Fundacja (#2). Narodziny Fundacji - Isaac Asimov

Kup ebooka

44.90 zł
35.02 zł (24,70 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział I

Eto Deme­rzel

DEME­RZEL, ETO - (...) Mimo iż nie ma wąt­pli­wo­ści co do tego, że w cza­sach pano­wa­nia impe­ra­tora Cle­ona I przez wiele lat Eto Deme­rzel posia­dał wielką wła­dzę, histo­rycy nie są zgodni co do natury tejże wła­dzy. Według kla­sycz­nej inter­pre­ta­cji był jesz­cze jed­nym z bar­dzo wielu sil­nych i bez­li­to­snych cie­mię­ży­cieli ostat­niego stu­le­cia w zjed­no­czo­nym Impe­rium Galak­tycz­nym. Poja­wiły się jed­nak poglądy rewi­zjo­ni­stów, któ­rzy utrzy­my­wali, że pomimo despo­ty­zmu był czło­wie­kiem dobro­dusz­nym. Pewne świa­tło rzuca na to jego zwią­zek z Harim Sel­do­nem, choć jego natura pozo­sta­nie na zawsze nie­zbyt wyraź­nie okre­ślona, szcze­gól­nie w cza­sie nie­zwy­kłego epi­zodu z Laski­nem Jora­num, któ­rego gwał­towny, lecz krót­ko­trwały bunt (...)

Ency­klo­pe­dia Galak­tyczna1

1

- Powta­rzam ci, Hari - ode­zwał się Yugo Ama­ryl - że twój przy­ja­ciel Deme­rzel ma poważne kło­poty. - Pod­kre­ślił słowo "przy­ja­ciel" deli­kat­nie, a jed­nak z wyczu­walną nie­chę­cią.

Hari Sel­don wyczuł gorzką nutę, ale zigno­ro­wał ją. Spoj­rzał zza swego trój­kom­pu­tera i powie­dział:

- A ja ci powta­rzam, Yugo, że ple­ciesz bzdury. - Po czym ze śla­dami roz­draż­nie­nia w gło­sie dodał: - Dla­czego upar­łeś się, żeby zabie­rać mi czas?

- Bo sądzę, że to ważne.

Ama­ryl usiadł, pod­kre­śla­jąc, że nie będzie łatwo go stąd usu­nąć. Skoro się tu zna­lazł, miał zamiar zostać.

Przed ośmioma laty był tylko pala­czem w Dahlu - znaj­do­wał się tak nisko na dra­bi­nie spo­łecz­nej, jak tylko było to moż­liwe. To wła­śnie Sel­don pozwo­lił mu wyrwać się z nizin, zostać mate­ma­ty­kiem i inte­lek­tu­ali­stą, a nawet wię­cej - psy­cho­hi­sto­ry­kiem.

Ni­gdy ani na chwilę nie zapo­mniał, kim był kie­dyś, kim jest teraz i komu zawdzię­cza tę zmianę. To zaś ozna­czało, że jeśli musiał surowo zwra­cać się do Hariego Sel­dona - dla dobra samego Sel­dona - nie brał pod uwagę sza­cunku i miło­ści, któ­rymi darzył star­szego czło­wieka. Nie mógł go powstrzy­mać nawet wzgląd na wła­sną karierę. To surowe zacho­wa­nie - i jesz­cze znacz­nie wię­cej - zawdzię­czał wła­śnie Heli­koń­czy­kowi.

- Posłu­chaj, Hari - powie­dział, uno­sząc gwał­tow­nie lewą rękę - z jakie­goś powodu, któ­rego nie potra­fię pojąć, masz bar­dzo dobre zda­nie o Deme­rzelu. W prze­ci­wień­stwie do mnie. Nikt, kogo opi­nię sza­nuję - nikt oprócz cie­bie - nie wyraża się o nim pochleb­nie. Nie obcho­dzi mnie, co się z nim sta­nie, skoro jed­nak wiem, że cie­bie to obcho­dzi, nie mam wyboru i muszę ci na to zwró­cić uwagę.

Sel­don uśmiech­nął się nie tylko z powodu tak poważ­nie wypo­wie­dzia­nych słów, ale rów­nież dla­tego, że tro­skę Ama­ryla uwa­żał za zby­teczną. Szcze­rze go lubił - a nawet wię­cej. Yugo był jed­nym z czworga ludzi, któ­rych poznał pod­czas pobytu na Tran­to­rze. Poznał tam Eto Deme­rzela, Dors Vena­bili, Yugo Ama­ryla i Ray­cha - czworo ludzi, któ­rych polu­bił jak nikogo przed­tem.

W pewien szcze­gólny, w każ­dym wypadku inny spo­sób stali się dla niego nie­zbędni - Yugo Ama­ryl dla­tego, że tak szybko zro­zu­miał zasady psy­cho­hi­sto­rii i tak sku­tecz­nie pro­wa­dził bada­nia na nowych obsza­rach. Wielce pocie­sza­jąca była świa­do­mość, że cokol­wiek sta­łoby się Sel­do­nowi, nim zdo­łałby roz­wią­zać zada­nia mate­ma­tyczne, pozo­sta­nie przy­naj­mniej jeden uta­len­to­wany czło­wiek, który będzie kon­ty­nu­ował bada­nia.

- Prze­pra­szam cię, Yugo - ode­zwał się Hari. - Nie chcia­łem być nie­cier­pliwy ani odrzu­cać poda­wa­nej mi dłoni, szcze­gól­nie że tak bar­dzo pra­gniesz, bym zro­zu­miał twoje inten­cje. Cho­dzi jedy­nie o moją pracę; kiedy jest się dzie­ka­nem wydziału...

Teraz Ama­ryl uśmiech­nął się, nie­znacz­nie tłu­miąc cichy chi­chot.

- Prze­pra­szam, Hari. Wiem, że nie powi­nie­nem się śmiać, ale ty nie masz żad­nych pre­dys­po­zy­cji do tego sta­no­wi­ska.

- Sam o tym wiem, ale będę się musiał nauczyć. Chcia­łem robić coś nie­szko­dli­wego, a nie ma nic, doprawdy nic mniej szko­dli­wego niż pozy­cja dzie­kana Wydziału Mate­ma­tyki na Uni­wer­sy­te­cie Stre­elinga. Mogę wypeł­niać swój dzień nie­waż­nymi zada­niami, żeby nikt mnie nie pytał o kie­ru­nek naszych badań psy­cho­hi­sto­rycz­nych. Pro­blem jedy­nie w tym, że naprawdę wypeł­niam swój dzień nie­waż­nymi zaję­ciami i nie mam dość czasu na... - Rozej­rzał się po swym biu­rze, spoj­rzał na kom­pu­tery, do któ­rych tylko on i Ama­ryl mieli dostęp. Nawet gdyby ktoś inny chciał z nich sko­rzy­stać, pro­gram był napi­sany tak prze­myślną sym­bo­liką, że nikt obcy nie zdo­łałby go zro­zu­mieć.

- Kiedy już przy­zwy­cza­isz się do obo­wiąz­ków - ode­zwał się Ama­ryl - zaczniesz je prze­ka­zy­wać innym i wtedy będziesz miał wię­cej czasu.

- Mam nadzieję - rzu­cił Sel­don z powąt­pie­wa­niem. - Powiedz mi jed­nak o tej waż­nej spra­wie, która doty­czy Eto Deme­rzela.

- Po pro­stu Eto Deme­rzel, nasz wspa­niały Pierw­szy Mini­ster, gorącz­kowo przy­go­to­wuje prze­wrót.

Sel­don zmarsz­czył brwi.

- Dla­czego miałby to robić?

- Wcale nie powie­dzia­łem, że tego chce. On po pro­stu to robi, świa­do­mie czy nieświa­do­mie, z wielką pomocą ze strony nie­któ­rych swo­ich poli­tycz­nych wro­gów. Wiesz, że mi to nie prze­szka­dza. Myślę nawet, że w sprzy­ja­ją­cych warun­kach dobrze byłoby się go pozbyć z pałacu, z Tran­tora... a nawet z Impe­rium. Jak już jed­nak mówi­łem, ty go cenisz, dla­tego ostrze­gam cię, bo podej­rze­wam, że nie śle­dzisz wyda­rzeń poli­tycz­nych tak dokład­nie, jak powi­nie­neś.

- Są znacz­nie waż­niej­sze sprawy - odpo­wie­dział łagod­nie Sel­don.

- Na przy­kład psy­cho­hi­sto­ria. Zga­dzam się z tobą. Ale powiedz mi, jak roz­wi­niemy psy­cho­hi­sto­rię, jak osią­gniemy suk­ces, jeśli będziemy igno­ran­tami w spra­wie poli­tyki? Mam na myśli dzi­siej­szą poli­tykę. Teraz, wła­śnie teraz teraź­niej­szość prze­kształca się w przy­szłość. Nie możemy jedy­nie badać prze­szło­ści. Wiemy, co się w niej zda­rzyło. Tylko bada­jąc teraź­niej­szość i bli­ską przy­szłość, możemy spraw­dzać rezul­taty naszych prac.

- Wydaje mi się, że już sły­sza­łem ten argu­ment - powie­dział Sel­don.

- I znów go usły­szysz. Chyba nie byłoby dla mnie dobrze, gdy­bym ci to tłu­ma­czył.

Sel­don wes­tchnął, usiadł z powro­tem w swoim fotelu i obda­rzył Ama­ryla uśmie­chem. Ten mło­dzie­niec potra­fił być natrętny, ale poważ­nie trak­to­wał psy­cho­hi­sto­rię i to wyna­gra­dzało wszystko.

Ama­ryl wciąż nosił piętno, które wyci­snęła na nim pozy­cja pala­cza. Miał sze­ro­kie ramiona i musku­larną budowę, jak czło­wiek, który przy­wykł do cięż­kiej fizycz­nej pracy. Nie pozwo­lił, by jego ciało pod­upa­dło. Wyszło to na zdro­wie zarówno jemu, jak i Sel­do­nowi, inspi­ro­wało bowiem Heli­koń­czyka do tego, by nie spę­dzać całego czasu za biur­kiem. Sel­don nie był tak silny jak Ama­ryl, jed­nak w dal­szym ciągu odzna­czał się nie­zwy­kłą siłą. Nie­dawno prze­kro­czył czter­dziestkę, był w dobrej for­mie i zamie­rzał ją utrzy­mać. Dzięki codzien­nej gim­na­styce nie miał jesz­cze brzuszka, a jego ramiona i uda były umię­śnione.

- Chyba nie zaj­mu­jesz się Deme­rze­lem tylko dla­tego, że jest moim przy­ja­cie­lem. Musisz mieć jakiś inny powód.

- Nie ma w tym żad­nej zagadki. Tak długo jak jesteś przy­ja­cie­lem Deme­rzela, twoja pozy­cja tu, na uni­wer­sy­te­cie, jest bez­pieczna i możesz kon­ty­nu­ować bada­nia w dzie­dzi­nie psy­cho­hi­sto­rii.

- No pro­szę. A więc mam powód, by się z nim przy­jaź­nić. Przy­naj­mniej to rozu­miesz.

- Tobie opłaca się utrzy­my­wać z nim zna­jo­mość. To rozu­miem. Jeśli jed­nak cho­dzi o przy­jaźń, tego nie rozu­miem. Tak czy ina­czej, jeśli Deme­rzel straci wła­dzę, to pomi­ja­jąc już wpływ, jaki może to mieć na twoją pozy­cję, Cleon będzie oso­bi­ście kie­ro­wał Impe­rium, a to jesz­cze pogłębi jego roz­pad. Może zapa­no­wać anar­chia, i to zanim zdą­żymy opra­co­wać zało­że­nia prak­tyczne psy­cho­hi­sto­rii, które pomo­głyby nauce ura­to­wać ludz­kość.

- Rozu­miem. Ale uczci­wie mówiąc, nie sądzę, byśmy otrzy­mali wyniki w tak krót­kim cza­sie, żeby mogło to zapo­biec Upad­kowi.

- Jeśli nawet nie będziemy mogli zapo­biec Upad­kowi, to może zdo­łamy cho­ciaż zła­go­dzić jego efekty?

- Być może.

- A widzisz. Im dłu­żej będziemy mogli pra­co­wać w spo­koju, tym więk­szą będziemy mieli szansę zapo­biec Upad­kowi albo przy­naj­mniej zła­go­dzić jego skutki. A ponie­waż o to nam cho­dzi, w czym jeste­śmy zgodni, ura­to­wa­nie Deme­rzela może być konieczne, czy nam - albo też tylko mi - się to podoba czy nie.

- A przed chwilą powie­dzia­łeś, że chciał­byś się go pozbyć z pałacu, z Tran­tora, a nawet z Impe­rium.

- Tak, w ide­al­nych warun­kach. Tyle że nie żyjemy w ide­al­nych warun­kach i potrze­bu­jemy naszego Pierw­szego Mini­stra, nawet jeśli jest on narzę­dziem repre­sji i despo­ty­zmu.

- Rozu­miem. Dla­czego jed­nak sądzisz, że Impe­rium jest tak bli­skie destruk­cji, że do jego Upadku wystar­czy dymi­sja Pierw­szego Mini­stra?

- Pod­po­wiada mi to psy­cho­hi­sto­ria.

- Na jakiej więc pod­sta­wie for­mu­łu­jesz tego typu prze­po­wied­nie? Prze­cież nie mamy jesz­cze nawet ogól­nych zało­żeń.

- Ist­nieje jesz­cze intu­icja, Hari.

- Ona zawsze ist­niała. Jed­nak potrze­bu­jemy cze­goś wię­cej, zga­dzasz się? Musimy opra­co­wać zasady mate­ma­tyczne, które przy speł­nie­niu tych lub innych warun­ków pozwolą nam okre­ślić praw­do­po­do­bień­stwo spe­cy­ficz­nych dróg roz­woju przy­szło­ści. Gdyby do osią­gnię­cia celu wystar­czyła intu­icja, wcale nie potrze­bo­wa­li­by­śmy psy­cho­hi­sto­rii.

- Jedno nie musi wyklu­czać dru­giego, Hari. Mówię o obu dro­gach: o takiej kom­bi­na­cji, która może być lep­sza niż inne... przy­naj­mniej dopóki psy­cho­hi­sto­ria nie zosta­nie udo­sko­na­lona.

- Jeśli w ogóle tak się sta­nie - rzekł Sel­don. - Powiedz mi jed­nak, na czym polega nie­bez­pie­czeń­stwo doty­czące Deme­rzela? Kto może go zra­nić czy też oba­lić? Czy mówimy o oba­le­niu Deme­rzela?

- Tak - odpo­wie­dział Ama­ryl, a jego twarz przy­brała ponury wyraz.

- W takim razie powiedz mi. Zli­tuj się nad moją igno­ran­cją.

Ama­ryl zaru­mie­nił się.

- Nie drwij, Hari. Na pewno sły­sza­łeś o Jo-Jo Jora­num.

- Oczy­wi­ście. Jest dema­go­giem, który kreuje się na przy­wódcę ludo­wego... zaraz, zaraz, skąd on pocho­dzi? Z Nishaya, prawda? To naprawdę mało zna­czący świat. O ile dobrze pamię­tam, wypa­sają tam stada kóz i pro­du­kują dosko­nałe sery.

- Zga­dza się. Ale on nie jest ot jakimś tam zwy­kłym dema­go­giem. Ma wielu zwo­len­ni­ków i staje się coraz sil­niej­szy. Jego celem, jak sam mówi, jest spra­wie­dli­wość spo­łeczna oraz więk­sze zaan­ga­żo­wa­nie poli­tyczne ludu.

- Tak, dużo o tym sły­sza­łem - powie­dział Sel­don. - Jego hasło brzmi: "Wła­dza należy do ludu".

- Tro­chę ina­czej. Powiada: "Wła­dza to lud".

Sel­don poki­wał głową.

- Wiesz co, podoba mi się ta myśl.

- Mnie też, nawet bar­dzo... gdyby Jora­num naprawdę miał to na myśli. Ale tak nie jest. Dla niego to tylko jeden ze schod­ków, po któ­rych chce się wspiąć. To tylko droga wio­dąca do celu, a nie wyty­czony cel. Jora­num chce się pozbyć Deme­rzela, bo wtedy łatwo mu będzie mani­pu­lo­wać Cle­onem. Póź­niej sam obej­mie tron i to on sta­nie się ludem. Sam mi mówi­łeś, że w dzie­jach Impe­rium było wiele takich epi­zo­dów, a ostat­nio Impe­rium jest słab­sze i mniej sta­bilne niż kie­dyś. Cios, który w poprzed­nich stu­le­ciach spo­wo­do­wałby jedy­nie nie­wiel­kie zachwia­nie, teraz mógłby je znisz­czyć. Impe­rium pogrą­ży­łoby się w woj­nie domo­wej i ni­gdy już nie odzy­ska­łoby daw­nej formy, a my nie mamy psy­cho­hi­sto­rii, która pod­po­wie­dzia­łaby nam, co powin­ni­śmy zro­bić.

- Rozu­miem twój punkt widze­nia, ale z pew­no­ścią nie będzie tak łatwo pozbyć się Deme­rzela.

- Nie zda­jesz sobie sprawy, jak silny staje się Jora­num.

- To bez zna­cze­nia. - Nie­mal widać było kłę­biące się myśli Sel­dona. - Zasta­na­wia mnie nato­miast, że rodzice nazwali go Jo-Jo. W tym imie­niu jest coś mło­dzień­czego.

- Jego rodzice nie mieli z tym nic wspól­nego. Naprawdę ma na imię Laskin, to bar­dzo popu­larne imię na Nishaya. Sam wybrał imię Jo-Jo, praw­do­po­dob­nie od pierw­szej sylaby swego nazwi­ska.

- Nie sądzisz, że głu­pio zro­bił?

- Nie. Jego zwo­len­nicy skan­dują: Jo... Jo... Jo... Jo. Działa to hip­no­tycz­nie.

- No cóż - powie­dział Sel­don, odwra­ca­jąc się do swego trój­kom­pu­tera i porząd­ku­jąc wie­lo­wy­mia­rową symu­la­cję, którą stwo­rzył za jego pomocą - zoba­czymy, co się będzie działo.

- Jak możesz pod­cho­dzić do tego tak obo­jęt­nie? Mówię ci, że zawi­sło nad nami nie­bez­pie­czeń­stwo.

- Wcale tak nie jest - rzekł Sel­don, a jego głos i wyraz oczu zdra­dzały sta­now­czość. - Nie znasz wszyst­kich fak­tów.

- A jakich to fak­tów nie znam?

- Poroz­ma­wiamy o tym innym razem, Yugo. Wolał­bym, żebyś zajął się teraz swoją pracą i pozwo­lił, bym to ja zajął się Deme­rze­lem i sta­nem Impe­rium.

Ama­ryl zaci­snął usta, ale nawyk posłu­szeń­stwa wobec Sel­dona był tak silny, że powie­dział jedy­nie:

- Tak, Hari.

Mimo to już w drzwiach odwró­cił się i dodał:

- Popeł­niasz błąd, Hari.

Sel­don uśmiech­nął się lekko.

- Nie sądzę, ale przy­ją­łem twoje ostrze­że­nie i będę o nim pamię­tał. Powta­rzam ci jed­nak, że wszystko będzie dobrze.

Kiedy Ama­ryl wyszedł, Sel­don prze­stał się uśmie­chać.

- Czy naprawdę wszystko będzie dobrze?

2

Choć Sel­don pamię­tał o prze­stro­gach Ama­ryla, nie przy­kła­dał do nich więk­szej wagi. Nade­szły i minęły jego czter­dzie­ste uro­dziny, co dla wielu bywa psy­cho­lo­gicz­nym cio­sem.

Czter­dziestka! Minęła już mło­dość. Życie nie roz­po­ście­rało się już przed nim jak olbrzy­mie pole, któ­rego hory­zont ginie gdzieś w oddali. Prze­by­wał na Tran­to­rze od ośmiu lat, a czas ten upły­nął bar­dzo szybko. Następne osiem lat i dobie­gnie nie­mal pięć­dzie­siątki. Będzie się zbli­żała sta­rość.

Co gor­sza, nie opra­co­wał jesz­cze nawet solid­nych pod­staw psy­cho­hi­sto­rii! Yugo Ama­ryl tak mądrze mówił o pra­wach i pra­co­wał nad swo­imi rów­na­niami, posłu­gu­jąc się śmia­łymi zało­że­niami opar­tymi na intu­icji. Ale jak można by prze­te­sto­wać takie zało­że­nia? Psy­cho­hi­sto­ria nie jest jesz­cze nauką eks­pe­ry­men­talną. Pełne bada­nie wyma­ga­łoby doświad­czeń, a te zaan­ga­żo­wa­nia całych świa­tów, mnó­stwa czasu i... cał­ko­wi­tego braku odpo­wie­dzial­no­ści etycz­nej.

Posta­wiony pro­blem wyda­wał się nie­moż­liwy do roz­wią­za­nia, toteż Sel­don, nie­chęt­nie spę­dza­jący czas na zaję­ciach admi­ni­stra­cyj­nych, udał się pod koniec dnia do domu w ponu­rym nastroju.

Zazwy­czaj spa­cer przez mia­steczko uni­wer­sy­tec­kie wpra­wiał go w lep­szy nastrój. Nad Uni­wer­sy­te­tem Stre­elinga wzno­siła się tak gigan­tyczna kopuła, że prze­by­wa­jąc w mia­steczku uni­wer­sy­tec­kim, miało się wra­że­nie, iż widzi się otwartą prze­strzeń. Nie trzeba też było zno­sić takich warun­ków mete­oro­lo­gicz­nych, jakich Sel­don doświad­czył pod­czas wizyty w Pałacu Impe­rial­nym. Rosły tu drzewa, roz­po­ście­rały się traw­niki i alejki, co spra­wiało, że czuł się jak w mia­steczku uni­wer­sy­tec­kim swo­jego sta­rego col­lege'u, na rodzin­nym Heli­ko­nie.

Złu­dze­nie zachmu­rze­nia zapla­no­wa­nego na ten dzień dawało sztuczne świa­tło sło­neczne poja­wia­jące się i zni­ka­jące w dość dziw­nych odstę­pach czasu. Było też nieco chłodno.

Sel­do­nowi wyda­wało się, że ostat­nio zimne dni poja­wiają się jakoś czę­ściej niż zazwy­czaj. Czyżby na Tran­to­rze oszczę­dzano ener­gię? A może pogłę­biał się jej nie­do­bór? A może to on (tu aż się skrzy­wił na samą myśl) sta­rzeje się i jego krew wol­niej krąży? Wsu­nął dło­nie do kie­szeni mary­narki i sku­lił się.

Zwy­kle nie musiał myśleć o tym, w którą stronę idzie. Dosko­nale znał trasę z biura do sali kom­pu­te­ro­wej, a stam­tąd do swego miesz­ka­nia i z powro­tem do biura. Prze­waż­nie całą drogę wypeł­niały mu roz­my­śla­nia, jed­nakże dziś do jego świa­do­mo­ści dotarł jakiś dźwięk. Dźwięk, który nic nie zna­czył.

Jo... Jo... Jo... Jo...

Był raczej cichy i odle­gły, ale przy­niósł wspo­mnie­nia. Tak, ostrze­że­nie Ama­ryla. Jo-Jo - dema­gog i przy­wódca ludowy. Czyżby był tu, w mia­steczku aka­de­mic­kim? Sel­don nie pod­jął świa­do­mej decy­zji: nogi same go ponio­sły i przy­wio­dły ku lek­kiemu wznie­sie­niu zwa­nemu pla­cem uni­wer­sy­tec­kim, gdzie stu­denci gim­na­sty­ko­wali się, upra­wiali sporty albo wygła­szali prze­mó­wie­nia.

Pośrodku placu znaj­do­wała się nie­zbyt liczna grupa stu­den­tów, któ­rzy entu­zja­stycz­nie śpie­wali. Na plat­for­mie stał ktoś, kogo Hari nie roz­po­znał, ktoś koły­szący się ryt­micz­nie, o dono­śnym gło­sie.

Nie był to jed­nak Jora­num. Sel­don wie­lo­krot­nie oglą­dał go w holo­wi­zji, a ostrze­żony przez Ama­ryla, przyj­rzał mu się uważ­nie. Jora­num był rosłym męż­czy­zną, uśmie­chał się jak fał­szywy przy­ja­ciel. Miał gęste jasne włosy i błę­kitne oczy.

Ten męż­czy­zna był niski, a poza tym szczu­pły, miał sze­ro­kie usta i ciemne włosy i zacho­wy­wał się bar­dzo gło­śno. Sel­don nie wsłu­chi­wał się w słowa, ale usły­szał zda­nie "prze­ka­zać wła­dzę jed­nostki wielu" oraz gło­śny aplauz stu­den­tów, któ­rym się to spodo­bało.

Dosko­nale, pomy­ślał, ale cie­kawe, jak ma zamiar to zro­bić... i czy mówi poważ­nie?

Zna­lazł się na skraju zgro­ma­dze­nia i roz­glą­dał dokoła, szu­ka­jąc kogoś zna­jo­mego. Wpadł na Finan­ge­losa, stu­denta Wydziału Mate­ma­tyki, cał­kiem przy­zwo­itego mło­dego czło­wieka o ciem­nych, kędzie­rza­wych wło­sach.

- Finan­ge­los! - zawo­łał.

- Pro­fe­sor Sel­don - odpo­wie­dział tam­ten dopiero po chwili, bo gapił się na niego tak, jakby nie potra­fił go roz­po­znać, gdy Hari nie trzy­mał rąk na kla­wia­tu­rze kom­pu­tera. Wresz­cie pod­biegł i zapy­tał: - Przy­szedł pan posłu­chać tego faceta?

- Nie. Przy­sze­dłem tu tylko po to, by dowie­dzieć się, co to za hałasy. Kto to?

- Nazywa się Namarti, pro­fe­so­rze. Prze­ma­wia w imie­niu Jo-Jo.

- To już sły­sza­łem - oznaj­mił Sel­don, znów słu­cha­jąc pie­śni. Wyraź­nie zaczy­nała się wtedy, gdy mówca chciał coś pod­kre­ślić. - Ale kim jest ten Namarti? Nie znam tego nazwi­ska. Z któ­rego jest wydziału?

- On nie jest człon­kiem spo­łecz­no­ści uni­wer­sy­tec­kiej, pro­fe­so­rze. To jeden z ludzi Jo-Jo.

- Jeśli nie jest człon­kiem spo­łecz­no­ści uni­wer­sy­tec­kiej, to nie ma prawa tu prze­ma­wiać bez zezwo­le­nia. Myślisz, że je posiada?

- Nie mam poję­cia, pro­fe­so­rze.

- W takim razie dowiedzmy się.

Sel­don zaczął się prze­dzie­rać przez tłum, ale Finan­ge­los zła­pał go za rękaw.

- Panie pro­fe­so­rze, niech pan niczego nie zaczyna. On ma ze sobą obstawę.

Za mówcą widać było sze­ściu mło­dych ludzi. Stali na sze­roko roz­sta­wio­nych nogach, ręce mieli sple­cione na pier­siach, a miny bar­dzo groźne.

- Obstawę?

- Na wypa­dek awan­tury. Gdyby ktoś chciał się powy­głu­piać.

- W takim razie na pewno nie jest człon­kiem spo­łecz­no­ści uni­wer­sy­tec­kiej i nawet zezwo­le­nie nie uspra­wie­dli­wi­łoby obec­no­ści tej, jak ją nazy­wasz, "obstawy". Finan­ge­los, wezwij straż­ni­ków uni­wer­sy­tec­kich. Powinni tu już dawno być, i to bez wzy­wa­nia.

- Pew­nie nie chcą mieć kło­po­tów - wymam­ro­tał Finan­ge­los. - Pro­szę pana, pro­fe­so­rze, niech pan nic nie robi. Jeśli chce pan, żebym wezwał straż­ni­ków, zro­bię to, ale pro­szę, by się pan wstrzy­mał do ich przy­by­cia.

- Może mógł­bym prze­rwać to, zanim przy­będą.

Sel­don zaczął się prze­py­chać mię­dzy ludźmi, co nie było znowu takie trudne. Nie­któ­rzy z obec­nych roz­po­zna­wali go, a wszy­scy pozo­stali widzieli naszywkę pro­fe­sor­ską na jego ramie­niu. Doszedł do plat­formy, oparł na niej dło­nie i nieco sapiąc, wsko­czył na górę. Bole­śnie roz­cza­ro­wany pomy­ślał, że dzie­sięć lat temu potra­fiłby to zro­bić, poma­ga­jąc sobie tylko jedną dło­nią, i nie zasa­pałby się przy tym.

Wypro­sto­wał się. Mówca prze­rwał, a w jego wzroku poja­wiły się ostroż­ność i chłód.

- Pro­szę o zezwo­le­nie na prze­ma­wia­nie do stu­den­tów - zażą­dał spo­koj­nie Sel­don.

- Kim pan jest? - zapy­tał mówca. Wypo­wie­dział te słowa gło­śno i wyraź­nie.

- Jestem pro­fe­so­rem tego uni­wer­sy­tetu - odpo­wie­dział Sel­don rów­nie gło­śno. - Mogę zoba­czyć pań­skie zezwo­le­nie?

- Odma­wiam. Nie ma pan prawa zada­wać mi takich pytań ani żądać zezwo­le­nia.

Mło­dzi męż­czyźni oto­czyli szczel­niej mówcę.

- Jeśli nie ma pan zezwo­le­nia, to radzę natych­miast opu­ścić teren uni­wer­sy­tetu.

- A jeśli tego nie zro­bię?

- No cóż, tak czy ina­czej straż­nicy uni­wer­sy­teccy są już w dro­dze. - Sel­don odwró­cił się w stronę tłumu. - Stu­denci - zawo­łał - w naszym mia­steczku uni­wer­sy­tec­kim mamy prawo czuć się wolni, a i prze­ma­wiać możemy swo­bod­nie, jed­nakże prawo to może zostać nam ode­brane, jeśli pozwo­limy obcym, któ­rzy nie mają zezwo­le­nia, by...

Sel­don poczuł, że ktoś kła­dzie ciężką dłoń na jego ramie­niu, i zadrżał. Odwró­cił się i zoba­czył, że to jeden z ludzi, któ­rych Finan­ge­los nazwał obstawą.

- Zjeż­dżaj stąd, i to szybko! - rzu­cił męż­czy­zna. Mimo że mówił z cha­rak­te­ry­stycz­nym akcen­tem, Hari nie potra­fił od razu roz­po­znać, skąd pocho­dzi.

- To i tak nic nie da - powie­dział. - Straż­nicy będą tu za chwilę.

- W takim razie - ode­zwał się Namarti, wykrzy­wia­jąc usta - będą zamieszki. To nas nie prze­raża.

- Nic takiego nie nastąpi - stwier­dził Sel­don. - To byłoby wam na rękę, ale nie będzie żad­nych zamie­szek. Odej­dzie­cie stąd w spo­koju. - Znów odwró­cił się do stu­den­tów i strzą­snął rękę mło­dzieńca ze swego ramie­nia. - Dopil­nu­jemy tego, prawda?

- To pro­fe­sor Sel­don! - wrza­snął ktoś z tłumu. - Przy­zwo­ity czło­wiek! Zostaw­cie go!

Heli­koń­czyk wyczu­wał, że stu­denci mają mie­szane uczu­cia. Wie­dział, że nie­któ­rzy z nich chęt­nie wzię­liby udział w bójce ze straż­ni­kami uni­wer­sy­tec­kimi, ot tak, dla zasady. Z dru­giej strony, musieli się tu znaj­do­wać tacy, któ­rzy go lubili, a także inni, któ­rzy wpraw­dzie go nie znali, ale z pew­no­ścią nie pra­gnęli być świad­kami pobi­cia pro­fe­sora uni­wer­sy­tetu.

- Niech pan uważa, pro­fe­so­rze! - roz­legł się krzyk jakiejś kobiety.

Sel­don wes­tchnął i spoj­rzał na postaw­nego mło­dego czło­wieka, ku któ­remu zwró­cił się twa­rzą. Nie wie­dział, czy sobie z nim pora­dzi, czy wciąż ma dość dobry refleks, a muskuły wystar­cza­jąco krzep­kie, choć nie­raz popi­sy­wał się śmia­łymi wyczy­nami.

Jeden z kom­pa­nów Namar­tiego ruszył ku niemu, zacho­wu­jąc się wielce poufale. Szedł powoli, co dało Sel­do­nowi tyle czasu, ile potrze­bo­wało jego sta­rze­jące się ciało. Oprych wycią­gnął rękę, co tylko uła­twiło Heli­koń­czy­kowi zada­nie. Chwy­cił męż­czy­znę za ramię, wykrę­cił je i pochy­lił się, pocią­ga­jąc naj­pierw w górę, potem zaś w dół (stę­kał przy tym - dla­czego musiał stę­kać?), a napast­nik poszy­bo­wał w powie­trze, czę­ściowo popchnięty siłą wła­snego roz­pędu. Wylą­do­wał z hukiem na skraju plat­formy; widać było, że ma wykrę­cone ramię.

Zgro­ma­dzeni stu­denci zawyli dziko, widząc tak nie­ocze­ki­wany roz­wój akcji. Poczu­cie wspól­noty zaowo­co­wało wybu­chem dumy.

- Bierz ich, pro­fe­sorku! - krzyk­nął ktoś. Inni powtó­rzyli to za nim.

Sel­don wygła­dził włosy, sta­ra­jąc się nie sapać. Stopą strą­cił napast­nika z plat­formy.

- Ktoś jesz­cze? - spy­tał milutko. - Czy też spo­koj­nie opu­ści­cie teren?

Sta­nął przed Namar­tim i jego pię­cioma słu­gu­sami.

- Ostrze­gam was. Tłum jest teraz po mojej stro­nie. Jeśli zechce­cie mnie tknąć, roze­rwą was na strzępy... No dobra, który następny? Pro­szę bar­dzo. Byle poje­dyn­czo.

Pod­niósł głos, wyma­wia­jąc ostat­nie zda­nie, a prze­bie­ra­jąc pal­cami, poka­zał, że zapra­sza ich do sie­bie. Stu­denci krzy­kiem wyra­żali aplauz.

Namarti stał obo­jęt­nie na plat­for­mie. Sel­don pod­sko­czył ku niemu i zła­pał jego szyję w zgię­cie ręki. Teraz i stu­denci wdra­py­wali się na plat­formę, woła­jąc: "Byle poje­dyn­czo! Byle poje­dyn­czo!" Sta­nęli pomię­dzy ochro­nia­rzami a Sel­donem.

Sel­don wzmoc­nił nacisk na tcha­wicę swego prze­ciw­nika i szep­nął mu na ucho:

- Wiem, co powi­nie­nem zro­bić, Namarti. Znam się na tym. Przez lata zdo­by­łem prak­tykę. Jeśli poru­szysz się i spró­bu­jesz wyrwać, tak ci pod­re­pe­ruję tcha­wicę, że już ni­gdy nie wymó­wisz nic gło­śniej niż szep­tem. Jeśli cenisz sobie swój głos, to rób, co każę. Kiedy zwol­nię uścisk, roz­ka­żesz swo­jej zgrai bul­do­gów, by stąd ode­szli. Jeśli powiesz coś innego, będą to ostat­nie słowa, jakie nor­mal­nie powie­dzia­łeś w życiu. A gdyby ci przy­szło do głowy tu wró­cić, wykoń­czę cię, przy­stoj­niaczku.

Zwol­nił na chwilę uścisk, a wtedy Namarti powie­dział ochry­płym gło­sem:

- Wyno­ście się. Wszy­scy.

Wyco­fy­wali się w popło­chu, poma­ga­jąc potłu­czo­nemu kole­dze.

Kiedy po kilku chwi­lach przy­byli straż­nicy uni­wer­sy­teccy, Sel­don rzekł:

- Prze­pra­szam, pano­wie. To był fał­szywy alarm.

Opu­ścił plac uni­wer­sy­tecki. Szedł do domu bar­dziej niż bole­śnie roz­cza­ro­wany. Odsło­nił tę część swej natury, któ­rej nikomu nie chciał poka­zy­wać. Jest prze­cież Harim Sel­do­nem mate­ma­ty­kiem, a nie Harim Sel­do­nem - sady­stą. A poza tym, pomy­ślał ponuro, Dors dowie się o wszyst­kim. Prawdę mówiąc, powi­nien sam ją o tym poin­for­mo­wać, zanim usły­szy znacz­nie dra­ma­tycz­niej­szą wer­sję wyda­rzeń, gor­szą niż w rze­czy­wi­sto­ści.

Dors nie będzie zado­wo­lona.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Wszyst­kie zamiesz­czone tutaj cytaty z Ency­klo­pe­dii Galak­tycz­nej zaczerp­nięte zostały za zgodą wydawcy z jej 116. wyda­nia opu­bli­ko­wa­nego w 1020 roku e.F. przez Encyc­lo­pe­dia Galac­tica Publi­shing Co. na Ter­mi­nu­sie. [wróć]