Zgasłydla nas nadziei promienie
I zorzanie świeci nam blada.
Wekrwi wrogów utopmy pragnienie,
Jakłaknących upiorów gromada.
Wł.Wolski, Marsz Żuawów, 1863 r.
14 marca 1863
Tropynie zdążyły się nawet rozmazać w błocie, nie przysypał ich śniegani nie zatarł deszcz.
MajorMichaił Aleksandrowicz Ebeling poprawił się w siodle. Jakowytrawny piechur nie przepadał za konnymi przejażdżkami, szczególniew taką paskudną pogodę i w dodatku gdy wycieczkaciągnęła się w nieskończoność. Uganianie się po pustkowiach zapolskimi buntownikami to robota dobra dla kozaków, a niecarskiego żołnierza. Obrócił się w tył, by spojrzeć na swojąrotę piechoty z kieleckiego garnizonu. Żołnierze z zaciętymiminami maszerowali podwójnym krokiem, a ich buciory energicznierozbryzgiwały błoto zmieszane ze śniegiem. Wiedzieli, że przeciwnikjest blisko i wkrótce wreszcie będzie okazja, by podziękować muza wysiłek całonocnego marszu.
Zapiechurami jechał szwadron dragonów, który dziś też podlegałEbelingowi. Prócz tego w lesie powinien znajdować siępółszwadron Dońców. To kozacy zlokalizowali buntowniczą formację,o której wcześniej dawali znać miejscowi konfidenci i carscylojaliści. Polskich buntowszczyków trudno było wytropićw wyludnionych lasach kieleckiego. Powstańcze partie pojawiałysię i znikały bez śladu, a po rozbiciu rozpierzchały się,by znów, niczym feniks z popiołów, się uformować, dlategozdaniem Ebelinga każdy złapany powinien zostać na miejscu pchniętybagnetem lub powieszony. Taką taktykę popierał równieżgłównodowodzący radomskim okręgiem generał Uszakow i zgodniez nią postępowano wobec buntowników.
Niespodziewanielas się skończył i kolumna wojska wymaszerowała na otwarte pole,przykryte pojedynczymi łachami topniejącego śniegu. Zbliżali sięzatem do ludzkich siedzib, gdzie z pewnością ukryły się dziśpolskie oddziały. Zapewne powstańcom wydawało się, że mogą swobodniepanoszyć się po terenie i są tutaj względnie bezpieczni. Możerozłożyli się obozem we wsi, szukając w niej prowiantu i chwiliwytchnienia. Nic z tego, panowie. Za chwilę runą na was dwieformacje carskiego wojska.
Ebelingnie zamierzał bawić się w wysyłanie podjazdów i oskrzydlaniewroga. Wpadnie do wioski z marszu i rozbije bandę,a wyłapaniem niedobitków zajmą się kozacy. Potem szybko wróci doRadomia, do ciepłej kwatery, w której czeka chętna do dzieleniasię własnym łożem rumiana gospodyni.
Folwarkwyłonił się spomiędzy drzew już po paru minutach marszu. Jego sercembył sporych rozmiarów szlachecki dworek, z charakterystycznymgankiem z kolumnami, a po bokach tkwiły rozrzuconechaotycznie chałupy i budynki gospodarcze.
Ebelingodwrócił się do maszerującego za nim podporucznika.
- Rozwińcierotę do ataku na bagnety - rozkazał krótko młodemuoficerowi. - Ja wpadnę z dragonami do dworui wypłoszę buntowników, wy zajmiecie się resztą. Co macie takąminę, Konczacki? Wreszcie się doczekaliście okazji, by posmakowaćwojny! Przeciwnik jest gówno warty, ale lepsze to niż nic.W Petersburgu będziecie mogli się chwalić, że prowadziliściewojsko do bitwy.
Podporucznikskinął nerwowo głową. Młokosowi wąs ledwie się sypnął, bitwyi potyczki znał jedynie z książek i opowieści, alemarzył o prawdziwej walce i czekał na nią, odkąd postanowiłrozpocząć karierę żołnierza. Okazało się jednak, że uśmierzaniepolskiego buntu sprowadza się głównie do czekania w koszarachi nieskończonych przemarszów. Ku rozżaleniu Konczackiegonadwiślańska kampania nie miała za grosz epickiego rozmachu i niedawała szans na zdobycie chwały i sławy.
MajorEbeling spiął konia i pognał na czoło szwadronu dragonów.Zamienił kilka słów z ich porucznikiem, a ten skinąłtrębaczowi i sięgnął po szablę. Po chwili rozległ się głostrąbki, wzywający do ataku. Konczacki oparł dłoń o rękojeśćpistoletu i machnął do feldfebla.
- Bagnetna broń, ustawić się w tyralierę!
Kolumnapiechoty rozsypała się, przeformowała w błocie i śniegu.Zachrzęściły przypinane bagnety. Dragoni minęli ją galopemi pobrzękując szablami, pognali w kierunku dworu. Prowadziłich major Ebeling.
Oficerwreszcie poczuł, że krew zaczyna mu żwawiej płynąć w żyłach,i uśmiechnął się pod wąsem. Wyciągnął rewolwer. Zaraz wpakujepierwszą kulkę w jakiegoś przerażonego oberwańca lub robiącegow gacie chłopa z kosą osadzoną na sztorc. Śmierci i krwi!Tego mu trzeba po nieprzespanej nocy, by poczuć, że żyje.
Kilkarozgdakanych kur rozpierzchło się w popłochu, gdy wjechali napodwórze przed dworem. Błoto i kałuże rozpryskiwały się podkopytami, lecz buntownicy nie zorientowali się jeszcze, że nadeszłaich zagłada. Nie wybiegali z budynków w panice, nieuciekali jak kury na wszystkie strony. Na ganku dworu stała samotnapostać - drobna, ruda dziewczyna w kożuszku i zbytwielkich męskich buciorach. Major spojrzał na nią zdumiony. Czyżbyjednak się pomylił i buntownicy ruszyli dalej, ominąwszyfolwark? Ściągnął wodze i schował rewolwer do kabury. Dragonizwolnili, lecz część z nich nadal trzymała w ręku szablelub karabinki kawalerii gotowe do strzału.
Ebelingzmierzył groźnym spojrzeniem pannicę, stojącą nieruchomo na ganku.Dziewczyna, nie dość, że ogniście ruda, była w dodatku potworniepiegowata. Jasnymi oczami patrzyła wyzywająco na oficera. Ręcetrzymała w kieszeniach kożuszka.
- Gdziesą buntownicy? - spytał krótko major. - Wiem,że weszli do wsi.
- Niema tu żadnych buntowników - odparła po polsku.
Głosjej drżał i słowa zdawały się z trudem przeciskać przezzaciśnięte gardło.
"Boisię" - pomyślał z zadowoleniem major. Jej strójniestety zdradzał, że jest członkinią partyzanckiego oddziału. Pewniezostała we dworze z rannymi powstańcami, kiedy reszta oddziałuruszyła dalej.
Oficerzazgrzytał zębami. Prawdziwa zdobycz się wymknęła. W łapy wpadłamu jedynie sanitariuszka i pewnie kilku pokiereszowanychbuntowników. Zakłuje się ich bagnetami, chłopcy zabawią sięz dziewczyną. Można jeszcze złupić i spalić dwór w ramachrepresji za udzielanie pomocy i schronienia buntownikom. Dobrei to. Pościg za bandą trzeba będzie odłożyć do jutra, terazżołnierzom należy się trochę zabawy. Pozwoli im pomęczyć rannychi ograbić dwór.
Dziewczynawyciągnęła z kieszeni zaciśnięte pięści i zamknęła oczy.
WandaSzczurówna rzeczywiście była sanitariuszką, jedyną w oddziałachmajora Jana Jemioły, oficera specjalnego, wykonującegow świętokrzyskim tajną operację na zlecenie powstańczegoNaczelnika Warszawy. Pochodziła z ubogiej rodziny żydowskiegoszewca, a do buntowników przyłączyła się po tym, jak ci na jednąnoc odbili z rosyjskich rąk jej rodzinne miasteczko. Niepozornywygląd Wandy mógł wprowadzać w błąd, ale choć liczyła ledwiesiedemnaście lat, a w walce brała udział raptem od dwóchmiesięcy, była weteranem.
Bardzogroźnym weteranem.
Zacisnęłapowieki, pozwalając, by tętent buzujący w umyśle wdarł się doświadomości i wypełnił jej krew mocą. Chlupot końskich kopytw błocie, dzwonienie rynsztunku, rosyjskie przekleństwa, pomruknadciągającej roty - wszystkie dźwięki zlały się w jednąkakofonię, która narastała, pięła się i cisnęła do gardłastrumieniem energii.
Wandaotworzyła oczy i wrzasnęła.
Rykuderzył w skłębionych na podwórzu dragonów. Ebeling poczułpotworne, wywracające wnętrzności uderzenie w pierś. Kurczowouchwycił się łęku i skulił, mrużąc oczy. Wierzchowiec zarżałz przerażenia, nogi się pod nim załamały i runął na bok,w lodowate błoto.
Światemwstrząsnęło wyładowanie mocy. Krzyk poderwał strumień wody i śniegu,cisnął wprost w żołnierzy. Dragoni spadali z siodeł, konieprzewracały się z kwikiem.
Nimnieziemski dźwięk zdążył przebrzmieć, wszystkie okna w dworzesię otworzyły i wysunęły się z nich lufy karabinów.Zagrzmiała salwa, przedłużając huragan dźwięku. Kule wgryzły sięw ludzkie i końskie ciała. Bryzgała krew.
Z drzwidworku wybiegli powstańcy: mężczyźni w różnym wieku, ubraniw kożuszki lub robotnicze kapoty, w chłopskie sukmanyi długie, zimowe płaszcze. Większość dzierżyła wojskowekarabiny, kilku miało myśliwskie strzelby. Wanda odsunęła sięi usiadłaby ciężko na ziemi, gdyby w ostatniej chwili niezłapał jej młody lekarz - doktor Loewenhardt. Dziewczynauśmiechnęła się do niego blado. W jej oczach płonęłouwielbienie, kiedy medyk wciągał ją do środka i sadzał podścianą.
Powstańcy,którzy wypadli z dworu, ustawili się w dwuszereg. Pierwszyrząd uklęknął. Z boku kolumny strzelców stanął niepozornyosobnik w przekrzywionej konfederatce. Major Jemioła nosiłrozpięty płaszcz, a pod nim amerykańską, skórzaną kamizelkę. Nabiodrach miał pas z nabojami i kaburami coltów Paggyi Daisy - dwóch ślicznotek, które awanturnikprzywiózł zza oceanu.
- Cel!Ognia! - zakomenderował.
Gruchnęłakolejna salwa. W krwawe błoto na podwórzu padły następne ciała,kopiąc i drgając w agonii. Dragoni wrzeszczeli, gdyprzebijały ich polskie pociski, ktoś wył z przerażenia i bólu.Kilku rzuciło się pieszo do ucieczki, naprzeciw nadchodzącej rociepiechoty, żadnemu bowiem nie udało się zapanować nad wierzchowcem- konie wpadły w popłoch po uderzeniu mocyi większość ocalałych zwierząt pogalopowała w dal. Tylko teranne i pokiereszowane pociskami kwiczały upiornie.
- Ładuj!- rozkazał Jemioła.
Niechciał prowadzić ludzi do walki wręcz, skoro mógł po prostuwystrzelać Moskali. Wszyscy powstańcy, zarówno ci zgromadzeni napodwórzu, jak i ci tkwiący w oknach dworu, zabrali się dosypania prochu w lufy.
MajorEbeling poderwał się z ziemi. Ostrzał przetrwał bez draśnięcia,schowany za swoim powalonym wierzchowcem. Bolała go kostka,przygnieciona w chwili upadku, ale nadal trzymał się na nogach.Rozejrzał się po pobojowisku i przeklął wściekle. Co za pech, żenadziali się akurat na polską wiedźmę! Ruda pannica była odmieńcem,to nie podlegało dyskusji. Gdyby nie ona, zmasakrowaliby tę bandęoberwańców bez kłopotów, a teraz pół jego szwadronu konałow krwawej brei na podwórzu, podczas gdy drugie pół uciekałow popłochu.
- Stać!Do mnie! - ryknął, wyciągając rewolwer. - Szwadron,do ataku!
O dziwo,dragoni, którzy nie zdołali daleko odbiec, zawrócili. Kilku nawetwystrzeliło z karabinków. Z błota podnieśli się lżej rannii sięgnęli po broń.
Majorsię uśmiechnął. Nie tak łatwo pokonać carskich sołdatów. Niewystraszy ich jedna wiedźma i dwie salwy. Wypatrzył wśródmocujących się z bronią buntowników ich dowódcę. Spotkali sięwzrokiem i przez sekundę lub dwie mierzyli spojrzeniami. Ebelingwycelował broń w przeciwnika.
Jemiołasięgnął do kabur szybciej, niż zdołało to uchwycić oko. Wystrzeliłz obu luf, nie celując ani nawet nie unosząc broni. Paliłz biodra.
MajorEbeling nie zdążył pociągnąć za spust. Dwa pociski trafiły gow pierś, trzeci przeorał skórę na skroni i ześliznął się poczaszce. Broń wypadła mu z ręki. Straszliwa niemoc pociągnęła gow dół i cisnęła w błoto.
- Kompania,ognia! - rozkazał Jemioła.
Kolejnasalwa zdziesiątkowała szeregi dragonów i ocaleni ponownierzucili się do ucieczki, porzucając rannych kolegów.
- Szykowaćbagnety! - zakomenderował powstańczy major.
Szybkimkrokiem zbliżała się rota piechoty. Ustawieni w luźną tyralierę,szli raźno z karabinami uniesionymi do ataku. W bezpośrednimstarciu moskiewscy piechurzy z pewnością okażą się groźniejsiniż zaskoczeni i ostrzelani dragoni. Jemioła skinieniemprzywołał ludzi, tkwiących na stanowiskach we wnętrzu dworku.Powstańcy skakali przez okna, część zakłębiła się przy drzwiach. Pochwili jednak blisko dwustu mężczyzn ustawiło się w szereg napodwórzu. Mieli przewagę liczebną, bo Rosjan pozostała zaledwie setkaz okładem.
PodporucznikKonczacki wahał się. Dowódca zabity, porucznik dragonów diabli wiedzągdzie, a przed dworkiem tkwiła cała chmara buntowników. Corobić, do diabła? Pierwsza jego bitwa, przejął dowodzenie nadoddziałem i miałby tak po prostu uciec? Nigdy! Jego honor, honorcarskiego oficera na zawsze zostałby zbrukany. Nie wycofa się przedbandą oberwańców. Rota z doborowego Pułku Pawłowskiegorozgniecie ich z marszu.
- Rebiata,wperiod! - wrzasnął na całe gardło.
Wyszłojakoś cienko i żałośnie słabo, ale przynajmniej podoficerowieposłuchali. Rozkaz podporucznika natychmiast powtórzyli dwajfeldfeble. Ich dudniące, mocne głosy dodały mocy jego słowomi piechurzy rzucili się biegiem do ataku.
- Uraaaaa!- poniosło się nad polskimi polami.
- Bićskurwysynów! - gdzieś z boku, od strony wsi zagrzmiałzłowrogi ryk.
Spomiędzychałup, prostopadle do szeregów atakującej roty, wybiegła chmaramężczyzn. Większość nosiła chłopskie kapoty i rogatywki nagłowach. Niektórzy zamiast karabinków ściskali w rękach osadzonena sztorc kosy. Prowadził ich wielkolud ze zmierzwioną brodąi wyszczerzonymi w szale zębami - porucznikPliszka, który dowodził kompanią kosynierów, obecnie częściowouzbrojoną w broń palną.
Chłopijednak nie strzelali, tylko wpadli na Moskali z boku,zamierzając wybić ich w bezpośredniej walce. Pliszka ryczałi wymachiwał kosą w szalonym młynku. Ostrze broni z gwizdemcięło powietrze, rozmazując się w srebrzystą smugę, aż wreszcietrafiło rosyjskiego piechura, który próbował zblokować je uniesionymkarabinem. Kosa przecięła broń i rąbnęła sołdata na wysokościobojczyka. Cięcie gładko rozrąbało bark nieszczęśnika i krewz przeciętych tętnic trysnęła wprost na twarz wściekłegokosyniera.
- Wolnyogień! - wrzasnął przerażony Konczacki.
Wypaliłz pistoletu w nadbiegający tłum. Jego pocisk trafił jednegoz chłopów w brzuch i powalił na ziemię. Piechurzyzatrzymali się i obrócili ku nowym przeciwnikom, po czymwystrzelili z karabinów i ruszyli do ataku na bagnety.Nierówna salwa nieco przerzedziła tłum atakujących powstańców, aleich nie powstrzymała.
W tejsamej chwili Jemioła poderwał do ataku swoją kompanię i Rosjanieznaleźli się w kleszczach. Z dwóch stron runęły na nichznacznie liczniejsze oddziały. Piechurzy, ponaglani wrzeszczeniemfeldfebli, zbili się w gromadę, opierając o siebieramionami. Z wyciągniętymi karabinami z bagnetamiprzypominali stalowego jeża. Konczacki, popchnięty przez jednegoz sierżantów, znalazł się w środku szyku. Mogliby się terazbronić godzinami, a nawet wystrzelać buntowników. Podporucznikjuż się widział triumfującego z krzyżem świętej Anny, przypiętymdo szabli.
- Ogieńrotowy! - rozkazał przytomnie.
Żołnierzeznajdujący się w środku szyku zaczęli szybko ładować broń. Pojej nabiciu przekażą ją stojącym bliżej lub w pierwszym rzędziei odbiorą od nich karabiny do ponownego nabicia. W tensposób rota mogła prowadzić nieustanny ostrzał wroga, bez przerw nanabijanie.
Jemiołazobaczył, co się święci. Wystrzelił z rewolweru, kładąc trupemtrzech Moskali. Nic więcej nie mógł zrobić.
- Pliszka!- krzyknął do wielkoluda. - Uderzaj! Trzebaprzełamać szyk!
Porucznikkosynierów splunął wściekle i jeszcze szerzej wyszczerzył zęby.Jego sylwetka zdawała się rosnąć. Oczy straciły naturalną barwęi błysnęły żółcią niczym ślepia wilka. Ku przerażeniuKonczackiego twarz odmieńca jęła tracić ludzkie rysy, a powietrzewokół jego sylwetki sypnęło snopem iskier. Potężnego chłopa ogarnęłamoc, w jednej chwili zmieniając go w bestię.
Kosynierryknął potężnie, unosząc obie ręce. Teraz jego postać zdecydowaniegórowała nad polem bitwy i wyglądał niczym prasłowiański demon,otoczony sięgającymi mu do ramienia wojownikami. Wyszczerzył wilczekły i runął na oniemiałych ze zgrozy Rosjan.
PodporucznikKonczacki drżącą ręką dobył szabli. Niech to diabli, kolejnyodmieniec! Zatem natknęli się na osławioną bandę Jemioły- przeklętych renegatów, sprzymierzonych z ludźmio zepsutej krwi. To oni rozbili oddziały pułkownikaDobrowolskiego w bitwie o Małogoszcz, a potem zniknęlibez śladu, by pojawić się właśnie tu. Dlaczego, u licha, napoczątku kariery trafił właśnie na nich?!
Widziałpodnoszące się i opadające ostrze kosy, które ciągnęło za sobąstrumienie posoki. Smugi czerwieni leciały wysoko w niebo, byspadać na Moskali krwawym deszczem. Potworny krzyk mordowanych przezwściekłego odmieńca żołnierzy zlał się z trzaskiem gruchotanychkości i łamanych karabinów. Konczacki westchnął, z gardławyrwało mu się płaczliwe miauknięcie. Potwór mordował jego rotę.
- Strzelajciedo bydlaka! Na co czekacie?
Ciasnyszyk zaczął się łamać. Piechurzy rozpierzchli się, by uniknąćskąpanego we krwi potwora. Jeden z odważniejszych pchnął gobagnetem, trafiając w udo, ale rana nie zrobiła na Pliszcenajmniejszego wrażenia. Rąbnął przeciwnika i trafił w jegokarabin. Tym razem ostrze kosy zazgrzytało o żelazną lufęi zamiast ją przeciąć odłamało się przy samym drzewcu. Kosyniercisnął bezużyteczną broń i rycząc, ruszył przeciw sołdatomz gołymi rękoma.
Konczackiwyczuł moment. Teraz może stać się bohaterem! Może własnoręcznieusiec odmieńca! Z krzykiem ruszył na olbrzyma i ciął goszablą. Wielkolud wygiął się w tył, w niemożliwym uniku.Ostrze rozpłatało tylko połę jego kapoty i otarło się o pierś.Ułamek sekundy później wielka łapa spadła na ramię oficerai zablokowała je w uścisku. Drugą ręką Pliszka złapałMoskala za udo. Konczacki poczuł, jak potężna siła podrywa gow powietrze. Spadł z impetem, uderzając kręgosłupemo wysunięte kolano odmieńca. Przeszywający ból pchnąłpodporucznika w ciemność.
Pliszkaodrzucił przełamanego na pół trupa Konczackiego i splunął krwiąna ziemię. Powstańcy ostatecznie rozbili wrogie szyki i terazbez litości mordowali piechurów. Krzyki i chrzęst bagnetówwdzierały się do umysłu kosyniera. Pachniało krwią, smrodem wyprutychwnętrzności i mokrą ziemią. Odmieniec odetchnął ciężkoi pozwolił, by moc go opuściła. Czuł, jak paruje, jak pozbawiasił. W ustach został mu tylko smak migdałów i kurzu. Usiadłciężko w błocie. Musiał odpocząć.
***
Chłopakjechał na oklep, trzymając się końskiej grzywy. Wypadł na półsotniękozaków w pełnym galopie i mimo prób nie zdołał zawrócićwierzchowca. Przemknął między zaskoczonymi jeźdźcami i pognałbydalej, gdyby nie przytomność umysłu jednego z Dońców. Po prostupchnął mijającego go młokosa, zrzucając go w ten sposóbz końskiego grzbietu. Dowodzący oddziałem esauł Danił WasilewiczKrasnow nagrodził żołnierza łaskawym skinieniem głowy. Kozakuśmiechnął się z zadowoleniem. Wiedział, że w koszarachbędzie mógł liczyć na dodatkową porcję gorzałki.
Złapanymiał może czternaście lat, był chudy, ubrany w lichą kapotęi podarte spodnie - ani chybi parobek z folwarku.Jako że z oddali dobiegały odgłosy wystrzałów, esauł domyśliłsię, że major Ebeling dopadł buntowszczyków i urządził imogniste powitanie. Szczeniak został zapewne wysłany, by kogośostrzegł lub zameldował o ataku Moskali. Czyżby w okolicyznajdowała się jeszcze jedna banda? Krasnow podrapał się po bliźniena brodzie. Musiał to sprawdzić, już taki psi los zwykłego kozaka.
Pochyliłsię nad dzieciakiem i złapał go za kapotę, a potem uniósł.Przerażony szczeniak znalazł się twarzą w twarz z kozakiemwyglądającym niczym stwór z koszmaru. Esauł miał gębę poznaczonąbliznami, a na oczodole po utraconym oku nosił czarną przepaskę.Wysoka bermyca przekrzywiła mu się na głowie, jedyne oko, bystrei błyszczące lodowatym złem, łypało na ofiarę z uwagą.
- Dokądto jechałeś, chłopczyku? - spytał po polsku.
- Domojej chorej babuszki, panie oficerze - wydukał dzieciak.
Krasnowcisnął go ze złością, chłopiec poleciał z krzykiem przerażeniaw krzaki. Esauł zeskoczył z siodła niczym błyskawica,dopadł malca i kopnął go wściekle w brzuch. Złapał jęczącąofiarę za włosy i postawił na nogi.
- Gdziebuntownicy? - syknął. - Gadaj, bo poczujesz, copotrafią kozackie nahajki! Szybciej, szkoda mi czasu!
- Nicnie powiem. - Chłopiec się rozpłakał.
Krasnowskinął jednemu z kozaków i odwrócił się ze złością.Żołnierz wyciągnął nahajkę i nie schodząc z siodła,wymierzył nią kilka ciosów wrzeszczącemu dzieciakowi. Esauł wetknąłw usta zwinięty liść tytoniu i zaczął żuć nerwowo. Powinienszybko skończyć przesłuchanie i pognać do folwarku, by wyłapaćuciekające niedobitki buntowników. Naprawdę nie miał czasu na zabawy.Jeśli się spóźni, major Ebeling z pewnością złoży na niegoraport. Ci nadęci paniczykowie nie przepadali za kozakami. Nierozumieli potrzeby wolności, drzemiącej w każdym Dońcu, oraztego, że posłuszeństwo regulaminom, punktualność i wiernewypełnianie rozkazów kłóci się z naturą kozaka.
Pozatym Krasnowowi od dawna należał się awans, a nie dojdzie doniego, jeśli rozgniewany major złoży skargę. Trzeba będzie zatemdarować sobie przesłuchanie i poszukiwania drugiej buntowniczejbandy. Strzyknął przez zęby śliną i uniósł dłoń, przerywającbicie.
- I co,chłopcze, przypomniałeś coś sobie? - spytał szczeniaka.
- Jechałemdo babuszki - wycedził chłopak, ocierając nos i załzawioneoczy.
Krasnowdał sugestywny znak, przejeżdżając dłonią po gardle. Niemalnatychmiast na szyję młodego Polaka spadła pętla. Dońcy wozili sznuryprzy siodłach, bo często przydawały się przy spotkaniachz buntownikami. Odpowiednio zawiązana linka błyskawiczniezacisnęła się na szyi szczeniaka, a jej drugi koniec zostałprzerzucony przez konar najbliższego drzewa. Obsługujący sznur kozakpogonił konia. Dzieciak nie zdążył nawet pisnąć, gdy lina szarpnęłai poderwała go w górę. Po chwili bujał się kilka stóp nadziemią, bezskutecznie próbując poluźnić pętlę. Jego twarz zrobiła sięczerwona, a po chwili purpurowa.
Esaułznów splunął czarną od nikotyny śliną i wskoczył na siodło. Jużmiał wydać nietypowy rozkaz wykonującemu wyrok kozakowi, by szarpnąłliną i skrócił cierpienia małego gnojka, ale zanim zdążył cośpowiedzieć, jego wzrok padł na samotną postać, która wychynęłaz lasu. Wysoki, postawny mężczyzna w polskim krótkimkożuchu podbitym futrem i w robotniczym kaszkiecie jakgdyby nigdy nic szedł ku nim zdecydowanym, szybkim krokiem. U pasanosił oficerską szablę, pewnie zdobytą na Moskalach. Gdyby nie gęste,czarne bokobrody, przystrzyżone na rosyjską modłę i ewidentniewojskowa postawa, wyglądałby jak typowy dowódca buntowników.Dezerter, który przyłączył się do powstańców? To się ponoć zdarzało.
Krasnowsięgnął po pistolet i rozejrzał się czujnie. Wokół rozciągał sięrzadki liściasty las, o tej porze roku zupełnie łysy. Nie mogłasię w nim ukryć żadna grupa buntowników, przybysz był więc sam.Jakby wyczuwając obawy kozaka, buntownik uniósł uspokajająco rękęi się zatrzymał. Kilku otaczających esauła żołnierzy zdjęłokarabinki z pleców, reszta chwyciła mocniej spisy, gotując siędo szarży.
- Nieradzę, dobrzy ludzie - przybysz odezwał się nienagannymrosyjskim. - Przybywam rozmawiać, nie chcę walki. Mam dlawas propozycję, atamanie. Dla ciebie i twoich chwatów. Niebędziecie stratni, obiecuję.
- Porozmawiamz miłą chęcią, ale na moich warunkach - warknąłKrasnow. - Brać go!
Sześciukozaków spięło konie i runęło na przybysza. Kilku uniosłokarabinki do oka, pozostali pilnie się rozglądali, szukając wzrokiemukrytych buntowników. Rosjanin przebrany za polskiego powstańcauśmiechnął się groźnie. I znikł.
Koniepod pierwszymi dwoma jeźdźcami nagle runęły na ziemię. Ich sierśćw jednej chwili poszarzała, naprężone mięśnie skurczyły sięi zwiotczały, skóra napięła się na kościach. Zwierzęta nawet niezakwiliły. Padły na ziemię jako dwa zmumifikowane trupy. Dosiadającyich kozacy jednym głosem wrzasnęli z przerażenia. Ichwierzchowce zmieniły się w mające setki lat truchła.
Krasnowzaklął pod nosem. Oboroten! Odmieniec! I to cholerniepotężny.
- Opuśćciebroń, a ty, atamanie, wysłuchaj, co chcę ci zaproponować.
Mężczyznaznów się pojawił. Teraz stał kilka kroków od esauła, w niedbałejpozie i z rękoma splecionymi na piersi. Opierał sięramieniem o pień starej topoli. Kilka kroków obok młodybuntownik bujał się na stryczku i kopał nogami powietrze,walcząc o życie. Odmieniec nie zwracał na niego uwagi.
Krasnowodciągnął kurek w pistolecie, sprawdził kciukiem, czy kapiszonleży na kominku broni. Strzelić? A jeśli ten demon okaże sięszybszy? Kozak już zgadł, kim jest ów jegomość. To Teofil TeofilowiczPustowójtow, sztabskapitan piechoty z radomskiego garnizonu.Zdezerterował ponad miesiąc temu, a za jego głowę wyznaczononagrodę, będzie z tysiąc rubli. Okazja nie do pogardzenia, tylkoże ponoć Pustowójtow należał do odmieńców najgorszego sortu- skrajnie niebezpiecznych. Walka z nim mogłanaprawdę źle się skończyć nawet przy stosunku sił pięćdziesięciu najednego.
- Czegochcesz, sztabskapitanie Pustowójtow? - spytał esauł.
Teofilzaklął w myślach. Słyszał o tym, że odmieńcy z formacjiJemioły stali się sławni po swoich wyczynach w bitwieo Małogoszcz, ale nie spodziewał się, że aż tak bardzo. Było muto trochę nie na rękę. Ciągle jeszcze nie zdecydował, czy na pewnochce poprzeć polską sprawę. Wolałby zachować możliwość manewrui w razie czego wrócić w szeregi carskiej armii,zwłaszcza że po prawdzie przyłączył się do powstańców jako szpieg,wysłany przez naczelnika Urzędu Przemian Pawła Iwanowicza Tichona.Miał za zadanie inwigilować szeregi wroga i neutralizowaćpolskich odmieńców, ale zamiast tego dał się porwać polskiejwolnościowej euforii i zaprzyjaźnił się z prostymiżołnierzami powstańczych oddziałów. Ciągle jednak się wahał- porzucić polskich kompanów czy ryzykować dla nich życie?
- Chcęzłożyć ci intratną propozycję, Krasnow. - Teofiluśmiechnął się nieznacznie.
Teżrozpoznał swego rozmówcę, choć wcześniej nigdy go nie spotkał.Słyszał o groźnym atamanie, który ze względu na pochodzenie nierobił należytej kariery w armii. W tym się właściwie nieróżnili, Pustowójtow był bowiem synem polskiej hrabiankii rosyjskiego generała, któremu domieszka polskiej krwispowalniała awanse i zapewniała najgorsze możliwe przydziały.Nieszczęścia dopełniła jego nawiedzona siostrzyczka Henia, któraw kilka lat stała się najbardziej znaną polską awanturnicą,walczącą z caratem. Skandale w wykonaniu siostryostatecznie zamknęły Teofilowi drogę do wysokich szlifów i stołkaw petersburskim sztabie. Mógł jedynie dalej służyć jakopodrzędny oficerek i szpiegować dla Urzędu Przemian lub walczyćza polską sprawę, z góry skazaną na przegraną.
Kozakłagodnym ruchem wymierzył w niego pistolet. Poza tym kilkunastukozaków mierzyło do Pustowójtowa z karabinków, a pozostalinieznacznie rozsuwali się i przesuwali, by oskrzydlić intruza.
- Jakato propozycja, sztabskapitanie? Niezwykle ciekawym. - Esaułstrzyknął śliną.
- Przybywamtu jako reprezentant Tymczasowego Rządu Narodowego - skłamałgładko Pustowójtow. - Przejdźcie na naszą stronę,wypowiedzcie wierność carowi. Niech Dońcy walczą ramię w ramięz Polakami. Po zwycięstwie dostaniecie pełną autonomię,niezależne państwo na Ukrainie. Na czas starcia z Imperiumotrzyma pan stopień generała kawalerii i obejmie dowództwo nadcałą powstańczą jazdą, a po podpisaniu pokoju zostaniefeldmarszałkiem armii ukraińskiego państwa, hetmanem kozackim.
Krasnowwybuchnął śmiechem. Zawtórowały mu rechoty części półszwadronu.
Kozacynieznacznie zbliżali się do Pustowójtowa. Chłopak dyndający na gałęziprzestał się miotać i już tylko drgał w agonii.
- Pańskaoferta jest niepoważna - odparł esauł. - Zastanowiłbymsię, gdyby poparły ją jakieś naprawdę znaczące argumenty. Niestetynie mam zamiaru popełniać samobójstwa, walcząc o cośniemożliwego.
Teofilskinął głową. Zapanował nad falą złości. Czuł przemożną chęć, żebysięgnąć po moc i wyssać z tych durniów cały ich czas. Zanimktóry by mrugnął, zamieniliby się w klekoczącą kupę starychkości.
- Ile?- spytał wprost.
- Chcenas pan przekupić? Chce, żebyśmy za garść złotówek złamali wojskowąprzysięgę, wyrzekli się cara i ruszyli do samobójczej walkiz regularną armią? I to ramię w ramię z Lachami?Ha!
- Pięćdziesiąttysięcy rubli żołdu na sotnię - oznajmił zimno Teofil.- Miesięcznie.
Krasnowzamrugał nerwowo. Nie należał do najszybciej myślących, słabo teżradził sobie z rachunkami, ale potrafił z grubszaoszacować, że wypadało po kilkaset rubli na żołnierza. To tyle, ilezarabiał carski oficer w ciągu roku! Cała fortuna.
- Skądniby weźmiesz taką forsę, Pustowójtow? - wycedził.
- Niemartw się o to, esaule. Powiedz, ile sotni zdołasz przeciągnąćna naszą stronę, a ja przygotuję pieniądze. Przypominam, że RządNarodowy dysponuje skarbami pamiętającymi czasy potęgiRzeczypospolitej. Słyszałeś pewnie, że obraduje pod samym nosemksięcia Konstantego w podziemnym pałacu. Polacy dysponująpotęgami, o jakich carowi się nawet nie śniło. Dowodem mogą byćlosy carskich oddziałów, które przed paroma chwilami zaatakowałyfolwark. Właśnie przestały istnieć. Wracajcie do koszar, nic tu powas. Zameldujcie, że piechurzy i dragoni zniknęli bez śladu,wpadli w turbulencję rzeczywistości lub inną anomalię.
- Chcęzobaczyć ten pierwszy żołd - odparł Krasnow i powoliopuścił kurek pistoletu. Schował broń do kabury. - Jeślifaktycznie możesz tyle płacić, propozycja jest godna przemyślenia.
- Wezwęwas, gdy będziecie potrzebni. - Odmieniec skinął głową.- Czekajcie w gotowości.
Wyciągnąłdłoń i pozwolił by z przedramienia wypełzły mu srebrnei czarne węże mocy, niewidoczne dla zwykłych ludzi. Sięgnął nimido duszącego się chłopca, pozwalając, by wpiły się w jego ciało.Węże pochłonęły resztę czasu, która została wisielcowi i uderzyłynim w Pustowójtowa. Przyjął ukradzioną moc w swoje ciało.Trwało to mgnienie oka i kozakom nawet na myśl nie przyszło, żeodmieniec zaczyna "czarować". Nie wiedzieli, że skróciłcierpienia umierającego dziecka.
Przedoczami Teofila świat wyblakł i pociemniał. Ucichł szum wiatru,szelest gałęzi, prychanie koni wyciągnęło się, przeszło w basowąnutę. Czas chłopca spalał się, wytwarzając wokół odmieńca sferęszybszego upływu. Mógł teraz poruszać się niczym błyskawica, mógłkolejno poderżnąć każdemu kozakowi gardło, zanim ten choćby mrugnął.Odwrócił się jednak i po prostu odszedł.
Oczywiścieskłamał, mówiąc o potędze Rządu Narodowego i jegoniezmierzonych bogactwach. Buntownicy dysponowali tylko pieniędzmi zeskładki narodowej, którą pilnie powtarzali od wybuchu powstania.Zbierali po miasteczkach i dworach podatek lub w ostatecznościco łaska, nie mieli też żadnych podziemnych pałaców, jak wierzyliRosjanie.
Krasnowpotrząsnął głową. Sylwetka odmieńca w jednej chwili sięrozmazała i zniknęła. Kiedy esauł zamrugał i się rozejrzał,po Pustowójtowie nie było śladu.
- Corobimy, dowódco? - spytał któryś z kozaków.
- Wracamydo Radomia - odparł Krasnow. - Każdy ma trzymaćgębę na kłódkę. Wierzę odmieńcowi w sprawie naszych oddziałów.Nadziali się na formację polskich oborotenów, bandę takich jak tendemon. Major Ebeling i jego chłopcy już nie żyją. Nic tu po nas.
Zmierzyłponurym spojrzeniem żołnierza, który opuścił trupa dzieciaka z gałęzii zdejmował mu z szyi pętlę, by odzyskać sznur. Krasnowpoczuł dziwny niepokój. Wiedział, co odmieniec chciał mu przekazać,ignorując śmierć dziecka. Nie poświęcił konającemu chłopcunajmniejszej uwagi, okrucieństwa nie robią na nim wrażenia. To znak,że sam zdolny jest do rzeczy znacznie gorszych.
Kozakprzypomniał sobie złe czarne oczy Pustowójtowa i poczułprzebiegające po grzbiecie ciarki.
***
DoktorStanisław Loewenhardt rzucił mokre od krwi szarpie sanitariuszcei zaczął owijać ramię rannego kosyniera pociętym w pasypłótnem. Potężny chłop tylko trochę się krzywił, choć przestrzelonana wylot ręka z pewnością bolała jak diabli. Pocisk przeorałmięśnie i wyleciał, nie uszkadzając żadnej arterii, nie trzebateż było dłubać w przestrzelinie, wystarczyło przemyć,powstrzymać krwotok i zabandażować. Jeśli nie prowadziło sięoperacji, niebezpieczeństwo ropnej gorączki gwałtownie malało.Stanisław zauważył już jakiś czas temu tę prawidłowość i podejrzewał,że gnicie ran i zakażenia po operacjach powodowało coś, cokrążyło w powietrzu lub znajdowało się na ostrzu skalpelai szczypiec. Skażona moc? Morowe powietrze? Drobinki niewidocznegołym okiem? Na wszelki wypadek młody lekarz zawsze staranniewycierał narzędzia, czasem nawet między poszczególnymi operacjami.Raz na tydzień kazał Wandzie myć je wodą, płukać alkoholem i wycieraćdo sucha.
- Wszyscyzdrowi? Nikt więcej nie oberwał? - Wychylił się zza drzwii krzyknął w głąb korytarza.
Izba,pełniąca na co dzień funkcję buduaru gospodyni dworu, służyła odgodziny za szpital polowy. Powstańcy wnieśli tylko do środka ławę, byzastępowała stół operacyjny, i gotowe. Wanda płukała szarpiew misie, postawionej na blacie gotowalni - masywnegomebla pamiętającego czasy napoleońskie. Pełna szufladeki szufladeczek komoda zaopatrzona została w owalnezwierciadło w grubej ramie, rzeźbionej w kwietne girlandy.Ruda sanitariuszka, tnąc płótno na bandaże i przepakowujączwitki szarpi, spoglądała w zwierciadło.
Odbiciejednak jej nie zachwycało. Twarz miała pobladłą z wysiłku poużyciu mocy, przez co piegi odznaczały się jeszcze mocniej. Podoczami pojawiły się wory ze zmęczenia i niewyspania, włosysterczały na wszystkie strony. Fryzura aż ruszała się od weszi pcheł, a tygodniowy brud wżarł się już niemal na stałew skórę dziewczyny. Wyglądała teraz jak prawdziwa wiedźma. Nicdziwnego, że Stanisław ani raczył na nią spojrzeć. Na nic zdawały siępowłóczyste spojrzenia i zalotne trzepotanie rzęsami. Doktor niedostrzegał swojej pielęgniarki.
"Zato gdyby tylko pojawiła się tu Henia Pustowójtówna - pomyślałagorzko Żydówka - od razu zagotowałby się z miłości".Co miała w sobie ta cholera, że mężczyźni świata poza nią niewidzieli? Jak znaleźć to coś w sobie?
Naszczęście Heni, legendarnej już bojowniczki o Polskę, tu niebyło. Służyła w stopniu adiutanta w armii generałaLangiewicza i to jego aktualnie czarowała swymi głębokimi jakotchłań czarnymi oczyma. I pokaźnym biustem.
Wandakrytycznie oceniła swoją wiotką, dziewczęcą sylwetkę. No nie, odpowabu Heni Pustowójtówny dzieliła ją przepaść.
- Jestjeszcze jeden, panie doktorze! - rozległo się w sieni.
- Naco czekacie? Dawać go! - zakomenderował Loewenhardt.- Wandziu, obmyj, proszę, nożyce i skalpel.I w czystej wodzie, dziewczyno, nie w tej breiz krwią! Rusz się! Nie masz sił iść do studni czy co? Mam kogośzawołać?
- Damsobie radę. - Wanda zacisnęła zęby.
Właściwieledwie już powłóczyła nogami. W uszach jej szumiało, ustawypełniał smak kurzu i ohydna słodkość migdałów - smakparującej ciągle mocy. Powinna teraz w spokoju usiąść i odbyćmedytację, by jak nauczał major Jemioła, uspokoić umysł, a potemporządnie się wyspać.
- Coza cholerny pech! - rozdarł się Muniek Węgorzewski.
Krępyi niewysoki chłopak, niewiele starszy od Wandy, zostałwprowadzony przez dwóch kosynierów. Chłopi podtrzymywali strzelcawyborowego pod ramiona, ten zaś podpierał się jedną nogą, drugątrzymając podkurczoną. W ręku ściskał swój ulubiony karabin,belgijski sztucer, z którego potrafił ustrzelić Moskalaz odległości pół wiorsty. Nie zdecydował się odłożyć broni,nawet gdy kładziono go na ławie.
Wandazałamała ręce. Muniek, jako jedyny w partii nieudolnie próbowałzabiegać o jej względy, co trochę łechtało próżność dziewczyny.Lubiła chłopaka, jego toporne zaloty poprawiały jej humor.Węgorzewski był zdolnym i odważnym żołnierzem, od jakiegoś czasupełnił nawet funkcję sierżanta w kompanii kapitana Pustowójtowa.To, że został ranny w potyczce, w której poległo tylkotrzech powstańców, faktycznie zakrawało na cholerny pech.
- Wyobraźciesobie, trafili mnie zupełnie przypadkowo! - oburzał sięMuniek. - Pobiegłem z kilkoma chłopakami ścigaćniedobitki z rozbitej roty. Jakieś dwie wiorsty od folwarkudopadliśmy czterech uciekinierów. Jednego położyłem trupem, zanim sięzorientował, że depczemy im po piętach, dwaj pozostali zostalizakłuci przez chłopców, trzeci próbował się poddać. Uklęknął i rzuciłkarabin. I na świętą Barbarę, broń wystrzeliła. Dostałem prostopod kolano, coś takiego!
- Jakto na wojnie. - Loewenhardt wzruszył ramionami, pochylającsię nad chłopakiem. - Zabłąkane kule, pomyłkowe ostrzały,bywa. Zdejmuj spodnie.
- PrzyWandzi? - obruszył się strzelec. - Mowy nie ma!
- Jestemsanitariuszką - dumnie odparła dziewczyna. - Widziałamciekawsze rzeczy niż twoje gołe nogi i jakoś żyję.
WreszcieLoewenhardt pomógł chłopakowi i zdarł z niego spodnie orazkalesony, po czym obejrzał dziurę wlotową od kuli i skrzywiłsię, kręcąc głową. Wanda spojrzała ponad ramieniem lekarza. Niestudiowała medycyny, właściwie nigdy nie chodziła do szkoły, aledomyśliła się, że sprawa jest poważna. Kula strzaskała kośćpiszczelową i utkwiła pod kolanem. Zapowiadała się długai skomplikowana operacja, a szanse na to, że Muniekprzeżyje leczenie, nie były wysokie. Przy uszkodzeniach kości częstodochodziło do gangreny lub ropnej gorączki. Poza tym ciężej rannychpowstańców po prostu się zostawiało, licząc, że zostaną wykurowaniprzez dobrych ludzi lub przynajmniej oszczędzeni przy wzięciu doniewoli.
- Chybabędę musiał odciąć - oznajmił ponuro Loewenhardt. - Todaje największe szanse na przeżycie.
- Coodciąć? - Muniek zbladł. - Moją nogę? Jak toodciąć?
- Paniedoktorze, ech, Stasiu - bąknęła przerażona Wanda. - Niemamy już ani kropli eteru.
Butelkaz cudowną substancją usypiającą została opróżniona jakiś czastemu i aktualnie w zasobach polowego szpitala nieznajdowały się żadne inne specyfiki uśmierzające ból. Muniekzrozumiał, że chcą mu odpiłować nogę na żywca i podpierając siękarabinem, próbował wstać i uciec.
Loewenhardtoparł się oburącz o jego ramiona i posadził go siłąz powrotem. Odwrócił się do Wandy:
- Idźdo kuchni, niech zagotują trochę wody. Przyprowadź dwóch silnychchłopów do przytrzymania pacjenta i znajdź jakiś gruby patyk.Muniek musi mieć w co wbić zęby, gdy będziemy amputować.
- Coto znaczy amputować?! - ryknął strzelec. - Niezgadzam się! Puść mnie pan, do jasnej cholery!
Wanda,zataczając się z wrażenia, wyszła na korytarz. Tak jej byłoszkoda sympatycznego strzelca. Przywykła do jego adoracjii traktowała go jak kogoś z rodziny, powiedzmy- niesfornego, ale wesołego kuzyna.
Wparowałado kuchni, gdzie zastała właścicielkę dworku, starszą, dystyngowanądamę, w towarzystwie kucharki i pokojówki. Wszystkie trzypiły herbatę z samowara, pobladłe i wystraszone niedawnąstrzelaniną. Poderwały się na równe nogi, gdy Wanda chaotyczniewyrecytowała listę żądań. Dziedziczka osobiście pobiegła do drewutniszukać klina do gryzienia dla operowanego, kucharka zabrała się dorozniecania żaru w piecu, by nastawić gar wody, a pokojówkapobiegła po nici do podwiązania żył po amputacji.
Wandawybiegła przed dwór szukać silnych mężczyzn do przytrzymaniastrzelca. Na samym ganku wpadła jednak wprost w ramionaPustowójtowa. Rosjanin akurat wchodził do środka w towarzystwiemajora Jemioły. Dziewczyna odbiła się od jego piersi i Rosjaninodruchowo ją przytrzymał.
- Łapyprecz, bydlaku! - wrzasnęła, natychmiast sięgając po moc.
Jejgłos zadźwięczał w uszach Teofila niczym dzwon. Oficer odepchnąłrudą wiedźmę i zasłonił uszy, krzywiąc się z bólu. W jegoczarnych oczach błysnęła złość. Wysłano go jako szpiega, by zabiłmiędzy innymi tę przeklętą Żydówkę; miał ku temu już tyle okazji, alesię wahał. I po co? Powinien już dawno skręcić tej cholerzekark. Powtarzała tylko o nim paskudne historie, plotkowałao jego napadach szału i popełnionych zbrodniach. Wstrętna,mała jędza.
- Pax!- zakomenderował uśmiechnięty Jemioła. - Pogodziciesię kiedyś czy będzie się nieustannie szarpać i popychać? Co siędzieje, Wandzia?
- Muniekoberwał, Staś chce mu urżnąć nogę! Potrzebujemy kogoś do pomocy.
Jemiołaobrócił sanitariuszkę, pchnął z powrotem do środka i kazałsię prowadzić do lazaretu. Wszyscy w oddziałach dobrze znalii lubili Muńka, łącznie z dwoma dowódcami. NawetPustowójtowa mocno zmartwiła informacja o fatalnej kontuzjistrzelca. Węgorzewski był doskonałym snajperem i nieraz jużpokazał, co potrafi. Nikt w partii Jemioły nie zabijał takprecyzyjnie. Szkoda byłoby stracić dobrego żołnierza.
- Nieee!- Muniek odpychał karabinem czerwonego ze złościLoewenhardta.
Obajsiłowali się na operacyjnej ławie. Na widok dwóch dowódcówwchodzących do buduaru natychmiast przerwali starcie. Doktorwyprostował się i poprawił kamizelkę, piorunując Węgorzewskiegowzrokiem. Nie miał w zwyczaju bić się z pacjentami, ale tenrozwrzeszczany cwaniak z sandomierskiego grał mu na nerwach.Jeszcze chwila i ranny dostałby w zęby.
- Uspokójsię, Muniek - zakomenderował krótko Jemioła. - Niemamy czasu na przepychanki, lada chwila ruszamy w dalszą drogę.Musimy stąd zniknąć, bo po dzisiejszej bitwie w okolicy zaroisię od Moskali. Generał Uszakow z pewnością wyśle cały pułk, bynas upolować.
- Niezostawicie mnie tutaj!
- Niemarudź.
- Dokądruszamy?
- Lepiej,byś nie wiedział.
- Czylijednak mnie zostawicie! - ryknął Muniek. - Niechcecie, bym coś wygadał, gdy zgarną mnie Rosjanie. Idę z wami.
- Doktorze?- Jemioła zwrócił się do Loewenhardta.
- Amputacjajest konieczna, by pacjent przeżył. W innym wypadku musiałbymprzeprowadzić długą operację, ale nie mamy na to ani czasu, aniśrodków medycznych. Bez znieczulenia zabieg jest niemożliwy. Musimyciąć, nim dojdzie do gnicia.
Pustowójtowpodszedł do strzelca i spojrzał na niego spod krzaczastych brwi.Muniek natychmiast się uspokoił. Teofil był jedną z niewieluosób, które budziły respekt w Węgorzewskim. Rosjanin przyglądałmu się, jakby rozważał przydatność żołnierza i szacował, czyjakikolwiek wysiłek dla niego ma sens. Muniek zorientował się, żeważą się jego losy. Usiadł prosto i wypiął pierś, by wyglądać nadzielnego i cennego wojaka.
- Mógłbymmu pomóc, ale potrzebuję źródła czasu. Potrzebuję ofiary. - Teofilspojrzał kolejno na obecnych.
Wszyscy,nie wyłączając Jemioły, poczuli się nieswojo. Wzrok Rosjaninakojarzył mu się ze spojrzeniem drapieżnika, który szuka czegoś dopożarcia. Wanda zacisnęła pięści, poczuła, jak głosy cisną się jej dogłowy i proszą, by je wykrzyczała, najlepiej prosto w twarzprzeklętego odmieńca, którego nikt nie lubił, za to wszyscy się gobali. Przyłączył się do powstańców niby jako dezerter z carskiejarmii, ale i tak od początku podejrzewano go o szpiegostwo.Wanda zawsze była pewna, że Pustowójtow to drań i zwyrodniałymorderca.
- Możeużyje pan mojego czasu, kapitanie? - nieśmiało spytałMuniek.
- Dobrypomysł, chłopcze. Spróbuję pomóc, ale wiedz, że spalę część twojejenergii życiowej. Nie dożyjesz późnej starości - ostrzegłoficer. - Niech wszyscy się odsuną.
- Nierób tego, Muniek! - ostrzegła Wanda. - Zdaj sięna umiejętności Stasia.
Strzelecspojrzał na nią i uśmiechnął się niepewnie, potem przeniósłspojrzenie na oficera. Skinął twierdząco głową. Pustowójtow pchnął golekko w pierś, zmuszając, by ponownie położył się na ławie.Chłopak miał niepewną minę. Nagle zastygł w połowie gestu,z oczami wbitymi w oficera. Pustowójtow wodził chwilędłonią nad ciałem Muńka. Wanda poczuła znajomy zapach mocy, kiedypowietrze zaiskrzyło wokół odmieńca i jego ofiary.
- Bierzsię pan do roboty, panie doktor - wycedził przez zębyTeofil. - Wyjmij kulę, szybko.
Loewenhardtnie zadawał pytań, już kiedyś zetknął się z mocamiprzywoływanymi przez Pustowójtowa. Wiedział, że ten potrafi objąćjakąś osobę lub obszar energią mutatio i zmieniać wewnątrz upływczasu. Muniek wyglądał właśnie na dramatycznie spowolnionego. W tejchwili czas dla niego płynął setki razy wolniej i w jegospowolnionym czasie operacja zajmie nie długie minuty, lecz ułameksekundy.
Lekarzzłapał za skalpel i szybko poszerzył ranę, by móc w niąwłożyć szczypce do wyciągania kul. Wanda podała mu je bez słowa.Loewenhardt mruknął pod nosem z wrażenia. Przecięta tkankazupełnie nie krwawiła, a pacjent nie czuł bólu. Jego organizmnie zorientował się jeszcze, że coś się dzieje. Władając tak potężnąmocą, jakże wiele dobrego mógłby uczynić rosyjski odmieniec, gdybyzgodził się asystować przy operacjach! Jak wielkie możliwościotworzyłoby to przed światem nauki! Dałoby się nawet prowadzićoperacje na otwartym sercu, otworzyć brzuch kobiety w ciąży bezszkody dla płodu lub dokonać zabiegu na mózgu. Niesamowite!
Wydobytanie wiedzieć kiedy kula brzdąknęła o dno blaszanej misy.Loewenhardt, zadowolony z siebie i tego, że miał okazjęprzeprowadzić tak niezwykły zabieg, uśmiechnął się do Pustowójtowa.Po czole odmieńca spływały krople potu. Oficer nieustannie wodziłdłonią nad operowanym. Wszyscy obecni wiedzieli, że splata wężeupływającego czasu, ujarzmia je i zmusza do zmianyrzeczywistości. Wanda, porwana jakimś niezrozumiałym dla niejodruchem, wytarła szmatką czoło Rosjanina.
- Mamzszywać ranę? - spytał Loewenhardt.
Pustowójtowtylko odmownie pokręcił głową. Skupił się na niezwykłym splocie.Czuł, jak bystry srebrny wąż mocy przepływa mu między palcami. Zdusiłgo i pchnął w ranę. W punktowo wybranych miejscachnogi operowanego czas zaczął gwałtownie przyspieszać. Krew wpierwtrysnęła z przeciętych tkanek, by po sekundzie zakrzepnąćw strup. Na oczach zachwyconego lekarza, Wandy i majoraJemioły rana zaczęła się zabliźniać. Tkanki łączyły się ze sobą,strup odpadł, odsłaniając gojącą się, różową bliznę, która po chwiliściemniała i zastygła. Pustowójtow westchnął z ulgąi odsunął się w tył.
Węgorzewskinagle ożył. Ryknął na całe gardło jak oszalały. W jednej chwilipoczuł, jakby ktoś wetknął mu w ranę rozpalony pręt. Mięśniecałego jego ciała spięły się i zadygotały w szoku. Jemiołai Loewenhardt doskoczyli do chłopaka i oburącz goprzytrzymali.
- Cosię stało?! - wysapał Muniek.
- Jesteśzdrowy - odparł Pustowójtow. - Noga będzie cięrwała, szczególnie przed zmianą pogody, ale możesz chodzić, a nawetbiegać. Zabieg pożarł kilka dobrych lat twego żywota, mnie zaśprzyprawił o ból głowy. Muszę się napić.
Jemiołauśmiechnął się promiennie i serdecznie uściskał zaskoczonego tąwylewnością Teofila.
- Cieszęsię, że mam takich ludzi w oddziale. Wszyscy jesteściewspaniali. - Major wręcz promieniał. - Wódkędostaniesz dopiero wieczorem, Teofilu. Teraz pora zbierać ludzi dowymarszu.
Muniekzeskoczył z ławy i zrobił kilka kroków. Doskoczył doPustowójtowa i uścisnął mu dłoń. Teofil, ku własnemuzaskoczeniu, mimo wyczerpania i mdłości, poczuł się dobrze.Ogarnęły go dziwna euforia i poczucie spełnienia. Poczochrałczuprynę chłopaka i odpowiedział uśmiechem.
- Dokądruszamy, Janku? - zwrócił się do Jemioły.
- Napołudnie, odnaleźć armię generała Langiewicza - odparłdowódca. - Muszę złożyć mu pewną propozycję. Propozycjęwzięcia udziału w operacji, od której będzie zależał dalszyprzebieg tej wojny. I los nas wszystkich.
Oficynawydawnicza RW2010 proponuje
AndrzejW. Sawicki: KOLCE W KWIATACH
Zbióropowiadań ze świata powieści "Nadziejaczerwona jak śnieg" oraz "Furia błękitna jak ogień".
PołowaXIX stulecia. W Warszawie, w okopach oblężonegoSewastopola, na dalekich stepach Syberii, w prowincjonalnych,polskich miasteczkach, trwają przygotowania do buntu, który możezmienić oblicze świata. Obdarzeni boskimi mocami odmieńcy muszązdecydować, po której stronie stanąć w nadchodzącym konflikcie.
Zanimkosynierzy runą na rosyjskie roty, zanim strzelcy wymierzą brońw Dońców i carskich dragonów, ci od których zależą losybatalii, muszą się odnaleźć.
Nadeszładla nich pora, by wybrać drogę.
SZABLĄI WĄSEM. ANTOLOGIA OPOWIADAŃ SARMACKICH
Autorzy:Andrzej W. Sawicki, Monika Sokół, Agnieszka Hałas, Stanisław Truchan,Tomasz Kilian, Dawid Juraszek
Szabląi wąsem, ogniem i mieczem, kontuszem i dworkiem.
PrawdziwychSarmatów już nie ma. Co się nam ostało? Ognie i miecze, potopy,Wołodyjowskie pany... Wilcze gniazda, diabły łańcuckie,samozwańce.... Charakterniki, szubieniczniki i licho wie, cojeszcze... No i fajnie, ale czy fikcyjni Sarmaci muszą byćwszyscy na jedno kopyto?
"Szabląi wąsem" to zbiór opowiadań polskich autoreki autorów, którzy Sarmacji nadmierną rewerencją nie darząi opowiedzieć chcą o niej inne, świeższe historie.A opowiadać jest przecież o czym. Czasy PierwszejRzeczypospolitej to sensacje, thrillery i komedie pisanehistorią, której niestety albo się wstydzimy, albo którą sięchełpimy, zamiast po prostu się nią interesować. Zebrane w tymtomie opowiadania gromko jednak krzyczą "Veto!" i naspuściznę po Sarmacji patrzą z nowego punktu widzenia, czasemtrzeźwo, czasem krzywo, a czasem zezem.
Odlatających machin królowej Ludwiki, przez patriotyzm diabła Boruty,po alternatywne oblężenie Jasnej Góry - ten fantastycznyzbiorek bez czołobitności wyciąga z legendy i historiiSarmacji to, o czym wciąż warto snuć opowieści.
AgnieszkaHałas: PO STRONIE MROKU
Piekłoma wiele obliczy, a wszystkie one stanowią część planów Stwórcy.Na odwieczną machinę przeznaczenia składają się miliony pojedynczychtrybików. Takich jak hiszpański alchemik El Claro, wojowniczka SangreVeland, rudy demon Samir von Katzenkrallen czy jedenastoletniastrzyga Maszka. Dwanaście opowiadań połączonych wspólnym motywemSzeolu zabierze was w podróż przez różne czasy i miejsca- od współczesnej codzienności po rubieże zaświatów, odśredniowiecznych Karpat po zbombardowane Nagasaki i płonąceWorld Trade Center.
RadosławLewandowski: YGGDRASIL. STRUNY CZASU
"Strunyczasu" opisują zmagania kilkudziesięcioosobowejśredniowiecznej społeczności, przeniesionej przypadkowoi bezpowrotnie w okres paleolitu środkowego, w czasygdy po ośnieżonych równinach dzisiejszej Europy wędrowały olbrzymiestada reniferów, dzikich koni i ciągnących w ślad za nimidrapieżników. Potężne mamuty nie miały godnych siebie przeciwników,z wyjątkiem mrozu i prymitywnych słabo uzbrojonych łowców,którzy równie często występowali w roli myśliwego co ofiary.
Wrazz mieszkańcami wioski, w przeszłość zostaje przeniesionyniewielki oddział Wikingów, najemników, których Thor wystawił nanajcięższą próbę w drodze do Walhalli. Temporalnipodróżnicy, a wraz z nimi cała ludzkość, stają w obliczuwielkiego niebezpieczeństwa.
Kontynuacjaserii w powieści "Yggdrasil. Exodus".
DawidJuraszek: JEDWAB I PORCELANA, tomy I, II, III i IV
"Jedwabi porcelana" to orientalna powieść drogi - drogiwiodącej przez labirynty przeznaczenia i przypadku, przezmroczne tajemnice ludzi i bóstw, przez obce krainy rodem z mitówi annałów, przez zakamarki skrywanych namiętności i rwącychsię do urzeczywistnienia marzeń.
O Chinachnikt jeszcze w Polsce tak nie pisał. Cesarstwo Środka tomiejsce, gdzie ścierają się siły ludzkie i moce nadprzyrodzone,gdzie niebezpieczeństwo nigdy nie jest daleko, a przygoda zawszezaskakuje. Pośród bitewnego zgiełku, upiornych nawiedzeń i cielesnychpokus bakałarz Xiao Long zmaga się z własnymi demonami i samymsobą. Jedwab i porcelana to opowieść o Chinachi Chińczykach, opowieść jak ze snu - snu, z któregotrudno się otrząsnąć.
Zapraszamydo lektury czterech fascynujących tomów:"Biały tygrys", "Niebieski smok", "Czerwonyptak" i "Czarny żółw".
DawidJuraszek: CAIREN. DRAPIEŻCA
GdybyMarco Polo był Conanem Barbarzyńcą... miałby na imię Cairen!
Dziesięćwartkich opowiadań. Dziesięć orientalnych przygód z prężeniemmuskułów i przymrużeniem oka. A w nich bez likuzaginionych cywilizacji, walnych bitew, powabnych dziewek, groźnychmonstrów, magicznych sztuk, starożytnych grobowców, literackichnawiązań, i czego tam jeszcze.
Pośródszczęku mieczy, szabli, koncerzy, sztyletów, kindżałów, puginałówi handżarów, jęku cięciw, bajań mędrców i westchnieńrozkoszy... W ociekających przepychem pałacach Czungii,przedwiecznych ruinach miast Goryo, podmorskich grotach potworówNipponii, przybytkach zmysłowych uciech Syamii... Ramię w ramięi twarzą w twarz z Mengutami, Tuerami, Malajami,Jugurami, Manczami i Parsami... Przez spienione grzywaczeOceannego Morza, niezgłębione dżungle Kmerii, śnieżne pustkowiaXybelii, monsunowe ulewy Czamby... Wszędzie tam, bez zbytniejrewerencji dla chanów, szejków, cesarzy, kalifów, sułtanów, królów,szachów, szogunów czy maharadżów, dumnie, butnie i zuchwalekroczy CAIREN!
JoannaŁukowska: PIERWSZA Z RODU: ZNAJDA
Toopowieść o skrzatach i ludziach, radzących sobie w świeciebez słońca. Estera pisze pamiętnik, licząc, że ktoś go przeczyta;o ile po latach mroku ktoś jeszcze będzie umiał czytać. Rosa,młody przywódca skrzatów z Boru, rozmyśla o nieciekawejsytuacji swych pobratymców. Wielebna Maura czyni wyrzuty pozbawionejuczuć Pustej z powodu zagubienia Obiektu. Jakim sposobemdzieciak wymknął się z sieci? A jakim cudem ociemniałyświat wciąż trwa? Czyżby dało się oszukać los? Czy ziarnkiem piasku,zgrzytającym w żarnach przeznaczenia, może być dziwna zielonookadziewczynka? Milczy i uśmiecha się szczerbato, odważnie patrzącw mroczną twarz Boru. Skrzatów też się nie boi, choć nie należąone do codzienności ludzkich szczeniąt. Kim jest to dziecko?
"Znajda"to opowieść o wyborach, wolnej woli, różnych obliczach miłości,o tym, że Droga jest ważniejsza od Celu. Bo choć przeszłość jestjedna, niezmienna, ścieżek prowadzących do przyszłości może byćwiele...
KatarzynaUznańska: ZIEMIĄ WYPEŁNISZ JEJ USTA
Gdyłowca staje się ofiarą...
Królewskiemiasto nie zasypia nigdy, ale dopiero po zmroku budzą się jegoupiory. Łowca, skryty w cieniu starych kamienic, poluje nasamotne kobiety, by podzielić się ich ciałami z rzeką. Ta nocbędzie dla niego wyzwaniem - z prześladowcy staniesię ofiarą. Utarty schemat życia Łowcy rozpadnie się w pył, gdymężczyźnie przyjdzie zmagać się z podobną mu, choć o wielepotężniejszą istotą - estrią.
Ina- polska szlachcianka - egzystuje od wieków podpostacią żydowskiego demona; czuje jednak, że jej czas dobiega końca.Wybrała Łowcę na powiernika swojej historii, a może kogośznacznie więcej...
W powieściteraźniejszość splata się z historią i mitem, tworzącwspółczesną baśń o ludzkich pragnieniach i przekraczaniugranic w pogoni za ich zaspokojeniem.
MaciejŻytowiecki: SZUJE, MĄTWY I STRACEŃCY
Odkryminału po urban fantasy. Od science-fiction po dramat. Jedenaściefantastycznych tekstów i jeden autor.
Latającawyspa plemienia Wilg i Polska okresu PRL-u. Mroczne zaułkiChicago i obca planeta zamieszkana przez nadistoty. Nieodległaprzyszłość i czasy barbarzyńców. Poznań i tajemniczaAsylea, gdzie osiadł pewien upiór.
Trzymajciesię mocno.
Jedenaścieopowiadań. Dziesięciu bohaterów. A wszyscy to szuje, mątwy albostraceńcy.
MaciejŻytowiecki: MÓJ PRYWATNY DEMON
Chicago,1939 rok. Miastem wstrząsa seria mordów. Tajemniczy zabójca zbierakrwawe żniwo wśród pracujących dziewcząt, pozostawiająccharakterystycznie okaleczone ciała. Przywrócony do służby detektywEzra ma mało czasu, żeby rozwiązać zagadkę. Najpierw jednak musizmierzyć się ze swoimi demonami - być może sam jestbardziej niebezpieczny niż wszyscy zbrodniarze świata. Od brudnychzaułków Chicago, po kraniec wszechświata... Kryminał fantastyczny,jakiego jeszcze nie było.
MarekHemerling: PILLON I SYNOWIE
Regułygry zostały ustalone dawno temu przez założyciela firmy - DominikaPillona. Testament określał je bardzo precyzyjnie. Pillon i synowie.Jego synowie. Niektórzy już odeszli, niektórzy jeszcze się nieurodzili, czekając spokojnie na swoją szansę w bezpiecznychobjęciach niskich temperatur. Filip jest po prostu jednym z nich- młodszym Pillonem, Pillonem w fazie szkolenia.Wychowany przez zastępczą matkę, pod czujną, choć dyskretną opiekąstarszych braci, nie ma jeszcze pojęcia, jaka go czeka przyszłość.Wszystko w swoim czasie.
Jegobiologiczni rodzice nie żyją od ponad wieku. Założona przez ojcafirma wciąż ma niezłe notowania. Życie bez zbędnej filozofii toczysię normalnym rytmem. Bracia trzymają rękę na pulsie. Dbają o własnyinteres, realizując przy okazji testament Dominika Pillona.
TymczasemŁagodny Olbrzym wciąż drzemał ukryty w cieniu Dominium...
KonradT. Lewandowski: MOST NAD OTCHŁANIĄ
Osobliwyświat, gdzie ruch gwiazd i planet nie podlega żadnym regułom.Potężne państwo-miasto, o władzę nad którym walczą dwastronnictwa. Doskonały styl sprawia, że czytelnik wyrusza wrazz autorem w podróż niezwykłą, daleko i bliskojednocześnie. Bo choć tam, gdzie toczy się akcja, nic nie jest takiesamo, to jednocześnie wszystko wygląda jakby znajomo... przynajmniejjeśli chodzi o ludzkie motywacje, pragnienia bohaterówi nieuniknioną logikę dziejów.
Powieśćepicka i kameralna zarazem, fantastyczna i uniwersalna,gdzie w walce między ludźmi i ideami nic nie jest takoczywiste, jak się wydaje stronom konfliktu, a racja jak zwykleleży gdzieś pośrodku, gdzieś wysoko ponad nimi... A może gdzieśnisko, tam, gdzie nie sięga nawet Otchłań?
Politycznei religijne rozgrywki toczyły się poza Andremilem. Jak każdypotomek Starych Rodów ukończył Akademię wojskową, ale z tą starątradycją nie łączyły się żadne obowiązki. Do armii garnęło się dośćnuworyszy i zubożałych mieszczan, żeby synowie arystokratówmogli spokojnie zajmować się winem, niewolnicami i poezją.Andremil, któremu ojciec kupił patent oficerski, nigdy niepodejrzewał, że będzie musiał walczyć naprawdę! Aż tu nagle przyszedłrozkaz od doży wysyłający niedoświadczonego porucznika w pole.Co się kryło za tą zaskakującą decyzją? Młodzieńca poraził strach.Jeszcze wczoraj był na balu, a teraz czekała go walka, w którejnajpewniej zginie. Jak postąpi Andremil? Wykaże się odwagąi przebiegłością czy zapomni o honorze, byle uratowaćżycie?
ElaGraf: AGENCJA DIMOON. TEN SIĘ ŚMIEJE, KTO UMRZE OSTATNI.
Viavilleto spokojne miasto, rodzina Colona zaprowadziła tu porządek kilka lattemu, eliminując niemal całkowicie konkurencję. Ale nie tylko włoskamafia rządzi miastem i chroni tych, którzy się jejpodporządkują. Istnieje w Viaville organizacja o wielepotężniejsza, starsza, lepiej ukryta. Ci, którzy do niej należą lubsą jej protegowanymi, nie muszą się obawiać prawie niczego. W raziedrobnego problemu z prawem pomoże im Agencja Dimoon.
RobertDimoon jest najlepszym detektywem na całym Złotym Wybrzeżu. Pomagająmu w tym niewątpliwie jego paranormalne zdolności oraz liczniznajomi z wielu, bardzo zróżnicowanych kręgów...
Jednaklato 2002 roku nawet dla niego okaże się niezwykle gorące i burzliwe.Jego spokój zmącą nie tylko tajemnicze morderstwa i dziwnezagadki kryminalne, lecz także budząca się prastara, potężna moc,zagrażająca ustanowionemu od dawna porządkowi...
AleksanderKowarz: RYDWAN BOGÓW
Fotoreporter,dwoje egiptologów, franciszkanin i nie taka całkiem zwyczajnaturystka zostają przez przypadek towarzyszami niezwykłej podróży,która zaprowadzi ich w miejsca, o jakich nie śnili.A wszystko to za sprawą złotego skarabeusza, znalezionegow pobliżu Kazimierza Dolnego, który okazuje się kluczem dowielkiej zagadki.
Pięćtysięcy lat wcześniej w równie niezwykłą podróż wybrali siękapłan Świątyni Horusa Sefian i jego syn. Sefianowi zostałapowierzona delikatna i ważna misja, a niepowodzenie niewchodzi w rachubę.
Losyobu grup, choć dzielą ich tysiące lat, są ze sobą ściśle powiązane zasprawą tytułowego Rydwanu Bogów. Czym jest, dlaczego jest tak ważnyi dlaczego wszyscy chcą nim zawładnąć? Piątka towarzyszy musiznaleźć odpowiedzi na te i inne pytania, aby móc wrócić do domu.
Fascynującapowieść, w której odległa przeszłość przeplata sięz teraźniejszością, magia z wiarą, miłość z powinnością,a przeznaczenie z misją.