Rozdział I
Eto Demerzel
DEMERZEL, ETO - (...) Mimo iż nie ma wątpliwości co do tego, że w czasach
panowania imperatora Cleona I przez wiele lat Eto Demerzel posiadał
wielką władzę, historycy nie są zgodni co do natury tejże władzy. Według
klasycznej interpretacji był jeszcze jednym z bardzo wielu silnych i bezlitosnych ciemiężycieli ostatniego stulecia w zjednoczonym Imperium
Galaktycznym. Pojawiły się jednak poglądy rewizjonistów, którzy
utrzymywali, że pomimo despotyzmu był człowiekiem dobrodusznym. Pewne
światło rzuca na to jego związek z Harim Seldonem, choć jego natura
pozostanie na zawsze niezbyt wyraźnie określona, szczególnie w czasie
niezwykłego epizodu z Laskinem Joranum, którego gwałtowny, lecz
krótkotrwały bunt (...)
Encyklopedia Galaktyczna1
1
- Powtarzam ci, Hari - odezwał się Yugo Amaryl - że twój przyjaciel
Demerzel ma poważne kłopoty. - Podkreślił słowo "przyjaciel" delikatnie,
a jednak z wyczuwalną niechęcią.
Hari Seldon wyczuł gorzką nutę, ale zignorował ją. Spojrzał zza swego
trójkomputera i powiedział:
- A ja ci powtarzam, Yugo, że pleciesz bzdury. - Po czym ze śladami
rozdrażnienia w głosie dodał: - Dlaczego uparłeś się, żeby zabierać mi
czas?
- Bo sądzę, że to ważne.
Amaryl usiadł, podkreślając, że nie będzie łatwo go stąd usunąć. Skoro
się tu znalazł, miał zamiar zostać.
Przed ośmioma laty był tylko palaczem w Dahlu - znajdował się tak nisko
na drabinie społecznej, jak tylko było to możliwe. To właśnie Seldon
pozwolił mu wyrwać się z nizin, zostać matematykiem i intelektualistą, a nawet więcej - psychohistorykiem.
Nigdy ani na chwilę nie zapomniał, kim był kiedyś, kim jest teraz i komu
zawdzięcza tę zmianę. To zaś oznaczało, że jeśli musiał surowo zwracać
się do Hariego Seldona - dla dobra samego Seldona - nie brał pod uwagę
szacunku i miłości, którymi darzył starszego człowieka. Nie mógł go
powstrzymać nawet wzgląd na własną karierę. To surowe zachowanie - i jeszcze znacznie więcej - zawdzięczał właśnie Helikończykowi.
- Posłuchaj, Hari - powiedział, unosząc gwałtownie lewą rękę - z jakiegoś powodu, którego nie potrafię pojąć, masz bardzo dobre zdanie o Demerzelu. W przeciwieństwie do mnie. Nikt, kogo opinię szanuję - nikt
oprócz ciebie - nie wyraża się o nim pochlebnie. Nie obchodzi mnie, co
się z nim stanie, skoro jednak wiem, że ciebie to obchodzi, nie mam
wyboru i muszę ci na to zwrócić uwagę.
Seldon uśmiechnął się nie tylko z powodu tak poważnie wypowiedzianych
słów, ale również dlatego, że troskę Amaryla uważał za zbyteczną.
Szczerze go lubił - a nawet więcej. Yugo był jednym z czworga ludzi,
których poznał podczas pobytu na Trantorze. Poznał tam Eto Demerzela,
Dors Venabili, Yugo Amaryla i Raycha - czworo ludzi, których polubił jak
nikogo przedtem.
W pewien szczególny, w każdym wypadku inny sposób stali się dla niego
niezbędni - Yugo Amaryl dlatego, że tak szybko zrozumiał zasady
psychohistorii i tak skutecznie prowadził badania na nowych obszarach.
Wielce pocieszająca była świadomość, że cokolwiek stałoby się Seldonowi,
nim zdołałby rozwiązać zadania matematyczne, pozostanie przynajmniej
jeden utalentowany człowiek, który będzie kontynuował badania.
- Przepraszam cię, Yugo - odezwał się Hari. - Nie chciałem być
niecierpliwy ani odrzucać podawanej mi dłoni, szczególnie że tak bardzo
pragniesz, bym zrozumiał twoje intencje. Chodzi jedynie o moją pracę;
kiedy jest się dziekanem wydziału...
Teraz Amaryl uśmiechnął się, nieznacznie tłumiąc cichy chichot.
- Przepraszam, Hari. Wiem, że nie powinienem się śmiać, ale ty nie masz
żadnych predyspozycji do tego stanowiska.
- Sam o tym wiem, ale będę się musiał nauczyć. Chciałem robić coś
nieszkodliwego, a nie ma nic, doprawdy nic mniej szkodliwego niż pozycja
dziekana Wydziału Matematyki na Uniwersytecie Streelinga. Mogę wypełniać
swój dzień nieważnymi zadaniami, żeby nikt mnie nie pytał o kierunek
naszych badań psychohistorycznych. Problem jedynie w tym, że naprawdę
wypełniam swój dzień nieważnymi zajęciami i nie mam dość czasu na... -
Rozejrzał się po swym biurze, spojrzał na komputery, do których tylko on
i Amaryl mieli dostęp. Nawet gdyby ktoś inny chciał z nich skorzystać,
program był napisany tak przemyślną symboliką, że nikt obcy nie zdołałby
go zrozumieć.
- Kiedy już przyzwyczaisz się do obowiązków - odezwał się Amaryl -
zaczniesz je przekazywać innym i wtedy będziesz miał więcej czasu.
- Mam nadzieję - rzucił Seldon z powątpiewaniem. - Powiedz mi jednak o tej ważnej sprawie, która dotyczy Eto Demerzela.
- Po prostu Eto Demerzel, nasz wspaniały Pierwszy Minister, gorączkowo
przygotowuje przewrót.
Seldon zmarszczył brwi.
- Dlaczego miałby to robić?
- Wcale nie powiedziałem, że tego chce. On po prostu to robi, świadomie
czy nieświadomie, z wielką pomocą ze strony niektórych swoich
politycznych wrogów. Wiesz, że mi to nie przeszkadza. Myślę nawet, że w sprzyjających warunkach dobrze byłoby się go pozbyć z pałacu, z Trantora... a nawet z Imperium. Jak już jednak mówiłem, ty go cenisz,
dlatego ostrzegam cię, bo podejrzewam, że nie śledzisz wydarzeń
politycznych tak dokładnie, jak powinieneś.
- Są znacznie ważniejsze sprawy - odpowiedział łagodnie Seldon.
- Na przykład psychohistoria. Zgadzam się z tobą. Ale powiedz mi, jak
rozwiniemy psychohistorię, jak osiągniemy sukces, jeśli będziemy
ignorantami w sprawie polityki? Mam na myśli dzisiejszą politykę. Teraz,
właśnie teraz teraźniejszość przekształca się w przyszłość. Nie możemy
jedynie badać przeszłości. Wiemy, co się w niej zdarzyło. Tylko badając
teraźniejszość i bliską przyszłość, możemy sprawdzać rezultaty naszych
prac.
- Wydaje mi się, że już słyszałem ten argument - powiedział Seldon.
- I znów go usłyszysz. Chyba nie byłoby dla mnie dobrze, gdybym ci to
tłumaczył.
Seldon westchnął, usiadł z powrotem w swoim fotelu i obdarzył Amaryla
uśmiechem. Ten młodzieniec potrafił być natrętny, ale poważnie traktował
psychohistorię i to wynagradzało wszystko.
Amaryl wciąż nosił piętno, które wycisnęła na nim pozycja palacza. Miał
szerokie ramiona i muskularną budowę, jak człowiek, który przywykł do
ciężkiej fizycznej pracy. Nie pozwolił, by jego ciało podupadło. Wyszło
to na zdrowie zarówno jemu, jak i Seldonowi, inspirowało bowiem
Helikończyka do tego, by nie spędzać całego czasu za biurkiem. Seldon
nie był tak silny jak Amaryl, jednak w dalszym ciągu odznaczał się
niezwykłą siłą. Niedawno przekroczył czterdziestkę, był w dobrej formie
i zamierzał ją utrzymać. Dzięki codziennej gimnastyce nie miał jeszcze
brzuszka, a jego ramiona i uda były umięśnione.
- Chyba nie zajmujesz się Demerzelem tylko dlatego, że jest moim
przyjacielem. Musisz mieć jakiś inny powód.
- Nie ma w tym żadnej zagadki. Tak długo jak jesteś przyjacielem
Demerzela, twoja pozycja tu, na uniwersytecie, jest bezpieczna i możesz
kontynuować badania w dziedzinie psychohistorii.
- No proszę. A więc mam powód, by się z nim przyjaźnić. Przynajmniej to
rozumiesz.
- Tobie opłaca się utrzymywać z nim znajomość. To rozumiem. Jeśli jednak
chodzi o przyjaźń, tego nie rozumiem. Tak czy inaczej, jeśli Demerzel
straci władzę, to pomijając już wpływ, jaki może to mieć na twoją
pozycję, Cleon będzie osobiście kierował Imperium, a to jeszcze pogłębi
jego rozpad. Może zapanować anarchia, i to zanim zdążymy opracować
założenia praktyczne psychohistorii, które pomogłyby nauce uratować
ludzkość.
- Rozumiem. Ale uczciwie mówiąc, nie sądzę, byśmy otrzymali wyniki w tak
krótkim czasie, żeby mogło to zapobiec Upadkowi.
- Jeśli nawet nie będziemy mogli zapobiec Upadkowi, to może zdołamy
chociaż złagodzić jego efekty?
- Być może.
- A widzisz. Im dłużej będziemy mogli pracować w spokoju, tym większą
będziemy mieli szansę zapobiec Upadkowi albo przynajmniej złagodzić jego
skutki. A ponieważ o to nam chodzi, w czym jesteśmy zgodni, uratowanie
Demerzela może być konieczne, czy nam - albo też tylko mi - się to
podoba czy nie.
- A przed chwilą powiedziałeś, że chciałbyś się go pozbyć z pałacu, z Trantora, a nawet z Imperium.
- Tak, w idealnych warunkach. Tyle że nie żyjemy w idealnych warunkach i potrzebujemy naszego Pierwszego Ministra, nawet jeśli jest on narzędziem
represji i despotyzmu.
- Rozumiem. Dlaczego jednak sądzisz, że Imperium jest tak bliskie
destrukcji, że do jego Upadku wystarczy dymisja Pierwszego Ministra?
- Podpowiada mi to psychohistoria.
- Na jakiej więc podstawie formułujesz tego typu przepowiednie? Przecież
nie mamy jeszcze nawet ogólnych założeń.
- Istnieje jeszcze intuicja, Hari.
- Ona zawsze istniała. Jednak potrzebujemy czegoś więcej, zgadzasz
się? Musimy opracować zasady matematyczne, które przy spełnieniu tych
lub innych warunków pozwolą nam określić prawdopodobieństwo
specyficznych dróg rozwoju przyszłości. Gdyby do osiągnięcia celu
wystarczyła intuicja, wcale nie potrzebowalibyśmy psychohistorii.
- Jedno nie musi wykluczać drugiego, Hari. Mówię o obu drogach: o takiej
kombinacji, która może być lepsza niż inne... przynajmniej dopóki
psychohistoria nie zostanie udoskonalona.
- Jeśli w ogóle tak się stanie - rzekł Seldon. - Powiedz mi jednak, na
czym polega niebezpieczeństwo dotyczące Demerzela? Kto może go zranić
czy też obalić? Czy mówimy o obaleniu Demerzela?
- Tak - odpowiedział Amaryl, a jego twarz przybrała ponury wyraz.
- W takim razie powiedz mi. Zlituj się nad moją ignorancją.
Amaryl zarumienił się.
- Nie drwij, Hari. Na pewno słyszałeś o Jo-Jo Joranum.
- Oczywiście. Jest demagogiem, który kreuje się na przywódcę ludowego...
zaraz, zaraz, skąd on pochodzi? Z Nishaya, prawda? To naprawdę mało
znaczący świat. O ile dobrze pamiętam, wypasają tam stada kóz i produkują doskonałe sery.
- Zgadza się. Ale on nie jest ot jakimś tam zwykłym demagogiem. Ma wielu
zwolenników i staje się coraz silniejszy. Jego celem, jak sam mówi, jest
sprawiedliwość społeczna oraz większe zaangażowanie polityczne ludu.
- Tak, dużo o tym słyszałem - powiedział Seldon. - Jego hasło brzmi:
"Władza należy do ludu".
- Trochę inaczej. Powiada: "Władza to lud".
Seldon pokiwał głową.
- Wiesz co, podoba mi się ta myśl.
- Mnie też, nawet bardzo... gdyby Joranum naprawdę miał to na myśli. Ale
tak nie jest. Dla niego to tylko jeden ze schodków, po których chce się
wspiąć. To tylko droga wiodąca do celu, a nie wytyczony cel. Joranum
chce się pozbyć Demerzela, bo wtedy łatwo mu będzie manipulować Cleonem.
Później sam obejmie tron i to on stanie się ludem. Sam mi mówiłeś, że
w dziejach Imperium było wiele takich epizodów, a ostatnio Imperium jest
słabsze i mniej stabilne niż kiedyś. Cios, który w poprzednich
stuleciach spowodowałby jedynie niewielkie zachwianie, teraz mógłby je
zniszczyć. Imperium pogrążyłoby się w wojnie domowej i nigdy już nie
odzyskałoby dawnej formy, a my nie mamy psychohistorii, która
podpowiedziałaby nam, co powinniśmy zrobić.
- Rozumiem twój punkt widzenia, ale z pewnością nie będzie tak łatwo
pozbyć się Demerzela.
- Nie zdajesz sobie sprawy, jak silny staje się Joranum.
- To bez znaczenia. - Niemal widać było kłębiące się myśli Seldona. -
Zastanawia mnie natomiast, że rodzice nazwali go Jo-Jo. W tym imieniu
jest coś młodzieńczego.
- Jego rodzice nie mieli z tym nic wspólnego. Naprawdę ma na imię
Laskin, to bardzo popularne imię na Nishaya. Sam wybrał imię Jo-Jo,
prawdopodobnie od pierwszej sylaby swego nazwiska.
- Nie sądzisz, że głupio zrobił?
- Nie. Jego zwolennicy skandują: Jo... Jo... Jo... Jo. Działa to hipnotycznie.
- No cóż - powiedział Seldon, odwracając się do swego trójkomputera i porządkując wielowymiarową symulację, którą stworzył za jego pomocą -
zobaczymy, co się będzie działo.
- Jak możesz podchodzić do tego tak obojętnie? Mówię ci, że zawisło nad
nami niebezpieczeństwo.
- Wcale tak nie jest - rzekł Seldon, a jego głos i wyraz oczu zdradzały
stanowczość. - Nie znasz wszystkich faktów.
- A jakich to faktów nie znam?
- Porozmawiamy o tym innym razem, Yugo. Wolałbym, żebyś zajął się teraz
swoją pracą i pozwolił, bym to ja zajął się Demerzelem i stanem
Imperium.
Amaryl zacisnął usta, ale nawyk posłuszeństwa wobec Seldona był tak
silny, że powiedział jedynie:
- Tak, Hari.
Mimo to już w drzwiach odwrócił się i dodał:
- Popełniasz błąd, Hari.
Seldon uśmiechnął się lekko.
- Nie sądzę, ale przyjąłem twoje ostrzeżenie i będę o nim pamiętał.
Powtarzam ci jednak, że wszystko będzie dobrze.
Kiedy Amaryl wyszedł, Seldon przestał się uśmiechać.
- Czy naprawdę wszystko będzie dobrze?
2
Choć Seldon pamiętał o przestrogach Amaryla, nie przykładał do nich
większej wagi. Nadeszły i minęły jego czterdzieste urodziny, co dla
wielu bywa psychologicznym ciosem.
Czterdziestka! Minęła już młodość. Życie nie rozpościerało się już przed
nim jak olbrzymie pole, którego horyzont ginie gdzieś w oddali.
Przebywał na Trantorze od ośmiu lat, a czas ten upłynął bardzo szybko.
Następne osiem lat i dobiegnie niemal pięćdziesiątki. Będzie się
zbliżała starość.
Co gorsza, nie opracował jeszcze nawet solidnych podstaw psychohistorii!
Yugo Amaryl tak mądrze mówił o prawach i pracował nad swoimi równaniami,
posługując się śmiałymi założeniami opartymi na intuicji. Ale jak można
by przetestować takie założenia? Psychohistoria nie jest jeszcze nauką
eksperymentalną. Pełne badanie wymagałoby doświadczeń, a te
zaangażowania całych światów, mnóstwa czasu i... całkowitego braku
odpowiedzialności etycznej.
Postawiony problem wydawał się niemożliwy do rozwiązania, toteż Seldon,
niechętnie spędzający czas na zajęciach administracyjnych, udał się pod
koniec dnia do domu w ponurym nastroju.
Zazwyczaj spacer przez miasteczko uniwersyteckie wprawiał go w lepszy
nastrój. Nad Uniwersytetem Streelinga wznosiła się tak gigantyczna
kopuła, że przebywając w miasteczku uniwersyteckim, miało się wrażenie,
iż widzi się otwartą przestrzeń. Nie trzeba też było znosić takich
warunków meteorologicznych, jakich Seldon doświadczył podczas wizyty w Pałacu Imperialnym. Rosły tu drzewa, rozpościerały się trawniki i alejki, co sprawiało, że czuł się jak w miasteczku uniwersyteckim
swojego starego college'u, na rodzinnym Helikonie.
Złudzenie zachmurzenia zaplanowanego na ten dzień dawało sztuczne
światło słoneczne pojawiające się i znikające w dość dziwnych odstępach
czasu. Było też nieco chłodno.
Seldonowi wydawało się, że ostatnio zimne dni pojawiają się jakoś
częściej niż zazwyczaj. Czyżby na Trantorze oszczędzano energię? A może
pogłębiał się jej niedobór? A może to on (tu aż się skrzywił na samą
myśl) starzeje się i jego krew wolniej krąży? Wsunął dłonie do kieszeni
marynarki i skulił się.
Zwykle nie musiał myśleć o tym, w którą stronę idzie. Doskonale znał
trasę z biura do sali komputerowej, a stamtąd do swego mieszkania i z powrotem do biura. Przeważnie całą drogę wypełniały mu rozmyślania,
jednakże dziś do jego świadomości dotarł jakiś dźwięk. Dźwięk, który nic
nie znaczył.
Jo... Jo... Jo... Jo...
Był raczej cichy i odległy, ale przyniósł wspomnienia. Tak, ostrzeżenie
Amaryla. Jo-Jo - demagog i przywódca ludowy. Czyżby był tu, w miasteczku
akademickim? Seldon nie podjął świadomej decyzji: nogi same go poniosły
i przywiodły ku lekkiemu wzniesieniu zwanemu placem uniwersyteckim,
gdzie studenci gimnastykowali się, uprawiali sporty albo wygłaszali
przemówienia.
Pośrodku placu znajdowała się niezbyt liczna grupa studentów, którzy
entuzjastycznie śpiewali. Na platformie stał ktoś, kogo Hari nie
rozpoznał, ktoś kołyszący się rytmicznie, o donośnym głosie.
Nie był to jednak Joranum. Seldon wielokrotnie oglądał go w holowizji, a ostrzeżony przez Amaryla, przyjrzał mu się uważnie. Joranum był rosłym
mężczyzną, uśmiechał się jak fałszywy przyjaciel. Miał gęste jasne włosy
i błękitne oczy.
Ten mężczyzna był niski, a poza tym szczupły, miał szerokie usta i ciemne włosy i zachowywał się bardzo głośno. Seldon nie wsłuchiwał się w słowa, ale usłyszał zdanie "przekazać władzę jednostki wielu" oraz
głośny aplauz studentów, którym się to spodobało.
Doskonale, pomyślał, ale ciekawe, jak ma zamiar to zrobić... i czy mówi
poważnie?
Znalazł się na skraju zgromadzenia i rozglądał dokoła, szukając kogoś
znajomego. Wpadł na Finangelosa, studenta Wydziału Matematyki, całkiem
przyzwoitego młodego człowieka o ciemnych, kędzierzawych włosach.
- Finangelos! - zawołał.
- Profesor Seldon - odpowiedział tamten dopiero po chwili, bo gapił się
na niego tak, jakby nie potrafił go rozpoznać, gdy Hari nie trzymał rąk
na klawiaturze komputera. Wreszcie podbiegł i zapytał: - Przyszedł pan
posłuchać tego faceta?
- Nie. Przyszedłem tu tylko po to, by dowiedzieć się, co to za hałasy.
Kto to?
- Nazywa się Namarti, profesorze. Przemawia w imieniu Jo-Jo.
- To już słyszałem - oznajmił Seldon, znów słuchając pieśni. Wyraźnie
zaczynała się wtedy, gdy mówca chciał coś podkreślić. - Ale kim jest ten
Namarti? Nie znam tego nazwiska. Z którego jest wydziału?
- On nie jest członkiem społeczności uniwersyteckiej, profesorze. To
jeden z ludzi Jo-Jo.
- Jeśli nie jest członkiem społeczności uniwersyteckiej, to nie ma prawa
tu przemawiać bez zezwolenia. Myślisz, że je posiada?
- Nie mam pojęcia, profesorze.
- W takim razie dowiedzmy się.
Seldon zaczął się przedzierać przez tłum, ale Finangelos złapał go za
rękaw.
- Panie profesorze, niech pan niczego nie zaczyna. On ma ze sobą
obstawę.
Za mówcą widać było sześciu młodych ludzi. Stali na szeroko
rozstawionych nogach, ręce mieli splecione na piersiach, a miny bardzo
groźne.
- Obstawę?
- Na wypadek awantury. Gdyby ktoś chciał się powygłupiać.
- W takim razie na pewno nie jest członkiem społeczności uniwersyteckiej
i nawet zezwolenie nie usprawiedliwiłoby obecności tej, jak ją nazywasz,
"obstawy". Finangelos, wezwij strażników uniwersyteckich. Powinni tu już
dawno być, i to bez wzywania.
- Pewnie nie chcą mieć kłopotów - wymamrotał Finangelos. - Proszę pana,
profesorze, niech pan nic nie robi. Jeśli chce pan, żebym wezwał
strażników, zrobię to, ale proszę, by się pan wstrzymał do ich
przybycia.
- Może mógłbym przerwać to, zanim przybędą.
Seldon zaczął się przepychać między ludźmi, co nie było znowu takie
trudne. Niektórzy z obecnych rozpoznawali go, a wszyscy pozostali
widzieli naszywkę profesorską na jego ramieniu. Doszedł do platformy,
oparł na niej dłonie i nieco sapiąc, wskoczył na górę. Boleśnie
rozczarowany pomyślał, że dziesięć lat temu potrafiłby to zrobić,
pomagając sobie tylko jedną dłonią, i nie zasapałby się przy tym.
Wyprostował się. Mówca przerwał, a w jego wzroku pojawiły się ostrożność
i chłód.
- Proszę o zezwolenie na przemawianie do studentów - zażądał spokojnie
Seldon.
- Kim pan jest? - zapytał mówca. Wypowiedział te słowa głośno i wyraźnie.
- Jestem profesorem tego uniwersytetu - odpowiedział Seldon równie
głośno. - Mogę zobaczyć pańskie zezwolenie?
- Odmawiam. Nie ma pan prawa zadawać mi takich pytań ani żądać
zezwolenia.
Młodzi mężczyźni otoczyli szczelniej mówcę.
- Jeśli nie ma pan zezwolenia, to radzę natychmiast opuścić teren
uniwersytetu.
- A jeśli tego nie zrobię?
- No cóż, tak czy inaczej strażnicy uniwersyteccy są już w drodze. -
Seldon odwrócił się w stronę tłumu. - Studenci - zawołał - w naszym
miasteczku uniwersyteckim mamy prawo czuć się wolni, a i przemawiać
możemy swobodnie, jednakże prawo to może zostać nam odebrane, jeśli
pozwolimy obcym, którzy nie mają zezwolenia, by...
Seldon poczuł, że ktoś kładzie ciężką dłoń na jego ramieniu, i zadrżał.
Odwrócił się i zobaczył, że to jeden z ludzi, których Finangelos nazwał
obstawą.
- Zjeżdżaj stąd, i to szybko! - rzucił mężczyzna. Mimo że mówił z charakterystycznym akcentem, Hari nie potrafił od razu rozpoznać, skąd
pochodzi.
- To i tak nic nie da - powiedział. - Strażnicy będą tu za chwilę.
- W takim razie - odezwał się Namarti, wykrzywiając usta - będą
zamieszki. To nas nie przeraża.
- Nic takiego nie nastąpi - stwierdził Seldon. - To byłoby wam na rękę,
ale nie będzie żadnych zamieszek. Odejdziecie stąd w spokoju. - Znów
odwrócił się do studentów i strząsnął rękę młodzieńca ze swego ramienia.
- Dopilnujemy tego, prawda?
- To profesor Seldon! - wrzasnął ktoś z tłumu. - Przyzwoity człowiek!
Zostawcie go!
Helikończyk wyczuwał, że studenci mają mieszane uczucia. Wiedział, że
niektórzy z nich chętnie wzięliby udział w bójce ze strażnikami
uniwersyteckimi, ot tak, dla zasady. Z drugiej strony, musieli się tu
znajdować tacy, którzy go lubili, a także inni, którzy wprawdzie go nie
znali, ale z pewnością nie pragnęli być świadkami pobicia profesora
uniwersytetu.
- Niech pan uważa, profesorze! - rozległ się krzyk jakiejś kobiety.
Seldon westchnął i spojrzał na postawnego młodego człowieka, ku któremu
zwrócił się twarzą. Nie wiedział, czy sobie z nim poradzi, czy wciąż ma
dość dobry refleks, a muskuły wystarczająco krzepkie, choć nieraz
popisywał się śmiałymi wyczynami.
Jeden z kompanów Namartiego ruszył ku niemu, zachowując się wielce
poufale. Szedł powoli, co dało Seldonowi tyle czasu, ile potrzebowało
jego starzejące się ciało. Oprych wyciągnął rękę, co tylko ułatwiło
Helikończykowi zadanie. Chwycił mężczyznę za ramię, wykręcił je i pochylił się, pociągając najpierw w górę, potem zaś w dół (stękał przy
tym - dlaczego musiał stękać?), a napastnik poszybował w powietrze,
częściowo popchnięty siłą własnego rozpędu. Wylądował z hukiem na skraju
platformy; widać było, że ma wykręcone ramię.
Zgromadzeni studenci zawyli dziko, widząc tak nieoczekiwany rozwój
akcji. Poczucie wspólnoty zaowocowało wybuchem dumy.
- Bierz ich, profesorku! - krzyknął ktoś. Inni powtórzyli to za nim.
Seldon wygładził włosy, starając się nie sapać. Stopą strącił napastnika
z platformy.
- Ktoś jeszcze? - spytał milutko. - Czy też spokojnie opuścicie teren?
Stanął przed Namartim i jego pięcioma sługusami.
- Ostrzegam was. Tłum jest teraz po mojej stronie. Jeśli zechcecie mnie
tknąć, rozerwą was na strzępy... No dobra, który następny? Proszę bardzo.
Byle pojedynczo.
Podniósł głos, wymawiając ostatnie zdanie, a przebierając palcami,
pokazał, że zaprasza ich do siebie. Studenci krzykiem wyrażali aplauz.
Namarti stał obojętnie na platformie. Seldon podskoczył ku niemu i złapał jego szyję w zgięcie ręki. Teraz i studenci wdrapywali się na
platformę, wołając: "Byle pojedynczo! Byle pojedynczo!" Stanęli pomiędzy
ochroniarzami a Seldonem.
Seldon wzmocnił nacisk na tchawicę swego przeciwnika i szepnął mu na
ucho:
- Wiem, co powinienem zrobić, Namarti. Znam się na tym. Przez lata
zdobyłem praktykę. Jeśli poruszysz się i spróbujesz wyrwać, tak ci
podreperuję tchawicę, że już nigdy nie wymówisz nic głośniej niż
szeptem. Jeśli cenisz sobie swój głos, to rób, co każę. Kiedy zwolnię
uścisk, rozkażesz swojej zgrai buldogów, by stąd odeszli. Jeśli powiesz
coś innego, będą to ostatnie słowa, jakie normalnie powiedziałeś w życiu. A gdyby ci przyszło do głowy tu wrócić, wykończę cię,
przystojniaczku.
Zwolnił na chwilę uścisk, a wtedy Namarti powiedział ochrypłym głosem:
- Wynoście się. Wszyscy.
Wycofywali się w popłochu, pomagając potłuczonemu koledze.
Kiedy po kilku chwilach przybyli strażnicy uniwersyteccy, Seldon rzekł:
- Przepraszam, panowie. To był fałszywy alarm.
Opuścił plac uniwersytecki. Szedł do domu bardziej niż boleśnie
rozczarowany. Odsłonił tę część swej natury, której nikomu nie chciał
pokazywać. Jest przecież Harim Seldonem matematykiem, a nie Harim
Seldonem - sadystą. A poza tym, pomyślał ponuro, Dors dowie się o wszystkim. Prawdę mówiąc, powinien sam ją o tym poinformować, zanim
usłyszy znacznie dramatyczniejszą wersję wydarzeń, gorszą niż w rzeczywistości.
Dors nie będzie zadowolona.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Wszystkie zamieszczone tutaj cytaty z Encyklopedii Galaktycznej zaczerpnięte zostały za zgodą wydawcy z jej 116. wydania opublikowanego w 1020 roku e.F. przez Encyclopedia Galactica Publishing Co. na Terminusie. [wróć]