Sześćdziesiąte pierwsze drzwi na wprost
Idę do góry, a jakbym szedł w dół. Tak to jest, gdy nie ma nic pośredniego między piwnicą a mieszkaniem. Biegam jak szalony po tych koślawych, wykoślawionych schodach od rana do wieczora. Wytnij to, wytnij tamto, przynieś to, przynieś tamto. Młotku, gdzieś się zapodział? A bez młotka ani rusz.
- Idź poszukaj. Gdzie on może być?
Zaglądam w kąt, zaglądam w drugi kąt, w trzeci, w czwarty. Nigdzie nie ma młotka, który jest niezbędny do wbijania, wybijania, zabijania. Przecież nie zostawiłem go w piwnicy. Muszę to sprawdzić.
Piwnica otwarta, a w niej jakaś kobieta pochyla się nad wszystkim, co się tam znajduje. Mógłbym się przedstawić, ale po co, wystarczy, że ona się przedstawiła. Nie zapamiętałem nazwiska. Żona jakiegoś znanego w Krakowie grafika. Nagromadziła mnóstwo różnych przedmiotów, a teraz robi porządki, by można było się jakoś poruszać między szpargałami. Wszędzie blejtramy, ramy, zakurzone płótna, pędzle, jakiś ogromny baniak, w którym kiedyś gotowało się pościel albo ubijało kapustę bosymi stopami. Pamiętam chłód takiej kapusty. Książki też są. I to nie byle jakie: Homo ludens Johana Huizingi, Historia kultury bizantyjskiej, Po tamtej stronie Kubina. Poprosiłem kobietę, by zechciała mi je podarować, a ona bierze książki po kolei do rąk, przygląda się, przewraca kartki, mierzy, waży, zastanawia się. Wreszcie mówi, że zna ich treść, na studiach musiała ją poznać, lecz zastanawia się, czy może mi te książki podarować. Kolejny raz spojrzała na mnie, by się upewnić, że zasługuję na taki skarb. W końcu zdecydowała się i wręczyła mi książki z uśmiechem. Włożyłem je pod pachę i dalej przed siebie, w poszukiwaniu młotka. Gdy dobrze poszukam, na pewno się znajdzie.
Idę ostrożnie poprzez półmrok, zaglądam to tu, to tam. Jakaś sala zapełniona ludźmi. Ktoś mówi, że czekają na mnie, bo mam wygłosić wykład. Jakieś urządzenie stoi na stole. Nie mam pojęcia, co to może być. Zachęcony przez osobę prowadzącą staję obok i płonę ze wstydu, bo słowa z siebie nie mogę wydusić, a wszyscy patrzą na mnie z zainteresowaniem, oczekują ode mnie zdania wyjaśniającego, jak się to urządzenie podłącza i do czego. A ja zapadam się pod ziemię, nie mogąc sprostać oczekiwaniom wpatrujących się oczu, więc muszę wiać, bez zbędnych słów, bez dwóch zdań.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki