­ne­go.

Wśród osób za­in­te­re­so­wa­nych do­bro­by­tem kla­sy pra­cu­ją­cej pa­no­wa­ło jed­nak prze­ko­na­nie, że gdy ro­bot­ni­ków po­zo­sta­wi się sa­mym so­bie, mogą nie spę­dzać cięż­ko wy­pra­co­wa­ne­go cza­su wol­ne­go pro­duk­tyw­nie, lecz prze­pu­tać go na al­ko­hol, ha­zard lub inne za­ję­cia za­pew­ne przy­jem­ne, acz przy­no­szą­ce wąt­pli­wą chwa­łę.

Tym za­tro­ska­nym oby­wa­te­lom pił­ka noż­na wy­da­wa­ła się ide­al­nym na­rzę­dziem, do­sko­na­łym spo­so­bem na za­go­spo­da­ro­wa­nie cza­su. Ta­kie po­dej­ście re­pre­zen­to­wał w szcze­gól­no­ści Ko­ściół an­gli­kań­ski i zna­mien­ne jest, że w la­tach osiem­dzie­sią­tych XIX wie­ku na­wet co czwar­ty za­ło­żo­ny na Wy­spach klub pił­kar­ski wy­wo­dził się z lo­kal­nej pa­ra­fii. W Li­ver­po­olu, któ­ry szyb­ko stał się pił­kar­skim ser­cem An­glii, w po­ło­wie lat osiem­dzie­sią­tych XIX wie­ku dwa­dzie­ścia pięć spo­śród stu dwu­na­stu klu­bów pił­kar­skich w mie­ście mia­ło po­wią­za­nia z in­sty­tu­cja­mi re­li­gij­ny­mi. Naj­słyn­niej­szy z nich, Ever­ton, po­wstał w 1878 roku nie­ja­ko przy ko­ście­le me­to­dy­stów St Do­min­go w li­ver­po­ol­skiej dziel­ni­cy Kirk­da­le.

Pił­ka noż­na tak ła­two przy­ję­ła się wśród kla­sy ro­bot­ni­czej mię­dzy in­ny­mi dla­te­go, że do­brze wpa­so­wy­wa­ła się w ży­cie miej­skie. Dys­cy­pli­na nie wy­ma­ga­ła żad­ne­go sprzę­tu poza pił­ką i mógł ją upra­wiać każ­dy nie­za­leż­nie od ga­ba­ry­tów, umie­jęt­no­ści czy siły. W fut­bol gra­ło się nie­skom­pli­ko­wa­nie, ła­two też było zro­zu­mieć za­sa­dy i nie wy­ma­gał on żad­nych spe­cjal­nych wa­run­ków ani szcze­gól­nej prze­strze­ni do gry.

Na ro­sną­cą po­pu­lar­ność tej dys­cy­pli­ny zna­czą­co wpły­nę­ło rów­nież za­ło­że­nie an­giel­skie­go związ­ku pił­kar­skie­go - Fo­ot­ball As­so­cia­tion (FA). 26 paź­dzier­ni­ka 1863 roku przed­sta­wi­cie­le kil­ku nie­daw­no utwo­rzo­nych klu­bów pił­kar­skich, ta­kich jak Fo­rest FC, Blac­khe­ath FC oraz War Of­fi­ce Club, spo­tka­li się w Lon­dy­nie i za­ło­ży­li or­ga­ni­za­cję, któ­ra mia­ła się za­jąć do­pre­cy­zo­wa­niem za­sad gry. Po de­ba­tach osta­tecz­nie zli­kwi­do­wa­no na­kła­da­nie się za­sad pił­ki noż­nej i rug­by, za­bro­nio­no na przy­kład prze­no­sze­nia fut­bo­lów­ki w rę­kach czy ko­pa­nia prze­ciw­ni­ka, któ­ry był szyb­szy lub lep­szy. Dzię­ki usta­no­wie­niu jed­no­li­tych za­sad dru­ży­nom ła­twiej było grać prze­ciw­ko so­bie. Sta­ło się to ka­ta­li­za­to­rem dla gwał­tow­ne­go wzro­stu licz­by im­prez spor­to­wych w dru­giej po­ło­wie XIX wie­ku.

Za­in­te­re­so­wa­nie kla­sy ro­bot­ni­czej wraz ze struk­tu­rą or­ga­ni­za­cyj­ną do­star­cza­ną przez FA umoż­li­wi­ło szyb­ki roz­wój pił­ki noż­nej po­mię­dzy ro­kiem 1870 a prze­ło­mem stu­le­ci. Jesz­cze w 1867 roku do FA na­le­ża­ło je­dy­nie dzie­sięć klu­bów. Do 1888 roku licz­ba ta wzro­sła do ty­sią­ca. W sta­ty­sty­kach obej­mu­ją­cych rok 1905 zo­ba­czy­my, że było to już dzie­sięć ty­się­cy.

Czym wła­ści­wie były te klu­by? Co je łą­czy­ło i czym róż­ni­ły się od - li­go­wych czy nie­li­go­wych - klu­bów pił­kar­skich, któ­re zna­my obec­nie?

Przede wszyst­kim były one po pro­stu klu­ba­mi człon­kow­ski­mi. Ci, któ­rzy do nich do­łą­cza­li, pła­ci­li skład­kę. Choć na po­cząt­ku klu­by po­wo­ły­wa­li do ży­cia je­dy­nie ab­sol­wen­ci szkół pry­wat­nych, z bie­giem cza­su były one rów­nież za­kła­da­ne przez zwy­kłych ro­bot­ni­ków. Wie­le z nich po­wsta­ło w za­kła­dach pra­cy. Szcze­gól­nie płod­na w za­wią­zy­wa­niu dru­żyn oka­za­ła się ko­lej. Je­den z ta­kich klu­bów, New­ton He­ath FC, zo­stał utwo­rzo­ny w roku 1878 przez pra­cow­ni­ków wa­go­now­ni Lan­ca­shi­re and York­shi­re Ra­il­way w New­ton He­ath w po­łu­dnio­wym Man­che­ste­rze. To wła­śnie ten klub po póź­niej­szej zmia­nie na­zwy i prze­pro­wadz­ce osta­tecz­nie prze­isto­czył się w pił­kar­skie­go gi­gan­ta - Man­che­ster Uni­ted.

Po­pu­lar­ność fut­bo­lu wśród kla­sy ro­bot­ni­czej była tak wiel­ka, że im­pre­zy spor­to­we za­czę­ły przy­cią­gać tłu­my za­in­te­re­so­wa­nych, po raz pierw­szy po­wo­łu­jąc do ży­cia "ki­bi­ca pił­kar­skie­go". Pierw­si fani to przede wszyst­kim człon­ko­wie klu­bów, któ­rzy aku­rat nie gra­li, daw­ni gra­cze, któ­rzy wciąż in­te­re­so­wa­li się dru­ży­ną, oraz ro­dzi­na i przy­ja­cie­le za­an­ga­żo­wa­nych. W wie­lu przy­pad­kach rów­nież ki­bi­ce pła­ci­li skład­kę człon­kow­ską, któ­ra dzia­ła­ła jak kar­net se­zo­no­wy oraz da­wa­ła pra­wo gło­su w za­kre­sie tego, jak klub ma być pro­wa­dzo­ny.

I to ten ostat­ni aspekt człon­ko­stwa był sza­le­nie istot­ny. Gdy pił­ka noż­na po raz pierw­szy sta­ła się na­praw­dę po­pu­lar­na, więk­szość klu­bów za­rzą­dza­na była w spo­sób de­mo­kra­tycz­ny przez za­wod­ni­ków i zrze­szo­nych człon­ków. Ta­kie klu­by to na przy­kład Aston Vil­la i Wo­ol­wich Ar­se­nal. Pierw­szym z nich pod ko­niec lat osiem­dzie­sią­tych XIX wie­ku za­wia­dy­wał ko­mi­tet zło­żo­ny z dzie­wię­ciu osób wy­bie­ra­nych przez 382 człon­ków klu­bu. Dru­gi z wy­mie­nio­nych klu­bów, za­ło­żo­ny w 1886 roku kil­ka­set ki­lo­me­trów da­lej na po­łu­dnie przez pra­cow­ni­ków pod­sto­łecz­nych za­kła­dów zbro­je­nio­wych Roy­al Ar­se­nal, sta­no­wił cie­ka­wy przy­kład or­ga­ni­za­cji ro­bot­ni­czej. W pierw­szych la­tach ist­nie­nia o każ­dym aspek­cie dzia­łal­no­ści klu­bu de­cy­do­wał ko­mi­tet za­rzą­dza­ją­cy wy­bie­ra­ny przez człon­ków, wśród któ­rych do­mi­no­wa­li ro­bot­ni­cy.

Je­śli w owych la­tach racz­ko­wa­nia pił­ki noż­nej w dzia­łal­ność klu­bu an­ga­żo­wa­li się przed­się­bior­cy, było to spo­wo­do­wa­ne po­wią­za­nia­mi człon­ków klu­bu z da­nym za­kła­dem pra­cy. Ar­nold Hills, wła­ści­ciel huty że­la­za Tha­mes Iron­works we wschod­nim Lon­dy­nie, po­mógł za­ło­żyć klub pił­kar­ski wraz ze swo­im bry­ga­dzi­stą Dave'em Tay­lo­rem. Or­ga­ni­za­cja była za­rzą­dza­na przez swo­ich człon­ków, ale to Hills za­pew­nił jej sta­dion (je­den z naj­bar­dziej im­po­nu­ją­cych w ów­cze­snej An­glii) oraz usta­no­wił ko­mi­tet spor­to­wy ubez­pie­cza­ją­cy za­wod­ni­ków w ra­zie utra­ty pen­sji wy­ni­ka­ją­cej z kon­tu­zji. Osta­tecz­nie jed­nak klub po­tem unie­za­leż­nił się za­rów­no od Hil­l­sa, jak i jego huty, a stał się zna­ny jako West Ham Uni­ted. Obok tych bar­dziej for­mal­nych re­la­cji ze świa­tem biz­ne­su ist­nia­ły rów­nież oka­zjo­nal­ne przy­pad­ki, gdy za­in­te­re­so­wa­ni grą miej­sco­wi przed­się­bior­cy rzu­ca­li klu­bo­wi parę fun­tów. Za przy­kład może po­słu­żyć Syd­ney Yates, prze­my­sło­wiec z hrab­stwa Lan­ca­shi­re. Miej­sco­we Black­burn Olym­pic, jego klub, mia­ło w 1883 roku świet­ny se­zon, zwień­czo­ny doj­ściem aż do fi­na­łu Pu­cha­ru An­glii. Po za­koń­cze­nia tur­nie­ju Yates prze­ka­zał klu­bo­wi sto fun­tów, aby do­fi­nan­so­wać oko­licz­no­ścio­we zgru­po­wa­nie w luk­su­so­wej miej­sco­wo­ści Black­po­ol.

Na­tu­ra tego ogra­ni­czo­ne­go i czę­sto do­raź­ne­go za­an­ga­żo­wa­nia osta­tecz­nie jed­nak się zmie­ni­ła, a biz­nes­me­ni już na sta­łe zna­leź­li się bli­sko pił­ki. Zna­czą­co na tym polu przy­słu­ży­ła się co­raz bar­dziej zło­żo­na struk­tu­ra or­ga­ni­za­cyj­na fut­bo­lu w ostat­nich de­ka­dach XIX wie­ku, któ­ra przy­cią­ga­ła ka­pi­tał.

Mo­men­tem prze­ło­mo­wym oka­za­ło się po­ja­wie­nie się pro­fe­sjo­nal­nych pił­ka­rzy w la­tach osiem­dzie­sią­tych XIX wie­ku. Wie­lu za­an­ga­żo­wa­nych w ten sport od daw­na pa­trzy­ło nie­przy­chyl­nie na za­wo­dow­stwo. Gra­cze byli ama­to­ra­mi i zda­niem więk­szo­ści ab­sol­wen­tów, któ­rzy zdo­mi­no­wa­li pił­kę noż­ną u jej po­cząt­ków, tak po­win­no po­zo­stać. Lu­dzie ci uwa­ża­li, że w fut­bol na­le­ży grać dla sa­me­go gra­nia, pił­ka­rze po­win­ni oka­zy­wać sza­cu­nek prze­ciw­ni­kom nie­za­leż­nie od wy­ni­ku spor­to­we­go, a za­sad fair play po­win­no się za­wsze prze­strze­gać.

Ta­kie ide­ały więd­ną w zde­rze­niu z gło­dem współ­za­wod­nic­twa, o czym może za­świad­czyć każ­dy, kto kie­dyś roz­gry­wał lub oglą­dał pił­kar­skie spo­tka­nia. Aby ten głód za­spo­ko­ić, na­le­ża­ło na przy­kład za­pła­cić za naj­lep­sze­go do­stęp­ne­go za­wod­ni­ka.

Z po­cząt­ku fi­nan­so­wa­nie pił­ka­rzy trzy­ma­no w ta­jem­ni­cy. Oprócz gra­ty­fi­ka­cji pod sto­łem za­wod­ni­cy spro­wa­dza­ni do da­ne­go ze­spo­łu mo­gli otrzy­my­wać pie­nięż­ne za­chę­ty do za­pi­sa­nia się do klu­bu, a w przy­pad­ku dru­ży­ny ro­bot­ni­czej - cie­płe po­sad­ki w za­kła­dzie pra­cy.

Praw­do­po­dob­nie pierw­szym zna­nym pił­ka­rzem gra­ją­cym w An­glii wy­łącz­nie ze wzglę­dów fi­nan­so­wych był jed­no­oki pra­cow­nik por­to­wy z Glas­gow, Ja­mes Lang, któ­ry przy­był na po­łu­dnie kra­ju w 1876 roku, by grać dla klu­bu Shef­field's The We­dnes­day. Lang otrzy­mał po­sa­dę w miej­sco­wej fa­bry­ce noży, na­to­miast czas upły­wał mu przede wszyst­kim na grze w pił­kę noż­ną i czy­ta­niu ga­ze­ty (tak się skła­da, że wła­śnie tak wy­glą­da moja wy­ma­rzo­na pra­ca...).

Po­mi­mo wy­sił­ków FA, aby ama­tor­ski etos pod­trzy­mać, a klu­by przy­ła­pa­ne na ofe­ro­wa­niu za­wod­ni­kom gra­ty­fi­ka­cji fi­nan­so­wych kon­se­kwent­nie ka­rać lub wręcz za­wie­szać, w 1885 roku za­wo­dow­stwo zo­sta­ło osta­tecz­nie za­le­ga­li­zo­wa­ne. Im­puls do tej ra­dy­kal­nej zmia­ny wy­szedł od dru­żyn z pół­noc­ne­go za­cho­du An­glii, przede wszyst­kim z hrab­stwa Lan­ca­shi­re. Klu­by ta­kie jak Pre­ston North End czy Burn­ley FC były pierw­szy­mi, któ­re zlek­ce­wa­ży­ły wy­da­ny przez FA za­kaz za­wo­dow­stwa, i naj­ak­tyw­niej­sze we wspie­ra­niu jego le­ga­li­za­cji. Oba zna­la­zły się w gro­nie kil­ku pół­noc­nych klu­bów, któ­re za­gro­zi­ły wy­stą­pie­niem z FA i utwo­rze­niem kon­ku­ren­cyj­nej fe­de­ra­cji pił­kar­skiej, je­śli ich żą­da­nia nie zo­sta­ną speł­nio­ne.

Gdy za­wo­dow­stwo zo­sta­ło już za­le­ga­li­zo­wa­ne, za­czę­ło się bar­dzo szyb­ko roz­prze­strze­niać. Klu­by trzy­ma­ją­ce się za­sad ama­tor­skiej pił­ki stra­ci­ły na zna­cze­niu na rzecz dru­żyn za­wo­do­wych, któ­re były po pro­stu lep­sze. Po­ja­wie­nie się za­wo­dow­stwa jesz­cze przed le­ga­li­za­cją i tak już osła­bi­ło prze­wa­gę, jaką nie­gdyś cie­szy­ły się klu­by szkół pry­wat­nych, naj­sil­niej utoż­sa­mia­ne z ama­tor­stwem. Jesz­cze chwi­lę wcze­śniej dru­ży­ny ta­kie jak Wan­de­rers, Old Eto­nians czy Oxford Uni­ver­si­ty zdo­mi­no­wa­ły pierw­sze edy­cje Pu­cha­ru An­glii - pod­czas pierw­szej de­ka­dy ist­nie­nia tur­nie­ju ża­den klub ro­bot­ni­czy nie dał rady na­wet do­trzeć do fi­na­łu. Za­czę­ło się to zmie­niać we wcze­snych la­tach osiem­dzie­sią­tych XIX wie­ku i w mia­rę upły­wu cza­su co­raz wię­cej za­wo­do­wych klu­bów, ta­kich jak Black­burn Ro­vers, West Brom­wich Al­bion czy Aston Vil­la, za­czę­ło przy­ćmie­wać swo­ich ama­tor­skich ry­wa­li. Ta zmia­na już ni­g­dy nie zo­sta­ła cof­nię­ta.

Zwo­len­ni­cy ama­tor­skiej pił­ki prze­gra­li tam­tą bi­twę, ale nie ozna­cza to, że mu­sie­li się ko­niecz­nie my­lić ani że ich prze­ko­na­nia nie mają ra­cji bytu. Jed­nym z ar­gu­men­tów wy­su­wa­nych przez prze­ciw­ni­ków zie­lo­ne­go świa­tła dla za­wo­dow­stwa była oba­wa, że le­ga­li­za­cja po­cią­gnie za sobą za­po­trze­bo­wa­nie na więk­szą ilość pie­nię­dzy w fut­bo­lu, a przez to zmie­ni na­tu­rę pił­ki noż­nej na za­wsze. I w tej kwe­stii mie­li oni ab­so­lut­ną ra­cję. To wła­śnie pro­fe­sjo­na­li­za­cja sta­ła się czyn­ni­kiem, któ­ry przy­spie­szył zmia­ny i do­pro­wa­dził pił­kę noż­ną do for­my, w ja­kiej zna­my ją te­raz w An­glii - ze wszyst­ki­mi jej przy­wa­ra­mi.

Klu­by z do­stę­pem do pie­nię­dzy zy­ska­ły od­tąd moż­li­wość ku­pie­nia teo­re­tycz­nie naj­lep­szej dru­ży­ny. Gdy przy­szło do zbie­ra­nia fun­du­szy na pen­sje, opła­ty trans­fe­ro­we czy ulep­sze­nia obiek­tów, w przy­pad­ku każ­de­go klu­bu pierw­szym źró­dłem za­so­bów, do któ­re­go na­le­ża­ło się­gnąć, byli jego człon­ko­wie i ki­bi­ce. Zwa­żyw­szy że w la­tach sześć­dzie­sią­tych XIX wie­ku pił­kę noż­ną oglą­da­ła rap­tem garst­ka lu­dzi, moż­na stwier­dzić, że do koń­ca wie­ku jej po­pu­lar­ność wzro­sła nie­sa­mo­wi­cie. W 1875 roku tyl­ko dwa me­cze przy­cią­gnę­ły po­nad dzie­sięć ty­się­cy wi­dzów na try­bu­ny. W cią­gu de­ka­dy licz­ba spo­tkań z taką pu­bli­ką uro­sła do osiem­na­stu. Jed­nak naj­więk­szy wzrost fre­kwen­cji od­no­to­wa­no w ostat­niej de­ka­dzie XIX wie­ku, w na­stęp­stwie utwo­rze­nia w 1888 roku struk­tur Fo­ot­ball Le­ague, czy­li ofi­cjal­nych roz­gry­wek li­go­wych. Pod­czas pierw­sze­go se­zo­nu ligi me­cze roz­gry­wa­ne po­mię­dzy dwu­na­sto­ma czo­ło­wy­mi klu­ba­mi w kra­ju obej­rza­ły 602 ty­sią­ce lu­dzi. Tuż przed wy­bu­chem I woj­ny świa­to­wej licz­ba ta wzro­sła do dzie­wię­ciu mi­lio­nów. Pił­ka noż­na szyb­ko sta­wa­ła się spor­tem na­ro­do­wym.

Skok licz­by wi­dzów przy­spo­rzył klu­bom do­cho­dów tak po­trzeb­nych do zbu­do­wa­nia dru­żyn go­to­wych pod­jąć ry­wa­li­za­cję. Po­cząt­ko­wo fani, któ­rzy po­ja­wia­li się na me­czach, sta­wa­li na gó­ru­ją­cych nad bo­iskiem, usy­pa­nych wa­łach, a nie­licz­ni szczę­śliw­cy ki­bi­cu­ją­cy za­moż­niej­szym klu­bom - na pro­stych, nie­za­da­szo­nych try­bu­nach z miej­sca­mi sto­ją­cy­mi, któ­re mo­gły po­mie­ścić nie­zbyt wie­lu ki­bi­ców. Tak choć­by wy­glą­dał wy­peł­nio­ny po brze­gi w so­bot­nie po­po­łu­dnie dzia­dow­ski sek­tor go­ści na Ro­ker Park, sta­rym sta­dio­nie Sun­der­lan­du.

Za­po­trze­bo­wa­nie na pił­kę noż­ną szyb­ko ro­sło, a wszy­scy mie­li świa­do­mość, że moż­li­wość po­miesz­cze­nia więk­szej licz­by ki­bi­ców ozna­cza wyż­sze do­cho­dy klu­bu. Po­mię­dzy ro­kiem 1890 a wy­bu­chem I woj­ny świa­to­wej klu­by pił­kar­skie za­czę­ły bu­do­wać sta­dio­ny spe­cjal­nie z my­ślą o tej dys­cy­pli­nie. Pierw­szym przy­kła­dem ta­kie­go czy­sto pił­kar­skie­go obiek­tu był na­le­żą­cy do Ever­to­nu i zbu­do­wa­ny w 1892 roku sta­dion Go­odi­son Park.

Kwo­ty wy­da­wa­ne na bu­do­wę try­bun i sta­dio­nów czę­sto były dużo wyż­sze niż środ­ki, ja­kie klub człon­kow­ski uzy­ski­wał z bi­le­tów, do­ta­cji czy skła­dek człon­kow­skich. Z tego wzglę­du wie­le klu­bów za­czę­ło po­szu­ki­wać do­dat­ko­wych źró­deł fi­nan­so­wa­nia. Jed­nym z naj­prost­szych spo­so­bów było prze­kształ­ce­nie się w spół­kę ak­cyj­ną. Dla do­pie­ro po­wsta­ją­cych dru­żyn za­wo­do­wych z ta­kim ru­chem wią­za­ło się wie­le ko­rzy­ści. Klu­by oczy­wi­ście mo­gły dzię­ki temu ofe­ro­wać udzia­ły i wy­pła­cać dy­wi­den­dę, naj­waż­niej­sze jed­nak, że w ten spo­sób po­wsta­wa­ły spół­ki z ogra­ni­czo­ną od­po­wie­dzial­no­ścią. Ozna­cza­ło to, że gdy przed­się­bior­stwo prze­sta­nie być wy­pła­cal­ne, udzia­łow­cy nie będą mo­gli być po­cią­gnię­ci do od­po­wie­dzial­no­ści z ty­tu­łu ja­kich­kol­wiek dłu­gów. Po­ten­cjal­ni in­we­sto­rzy mo­gli chęt­niej po­dzie­lić się go­tów­ką, gdy ist­nia­ła taka ochro­na praw­na.

Pierw­szym klu­bem, któ­ry po­dą­żył tą ścież­ką, było Small He­ath w 1888 roku (póź­niej prze­kształ­co­ne w Bir­ming­ham City). W ko­lej­nych de­ka­dach co­raz wię­cej or­ga­ni­za­cji pił­kar­skich de­cy­do­wa­ło się na to roz­wią­za­nie i do 1921 roku aż osiem­dzie­siąt czte­ry spo­śród osiem­dzie­się­ciu sze­ściu klu­bów w struk­tu­rach Fo­ot­ball Le­ague prze­kształ­ci­ło się w spół­ki pry­wat­ne. Ale to nie mu­sia­ło ko­niecz­nie ozna­czać, że przed­się­bior­cy zdo­mi­nu­ją na­sze uko­cha­ne klu­by. Udzia­ły są prze­cież do­stęp­ne dla wszyst­kich, nie tyl­ko dla bo­ga­tych.

Co wię­cej, w tych pierw­szych la­tach ist­nie­nia pił­ki noż­nej zna­la­zło się wie­lu ro­bot­ni­ków in­we­stu­ją­cych w klu­by, któ­rym sami ki­bi­co­wa­li. W ra­mach Wo­ol­wich Ar­se­nal, wzor­co­wej or­ga­ni­za­cji ro­bot­ni­czej, w 1893 roku za­ło­żo­no spół­kę z ka­pi­ta­łem za­kła­do­wym po­dzie­lo­nym na czte­ry ty­sią­ce udzia­łów o no­mi­nal­nej war­to­ści jed­ne­go fun­ta. Oko­ło pół­to­ra ty­sią­ca z nich zo­sta­ło przy­dzie­lo­nych 860 oso­bom, z któ­rych zde­cy­do­wa­ną więk­szość sta­no­wi­li ro­bot­ni­cy miesz­ka­ją­cy w re­jo­nie przed­mieść Plum­ste­ad i Wo­ol­wich, praw­do­po­dob­nie za­trud­nie­ni przez wspo­mnia­ne za­kła­dy zbro­je­nio­we.

Choć ro­bot­ni­cy i ki­bi­ce z kla­sy ro­bot­ni­czej ku­po­wa­li udzia­ły w klu­bach pił­kar­skich, to jed­nak sta­no­wi­li zde­cy­do­wa­ną mniej­szość. Pro­blem po­le­gał mię­dzy in­ny­mi na tym, że koszt ten czę­sto był zbyt wy­so­ki dla prze­cięt­ne­go ki­bi­ca. Jed­nak na­wet gdy klu­by do­kła­da­ły sta­rań, by ofe­ro­wać udzia­ły po ni­skich ce­nach i kie­ro­wać je w szcze­gól­no­ści do ki­bi­ców z kla­sy ro­bot­ni­czej - na prze­ło­mie stu­le­ci ro­bi­ły to zwłasz­cza Croy­don Com­mon, Dart­ford FC i So­uth­port FC - to wy­sił­ki te przy­no­si­ły nie­wiel­kie ko­rzy­ści.

W rze­czy­wi­sto­ści "ak­cjo­na­riat" ni­g­dy nie przy­jął się wśród ki­bi­ców z kla­sy ro­bot­ni­czej. Na­wet je­że­li część z nich sta­ra­ła się in­we­sto­wać środ­ki, rzad­ko byli w sta­nie na­by­wać więk­sze pa­kie­ty udzia­łów. W prze­ci­wień­stwie do nich lo­kal­ni przed­się­bior­cy i wy­kwa­li­fi­ko­wa­ni spe­cja­li­ści z kla­sy śred­niej mo­gli ku­po­wać dużo, co da­wa­ło im moż­li­wość wpły­wów, o ja­kich prze­cięt­ny udzia­ło­wiec z kla­sy ro­bot­ni­czej na­wet nie mógł ma­rzyć. Osta­tecz­nie więc po­sa­dy w za­rzą­dach an­giel­skich klu­bów pił­kar­skich były zdo­mi­no­wa­ne wła­śnie przez tę część spo­łe­czeń­stwa. Sta­no­wi­ska dy­rek­tor­skie były przej­mo­wa­ne przez du­żych udzia­łow­ców, nie przez oso­by, któ­re zdo­ła­ły wy­szpe­rać tro­chę go­tów­ki na ma­leń­ki pa­kiet. W klu­bie Li­ver­po­ol FC na prze­ło­mie wie­ku, le­d­wie de­ka­dę po utwo­rze­niu klu­bu, 60 pro­cent udzia­łów z pra­wem gło­su znaj­do­wa­ło się w rę­kach ośmiu za­rząd­ców klu­bu. Li­ver­po­ol w tam­tym cza­sie był klu­bem dość cha­rak­te­ry­stycz­nym pod tym wzglę­dem. Wi­dać jak na dło­ni, że wła­dza zo­sta­ła skon­cen­tro­wa­na w rę­kach za­moż­niej­szych.

Jed­no nie­wąt­pli­wie łą­czy dzi­siej­szy fut­bol z tym z koń­ca epo­ki wik­to­riań­skiej i po­cząt­ku edwar­diań­skiej (czy­li z prze­ło­mu stu­le­ci i pierw­szej de­ka­dy XX wie­ku): an­ga­żo­wa­nie się w pił­kę, by za­ro­bić na tym parę fun­tów, nie jest do­brym po­my­słem. Choć w tam­tych cza­sach nie­któ­re klu­by li­go­we przy­no­si­ły zy­ski - te od­no­szą­ce więk­sze suk­ce­sy jak Ever­ton, Chel­sea i Li­ver­po­ol - to jed­nak znacz­nie wię­cej było ta­kich, któ­re zy­skow­ne nie były. Pod­czas se­zo­nu 1898/1899 sy­tu­acja sta­ła się na tyle dra­ma­tycz­na, że Fo­ot­ball Le­ague mu­sia­ła ofi­cjal­nie zwró­cić się do klu­bów z proś­bą o do­ło­że­nie się do wspól­ne­go fun­du­szu, aby ra­to­wać tych człon­ków ligi, któ­rzy wpa­dli w spi­ra­lę dłu­gów. Nie­wie­lu udzia­łow­ców, ma­łych czy du­żych, kie­dy­kol­wiek otrzy­ma­ło dy­wi­den­dę. Naj­le­piej uka­zu­je to se­zon 1908/1909, gdy je­dy­nie sześć spo­śród sześć­dzie­się­ciu dwóch czo­ło­wych klu­bów wy­pła­ci­ło pie­nią­dze swo­im udzia­łow­com. A tam, gdzie do tego do­szło, wy­pła­ta zo­sta­ła - na mocy no­wej uchwa­ły nu­mer 34 an­giel­skiej fe­de­ra­cji pił­kar­skiej - ogra­ni­czo­na do 5 pro­cent no­mi­nal­nej war­to­ści udzia­łów. Za­sa­da ta mia­ła za­gwa­ran­to­wać, że zy­ski po­wró­cą do fut­bo­lu i nie tra­fią do kie­sze­ni spe­ku­lan­tów.

Czym więc pił­ka noż­na mo­gła wa­bić prag­ma­tycz­nych biz­nes­me­nów? Jaki mo­gli mieć po­wód, aby in­we­sto­wać tyle pie­nię­dzy w przed­się­wzię­cie, któ­re mia­ło tak nie­wiel­kie szan­se przy­nie­sie­nia sen­sow­nych, o ile ja­kich­kol­wiek, zy­sków?

Ko­rzy­ści wią­za­ły się dla nie­któ­rych z dzia­łal­no­ścią wy­kra­cza­ją­cą poza sam klub. W pił­kę an­ga­żo­wa­ły się na przy­kład bro­wa­ry, wy­ko­rzy­stu­jąc roz­gryw­ki do sprze­da­ży swo­ich wy­ro­bów. Pro­duk­ty były re­kla­mo­wa­ne w po­bli­żu miejsc spo­tkań, a za­wod­ni­cy - za­rów­no byli, jak i obec­ni - otrzy­my­wa­li an­gaż w knaj­pach w na­dziei, że zwięk­szy to klien­te­lę. Man­che­ster City stał się zna­ny jako "klub bro­war­ni­ków", po­nie­waż zwią­za­ło się z nim bar­dzo wie­lu spon­so­rów z tej bran­ży, jak choć­by po­ten­tat piw­ny Ste­phen Che­ster Thomp­son.

Jed­nak dla wie­lu in­nych, któ­rzy sta­li się wła­ści­cie­la­mi, głów­ny­mi udzia­łow­ca­mi lub za­rząd­ca­mi klu­bu, ist­nia­ły inne po­wo­dy za­an­ga­żo­wa­nia się niż stan ich kont ban­ko­wych. Nie­któ­rzy po pro­stu ko­cha­li tę grę i byli za­pa­lo­ny­mi ki­bi­ca­mi wła­śnie tej jed­nej, kon­kret­nej dru­ży­ny. Część już wcze­śniej była w ja­kiś spo­sób po­wią­za­na z klu­bem, na przy­kład mo­gli na­le­żeć do ko­mi­te­tu za­rzą­dza­ją­ce­go, któ­ry ist­niał jesz­cze przed utwo­rze­niem spół­ki. Pia­sto­wa­nie sta­no­wi­ska pre­ze­sa klu­bu sta­wa­ło się ro­dzin­ną tra­dy­cją, czymś mo­ty­wu­ją­cym ze wzglę­du na we­wnętrz­ne po­czu­cie obo­wiąz­ku. Po­tom­ko­wie Gusa Me­ar­sa, za­ło­ży­cie­la lon­dyń­skiej Chel­sea, byli na­dal zwią­za­ni z klu­bem po jego śmier­ci w 1912 roku i za­cho­wa­li pra­wa wła­sno­ści aż do roku 1982, kie­dy sprze­da­li je Ke­no­wi Ba­te­so­wi.

Inną mo­ty­wa­cją do za­an­ga­żo­wa­nia, któ­ra z dzi­siej­sze­go punk­tu wi­dze­nia może się wy­da­wać oso­bli­wa, było po­czu­cie oby­wa­tel­skie­go obo­wiąz­ku. Ogrom­na po­pu­lar­ność fut­bo­lu po­wo­do­wa­ła, że klu­by szyb­ko prze­kształ­ci­ły się w waż­ne in­sty­tu­cje w mia­stach i mia­stecz­kach wik­to­riań­skiej i edwar­diań­skiej An­glii, sta­jąc się nie­od­łącz­ną czę­ścią spo­łecz­no­ści lo­kal­nych. Ów­cze­sna kla­sa śred­nia bar­dzo wy­so­ko so­bie ce­ni­ła ideę służ­by na rzecz wła­snej spo­łecz­no­ści i wzmac­nia­nia po­czu­cia dumy z by­cia oby­wa­te­lem da­ne­go re­gio­nu. In­we­sty­cja w klub i spra­wo­wa­nie funk­cji pre­ze­sa czy dy­rek­to­ra klu­bu mo­gły być po­strze­ga­ne jako część tego eto­su służ­by pu­blicz­nej. Być może wła­śnie dla­te­go in­we­sto­ra­mi zo­sta­wa­ło wie­lu czo­ło­wych za­moż­nych fi­lan­tro­pów z róż­nych miast i mia­ste­czek, któ­re szczy­ci­ły się za­wo­do­wy­mi klu­ba­mi pił­kar­ski­mi. Jak na przy­kład John H. Da­vies w Man­che­ste­rze Uni­ted, czło­wiek wspie­ra­ją­cy zresz­tą wie­le spor­tów i ini­cja­tyw po­mo­co­wych w oko­li­cy.

Nie­za­leż­nie jed­nak od po­wo­du za­an­ga­żo­wa­nia w przed­dzień wy­bu­chu I woj­ny świa­to­wej fut­bo­lo­we re­alia tak wła­śnie wy­glą­da­ły: pra­wa wła­sno­ści prze­szły w du­żej mie­rze w ręce za­moż­niej­szych przed­sta­wi­cie­li spo­łecz­no­ści lo­kal­nych, a mo­del funk­cjo­no­wa­nia, któ­ry wy­ło­nił się w ostat­niej de­ka­dzie XIX wie­ku, czy­li spół­ka pry­wat­na z ogra­ni­czo­ną od­po­wie­dzial­no­ścią, cał­ko­wi­cie zdo­mi­no­wał za­wo­do­wą pił­kę noż­ną. De­mo­kra­tycz­nie pro­wa­dzo­ne klu­by człon­kow­skie (wio­dą­cy mo­del z pierw­szych lat pił­ki noż­nej) zo­sta­ły ze­pchnię­te na mar­gi­nes.

Nie­wie­le się zmie­ni­ło przez ostat­nie stu­le­cie. Co praw­da za­miast lo­kal­nych przed­się­bior­ców po­ja­wia­ją się cza­sem arab­scy szej­ko­wie bądź naf­to­wi kre­zu­si z Eu­ro­py Wschod­niej, a na po­pu­lar­no­ści zy­skał mo­del "je­den klub - je­den wła­ści­ciel", to jed­nak je­że­li cho­dzi o struk­tu­rę wła­sno­ści i or­ga­ni­za­cję klu­bów, dzi­siej­sza pił­ka noż­na w An­glii za­sad­ni­czo nie­wie­le róż­ni się od tego, co ist­nia­ło przed stu laty. Jed­nak mimo nie­wzru­szo­ne­go trwa­nia tego mo­de­lu pry­wat­ne­go zmia­ny w fut­bo­lu w ostat­nich la­tach sta­wia­ją pod zna­kiem za­py­ta­nia jego do­mnie­ma­ną nie­za­wod­ność. Jak uka­że ko­lej­ny roz­dział, funk­cjo­no­wa­nie cze­goś z po­wo­dze­niem przez pe­wien czas nie ozna­cza jesz­cze, że bę­dzie się to spraw­dza­ło za­wsze.