ASIMOV - SAGA O FUNDACJI
Jedna z najjaśniejszych gwiazd na firmamencie światowej literatury SF,
autor ponad 360 publikacji popularnonaukowych, laureat nagród Hugo i Nebula urodził się w Rosji w 1920 roku. Gdy miał trzy lata, jego rodzice
wyemigrowali do Stanów Zjednoczonych.
Isaac Asimov wychowywał się na Brooklynie w sklepie cukierniczym swojego
ojca. Zaczął pisać już jako student Uniwersytetu Columbia. W owych
czasach jego przewodnikiem duchowym był John W. Campbell, gromadzący
wokół siebie młodych pisarzy, którzy potrafili ulecieć w niezbadane
obszary wyobraźni. Wtedy właśnie, latem 1939 roku, pojawiły się po raz
pierwszy jasne punkciki, które po latach przekształciły się w słońca
literatury science fiction. Asimov dołączył do nich i w ten sposób
zaczęła się największa przygoda jego życia - przygoda literacka.
Zdolności oraz talent młodego Asimova szybko dojrzewały i zaczęły
nabierać pełnych kształtów. Pierwsza publikacja, opowiadanie Powód,
ukazała się w kwietniowym numerze "Astounding" z 1941 roku.
W roku 1949 wydawnictwo Doubleday wydało Kamyk na niebie. W tym
okresie Isaac Asimov zrobił doktorat z biochemii i rozpoczął pracę jako
wykładowca w Boston University School of Medicine.
Rok później przyniósł do Doubleday powieść o robotach, ale wydawnictwo
odrzuciło maszynopis. Książka trafiła więc do Martina Greenberga,
właściciela wydawnictwa Gnome Press. Greenberg zgodził się ją wydać,
lecz zażądał zmiany tytułu na Ja, Robot.
Kolejną powieść, Gwiazdy jak pył, wydało Doubleday. Zachęcony tym
Asimov przyniósł im następną książkę - zbiór, nad którym pracował od
1942 roku. Zawierał on trzy nowele, a każda była kontynuacją poprzedniej
części. Ale wydawnictwo nie zgodziło się na ich wydanie.
- Napisz powieść, Isaacu - powiedzieli i odrzucili maszynopis.
I znów Asimov poszedł do Greenberga, ten zaś ponownie zgodził się na
publikację. Zbiór ukazał się w trzech częściach: Fundacja
(Foundation), Fundacja i Imperium (Foundation and Empire) oraz
Druga Fundacja (Second Foundation).
Autor nie wspominał miło początków publikacji swej trylogii. Nigdy do
końca nie wybaczył Doubleday, że nie wydało Fundacji, zmuszając go tym
samym do oddania jej w ręce Martina Greenberga. Problem polegał między
innymi na tym, że Asimov nigdy nie otrzymał honorarium za tę trylogię.
Greenberg wciąż wynajdywał powody, dla których nie przysyłał
wynagrodzenia. Współpraca zakończyła się ostatecznie, gdy wydawca
pokazał autorowi swój przestronny, doskonale wyposażony dom, który
właśnie wybudował. Gdy oprowadzał po nim swego gościa, Asimov zapytał:
- Panie Greenberg, skoro stać pana na tak piękny dom, dlaczego nie stać
pana na zapłacenie mi od czasu do czasu honorarium?
Od tamtej pory nie spotkali się już, a wszystkie następne książki
trafiły do wydawnictwa Doubleday. Po kilku latach Doubleday wydostało od
Greenberga prawa do "Fundacji". Dzięki dobrej i mądrej polityce
wydawniczej książki zaczęły się rewelacyjnie sprzedawać, a Asimov stał
się zamożnym człowiekiem. Wydawnictwo nalegało na stworzenie kolejnych
powieści z cyklu "Fundacja", ale Asimov odmówił, tłumacząc, że ma na
jakiś czas dosyć trylogii i zamieszania wokół niej.
Ten "jakiś czas" trwał dokładnie trzydzieści jeden lat. Tymczasem, w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, Asimov zarzucił
beletrystykę i poświęcił się pracy badawczej, a także pisaniu książek
naukowych i popularnonaukowych. Niemniej jednak od czasu do czasu ulegał
namowom wydawnictwa; dzięki temu powstało kilka powieści, przede
wszystkim Równi bogom. Książka ta ukazała się częściowo dlatego, że
Lawrence Ashmead, ówczesny wydawca Asimova, twierdził, iż ten nie umie
pisać o seksie. Asimov stworzył więc powieść, której jedna część
dotyczyła wyłącznie seksu, tyle że pozaziemskiego. Książka ta przyniosła
autorowi nagrody Hugo i Nebula. Obu tych nagród doczekało się także
opowiadanie Dwustuletni człowiek.
Jednak Doubleday wciąż nalegało na kontynuację "Fundacji". Zadzwonili i zaprosili pisarza na rozmowę. Asimov tak wspomina owe dni:
"Poszedłem do wydawnictwa i powiedziałem:
- Słuchajcie, a może napisałbym coś innego. Może napisałbym
autobiografię. Mam wielką ochotę napisać właśnie coś takiego.
Zgodzili się, aczkolwiek niechętnie. Stworzyłem więc dwa opasłe tomy
zatytułowane In Memory Yet Green oraz In Joy Still Felt.
Byłem z siebie bardzo zadowolony, a książki sprzedawały się nieźle. Lecz
"Fundacja" sprzedawałaby się lepiej.
W końcu z wyraźnym zniecierpliwieniem wezwali mnie na dywanik i oświadczyli bez ogródek:
- Isaacu, cieszymy się z twojej twórczości. Wszyscy dobrze na niej
zarabiamy. Ale chcemy zarabiać jeszcze lepiej. Napisz kolejną
"Fundację". Dajemy ci pięćdziesiąt tysięcy dolarów zaliczki. To jest
kontrakt, a to jest pióro. Tu się podpisz, a jeśli tego nie zrobisz,
wyrzucimy cię przez okno.
To była największa zaliczka, jaką kiedykolwiek otrzymałem. Siedziałem
przez chwilę, wpatrując się w papier, a potem podpisałem".
Asimov sam przyznawał, że po trzydziestu jeden latach nie pamiętał zbyt
dobrze, "co się tam w trzech Fundacjach działo". Pierwotnie były to
przecież luźno powiązane powieści, a autor nie zamierzał ich
kontynuować. Niemniej jednak fabuła łączyła w pewien sposób nie tylko
same części trylogii, ale również wcześniejsze powieści. Temu, co działo
się w "Fundacji", dały początek wydarzenia opisane w zbiorze opowiadań
Ja, Robot. W XXI wieku Susan Calvin, legendarna robopsycholog,
pracowała ze swoim zespołem nad stworzeniem, a następnie udoskonaleniem
sztucznej inteligencji. Trzy tysiące lat później na planecie Aurora
zostaje skonstruowany humanoidalny robot R. Daneel Olivaw. Zdarzenia te
opisane są w powieści Nagie słońce. Kilkaset lat później z kolei R.
Daneel Olivaw współpracuje ze swym przyjacielem, człowiekiem Elijahem
Baleyem. Ziemia kolonizuje następne światy, a planety Przestrzeńców
powoli ulegają zagładzie. Opowiadają o tym Pozytronowy detektyw oraz
Roboty i Imperium. Ponad dwadzieścia tysięcy lat później rozpoczyna
się akcja trylogii "Fundacja"; niektóre postaci pamiętane są jako
mityczni bohaterowie, choć o samej Ziemi zapomniano. W czasach Hariego
Seldona mało kto pamiętał o kolebce ludzkości.
Wszechświat stworzony przez Asimova to wielkie Imperium Galaktyczne
panujące nad 25 milionami światów. Akcja pierwszej części pierwotnej
trylogii "Fundacji" rozpoczyna się, gdy genialny matematyk, największy
umysł tych czasów, Hari Seldon jest u kresu swych dni, a wielkie
Imperium, które przetrwało ponad dwadzieścia tysięcy lat, chyli się ku
upadkowi. Na stołecznym świecie, Trantorze, żyje z górą czterdzieści
miliardów ludzi. Cała planeta pokryta jest tytanowym płaszczem, a na
Powierzchni przebywają tylko - od czasu do czasu - naukowcy i ekipy
naprawcze. Jedynym odkrytym terenem jest pałac oraz ogrody imperatora.
Na jednym z uniwersytetów grupa naukowców pod kierunkiem Hariego Seldona
stara się za wszelką cenę uratować chylącą się ku upadkowi cywilizację.
Znaczna część tego zespołu pracuje nad największym zbiorem informacji
wszech czasów - Encyklopedią Galaktyczną. Inna część stara się
zminimalizować skutki upadku państwa. Wiedzą, że samego Imperium
uratować się nie da, ale za pomocą psychohistorii, która miała pomóc w statystycznym prognozowaniu przyszłych tendencji rozwoju
społeczno-politycznego, próbują stworzyć plan najbliższego tysiąclecia i poprzez mroki chaosu i bezkrólewia poprowadzić ludzkość ku Drugiemu
Imperium.
Hari Seldon tworzy dwie Fundacje na - jak lubił mawiać - dwóch krańcach
Galaktyki. Na siedzibę Pierwszej Fundacji wybiera odległą od stołecznego
świata planetę Terminus. Tam też udaje się grupa tzw. Encyklopedystów.
Fundacja to opowieść o narodzinach Pierwszej Fundacji na Terminusie, o kształtowaniu i rozwoju społeczeństwa rzuconego na krańce wszechświata.
Młody ekonomiczno-polityczny organizm, który z założenia miał być tylko
fundacją naukową, musi stawić czoło wybujałym ambicjom sąsiadów
pragnących przede wszystkim oderwać się od Imperium. Jest jednak coś, co
choć w pewnym stopniu czuwa nad rozwojem wydarzeń.
Fundacja i Imperium to druga część trylogii. Pierwsza Fundacja jest
młodym, lecz coraz potężniejszym państwem. W upadającym, ogarniętym
chaosem Imperium tworzy jedyną wysepkę nauki i energii atomowej, która z czasem staje się osnową kultu religijnego dla barbarzyńskich plemion
zamieszkujących Peryferia. W pewnym momencie resztki Imperium raz
jeszcze zrywają się do walki o scalenie swych dominiów i próbują pokonać
Pierwszą Fundację.
Druga Fundacja przedstawia walkę Pierwszej Fundacji o przetrwanie, gdy
po dziesiątkach lat burzliwego rozwoju staje ona oko w oko z problemem,
z którym nie potrafi sobie poradzić. Oto pojawia się coś, wobec czego
cała potęga państwa, jak również Plan Seldona są bezradne. Na scenę
wkracza mityczna Druga Fundacja, o której wiadomo było tylko, że
znajduje się "na drugim końcu Galaktyki", ale nikt nie wiedział gdzie.
Wskutek interwencji Drugiej Fundacji społeczeństwo Pierwszej za wszelką
cenę próbuje odnaleźć tajemniczego sprzymierzeńca. Zachodzi bowiem
obawa, że właśnie obywatele Drugiej Fundacji są strażnikami Planu
Seldona i że to oni są panami losu Pierwszej Fundacji.
Druga Fundacja, ostatnia część oryginalnej trylogii, rozwiązuje
tajemnicę Drugiej Fundacji.
Gdy Asimov przeczytał dokładnie swoją trylogię, rozpoczął tworzenie
następnej części. Nie była to jednak prosta sprawa. Druga Fundacja
kończyła się tak, że nie bardzo było wiadomo, jak ją kontynuować.
Pisanie posuwało się opornie. Asimov doszedł nawet do wniosku, że
pięćdziesiąt tysięcy dolarów zaliczki to stanowczo za mało. Jednak z biegiem czasu pracowało mu się coraz lepiej, w wyniku czego powstały
dwie kolejne części. Ponieważ Doubleday nalegało, żeby w tytule znalazło
się słowo "Fundacja", Asimov wymyślił Agenta Fundacji. Uśmiał się
serdecznie, gdy na skrzydełku okładki przeczytał, że jest to czwarta
część trylogii. Chodziło oczywiście o przyciągnięcie jak największej
liczby czytelników i wielbicieli "starej" trylogii. Po protestach
Asimova Doubleday zmieniło tekst na "czwartą księgę sagi o Fundacji".
Autor, choć ten pomysł również mu się nie spodobał, postanowił trzymać
język za zębami, gdyż, jak powiedział: "Jeśli znów coś powiem, to
zmienią to na coś jeszcze gorszego".
Agent Fundacji ukazał się akurat podczas nowojorskich ulicznych targów
książki - New York is Book Country. Asimov osobiście uczestniczył w sprzedaży i nie mógł się nadziwić, że tytuł sprzedawał się jak świeże
bułeczki. Wyglądało na to, że czytelnicy trzydzieści jeden lat czekali z niecierpliwością na ten tom.
Na liście bestsellerów "New York Times" Agent Fundacji znalazł się na
trzynastym miejscu i utrzymał się na niej 25 tygodni. Co więcej, była to
jedyna książka Doubleday na tej liście, więc pracownicy wydawnictwa
nosili Asimova na rękach.
Czwarta część sagi nawiązuje do poprzednich opowieści nie tylko tytułem.
Chociaż można ją czytać jak osobną książkę, kontynuuje główne wątki
wcześniejszych części. Wielkie Imperium Galaktyczne dawno legło w gruzach. Nie było już dwudziestu pięciu milionów światów zjednoczonych
pod imperatorskim berłem. Na Trantorze, niegdyś tętniącej życiem stolicy
ogromnego państwa, potężnym centrum nauki i kultury, pozostały jedynie
szkielety imponujących budowli. Zdarto tytanową powłokę planety,
zasypano wielkie podziemne przestrzenie, na Powierzchni zaś, jak przed
tysiącami lat, rosła trawa, a wśród drzew i ruin hulał wiatr.
Tymczasem Pierwsza Fundacja rośnie w siłę, podporządkowując sobie
kolejne światy. Wydaje się, że wszystko toczy się tak, jak prawie
pięćset lat wcześniej zaplanował legendarny Hari Seldon. Ale pewien
młody człowiek, członek Rady Terminusa, dochodzi do wniosku, że ani
teraźniejszość, ani przyszłość nie rysuje się w tak różowych barwach.
Popada w konflikt z najwyższymi władzami planety. Konsekwencją jest
splot wydarzeń stanowiących treść tej i następnej części "Fundacji".
Asimov słusznie podejrzewał, że po takim sukcesie Doubleday nie
zrezygnuje i zmusi go do napisania kolejnej powieści. Już wtedy gdy
składał maszynopis Agenta Fundacji, a wydawnictwo nie miało poważnych
przesłanek, by liczyć na wielki sukces, przedstawiono mu kontrakt. Tym
razem oferowano siedemdziesiąt pięć tysięcy dolarów zaliczki.
Asimov zaproponował jednak wydanie powieści o robotach, do której
napisania od pewnego już czasu się przymierzał. Z niechęcią, ale
wyrazili zgodę. Powstały więc wtedy Roboty z planety Świtu, a następnie Roboty i Imperium. Nie były to wszakże zupełnie odrębne
tematycznie książki.
Mimo swej niepodważalnej wartości tytuły te nie sprzedawały się tak, jak
sprzedałaby się "Fundacja". Doubleday przyparło więc Asimova do muru i zażądało następnej części sagi. Mistrz zabrał się do pracy i powstała
Fundacja i Ziemia. Ta bezpośrednia kontynuacja opowiada o dalszych
losach bohaterów Agenta... Tym razem Golan Trevize i Janov Pelorat
wybierają się na poszukiwanie mitycznej kolebki ludzkości - Ziemi.
Odnalezienie jej wydaje się kluczowym elementem w rozwiązaniu trapiących
ich i całą Fundację problemów i wątpliwości. Przemierzając Galaktykę,
odnajdują wiele zaginionych i zapomnianych światów mitycznych
Przestrzeńców, którzy przed tysiącami lat zamieszkiwali Aurorę - planetę
Świtu, Solarię i pozostałe czterdzieści osiem światów.
Sam Asimov określa Fundację i Ziemię jako "niezłą". Przyznaje jednak,
że powieść zamyka się takim pomysłem, że w razie kolejnej "propozycji
nie do odrzucenia" ze strony wydawcy nie udałoby mu się jej kontynuować.
Wyglądało na to, że Asimov znów na "jakiś czas" zarzuci "Fundację".
Jednak któregoś dnia pisarz spotkał w windzie jednego ze swoich
studentów, który koniecznie chciał wiedzieć, co robił Hari Seldon, gdy
był młody.
- Dlaczego nie napisze pan czegoś o tym?
- Ależ ja nie wiem, co robił Seldon, gdy był młody.
- No to niech pan coś wymyśli, doktorze Asimov.
W rezultacie powstała powieść Preludium Fundacji. Fundacja
rozpoczynała się, gdy Seldon był już starym, schorowanym naukowcem
poruszającym się na wózku inwalidzkim. W kolejnych częściach był już
legendarnym, na poły mitycznym geniuszem matematycznym i największym
psychohistorykiem, który wytyczał ludzkości drogę ku dobrej przyszłości.
Teraz Asimov opisał życie Helikończyka, gdy jako trzydziestodwuletni
uzdolniony matematyk przybywa na Trantor, stołeczny świat Imperium. Na
Zjeździe Dziesięcioletnim przedstawia nowatorską pracę z zakresu
psychohistorii. Niestety, główne przesłanie referatu zostaje błędnie
odczytane. Wiele osób, w tym ci, którzy decydują o losach Imperium,
stara się wykorzystać teoretyczne założenia psychohistorii do własnych
partykularnych celów. W efekcie Hari Seldon musi uciekać przed
możnowładcami, a zwłaszcza przed wszechwładnym Pierwszym Ministrem Eto
Demerzelem. Przemierzając różne sektory Trantora, matematyk spotyka
wiele osób, które w mniej lub bardziej bezpośredni sposób przyczyniają
się do ukształtowania pierwszych, podstawowych praw i założeń
praktycznej psychohistorii. Podczas Ucieczki Hari Seldon spotyka swoją
przyszłą żonę i współpracowniczkę, a także Yugo Amaryla, przyszłego
współtwórcę psychohistorii. Akcja Preludium Fundacji kończy się mniej
więcej w tym samym momencie, w którym zaczyna się pierwsza część
trylogii.
Po Preludium... nie miało już być dalszych części. Asimov opisał młodość
Seldona i początki psychohistorii. Ponadto ulubiona redaktorka Asimova,
Jennifer Brehl, miała nowy pomysł:
- Isaacu - spytała - dlaczego nie napiszesz teraz powieści, która nie
miałaby nic wspólnego ani z Fundacją, ani z robotami?
- Wielkie nieba, Jennifer, nawet nie wiem, jak to się robi - odparł.
Ale oczywiście nie byłby sobą, gdyby nie wymyślił czegoś rewelacyjnego.
Powstała wtedy Nemesis, znakomita powieść, która rzeczywiście nie
miała nic wspólnego ani z Fundacją, ani z robotami.
A potem Jennifer miała kolejny pomysł:
- Isaacu - powiedziała - napisz taką księgę "Fundacji", w której
bohaterowie zmienialiby się w każdym rozdziale.
Asimov przemyślał całą sprawę i rozpoczął następną część sagi,
Narodziny Fundacji1, w której Hari Seldon stopniowo się
starzał. Jest to opowieść w pięciu aktach, a w każdym z nich matematyk
jest o dziesięć lat starszy.
Asimov zaczął pracę nad Narodzinami..., lecz pod koniec 1989 roku
zdarzyło się nieszczęście. Powalił go atak serca wywołany niewydolnością
zastawki dwudzielnej. Pisarz całymi miesiącami leżał w łóżku i nie mógł
nie tylko chodzić, ale także pisać. Nawet dyktowanie sprawiało mu
ogromny kłopot. Żartował, że z każdym rozdziałem, tak jak Hari Seldon,
czuje się o dziesięć lat starszy. Powiedział nawet swojemu lekarzowi i staremu przyjacielowi, Paulowi Essermanowi:
- Paul, myślę, że chyba już umrę, i chciałbym, żebyś mi dał umrzeć w spokoju.
- Myślę, że chyba nie umrzesz, i nie dam ci umrzeć w spokoju - odparł
Esserman.
I nie dał. Asimov ciągle pisał swoją "Fundację". W Narodzinach...
przedstawione są wydarzenia, które rozegrały się w ciągu pięćdziesięciu
lat dzielących czas akcji Preludium... i Fundacji. Hari Seldon tworzy
zespół, który z czasem rozrasta się do kilkuset osób. Jesteśmy świadkami
dojrzewania osobowości matematyka oraz powstawania psychohistorii. Jako
wykładowca Uniwersytetu Streelinga, profesor Seldon może liczyć na
imperialne granty. Ale nie wszyscy są zainteresowani sukcesami wielkiego
Helikończyka, nie wszyscy pragną rozwoju praktycznej psychohistorii.
Upadek Pierwszego Imperium postępuje coraz gwałtowniej, coraz
wyraźniejsze są oznaki ekonomicznego, naukowego i kulturowego chaosu.
Hari Seldon, wraz z najbliższymi współpracownikami, zmuszony jest do
opuszczenia uniwersytetu i przenosi swoje biura do Biblioteki
Imperialnej - największej skarbnicy wiedzy o ludzkiej cywilizacji. Wie
już, że upadającego Imperium nie da się uratować. Można tylko opracować
wytyczony wzorami psychohistorycznymi plan, tak by okres chaosu i mroków
barbarzyństwa zmniejszyć z przewidywanych trzydziestu tysięcy do tysiąca
lat.
Wzruszający koniec powieści chwyta za serce tym bardziej, że Isaac
Asimov zmarł kilka tygodni po tym, jak opisał śmierć Seldona; postaci,
która była - czego nigdy nie ukrywał - jego alter ego.
Dziś saga ta jest jednym z największych dzieł literatury SF i ma swoich
wielbicieli na całym świecie. Pod jej wrażeniem pozostają nie tylko
wierni miłośnicy i czytelnicy Asimova, lecz także inne sławne pióra
science fiction, między innymi tacy bestsellerowi autorzy tego nurtu,
jak: Gregory Benford, Greg Bear i David Brin. Ich fascynacja "Fundacją"
zaowocowała powstaniem drugiej trylogii, na którą składają się:
Zagrożenie Fundacji Gregory'ego Benforda, Fundacja i Chaos Grega
Beara oraz Tryumf Fundacji Davida Brina. Cała akcja drugiej trylogii
rozgrywa się w okresie, gdy Hari Seldon przebywa na Trantorze i ze swym
zespołem pracuje nad psychohistorią.
Autorzy tych trzech powieści podkreślają, że ich dzieła nie naśladują
sagi Asimova, lecz rządzą się własnymi prawami, a ich bohaterzy sami
muszą sobie dawać radę. Można więc drugą trylogię czytać jak niezależne
powieści. Z drugiej jednak strony autorzy przyznają, że świat ich
"Fundacji" byłby znacznie uboższy, gdyby nie wspaniałe tło wszechświata
stworzonego przez Asimova.
Druga trylogia jest wkładem Benforda, Beara i Brina w dyskusję nad
światem "Fundacji", człowiekiem, społeczeństwem i kształtem przyszłości.
Jak sami mówią, zawsze fascynowało ich Imperium, Trantor, Hari Seldon i jego psychohistoria. Zastanawiali się, jakim był człowiekiem, co myślał
i czuł, jaka była teoria psychohistorii, jak wyglądało i funkcjonowało
społeczeństwo Trantora i całego Imperium Galaktycznego. Ich trylogia to
próba odpowiedzi na postawione sobie pytania. To propozycja wizerunku
tego odległego o tysiące lat świata, w którym bohaterami są nie tylko
znane nam już postaci, lecz także te rzeczy, które zaczynają towarzyszyć
człowiekowi dwudziestego pierwszego wieku, i te, które tworzą jego
przyszłość, a przynajmniej jej wizję: wspaniałe, superszybkie komputery,
symulacje komputerowe, Internet, świat doprowadzonej do perfekcji
przestrzeni wirtualnej, gromadzenie, przetwarzanie i wykorzystywanie
olbrzymich ilości informacji, światowe sieci informacyjne i monstrualne
infostrady, a także manipulacja czasem i przestrzenią.
Druga trylogia, tak jak i cała saga Asimova, to monumentalna i wspaniała
opowieść o przyszłości dla teraźniejszości, napisana z wielkim rozmachem
historia zwykłych ludzi tworzących rzeczy niezwykłe. To zapis ich
podróży i przygód, uczuć, lęków i nadziei, ich troski o człowieka i jego
przyszłość.
Czytelnik miał okazję zetknąć się z "Fundacją" w 1951 roku, gdy ukazał
się pierwszy tom trylogii. Dziś saga ta składa się z dziesięciu tomów, a wszystkie, po raz pierwszy w historii naszego rynku wydawniczego, ukażą
się w regularnych odstępach nakładem jednego wydawnictwa. Zgodnie z chronologią świata przedstawionego, proponujemy Państwu smakowanie tej
znakomitej sagi w następującej kolejności:
Preludium Fundacji (Asimov)
Narodziny Fundacji (Asimov)
Zagrożenie Fundacji (Benford)
Fundacja i Chaos (Bear)
Tryumf Fundacji (Brin)
Fundacja (Asimov)
Fundacja i Imperium (Asimov)
Druga Fundacja (Asimov)
Agent Fundacji (Asimov)
Fundacja i Ziemia (Asimov)
Drogi Czytelniku! Dom Wydawniczy REBIS z prawdziwą przyjemnością
zaprasza na wspaniałą podróż w odległą o tysiące lat przyszłość; w podróż po Galaktyce, w której "gwiazdy z rzadka są rozsiane, a chłód
przestrzeni wielki"; w której pośród lśniącego tytanu kopuł miast,
oceanów wirtualnych wzorów matematycznych, cichych ruin wielkich
metropolii lub bajecznie kolorowych ogrodów żyje człowiek. Taki sam jak
człowiek końca dwudziestego wieku. Żyje i walczy o przetrwanie. Kocha,
boi się i ma nadzieję.
Isaac Asimov zawsze pokładał wielkie nadzieje w ludzkości, zawsze
wierzył, że na przekór wszystkiemu człowiek przetrwa. O tym właśnie
opowiada jego "Fundacja", a autorzy nowej trylogii mają, jak piszą,
nadzieję, że ich powieści kontynuują najlepsze wzory i tradycje jednego
z najwspanialszych dzieł literatury science fiction.
Piotr Hermanowski
Poprzednie polskie wydanie tej książki nosiło tytuł Korzenie Fundacji (przyp. red.). [wróć]
Rozdział I
Matematyk
CLEON I - (...) Ostatni Imperator Galaktyczny dynastii Enturn. Urodził się
w 11988 roku ery galaktycznej, tego samego roku co Hari Seldon. Panuje
przekonanie, że data narodzin Seldona, którą niektórzy podają w wątpliwość, mogła zostać dopasowana do roku narodzin Cleona, którego
Seldon, jak się przypuszcza, spotkał wkrótce po przybyciu na Trantor.
Cleon zasiadł na imperialnym tronie w roku 12010 w wieku dwudziestu
dwóch lat. Jego panowanie stanowiło osobliwy okres spokoju w tamtych
burzliwych czasach. Była to niewątpliwie zasługa umiejętności
imperialnego szefa sztabu, Eto Demerzela, który tak starannie usuwał się
w cień, że niewiele o nim wiadomo.
Jeżeli chodzi o Cleona (...)
Encyklopedia Galaktyczna1
1
Cleon dyskretnie stłumił ziewnięcie i zapytał:
- Demerzel, słyszałeś może kiedyś o człowieku, który nazywa się Hari
Seldon?
Cleon był imperatorem zaledwie od dziesięciu lat, ale bywały chwile
podczas ceremonii państwowych, kiedy - przyodziany w uroczyste szaty i dzierżący insygnia królewskie - prezentował się tak godnie, jak na
przedstawiającym go hologramie stojącym w niszy za jego plecami.
Hologram umieszczono w ten sposób, że wyraźnie dominował nad innymi
niszami, w których znajdowały się wizerunki kilku jego poprzedników.
Hologram nie był całkowicie wierną kopią; choć zarówno na nim, jak i w rzeczywistości włosy Cleona były jasnobrązowe, na wizerunku wydawały się
nieco gęstsze. Poza tym twarz imperatora odznaczała się pewną asymetrią,
gdyż jego górna warga z lewej strony unosiła się wyżej niż z prawej, a jakimś cudem nie było tego widać na hologramie. Gdyby Cleon stanął w niszy, można by także zauważyć, że jest o dwa centymetry niższy od
portretu holograficznego, na którym miał metr osiemdziesiąt trzy wzrostu
- i być może trochę tęższy.
Oczywiście, hologram przedstawiał oficjalny portret z koronacji i Cleon
był wtedy młodszy. Wciąż jednak wyglądał młodo i dość atrakcyjnie, a kiedy nie denerwował się podczas oficjalnych ceremonii, na jego twarzy
malowała się pewna dobroduszność.
- Hari Seldon? - spytał Demerzel tonem pełnym szacunku, o który bardzo
się starał. - Nie znam nikogo o tym nazwisku, Wasza Wysokość. A powinienem go znać?
- Minister Nauki wspomniał mi o nim wczoraj wieczorem. Pomyślałem, że
może go znasz.
Demerzel zmarszczył brwi, ale tylko nieznacznie, gdyż nie wypadało tego
robić w obecności imperatora.
- Minister Nauki, Wasza Wysokość, powinien porozmawiać o tym człowieku
ze mną, szefem sztabu. Gdyby cię niepokojono z każdej strony...
Cleon uniósł rękę i Demerzel natychmiast przerwał.
- Proszę, Demerzel, nie można stale obstawać przy przestrzeganiu form.
Kiedy wczoraj wieczorem przechodziłem obok ministra na przyjęciu i zamieniłem z nim kilka słów, aż kipiał z podniecenia. Nie mogłem go nie
wysłuchać i cieszę się, że to zrobiłem, bo opowiadał interesujące
rzeczy.
- W jakim sensie interesujące, Wasza Wysokość?
- Cóż, minęły już stare czasy, kiedy nauka i matematyka były ostatnim
krzykiem mody, być może dlatego, że dokonano już wszystkich odkryć, nie
sądzisz? Najwyraźniej jednak nadal mogą mieć miejsce interesujące
zdarzenia. Przynajmniej powiedziano mi, że są interesujące.
- Tak twierdził Minister Nauki, Wasza Wysokość?
- Tak. Powiedział, że ten Hari Seldon uczestniczył w zjeździe
matematyków zorganizowanym tutaj, na Trantorze - z jakiegoś powodu
organizują taki zjazd co dziesięć lat - i podobno udowodnił, że można
matematycznie przepowiedzieć przyszłość.
Demerzel pozwolił sobie na nieznaczny uśmiech.
- Albo Minister Nauki, człowiek niewielkiej bystrości umysłu, jest w błędzie, albo ten matematyk się myli. Sprawa przepowiadania przyszłości
to przecież dziecinne marzenie o czarodziejskiej krainie.
- Naprawdę, Demerzel? Ludzie w to wierzą.
- Ludzie wierzą w różne rzeczy, panie.
- Ale wierzą również w takie rzeczy. Dlatego nie ma znaczenia, czy
przepowiadanie przyszłości jest możliwe, czy nie. Jeśli jakiś matematyk
przepowiedziałby mi długie i szczęśliwe panowanie, okres pokoju i pomyślności dla Imperium... Ech, czyż nie przyniosłoby to korzyści?
- Z pewnością miło byłoby to usłyszeć, ale co z tego, Wasza Wysokość?
- Gdyby ludzie w to uwierzyli, na pewno działaliby w duchu tej wiary.
Wiele proroctw staje się faktem, samą mocą tego, że ludzie w nie wierzą.
To "proroctwa, które spełniają się same przez się". Przypominam sobie,
że to właśnie ty mi to kiedyś wyjaśniałeś.
- Być może tak właśnie było, Wasza Wysokość - powiedział Demerzel.
Przyglądał się uważnie imperatorowi, jak gdyby chciał sprawdzić, jak
daleko może się posunąć w wyrażaniu własnych opinii. - Gdyby jednak tak
było, każdemu można by kazać wygłosić proroctwo.
- Nie wszystkim uwierzono by w równym stopniu. Matematyka, który byłby w stanie poprzeć swoje proroctwo wzorami i terminologią naukową, mógłby
nikt nie zrozumieć, a mimo to wszyscy byliby skłonni mu uwierzyć.
- Jak zwykle, Wasza Wysokość, mówisz rozsądnie - rzekł Demerzel. -
Żyjemy w niespokojnych czasach i warto byłoby je uspokoić w sposób,
który nie wymagałby ani pieniędzy, ani wysiłku zbrojnego... bo w niedalekiej przeszłości przysporzyło to więcej szkód niż dobra.
- Właśnie, Demerzel - potwierdził podniecony imperator.
- Ściągnij tu tego Hariego Seldona. Mówisz mi, że twoje sznurki sięgają
do każdego zakątka tego burzliwego świata, nawet tam, gdzie nie ośmielą
się wkroczyć moje oddziały. Zatem pociągnij za jeden z nich i sprowadź
tu tego matematyka. Chcę go zobaczyć.
- Tak zrobię, Wasza Wysokość - powiedział Demerzel, który już dawno
zlokalizował Seldona. Odnotował też w pamięci, że trzeba pochwalić
Ministra Nauki za dobrze wykonaną robotę.
2
W tym czasie Hari Seldon nie wyglądał zbyt imponująco jak na wielkiego
uczonego. Miał trzydzieści dwa lata, podobnie jak imperator Cleon I,
lecz był od niego niższy, miał tylko metr siedemdziesiąt trzy. Jego
twarz była łagodna i wesoła, włosy ciemnobrązowe, prawie czarne, a ubranie miało wyraźny prowincjonalny rys.
Każdemu, kto w późniejszych czasach słyszał o Harim Seldonie tylko jako
o legendarnym półbogu, wydawałoby się prawie bluźnierstwem, żeby
matematyk nie miał siwych włosów, twarzy pobrużdżonej zmarszczkami,
spokojnego, promieniującego mądrością uśmiechu i żeby nie siedział na
wózku inwalidzkim. Jednak nawet wtedy, w podeszłym wieku, oczy Seldona
były wesołe. Teraz zaś były szczególnie wesołe, gdyż wygłosił referat na
Zjeździe Dziesięcioletnim. Do pewnego stopnia wzbudził nawet
zainteresowanie. Stary Osterfith skinął głową i powiedział: "Zmyślnie,
młody człowieku. Bardzo zmyślnie". A taka ocena, wypowiedziana przez
Osterfitha, sprawiała satysfakcję. Wielką satysfakcję.
Ale teraz nastąpił zupełnie niespodziewany zwrot wydarzeń i Seldon nie
był pewien, czy powinno mu to poprawić nastrój, czy też nie.
Wpatrywał się w wysokiego, młodego człowieka w mundurze. Z lewej strony
jego tuniki widział zgrabnie umiejscowiony emblemat przedstawiający
słońce i statek kosmiczny.
- Porucznik Alban Wellis - przedstawił się oficer gwardii imperatora,
nim schował swój dowód tożsamości. - Pozwoli pan ze mną?
Wellis był oczywiście uzbrojony, a za drzwiami czekali jeszcze dwaj
gwardziści. Seldon wiedział, że nie ma wyboru, chociaż żołnierz
zachowywał się niezwykle uprzejmie. Chciał jednak poprosić o wyjaśnienia.
- Na spotkanie z imperatorem? - zapytał.
- Do pałacu. Takie otrzymałem instrukcje.
- Ale dlaczego?
- Tego mi nie powiedziano. Mam wyraźne polecenie, by przyprowadzić pana,
w taki czy w inny sposób.
- Ale to wygląda na aresztowanie. Nie zrobiłem nic, co by to
usprawiedliwiało.
- Powiedzmy raczej, że wygląda to na przyznanie panu eskorty honorowej.
Ale proszę dłużej nie zwlekać.
Seldon nie zwlekał. Zacisnął usta, jakby chciał powstrzymać dalsze
pytania, skinął głową i ruszył naprzód. Nawet jeśli miał się spotkać z imperatorem i otrzymać imperialną pochwałę, nie znajdował w tym żadnej
przyjemności. Opowiadał się za Imperium - to znaczy za światami
ludzkości żyjącej w jedności i pokoju - ale nie był za imperatorem.
Porucznik kroczył przodem, pozostała dwójka z tyłu. Seldon uśmiechał się
do mijanych osób i zdołał przybrać obojętną minę. Przed hotelem wsiedli
do służbowego samochodu naziemnego. Matematyk przesunął ręką po
tapicerce - nigdy nie był w tak eleganckim pojeździe.
Znajdowali się w jednej z najzamożniejszych części Trantora. Kopuła była
tu na tyle wysoka, że dawała uczucie przebywania na otwartej przestrzeni
i człowiek mógłby przysiąc - nawet ktoś taki jak Hari Seldon, który
urodził się i wychował w otwartym świecie - że podróżowali w świetle
słonecznym. Wprawdzie nie można było dostrzec ani słońca, ani cieni, ale
powietrze było rześkie i aromatyczne.
Wkrótce jednak to się skończyło. Kopuła zakrzywiła się w dół, a ściany
zwężyły i teraz poruszali się w zamkniętym tunelu oznaczonym co jakiś
czas emblematem ze słońcem i statkiem kosmicznym, który wyraźnie był
zarezerwowany, jak domyślał się Seldon, dla pojazdów urzędowych.
Otworzyły się jakieś wrota, samochód przemknął przez nie, a kiedy
zamknęły się za nimi, znaleźli się na otwartej przestrzeni -
autentycznej, prawdziwej otwartej przestrzeni. Na Trantorze była tylko
jedna jej połać o powierzchni 250 kilometrów kwadratowych i tam właśnie
znajdował się Pałac Imperialny. Seldon marzył o szansie przespacerowania
się po tym otwartym terenie - nie z powodu Pałacu, ale dlatego, że
mieścił się tam również Uniwersytet Galaktyczny i - rzecz najbardziej
intrygująca - Biblioteka Galaktyczna.
A jednak, wychodząc z zamkniętego świata Trantora na otwartą zalesioną
przestrzeń, znalazł się w świecie, w którym chmury zaciemniały niebo, a chłodny wiatr targał mu koszulę. Wcisnął przełącznik, aby zamknąć okno
samochodu naziemnego.
Na zewnątrz był ponury dzień.
3
Seldon wcale nie był pewien, czy zobaczy się z imperatorem. Przypuszczał
raczej, że w najlepszym wypadku spotka się z jakimś urzędnikiem niższego
szczebla, który będzie twierdził, że mówi w imieniu Cleona.
Ilu ludzi w ogóle widziało imperatora osobiście, a nie na holowizji? Ilu
ludzi widziało prawdziwego, namacalnego imperatora, skoro nigdy nie
opuszczał swoich terenów, przez które Seldon teraz przejeżdżał. To
musiała być znikoma liczba. Dwadzieścia pięć milionów zamieszkanych
światów, na każdym z nich zaś przynajmniej miliard istot ludzkich - ilu
spośród tych wszystkich kwadrylionów ludzi widziało lub kiedykolwiek
zobaczy żywego imperatora? Tysiąc?
Ale czy komuś naprawdę na tym zależało? Imperator był takim samym
symbolem Imperium jak emblemat ze znakiem słońca i statku kosmicznego,
tyle tylko że znacznie mniej wszechobecnym, znacznie mniej prawdziwym.
To nie on, tylko jego wszędobylscy żołnierze i urzędnicy reprezentowali
teraz Imperium, które stało się nieznośnym ciężarem dla swoich
mieszkańców.
Kiedy wreszcie Seldon został wprowadzony do bogato umeblowanego,
niedużego pokoju i zastał tam młodo wyglądającego mężczyznę, który
siedział na krawędzi stołu we wnęce okna i niedbale kołysał nogą,
zdziwiło go, że jakiś urzędnik może patrzeć na niego tak dobrotliwie.
Wielokrotnie doświadczył już tego, że urzędnicy rządowi - a szczególnie
ci w służbie imperialnej - patrzyli z taką powagą, jakby dźwigali na
swoich barkach brzemię całej Galaktyki. I wydawało się, że im niżej
znajdowali się w hierarchii, tym poważniejszy i groźniejszy był wyraz
ich twarzy.
Zatem ten urzędnik, oświetlony wpadającym przez okno blaskiem słońca,
mógł być tak wysoko w hierarchii, że nie czuł potrzeby przeciwstawiania
się mu srogim spojrzeniem.
Seldon nie był pewien, pod jak wielkim powinien być wrażeniem, ale czuł,
że najlepiej będzie zachować milczenie i pozwolić najpierw przemówić
tamtemu.
- Domyślam się, że nazywasz się Hari Seldon - powiedział urzędnik. - I jesteś matematykiem.
- Tak - odparł krótko Seldon i znów czekał.
Młody człowiek machnął ręką.
- Powinieneś odpowiedzieć "Tak, Wasza Wysokość", ale nienawidzę
ceremoniału. To jedyne, co mnie nuży. Jesteśmy sami, więc pozwolę sobie
na swobodę i dam spokój tym rytuałom. Niech pan usiądzie, profesorze.
W połowie tej przemowy Seldon uświadomił sobie, że rozmawia z imperatorem Cleonem, pierwszym o tym imieniu, i poczuł, jak traci
oddech. Teraz, kiedy mu się przyjrzał, dostrzegł słabe podobieństwo do
oficjalnego hologramu, który stale pojawiał się w wiadomościach. Na
tamtym wizerunku Cleon był jednak zawsze imponująco wystrojony, wydawał
się wyższy, szlachetniejszy i miał lodowaty wyraz twarzy.
Tymczasem oryginał stojący przed matematykiem wydawał się zupełnie
zwyczajny.
Seldon ani drgnął.
Imperator zmarszczył nieznacznie brwi i, z nawykiem rozkazywania obecnym
nawet mimo próby jego zarzucenia, rzekł apodyktycznie:
- Powiedziałem "Niech pan usiądzie", człowieku. Na tym krześle. Szybko.
Seldon usiadł, całkiem oniemiały. Nie potrafił nawet zdobyć się na
odpowiedź "Tak, Wasza Wysokość".
Cleon uśmiechnął się.
- Tak już lepiej. Teraz możemy porozmawiać jak równi sobie, którymi w końcu jesteśmy po odrzuceniu etykiety. Prawda, mój człowieku?
- Jeżeli Waszej Imperialnej Mości podoba się tak mówić, to tak jest -
odparł ostrożnie Seldon.
- Och, daj spokój, dlaczego jesteś taki ostrożny? Chcę z tobą
porozmawiać na równych warunkach, bo sprawi mi to przyjemność. I rozbawi.
- Tak, Wasza Wysokość.
- Po prostu "Tak", człowieku. Czy w żaden sposób nie mogę do ciebie
dotrzeć?
Cleon patrzył na Seldona, a matematyk pomyślał, że było to żywe i pełne
zainteresowania spojrzenie.
- Nie wyglądasz na matematyka - odezwał się w końcu imperator.
Wreszcie Seldon poczuł, że potrafi się uśmiechnąć.
- Nie wiem, jak powinien wyglądać matematyk, Wasza Im...
Cleon uniósł ostrzegawczo rękę i Seldon urwał w pół słowa.
- Chyba powinien być siwy - powiedział Cleon. - Może z brodą. Na pewno
stary.
- Jednak nawet matematycy muszą być najpierw młodzi.
- Ale wtedy nie są ogólnie szanowani i sławni. Gdy już zwrócą na siebie
uwagę Galaktyki, wyglądają tak, jak to opisałem.
- Obawiam się, że nie jestem sławny.
- Mimo to przemawiałeś na zjeździe, który tu zorganizowano.
- Bardzo wielu z nas przemawiało, a niektórzy byli młodsi ode mnie.
Niewielu jednak poświęcono choćby cień uwagi.
- Twoja mowa najwyraźniej przyciągnęła uwagę niektórych moich
urzędników. Powiadomiono mnie, że wierzysz w możliwość przepowiadania
przyszłości.
Seldon nagle poczuł znużenie. Wyglądało na to, że ta błędna
interpretacja jego teorii będzie się nieustannie pojawiać. Pomyślał, że
być może nie powinien wygłaszać swojego referatu.
- Prawdę mówiąc, niezupełnie - odparł. - Moje osiągnięcie jest znacznie
bardziej ograniczone. W wielu układach sytuacja wygląda tak, że w określonych warunkach zachodzą w nich wydarzenia chaotyczne. Oznacza to,
że mając konkretny punkt początkowy, nie sposób przewidzieć ich
rezultatów. Jest to prawdziwe nawet w niektórych całkiem prostych
układach, ale im bardziej są one złożone, tym bardziej prawdopodobne
jest, że nastąpi chaos. Zawsze zakładano, że coś tak skomplikowanego jak
społeczeństwo ludzkie szybko popadnie w chaos i dlatego jest
nieprzewidywalne. Ja jednak wykazałem, że badając dokładnie ludzką
zbiorowość, można obrać punkt początkowy i poczynić odpowiednie
założenia, które stłumią chaos. To umożliwi przewidzenie przyszłości,
oczywiście nie we wszystkich szczegółach, ale w kategoriach
przybliżonych; nie z całkowitą pewnością, ale z obliczalnym
prawdopodobieństwem.
Imperator, który słuchał uważnie, zapytał:
- Ale czy to nie oznacza, że wykazałeś, jak przewidzieć przyszłość?
- Znowu niezupełnie. Wykazałem, że jest to teoretycznie możliwe, ale nic
ponadto. Aby dokonać czegoś więcej, musielibyśmy wybrać poprawny punkt
początkowy, przyjąć poprawne założenia, a potem znaleźć sposoby na
przeprowadzenie obliczeń w skończonym czasie. Nic w mojej matematycznej
argumentacji nie podpowiada, jak zrealizować którykolwiek z tych
punktów. Lecz nawet gdybyśmy potrafili zrobić to wszystko, w najlepszym
razie jedynie oszacowalibyśmy prawdopodobieństwa. To nie to samo co
przewidywanie przyszłości; to tylko zgadywanie, co prawdopodobnie może
się zdarzyć. Każdy polityk, przedsiębiorca czy człowiek jakiegokolwiek
powołania, który odnosi sukcesy, musi dokonywać tych ocen przyszłości i robić to dość dobrze, bo w przeciwnym razie nie odniósłby sukcesów.
- Oni to robią bez matematyki.
- To prawda. Robią to intuicyjnie.
- Z pomocą matematyki każdy mógłby szacować prawdopodobieństwa. Nie
trzeba byłoby szukać należącej do rzadkości istoty ludzkiej, która
odnosi sukcesy dzięki nadzwyczajnej intuicji.
- To także prawda, ale ja tylko wykazałem, że analiza matematyczna jest
możliwa; nie dowiodłem wcale, że jest praktyczna.
- W jaki sposób coś może być możliwe, a jednocześnie niepraktyczne?
- Teoretycznie jest możliwe, że odwiedzę wszystkie światy Galaktyki i przywitam się z każdą osobą na każdym z nich. W praktyce wykonanie tego
trwałoby jednak znacznie dłużej, niż pozostało mi życia. Nawet gdybym
był nieśmiertelny, tempo przyrostu naturalnego jest na tyle duże, że nie
zdołałbym dotrzeć do każdego i z nim porozmawiać.
- Czy takie rozumowanie ma sens w stosunku do twojej matematyki
przyszłości?
Seldon zawahał się, po czym ciągnął:
- Możliwe, że opracowanie takiej matematyki trwałoby zbyt długo, nawet
gdyby ktoś dysponował komputerem wielkości wszechświata, który
pracowałby z prędkościami nadprzestrzennymi. Do chwili otrzymania
jakiejkolwiek odpowiedzi upłynęłoby dość lat, by sytuacja zmieniła się
tak diametralnie, że odpowiedzi byłyby już bez znaczenia.
- Dlaczego nie można uprościć tego procesu? - spytał ostro Cleon.
- Wasza Imperialna Mość - Seldon wyczuł, że imperator zachowuje się
coraz bardziej formalnie, w miarę jak odpowiedzi coraz mniej go
satysfakcjonują, więc odpowiedział z większą formalnością - rozważ
sposób, w jaki naukowcy uporali się z problemem cząstek subatomowych. Są
ich ogromne ilości, a każda porusza się lub drga w sposób przypadkowy i nieobliczalny, ale chaos ten, okazuje się, ma ukryty porządek, tak że
potrafimy opracować mechanikę kwantową, która odpowiada na wszystkie
pytania, jakie umiemy zadać. Analizując społeczeństwo, umieszczamy ludzi
w miejscu cząstek subatomowych, ale istnieje tu dodatkowy czynnik -
ludzki umysł. Cząstki poruszają się bezmyślnie, ludzie nie.
Uwzględnienie rozmaitych postaw i odruchów daje tak wielką złożoność, że
brakuje czasu, aby zająć się tym wszystkim.
- Czy umysł, podobnie jak bezmyślny ruch, nie mógłby mieć ukrytego
porządku?
- Być może, panie. Moja analiza matematyczna zakłada, że porządek musi
stanowić ukrytą podstawę wszystkiego, obojętnie jak bardzo
nieuporządkowane może się wszystko wydać, ale nie podaje żadnej
wskazówki co do sposobu, w jaki można ten ukryty porządek znaleźć.
Rozważmy: dwadzieścia pięć milionów światów, z których każdy ma
specyficzne cechy i swoistą kulturę, każdy jest w sposób znaczący
odmienny od całej reszty, na każdym jest miliard lub więcej ludzi, z których każdy ma własny umysł, a wszystkie te światy oddziałują na
siebie na niezliczone sposoby i kombinacje! Bez względu na to, do
jakiego stopnia analiza psychohistoryczna może być teoretycznie możliwa,
nie jest prawdopodobne, aby można ją było zastosować w jakimkolwiek
sensie praktycznym.
- Co rozumiesz pod pojęciem "psychohistoryczna"?
- Mianem "psychohistorii" określam teoretyczny szacunek
prawdopodobieństw dotyczący przyszłości.
Imperator nagle wstał, przeszedł na drugi koniec pokoju, zawrócił i stanął przed siedzącym wciąż Seldonem.
- Wstań! - rozkazał.
Matematyk podniósł się i usiłował patrzeć niewzruszenie na nieco
wyższego imperatora.
- Ta twoja psychohistoria... - odezwał się w końcu Cleon. - Gdyby można
było uczynić ją dziedziną praktyczną, miałaby wielkie zastosowanie,
prawda?
- Oczywiście, olbrzymie zastosowanie. Wiedza o tym, co będzie w przyszłości, nawet w najogólniejszym i probabilistycznym zarysie,
służyłaby jako nowy i cudowny przewodnik dla naszych działań,
przewodnik, jakiego ludzkość nigdy dotąd nie miała. Ale oczywiście... -
przerwał.
- Tak? - spytał niecierpliwie imperator.
- Cóż, wydaje się, że z wyjątkiem kilku ludzi podejmujących decyzje
wyniki analizy psychohistorycznej musiałyby pozostać nie znane ogółowi.
- Nie znane?! - wykrzyknął Cleon ze zdziwieniem.
- To jasne. Proszę mi pozwolić to wyjaśnić. Po przeprowadzeniu analizy
psychohistorycznej, a następnie podaniu jej wyników do wiadomości
publicznej rozmaite uczucia i reakcje ludzkości zostałyby natychmiast
zniekształcone. Analiza psychohistoryczna, oparta na uczuciach i reakcjach, które mają miejsce bez wiedzy o przyszłości, staje się nic
nie warta. Czy jest to zrozumiałe?
Oczy imperatora rozjaśniły się i Cleon wybuchnął głośnym śmiechem.
- Cudowne! - Poklepał Seldona po ramieniu i matematyk zachwiał się
nieznacznie pod siłą tego uderzenia. - Nie rozumiesz tego, człowieku? -
zapytał Cleon. - Nie rozumiesz? Oto twoje zastosowanie. Nie musisz
przewidywać przyszłości. Po prostu ją wybierz - dobrą, pożyteczną
przyszłość - i wymyśl coś w rodzaju przepowiedni, która zmieni ludzkie
uczucia i postępowanie w taki sposób, że przepowiedziana przez ciebie
przyszłość stanie się faktem. Lepiej stworzyć dobrą przyszłość, niż
przewidzieć złą.
Seldon zmarszczył brwi.
- Rozumiem, co masz na myśli, Wasza Wysokość, ale to jest równie
niemożliwe.
- Niemożliwe?
- Cóż, w każdym razie niepraktyczne. Nie rozumiesz, panie? Jeśli nie
można zacząć od ludzkich uczuć i reakcji i przewidzieć przyszłości,
którą one spowodują, to odwrotnie również nie można tego dokonać. Nie
można zacząć od przyszłości i przewidzieć ludzkich uczuć i reakcji,
które ją spowodują.
Cleon wyglądał na rozczarowanego. Zacisnął usta.
- Więc co z twoim referatem?... Czyż nie tak go nazywasz? Jaki z niego
pożytek?
- Była to tylko teoretyczna demonstracja matematyczna. Przedstawiła
interesujący punkt widzenia dla matematyków, ale wcale nie myślałem o jakimkolwiek zastosowaniu jej w praktyce.
- To dla mnie oburzające - powiedział Cleon ze złością.
Seldon lekko wzruszył ramionami. Lepiej niż kiedykolwiek rozumiał, że
nie powinien nigdy wygłaszać tego referatu. Co się z nim stanie, jeżeli
imperator ubzdura sobie, że zrobiono z niego głupca?
I rzeczywiście, Cleon wyglądał, jakby już miał w to uwierzyć.
- No dobrze - powiedział - lecz co by się stało, gdybyś miał poczynić
przepowiednie przyszłości, uzasadnione matematycznie lub nie, które
urzędnicy rządowi, czyli ludzie, których zadaniem jest znać reakcje
społeczeństwa, uznaliby za wywołujące pożyteczne zachowania?
- Dlaczego akurat ja miałbym być ci do tego potrzebny? Urzędnicy rządowi
sami mogliby poczynić takie przepowiednie i obyć się bez pośrednika.
- Urzędnicy rządowi nie mogliby tego zrobić tak efektownie. Od czasu do
czasu ogłaszają różne oświadczenia. Ludzie niekoniecznie im jednak
wierzą.
- Dlaczego mi mieliby uwierzyć?
- Ponieważ jesteś matematykiem. Obliczyłbyś przyszłość, a nie...
przewidział ją intuicyjnie, jeśli tak to się określa.
- Ale to nie byłaby prawda.
- Któż by o tym wiedział?
Cleon obserwował go przymrużonymi oczami.
Zapadła cisza. Seldon poczuł się złapany w pułapkę. Czy gdyby otrzymał
bezpośredni rozkaz od imperatora, bezpiecznie byłoby odmówić? Mógłby
zostać uwięziony lub stracony za odmowę. Nie bez procesu oczywiście, ale
niezmiernie trudno sprawić, aby proces potoczył się wbrew założeniom
bezwzględnych urzędników, zwłaszcza proces wszczęty na rozkaz imperatora
olbrzymiego Imperium Galaktycznego.
- To by nie zadziałało - odparł w końcu.
- Czemu nie?
- Gdyby mnie poproszono o przewidzenie niejasnych uogólnień, które żadną
miarą nie mogłyby się sprawdzić jeszcze długo po śmierci obecnego
pokolenia, a być może i następnego, mogłoby to nam ujść na sucho, ale z drugiej strony ogół nie zwróciłby na to większej uwagi. Nie obchodziłaby
go świetlana ewentualność za kilka stuleci. Aby osiągnąć jakieś wyniki -
kontynuował Seldon - musiałbym przewidzieć sprawy o donioślejszym
znaczeniu, bardziej bezpośrednie możliwości. Tylko takie przepowiednie
wywołałyby reakcję ogółu. Prędzej czy później jednak, a prawdopodobnie
prędzej, jedna z tych możliwości nie sprawdziłaby się i straciłbym
natychmiast wiarygodność. Jednocześnie ty mógłbyś też stracić
popularność i, co najgorsze, nie byłoby już wsparcia dla rozwoju
psychohistorii, tak że zniknęłaby szansa na uzyskanie z niej
jakichkolwiek korzyści, gdyby przyszłe ulepszenia metod matematycznych
pomogły przybliżyć ją do sfery praktyczności.
Cleon rzucił się na krzesło i spojrzał chmurnie na Seldona.
- Czy to wszystko, co wy, matematycy, potraficie? Upieracie się tylko
przy niemożliwościach?
- Proszę o wybaczenie, ale to ty, Wasza Wysokość, upierasz się przy
niemożliwościach - powiedział Seldon z rozpaczliwą łagodnością.
- Pozwól, że cię wypróbuję, człowieku. Przypuśćmy, że poprosiłbym cię,
byś wykorzystał swoją matematykę, żeby powiedzieć mi, czy pewnego dnia
zostanę skrytobójczo zamordowany. Co byś powiedział?
- Mój system matematyczny nie dałby odpowiedzi na tak konkretne pytanie,
nawet gdyby psychohistoria działała z najwyższą sprawnością. Cała
mechanika kwantowa nie potrafi przewidzieć zachowania jednego samotnego
elektronu, a jedynie przeciętne zachowanie wielu.
- Znasz się na swojej matematyce lepiej ode mnie. Podaj mi oparte na
niej mądre domniemanie. Czy pewnego dnia zostanę zamordowany?
- Zastawiasz na mnie pułapkę, Wasza Wysokość. - Seldon starał się być
łagodny. - Albo powiedz mi, jaką odpowiedź chcesz usłyszeć, a ja ci ją
podam, albo pozwól mi swobodnie odpowiedzieć według mojego uznania, bez
groźby kary.
- Mów, co ci się podoba.
- Słowo honoru?
- Chcesz go na piśmie? - zapytał sarkastycznie Cleon.
- Wystarczy mi twoje ustne przyrzeczenie, panie - rzekł Seldon z zamierającym sercem, gdyż wcale nie był tego pewien.
- Masz moje słowo honoru.
- Zatem mogę ci powiedzieć, że w ciągu minionych czterech stuleci prawie
połowa imperatorów została skrytobójczo zamordowana, z czego wnioskuję,
że prawdopodobieństwo zamachu na twoje życie wynosi w przybliżeniu jeden
do dwóch.
- Każdy głupi potrafi dać taką odpowiedź - rzucił Cleon z pogardą. - Nie
potrzeba do tego matematyka.
- Kilkakrotnie powtarzałem ci, panie, że moja matematyka jest
nieprzydatna do rozwiązywania problemów praktycznych.
- Czy nie przyszło ci na myśl, że uczę się z lekcji, których udzielili
mi moi niefortunni poprzednicy?
Seldon wziął głęboki wdech i zaryzykował:
- Nie, Wasza Wysokość. Cała historia pokazuje, że nie uczymy się z lekcji przeszłości. Na przykład, wpuściłeś mnie tu na prywatne
posłuchanie. Nie obawiasz się, że mógłbym dokonać na ciebie zamachu?...
Czego zresztą nie zamierzam robić, Wasza Imperialna Mość - dodał
pospiesznie.
Cleon uśmiechnął się blado.
- Nie doceniasz naszej dokładności... lub postępów w technice, człowieku.
Przestudiowaliśmy starannie twoją historię, całą twoją przeszłość. Kiedy
przyjechałeś, zostałeś drobiazgowo zbadany. Przeanalizowano wyraz twojej
twarzy i cechy twojego głosu. Poznaliśmy szczegółowo twój stan
emocjonalny; znaliśmy niemal twoje myśli. Gdyby był choć cień
wątpliwości co do twojej nieszkodliwości, nie pozwolono by ci zbliżyć
się do mnie. Właściwie już byś nie żył.
Seldon poczuł falę mdłości, ale opanował się i rzekł:
- Ludzie z zewnątrz zawsze mieli trudności z dotarciem do imperatorów,
nawet przy mniej zaawansowanej technice. Jednak prawie każdy
skrytobójczy mord był zamachem pałacowym. To ludzie stojący najbliżej
imperatora są dla niego największym zagrożeniem. Staranne prześwietlenie
ludzi z zewnątrz jest wobec tego nieistotne. A jeśli chodzi o twoich
urzędników, twoich gwardzistów, twoich bliskich przyjaciół, nie możesz
ich traktować tak jak mnie.
- Dobrze o tym wiem - powiedział Cleon. - Odpowiem ci na to, że
otaczających mnie ludzi traktuję sprawiedliwie i nie daję im powodu do
niechęci.
- Głupie... - zaczął Seldon, ale przerwał zmieszany.
- Mów dalej - rzekł Cleon ze złością. - Pozwoliłem ci mówić bez
skrępowania. W jakim sensie jestem głupi?
- To słowo wymknęło mi się nieopatrznie, Wasza Wysokość. Chciałem
powiedzieć "nieistotne". To, jak traktujesz przyjaciół i osoby z najbliższego otoczenia, jest nieistotne. Musisz być podejrzliwy; byłoby
wbrew naturze ludzkiej zachowywać się inaczej. Nieostrożne słowo, takie
jak moje przed chwilą, nieostrożny gest, wątpiący wyraz twarzy i dasz po
sobie poznać nieufność. A każdy taki odruch zdradzający podejrzenia
uruchamia błędne koło. Bliski przyjaciel wyczuje to, oburzy się i zmieni
swoje zachowanie pomimo wszelkich starań, żeby tego uniknąć. Wyczujesz
to i staniesz się bardziej nieufny, a w końcu albo on zostanie stracony,
albo ty skrytobójczo zamordowany. Jest to proces nieunikniony, czego
dowodzą losy imperatorów ostatnich czterech stuleci, a to tylko jedna z oznak narastających trudności w rządzeniu Imperium.
- A zatem nie mogę zrobić nic, żeby uniknąć skrytobójstwa?
- Nie, Wasza Wysokość - powiedział Seldon. - Ale z drugiej strony może
się okazać, że będziesz miał szczęście.
Cleon bębnił palcami po poręczy krzesła.
- Jesteś bezużyteczny, człowieku, tak samo jak twoja psychohistoria -
rzekł ostro. - Zostaw mnie.
Po tych słowach imperator odwrócił wzrok i nagle wydało się, że ma
znacznie więcej niż trzydzieści dwa lata.
- Mówiłem, że moja matematyka będzie dla ciebie bezużyteczna, Wasza
Wysokość. Najmocniej przepraszam.
Seldon próbował się ukłonić, ale na jakiś sygnał, którego nie zauważył,
weszło dwóch strażników i wyprowadziło go. Z komnaty królewskiej dobiegł
go głos Cleona:
- Odstawcie tego człowieka tam, skąd go przywieziono.
4
Eto Demerzel pojawił się i spojrzał na imperatora z należytym
szacunkiem.
- Wasza Imperialna Mość, prawie straciłeś panowanie nad sobą -
powiedział.
Cleon podniósł wzrok i z wyraźnym wysiłkiem zdołał się uśmiechnąć.
- Cóż, zgadza się. Ten człowiek sprawił mi bardzo duży zawód.
- Jednak nie obiecywał więcej, niż zaoferował.
- Nic nie zaoferował.
- I niczego nie obiecywał, Wasza Imperialna Mość.
- To było rozczarowujące.
- Być może nawet bardziej niż rozczarowujące - stwierdził Demerzel. -
Ten człowiek to luźna armata, Wasza Imperialna Mość.
- Luźne co, Demerzel? Zawsze używasz wielu dziwnych określeń. Co to jest
luźna armata?
- To po prostu wyrażenie, które usłyszałem w młodości, Wasza Imperialna
Mość - odparł poważnie Demerzel. - Po Imperium krąży wiele dziwnych
wyrażeń i niektóre z nich są nieznane na Trantorze, tak jak zwroty
trantorskie są nieznane gdzie indziej.
- Przyszedłeś pouczać mnie, że Imperium jest wielkie? Co rozumiesz,
mówiąc o tym człowieku, że jest luźną armatą?
- Tylko tyle, że może wyrządzić wiele szkody, niekoniecznie celowo. Nie
ma pojęcia o swojej sile. Czy też ważności.
- Wydedukowałeś to, prawda, Demerzel?
- Tak, Wasza Imperialna Mość. To mieszkaniec prowincji. Nie zna ani
Trantora, ani jego zwyczajów. Nigdy dotąd nie był na naszej planecie i nie umie zachowywać się jak człowiek dobrze wychowany, jak dworzanin. A jednak ci się przeciwstawił.
- A dlaczegóż by nie? Pozwoliłem mu mówić. Pominąłem etykietę.
Traktowałem go jak równego sobie.
- Niezupełnie, Wasza Imperialna Mość. Traktowanie innych jak równych
sobie nie leży w twojej naturze. Masz nawyk rozkazywania. A nawet gdybyś
próbował sprawić, żeby jakaś osoba czuła się swobodnie, niewielu
potrafiłoby się na to zdobyć. Większość wpadłaby w osłupienie lub, co
gorsza, zachowywałaby się służalczo. Ten człowiek był hardy.
- Cóż, możesz to podziwiać, Demerzel, ale mi się on nie spodobał. -
Cleon wyglądał na zamyślonego i niezadowolonego. - Czy zauważyłeś, że w ogóle nie wysilił się, żeby mi wyjaśnić swoją matematykę? Jak gdyby
wiedział, że nie zrozumiem ani słowa.
- I nie zrozumiałbyś, Wasza Imperialna Mość. Nie jesteś ani
matematykiem, ani naukowcem, ani też artystą. Istnieje wiele dziedzin, w których inni orientują się lepiej od ciebie. Ich zadaniem jest
korzystanie z tej wiedzy, żeby ci służyć. Jesteś imperatorem, a to jest
warte wszystkie ich specjalizacje razem wzięte.
- Naprawdę? Nie miałbym nic przeciwko, gdyby moją ignorancję uświadomił
mi starzec, który gromadził wiedzę przez wiele lat, ale ten Seldon jest
dokładnie w moim wieku. Jak to się dzieje, że wie tak dużo?
- Nie musiał się uczyć nawyku rozkazywania ani sztuki podejmowania
decyzji, która wpłynie na życie innych ludzi.
- Czasami, Demerzel, zastanawiam się, czy się ze mnie nie naśmiewasz.
- Wasza Imperialna Mość... - odparł z wyrzutem imperialny szef sztabu.
- Ale mniejsza o to. Wróćmy do tej twojej luźnej armaty. Dlaczego on
miałby być niebezpieczny? Mnie się wydaje naiwnym prowincjuszem.
- I jest nim. Ale chodzi o jego matematyczne rozwinięcie.
- Mówi, że jest bezużyteczne.
- Tobie wydawało się, że mogłoby być przydatne. Ja też tak pomyślałem,
gdy mi to wyjaśniłeś. Inni również mogliby tak pomyśleć. Ten matematyk
może sam zacząć tak myśleć, teraz kiedy jego umysł został na to
nakierowany. I kto wie, może jeszcze opracować jakiś sposób na
wykorzystanie swojej analizy. Jeżeli to zrobi, przepowiadanie
przyszłości, nawet w bardzo mglisty sposób, będzie równoznaczne z posiadaniem wielkiej władzy. Nawet jeśli nie będzie chciał tej władzy
dla siebie, co byłoby samozaparciem, które zawsze wydaje mi się
nieprawdopodobne, mógłby zostać wykorzystany przez innych.
- Ja próbowałem go wykorzystać, ale nie ugiął się.
- Nie zastanowił się nad tym. Być może teraz to zrobi. A gdyby nadal nie
chciał pracować dla ciebie, czy nie mógłby zostać namówiony przez...
powiedzmy... burmistrza Wye?
- Dlaczego miałby się zgodzić pomóc burmistrzowi Wye, a nie nam?
- Zgodnie z jego objaśnieniami, trudno przewidzieć uczucia i zachowanie
jednostek.
Cleon nachmurzył się i usiadł w zamyśleniu.
- Czy naprawdę myślisz, że mógłby rozwinąć tę swoją psychohistorię do
takiego stopnia, że byłaby użyteczna? Jest taki pewny, że nie potrafi
tego dokonać.
- Z czasem może odkryć, że mylił się, zaprzeczając tej możliwości.
- A więc chyba powinienem był go zatrzymać - powiedział Cleon.
- Nie, Wasza Imperialna Mość - zaprzeczył Demerzel. - Instynkt nie
zawiódł cię, kiedy puściłeś Seldona. Uwięzienie go, obojętnie jak bardzo
zamaskowane, spowodowałoby niechęć i rozpacz, a to nie pomogłoby mu
rozwijać jego koncepcji ani nie zachęciłoby go do tego, żeby nam pomóc.
Lepiej puścić go wolno, jak to zrobiłeś, ale trzymać nieustannie na
niewidzialnej smyczy. W ten sposób możemy pilnować, żeby nie został
wykorzystany przez twojego wroga, Wasza Imperialna Mość, a jednocześnie
możemy pociągnąć za smycz i sprowadzić go, gdy do końca opracuje swoją
naukę. Wtedy moglibyśmy być... bardziej przekonujący.
- Ale co będzie, jeśli zostanie przechwycony przez mojego wroga lub,
jeszcze lepiej, wroga Imperium, gdyż ostatecznie ja jestem Imperium, lub
jeśli z własnej inicjatywy zechce służyć wrogowi? Widzisz, to też
wchodzi w rachubę.
- I tak powinieneś myśleć. Dopilnuję, żeby temu zapobiec, ale jeśli mimo
wszelkich wysiłków to się zdarzy, lepiej będzie, żeby go nie miał nikt
niż niepowołana osoba.
Cleon wyglądał na zaniepokojonego.
- Pozostawiam to wszystko w twoich rękach, Demerzel, ale mam nadzieję,
że nie będziemy postępować zbyt pochopnie. Ostatecznie może się okazać
jedynie krzewicielem teoretycznej nauki, której nie da się zastosować w praktyce.
- To całkiem możliwe, Wasza Imperialna Mość, ale bezpieczniej byłoby
założyć, że ten człowiek jest - lub mógłby się okazać - ważny. Stracimy
tylko trochę czasu, jeśli okaże się, że zaprzątaliśmy sobie głowę
człowiekiem bez znaczenia. Możemy jednak stracić Galaktykę, jeżeli
zignorujemy kogoś o wielkim znaczeniu.
- No dobrze - powiedział Cleon. - Ale ufam, że nie będę musiał znać
szczegółów... jeżeli okażą się nieprzyjemne.
- Miejmy nadzieję, że do tego nie dojdzie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Wszystkie zamieszczone tutaj cytaty z Encyklopedii Galaktycznej zaczerpnięte zostały za zgodą wydawcy z jej 116. wydania opublikowanego w 1020 roku e.F. przez Encyclopedia Galactica Publishing Co. na Terminusie. [wróć]