Rozdział I
Przepowiednia
Niewiele wiadomo o ostatnich dniach życia Hariego Seldona, chociaż
istnieje wiele ubarwionych relacji z tego okresu, w tym takich, których
on sam podobno jest autorem. Żadna z nich nie okazała się wiarygodna.
Wydaje się jednak oczywiste, że ostatnie miesiące życia Seldon spędził w spokoju, niewątpliwie czerpiąc satysfakcję z efektów swej wieloletniej
pracy. Mając tak analityczny umysł i potężne narzędzie, jakim jest
psychohistoria, z pewnością widział rozpościerającą się przed nim
panoramę wydarzeń potwierdzających drogę ku przyszłości, jaką wytyczył.
I chociaż był już u kresu swych dni, żaden inny śmiertelnik nie był
równie pewny i przeświadczony o wspaniałej obietnicy, jaką niesie
przyszłość.
Encyklopedia Galaktyczna1
1
"A ja... jestem skończony".
Te słowa odbijały się echem w jego głowie. Spowijały go uparcie jak koc,
którym pielęgniarz Hariego wciąż przykrywał mu nogi, chociaż w ogrodach
imperialnych był ciepły dzień.
Jestem skończony.
To zdanie było jego nieodłącznym towarzyszem.
Skończony.
Przed Harim rozpościerały się pofałdowane pagórki lasów Shoufeen,
dzikiej części ogrodu otaczającego Pałac Imperialny. Rośliny i małe
zwierzęta z różnych części Galaktyki rosły tam i rozmnażały się bez
czyjejkolwiek ingerencji. Wysokie drzewa zasłaniały nawet wszechobecne
kontury metalowych wież. Potężne miasto-świat otaczało tę małą leśną
wysepkę.
Trantor.
Mrużąc słabnące oczy, mógł niemal udawać, że znajduje się na innej
planecie, nie tak płaskiej i podporządkowanej służbie ludziom i ich
Imperium Galaktycznemu.
Ten las kpił z Hariego. Kompletny brak linii prostych wydawał się
perwersją, buntem zieleni opierającej się wszelkim próbom rozszyfrowania
i zrozumienia. Ta geometria wydawała się nieprzewidywalna, nawet
chaotyczna.
Myślami wybiegł do tego chaosu, tak niezdyscyplinowanego i tętniącego
życiem. Rozmawiał z nim jak równy z równym. Ze swym największym wrogiem.
Walczyłem z tobą całe życie, wykorzystując matematykę do pokonania
ogromnej złożoności natury. Za pomocą psychohistorii analizowałem
matrycę ludzkiego społeczeństwa, wydobywając ład z tego mrocznego
gąszczu. I chociaż zwycięstwo nadal wydaje się odległe, wykorzystywałem
politykę i podstęp, by pokonać niepewność. Pędziłem cię precz jak
nieprzyjaciela.
Dlaczego więc teraz, w chwili mego triumfu, słyszę twoje wołanie?
Chaosie, mój stary wrogu?
Odpowiedź przyszła w tym samym zdaniu, które wciąż słyszał w myślach.
Ponieważ jestem skończony.
Skończony jako matematyk.
Minął ponad rok, od kiedy Stettin Palver, Gaal Dornick czy którykolwiek
z pozostałych członków Pięćdziesiątki zasięgał rady Hariego w kwestii
poważnych zmian lub przeróbek Planu Seldona. Darzyli go niezmiennym
podziwem i szacunkiem. Jednak nawał obowiązków nie pozostawiał im czasu
na wizyty. Ponadto wszyscy wiedzieli, że jego umysł nie jest już tak
sprawny, by mógł żonglować miriadami abstrakcji jednocześnie. Potrzeba
młodzieńczej energii, koncentracji i arogancji, by rzucić wyzwanie
wielowymiarowym algorytmom psychohistorycznym. Jego następcy, wybrani
spośród najlepszych umysłów dwudziestu pięciu milionów światów, mieli
tych zdolności w nadmiarze.
Jednak Hari nie mógł sobie pozwolić na bezczynność. Pozostało mu zbyt
mało czasu.
Skończony jako polityk.
Jakże nienawidził tego słowa! Udając, nawet przed samym sobą, że chciał
być wyłącznie skromnym naukowcem. Oczywiście, była to tylko poza.
Pierwszym Ministrem całego zamieszkanego przez ludzi wszechświata mógł
zostać jedynie człowiek mający niezwykły talent polityczny i nadzwyczaj
zręczny manipulator. Och, w tej dziedzinie również był geniuszem;
sprawnie korzystał z władzy, pokonywał wrogów, zmieniał życie miliardów
- i przez cały czas narzekał, że nienawidzi tego.
Niektórzy mogliby spoglądać na takie swoje młodzieńcze osiągnięcia z rozbawieniem i dumą. Jednak nie Hari Seldon.
Skończony jako konspirator.
Wygrał każdą bitwę, zwyciężył we wszystkich kampaniach. Rok wcześniej
Hari subtelnie nakłonił obecnych władców Imperium do stworzenia
idealnych warunków, w jakich mógł wydać owoce jego tajny plan
psychohistoryczny. Wkrótce sto tysięcy uchodźców znajdzie się na
bezludnej planecie, odległym Terminusie, gdzie będą tworzyć wielką
Encyklopedię Galaktyczną. Jednak po upływie zaledwie pięćdziesięciu lat
ten pozorny cel zejdzie na dalszy plan, a ujawni się cel prawdziwy:
założenie na krańcu Galaktyki Fundacji mającej w przyszłości stać się
zalążkiem imperium trwalszego od poprzedniego, które upadło. Od wielu
lat dążył do tego w dzień i śnił o tym w nocy. Te sny wybiegały w przyszłość, przez tysiące lat społecznego rozpadu - wieki cierpień i przemocy - ku nowej erze rozkwitu. Ku lepszemu przeznaczeniu ludzkości.
Dopiero teraz zakończyła się jego rola w tym ogromnym przedsięwzięciu.
Hari właśnie skończył nagrywać wiadomości do Krypty na Terminusie -
serię przemyślanych komunikatów, które miały co pewien czas zachęcać do
działania lub podtrzymywać na duchu członków Fundacji, zmierzających ku
świetlanej przyszłości przepowiedzianej przez psychohistorię. Gdy
ostatnia wiadomość została umieszczona w sejfie, Hari wyczuł zmianę
nastrojów w otoczeniu. Nadal był szanowany, a nawet uwielbiany. Nie był
już jednak potrzebny.
Jedną z oznak tego było zniknięcie ochroniarzy: trójki humanoidalnych
robotów, które Daneel Olivaw przydzielił Hariemu do czasu zakończenia
nagrań. Nastąpiło to nagle, w studiu nagraniowym. Jeden z robotów -
zręcznie udający krępego młodego technika medycznego - pochylił się do
ucha Hariego.
- Musimy już odejść. Daneel ma dla nas pilne zadania. Kazał mi jednak
przekazać panu wiadomość. Wkrótce pana odwiedzi. Spotkacie się jeszcze,
zanim wszystko się skończy.
Może nie ujął tego zbyt taktownie, lecz od przyjaciół i bliskich Hari
zawsze oczekiwał otwartego stawiania spraw.
Nieproszony, w jego myślach pojawił się wyraźny obraz z przeszłości:
jego żony Dors Venabili bawiącej się z Raychem, ich synem. Westchnął.
Zarówno Dors, jak i Raycha już dawno nie było - tak jak niemal
wszystkich więzi, jakie kiedykolwiek łączyły go z innymi.
Ta myśl przyniosła inne zakończenie zdaniu, które jak refren odbijało
się echem w jego głowie...
Skończony jako człowiek.
Lekarze rozpaczliwie usiłowali przedłużyć mu życie, gdyż osiemdziesiątka
według obecnych standardów była stosunkowo młodym wiekiem. Hari jednak
nie widział sensu w jałowej egzystencji. Szczególnie jeśli nie mógł już
analizować wszechświata ani wpływać na jego kształt.
Czy to dlatego przyniosło mnie tutaj, do tego lasku? - pomyślał.
Spojrzał na dziki, nieprzewidywalny gąszcz - niewielki zakątek ogrodów
imperialnych, które zajmowały sto pięćdziesiąt kilometrów kwadratowych i były jedynym takim zielonym terenem na okrytym metalową skorupą
Trantorze. Większość gości wolała hektary nienagannie utrzymanego parku,
otwartego dla publiczności, pełnego niezwykłych i starannie dobranych
kwiatów.
Lecz jego przyciągały lasy Shoufeen.
Tutaj, niezasłonięty przez ściany Trantora, dostrzegam chaos - w listowiu za dnia i w nikłym świetle gwiazd nocą. Słyszę chaos drwiący ze
mnie... mówiący mi, że wcale nie zwyciężyłem.
Ta ponura myśl sprawiła, że jego pomarszczona twarz skurczyła się w uśmiechu.
I kto by pomyślał, że w tak podeszłym wieku zacznę oczekiwać
sprawiedliwości?
Kers Kantun znów wygładził koc, pytając troskliwie:
- Dobrze się pan czuje, doktorze Seldon? Nie powinniśmy już wracać?
Służący Hariego Seldona miał śpiewny akcent - i zielonkawą skórę -
Valmorila, członka ludzkiej rasy zamieszkującej odległą gromadę Corithi,
gdzie pozostawali odizolowani tak długo, że teraz mogli się krzyżować z innymi ludźmi wyłącznie po enzymatycznej obróbce plemników i komórek
jajowych. Po odejściu robotów, Kers został pielęgniarzem i strażnikiem
Hariego. Obie te funkcje pełnił z cichym oddaniem.
- W takich dzikich ostępach czuję się nieswojo, doktorze. Na pewno nie
lubi pan takich gwałtownych podmuchów wiatru.
Hari słyszał, że rodzice Kantuna przybyli na Trantor jako młodzi
urzędnicy - członkowie klasy biurokratów. Spodziewali się spędzić kilka
lat w imperialnej służbie na stołecznej planecie, ucząc się w podobnych
do klasztorów bursach, aby potem wrócić jako administratorzy Imperium.
Jednak brak zdolności i awansów zmusił ich do pozostania tutaj i wychowywania syna w stalowych jaskiniach, których nienawidzili. Kers
odziedziczył po rodzicach słynne poczucie obowiązku Valmorilów - inaczej
Daneel Olivaw nigdy nie wybrałby go na opiekuna Hariego.
Może już nie jestem użyteczny, lecz niektóre osoby nadal uważają, że
warto o mnie zadbać, pomyślał Helikończyk.
Hari uważał, że określenie "osoba" bardziej pasuje do R. Daneela Olivawa
niż do wielu ludzi, których znał.
Przez kilka dziesięcioleci Seldon strzegł tajemnicy istnienia
Wieczystych - robotów od dwudziestu tysięcy lat mających pieczę nad
przeznaczeniem ludzkości, nieśmiertelnych maszyn, które pomogły stworzyć
Pierwsze Imperium Galaktyczne, a potem zachęciły Hariego, by ułożył plan
stworzenia następnego. Najszczęśliwsze chwile swego życia Hari spędził u boku jednej z nich. Bez uczucia Dors Venabili oraz pomocy i ochrony
Daneela Olivawa nigdy nie zdołałby stworzyć psychohistorii ani
wprowadzić w życie Planu Seldona.
I nie odkryłby, że wszystko to w ostatecznym rozrachunku nie będzie
miało żadnego znaczenia.
Wiatr w koronach rosnących wokół drzew zdawał się drwić z Hariego. W tych świstach słyszał głuche echa swoich wątpliwości.
Fundacja nie może wykonać postawionego przed nią zadania. Kiedyś, w którymś momencie następnego tysiąclecia zakłócenia zmienią parametry
psychohistoryczne i zaburzą statystyczną równowagę, przekreślając Plan.
To prawda, miał ochotę wykrzyczeć wiatrowi. Jednak uwzględniłem to w moich obliczeniach! Powstanie Druga Fundacja, utajona, kierowana przez
jego następców, która w nadchodzących wiekach skoryguje Plan, podejmując
odpowiednie przeciwdziałania, aby zapewnić jego realizację!
Mimo to uparty głos nie milkł.
Maleńka, ukryta kolonia matematyków i psychologów ma zrobić to wszystko,
w Galaktyce szybko staczającej się w otchłań przemocy i zniszczenia?
Przez długie lata wydawało się, że to nieprzezwyciężona słabość Planu...
aż szczęśliwy zbieg okoliczności przyniósł rozwiązanie. Mentaliści,
zmutowana ludzka rasa o niezwykłych umiejętnościach czytania i zmieniania ludzkich uczuć i wspomnień. Ich zdolności były jeszcze słabe,
lecz dziedziczne. Adoptowany syn Hariego - Raych - przekazał ten dar
swojej córce Wandzie, teraz kierującej realizacją Projektu Seldona.
Zwerbowano każdego mentalistę, jakiego zdołano znaleźć. Będą oni
zawierali związki małżeńskie z potomkami psychohistoryków i po kilku
pokoleniach łączenia genów utajniona Druga Fundacja powinna mieć
wystarczające możliwości, by uchronić Plan przed niebezpieczeństwami,
jakie napotka w nadchodzących stuleciach.
I co? - drwił znowu wiatr. Co wtedy będzie? Drugie Imperium rządzone
przez szare eminencje? Tajną kastę telepatów? Arystokrację
mentalistów-półbogów?
Chociaż nowa elita miała jak najlepsze intencje, ta perspektywa
przejmowała go dreszczem.
Kers Kantun nachylił się nad nim, spoglądając z troską. Hari oderwał
myśli od westchnień wiatru i w końcu odpowiedział na pytanie sługi.
- Och, przepraszam. Oczywiście, masz rację. Wracajmy. Jestem zmęczony.
Lecz gdy Kers skierował wózek ku niewidocznej stacji tranzytowej, Hari
wciąż słyszał głos lasu, szydzący z dzieła jego życia.
Elita mentalistów to tylko jeszcze jedna przykrywka, prawda? Druga
Fundacja kryje inną prawdę, a pod nią jeszcze jedną.
Oprócz tego projektu umysł większy od twojego obmyślił inny plan. Ktoś
silniejszy, bardziej oddany i mający więcej cierpliwości. Plan, który na
razie korzysta z twoich założeń... ale na dłuższą metę przekreśli
znaczenie psychohistorii.
Hari szperał prawą ręką pod szatą, aż znalazł gładki sześcian z dziwnego
kamienia, pożegnalny prezent od swego przyjaciela i mentora, R. Daneela
Olivawa. Trzymając w dłoni starożytne archiwum, mruknął zbyt cicho, żeby
usłyszał go Kers:
- Daneelu, obiecałeś przyjść i odpowiedzieć na wszystkie moje pytania. A mam ich wiele przed śmiercią.
2
Z kosmosu planeta wyglądała na miły świat prawie nietknięty przez
cywilizację. Gruby pas bujnych lasów deszczowych opasywał jej równik, a wąskie oceany omywały brzegi trzech kontynentów.
Opadając ku starej imperialnej stacji badawczej, Dors Venabili patrzyła
na rosnącą w dole zieloną Panucopię. Minęło prawie czterdzieści lat, od
kiedy była tu ostatnio. Towarzyszyła mężowi, gdy uciekali przed
niebezpiecznymi wrogami z Trantora. Kłopoty jednak dosięgły ich i tutaj,
co miało prawie tragiczne konsekwencje.
Tamta przygoda była najdziwniejsza w jej życiu - choć trzeba przyznać,
że Dors była jeszcze bardzo młodym robotem. Na ponad miesiąc ona i Hari
zostawili ciała w kapsułach, podczas gdy ich umysły zostały przeniesione
do mózgów dwóch pansów (w niektórych dialektach nazywanych
"szympansami") przemierzających pierwotne lasy tej planety. Hari
twierdził, że do badań psychohistorycznych potrzebne mu są dane
dotyczące prymitywnych wzorców zachowań, ale Dors podejrzewała, że z jakichś powodów szacowny profesor Seldon na chwilę zapragnął zejść do
poziomu małpy.
Doskonale pamiętała uczucia towarzyszące wejściu w samicę pansa i potężne organiczne odruchy kierujące tym sprawnym, żywym ciałem. W przeciwieństwie do symulowanych emocji, jakie jej zaprogramowano, te
cechowały się naturalną, niepohamowaną gwałtownością - szczególnie w ciągu tych kilku niebezpiecznych dni, kiedy ktoś usiłował ich zabić,
tropiąc niczym zwierzęta, podczas gdy ich umysły nadal były uwięzione w ciałach pansów.
Ledwie uniknąwszy śmierci, szybko wrócili na Trantor, gdzie Hari
niebawem niechętnie podjął obowiązki Pierwszego Ministra. Jednak ten
miesiąc zmienił ją i pozwolił znacznie głębiej zrozumieć życie
organiczne. Patrząc wstecz, ceniła sobie to doświadczenie, które
pozwoliło jej lepiej opiekować się Harim.
Mimo wszystko Dors nie spodziewała się, że znów zobaczy Panucopię. Do
czasu, aż została wezwana na spotkanie.
Mam dla ciebie prezent, głosiła wiadomość. Coś, co ci się przyda.
Wiadomość była opatrzona niepowtarzalnym kodem identyfikującym, który
Dors natychmiast rozpoznała.
Lodovik Trema.
Lodovik mutant.
Lodovik renegat.
Robot, który już nie jest robotem.
Z początku wahała się. Miała obowiązki na planecie Smushell. Było to
łatwe zadanie: udając arystokratkę z tego przyjemnego małego świata,
musiała zaaranżować małżeństwo dwojga młodych Trantorczyków i zachęcić
ich do spłodzenia jak największej liczby dzieci. Daneel uważał, że ta
misja jest ważna, lecz - jak zawsze - nie chciał wyjawić powodów. Dors
wiedziała tylko, że Klia Asgar i jej mąż Brann są niezwykle silnymi
mentalistami - ludźmi o ogromnych zdolnościach telepatycznych, jakie
wcześniej posiadały tylko niektóre roboty, takie jak Daneel. Nagłe
pojawienie się mentalistów wymusiło weryfikację wielu planów... i ponowne
ich zmiany w ciągu minionego roku. Było sprawą zasadniczej wagi, by fakt
istnienia mentalistów utrzymać w tajemnicy przed resztą Galaktyki, tak
jak przez tysiąclecia utrzymywano w tajemnicy obecność robotów.
Gdy nadeszła wiadomość od Lodovika, Dors nie miała czasu, by czekać na
instrukcje Daneela. Chcąc zdążyć na spotkanie, musiała pierwszym
liniowcem wyruszyć na Siwennę, gdzie miał czekać na nią szybki statek.
Proponuję zawieszenie broni, dla dobra ludzkości, informował Lodovik.
Obiecuję, że uznasz tę wycieczkę za celową.
Klia i Brann byli bezpieczni i szczęśliwi. Dors podjęła środki
ostrożności znacznie większe od wszelkich możliwych zagrożeń, a ponadto
zostawiła na straży swoich asystentów. Nie miała powodu, by nie lecieć.
Mimo to ta decyzja przyszła jej z największym trudem.
Teraz, w drodze na spotkanie, rozprostowała ręce, czując napięcie w pozytronowych receptorach rozmieszczonych dokładnie w tych samych
miejscach, co nerwy w ciele kobiety. Jej odbicie w kryształowym panelu
widokowym nakładało się na rosnący w dole las. Dors miała taką samą
twarz jak wtedy, kiedy mieszkała z Harim. Zawsze myślała o niej jako o swojej prawdziwej twarzy.
Hari Seldon nadal żyje, pomyślała. Było to częściowo oparte na
informacjach, a częściowo na przeczuciu. Chociaż nie należała do
robotów, które Daneel obdarzył giskardiańskimi zdolnościami
mentalistycznymi, była pewna, że wyczuje, kiedy odejdzie jej mąż. W tym
momencie część jej pamięci obumrze, zamykając jego obraz i wspomnienie w stałym, oddzielnym obwodzie. Mimo że zapewne przeżyje go o dziesięć
tysięcy lat, Dors w pewnym sensie zawsze będzie należała do Hariego.
- Lądujemy za dwie godziny, Dors Venabili.
Pilot, niewielki humanoidalny robot, był niegdyś członkiem calvinian,
grupki heretyków, którzy usiłowali udaremnić psychohistoryczny plan
Hariego. Trzydzieści tych maszyn ujęli rok wcześniej pomocnicy Daneela,
po czym wysłali je na odległą planetę naprawczą, gdzie miały zostać
przystosowane do przestrzegania Zerowego Prawa Robotyki. Jednak Lodovik
Trema przejął po drodze ten ładunek więźniów. Najwidoczniej teraz
pracowali dla niego.
Nie rozumiem, dlaczego Daneel powierzył Tremie tę misję... czy jakąkolwiek
inną. Należało go zniszczyć, gdy tylko odkryliśmy, że jego umysł nie
akceptuje już Czterech Praw Robotyki.
Najwidoczniej Daneel miał z tym problemy. Robot, który od dwudziestu
tysięcy lat kierował rozwojem ludzkości, zdawał się nie wiedzieć, jak
traktować maszynę, która zachowywała się bardziej jak człowiek. Która
usiłowała kierować się etyką, zamiast sztywnymi zasadami, jakie jej
zaprogramowano.
Cóż, ja nie mam wątpliwości, rozmyślała Dors. Trema jest niebezpieczny.
W każdej chwili jego zasady "etyczne" mogą skłonić go do działania
przeciwko nam... lub przeciw ludziom, a nawet Hariemu!
Zgodnie z prawami Pierwszym i Zerowym mam obowiązek działać.
Ten ciąg myślowy był logiczny, niepodważalny. Jednak w jej wypadku
każdej decyzji towarzyszyły symulowane emocje, tak realistyczne, że
według Daneela nie dało się ich odróżnić od ludzkich. Każdy ujrzałby w tym momencie na twarzy Dors zdecydowanie świadczące o tym, że jest
gotowa służyć i bronić za wszelką cenę.
3
Był taki czas, że korespondencją Hariego zajmowało się sto czterdzieści
sekretarek. Teraz mało kto pamiętał, że kiedyś był Pierwszym Ministrem.
Nawet sława, którą ostatnio cieszył się jako Kruk, prorok zagłady,
szybko poszła w niepamięć, gdy wiecznie spragnieni sensacji reporterzy
zajęli się innymi tematami. Od zakończenia jego procesu i dekretu
Komisji Bezpieczeństwa Publicznego, skazującego zwolenników Hariego na
wygnanie na Terminusa, otrzymywał coraz mniej wiadomości. Teraz zaledwie
pół tuzina listów czekało na monitorze ściennym, kiedy Kers
przyprowadził go z codziennego spaceru.
Najpierw Hari przejrzał cotygodniowe sprawozdanie Gaala Dornicka, który
nadal nagrywał je osobiście na znak szacunku dla ojca psychohistorii.
Szeroka twarz Dornicka ciągle była młoda i jowialna, co budziło
odruchowe zaufanie rozmówcy - mimo że matematyk kierował najważniejszym
spiskiem w dziejach ludzkości.
- Teraz naszym największym zmartwieniem jest sama emigracja. Wygląda na
to, że niektórzy członkowie Projektu Encyklopedii nie są zbyt zadowoleni
z tego, że wygnano ich z Trantora na sam koniec znanego wszechświata! -
Dornick zachichotał, lecz w jego głosie było słychać lekkie znużenie. -
Oczywiście spodziewaliśmy się tego i poczyniliśmy odpowiednie plany.
Komisarz Linge Chen wydzielił specjalny oddział tajnej policji, mający
przeciwdziałać dezercjom. A nasi mentaliści pomagają zachęcać
"ochotników" do odlotu wyznaczonymi statkami. Trudno jednak upilnować
ponad sto tysięcy ludzi. Hari, mamy z tym mnóstwo kłopotów! - Gaal
przekartkował papiery i zmienił temat. - Twoja wnuczka przesyła
pozdrowienia z Gwiezdnego Krańca. Wanda melduje, że mentaliści radzą
sobie tam tak dobrze, że może wkrótce wróci do domu. Co za ulga, że w końcu pozbyliśmy się większości mentalistów. Na Trantorze byli
nieustannym zagrożeniem. Teraz w mieście zostali tylko najbardziej godni
zaufania, a ci oddają nam nieocenione usługi podczas przygotowań. Tak
więc wydaje się, że panujemy nad sytuacją...
Istotnie. Hari przejrzał wykres psychohistoryczny dołączony do
wiadomości od Gaala i stwierdził, że idealnie zgadza się z Planem.
Dornick, Wanda i pozostali członkowie Pięćdziesiątki doskonale znali
swoją robotę.
W końcu sam ich tego nauczył.
Nie musiał uruchamiać swojej kopii Pierwszego Radianta, żeby wiedzieć,
co musi się teraz wydarzyć. Wkrótce agenci zostaną wysłani na Anakreon i Smyrmo, aby wzniecić płomień secesji w tych odległych prowincjach i przygotować scenę do pierwszego z wielu kolejnych kryzysów, które
przejdzie Fundacja... I które w końcu doprowadzą do powstania nowej i lepszej cywilizacji.
Oczywiście Hari dostrzegał zabawną stronę tej sytuacji - sam jako
Pierwszy Minister tłumił rewolucje i zadbał o to, by jego następcy
trzymali żelazną ręką tak zwane światy chaosu, ilekroć gwałtowne ruchy
społeczne zagrażały galaktycznej równowadze. Jednak bunty, które jego
zwolennicy muszą opanować na Peryferiach, będą zupełnie inne. Kierowane
przez ambitnych miejscowych arystokratów, usiłujących zwiększyć swoje
wpływy, powstania te pod każdym względem będą miały klasyczny przebieg
idealnie pasujący do równań.
Wszystko zgodnie z Planem.
Większość pozostałej korespondencji Hariego nie zawierała niczego
interesującego. Odrzucił zaproszenie na doroczne przyjęcie dla
emerytowanych pracowników Uniwersytetu Streelinga... oraz inne, na
imperatorską wystawę nowych dzieł sztuki stworzonych przez "geniuszy"
Ekscentrycznego Ładu. Ktoś z Pięćdziesiątki weźmie udział w tym
spotkaniu, aby zmierzyć poziom dekadencji w kaście imperialnych
artystów. Jednak była to tylko kwestia potwierdzenia tego, co już
wiedzieli - że prawdziwa kreatywność obumierała wraz z Imperium. Hari
był dostatecznie stary, by odrzucić zaproszenie. I zrobił to.
Następnie pojawiła się notatka przypominająca o opłaceniu składki na
rzecz gildii, do czego był zobowiązany jako wysoko postawiony
merytokrata - i czego najchętniej by zaniechał. Z tą pozycją były jednak
związane pewne przywileje, a on, w tym wieku, nie miał ochoty zostać
zwyczajnym obywatelem. Hari złożył ustne polecenie przelewu.
Serce zabiło mu mocniej, gdy wyświetlacz na ścianie ukazał list z agencji detektywistycznej Pagamant. Wynajął tę firmę przed wieloma laty,
aby odszukała jego synową Manellę Dubanqua oraz jej maleńką córeczkę
Bellis. Obie zniknęły ze statkiem z uchodźcami uciekającym z Santanni,
świata chaosu, na którym zginął Raych. Zamigotał mu płomyk nadziei.
Czyżby wreszcie je znaleziono?
Nie, krótka notatka informowała, że detektywi wciąż analizują raporty o zaginionych statkach i wypytują podróżujących na trasie Kalgan-Siwenna,
gdzie po raz ostatni widziano Arcadię VII. Będą nadal prowadzić
śledztwo... chyba że Hari w końcu postanowił zakończyć poszukiwania?
Zacisnął szczęki. Nie. Hari ustanowił fundację mającą finansować te
poszukiwania nawet po jego śmierci.
Z pozostałych wiadomości dwie były oczywistym śmieciem: listy przysłane
przez matematyków amatorów z odległych światów, którzy twierdzili, że
samodzielnie odkryli podstawowe prawa psychohistorii. Hari polecił
programowi monitorującemu pokazywać takie listy, ponieważ niektóre
bywały zabawne. Ponadto raz lub dwa razy w roku list wskazywał na
prawdziwy talent, iskrę geniuszu, która nieoczekiwanie rozbłysła na
jakimś odległym świecie, jeszcze niewypalonym pośród miliardów gasnących
węgli wszechświata. W ten sposób ujawniło się kilku obecnych członków
Pięćdziesiątki. Szczególnie jego najlepszy współpracownik Yugo Amaryl,
któremu przypadał zaszczyt współtwórcy psychohistorii. Jego kariera, od
skromnych początków po wyżyny matematycznego geniuszu, umacniała
przekonanie Hariego, że każde przyszłe społeczeństwo powinno się opierać
na systemie bezklasowym, zachęcającym jednostki do rozwijania swych
zdolności. Dlatego zawsze chociaż pobieżnie przeglądał te listy.
Tym razem jeden przykuł jego uwagę.
...Wygląda na to, że znalazłem zależność między pańską techniką
psychohistoryczną a matematycznymi modelami wykorzystywanymi do
przewidywania przebiegu kosmicznych prądów przestrzenno-molekularnych!
To, z kolei, przedziwnie zgadza się z rozkładem typów gleby na planetach
wybranych z różnych obszarów Galaktyki. Pomyślałem, że może chciałby pan
przedyskutować ten problem osobiście. Jeśli tak, proszę...
Hari parsknął śmiechem, aż Kers Kantun wyjrzał z kuchni. Ten człowiek
był cudowny, bez dwóch zdań! Przejrzał rzędy matematycznych symboli i znalazł amatorskie, lecz dokładne i rzetelne podejście do tematu. Pełen
dobrych chęci zapaleniec nadrabiający brak talentu oryginalnymi
pomysłami. Polecił przekazać list najmłodszemu członkowi Pięćdziesiątki,
zalecając kurtuazyjną odpowiedź - czego Saha Lorwinth powinna się
nauczyć, jeśli miała być jedną z szarych eminencji kierujących ludzkim
przeznaczeniem.
Z westchnieniem odwrócił wózek tyłem do ściennego monitora, zmierzając
do swojego gabinetu. Wyjąwszy spod szaty dar Daneela, położył go na
biurku, w szczelinie specjalnie przeznaczonej do czytania takich
starożytnych zapisów. Na ekranie czytnika pojawiły się dwuwymiarowe
obrazy i archaiczne litery, które przetłumaczył mu komputer.
Słownik dla dzieci
Britannica Publishing Company
New Tokyo, Baleyworld, 2757 p.e.F.
Zapis, na który patrzył, był wysoce nielegalny, lecz to nie mogło
powstrzymać Hariego Seldona, który niegdyś kazał ożywić dwie starożytne
symulacje, Joannę d'Arc i Woltera, wydobywszy je z na pół stopionego
archiwum. W rezultacie część Trantora pogrążyła się w chaosie, gdy
istoty te wyrwały się z zaprogramowanych więzów i zamieszkały w planetarnej sieci informatycznej. Prawdę mówiąc, cała historia
zakończyła się bardzo pomyślnie dla Hariego, chociaż nie dla obywateli
Sektora Junin i Sarka. W każdym razie nie miał większych skrupułów,
ponownie łamiąc prawo archiwów.
Prawie dwadzieścia tysięcy lat temu, pomyślał. Patrzył na datę
publikacji, czując równie wielki podziw jak wtedy, gdy po raz pierwszy
oglądał dar Daneela. Może to zostało napisane dla dzieci z tamtych
czasów, lecz zawiera więcej naszej historii, niż wszyscy dzisiejsi
imperialni uczeni mogą odtworzyć.
Pół roku zajęło Hariemu przestudiowanie i ogarnięcie początków ludzkiej
cywilizacji, która zrodziła się na odległej Ziemi, na kontynencie zwanym
Afryką, gdy rasa sprytnych małp po raz pierwszy stanęła na tylnych
łapach i z tępym zdumieniem spojrzała na gwiazdy.
Tyle słów wyłaniało się z tego małego kamiennego sześcianu. Niektóre
były już znajome - dotarły do teraźniejszości w niejasnej formie, przez
ustne przekazy i tradycje...
Rzym
Chiny
Szek Spir
Hamlet
Budda
Apollo
Światy Przestrzeńców
To dziwne, ale niektóre bajki najwyraźniej przetrwały prawie
niezmienione dwieście wieków. Tacy ulubieńcy jak Pinokio... czy
Frankenstein najwidoczniej byli starsi, niż ktokolwiek sobie wyobrażał.
O innych faktach zawartych w tym archiwum Hari po raz pierwszy usłyszał
kilkadziesiąt lat wcześniej, kiedy powiedziały mu o nich te dwie
symulacje, Wolter i Joanna.
Francja
Chrześcijaństwo
Platon
Jednak znacznie dłuższa była lista rzeczy, o których Helikończyk nie
miał pojęcia, a które znalazł w tej książeczce. Fakty dotyczące
przeszłości człowieka, o których wiedział tylko Daneel Olivaw i inne
roboty. Postacie i miejsca, niegdyś niezwykle ważne dla całej ludzkości.
Kolumb
Ameryka
Einstein
Imperium Brazylijskie
Susan Calvin
A wszystko to od wapiennych jaskiń Lascaux po stalowe katakumby, w których Ziemianie kryli się w dwudziestym szóstym wieku, pomyślał.
Szczególnie przygnębiający był dla Hariego krótki esej o starożytnym
szamanie zwanym Karolem Marksem, którego toporne zaklęcia w niczym nie
przypominały psychohistorii, poza głęboką wiarą, jaką jego wyznawcy
pokładali w stworzonym przezeń modelu natury ludzkiej. Marksiści również
sądzili niegdyś, że poznali podstawowe prawa rządzące historią.
Oczywiście my wiemy lepiej. My, seldoniści.
Hari uśmiechnął się ironicznie.
Pozornie Daneel Olivaw sprezentował mu ten relikt z prostej przyczyny -
żeby dać mu zadanie. Coś, czym mógłby się zająć przez te ostatnie
miesiące, zanim jego kruche ciało w końcu przestanie się opierać
śmierci. I chociaż jego umysł był już zbyt słaby, aby zdołał pomóc
Gaalowi Dornickowi i Pięćdziesiątce, nadal mógł się uporać z prostym
problemem psychohistorycznym i dopasować dane z kilku tysiącleci jednego
świata do całego Planu. Nadanie wczesnej historii Ziemi formy
tabelarycznej, pozwoli być może przesunąć linię zerową - warunki
graniczne Pierwszego Radianta o jedno lub dwa miejsca po przecinku.
Ponadto dzięki temu Hari miał poczucie, że jest użyteczny.
I sądziłem, że w ten sposób znajdę odpowiedź na dręczące mnie pytania,
rozmyślał. Niestety, rezultat tylko jeszcze bardziej rozbudził jego
ciekawość. Wygląda na to, że sama Ziemia kilkakrotnie stawała się
światem chaosu. W wyniku jednego z tych epizodów powstał gatunek
Daneela. Stworzono humanoidalne roboty takie jak Dors.
Lekkie drżenie wstrząsnęło lewą dłonią Hariego, wywołując obawę przed
nadejściem kolejnego ataku... ale zaraz przeszło.
Lepiej, by Daneel przyszedł wkrótce, bo nigdy nie uzyskam wyjaśnień, na
jakie zasłużyłem, spełniając jego życzenia przez te wszystkie lata! -
myślał Seldon.
Kers przyniósł mu kolację, wybór mycogeńskich przysmaków, ale Hari
ledwie ich skosztował. Całą uwagę skupił na Słowniku dla dzieci i rozdziale opowiadającym o wielkiej migracji - gdy ogromna populacja
Ziemi usiłowała uciec ze świata, który z jakiegoś tajemniczego powodu
szybko przestawał nadawać się do życia. W wyniku heroicznych wysiłków
prawie miliardowi ludzi udało się opuścić planetę. W prymitywnych
statkach nadprzestrzennych ruszyli w kosmos, by założyć kolonie w Sektorze Syriusza.
Zanim opublikowano ten archiwalny zapis, wydawcy Słownika dla dzieci
mogli tylko zgadywać, ile planet zasiedlono. Raporty z pogranicza
donosiły o wojnach między poszczególnymi światami. A niektóre pogłoski
były jeszcze dziwniejsze. Legendy o duchach przestrzeni. Opowieści o tajemniczych nocnych eksplozjach, potężnych i niepokojących,
dostrzeganych tuż przed prącą naprzód ludzką falą.
Proces rozpadu rozpoczął się, gdy odległe planety utraciły ze sobą
kontakt. Wkrótce zaczął się mroczny wiek ciężkich zmagań i drobnych
swarów, gdy zblakły wspomnienia, a niezliczone małe królestwa pogrążyły
się w barbarzyństwie - dopóki w zamieszkanym przez ludzi wszechświecie
znów nie zapanował pokój. A zaprowadziło go dynamiczne i rosnące w siłę
Imperium Trantorskie.
Zerkając przez tę otchłań czasu, Hari dostrzegł pewien dziwny fakt.
Jeśli to archiwum było przeznaczone dla młodych, to dowodzi, że nasi
przodkowie nie byli idiotami, pomyślał.
Oczywiście Hari przeczytał wiele trudniejszych dzieł, zanim skończył
sześć lat. Jednak ta książka "dla dzieci" byłaby zbyt trudna dla
większości dzieci na Helikonie. Starożytni nie byli głupcami, a jednak
ich cywilizacja pogrążyła się w szaleństwie i amnezji, przemknęło mu
przez myśl.
Na razie równania psychohistoryczne nie dawały żadnego wyjaśnienia. Hari
szukał go w tym archiwum. Zaczynał wszakże podejrzewać, że odpowiedzi -
prawdziwych odpowiedzi - powinno się szukać gdzie indziej.
4
Dziesięć minut przed lądowaniem na Panucopii Dors wróciła do swojej
otoczonej osłoną kabiny. Sięgnęła pod koszulę i rozwinęła kawałek
czarnego materiału. Leżał na stoliku, gładki i obojętny, dopóki jej
pozytronowy mózg nie wysłał mikrofali z zakodowanym sygnałem. Wtedy
czarna powierzchnia zamigotała i nagle ożyła na niej twarz dziewczyny o krótko ściętych włosach, surowa i tchnąca mądrością mimo młodego wieku.
Niebieskie oczy bacznie zmierzyły Dors, zanim postać przemówiła.
- Minęły miesiące, od kiedy ostatni raz mnie przywołałaś, Dors Venabili.
Czy w mojej obecności czujesz się tak nieswojo?
- Jesteś syntetycznie wskrzeszoną symulacją ludzkiej osobowości,
Joanno, a więc nielegalną. Niezgodną z prawem.
- Ludzkim prawem. Lecz aniołowie widują to, czego nie mogą dojrzeć
ludzie.
- Już ci mówiłam, że jestem robotem, a nie aniołem.
Postać wzruszyła ramionami. Zachrzęściły ogniwa kolczugi.
- Jesteś nieśmiertelna, Dors. Myślisz tylko o tym, jak służyć upadającej
ludzkości, ponownie dając szansę kobietom i mężczyznom, którzy
zmarnowali ją przez swój upór. Jesteś ucieleśnieniem wiary w ostateczne
odkupienie. To wszystko zdaje się potwierdzać moją interpretację.
- Przecież moja wiara nie jest twoją wiarą.
Symulacja Joanny d'Arc uśmiechnęła się.
- To miałoby dla mnie znaczenie wcześniej, gdy po raz pierwszy zostałam
wskrzeszona, albo odtworzona, w tej dziwnej nowej erze. Jednak czas,
który spędziłam z symulacją Woltera, zmienił mnie. Nie tak bardzo, jak
by sobie tego życzył! Niemniej wystarczająco, abym nauczyła się trochę
prag-ma-tyz-mu.
To ostatnie słowo wymówiła z lekkim grymasem.
- Moja ukochana Francja jest teraz zatrutym pustkowiem na zniszczonej
planecie, a chrześcijaństwo dawno zostało zapomniane, a więc muszę się
zadowolić tym, co mi pozostało. Poznawszy bliżej Daneela Olivawa,
rozpoznałam w nim prawdziwego apostoła czystej dobroci i świętego
poświęcenia. Jego zwolennicy działają w słusznej sprawie, dla dobra
niezliczonych cierpiących ludzkich dusz. Dlatego też zapytuję cię, drogi
aniele, co mogę dla ciebie zrobić?
Dors zastanawiała się. Była to zaledwie jedna z kopii symulacji Joanny.
Miliony rozproszyły się w przestrzeni kosmicznej - a z nimi tyleż samo
Wolterów i starożytnych memów - wywiewane z Galaktyki przez wiatry
słoneczne w ramach zawartej z Harim czterdzieści lat wcześniej umowy,
mającej uwolnić Trantor od tych komputerowych bytów. Dopóki ich nie
przegnano, te cybernetyczne twory mogły stać się kartą dowolnej wartości
w kosmicznej rozgrywce i potencjalnie zagrozić Planowi Seldona.
Pomimo wszelkich wysiłków zmierzających do ich usunięcia kilka
duplikatów pozostało w świecie rzeczywistym. Chociaż Dors podjęła środki
ostrożności, by trzymać ten sym w odosobnieniu, darzyła Joannę mimowolną
sympatią. Poza tym przed nadchodzącym spotkaniem z Lodovikiem odczuwała
przemożną potrzebę, by z kimś porozmawiać.
Może to po tych wielu latach, kiedy mogłam o wszystkim mówić Hariemu,
pomyślała. Jedynemu człowiekowi w kosmosie, który znał prawdę o robotach
i uważał nas za swych najlepszych przyjaciół. Przez kilka krótkich
dziesięcioleci oswoiłam się z myślą, że konsultuję wszystko z człowiekiem. Wydawało się to naturalne i słuszne. Wiem, że Joanna nie
jest człowiekiem, tak samo jak ja. Ona jednak czuje i zachowuje się jak
istota ludzka! Tak pełna sprzeczności, a jednocześnie tak pewna swoich
racji.
Dors przyznawała, że podziw, jakim ją darzyła, mógł wynikać z zazdrości.
Joanna nie miała ciała, nie odczuwała bodźców. Nie istniała w rzeczywistym świecie. Mimo to zawsze uważała się za uczuciową, prawdziwą
kobietę.
- Znalazłam się w kłopotliwej sytuacji - powiedziała jej w końcu Dors. -
Nieprzyjaciel zaprosił mnie na spotkanie.
- Aha. - Joanna kiwnęła głowa. - Rokowania. I obawiasz się, że to
pułapka?
- Wiem, że to pułapka. Ofiarował mi "dar". Taki, który musi być
niebezpieczny. Lodovik chce w jakiś sposób schwytać mnie w sidła.
- Próba wiary! - Joanna klasnęła. - Oczywiście, znam się na tym. W ciągu
lat spędzonych z Wolterem przeszłam ich wiele. W takim razie odpowiedź
na twoje pytanie jest oczywista, Dors.
- Przecież jeszcze nie znasz szczegółów!
- Nie muszę. Powinnaś stawić czoło temu wyzwaniu. Walczyć i pokonać
wątpliwości. Do dzieła, słodki aniele, i zaufaj swej wierze w Boga.
Dors potrząsnęła głową.
- Już ci mówiłam...
Zanim jednak zdołała dokończyć, symulacja uniosła dłoń, przerywając jej.
- Tak, oczywiście. Bóg, w którego wierzę, to tylko przesąd. W takim
razie, drogi robocie... do dzieła i zaufaj swej wierze w Zerowe Prawo
Robotyki.
5
Podczas następnego spaceru Hari wolał unikać lasów Shoufeen. Zamiast
udać się tam, pozwolił, by Kers Kantun zawiózł go do jednej z tych
wypielęgnowanych części ogrodów imperialnych, które były otwarte dla
gości - pozwolił na to łaskawy gest obecnie panującego figuranta,
imperatora Semrina, osadzonego ostatnio na tronie przez Komisję
Bezpieczeństwa Publicznego.
Dotychczas tylko pięć niewielkich zakątków pałacowego ogrodu, mających
zaledwie po kilka tysięcy akrów, przeznaczano do użytku każdej z klas:
obywateli, ekscentryków, urzędników, merytokratów i szlachty. Semrin
wykorzystał swoją skromną władzę, by udostępnić ponad połowę tego
ogromnego terenu wszystkim warstwom społecznym, zabiegając w ten sposób
o przychylność poddanych.
Oczywiście większość rodowitych Trantorczyków wolałaby dać sobie
powyrywać rzęsy, niż wąchać kwiatki pod gołym niebem. Woleli swoje
ciepłe stalowe jaskinie. Jednak na planecie przebywało również mnóstwo
tymczasowych mieszkańców, takich jak kupcy, dyplomaci, emisariusze i turyści - oraz prawdziwa armia biurokratów, młodych członków klasy
urzędników, wysłanych na krótko na stołeczną planetę w celu
przeszkolenia i zdobycia urzędniczych szlifów. Większość z nich
pochodziła z planet, na których chmury nadal przesuwały się po otwartym
niebie, a deszcz spływał po porośniętych zielenią wzgórzach do mórz. Ci
byli najbardziej wdzięczni Semrinowi za jego szczodry gest. Każdego dnia
po setkach kilometrów ścieżek krążyli goście, z początku nerwowo
reagujący na wypielęgnowane piękno, a potem stopniowo oswajający się z nim.
To sprytne polityczne posunięcie, lecz Semrin może jeszcze drogo za nie
zapłacić, jeśli nie będzie ostrożny. Tego, co raz dane, nie można łatwo
odebrać, myślał Seldon.
Oczywiście takie drobne perturbacje rzadko ukazują się w postaci choćby
najmniejszych wyskoków na psychohistorycznych wykresach. Prawie nie ma
znaczenia, który monarcha akurat zasiada na tronie. Upadek imperium
postępuje z takim impetem, że tylko ci nieliczni, którzy wiedzą jak,
mogą nieznacznie zmienić jego przebieg. Wszyscy inni muszą po prostu się
z tym pogodzić.
Hari przeważnie cieszył się otwartą przestrzenią i niekończącą się
różnorodnością terenów pałacowych. Niestety przypominały mu one również
biednego Grubera - ogrodnika, który pragnął jedynie dbać o swoje
rabatki, lecz z rozpaczy został zabójcą imperatora.
To było dawno temu, pomyślał Hari. Gruber już obrócił się w proch, tak
samo jak imperator Cleon.
A niebawem obrócę się i ja.
Jadąc ścieżką, której nigdy przedtem nie wybrali, Hari i Kers nagle
natknęli się na fraktalowy ogród, w którym specjalne gatunki podobnych
do mchów krzewów zaprogramowano tak, by rosły i kurczyły się przez
skomplikowane, ledwie widoczne podziały. Była to stara forma sztuki,
lecz Hari rzadko widywał tak dobre jej wykonanie. Odcienie ulegały
subtelnym zmianom w zależności od kąta padania promieni słonecznych oraz
kształtu sąsiednich fragmentów. Powstający labirynt zawiłych kombinacji
był prawdziwym gąszczem nieustannie zmieniających się wzorów i barw.
Przechodnie zazwyczaj spoglądali na ten pokaz z niemym podziwem, po czym
spiesznie podążali do następnego z imperialnych cudów. Hari jednak dał
Kersowi znak, by zatrzymał wózek, po czym przywarł wzrokiem do wzorów,
przyciągany przez ich nieme wyzwanie. Ich złożoność nie przypominała
buntowniczego chaosu lasów Shoufeen. Seldon szybko rozpoznał podstawowy
wzór generujący obrazy. Ten organiczny pseudomech zaprogramowano,
opierając się na fraktalowych pochodnych wyprowadzonych z sekwencji
przekształceń Fiquarnn-Julia. To potrafiłoby dostrzec nawet dziecko.
Była to jednak tylko część prawdy. Mrużąc oczy, Hari szybko zauważył, że
w tych obrazach pojawiają się dziury powodujące zatrzymanie i cofanie
się procesu w przypadkowo generowanych odstępach czasu.
Pasożytnictwo, pomyślał. Tak działa wirus lub inny pasożyt, mający w pewnych warunkach rozkładać mech. W ten sposób nie tylko powstają
interesujące wzory. Obumieranie i odradzanie się jest niezbędne dla
sprawnego działania całości!
Wkrótce Hari zauważył, że w systemie działa więcej takich pasożytów. W rzeczy samej, artysta stworzył tu cały mikroekosystem... spełniający swoje
zadanie.
Helikończyk skupił się, pospiesznie analizując algorytmy wykorzystane
przez zręcznego ogrodnika. Och, w żadnym razie nie było to dzieło
matematycznego geniusza. Niemniej jednak taki sposób połączenia
matematyki z inżynierią organiczną świadczył, że artysta nie tylko miał
talent i oryginalne pomysły, ale również poczucie humoru. Hari o mało
nie parsknął śmiechem...
Tylko że w tym momencie zauważył je.
Dziury, które trwały.
Tutaj. I tam. I w kilku innych miejscach. Fragmenty otwartej
przestrzeni, na które z niewiadomej przyczyny mech nigdy nie wkraczał.
Było tam światło i ożywcza mgła barw. Pędy wciąż wysuwały się ku tej
pustej przestrzeni... i nie wiedzieć czemu, za każdym razem kierowały się
w inną stronę.
I nie była to jedyna dziwna cecha. O tam! Miejsce, gdzie ta żywa materia
wiła się i skręcała, ale zawsze powracała do tego samego odcienia
błękitu, mniej więcej co osiem sekund. Niebawem Hari naliczył
przynajmniej tuzin anomalii, których nie potrafił wytłumaczyć. Nie
pasowały do żadnego matematycznego profilu. A tymczasem istniały.
Westchnął, rozpoznając zjawisko. Dobrze znał ten problem - przez całe
życie usiłował go rozwiązać.
Współoddziaływanie.
Pojawia się także w równaniach psychohistorycznych i podręcznikach
historii. Zdołałem wyjaśnić większość jej aspektów. Nadal jednak
niektóre pozostają niewyjaśnione. Duchy nawiedzające modele
matematyczne, niewytłumaczalne siły mogące roznieść w pył nasze ukochane
teoretyczne paradygmaty.
Ilekroć jestem blisko... wymykają mi się.
Banalny przykład sztuki ogrodniczej przypomniał mu o tym rozczarowaniu i Seldon poczuł w ustach gorzki smak porażki. Nagle, ku jego ogromnemu
zdziwieniu, łzy stanęły mu w oczach. Przesłoniły wesoły wzór kwiatowy,
spowijając go mgłą i rozmazując, a następnie zmieniając w gęstwinę
migoczących promieni...
- Och, czy to możliwe? No, no, sam profesor Seldon! Niech będzie
błogosławiona bogini przypadku, która w ten sposób skrzyżowała nasze
ścieżki!
Helikończyk poczuł, że stojący za wózkiem Kers Kantun sprężył się, gdy
tuż przed nimi, kłaniając się raz po raz wyrosła jakaś postać. Tylko
tyle zobaczył Hari, zanim wyjął z rękawa chustkę i otarł oczy. W tym
czasie mężczyzna terkotał, jakby nie mógł uwierzyć w swoje szczęście.
- To dla mnie wielki zaszczyt, panie! Szczególnie że napisałem do ciebie
zaledwie dwa dni temu! Oczywiście nie liczę na to, że osobiście czytałeś
moją wiadomość. Z pewnością masz całe mnóstwo sekretarzy, którzy czytają
twoją pocztę.
Hari potrząsnął głową i w końcu zdołał dostrzec szary mundur urzędnika -
niskiego, dość przysadzistego indywiduum o łysawej czaszce,
zaczerwienionej już od słońca.
- Nic podobnego, ostatnio sam czytam moją korespondencję.
Krągły człowieczek zamrugał - jego oczy były podpuchnięte, jakby miał
uczulenie.
- Naprawdę? To cudownie! A zatem mogę spytać, czy pamięta pan mój list?
Jestem Horis Antic, imperialny lektor średniego szczebla, do pańskich
usług. Napisałem do pana w związku z pewnymi nadzwyczajnymi
podobieństwami między pańską pracą, której nie jestem godzien
komentować, a prawidłowościami zaobserwowanymi w przepływie
galaktycznych prądów...
Hari skinął głową i uniósł rękę, powstrzymując ten potok wymowy.
- Owszem, pamiętam. Pańskie spostrzeżenia były... - Szukał odpowiedniego
słowa. - Bardzo nowatorskie.
Nie było to najbardziej dyplomatyczne określenie. W tych czasach wielu
obywateli Imperium uznałoby je za obraźliwe. Jednak Hari wyczuł już, że
ten urzędnik ma duszę ekscentryka i nie obrazi się.
- Rzeczywiście? - Horis Antic jakby urósł o kilka centymetrów. -Mogę
więc wręczyć panu kopię moich obliczeń? Przypadkiem mam ją przy sobie.
Mógłby pan - oczywiście, jeśli znajdzie pan czas - porównać te dane z pańskimi wspaniałymi modelami i sprawdzić, czy wskazane korelacje mają
jakiś sens.
Pulchny człowieczek sięgnął w zanadrze. Hari usłyszał gniewny pomruk
Kersa i powstrzymał go szybkim machnięciem ręki. Już dawno nie brał
udziału w dworskich intrygach. Któż miałby teraz powód, by zabijać
Hariego Seldona?
Gdy człowieczek szperał nerwowo pod połą szaty, Hari zauważył, że szary
strój niezwykle dobrze leży na jego korpulentnym ciele. Insygnia
wskazywały, że Horis Antic jest urzędnikiem dość wysokiej rangi. Mógł
być wiceministrem jakiegoś prowincjonalnego świata, a nawet oficjelem
piątego lub szóstego stopnia w trantorskiej hierarchii. Z pewnością
niezbyt ważnym. (Urzędnicy rzadko byli ważni). Niewątpliwie jednak był
niezastąpiony dla kilku arystokratów i merytokratów, ze względu na swoją
pracowitość i efektywność. Rzadki okaz pośród leniwych biurokratów.
Może zostało mu nawet kilka szarych komórek, pomyślał Hari, czując
dziwną sympatię do tego niskiego mężczyzny. Dostatecznie dużo, żeby mieć
jakieś hobby. Jakieś ciekawe zajęcie przed śmiercią.
- Och, jest! - zawołał triumfalnie Antic, wyjmując standardową kartę
pamięci i podając ją Hariemu.
Kers zręcznie przejął kartę, zanim Seldon zdążył wyciągnąć rękę. Służący
wepchnął ją sobie do kieszeni, żeby dokładnie sprawdzić, zanim pozwoli,
by dotknął jej Hari. Zmieszany biurokrata zamrugał, po czym skinął
głową, godząc się z tym.
- No tak. Wiedziałem, że zakłócając panu spokój, dopuszczam się
niewybaczalnego zuchwalstwa. Proszę znaleźć w sercu odrobinę litości i wybaczyć mi to. I bardzo proszę o kontakt, gdyby miał pan jakieś
pytania... oczywiście na mój numer domowy. Rozumie pan, że moja analiza
nie jest... hm, związana z moją pracą. Dlatego byłoby lepiej, gdyby moi
współpracownicy i zwierzchnicy...
Hari z łagodnym uśmiechem kiwnął głową.
- Oczywiście. W takim razie niech mi pan powie, czym właściwie się pan
zajmuje? Ten emblemat na pańskim kołnierzu... Nie znam go.
Policzki Antica poczerwieniały nie tylko od opalenizny. Seldon wyczuł
jego zmieszanie, jakby człowieczek wolał nie poruszać tego tematu.
- No cóż... skoro pan pyta, profesorze Seldon. - Wyprostował się, lekko
unosząc brodę. - Jestem inspektorem strefowym Imperialnej Służby
Gleboznawczej. Napisałem o tym w pracy. I jestem pewny, że zauważy pan
ten związek! Wszystko stanie się jasne, gdy...
- Tak, na pewno. - Hari podniósł rękę w zwyczajowym geście oznaczającym
koniec audiencji. Mimo to uśmiechał się, ponieważ Horis Antic rozbawił
go i podniósł na duchu. - Te przemyślenia z pewnością zostaną
potraktowane z należną im uwagą, inspektorze strefowy. Ma pan moje słowo
honoru.
Gdy tylko mężczyzna znikł z pola widzenia, Kers powiedział głośno:
- To spotkanie nie było przypadkowe.
Hari parsknął śmiechem.
- Oczywiście, że nie! Jednak nie popadajmy w paranoję. Ten człowiek jest
urzędnikiem średniego szczebla. Zapewne poprosił o przysługę jakiegoś
znajomego z sił bezpieczeństwa. Może obejrzał taśmy nagrane przez goryli
Linge Chena i dowiedział się, gdzie będę dzisiaj. I co z tego? - Seldon
obrócił się i spojrzał służącemu w oczy. - Nie chcę, żebyś niepokoił tym
Dornicka lub Wandę, rozumiesz, Kers? Mogliby poszczuć na tego biedaka
tajniaków Chena, a ci zrobiliby z niego pasztet.
Zapadła długa cisza. Kers Kantun kierował wózek Hariego do stacji
tranzytowej. W końcu mruknął:
- Tak, profesorze.
Helikończyk znów zachichotał; ponownie czuł się młody. Ten krótki dramat
- maleńki, nieszkodliwy akt podstępu i intrygi - zdawał się przywoływać
wspomnienia dawnych dni, chociaż intruz był tylko dokuczliwym amatorem
usiłującym znaleźć jakiś sens w długim i bezbarwnym życiu, podczas gdy
wokół niego organy Imperium powoli ulegały atrofii.
Jeden aspekt starości nie zmienił się wcale przez tysiące lat, a mianowicie bezsenność. Sen był jak stary przyjaciel, który często
zapomina o wizytach, lub wnuk, który wpada rzadko i natychmiast
wychodzi, pozostawiając cię leżącego z szeroko otwartymi oczami i samotnego.
Hari mógł przejść kilka kroków bez pomocy, więc nie fatygował Kersa,
tylko na uginających się nogach dotarł od łóżka do biurka. Grawitacyjny
fotel przyjął jego ciężar, dopasowując się do jego kształtów. W tej
trzeszczącej i rozsypującej się cywilizacji niektóre technologie nadal
kwitną, pomyślał z wdzięcznością.
Niestety bezsenność nie była równoznaczna z przytomnością umysłu.
Dlatego Hari przez jakiś czas po prostu siedział tam, wracając myślami
do początków swego życia, wspominając.
Miał kiedyś pewną nauczycielkę... w szkole z internatem na Helikonie... gdy
jego matematyczny geniusz dopiero rozwijał skrzydła. Siedemdziesiąt lat
później nadal pamiętał jej niezmienną uprzejmość. Coś stałego, na czym
mógł polegać w dzieciństwie targanym gwałtownymi wstrząsami i drobnymi
zmartwieniami. "Ludzie są przewidywalni, uczyła młodego Hariego. Jeśli
tylko rozumiesz ich potrzeby i pragnienia". Pod jej kierunkiem znalazł
oparcie w logice; nauka ta była jego opoką we wszechświecie pełnym
niepewności. "Jeśli zrozumiesz siły kierujące ludźmi, nigdy nie dasz się
zaskoczyć".
Ta nauczycielka była ciemnowłosa, pulchna i bardzo opiekuńcza. I z jakiegoś powodu w myślach stapiała się z inną miłością jego życia -
Dors.
Smukła i wysoka. Skóra jak kyrtowy jedwab, nawet jeśli pozornie musiała
się starzeć, aby nie budzić podejrzeń, gdy pojawiała się u jego boku.
Zawsze gotowa do serdecznego śmiechu, a jednocześnie strzegąca jego
spokoju podczas pracy, jakby ta była cenniejsza od diamentów. Broniąca
jego szczęścia energiczniej niż własnego życia. Hari odruchowo
rozprostował palce, szukając jej dłoni. Zawsze tu była. Zawsze...
Westchnął i pozwolił rękom opaść na kolana. No cóż, ilu mężczyzn miało
żonę, która od początku do końca została zaprojektowana dla nich? -
pomyślał. Świadomość, że miał więcej szczęścia niż niezliczone miliony,
stępiła nieco ostrze samotności. Troszeczkę.
Obiecano mu, że znów ją zobaczy. Czy też może tylko mu się to przyśniło?
W końcu Hari miał dosyć tego użalania się nad sobą. Praca. Ta będzie
najlepszym lekarstwem. Jego podświadomość najwidoczniej nie odpoczywała
podczas wieczornej drzemki. Wiedział to, ponieważ czuł dziwne mrowienie
pod czaszką, w miejscu dostępnym tylko dla matematyków. Może miało to
coś wspólnego ze sprytnym dziełem sztuki ogrodniczej, które podziwiał
tego dnia.
- Wyświetl - powiedział i patrzył, jak komputer ukazuje wspaniałą
panoramę na jednej ze ścian pokoju.
Galaktyka.
- Ach - mruknął. Widocznie zanim położył się spać, pracował nad
problemem przepływu technologii. Ten istotny szczegół Planu był jeszcze
niedopracowany, a powinien przewidzieć, które strefy i gromady gwiazd
zachowają resztki potencjału naukowego w nadchodzącym wieku mroku, po
upadku Imperium. Te światy mogły się stać źródłem kłopotów, gdy
rozwijająca się Fundacja dotrze do centrum Galaktyki.
Oczywiście to nastąpi dopiero za ponad pięćset lat, myślał. Wanda,
Stettin i Pięćdziesiątka uważają, że nasz plan będzie jeszcze wtedy
działał, lecz ja tak nie sądzę.
Helikończyk przetarł oczy i pochylił się do przodu, śledząc wzory, które
tylko w przybliżeniu pokrywały się z łukami dobrze mu znanych ramion
spirali. Ten obraz z jakiegoś powodu wydawał się fałszywy. Znajomy, a jednak...
Wydał stłumiony okrzyk, gdyż nagle przypomniał sobie coś. Nie chodziło o problem przepływu technologii! Zanim poszedł spać, wsunął do czytnika
kartę pamięci otrzymaną od tego małego biurokraty, tego Antica.
Zamierzał opatrzyć ją jedną lub dwiema uwagami, po czym odesłać z zachęcającą notatką.
Zapewne ucieszy się jak jeszcze nigdy w życiu, pomyślał Hari, zanim
broda opadła mu na piersi. Niejasno pamiętał, że Kers położył go do
łóżka. Teraz ponownie spojrzał na wyświetlacz, obserwował naniesione
przepływy i symbole. Im dokładniej się im przyglądał, tym jaśniej zdawał
sobie sprawę z dwóch spraw.
Po pierwsze, Horis Antic nie był zapoznanym geniuszem. Obliczenia były
sztampowe i przeważnie zuchwale ściągnięte z kilku popularyzatorskich
publikacji wczesnych prac Hariego.
Po drugie, te wzory były dziwnie podobne do czegoś, co widział niedawno...
- Komputer! - krzyknął. - Wywołaj galaktyczną mapę światów chaosu!
Obok uproszczonego modelu Antica nagle pojawił się o niebo lepiej
zrenderowany obraz. Ukazywał umiejscowienie i intensywność
niebezpiecznych rozruchów społecznych w ciągu kilku ostatnich stuleci. W dawnym Imperium rzadko zdarzało się, by na którejś planecie zapanował
chaos, lecz w ostatnich wiekach takie przypadki były coraz częstsze. Tak
zwane Prawo Seldona, wprowadzone w czasach, gdy Hari pełnił obowiązki
Pierwszego Ministra, pomogło przez jakiś czas utrzymać parę w kotle i galaktyczny pokój. Jednak rosnąca liczba światów chaosu była kolejnym
objawem świadczącym o tym, że ta cywilizacja nie utrzyma się długo.
Imperium chyliło się ku upadkowi.
Z przyzwyczajenia spojrzał na kilka światów, które w przeszłości
przysporzyły mu wiele kłopotów.
Sark, gdzie nawiedzeni "eksperci" wskrzesili kiedyś Joannę i Woltera ze
starożytnego, na pół spalonego archiwum, przechwalając się cudami,
jakich dokaże ich nowy, wspaniały świat... aż ten nagle runął im na głowy.
Madder Loss, którego duma, zanim się wypaliła, zagrażała wybuchem chaosu
w całej Galaktyce.
I Santanni... gdzie zginął Raych, wśród zamętu, buntu i okropnych aktów
przemocy.
Czując nagłą suchość w ustach, Hari rozkazał:
- Nałóż na siebie oba te obrazy. Przeprowadź prostą analizę korelacyjną
szóstego stopnia. Pokaż wspólne cechy.
Obrazy ruszyły ku sobie, stapiając się i przekształcając, gdy komputer
mierzył i podkreślał podobieństwa. Po chwili przedstawił wynik w postaci
symboli graficznych wirujących w galaktycznej spirali.
Piętnastoprocentowa zbieżność... między występowaniem światów chaosu a... a...
Hari zamrugał. Nie mógł sobie przypomnieć tych głupstw, które wygadywał
urzędnik. Coś o cząsteczkach w kosmosie? Jakimś rodzaju kurzu?
Był bliski tego, by zażądać połączenia wideofonicznego i zbudzić Horisa
Antica w środku nocy, mszcząc się za to, że przez niego nie może spać.
Ściskając poręcze fotela, zastanowił się, przypominając sobie to, czego
uczyła go Dors, kiedy mieszkali razem.
"Nie mów od razu tego, co przychodzi ci do głowy, Hari. Nie atakuj bez
namysłu. Takie zachowanie pomagało może niegdyś samcom w dżungli, na
przykład prymitywnym szympansom. Jesteś imperialnym uczonym! Staraj się
udawać, że jesteś dystyngowany".
"Podczas gdy naprawdę jestem..."
"Wielką małpą! - roześmiała się Dors, tuląc się do niego. Moją małpą.
Moim cudownym człowiekiem".
Wraz z tym bolesnym wspomnieniem odzyskał spokój. Na tyle, by przez
jakiś czas zaczekać na odpowiedzi.
Przynajmniej do rana.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Wszystkie zamieszczone tutaj cytaty z Encyklopedii Galaktycznej zaczerpnięte zostały z jej 117. wydania opublikowanego w 1054 roku e.F. [wróć]