Fuga - Wit Szostak
34.00 zł
28.65 zł
(27,78 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Nazywam się Bartłomiej Chochoł i jestem ostatnim królem Polski. Postanowiłem porzucić zaszczyty i ukryłem się przed ludzkim wzrokiem. Wracam do mieszkania dziadków, które pamiętam jak dziś. Tu spędzę resztę życia. Wspinam się mozolnie stopień za stopniem. Noga ciągle boli. Pożegnałem żonę.
Jestem ostatnim królem Polski i przez całe swoje życie godność tę pełniłem z honorem, służąc memu krajowi, jak potrafiłem najlepiej. Nie zawsze było to łatwe, gdyż obecna sytuacja nie sprzyja rządom monarchy tak jak dawniej. Ale mimo to nie ustawałem w swych wysiłkach i nigdy nie pozwoliłem się zmarginalizować. Za swą nieustępliwość zapłaciłem wysoką cenę.
Noga ciągle boli, mimo że od zamachu minęło wiele tygodni. Nie mam za złe moim prześladowcom, gdyż swoim czynem sami siebie skrzywdzili o wiele bardziej niż mnie.
Postanowiłem porzucić zaszczyty i ukryłem się przed ludzkim wzrokiem, choć może powinienem nadal służyć mej Ojczyźnie. Przez ostatnie miesiące pracowałem intensywnie nad nową konstytucją, która ostatecznie ugruntowałaby władzę królewską. Tyle spraw zostało do załatwienia, tyle rad do przekazania licznym urzędnikom.
Pożegnałem żonę, królową Zofię, i wracam do mieszkania dziadków. Wspinam się mozolnie stopień za stopniem.
Noga ciągle boli, mimo że lekarze obiecywali poprawę. Ci, którzy stali za zamachem, dobrze wiedzieli, że w ten sposób pozbawią mnie wpływu na najważniejsze sprawy w państwie. Choć teraz wiem, że chcieli zabić.
Jestem ostatnim królem Polski, lecz w szpitalu dotarło do mnie, że być może nigdy nie będę mógł zejść do grobowców królewskich. A bez tego moja władza stanie się iluzoryczna.
Uświadomiłem to sobie na oddziale dla ozdrowieńców, kiedy podczas długich szpitalnych nocy usiłowałem ułożyć w głowie wszystkie elementy układanki. Wydarzenia poprzedzające wypadek nie pozostawiały cienia wątpliwości i mimo ciemności na sali przeniknąłem cały sens tego, co mnie spotkało. Na Wawelu mówiono o wypadku, ale nawet pobieżna analiza faktów musi skłonić każdego, kto chce się zaliczać do grona ludzi inteligentnych, do uznania hipotezy zamachu. Za zamachem zapewne stał spisek, który snuto za moimi plecami przez długie tygodnie, a może miesiące, starannie wyczekując odpowiedniego momentu, by uderzyć. Kimkolwiek są, wreszcie im się udało.
Noga ciągle boli, mozolnie wspinam się stopień za stopniem. Stare drewniane schody skrzypią, rozeschnięte. Czuję w powietrzu ten sam zapach, który pamiętam z dzieciństwa. Mieszanina kurzu i starości, która otulała tajemnice sprzed lat.
Mozolnie wspinam się stopień za stopniem. Pamiętam jak dziś, że wbiegałem po nich tyle razy, nie musząc liczyć, ile kroków jeszcze pozostało. Młode nogi przeskakiwały po dwa stopnie, w dół i w górę, zdrowe ciało nie znało ograniczeń.
Wracam do mieszkania dziadków, w którym nikogo nie było od lat.
Jestem ostatnim królem Polski i zapewne tylko z tego powodu stałem się celem tylu nikczemnych i podłych działań różnych ludzi niewielkiego formatu. Owego feralnego dnia opuściłem salę tronową ostatni. Odprawiłem współpracowników, a sam oddałem się refleksjom, których przedmiotem była Polska. Przechadzałem się po komnacie, wyglądając na pogrążający się w mroku dziedziniec. Ucichły rozmowy prowadzone za drzwiami i oddaliły się wszelkie kroki. Wawel układał się do snu. Była już noc, gdy opuściłem salę tronową, by udać się na spoczynek. W pałacu panowała ciemność. Wymacałem na ścianie kontakt, ale światło nie chciało się zapalić. Ruszyłem na pamięć, opuszkami palców dotykając ściany. Chodziłem tymi korytarzami przez tyle lat, znałem wszystkie zakręty i progi, wielokrotnie przeliczyłem wszystkie stopnie marmurowych klatek schodowych. Szedłem pewnie, ale ostrożnie, zanurzając się w ciemność. Czułem, że za chwilę dotrę do krawędzi schodów. Jednak zanim to nastąpiło, moja obuta w miękki pantofel stopa poślizgnęła się, a ja runąłem w dół i straciłem przytomność.
Noga ciągle boli i bolała, kiedy się ocknąłem. Wokół mnie pełno było ludzi, a lekarze w białych kitlach szykowali się, by przenieść mnie na nosze. Na ostrym dyżurze okazało się, że mam złamaną lewą nogę, cały jestem poobijany, a na głowie wyrósł mi bolący, pulsujący guz.
Ktoś wyłączył prąd w pałacu. Ktoś zostawił śliskie schody. Zamachowcy dobrze wiedzieli, gdzie zastawić na mnie pułapkę. Poczekali do zmroku i zapewne w napięciu czekali, aż opuszczę salę tronową. Znali dokładnie mój rozkład dnia, wiedzieli, którędy udam się na spoczynek. Pewnie planowali to od tygodni, spiskując po wawelskich komnatach. Ci sami ludzie uśmiechali się do mnie codziennie, witali i zagadywali o zdrowie. Razem z nimi jadłem drugie śniadanie i obiad, z nimi często rozmawiałem po całym dniu swej pracy. Liczyli, że spadając ze schodów, złamię kark. Ale ja ciągle żyję.
Noga ciągle boli, a ja mozolnie wspinam się stopień za stopniem. Liczę każdy krok i widzę, ile jeszcze dzieli mnie od drzwi mieszkania moich dziadków. Tu spędzę resztę życia, bo postanowiłem porzucić zaszczyty i ukryć się przed ludzkim wzrokiem.
Pożegnałem żonę, królową Zofię, choć ona odeszła bez słowa.
Wracam do mieszkania dziadków, w którym nie byłem od niemal dwudziestu lat. Jakim je zastanę? Czy znajdę w nim meble, które pamiętam jasno i wyraźnie z dzieciństwa? Czy za drzwiami zobaczę tylko zakurzone przestrzenie starej pustki? Wydaje mi się, że pamiętam je jak dziś. Ale czy pamięć nie płata mi figli, podsuwając wykrzywione przez lata obrazy?
Noga ciągle boli, mimo długiej rehabilitacji. Szpital nauczył mnie, jak sobie radzić z bólem. Nie chodzi jednak o tabletki i środki znieczulające. Niech służba zdrowia zachowa je dla moich poddanych. Jestem ostatnim królem Polski i nauczyłem się żyć z bólem. To kwestia godności.
Jestem ostatnim królem Polski i podczas długiej rekonwalescencji postanowiłem, że usunę się z życia mojego Narodu. Być może ten zamach to był znak; być może powinienem był zrezygnować już wcześniej, oddając stery władzy. Może przegapiłem wiele sygnałów, które wysyłał mi zewsząd świat? Może powinienem był odgadnąć nastroje społeczne z twarzy ludzi, którzy przewijali się przez salę tronową, wychwycić zmiany w głosie moich współpracowników, kiedy rozmawialiśmy niezobowiązująco, patrząc na położony u naszych stóp Kraków? Najczęściej człowiek nie dostrzega tych drobnych zmian, które zachodzą w jego świecie, a są znakami, by podjąć ważne decyzje.
Noga ciągle boli i pogodziłem się z tym, że ten ból będzie mi towarzyszył do końca. Szpitalne łóżko jest miejscem, które uczy pokory. Ludzka bezradność, cierpienie, które otacza człowieka, to wszystko sprawia, że rzeczy stają cię czymś innym, niż nam się wcześniej wydawało. Już w karetce powiedziałem lekarzowi, zażądałem wręcz, by nie dawano mnie do izolatki, tylko położono ze zwykłymi pacjentami. Wzruszył ramionami, ale kiedy obudziłem się z narkozy po operacji, podczas której składano moją pogruchotaną upadkiem nogę, z zadowoleniem spostrzegłem, że obok mnie leżą inni współbracia w cierpieniu, prości ludzie. Nie byłem zamknięty w złotej klatce, tylko dzieliłem mój ból z rodakami. Ta solidarność w odczuwanych niedogodnościach bardzo mnie podbudowała i odtąd znosiłem moje dolegliwości z radością i wewnętrzną siłą.
Jestem ostatnim królem Polski, lecz postanowiłem porzucić zaszczyty i ukryłem się przed ludzkim wzrokiem. Naród, który podnosi rękę na monarchę, nie jest godny, by mieć króla. Naród, który rodzi królobójców, choćby tak nieporadnych, sam wydaje na siebie wyrok. Ten naród, który przygotował na mnie zamach, sam zdecydował, że woli być rządzony przez ludzi małych i nikczemnych. Ukryję się przed ludzkim wzrokiem, a wtedy wszyscy zobaczą, co utracili. Zmiany będą następowały stopniowo, bo dobrze wyregulowany mechanizm nie przestaje działać z dnia na dzień. Moim rodakom będzie się żyło coraz gorzej, wszystko wokoło zacznie się psuć. Będą odczuwać rosnący niepokój, którego przyczyny nie odkryją. Świat będzie się stawał coraz bardziej szary, z każdym dniem tracąc barwy. Ale sami wybrali.
Noga ciągle boli, choć lekarze obiecywali poprawę. Po dwóch miesiącach ściągnięto mi gips i rozpoczęła się żmudna rekonwalescencja. Codziennie odwiedzał mnie rehabilitant, który męczył mnie bolesnymi i żmudnymi ćwiczeniami. Znosiłem je jednak ze spokojem, gdyż wiedziałem, że za jego surowymi poleceniami kryje się troska o moje zdrowie. Nam obydwu zależało przecież na tym, bym powrócił do dawnej sprawności.
Pożegnałem żonę, która umarła na pustkę.
Jestem ostatnim królem Polski, lecz postanowiłem porzucić zaszczyty. Byłem pewien, że chcę odejść. Po zamachu nic już mnie nie trzymało na tronie. Przyjaciele zawiedli, naród zdradził. Pożegnałem żonę, królową Zofię, i nic mnie nie łączyło z tamtym światem, który żył swoimi dworskimi intrygami w wawelskich komnatach. Mogłem odejść.
Jednak nie jest łatwo monarsze zniknąć ze świata, ukryć się przed ludzkim wzrokiem. Dlatego w głowie mojej zaczął kiełkować sekretny plan, który dojrzewał podczas długich szpitalnych dni.
Noga ciągle boli, choć przecież wykonywałem wszystkie zadane ćwiczenia, nawet bez obecności rehabilitanta. Widać coś się źle zrosło i do końca życia będzie mi towarzyszył ból, przypominający o tym, że brzemię władzy nie jest lekkie.
W tym okresie zaniechałem golenia, obmyślając w najdrobniejszych szczegółach swój sekretny plan. Po kilku tygodniach tak zarosłem, że moja twarz zmieniła się nie do poznania. Już wcześniej postanowiłem nie informować innych pacjentów o swej prawdziwej tożsamości, a oni, zajęci bez reszty własnym cierpieniem, nie dostrzegli we mnie króla Polski. Dla nich byłem po prostu panem Bartkiem, i cieszyłem się z tej zażyłości. Moi współpracownicy byli na tyle dyskretni, że odwiedzając mnie, mówili szeptem i dzięki temu mogłem zachować błogosławioną anonimowość w świecie, gdzie ludzie sławni nie mają w ogóle życia prywatnego. Kiedy jednak po dwóch miesiącach od mego wypadku, który będę konsekwentnie nazywał zamachem, na naszą salę przyszedł nowy pacjent, pierwsze, co zrobiłem, to przywitałem go pytaniem: "Poznajesz mnie?". Wpatrywał się w moją twarz przez dłuższą chwilę, a w jego oczach widziałem zakłopotanie. Radowałem się z tego skrycie i wiedziałem, że po kilku chwilach będzie musiał odpowiedzieć, że nie. Brodaty, z długimi włosami, wychudzony przez chorobę, stałem się cieniem samego siebie. Przyjąłem to z radością.
Noga ciągle boli i mozolnie wspinam się stopień za stopniem. Może powinienem był zarzucić mój plan lub odłożyć go do czasu, kiedy rekonwalescencja zakończy się ostatecznie? Teraz już za późno na takie rozważania. Wracam do mieszkania dziadków, które jest tak blisko. Zostawiłem za sobą całe moje życie i nie mam do niego powrotu.
Pożegnałem żonę, która umarła na pustkę, chorobę egzotyczną i zarazem swojską, przyniesioną z Zachodu i zakorzenioną u nas od pokoleń.
Postanowiłem porzucić zaszczyty i ukryłem się przed ludzkim wzrokiem. Teraz muszę się tego trzymać. Plan był bardzo prosty. Kiedy tylko na tyle wydobrzeję, że będę mógł chodzić o własnych siłach, narzucę na piżamę swój płaszcz i w tajemnicy przed innymi opuszczę szpital. Zrobię to wieczorem, kiedy ostatni goście wracają do domów, szczęśliwi, że nie muszą spędzać nocy przy łóżkach chorych bliskich. Widziałem ich twarze pełne ulgi, kiedy wstawali z metalowych stołeczków, odprawiani przez swych krewnych. Ruszali lekko do wyjścia, wracając do swego życia, które toczyło się poza murami szpitala.
Obmyśliłem, że wymknę się wraz z nimi, chytrze wymijając personel i ochronę. Na ulicy Kopernika wmieszam się w tłum i powoli zagubię wśród krakowskich ulic. W kieszeni płaszcza miałem pęk kluczy, a wśród nich jeden do mieszkania moich dziadków, o którym nikt poza mną nie wiedział. Tam mnie nikt nie będzie szukał, tam zniknę z ludzkich oczu. Nigdy nie wrócę na Wawel, nie dam znaku życia mym współpracownikom.
Najpierw rozpoczną się poszukiwania, ale i one ustaną, nie przynosząc żadnego rezultatu. Przestaną mnie szukać, zapomną, a ja, uwolniony od dźwiganego przez lata brzemienia, dożyję swoich dni w mieszkaniu po dziadkach.
Wracam do mieszkania dziadków, ale o tym nikt nie wie, bo zgubiłem wszystkich tropiących i zatarłem wszystkie ślady. Wielokrotnie sprawdzałem, czy nikt mnie nie śledzi, pozwalałem się mijać przechodniom, udając, że podziwiam witryny sklepów i gniazda w koronach drzew. Lata sprawowania władzy nauczyły mnie dostrzegać wszystkie śliskie metody służb specjalnych. Ominąłem więc wszystkie pułapki i wymazałem się z ludzkiego życia. Rozpłynąłem się w krakowskim powietrzu: szary, zarośnięty, kulawy człowiek, ostatni król Polski.
Pożegnałem żonę, która umarła na pustkę. Musiała się nią zarazić podczas studiów, podczas tych długich rozmów przy wódce i winie, które ciągną się po świt, nie znając umiaru; podczas których powieki się kleją, dialektyka wspina się na wyżyny, których potem nikt nie pamięta, a przedmioty i słowa tracą swe kontury. Wtedy, kiedy młody organizm jest najbardziej osłabiony, choroba znajduje do niego przystęp, przychodzi w odcieniach szarości, niewidzialna i cicha. Zagnieżdża się w ciele i powoli pustoszy wnętrze, przyczajając się przez lata w okolicach wątroby.
Wracam do mieszkania dziadków, które znajduje się w kamienicy przy ulicy S., bo nazwę ulicy też zatarłem, by nikt mnie nie odnalazł. I będą błądzić moi prześladowcy po krakowskich ulicach S., których jest legion, bo cały Kraków jest pocięty ulicami S., a przy jednej z nich stoi kamienica, w której kryje się mieszkanie moich dziadków.
Noga ciągle boli, ale nie mogę już zawrócić. Wracam do mieszkania dziadków. Pożegnałem żonę i tu spędzę resztę życia. Szary, kulawy i nierozpoznany.
Jestem ostatnim królem Polski i choć zostałem namaszczony na monarchę wiele lat temu, to powołanie dojrzewało we mnie długo. Nie byłem gotowy, by przejąć rządy nad mymi rodakami i długo wzbraniałem się przed tą odpowiedzialnością. Bałem się też rządu dusz, jaki niechybnie przypadłby mi w udziale, gdyż jest to odpowiedzialność jeszcze większa. Ci, którzy o tym marzą, nie wiedzą, na jaką śmiałość sobie pozwalają. Tylko człowiek pyszny i pozbawiony zmysłu krytycznego może sądzić, że ma w swoim wnętrzu prawdy godne objawienia; tylko taki człowiek może uważać, że jego idee, pielęgnowane przez lata, godne są, by narzucić je poddanym. Natomiast człowiek naprawdę wielkiego formatu waha się i odrzuca od siebie myśl, by mógł panować nad duszami i umysłami innych, często słabszych i mniej rozgarniętych.
Takie wątpliwości towarzyszyły i mnie; i długo walczyłem ze sobą, mocując się z własnymi demonami, długo dojrzewałem, aby wreszcie odkryć w sobie moc, by wypełnić testament moich przodków. Nie chciałem być królem, broniłem się przed tym i wielokrotnie udawałem, że nie mnie wyznaczono do tej roli. Ale trudno uciec przed przeznaczeniem, choćby człowiek próbował umknąć na koniec świata. W końcu uznałem, że muszę ponieść ten ciężar. I chwila, kiedy zobaczyłem to z całą jasnością, była dla mnie gorzka i słodka zarazem. Znałem już wagę brzemienia. Ale też decyzja moja, suwerenna i dojrzała, była chwilą największej mej wolności. Nigdy wcześniej ani nigdy później nie czułem się tak wolny jak wtedy. Powiedziałem swoje wewnętrzne "tak" i byłem przez ten moment nie tylko królem Polski, ale i królem świata.
Późniejsze trudy mego rządzenia sprawiły, że chwila owa zbladła w mej pamięci. Ale w momentach największego zwątpienia zawsze do niej wracałem i wtedy to wspomnienie rozjarzało się niczym gwiazda, która wskazuje drogę strudzonemu i zbłąkanemu wędrowcowi.
Postanowiłem porzucić zaszczyty, bo nie ma w moim życiu nic, co by przypominało tamtą chwilę. Pożegnałem żonę, noga ciągle boli.
Pożegnałem żonę, która umarła na pustkę. Najpierw pustka zjadła jej wolę, kawałek po kawałku. Zofia coraz bardziej nie chciała; najpierw nie chciała rzeczy drobnych, jak niewielkie przyjemności, których doświadczamy poza domem. Przestała spacerować po mieście, patrzyć na łabędzie, które pływały po Wiśle, przestała odwiedzać sklepy i galerie pełne zakurzonych obrazów. Przestała chcieć chodzić do restauracji, przestała chcieć siadać w ogródkach krakowskich kawiarni przy filiżance espresso.
Wracam do mieszkania dziadków w kamienicy przy ulicy S. i sam już nie wiem, gdzie ona jest, ale nie muszę wiedzieć, bo przecież wspinam się po jej schodach, mozolnie i stopień za stopniem, noga ciągle mnie boli.
Noga ciągle boli, muszę przystanąć na chwilę na półpiętrze. Za mną kilkanaście schodów, niewiele, ale każdy stopień przybliża mnie do celu. Każdy stopień prowadzi mnie do mieszkania, gdzie przed laty żyli moi dziadkowie, każdy stopień przybliża mnie do chwili, kiedy ostatecznie ukryję się przed ludźmi. Ta decyzja też wymagała dojrzałości.
Pożegnałem żonę, która umierała na pustkę długo, powoli wycofując się z życia, nie chcąc najpierw rzeczy niekoniecznych, a potem rzeczy niezbędnych; nie chciała jedzenia i picia, potem nie chciała wstawać z łóżka i oddychała bardzo rzadko. Pustka rosła, choć pustka rosnąć nie może i czułem, że ciało Zofii staje się coraz lżejsze i lżejsze, napełnione pustką, chorobą egzotyczną i zarazem swojską.
Postanowiłem porzucić zaszczyty i ukryłem się przed ludzkim wzrokiem, by przeżyć resztę życia w spokoju. Bez tego ciężaru odpowiedzialności, który przecież sam przyjąłem na barki wiele lat temu. Służyłem mojemu narodowi, najlepiej jak umiałem; wymijałem liczne rafy, na które wiatry rzucały moją łódeczkę i przez te wszystkie lata nie troszczyłem się o swoje własne dobro. Moim dobrem było dobro moich poddanych, którzy dzięki mym wysiłkom nie musieli się już troszczyć o Polskę. Budowali swoje domy, kosili trawę w ogródkach, wymieniali meble i sprzęty gospodarstwa domowego na nowe. Ich spokój i niewinność były możliwe dzięki mojej pracy i działaniom. Dyskretnie troszczyłem się o nich, jak rodzic, który przykrywa śpiące dziecko, by nie zmarzło. Oni mogli spać spokojnie; ja musiałem czuwać, gdyż ja byłem ich królem.
A teraz odchodzę, zostawiając Polskę innym ludziom. Może nie będą mieli tyle mądrości co ja, tyle przenikliwości i wrażliwości na los mego narodu. Ale zostawiam mój kraj w dobrym stanie i myślę sobie, że nawet nieudolni włodarze, którzy przyjdą po mnie, nieprędko zepsują to, co ja przez kilkanaście lat budowałem. A w końcu naród zrozumie, jakich ludzi ma sobie wybierać do rządzenia.
Jestem zmęczony.
Pożegnałem żonę, która umierała na pustkę w naszej podmiejskiej posiadłości w Przegorzałach, bo nie chciała umierać w zgiełku wawelskiego dworu. Królowa Zofia z początku wychodziła na ganek opleciony winoroślą, dającą cierpkie owoce. Siadała na wiklinowym fotelu owinięta szlafrokiem, a ja trzymałem ją za rękę, żeby nie zabrał jej podmuch letniego wiatru. A potem nie wychodziła już nigdzie, tylko leżała w naszym łożu, patrząc na chmury przepływające za oknem.
Wracam do mieszkania moich dziadków. Tu spędzę resztę życia, gdzie będę się cieszył spokojnym losem osoby prywatnej. Nie znają mnie tu, gdyż nie przypominam samego siebie sprzed kilku tygodni, a co dopiero siebie sprzed wielu lat. Nawet jeśli żyją jeszcze dawni sąsiedzi, nawet jeśli ich pamięć nie jest pomieszana chorobami starości, to nie rozpoznają w tym zmęczonym utykającym człowieku chłopca w krótkich spodenkach, który przed laty biegał po tych samych schodach i bawił się na podwórku. Stałem się nikim i bardzo mnie cieszy ten stan. Może spiszę swoje wspomnienia, gdyż przez te lata nazbierało się tego wiele? Może warto zachować dla potomności zawiłe koleje mego życia, moją walkę, toczone bitwy, zwycięstwa, ale też porażki, których nie oszczędzał mi los? Może warto pokazać cały ten bojowy szlak, który przeszedłem niemal samotnie, skazany na siebie i własne decyzje? Siądę przy biurku dziadka, wyciągnę z szuflady jego wieczne pióro i drobnym pismem zapełnię pożółkłe kartki, których kilka ryz musiało zostać w szafce pod oknem.
Pożegnałem żonę, która umarła na pustkę. Po tym, jak już wyciekła z niej wola, która wyparowała porami skóry i wyleciała przez niedomknięte usta, pustka zabrała jej spojrzenie. Patrzyła na mnie niewidzącymi oczami, nie byłem już jej Bartłomiejem, nikim nie byłem, bo nie zatrzymywała na mnie wzroku. Jej spojrzenie było puste, a więc go nie było; na dnie oczu przysiadła szklista nicość.
Wracam do mieszkania dziadków, które pamiętam jak dziś, choć czuję, że oglądałem je po raz ostatni wieki temu.
Pożegnałem żonę, która umierała na pustkę przez kilka miesięcy, z każdym dniem mniejsza i bardziej pusta, niepodobna do siebie i przeźroczysta jak zimowe powietrze. Topniała jak śnieg, a pustka zabierała ją w swe nieprzeniknione otchłanie, gdzie nie ma nic, nawet pustki.
Wracam do mieszkania dziadków, które pamiętam jak dziś, choć zapewne jest to złudzenie.
Pożegnałem żonę, która umarła na pustkę we śnie, nie śniąc nic i nic nie wiedząc, nie mając już siebie i mnie, nic nie mając, nie tylko woli i spojrzenia. Umarła cicho i bezszelestnie, niewidocznie, tak jak żyła przez ostatnie tygodnie. O poranku zgarnąłem jej prochy do srebrnej urny, która pomieściła to, co zostało po królowej Zofii.
Wracam do mieszkania dziadków, które widzę jasno i wyraźnie, choć moja pamięć może mnie zwodzić, koślawiąc obrazy sprzed lat. Pamiętam długi korytarz, szeroki i ciemny, skazany na światło, które wpadało przez otwarte drzwi do pokojów. Wzdłuż ścian stały szafy na ubrania, rzeźbione i wysokie, które w dzieciństwie przypominały mi pachnące spowiedzią konfesjonały. W tych wielkich szafach wisiały futra babci i kożuchy dziadka, ciężkie płaszcze, garnitury i owinięty w bibułę ułański mundur; w tych wielkich szafach upchane były sukienki, które babcia przeglądała w zamyśleniu, a wtedy uderzające o siebie wieszaki podpowiadały jej, co powinna na siebie włożyć; w tych wielkich szafach na wyłożonych równo przyciętym papierem półkach leżały krochmalone obrusy i wyprasowane chustki do nosa z monogramem dziadka.
Wzdłuż drugiej ściany stały półki na buty, które opięte na prawidłach, czekały na swój czas. Do półek z butami dziadek przybił pinezkami sznurek, a babcia naciągnęła na niego perkalową kotarę, chroniącą obuwie przed kurzem i ludzkim wzrokiem.
Korytarz zamykała maszyna do szycia, która wyglądała jak ołtarz nakryty dzierganą serwetą, nad nią wisiało wielkie lustro, a nad lustrem wieniec wielkiego jelenia, bo w korytarzu mieszkania moich dziadków wszystko było wielkie.
Pożegnałem żonę w katakumbach wawelskiej katedry, gdzie spoczęła obok królów, bo królom była równa. Niewidoczne drobiny królowej Zofii wniknęły w wapienne ciosy i cynowe wieka trumien, przylgnęły cicho i niezauważenie do marmurowych płyt starodawnych sarkofagów.
Wracam do mieszkania dziadków, choć dziadków już nie ma i nie ma ich świata. Sam nie wiem, co zastanę za ciężkimi drzwiami, wiem tylko, że dalej trwa tam ich mieszkanie. Czy będą meble, które babcia co tydzień przecierała flanelowymi szmatkami? Czy będzie skrzypiąca podłoga, ciemna i pachnąca, w którą przez lata wsmarowywano żywiczne pasty? Czy zastanę wszystkie te starożytne przedmioty, pochowane w szafkach i szufladach, każde na swoim miejscu, wedle swego przeznaczenia i rodzaju?
Pożegnałem żonę na wietrznym szczycie katedralnej wieży, w cieniu drzemiącego Zygmunta. Jej pył rozniósł się nad całym Krakowem i powoli opadał na ulice mego miasta. Osiadał na wargach ludzi, którzy ciągle o czymś mówili, osiadał na ich powiekach, które mrużyli ze zdumieniem. Lekko i szeptem królowa Zofia zstąpiła po raz ostatni do swych poddanych, którzy tego nie zauważyli, podobnie jak przez lata nie zauważali jej obecności, wtedy jeszcze nie przetartej pustką.
Wracam do mieszkania dziadków, które pamiętam jak dziś, bo muszę pamiętać, bo nic innego mi nie zostało.
Pożegnałem żonę, która nigdy nie była w mieszkaniu dziadków, bo opuściłem je wiele lat przed tym, jak poznałem królową Zofię. Dziadkowie dawno umarli i królowa Zofia skazana była tylko na moje opowieści, które pokazywały jej tamten świat, zapamiętany wielkimi oczami dziecka.
Wracam do mieszkania dziadków, gdzie spędzę resztę życia. Będę w nim sam, otoczony własnymi demonami, których nie udało mi się zgubić podczas mojej ucieczki.
Jestem ostatnim królem Polski i godność tę otrzymałem w sekrecie od swego dziadka. Kiedy umierał, przywołał mnie do swego łoża boleści i powiedział: "Bartusiu, teraz ty musisz dźwigać ten ciężar. A musisz zachować to wszystko, co ci opowiadałem, w sekrecie".
I dźwigałem ten ciężar, choć brzemię polskiej korony mi ciążyło. Patrzyłem na mój naród, chodziłem ulicami pomiędzy mym ludem i czułem, jak korona Piastów i Jagiellonów wrzyna mi się w skronie.
Pożegnałem żonę, która nigdy nie dowiedziała się, że jest królową Zofią. Kryłem to przed nią i przed całym światem, sam nosząc brzemię, które na me skronie włożył dziadek, kiedy umierał. Królowa Zofia dla siebie była Zosią, dopóki była kimkolwiek, bo potem długo umierała na pustkę.
Jestem ostatnim królem Polski i przez całe swe życie starałem się utrzymać to w sekrecie. Mimo to tajemnica ta przedostała się pomiędzy ludzi i od tamtej chwili nie mam spokoju. Wszędzie na ulicach widzę wrogie spojrzenia miłośników demokracji. Widzą we mnie wroga wolności, nie wiedzą, że swą mądrością dałbym im wolność stokroć większą, niż mają. Co chwila ktoś próbuje targnąć się na moje życie.
Wracam do mieszkania dziadków, bo nie miałem rodziców. Zmarli w mym dzieciństwie i zamiast wspomnień, mam wyblakłe fotografie, które dała mi babcia. Wychowali mnie dziadkowie, według swoich międzywojennych poglądów, niezdarnie wciśniętych w samo serce Polski Ludowej. Dlatego zawsze byłem stary, zanurzony w oparach świata, który dawno umarł.
Jestem ostatnim królem Polski, ale nikt o tym nie wie. Aby być blisko królewskich spraw, zatrudniłem się na Wawelu. Moja funkcja była skromna: pilnowałem, by nikt z tysięcy turystów nie splugawił sali tronowej. Siedziałem na krześle przy oknie, bo tylko tam można było oddychać czystym powietrzem, i przyjmowałem hołdy moich poddanych. Podchodzili do okazałego tronu, kłaniali się, coś szeptali. Dzisiejsi ludzie nie mają już szacunku dla monarchii. Dla nich władcy są papierowymi figurami na rycinach, nieruchomymi portretami Matejki. Ale mimo to lud mój ściszał głos. Wiem, że to mnie oddawali hołd. Dzięki swej pracy byłem blisko królewskich spraw, przechadzając się po komnatach, które przed wiekami zamieszkiwali moi przodkowie.
Mozolnie wspinam się po schodach i wracam do mieszkania dziadków. Noga ciągle boli, choć spostrzegłem, że kiedy przywołuję wspomnienia, moja uwaga na nich się koncentruje i ból się przyczaja.
Jestem ostatnim królem Polski, ale nikt o tym nie wie. Szybko spostrzegłem, że potrafiłbym rządzić mymi poddanymi lepiej niż politycy, którzy pokazują się w telewizji. Wiele lat temu postanowiłem przejąć realną władzę.
Widząc krzywdę mego ludu, napisałem sekretny list do pana prezydenta, w którym opisałem moją historię i tytuł do sprawowania urzędu. Zaoferowałem też swą pomoc w bieżącej polityce, podając od razu rozwiązania kilku najbardziej palących problemów, o których czyta się w gazetach. Ta błyskotliwa analiza miała pokazać, że jestem dobrze przygotowany do sprawowania władzy. Zaznaczyłem, że nie oczekuję zaszczytów, od lat przecież żyłem w ukryciu i przyzwyczaiłem się do tego. Mógłbym dalej z ukrycia służyć swej ojczyźnie, dyskretnie wspierając rządy pana prezydenta. Bo choć pochodził on z gminu, to jednak wierzę, że najwyższa władza potrafi przemienić przeciętne nawet jednostki, aby dorosły do powierzonej im roli. Sam miałem przecież w żywej pamięci, jak zmieniło się moje życie, gdy umierający dziadek koronował mnie ze swego łoża boleści na ostatniego króla Polski.
Nie mogłem jednak mego listu wysłać wprost, pocztą, gdyż służby specjalne od razu doszłyby do tego, skąd został on nadany, a zatrudnieni w każdym urzędzie pocztowym agenci od razu wskazaliby moją skromną osobę. Dlatego musiałem dotrzeć do pana prezydenta inaczej. Przez rok szukałem rozmaitych sposobów, raz nawet wykorzystałem cały swój urlop, by na Krakowskim Przedmieściu czekać, aż pan prezydent opuści swój pałac, by dopaść do niego i wręczyć mu moje pismo. Jednak mój trud okazał się daremny, bo pan prezydent przez cały ten czas bawił na wakacjach poza stolicą. Nie zdziwiło mnie to w ogóle. To był deszczowy lipiec i wróciłem do Krakowa przeziębiony.
Wracam do mieszkania dziadków, które pamiętam jak dziś. Widzę światło wpadające do ciemnego przedpokoju przez uchylone drzwi po obydwu stronach korytarza. Pomieszczenia po lewej stronie wychodzą na ulicę, są duże i widne.
W połowie korytarza znajdowały się dwuskrzydłowe drzwi do salonu. W salonie na samym środku stał okrągły stół otoczony ciemnymi, ciężkimi krzesłami. Pamiętam, jak biegałem dookoła tego stołu, który we wczesnym dzieciństwie wydawał mi się wielkim kontynentem albo niezdobytym masywem. Stół zawsze nakryty był obrusem, a nad nim zwieszał się żyrandol ze splątanych jelenich rogów.
Pod oknem salonu stała sofa i dwa fotele, na których dziadkowie zasiadali, by oglądać telewizję, a pomiędzy meblami na wygiętych nóżkach przycupnął stolik z marmurowym blatem, który wtedy przypominał mi szlifowane płyty wawelskich grobowców. W rogu stało czarne pianino, też podobne do sarkofagu. Jako dziecko musiałem uważać, by klapa nie przytrzasnęła mi palców. Na klawiszach z kości słoniowej babcia pieczołowicie rozkładała kawałek bordowego sukna, który przypominał mi księżowską stułę. Po rozprostowaniu sukna klapa delikatnie się zamykała, a ja byłem szczęśliwy, że po raz kolejny udało mi się ocalić moje małe palce.
Jestem ostatnim królem Polski, ale nikt o tym nie wie. Dlatego bardzo chciałem, by ta informacja dotarła do pana prezydenta. Okazja nadarzyła się kilka miesięcy później, kiedy na Wawelu pan prezydent podejmował głowy państw z całego świata na świetnym obiedzie. Przy tej okazji postanowił spotkać się z pracownikami królewskiego pałacu i wymienił z nami kilka krzepiących słów. Prawdziwy mąż stanu, człowiek wielkiego formatu, dokładnie taki, jak pokazują go w telewizji. Skorzystałem wtedy z okazji i wsunąłem mu dyskretnie kopertę do kieszeni. Nawet nie zauważył.
Przez całą noc w prezydenckim apartamencie paliło się światło, a ja wiedziałem, że pierwszy obywatel z uwagą czyta moje słowa. Następnego ranka znalazłem się w grupie pracowników muzeum wawelskiego, która widziała odjazd prezydenckiego orszaku. "Strzeżcie dziedzictwa polskich królów" - powiedział pan prezydent i odjechał. A ja wiedziałem, że w ten sposób odpowiada na mój list. Od tamtej pory pilnie śledziłem wszelkie doniesienia o działalności pana prezydenta i serce moje się radowało. Prezydent posłuchał moich rad i mądrze rządził Polską. Kilkakrotnie odwołał się w swych orędziach do naszej znajomości, choć zawsze na tyle delikatnie, że postronni słuchacze nie zdołali odkryć tej tajemnicy. "Wsłuchuję się w doświadczenia naszej Ojczyzny, zastanawiam się, co by zrobili nasi królowie" - tak mówił pan prezydent, a we mnie serce rosło.
Wracam do mieszkania dziadków, które pamiętam jak dziś. Wielkie przestrzenie, zwielokrotnione wyobraźnią dziecka, które musiałem oswajać długimi miesiącami.
Z salonu można się było dostać do dwóch pokojów, jeden zajęty był przez sypialnię dziadków, a drugi przez gabinet dziadka.
Wstęp do gabinetu bez zgody dziadka był surowo wzbroniony. Drzwi były zamknięte na klucz, który dziadek odkładał na pianino. Wiedziałem, że sam nigdy nie mogę po niego sięgać, mimo że wystarczyło przystawić krzesło. W gabinecie pod oknem stało biurko z wieloma szufladami i blatem obitym zielonym suknem. Na nim zawsze piętrzyły się sterty papierów, gdyż mój dziadek, mimo poważnego wieku, nadal dużo pracował. Był przecież królem i emerytura nie usprawiedliwiałaby dostatecznie jego bezczynności. Prowadził rozległą korespondencję i pamiętam jak dziś, że często chodziliśmy na pocztę, by rozsyłać listy do tajemniczych adresatów rozsianych po całym świecie. Ludzi wspierających dziadka w jego ukrytej misji nigdy nie poznałem. Odpowiadali na jego listy, dzięki czemu miałem w swym klaserze wiele egzotycznych znaczków, których zazdrościli mi koledzy ze szkoły i z podwórka.
Całą ścianę gabinetu zajmowała przeszklona biblioteka, pełna starych książek w wielu językach, których tytuły w dzieciństwie z trudem potrafiłem odczytać. Poza tym w gabinecie dziadka stał skórzany fotel. Siadywał na nim, pykając fajkę. Wtedy myślał i nie należało mu przeszkadzać. Obserwowałem go, ukryty pod biurkiem, gdzie wpełzałem, by przeglądać wielki atlas motyli i owadów leśnych, zawierający kolorowe, pachnące starością ryciny.
Po drugiej stronie salonu, dokładnie naprzeciw drzwi do gabinetu, znajdowało się wejście do sypialni dziadków. Dębowy komplet ciężkich mebli napełniał to pomieszczenie chłodem. Wielkie łóżka, wielka szafa, wszystko wielkie. Wewnątrz pachniało krochmalem i zimą. Nie lubiłem tam chodzić, mimo że mogłem.
Mozolnie wspinam się stopień za stopniem, noga za nogą, a noga ciągle boli. Jestem coraz bliżej, jeszcze tylko kilka kroków, a stanę przed białymi drzwiami z zaśniedziałą tabliczką i dotknę mosiężnej klamki. Jeszcze kilka kroków, ale noga boli, więc muszę na chwilę się zatrzymać.
Jestem ostatnim królem Polski, ale nikt o tym nie wie, gdyż zgodnie z wolą dziadka ukryłem się przed ludzkim wzrokiem. Tajemnicę swoją powierzyłem jedynie panu prezydentowi, a on, oczywiście dochowując sekretu, wielokrotnie dał mi do zrozumienia, że uznaje i szanuje moją władzę. Odtąd przejąłem stery rządów. W swym pierwszym liście zasugerowałem, że będę zostawiał kolejne rady dla Polski wsunięte za sarkofag marszałka Piłsudskiego. Planowałem wprawdzie pierwotnie, by był to grobowiec Władysława Jagiełły - króla, do którego zresztą czuję się najbardziej podobny, ale po długim rozmyślaniu uznałem ten pomysł za zbyt oczywisty. Odtąd więc zostawiałem co tydzień szczegółowe instrukcje, prowadząc jednocześnie z panem prezydentem błyskotliwą korespondencję, przenikniętą głęboką troską o losy Ojczyzny. Listy znikały, a ja co chwila natrafiałem w działaniach pana prezydenta na ślady mych porad.
Czasem jednak doraźna polityka zmuszała go do licznych zmian w mych planach i wtedy misternie budowane przeze mnie strategie waliły się niczym domki z kart. Musiałem potem wieczorami wszystko na nowo obmyślać, aby uratować Polskę przed niechybną katastrofą. Wtedy też ton moich listów stawał się surowszy, jako prawowity monarcha bowiem nie szczędziłem panu prezydentowi słów krytyki. Widziałem go potem w telewizji, jak zasmucony, składa wieńce na grobach bezimiennych żołnierzy, jak trze zaczerwienione oczy i sztywno siedzi w swej parlamentarnej loży. Robiło mi się go wtedy żal, dlatego siadałem do kolejnych listów, w których łagodnym tonem dodawałem otuchy i namawiałem do wytrwałości.
Wracam do mieszkania dziadków, które jest stare i wielkie; te dwa słowa wystarczą, by je dobrze opisać.
Jestem ostatnim królem Polski i przez ponad dziesięć lat rządziłem Polską z ukrycia. Stary pan prezydent odchodząc, przekazał tajemne informacje o mnie swemu następcy i odtąd wspierałem nową głowę państwa, z każdym rokiem radząc lepiej i mądrzej. Można powiedzieć, że wychowywałem do rządzenia kolejnych prezydentów Polski.
Cały czas pamiętałem jednak o słowach mego dziadka, którego grób tak często odwiedzałem. Ileż razy chciałem zlecić kamieniarzowi, by na grobowcu tego wielkiego człowieka, położonym w bocznej alei cmentarza Rakowickiego, zajaśniał tytuł, na który mój przodek w pełni zasługiwał: Król Polski; ale ćwiczyłem się w pokorze i składałem skromne kwiaty na płycie z lastryko.
Wracam do mieszkania dziadków, w którym spędzę resztę życia. Pamiętam je jak dziś, a mijające lata nie naruszyły przechowywanych pod sercem obrazów. Zamykam oczy i widzę wielki korytarz, z którego na lewo prowadzą drzwi do salonu, a stamtąd do gabinetu i sypialni. Jednak to pomieszczenia po prawej stronie napełnione były swojskością. Były mniejsze i przez to bardziej przytulne. Pośrodku, dokładnie naprzeciw salonu, mieściła się kuchnia, z panującym w niej białym kredensem. Pod ścianą stał stół i tam z dziadkami jadałem codzienne posiłki. Wielki stół w salonie nakrywano dla gości i do niedzielnych obiadów. Prawdziwe życie toczyło się w kuchni. Babcia pod oknem miała swój fotel, wykładany kocami i poduszkami, w którym spędzała większość czasu. Stamtąd zarządzała gotowaniem, prosząc mnie, bym zamieszał makaron albo podkręcił gaz na kuchence. Pomagałem jej, ogrzewając się ciepłem pieca i wdychając aromaty rosołu, młodej kapusty i kiszonych ogórków. A babcia czytała gazety i kartki pocztowe, które z sanatoriów wysyłały jej liczne kuzynki.
Z kuchni jedne drzwi prowadziły do niewielkiego pokoju, który w dawnych czasach pełnił funkcje służbówki. Jednak w czasach powojennych mój dziadek, mimo że był królem Polski, nie mógł sobie pozwolić na służbę i dlatego ten pokój przypadł mnie. Cieszyłem się z tego, gdyż wcześniej spałem z babcią i jej królewskie chrapanie mnie przerażało.
Drugie drzwi prowadziły do spiżarki, przez którą wychodziło się na balkon zawieszony nad podwórkiem. W letnie dni, kiedy tylko nie bawiłem się z kolegami, siadałem na nim i patrzyłem w dół, plując na głowy spacerujących po trylince gołębi. Studnia podwórka była ciemna, ale przez swoje zamknięcie dawała nam bezpieczeństwo. Obcy świat zaczynał się za bramą kamienicy, po ulicy jeździły samochody, a chodnikami spacerowali nieznani ludzie. Podwórko było naszym królestwem, znaliśmy jego zakamarki i władaliśmy nim niepodzielnie.
Jestem ostatnim królem Polski i mimo całej mej ostrożności ktoś musiał się o tym dowiedzieć. Uknuto spisek, by pozbawić mnie władzy. Teraz widzę z całą jasnością, dlaczego postanowiono to zrobić. Wszyscy wiedzieli, że pracuję nad projektem nowej konstytucji, choć starałem się to trzymać w tajemnicy.
Późnymi popołudniami, kiedy ruch w wawelskich komnatach ustaje i turyści udają się na obiad, wyciągałem z szuflady niewielkiego biureczka, przy którym urzędowałem pod oknem sali tronowej, zwitek kartek, na które nanosiłem poprawki. Pokreślony i wymięty, stanowił zaczyn nowego ustroju, który rodził się w trudach pod dobrotliwą opieką wawelskich głów. To one dodawały mi mądrości, spoglądając spod sufitu tymi samymi oczyma, które przed wiekami oglądały Jagiellonów i ich prawe rządy. Teraz patrzyły na wysiłki Bartłomieja I, niegodnego następcy wielkich monarchów.
Noga ciągle boli. Ten ślad po zamachu, który nikczemnie przygotowali ludzie małego formatu, będzie towarzyszył mi do końca życia, które spędzę w mieszkaniu dziadków.
Jestem ostatnim królem Polski i wiem, że władza uczy pokory. Zwykłym ludziom, którzy znają władzę tylko z telewizji i gazet, zapewne wydaje się, że rządzenie państwem niewiele się różni od zarządzania firmą albo wydawania poleceń personelowi w szpitalu lub gminnym urzędzie. Tymczasem wchodząc na salony władzy, wkracza się w zupełnie inny świat.
Kiedy człowiek pozna smak prawdziwej władzy, uczy się, że każde jego słowo może zmienić dzieje świata. Dlatego z drżeniem i obawą zanosiłem swe cotygodniowe dyspozycje za sarkofag marszałka Piłsudskiego, wiedząc, że kolejni prezydenci Polski będą uważnie czytać moje słowa i posłusznie wcielać je w życie. Rady moje były dla nich bezcenne, a jeszcze cenniejsze było moje ukrycie. Służyłem swoją mądrością, gdyż prawdziwe bycie królem to bycie pokornym sługą swego narodu. A jednocześnie nie przyznawałem się publicznie do swej mądrości ani też nie domagałem się uznania ze względu na swe liczne zasługi. I kiedy kolejni prezydenci mojego narodu wygłaszali publicznie moje słowa jako swoje własne, to dumny byłem, że mogę w ten sposób wpływać na losy Polski.
Czasem czułem ukłucie zazdrości, bo przecież nawet monarchowie nie są wolni od ludzkich uczuć i słabości. Chciałem biec przed obiektywy kamer i wykrzyczeć, że to ja jestem sprawcą wszystkiego, co dobre, to ja stoję za wszystkimi mądrymi decyzjami, które podejmowali ludzie oficjalnie rządzący tym krajem. Kilka razy nawet chciałem wyjść z cienia, ujawnić się i zażyć sławy, na którą przecież zasłużyłem całym swoim życiem, lecz zawsze w ostatniej chwili wspominałem słowa mego drogiego dziadka, który wytrzymał w ukryciu przez kilkadziesiąt lat. Wtedy robiło mi się wstyd, że dla próżnej sławy, o którą dzisiaj przecież tak łatwo, miałbym złamać dane mu słowo. Moim losem pozostało być królem ukrytym, i to brzemię niosłem godnie przez wszystkie dni mego panowania.
Ukryłem się przed ludzkim wzrokiem, gdyż taka była wola mego dziadka. Teraz ukrywam się ostatecznie, znikając z areny dziejów, aby spędzić resztę życia w mieszkaniu przy ulicy S., której nazwę pozostawię dla siebie, aby nikt mnie nie odnalazł i nie namawiał, bym zmienił decyzję.
Jestem ostatnim królem Polski i wiedziałem, że moja rola nie może się ograniczać do dyskretnego doradzania panującym w moim kraju na mocy demokratycznych praw. Dlatego, kiedy już owinąłem sobie wokół palca kolejnych prezydentów, postanowiłem wypłynąć na szerokie wody światowej dyplomacji. Nie dysponując wystarczającymi środkami, by utworzyć w stolicach ważniejszych państw swoje poselstwa, musiałem sam wszystkiego dopilnować.
Po skończonej pracy opuszczałem więc zamek królewski i wracałem do swego niewielkiego domku położonego w Przegorzałach, wśród ogródków działkowych. Mieszkanko to, trochę nieprzyjazne, zwłaszcza w zimie, utrzymywałem skromnie i schludnie. Bardzo uważałem, aby właściwy monarszym dworom przepych nie przeniknął do mego domu, gdyż to mogłoby ujawnić przed wścibskimi sąsiadami moje prawdziwe życie, a tego przecież nie chciałem. Ustanowiłem więc z nimi stosunki poprawne i naznaczone wzajemną uprzejmością, jednak zdecydowanie nie tak bliskie, by prowokować ewentualne wizyty towarzyskie. Te wprawiłyby mnie bowiem w nie lada kłopot, ponieważ swój domek uczyniłem sztabem, z którego roztaczałem nad moim krajem ochronny parasol dzięki niebezpiecznej i wymagającej dużego wyczucia grze dyplomatycznej. Dlatego kłaniałem się uprzejmie przychodzącym na działki emerytom, zapytywałem z troską o uprawy marchewki i kapusty, chętnie przyjmowałem skromne prezenty w postaci garnuszka czarnych porzeczek. Ale nic poza tym.
Pożegnałem żonę, królową Zofię, która ostatnie miesiące swego życia spędziła w tym niewielkim domku w Przegorzałach. Przed nią też musiałem ukrywać swoją działalność, gdyż zgodnie z przysięgą złożoną dziadkowi nie mogłem ujawnić swej tożsamości nikomu.
Jestem ostatnim królem Polski, ale nikt o tym nie wie. Na ścianie w swym domku powiesiłem szczegółową mapę Europy, na którą nanosiłem wszelkie zasłyszane w telewizji zmiany personalne, które dokonywały się na szczytach władzy. Dobre rozeznanie w aktualnej polityce jest bowiem warunkiem skutecznych działań. Przyswoiłem sobie też kilka podstawowych zasad międzynarodowej gry politycznej i sprawnie realizowałem je dla dobra Polski. Wieczorami pisałem liczne listy do głów państw, z którymi relacje leżały w żywotnym interesie mego kraju. W listach sugerowałem pewne rozwiązania narastających konfliktów, dawałem dobre rady i jak równy korespondowałem z prezydentami oraz koronowanymi głowami. Twardo walczyłem o polskie interesy, choć często wymagało to stanowczości, która przekracza granice dobrego wychowania. Czasem bowiem dobre maniery i wyniesioną z rodzinnego domu delikatność trzeba schować do kieszeni, kiedy gra toczy się o dobro Ojczyzny. Przyznaję, że zdarzało mi się podsycać pewne napięcia, których utrzymanie leżało w interesie mego państwa. Napuszczałem więc Walonów na Flamandów, sugerowałem kanclerzowi Niemiec, że prezydent Francji prowadzi nieczystą grę, i w ten sposób rozstawiałem figury na europejskiej szachownicy. Dzieliłem i rządziłem z ukrycia.
Koperty z listami starannie adresowałem i zabierałem na Wawel. Kiedy tylko w tłumie wypatrzyłem osobę, będącą obywatelem danego kraju, upominałem ją surowo pod pozorem przekroczenia zasad zwiedzania i dyskretnie wsuwałem kopertę do kieszeni. Oczywiste było, że osoba ta, po odnalezieniu tajemniczej koperty w swej garderobie, uczciwie wyśle ją lub osobiście doręczy swemu premierowi lub prezydentowi. Każdy obywatel, znalazłszy nagle wśród swych rzeczy list zaadresowany do głowy jego państwa i opatrzony adnotacją: "doręczyć niezwłocznie!", musi zrozumieć, że to jest ten moment, kiedy musi służyć swej ojczyźnie.
Dzięki tej sprytnej taktyce unikałem urzędów pocztowych, pełnych wrogich służb i permanentnie inwigilowanych przez wywiady całego świata. Dzięki temu zachowywałem swoje istnienie w tajemnicy, włodarze Europy i świata znali zaś tylko moje imię: Bartłomiej I, król Polski. A ja sterowałem nimi, jak chciałem.
Mozolnie wspinam się stopnień za stopniem, noga za nogą, a noga ciągle boli. Już jestem na piętrze, gdzie mieści się mieszkanie moich dziadków. Ale muszę oprzeć się o ścianę, by chwilę odsapnąć. Szukam kluczy, a wśród nich tego jednego, który przed laty zabrałem ze sobą, kiedy wyruszałem stąd w daleki świat. Czy będzie pasował do zamka? Czy aby ktoś go nie zmienił, czyniąc mnie bezdomnym? Jestem już tak blisko.
Wracam do mieszkania dziadków, za chwilę do niego wejdę. Zobaczę długi korytarz zwieńczony jelenimi rogami i ołtarzem z maszyny do szycia Singer. I pierwsze, co zrobię, to ruszę na sam koniec, gdzie obok maszyny znajdują się wąskie drzwi do łazienki i toalety.
Jestem ostatnim królem Polski i dowodem skuteczności mych metod, wymuszonych przecież przez niełatwe okoliczności, w których przyszło mi rządzić, jest to, że przez cały czas mego dyskretnego panowania nie doszło do ani jednej zbrojnej agresji skierowanej na Polskę. Tego obawiałem się najbardziej, muszę to szczerze wyznać. W telewizji mówiono bezustannie o wojnach, które wybuchały w różnych częściach świata, czasem zupełnie niedaleko od naszych granic. Za mojego panowania wojny te nie dotarły do wrót mojej Ojczyzny, a wewnętrzne napięcia, od których przecież doraźna polityka nie była wolna, nie doprowadziły do żadnej rewolucji ani zamachu stanu.
To był właśnie parasol ochronny, który rozpostarłem nad mym krajem. Reszta, a więc sprawy drobne i codzienne, niewykraczające poza zwykłe zarządzanie dobrze wyregulowanym przeze mnie mechanizmem, zostawiłem ministrom i premierom. Nie mogłem przecież robić za nich wszystkiego, gdyż musiałem koncentrować się na sprawach najważniejszych. I tu nie zawiodłem swych poddanych.
Postanowiłem porzucić zaszczyty i ukryłem się przed ludzkim wzrokiem, ale nie wykluczam, że jeszcze kiedyś opuszczę to miejsce mego dobrowolnego odosobnienia. Wspierając się na lasce mego dziadka, ubrany w jego staromodny garnitur, wyjdę z kamienicy przy ulicy S. i wolnym krokiem ruszę w stronę Plant. Tam przysiądę na ławeczce w cieniu kasztanów, popatrzę na młode dziewczęta spacerujące z tą uroczą nieświadomością własnej cielesności, a potem ruszę w stronę Wawelu. Skryty za długą brodą, kapeluszem, którego nigdy nie nosiłem, będę królem ukrytym, swobodnie przechadzającym się wśród swych poddanych i nierozpoznanym przez nikogo. Moi poddani, karmieni przez telewizory innymi twarzami rządzących, nie będą mnie w ogóle zauważać. A ja, przystając kilkakrotnie dla złapania oddechu, wespnę się na Wzgórze Wawelskie, dla niepoznaki kupię bilet do królewskich apartamentów i skryty w tłumie wielojęzycznych turystów, odwiedzę dawne kąty, które przez tyle lat zdążyłem poznać tak dobrze. Będę mijał moich dawnych współpracowników, a oni omiotą mnie tym niewidzącym wzrokiem wszystkich strażników świata, kiedy ja z podniesioną głową i niekłamanym wzruszeniem wkroczę do sali tronowej. Pogładzę starą dłonią adamaszek na monarszym siedzisku, a pani, która pod oknem będzie na drutach robić sweterek dla wnuczka, skarci mnie pobłażliwym spojrzeniem, na co ja z przepraszającym uśmiechem odsunę się od eksponatu i podążę dalej.
Wracam do mieszkania dziadków i tylko drzwi oddzielają mnie od tej zamkniętej przez lata przestrzeni. Czy wszystko dobrze zapamiętałem? Czy zastanę znajome wnętrza takimi, jakimi je przed laty zostawiłem? Wsuwam ostrożnie klucz do zamka, a ręka mi drży. Nie czuję nogi, nie czuję ciężaru władzy, czuję tylko wzruszenie. Przekręcam klucz i zamek puszcza. Za chwilę nacisnę klamkę i powrócę do mieszkania dziadków, gdzie spędzę resztę życia. Pożegnałem żonę, która umarła na pustkę, postanowiłem porzucić zaszczyty i ukryłem się przed ludzkim wzrokiem.
Nazywam się Bartłomiej Chochoł i jestem ostatnim królem Polski. Naciskam klamkę.
Nazywam się Bartłomiej Chochoł i byłem tu kiedyś dzieckiem - powiedziałem przez uchylone drzwi do pana Andrzeja, który był złotą rączką, ale na co dzień pracował jako dozorca naszej kamienicy.
- I przyszedłem po klucze do mieszkania moich dziadków.
- Tamtego mieszkania już nie ma - odpowiedział mi pan Andrzej - ale mam dla pana album, który znalazłem na podłodze, kiedy już wszystko wywieźli.
Siadłem na schodach i przewracałem kartki, a na nich zobaczyłem cały świat. A wszystko dzięki aparatowi pana Zygmunta, który od pokoleń był naszym fotografem w kamienicy. I tylko tyle mi zostało.
Na fotografiach pana Zygmunta był cały świat. Była nasza kamienica i jej podwórko, był mój dziadek i moja babcia, byli ludzie, którzy już odeszli, i ci, którzy zmienili się od czasów mego dzieciństwa. Na zdjęciach była ulica S., Planty i wieże krakowskich kościołów. A na jednej fotografii był nawet pan Chodnikiewicz.
Mój dziadek był wielkim pasjonatem fotografii, choć sam nigdy nie zrobił żadnego zdjęcia. Chętnie natomiast pozował i skrzętnie gromadził uwieczniające go fotografie, co doskonale widać w albumie. Moja babcia mniej ceniła fotografię i zawsze machała ręką, kiedy dziadek proponował jej, żeby poszli się sfotografować. Wchodził wtedy do kuchni w garniturze, pogwizdując ułańskie piosenki. Pachniał wodą kolońską i zapraszał babcię do fotografa z tą samą miną i ukłonem, z jakim kawaler powinien prosić pannę do tańca. Babcia wtedy machała ręką i mówiła, że ma już dość zdjęć. Ale w końcu odkładała swoją robotę, szła się przebrać i razem schodzili do oficyny naszej kamienicy, gdzie od wieków miał swoją pracownię pan Zygmunt.
Mój dziadek miał na imię Jan, a babcia Maria, i uważam, że to bardzo dobre imiona dla dziadków.
Mój dziadek był wielkim pasjonatem fotografii i wszystkie kupione u pana Zygmunta odbitki wklejał do albumu o czarnych kartkach i dokładnie opisywał swoim profesorskim piórem. Jako człowiek o szerokich horyzontach był zainteresowany nie tylko sobą, ale dokumentował w albumie życie całej naszej kamienicy.
Moja babcia mniej ceniła fotografię, choć lubiła oglądać album prowadzony przez dziadka. Siadała w swoim wymoszczonym kocami fotelu, który stał pod oknem w kuchni, i rozkładała album na kolanach. Potrafiła wpatrywać się w stare zdjęcia godzinami, kiwając nad nimi głową i coś mrucząc pod nosem. Nie pamiętam natomiast, by dziadek kiedykolwiek przeglądał te fotografie.
Na fotografiach pana Zygmunta był cały świat, ale przede wszystkim było centrum świata, czyli nasza kamienica. Pan Zygmunt lubił fotografować jej mieszkańców zawsze w tym samym miejscu, na ławeczce pod starym jesionem, który rósł na podwórku, rozsadzając swymi korzeniami sześciokątne płyty trylinki. Na poszczególnych zdjęciach zmieniały się pory roku, oświetlenie, czasem jakiś szczegół z tła, ale poza tym wszystko było takie samo.
Na fotografiach pana Zygmunta był cały świat, który dla mnie zaczynał się od babci i dziadka. Kilkakrotnie zasiadali na ławce pod jesionem. Na pierwszych zdjęciach młodzi, wyprostowani, później coraz bardziej poważni. Ostatnie, które wklejono do albumu mojego dziadka, zrobiono zapewne tamtego lata. Babcia siedzi w bordowej sukience z białym kołnierzykiem, włosy ma upięte w kok, a dłonie zaciska na torebce. Dziadek stoi obok niej, w jasnej marynarce, berecie i patrzy poza kadr, w kierunku bramy naszej kamienicy. Dłoń opiera na ramieniu babci, jakby przygarniał ją do siebie. Obydwoje są skupieni i przejęci, zupełnie inaczej, niż zachowywali się na co dzień. Dziadek przecież pogwizdywał i robił głupie miny, a babcia często się śmiała. Nawet fotografie pana Zygmunta nie potrafią powiedzieć wszystkiego.
Mój dziadek chodził w beretach. Babcia robiła mu je szydełkiem i w jego szafie znajdowała się kolekcja we wszystkich kolorach. Były berety wesołe i smutne, oficjalne i codzienne, berety na zakupy i berety do kościoła. Był też beret z czarnego sukna, który dziadek ubierał tylko na pogrzeby swoich kolegów, na które chadzał dość często. W rodzinie nie było pogrzebów, bo wszyscy już dawno pomarli.
Moja babcia mówiła, że dziadek pod beretami skrywa swą łysinę, której nabawił się jeszcze przed wojną, służąc w 9. Pułku Ułanów Małopolskich. Kiedy szedł do wojska, miał jeszcze włosy, a do rezerwy wrócił łysy. Postanowiłem wtedy, że będę unikał wojska i uważnie przyglądałem się napotykanym żołnierzom. Niestety, to, co widziałem na ulicach i w telewizji, potwierdzało moje obawy. Dziadek poradził mi, że najlepszym sposobem na łysienie jest beret. Chroniłem się więc jak mogłem, naciągając go na uszy tamtego lata, choć skrycie nienawidziłem tego nakrycia głowy.
Mój dziadek był posiadaczem łysiny świecącej i całkowitej. Kiedyś, kiedy drzemał po obiedzie, podszedłem do niego ostrożnie i uważnie przyjrzałem się jego głowie. Nie znalazłem tam ani jednego włoska, tylko zmarszczki i brązowe plamy, które babcia nazywała wątrobianymi. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, jak plamy te przedostają się z wątroby na głowę i dłonie.
Mój dziadek był posiadaczem łysiny świecącej i całkowitej jedynie pozornie. Kiedy przed śmiercią zachorował i nie miał siły się golić, po kilku dniach jego głowa pokryła się srebrną, gęstą szczeciną. Wtedy dziadek wyznał, że od czasów wojska golił starannie głowę co rano. To odkrycie bardzo mnie ucieszyło, gdyż nie musiałem już więcej nosić beretów.
Na fotografiach pana Zygmunta jest cały świat, nie tylko nasza kamienica. Są zdjęcia, które zrobiono na ulicy S. albo nawet na Plantach. W albumie dziadka znalazłem jedną starą fotografię odbitą na papierze o wycinanych krawędziach. Przez środek biegnie pęknięcie, jakby ktoś wcześniej złożył ją na pół i schował do kieszeni. Na fotografii widać bramę naszej kamienicy widzianą od strony podwórka. Dookoła ciemny tynk, gdzieniegdzie liszaje cegieł. W świetle bramy stoi tyłem stary, malutki człowieczek, przygarbiony i wsparty na lasce. Ubrany jest w jasny garnitur, na głowie ma słomkowy kapelusz. Nie widać jego twarzy. Dziadek powiedział mi tamtego lata, że to pan Chodnikiewicz.
Pan Chodnikiewicz był postacią na tyle tajemniczą, że moi dziadkowie nie potrafili uzgodnić jednolitej wersji jego życiorysu. Babcia zawsze opowiadała mi inne historie niż te, które poznawałem od dziadka. Kiedy pytałem ją, co było dalej, bo dziadek najczęściej przerywał w połowie, babcia siadała w kuchni w fotelu pod oknem, mościła się na wszystkich poduszkach, wzdychała i zaczynała opowiadać od początku, ale całkiem inaczej. W ten oto sposób żyłem w dwóch światach, pomiędzy którymi niewiele było wspólnego. Jeden świat roztaczał się z gabinetu dziadka, osnuty dymem fajki, a drugi ciepło rozchodził się z kuchni, od strony fotela. A ja żyłem sobie pomiędzy nimi, przechodząc tylko na drugą stronę korytarza, który był wielki i stary, jak wszystko w domu dziadków. Poza moją babcią, która była mała i stara.
Mój dziadek opowiadał, że pan Chodnikiewicz był sekretarzem samego Józafata Dumanowskiego. Nie wiedziałem jeszcze wówczas, kim był sam Józafat Dumanowski, ale szacunek, z jakim dziadek o nim mówił, wskazywał, że musiał być człowiekiem wielkiego formatu, podobnie jak mój dziadek. Szanowałem więc bardzo tego nieznanego pana Dumanowskiego.
Moja babcia opowiadała, że pan Chodnikiewicz był emerytowanym pracownikiem Kolei Państwowych, który wprawdzie zrobił pewną karierę, gdyż zaczynał od pracy przy piecu w parowozie, a skończył jako starszy referent w zarządzie kolei, ale trudno to uznać za coś wyjątkowego i wartego wzmianki.
Mój dziadek opowiadał, że pan Chodnikiewicz po śmierci Józafata Dumanowskiego, który zmarł w zapomnieniu niedługo po zakończeniu pierwszej wojny światowej, przyszedł na pustą działkę przy ulicy S., która wówczas była jeszcze ulicą Z., i usiadł na wielkim kufrze, w którym zgromadził cały swój dobytek. Niedługo potem pojawili się murarze, którzy zaczęli wznosić naszą kamienicę, budując ściany wokół zamyślonego i pogrążonego w żałobie pana Chodnikiewicza. Mijał czas, mury pięły się szybko w górę, aż wreszcie dom był gotowy. Pan Chodnikiewicz pozostał w mieszkaniu na parterze, które wokół niego wyrosło, rozpakował swój kufer i tak został pierwszym lokatorem naszej kamienicy. Dopiero po nim sprowadzili się inni.
Moja babcia bardzo śmiała się z tej opowieści i mówiła, że pan Chodnikiewicz sprowadził się do naszej kamienicy, kiedy ta już stała. Zamieszkiwali ją głównie artyści, którzy jednak szybko wyginęli, i pan Zygmunt, niebędący jednak tym panem Zygmuntem, którego wszyscy znaliśmy, tylko jego dziadkiem. Pan Chodnikiewicz przyszedł pewnego dnia piechotą, z dwiema walizkami, po czym wprowadził się do mieszkania na parterze, dokładnie pod mieszkaniem moich dziadków. Moi dziadkowie nie byli wtedy jeszcze moimi dziadkami i w ogóle się nie znali, a tym bardziej nie mieszkali w naszej kamienicy.
Mój dziadek krzyczał wtedy z drugiego końca mieszkania, że na historię babci nie ma żadnych świadków. Co było prawdą, gdyż wszyscy, którzy mieszkali w naszej kamienicy niedługo po pierwszej wojnie, dawno już zmarli. Babcia nie krzyczała, tylko kazała mi przekazać dziadkowi, że na jego historię tym bardziej nie ma żadnych dowodów. A dziadek z powagą stwierdzał, że jego słowa są prawdą, gdyż zna je od samego pana Chodnikiewicza.
Moja babcia opowiadała, że pan Chodnikiewicz wygadywał różne rzeczy. Siedział całymi dniami na ławeczce pod jesionem, który wtedy był jeszcze bardzo młody, o czym zaświadczają fotografie z epoki, i patrzył przed siebie. I kiedy tylko ktoś strudzony przysiadł nieopatrznie obok niego, zaczynał niestworzone opowieści o królach i książętach, generałach i pułkownikach, rewolucjach i republikach, o których nikt nie słyszał. Babci zdarzyło się to kilkakrotnie i nie wspominała tego dobrze. Parę razy zabierano też pana Chodnikiewicza do podkrakowskiego szpitala dla obłąkanych, gdzie przebywał pod opieką biegłych psychiatrów przez długie tygodnie.
Mój dziadek śmiał się z tych opowieści, nazywając je insynuacjami. Nie rozumiałem wówczas tego słowa, ale brzmiało mi groźnie i obraźliwie zarazem. Dziadek mówił, że w tym wszystkim, co plotła babcia, prawdą jest tylko to, że pana Chodnikiewicza zabierano do szpitala. Ale nie jako pacjenta psychiatrycznego, tylko z powodu chorej nogi. Pan Chodnikiewicz cierpiał bowiem straszne bóle z powodu odłamka pocisku, który trafił go w udo podczas powstania styczniowego. Od tamtej pory kulał i potrzebował troskliwej opieki. I sugerowanie, że był niespełna rozumu, jest brakiem patriotyzmu.
Na fotografiach pana Zygmunta jest cały świat, ale nie ma siedzącego pod młodym jesionem pana Chodnikiewicza. Nieraz pytałem o to dziadków, ale oni twierdzili, że pan Zygmunt przechowuje u siebie cały album ze zdjęciami pana Chodnikiewicza, który zrobił jego dziadek, też pan Zygmunt. Pan Zygmunt strzeże go jak źrenicy oka i nie pokazuje nikomu.
Mój dziadek opowiadał mi, że pierwszego dnia drugiej wojny światowej pan Chodnikiewicz postanowił umrzeć. Miał już sto lat i pełne prawo do śmierci. W ten dzień zawołał dziadka i poprosił, by ten pomógł mu przesunąć na środek pokoju kufer, w którym przed dwudziestu laty przywiózł swoje rzeczy. Potem ubrał się w granatowy mundur, który odziedziczył po Józafacie Dumanowskim, pożegnał z moim dziadkiem, położył w kufrze i umarł. Podobno wysuszył się na wiór i teraz jest wielkości małego dziecka. Od jego śmierci mieszkanie stoi zamknięte, a kufer można zobaczyć przez okno. W tym opuszczonym mieszkaniu, do którego przez te wszystkie lata nikt się nie wprowadził, ukryty jest największy skarb pana Chodnikiewicza: manuskrypt wspomnień, które spisywał o Józafacie Dumanowskim przez całą swoją starość w naszej kamienicy.
Moja babcia natomiast twierdziła, że wprawdzie pan Chodnikiewicz umarł w wieku stu lat pierwszego dnia wojny, lecz został po bożemu pochowany na Rakowicach, tylko babcia nie pamięta już, gdzie znajduje się jego grób, bo to było dawno. A mieszkanie stoi puste, bo w administracji szukają spadkobierców pana Chodnikiewicza i oto cała tajemnica.
W rodzinie nie było pogrzebów, bo wszyscy już dawno pomarli.
Na fotografiach pana Zygmunta jest cały świat, który nietrudno uchwycić, bo przecież chyba każdy raz w życiu siedział na ławeczce pod starym jesionem. W albumie dziadka jest zdjęcie, którego babcia nie pozwalała mi oglądać. Widać na nim pana Łukasza Wichra, który śpi skulony na ławce, owinięty ciemnym płaszczem. Ręka zwisa mu bezradnie, a jej palce dotykają butelki po wódce, która stoi na ziemi. Na drzewie nie ma liści, więc pewnie była jesień.
Pan Łukasz Wicher był malarzem, choć nic na to nie wskazywało. W naszej kamienicy znany był raczej z tego, że pije.
Mój dziadek mówił, że pan Łukasz Wicher pije, żeby móc malować.
Moja babcia natomiast twierdziła, że pan Łukasz Wicher nie maluje, bo pije. Starałem się to zrozumieć i kiedyś zakradłem do barku dziadka i wypiłem jeden kieliszek nalewki orzechowej. Ale ani nie zacząłem po niej malować, ani nie przestałem, więc dalej nie rozumiałem pana Łukasza Wichra. Widywaliśmy go z kolegami, kiedy schodził w pochlapanym podkoszulku i kalesonach do sklepu, boso; był bardzo zarośnięty i kudłaty, ale dziadek mówił, że to bardzo mądrze, że się pan Wicher nie goli, bo jeszcze by się zaciął po pijaku i byłoby nieszczęście. Kiedyś z Kozłem Ostrowskim śledziliśmy pana Wichra do samego sklepu, gdzie okazało się, że żywi się on wódką żytnią, chlebem oraz paprykarzem szczecińskim.
Mój dziadek powiedział mi, że pan Łukasz Wicher mieszkał w mansardzie, gdzie miał atelier, i długo nie mogłem zrozumieć żadnego z tych słów. Ale potem Kozioł mi wytłumaczył, że chodzi o strych, gdzie pan Wicher miał pracownię, i wszystko się wyjaśniło. Kiedyś w nocy nie mogłem spać i stanąłem w oknie mojego pokoju. I okazało się, że pan Wicher też nie może spać, bo u niego pali się światło. Za to spał w dzień, tak przynajmniej twierdził Paweł, który mieszkał na drugim piętrze i dobrze widział okna pracowni.
Na fotografiach pana Zygmunta jest cały świat, więc nie może brakować dzieci z naszej kamienicy. Widać je wyraźnie, jak siedzą na ławce pod starym jesionem: Kozioł Ostrowski, Paweł i Zosia. Każdy robi to co zawsze. Zosia czyta książkę, Kozioł mówi, a Paweł słucha. Wszyscy mają na sobie lekkie ubrania, więc to zdjęcie zostało pewnie zrobione tamtego lata.
Kozioł Ostrowski był synem pana Zygmunta i nie miał na imię Kozioł; ale nikt na podwórku nie wiedział, jak nazywa się naprawdę. Wiele razy pytaliśmy go o to, ale Kozioł za każdym razem mówił coś innego. Podawał się więc za Linusa, Kleta, Klemensa, Sykstusa, Korneliusza, Cypriana, Wawrzyńca, Chryzogona. W Wielkanoc zrozumiałem, że kłamał. Podejrzewaliśmy jednak wszyscy na podwórku, że ktoś, kto każe mówić na siebie "Kozioł", musi nazywać się jeszcze gorzej niż starożytni męczennicy.
Zosia miała sukienki w kwiaty, smutne oczy i ciągle czytała książki. Zawsze siadała na uboczu i znad okładek obłożonych w papier pakowy przyglądała się naszym zabawom. Kiedyś podeszła do ławki, na której siedzieliśmy, i zapytała, czy może się z nami bawić. Ja się od razu zgodziłem, ale Kozioł powiedział, że musi udowodnić, że jest odważna. I kazał jej wejść na stary jesion. Wtedy Zosia powiedziała, że jesteśmy świntuchy i odeszła do swego kąta podwórka.
Tamtego lata najpierw poznałem Pawła. Przyszedł do mieszkania moich dziadków i zapytał, czy mógłby pożyczyć dla swego ojca jakąś książkę. Kiedy dziadek szukał jej w bibliotece, ja zacząłem rozmawiać z Pawłem i dowiedziałem się, że jesteśmy w tym samym wieku. Potem kilka razy byłem u niego, ale trochę bałem się jego mamy, więc spotykaliśmy się na podwórku.
Tamtego lata zaprzyjaźniłem się też z Kozłem Ostrowskim. Wcześniej z nim nie rozmawiałem, bo był starszy o rok i spoglądał na mnie z góry. Przyglądał się każdemu uważnie, ciągle uśmiechał pod nosem i sprawiał wrażenie, że zna ludzkie myśli. Kozioł zaprzyjaźnił się ze mną pewnego lipcowego dnia, kiedy upał wypełnił studnię naszego podwórka. Siedziałem na trzepaku, nie wiedząc, co ze sobą zrobić, i patrzyłem na Azę, starą podwórkową sukę, która wygrzewała się na słońcu całymi dniami. Wtedy podszedł do mnie Kozioł i się przedstawił.
- Umiesz grać na klarnecie? - zapytał po chwili.
- Chyba nie - odparłem zgodnie z prawdą.
- A ja umiem.
Siedzieliśmy na trzepaku, po męsku plując na bruk, kiedy Kozioł odezwał się ponownie:
- Mogę ci zagrać, jak przyniesiesz mi szklankę kompotu z rabarbaru.
Nie wiem dlaczego, ale się zgodziłem. Pobiegłem na górę, ale tego dnia nie było w mieszkaniu moich dziadków kompotu z rabarbaru. Były za to ogórki małosolne, więc wyłowiłem kilka z kamionkowego garnca i zbiegłem na dół. Kozioł ogórki zjadł, ale powiedział, że nie zagra, bo to nie rabarbar. Zgodziłem się z nim i od tamtej pory zostaliśmy przyjaciółmi.
Na fotografiach pana Zygmunta jest cały świat, na skraju tego świata znajdowała się stara suka Aza. Aza należała do wszystkich, czyli do nikogo. Znalazłem w albumie mojego dziadka zdjęcie, na którym jest podwórko naszej kamienicy, stary jesion i pusta ławka. Zdjęcie jest bardzo smutne, bo na innych fotografiach zawsze ktoś na ławce siedzi. Ale jak się uważnie przyjrzeć, to widać pod ławką ciemny kłębek. Ten kłębek to właśnie stara suka Aza. Kiedy to odkryłem, zdjęcie przestało być smutne i się uśmiechnąłem.
Mój dziadek powiedział mi kiedyś, że bardzo się cieszy, że wzrastam w atmosferze niewinności. Czułem, że wzrastam raczej w innej atmosferze, bo tamtego lata było bardzo gorąco, ale nic się nie odezwałem.
- Pielęgnuj ją w sobie! - pouczył mnie dziadek, a ja nie wiedziałem, czy chodzi mu o atmosferę, czy o niewinność.
Tamtego lata było wyjątkowo upalnie i pewnego dnia Paweł opowiedział nam, że jego starsza siostra Ania chodzi po swoim pokoju w samych tylko majtkach i bez stanika. Ania była kilka lat starsza ode mnie, miała już włosy pod pachami i była już chyba dorosłą kobietą. Bardzo mi się podobała, choć nigdy się z nami nie bawiła, bo miała własne sprawy. Widywałem ją, jak zbiega po schodach w letniej sukience i wychodzi przed bramę naszej kamienicy, gdzie czekały na nią koleżanki, z którymi chodziła na Rynek. My nie mogliśmy jeszcze wtedy wychodzić poza podwórko.
Tamtego lata niewinna uwaga poczyniona przez Pawła bardzo głęboko zapadła nam w pamięć. Pielęgnowałem w swej wyobraźni obraz Ani i kiedy zamykałem oczy, to widziałem, jak spaceruje bez stanika po swym pokoju.
Zosia miała sukienki w kwiaty, smutne oczy i ciągle czytała książki. Też nie nosiła stanika, ale to co innego.
Tamtego lata odeszła od nas podwórkowa suka Aza. Miała gęstą, brązową sierść, smutne oczy i melancholijny głos, którym czasem odzywała się w środku dnia. Pewnego dnia spostrzegliśmy wszyscy, że na jej pysku pojawiły się siwe włosy. Od tamtej pory jej siwizna zaczęła się powiększać, zajmując łapy, całą głowę i tułów. Kiedy doszła do szubka ogona i Aza zrobiła się cała biała, stara suka odeszła. Widzieliśmy, jak wychodzi ciężko przez bramę na ulicę, na którą nam nie było wolno chodzić.
Nigdy potem jej nie widzieliśmy.
W rodzinie nie było pogrzebów, bo wszyscy już dawno pomarli.
Tamtego lata Kozioł wymyślił, że musimy założyć tajne bractwo. Z początku nie wiedzieliśmy, dlaczego miałoby być tajne i przed kim mielibyśmy się ukrywać. Jednak ani ja, ani Paweł nie mieliśmy wątpliwości, że istnieje paląca potrzeba powołania takiego bractwa. Aby było tajemniczo, Kozioł zwołał pierwsze spotkanie wieczorem, po "Dzienniku". Powiedział, że spotykanie się w ciągu dnia jest niepoważne i w taki sposób od razu zostaniemy zdemaskowani.
Nie było mi łatwo nakłonić dziadków, by wypuścili mnie na podwórko tuż przed kolacją. Musiałem skłamać, podobnie jak każdy z nas. Tak więc od początków naszego tajnego bractwa towarzyszył nam grzech. Ja powiedziałem dziadkowi, że zapomniałem odebrać książkę od Pawła, Paweł, że od Kozła, a Kozioł skłamał nam, że nie musiał rodzicom kłamać.
Tamtego lata dużo czasu spędzaliśmy na starym jesionie, siedząc na grubych konarach wysoko ponad taflą podwórka naszej kamienicy. Owego wieczoru też wspięliśmy się na drzewo i snuliśmy sekretne plany. Dookoła nas okna kamienicy jaśniały światłem, wewnątrz nasi rodzice i dziadkowie przygotowywali kolację, krojąc chleb i soczyste pomidory, a myśmy spiskowali, machając nogami nad ziemią. Zapytałem, po co nam tajne bractwo, ale Kozioł uspokoił nas słowami:
- Zawsze się przyda. W razie czego będziemy przygotowani.
Zaufaliśmy mu, bo był od nas starszy o rok, a poza tym bardzo chcieliśmy być członkami jakiejś tajemnej organizacji. Kiedy wróciłem do domu, sekret tak mnie palił, że od razu chciałem pochwalić się dziadkom, jakiego mają dzielnego wnuka. Z trudem się powstrzymałem i długo leżałem bezsennie w łóżku, snując plany i wyobrażając sobie nasze przyszłe zadania.
Kozioł zebrał nas następnego dnia przy drzwiach od piwnicy, gdzie śmierdziało kotami i dlatego nikt tam nie chodził, i podzielił się z nami kolejną porcją swych dalekosiężnych planów. Nasze tajne bractwo potrzebowało legitymacji, żeby móc się rozpoznawać, na wszelki wypadek; potrzebowało też pieczątki, którą podbijalibyśmy nasze tajne dokumenty; potrzebowaliśmy lokalu na spotkania oraz archiwum, w którym gromadzilibyśmy liczne dokumenty z naszej działalności.
Paweł zrobił legitymacje, korzystając ze ścinków brystolu, które znalazł w pracowni swego ojca. Pan Piotr, ojciec Pawła, był architektem. Miał pracownię w domu i często uspokajał nas przez okno, kiedy zachowywaliśmy się zbyt głośno. Chodził z czarnymi tubusami i wzrokiem wbitym w ziemię, a zamiast paska do spodni nosił granatowe szelki. Paweł opowiadał, że jego ojciec cały czas pracuje nad projektem ich nowego domu. Martwiliśmy się, bo to by oznaczało, że Paweł i Ania będą musieli w końcu wyprowadzić się z naszej kamienicy i stracimy z nimi wszelki kontakt.
Moja babcia nie lubiła pana Piotra, ponieważ kiedyś dowiedziała się z pewnych, acz nieujawnionych przez nią źródeł, że ojciec Pawła zamierza zburzyć naszą kamienicę i zaprojektować w jej miejsce coś nowoczesnego, funkcjonalnego i estetycznego. Ponieważ jednak moja babcia była osobą dobrze wychowaną, nie dawała wprost panu Piotrowi odczuć, jak nim pogardza. Ograniczała się więc do aluzji, które rzucała na schodach w chwilach, gdy pan Piotr kłaniał się jej uprzejmie.
- Bardzo nowoczesna kamienica, prawda? - odpowiadała na pytanie o pogodę.
Albo:
- Jak dobrze, że mieszkamy w tak funkcjonalnym domu, nie uważa pan? - pytała, gdy życzył jej dobrego dnia.
Moja babcia była pewna, że jej drobne złośliwości odnoszą właściwy skutek, gdyż o ewentualnej rozbiórce kamienicy nic się nie mówiło.
- Inżynier, ale ma jeszcze odrobinę wstydu! - mówiła, siedząc na swym kuchennym tronie.
Kozioł Ostrowski do legitymacji wpisał imię Kozioł i powiedział, że nasze bractwo jest tajne, więc nie ma powodu, by ujawniał swe imię. Z podobnych powodów zrezygnowaliśmy ze zdjęć, co było nam nawet na rękę, gdyż ani Piotr, ani ja nie dysponowaliśmy odpowiednimi fotografiami. Ja przyniosłem pieczątkę mego dziadka, którą mogłem się bawić od wczesnego dzieciństwa, gdyż dziadek od dawna jej nie potrzebował. Wprawdzie tekst na pieczątce brzmiał: EGZEMPLARZ ARCHIWALNY, ale ważne było, że mamy prawdziwą pieczątkę i prawdziwy, zielony tusz. Napis ten zresztą okazał się bardzo przydatny, gdyż mogliśmy nim swobodnie oznaczać wszelkie dokumenty, które składaliśmy do archiwum.
Chwilowo archiwum mieściło się w blaszanym pudełku po czekoladkach, które zobowiązałem się przechowywać w domu. Po tajnej naradzie ustaliłem, że będę je chować za oficerki dziadka, gdyż nie pamiętałem, aby on kiedykolwiek z nich korzystał. W archiwum na początku znalazły się nasze oświadczenia, w których zobowiązywaliśmy się do zachowania wszystkich spraw naszego bractwa w tajemnicy.
Podczas pierwszych dni istnienia owej sekretnej organizacji narodziła się też jej nazwa. Brzmiała ona: Tajne Bractwo.
Tamtego lata sporo czasu spędzaliśmy w gałęziach starego jesionu. Skryci pomiędzy liśćmi, byliśmy niewidoczni dla mieszkańców naszej kamienicy. Tam też była pierwsza siedziba naszego tajnego bractwa.
W naszym tajnym bractwie postanowiliśmy, że musimy udowodnić, że jesteśmy godni tajemnicy, którą mamy dźwigać. Musiał to być prawdziwy test odwagi i hartu ducha. Paweł z początku nieco się ociągał, twierdząc, że podpisaliśmy oświadczenia, ale Kozioł był stanowczy:
- A jak będą nas torturować?
Każdy w duchu przyznał mu rację, że nie byliśmy pewni samych siebie i siebie nawzajem.
W naszym tajnym bractwie postanowiliśmy, że poddamy naszą odwagę próbie. Ustaliliśmy, że spędzimy noc na Wawelu, przy grobie marszałka Piłsudskiego. Jeśli wytrzymamy, a potem nie powiemy dziadkom i rodzicom, gdzie byliśmy całą noc, to będziemy godni prawdziwego członkostwa w naszym bractwie. Ustaliliśmy ponadto, że wyniki tego testu będą wpisane do naszych tajnych legitymacji, a Paweł dorysował cienkopisem specjalną rubrykę, którą opisał "próba odwagi". Rubryka spokojnie czekała, aż będziemy mogli ją wypełnić.
W naszym tajnym bractwie dość długo odwlekaliśmy tę próbę, gdyż wiedzieliśmy, że nie wolno nam samym wychodzić poza podwórko, a co dopiero iść na Wawel i spędzać tam noce w podziemiach. Na każde wspomnienie o próbie czuliśmy dreszcz podniecenia i strachu. Dwa razy ustaliliśmy termin, lecz zawsze coś przeszkadzało. Raz Paweł musiał z rodzicami i siostrą jechać do zoo, i w ostatniej chwili odwołaliśmy akcję. Innym razem były imieniny mamy Kozła i też wszystko się odwlekło.
Zosia miała smutne oczy i ciągle czytała książki, ale czasem się śmiała. Tamtego lata, kiedy my umacnialiśmy się w naszym tajnym bractwie, Zosia siedziała na ławce pod jesionem i patrzyła z uśmiechem, jak codziennie wdrapujemy się na drzewo i szeptamy tam między sobą. Wiedzieliśmy, że robimy poważne rzeczy, ale jednocześnie czuliśmy się dziwnie, gdyż jej śmiech sugerował, że uważa nas za dzieci.
- Dziewczyny nic nie rozumieją - mówił Kozioł, ale minę też miał nietęgą.
Wszyscy czuliśmy, że musimy zejść Zosi z oczu, jeśli chcemy zachować wiarę w powagę tego, co robimy.
Tamtego lata sporo czasu spędzaliśmy w gałęziach starego jesionu, ale pewnego dnia przyszedł Kozioł z tajemniczą miną i powiedział, wskazując na Zosię, która spokojnie czytała książkę na ławce:
- W takich warunkach nie da się poważnie pracować.
Po czym wyciągnął pordzewiały klucz i powiedział, że przenosimy siedzibę naszego tajnego bractwa z jesionu na strych naszej kamienicy. Ruszyliśmy za nim, raźno wspinając się po schodach. Kozioł przekręcił klucz w zamku, zachrzęściło i po chwili weszliśmy do naszej nowej siedziby. W środku trwało zastygłe, gorące powietrze, było pełno kurzu i śmierdziało gołębimi odchodami. Byliśmy zachwyceni.
Belki więźby dachowej tworzyły pajęczą konstrukcję. Pełno było tu starych mebli, stołków, foteli i pozbawionych drzwi szaf, z których ułożyliśmy gabinet naszego bractwa, krztusząc się od chmur kurzu wzniecanych z każdym ruchem. W kącie przy oknie ustawiliśmy biurko, do którego szuflady przeniosłem archiwum naszej organizacji. Przesunęliśmy też wypłowiałą wersalkę, pokrytą kępkami wyłażącego włosia i przebitą sprężynami, pomiędzy którymi dało się jednak wygodnie siedzieć.
W naszym tajnym bractwie mieliśmy wszystko: siedzibę i legitymacje, przysięgi i oświadczenia; nie mieliśmy tylko na horyzoncie żadnych zadań godnych tak poważnej organizacji. Przesiadywaliśmy więc całymi dniami na strychu, pocąc się niemiłosiernie i szukając szczytnych celów naszej przyszłej działalności.
Tamtego lata pan Łukasz Wicher raczej niewiele malował, a głównie pił. Pewnego dnia, kiedy rano szedłem z dziadkiem na Kleparz, natknęliśmy się na pana Wichra leżącego na półpiętrze. Śmierdział i chrapał, a ja trochę się bałem. Dziadek lekko trącił go w ramię, a ten się przebudził.
- Niechże się pan opamięta! - powiedział dziadek.
Wzrok pana Łukasza Wichra był niewidzący. Zobaczyłem, że nagle jego spodnie pociemniały, a po schodach zaczęła spływać strużka cieczy. Trąciłem dziadka.
- Panie Łukaszu! - Dziadek nie krył żalu. - Na Boga, przecież to secesyjna klatka schodowa; kto o tym powinien pamiętać, jak nie pan?
W naszym tajnym bractwie długo odwlekaliśmy próbę odwagi.
Na fotografiach pana Zygmunta jest cały świat, więc musi też być klatka schodowa w naszej kamienicy. Zdjęcie robione jest z dołu, widać ślimak poręczy i balustradę kutą w roślinne motywy. W ciemną studnię przesącza się światło z okienek na półpiętrze. Na fotografii nie czuć tej mieszaniny kurzu i woni kotów, nie słychać skrzypienia starych stopni. Nie widać też pana Łukasza, którego tamtego lata często musieliśmy mijać na schodach, wstrzymując oddech, na palcach, bojąc się go zbudzić, jak starego niedźwiedzia z zabawy.
Na fotografiach pana Zygmunta jest cały świat, poza panem Zygmuntem. Nie pamiętam dziś jego twarzy.
Mój dziadek co rano chodził na zakupy na Kleparz, choć nie było takiej potrzeby. Ale on wstawał rano, zjadał śniadanie i starannie spisywał na kartce, czego w domu brakuje. Czasem szedł tylko po butelkę śmietany albo po koper, którego babcia potrzebowała do kiszenia ogórków. Moja babcia zawsze potrafiła mu coś wymyślić, a on brał siatkę, naciągał beret i wesoło nucąc, ruszał na plac targowy.
W naszym tajnym bractwie mieliśmy wszystko, co niezbędne do poważnej działalności, poza działalnością. Dlatego z nudów zaczęliśmy pilnie obserwować przez uchylone okienko pokój Ani, starszej siostry Pawła, aby przekonać się, czy rzeczywiście chodzi prawie nago po mieszkaniu. Widok był znakomity i nawet nie potrzebowaliśmy lornetki, którą przyniósł Paweł. Wyznaczyliśmy dyżury, starannie rozpisane na kartce, którą pinezką przybiliśmy do krokwi, i rozpoczęliśmy metodyczne obserwacje. Aby włączyć to zajęcie w oficjalną działalność naszej organizacji, Kozioł wymyślił, że trzeba prowadzić dokładny dziennik, zapisując wszystkie nadzwyczajne fakty wraz z dokładną godziną ich spostrzeżenia.
- To będzie przygotowanie do poważniejszych zadań.
Zosia miała sukienki w kwiaty, smutne oczy i ciągle czytała książki.
W naszym tajnym bractwie długo odwlekaliśmy próbę odwagi.
Mój dziadek co rano chodził na Kleparz, a ja czasem chodziłem z nim. Szliśmy Plantami, dziadek odkłaniał się mijającym nas ludziom, bo w Krakowie wszyscy dziadka znali. I opowiadał mi dziwne historie z dawnych czasów, o których nie czytałem w książkach. Opowiadał o spiskach i zamachach, o poetach i prorokach, którzy chodzili po polskiej ziemi ponad sto lat temu, czyli bardzo dawno. Opowiadał o tajemniczym panu Chodnikiewiczu i o samym Józafacie Dumanowskim.
W naszym tajnym bractwie bardzo pilnie przykładaliśmy się do obserwacji Ani. Jednak wbrew naszym oczekiwaniom zadanie okazało się nadspodziewanie trudne. Firanka w pokoju obserwowanej często była zasłonięta, co utrudniało pełną orientację w tym, co dzieje się w pokoju. Do tego Ania raczej nie spacerowała po pokoju, tylko leżała na łóżku albo siedziała przy stole, więc trudno było zobaczyć, czy ma na sobie stanik, czy też nie. Kilka razy wydawało mi się, że widzę jej pierś i serce zaczęło mi bić żywiej, ale nie byłem pewien. Leki wiatr poruszał firankę w jej oknie, a ja trwałem na posterunku, z lornetką przy oczach.
Mój dziadek co rano chodził na Kleparz, a ja czasem chodziłem z nim. Na placu też wszyscy go znali i nazywali panem kierownikiem, chociaż mój dziadek nigdy tam nie pracował, bo zanim został emerytem, był profesorem na uniwersytecie. Pewnie musieli go z kimś mylić. Przekupki rozpoznawały go od wejścia i uśmiechały się ciepło. W sklepie mięsnym pani Lodzia odkładała mu najlepsze kawałki wołowiny, bez kości i żył, w nabiałowym pani Stasia podsuwała mu dyskretnie jaja od chłopa; a w warzywniaku uśmiechał się nawet smutny pan bez imienia, który nigdy się nie uśmiechał.
Wracaliśmy z tych wypraw obwieszeni suszonymi grzybami, pętami kabanosów, dźwigając siatki pełne wszelkiego dobra. Babcia oczywiście załamywała ręce, lamentując:
- Kto to wszystko zje!
Ale jakoś zjadaliśmy bez kłopotu; opowieści o pustych półkach do nas nie docierały.
W naszym tajnym bractwie przyszedł wreszcie długo odwlekany czas próby. Późnym popołudniem zebraliśmy się w naszej siedzibie na strychu, mając w chlebakach niezbędny ekwipunek. Każdy miał ze sobą sweter, manierkę z kompotem, kanapkę i latarkę. Kozioł wziął plaster, bandaż, opakowanie gazy i wodę utlenioną, wszystko na wszelki wypadek, a ja zabrałem scyzoryk. Patrzyliśmy po sobie niepewnie, ale sprawy zaszły za daleko. Musieliśmy przejść tę próbę zwycięsko. Z duszą na ramieniu zeszliśmy po schodach i chyłkiem wymknęliśmy się z naszej kamienicy na ulicę S.
Podczas drogi dodawaliśmy sobie odwagi żartami, ale perspektywa nocy w katakumbach nas przerażała; jednak nikt nie śmiał powiedzieć tego głośno. Plantami szybko dotarliśmy na Wawel i weszliśmy w mrok katedry. Wokół nas było kilka wycieczek, które kończyły zwiedzanie. Zeszliśmy po schodach w dół i z mapką, którą przerysowałem z przewodnika po Krakowie, odnaleźliśmy wśród wiekowych sarkofagów grobowiec marszałka Piłsudskiego. Usiedliśmy pod ścianą i wyciągnęliśmy manierki. Zwiedzających prawie nie było, czasem przed wejściem do krypty przesunął się cień strażnika. Mijały długie minuty. Po półgodzinie zrobiliśmy się głodni i każdy wbił zęby w swoją kanapkę. Ja zjadłem jeszcze jabłko i wtedy uświadomiłem sobie, że czeka mnie cała noc bez jedzenia. Poczułem się bardzo samotny.
Nagle zaczęło gasnąć światło. Skuliliśmy się, czując nawzajem swoje ciepło. Nie było odwrotu. Kozioł poświecił latarką na stalowy sarkofag Marszałka, który przypominał kasę pancerną. Czuliśmy, że dzieje się coś ważnego. W ciemności podziemi usłyszeliśmy kroki i Kozioł zgasił latarkę. Do krypty wszedł strażnik i zapalił światło.
- Zamykamy już - powiedział, nie patrząc nawet na nas. - Uciekajcie, wisusy.
Wdzięczni za te słowa, biegiem ruszyliśmy do wyjścia. Świat na zewnątrz podziemi był słoneczny i jasny. Śpiewały ptaki, po dziedzińcu spacerowali ludzie. Byliśmy ocaleni.
W naszej kamienicy nikt nie zauważył, że nas nie było. Zdążyliśmy na kolację, a moja babcia dziwiła się, że mam taki apetyt. Pamiętam jak dziś, że wtedy była sałatka z gotowanych warzyw z majonezem.
Mój dziadek co rano chodził na Kleparz i po drodze opowiadał mi niezwykłe historie z dawnych czasów. Wierzyłem w nie wszystkie i wierzyłem, że dziadek w nich uczestniczył, tak potrafił opowiadać. Poznawałem więc sekretne życie Mickiewicza i Słowackiego, dziwne losy powstańczych jenerałów, których mój dziadek, rotmistrz ułanów, musiał znać.
- Pamiętaj tylko, że to wszystko jest naszą tajemnicą - napominał dziadek surowo.
Potem w szkole musiałem kłamać i opowiadać wszystkie te rzeczy, które były opisane w podręcznikach, choć wiedziałem, jak było naprawdę.
W naszym bractwie nie potrafiliśmy do końca określić, czy nasza próba odwagi zakończyła się sukcesem, czy porażką. Z jednej strony nie zrealizowaliśmy naszego celu; z drugiej jednak podjęliśmy próbę i przeszkodziły nam czynniki obiektywne w postaci strażnika. Następnego dnia po naszej wyprawie do grobu marszałka Piłsudskiego postanowiliśmy, siedząc na starej wersalce w naszej siedzibie, że w odpowiedniej rubryce naszych legitymacji napiszemy: próba warunkowo zaliczona. Tak wymyślił Kozioł i, choć nie bardzo rozumieliśmy sens tej formuły, to czuliśmy, że trafnie opisuje sytuację.
Od tamtej pory byliśmy pełnoprawnymi członkami naszej sekretnej organizacji.
Mój dziadek co rano chodził na Kleparz i po drodze opowiadał mi niezwykłe historie z dawnych czasów. Pamiętam, jak kiedyś wracaliśmy obładowani mięsem na rosół i pękami włoszczyzny. Seler z pietruszką pachniały intensywnie, świeciło słońce, a ja spytałem, kim był pan Józafat Dumanowski, o którym dziadek kilkakrotnie wspominał. Dziadek zatrzymał się, poprawił beret i powiedział poważnie:
- Józafat Dumanowski był człowiekiem wielkiego formatu.
Nie śmiałem pytać dalej.
W naszym tajnym bractwie metodycznie podglądaliśmy Anię, nie mogąc jednoznacznie ustalić, czy chodzi po swoim pokoju prawie goła, czy nie. Planowaliśmy nawet przeprowadzić ostateczny test, czyli rzucić niewielkim kamyczkiem w okno pokoju starszej siostry Pawła i czekać, co się dalej wydarzy. Każdy z nas twierdził, że prawie widział jej pierś, a Kozioł upierał się, że raz poprzez firankę zobaczył jej gołą pupę, co odnotował w naszym dzienniku obserwacji, choć ze znakiem zapytania w nawiasie. Byliśmy już gotowi rozstrzygnąć to na drodze eksperymentu, kiedy nagle drzwi na strych się otwarły i stanęła w nich Ania. Była ubrana, a my skuliliśmy się na wersalce, aż sprężyny jęknęły.
- Paweł - odezwała się Ania, stojąc w progu - przekaż łaskawie swoim kolegom, że jak nie przestaną mnie podglądać, to powiem rodzicom.
Drzwi trzasnęły, a my zostaliśmy z niedokończonym zadaniem i zbędnym w tej sytuacji pieczołowicie prowadzonym dziennikiem obserwacji.
Zosia miała smutne i piękne oczy, i na pewno nigdy nie zachowałaby się tak jak Ania. Tamtego lata Ania mijała nas zawsze z ironicznym uśmieszkiem, a ja czerwieniłem się i schodziłem jej z drogi. W ten oto sposób działalność naszego tajnego bractwa doprowadziła do tego, że obydwie dziewczyny z naszej kamienicy jawnie nami pogardzały, choć każda z innego powodu.
Mój dziadek co rano chodził na Kleparz, a potem zabierał mnie do Starego Miasta, pokazując kościoły, muzea i pałace. Z nim labirynt starych ulic i szarych, przygarbionych kamienic, który normalnie budził moją grozę, przestawał być taki straszny. Podczas jednego z takich spacerów dziadek odezwał się, beztrosko machając siatką ze świeżym kogutkiem, że Józafat Dumanowski przeprowadził Polskę przez mroczny i długi okres zaborów.
- Bez niego by nas dzisiaj nie było - zakończył.
Kogutek, na którym babcia zrobiła potem pyszny rosół, kołysał się smętnie.
W naszym tajnym bractwie miny mieliśmy niewesołe. Siedzieliśmy na zmurszałej wersalce, wdychając wszędobylski kurz i czuliśmy się jak spiskowcy, którym zabrano rację istnienia. Śledzenie Ani było naszym jedynym zadaniem i bez niego dalsza nasza działalność nie miała sensu.
- Trzeba się rozwiązać - odezwał się melancholijnie Paweł.
- Rozwiązać?! - wybuchnął Kozioł Ostrowski. - Czy po to tyle cierpieliśmy, przechodziliśmy próby, urządzaliśmy siedzibę i narażaliśmy się, aby teraz dać się pokonać?
Uznaliśmy, że przeczekamy trudny czas, intensywnie szukając nowych wyzwań.
Zosia miała smutne i piękne oczy, i wierzyłem, że nigdy nie zachowałaby się tak jak Ania, choć uśmiechała się na nasz widok z nutą pobłażania.
W naszym tajnym bractwie czas upływał nam na jałowej pracy organicznej. Rysowaliśmy plany mieszkań w kamienicy, zapisywaliśmy, o której kto wchodzi i wychodzi, opisywaliśmy obcych, którzy odwiedzali zakład fotograficzny pana Zygmunta. Wszystko to budowało wprawdzie solidne podstawy naszej dalszej działalności, ale traciliśmy nadzieję, by pojawiło się wyzwanie godne tak umocnionych struktur organizacyjnych.
Mój dziadek co rano chodził na Kleparz i czasem szedłem wraz z nim. Wracaliśmy naokoło, idąc przez stary Kraków, a mój dziadek wzdychał nostalgicznie:
- I pomyśleć, że tymi ulicami chodził sam Józafat Dumanowski.
Moja babcia miała na temat Józafata Dumanowskiego odmienne zdanie niż dziadek. Kiedy nieopatrznie zapytałem ją przy kolacji, czy też znała pana Dumanowskiego, babcia zaczęła się śmiać i powiedziała:
- Dziecko, przecież jego nigdy nie było!
- Nawet gdyby nie było - odezwał się dziadek - to trzeba byłoby go wymyśleć.
W naszym tajnym bractwie nastroje były marne, a na dodatek tamtego lata przez kilka dni padało, więc siedzieliśmy smętnie w naszej tajnej siedzibie, słuchając stukania deszczu po dachu i szukaliśmy wyjścia z naszej trudnej sytuacji. Bractwo umierało, choć narodziło się tak niedawno.
Mój dziadek co rano chodził na Kleparz i wiedział, jak kupić najlepszy twaróg. I nie brał go od pani Stasi, u której kupował cały nabiał, tylko szedł na drugi koniec placu i na niepozornym stoisku od niepozornej kobiety kupował klinek białego sera.
- Cała sztuka w tym, żeby nie był kwaśny - mówił mój dziadek.
W takich chwilach go podziwiałem.
W naszym tajnym bractwie planowaliśmy po cichu rozwiązanie struktur i zejście do podziemia. Każdy miał do czego wracać. Kozioł musiał ćwiczyć na klarnecie, ja planowałem poszukiwania w bibliotece dziadka i tajemne plądrowanie przepastnych szuflad jego biurka, a Paweł tęsknił do niedoczytanych książek. I wtedy przyszedł mi do głowy prosty i genialny pomysł.
- Słuchajcie - powiedziałem, drżąc z podniecenia - a gdybyśmy spróbowali odnaleźć skarb pana Chodnikiewicza?
I opowiedziałem przyjaciołom wszystko to, co wiedziałem od dziadka i babci razem wziętych. Kozioł Ostrowski coś słyszał wcześniej o panu Chodnikiewiczu, bo był synem i wnukiem pana Zygmunta, a na fotografiach pana Zygmunta był cały świat, a więc i pan Chodnikiewicz. Paweł nie wiedział nic, ale tym bardziej zapalił się do projektu. I tamtego dnia, tamtego lata, kiedy naszą kamienicę obmywały strugi deszczu, nasze tajne bractwo narodziło się na nowo.
Mój dziadek co rano chodził na Kleparz, a moja babcia z upodobaniem rzucała się w objęcia śmierci.
W naszym tajnym bractwie poczęliśmy pieczołowicie przygotowywać plany naszego nowego zadania. Najpierw sporządziliśmy dokładną mapę mieszkania po panu Chodnikiewiczu, zaznaczając prawdopodobne miejsca ukrycia skarbu, których zresztą było bardzo wiele. Następnie dyskretnie obejrzeliśmy obiekt naszej wyprawy, zaglądając uważnie przez wszystkie dostępne okna. Mieszkanie po panu Chodnikiewiczu znajdowało się na parterze, lecz musieliśmy się nieźle natrudzić, by któryś z nas wspiął się na poziom parapetu. Podstawiliśmy drabinę, stawaliśmy sobie na ramionach, wreszcie prowadziliśmy ciągłą obserwację obiektu z gałęzi starego jesionu. Kozioł Ostrowski zrobił nawet kilka zdjęć wnętrza. Jednak po wywołaniu okazało się, że niewiele widać. Okna były zakurzone i wszystko, co widzieliśmy, to szarość. Jedyny sukces tych przygotowań to stwierdzenie ponad wszelką wątpliwość, że pośrodku największego pokoju naprawdę stoi wielki kufer. Myśl, że w środku spoczywa zasuszona, odziana w starożytny mundur mumia pana Chodnikiewicza, rozpalała naszą wyobraźnię.
Moja babcia z upodobaniem rzucała się w objęcia śmierci; tak przynajmniej mówił mój dziadek.
W naszym tajnym bractwie stanęliśmy przed poważnym wyzwaniem, którym było dostanie się do obserwowanego mieszkania. Drzwi były zamknięte na głucho, stalowe sztaby, przykręcone pewnie jeszcze przed wojną, zamalowano kilka razy. Na wszystkim wisiała wielka kłódka, do której nie mieliśmy klucza.
Moja babcia z upodobaniem rzucała się w objęcia śmierci, a robiła to na dwa sposoby.
W naszym tajnym bractwie, pod długich analizach i burzliwych dyskusjach, opracowaliśmy precyzyjny plan, jak dostać się do mieszkania.
Moja babcia z upodobaniem rzucała się w objęcia śmierci, a robiła to na dwa sposoby. Pierwszym było uważne śledzenie szlaków umierania. Babcia uważnie czytała codzienną prasę i wycinała z niej nekrologi oraz doniesienia kroniki kryminalnej o morderstwach. W ten sposób pozwalała sobie na niebezpieczną grę z osaczającym wszystkich przemijaniem. Szczególnie interesował ją postęp działań śmierci w najbliższej okolicy. Kiedy tylko ktoś z ulicy S. albo sąsiednich przecznic zasnął w Panu, babcia z pewnym dwuznacznym triumfem obwieszczała:
- I co, widzicie? To całkiem niedaleko.
Była wtedy zupełnie jak dziecko, które przestraszone burzą, oblicza, jak daleko od jego domu uderzają złowrogie pioruny. Jednak w głosie mojej babci nie było słychać przestrachu, lecz raczej pewną familiarną zażyłość z nieprzeniknionymi drogami śmierci.
W naszym tajnym bractwie ustaliliśmy, że jedynym posiadaczem klucza może być pan Andrzej, który był złotą rączką, ale pracował jako dozorca naszej kamienicy.
Na fotografiach pana Zygmunta jest cały świat, nie mogło więc zabraknąć pana Andrzeja, który tego świata pilnował i ciągle go naprawiał.
W naszym tajnym bractwie ustaliliśmy, że kluczem do mieszkania pana Chodnikiewicza jest pan Andrzej. Zagadnęliśmy go zaraz o to, udając brak zainteresowania. Kozioł Ostrowski wymyślił sprytny fortel, który miał pozwolić nam uzyskać potrzebne informacje, jednocześnie nie budząc najmniejszych podejrzeń co do celu zdobywania tych informacji.
- A gdyby tak nagle w kamienicy wybuchł pożar, to czy ktoś ma w ogóle klucze do tego mieszkania na parterze? - zapytał pewnego dnia Kozioł Ostrowski ze znudzoną miną pana Andrzeja, który oczywiście niczego nie podejrzewał.
- Nie ktoś, tylko ja! - odpowiedział z dumą pan Andrzej i wyciągnął z kieszeni drelichowego fartucha rozdzwoniony pęk, wskazując nam jednocześnie na wielki klucz o skomplikowanych ząbkach.
- To dobrze - powiedział Kozioł, z trudem opanowując drżenie głosu. - Dobrze wiedzieć, że ktoś czuwa nad naszym bezpieczeństwem.
Na fotografiach pana Zygmunta jest cały świat, więc nie mogło zabraknąć pana Andrzeja, dozorcy i opiekuna naszej kamienicy. Nie zabrakło go dwukrotnie, przynajmniej na zdjęciach w albumie mojego dziadka. Na pierwszym widać nasze podwórko, stary jesion i ławeczkę. A nad ławeczką stoi pochylony pan Andrzej i coś naprawia. Pewnie dokręcał wielkie śruby albo wymieniał przegniłą deskę na nową.
Moja babcia z upodobaniem napotykała śmierć na drodze swoich bliźnich, śledząc rubrykę z nekrologami i kroniki policyjne. Każdą pozyskaną z prasy codziennej informację wycinała nożyczkami i wklejała gumą arabską do specjalnego zeszytu. Wycinkowi towarzyszył precyzyjny opis, zawierający nie tylko datę tego smutnego wydarzenia, ale też sumaryczny opis pogody w Krakowie, a także jadłospis, który owego feralnego dnia obowiązywał w mieszkaniu moich dziadków. Dzięki temu można było bezbłędnie skojarzyć brutalne morderstwo z zupą pomidorową, śmiertelne potrącenie pieszego przez pijanego kierowcę ze zrazami zawijanymi, a zgon emerytowanego pracownika zakładu ubezpieczeń ze smażoną wątróbką.
Na fotografiach pana Zygmunta jest cały świat, więc nie mogło zabraknąć pana Andrzeja, dozorcy i opiekuna naszej kamienicy. Na drugiej fotografii pojawia się mimochodem. Znów widać nasze podwórko, stary jesion i ławkę. Na ławce siedzi mój dziadek i moja babcia i są młodsi niż na ostatnim zdjęciu. Ubrani są zwyczajnie, a na ławce pomiędzy nimi stoją stłoczone siatki z zakupami. Widać pan Zygmunt zaskoczył ich przypadkiem i zaprosił do zdjęcia zupełnie nieprzygotowanych. Dowodzi tego irytacja na twarzy babci, która patrzy w obiektyw z nienawiścią, zaciskając wąskie usta; mój dziadek nerwowo poprawia beret.
W tle widać postać dźwigającą kubeł na śmieci, aby wystawić go na ulicę, po której przejeżdża śmieciarka. Ta postać to oczywiście pan Andrzej, który był złotą rączką, a pracował jako dozorca naszej kamienicy.
W naszym tajnym bractwie ustaliliśmy zatem, gdzie jest klucz, ale nie wiedzieliśmy, jak go pozyskać. Koncepcja, by wywołać mały pożar, który zmusi pana Andrzeja do użycia klucza, odpadła. Zamieszanie, które byśmy wywołali, utrudniłoby nam przecież realizację planu. Z wysiłkiem skonstruowaliśmy misterną intrygę, na której końcu mieliśmy się stać czasowymi posiadaczami klucza.
Moja babcia z upodobaniem dokumentowała okoliczności śmierci nieznanych sobie bliźnich. Kiedyś, pomagając jej wklejać kolejne nekrologi do opasłego zeszytu o napęczniałych kartkach, zapytałem, po co zapisuje tam nasze obiady.
- Wszystko to może mieć znaczenie - odpowiedziała, spoglądając na mnie zza mocnych okularów.
W naszym tajnym bractwie ustaliliśmy, że najprostszą metodą pozyskania klucza będzie upicie pana Andrzeja. Kupimy butelkę wódki i pójdziemy do mieszkania dozorcy z prośbą, by nam opowiedział coś o starożytnych dziejach naszej kamienicy. Zaproponujemy mu wódkę i będziemy dolewać, pilnie słuchając opowieści. Pan Andrzej był kopalnią wiedzy o rurach kanalizacyjnych, przewodach elektrycznych i tym podobnych sekretach naszej kamienicy, które wprawdzie w tamtym momencie nie miały dla nas znaczenia, ale mogły się kiedyś przydać. Przede wszystkim jednak były to tematy, o których nasz dozorca, będący jednocześnie złotą rączką, potrafił opowiadać godzinami. Nieraz widzieliśmy, jak zaczepiał mieszkańców na schodach i niezrażony jawnym ziewaniem zagadniętych, snuł swe opowieści o kranach, rurach i zaworach, naświetlając drobiazgowo swoją heroiczną walkę ze stawiającą ciągły opór przestarzałą materią.
Moja babcia z upodobaniem dokumentowała okoliczności śmierci nieznajomych sobie bliźnich. Tamtego lata dobrnęła do końca zeszytu. Tego dnia podeszła spokojnie do swej nocnej szafki i złożyła rozpulchniony wycinkami wolumin obok wielu jemu podobnych. Nie mogłem wytrzymać i następnego dnia zakradłem się do sypialni dziadków, choć pokój ten przejmował mnie zawsze chłodem. Z bojaźnią otwarłem nocną szafkę przy łóżku babci i zacząłem przeglądać jej dzieło. Powoli zanurzałem się w rzekę czasu, śledząc pożółkłe i kruche skrawki papieru. Czasy wojenne przynosiły listy rozstrzelanych i informacje Czerwonego Krzyża. Najstarsze zeszyty sięgały czasów przedwojennych. Pierwsze wycinki nosiły datę ślubu moich dziadków. Owego dnia rubryka z jadłospisem była szczególnie rozbudowana.
Dziadek w swojej szafce nocnej trzymał skarpetki, starannie zwinięte w kształtne kulki.
W naszym tajnym bractwie ustaliliśmy, że nasz plan jest znakomity. Rozbił się on jednak o rafy przepisów prawnych. Otóż w żadnym sklepie monopolowym w okolicy nie chciano nam sprzedać wódki jako niepełnoletnim. Tłumaczenia, że to dla wujka, ojca, dziadka i babci, nic nie pomagały. Upokorzeni i odprowadzani do drzwi niewybrednymi komentarzami oczekujących w kolejce klientów, ruszaliśmy smętnie do kolejnego sklepu. Niestety, nasza wyprawa poza wiedzą o rozmieszczeniu w okolicy sklepów z alkoholem nie przyniosła pożądanych rezultatów. Misterny plan musiał ulec dalszym przeróbkom.
Moja babcia z upodobaniem rzucała się w objęcia śmierci, a robiła to na dwa sposoby. Poza śledzeniem kroków śmierci w naszym mieście, była też miłośniczką i znawczynią krakowskich cmentarzy.
W naszym tajnym bractwie ustaliliśmy, że musimy do naszego spisku wciągnąć osobę dorosłą. Niemal dorosła była Ania, ale trudno się dziwić, nasze zaufanie do niej było bardzo ograniczone. Proszenie rodziców i dziadków nie wchodziło w grę. Sytuację uratował, w czarnej godzinie naszej rozpaczy, znakomity Kozioł Ostrowski, mistrz intelektu i przenikliwych wglądów w istotę rzeczy:
- Skoro nie możemy nikogo przekonać, musimy kogoś przekupić - odezwał się i powiódł po naszych twarzach triumfalnym spojrzeniem geniusza.
- Ale kogo? - odpowiedzieliśmy chórem.
Ton głosu Kozła zaczął budzić w nas przygasłą nadzieję.
- Znamy kogoś, kto zrobi dla nas wszystko. To człowiek słaby i uzależniony, który za butelkę wódki gotowy jest spełnić każde życzenie; taka natura nałogowca.
Po czym Kozioł wtajemniczył nas w szczegóły swego planu. Pójdziemy do pana Łukasza Wichra i zaproponujemy taki układ: my damy mu pieniądze na dwie butelki wódki. Jedną może wypić sam, drugą ma wypić z panem Andrzejem. Kiedy złota rączka uśnie, pan Łukasz Wicher ma wypiąć z jego pęku kluczy największy i nam dostarczyć. Zobowiązaliśmy się oddać klucz, zanim pan Andrzej się obudzi; chcieliśmy do końca grać uczciwie.
Moja babcia z upodobaniem rzucała się w objęcia śmierci, często chadzając na krakowskie cmentarze. Popołudniami ubierała szary sweter albo granatowy trencz i wolnym krokiem szła na spacer, którego celem była któraś z krakowskich nekropolii. Nieśpiesznie docierała na Rakowice, na Salwator, do grobów królewskich i na Skałkę; wiedziała wszystko o byłych cmentarzach, które obywatele miasta dawno skazali na zapomnienie. Z powagą mijała plac Mariacki i dawne miejsce pochówku straconych i grzebanych bez sakramentów, które porastało niewinną trawą u wylotu ulicy Siennej.
W naszym tajnym bractwie sądziliśmy, że plan Kozła Ostrowskiego nie ma słabych punktów. Dlatego postanowiliśmy natychmiast wcielić go w życie. Wysupłaliśmy nasze oszczędności i ruszyliśmy do pracowni malarskiej pana Łukasza Wichra. Nie zastaliśmy go jednak, więc usiedliśmy na schodach, podsycając nasze marzenia o skarbie pana Chodnikiewicza.
Pan Łukasz Wicher pojawił się o zmierzchu, kiedy chcieliśmy już wracać. Oceniliśmy jego stan na tyle pozytywnie, by móc mu wyłożyć naszą prośbę. Wsparty o balustradę lekko chwiejny malarz słuchał nas z uśmiechem, po czym zgodził się bez słowa. Dostał zaliczkę na jedną butelkę i umówiliśmy się na następny dzień pod drzwiami mieszkania pana Andrzeja.
Moja babcia z upodobaniem nawiedzała krakowskie cmentarze, a ja często towarzyszyłem jej w tych spacerach. Błądziliśmy labiryntami cmentarza Rakowickiego, wspinaliśmy się na wzgórze, gdzie rozciągała się salwatorska nekropolia, jechaliśmy tramwajem do odległego Podgórza, gdzie u stóp fortu świętego Benedykta stały resztki starego cmentarza, przeciętego na pół ulicą Telewizyjną; schodziliśmy stromymi schodami do krypty Piotra Skargi i przedzieraliśmy się przez katakumby klasztoru Reformatów, pełne odzianych w zetlałe habity mumii; razem z babcią poznawałem kaplice grzebalne, które wyrosły wieki temu przy krakowskich kościołach, dziś pełne wmurowanych w ściany tabliczek noszących nazwiska tysięcy zapomnianych obywateli miasta.
W naszym tajnym bractwie byliśmy przygotowani do akcji. Dostajemy klucz, wchodzimy do mieszkania pana Chodnikiewicza, sprawdzamy wszystkie prawdopodobne miejsca ukrycia skarbu, wychodzimy, oddajemy klucz i zamykamy się w naszej siedzibie na strychu, gdzie oddajemy się lekturze tajemniczego rękopisu o czynach Józafata Dumanowskiego. Nasz plan nie miał słabych punktów i wszystko szło jak po maśle.
Pan Łukasz Wicher stawił się o umówionej godzinie, zaskakująco trzeźwy. Dostał drugą ratę swego honorarium, poszedł do monopolowego i wrócił z butelką wódki. Zapukał do pana Andrzeja i zostawił, zgodnie z planem, uchylone drzwi. Czekaliśmy na korytarzu w napięciu, łowiąc każde dochodzące z wnętrza słowo. Mężczyźni przywitali się, usłyszeliśmy, jak wódka, bulgocząc, spływa po ściankach szklanek. Kiedy wypili dwie kolejki, śmiejąc się i żartując, usłyszeliśmy głos pana Łukasza Wichra.
- Andrzej, chłopaki z podwórka coś kombinują. Pytali mnie o jakiś klucz do tego pustego mieszkania. Uważaj.
- Po co? Przecież tam nic nie ma. Smarkacze...
- Ale z wyobraźnią.
Pociemniało nam przed oczami. Zostaliśmy zdradzeni. Wszystkie nasze plany zniszczone, nasze żmudne przygotowania na nic. Zdrada.
Stopień za stopniem, noga za nogą, niczym skazańcy szliśmy do naszej siedziby na strychu.
Moja babcia z upodobaniem nawiedzała krakowskie cmentarze, bo dla mojej babci Kraków był miastem grobów.
W naszym tajnym bractwie długo nie potrafiliśmy poradzić sobie z tą zdradą. Siedzieliśmy w milczeniu. Jak można tak oszukać drugiego człowieka? Wreszcie Kozioł Ostrowski przerwał ciszę:
- Pijakowi nie można ufać.
- Przecież mówiłeś, że zrobi dla nas wszystko.
- Jego nałóg był jednocześnie najsilniejszym i najsłabszym punktem naszej strategii - odpowiedział cicho, a my zamyśliliśmy się nad tymi słowami.
Tamtego lata zaczęła dojrzewać w nas zemsta.
Moja babcia z upodobaniem nawiedzała krakowskie cmentarze, bo dla mojej babci Kraków był miastem grobów. Dawno temu przyjechała do tego miasta z niewielkiej wioski zagubionej na końcu świata i przeraziła się szerokimi ulicami, gwarem na placach, tramwajami i plątaniną zaułków. Poślubiła mego dziadka, była dobrą żoną i matką, lecz miasto to zawsze pozostało dla niej obce. Odnalazła się jako kustoszka pamięci nieznanych sobie ludzi, którzy nic nie mówili, nie chodzili chodnikami i nie trącali się na ulicach. Pogodnie nawiedzała cmentarze, spacerowała między grobami, uczyła się na pamięć nazwisk ze starych nagrobków i wolno budowała w sobie mapę tego przybranego miasta. Wiedziała, gdzie spoczywają królowie, gdzie biskupi, gdzie poeci, gdzie zakonnicy i mieszczanie. Dla niej ich groby były równe sobie, żadnego nie wyróżniała. Wracała ze swych wędrówek spokojna, wypijała przygotowaną przez dziadka herbatę z cytryną i siadała w swym miękkim fotelu pod kuchennym oknem, coraz rzadziej wspominając odległe Rokiciny.
W rodzinie nie było pogrzebów, bo wszyscy już dawno pomarli.
W naszym tajnym bractwie zemsta wykluła się szybko. Rozgoryczenie zdradą pana Łukasza Wichra zaprzęgliśmy w kierat naszej wyobraźni i po kilku dniach mieliśmy gotowy plan zemsty. W tamte dni łuski spadły nam z oczu i zobaczyliśmy osobę malarza i pijaka w całej jej nikczemności. Podczas naszych rozmów wychodziły na światło dzienne nowe fakty z życia pana Łukasza Wichra, które utwierdzały nas w słuszności naszej decyzji.
Mój dziadek co rano chodził na Kleparz, a moja babcia popołudniami z upodobaniem nawiedzała krakowskie cmentarze.
W naszym tajnym bractwie zemsta wykluła się szybko. Pasła się naszą goryczą i złem, które promieniowało z pracowni malarskiej pana Łukasza Wichra. Kozioł Ostrowski powiedział, że pan Łukasz Wicher miał kiedyś żonę i syna, ale odeszli od niego, gdyż nie mogli wytrzymać z pijakiem. Zanim jego żona wyprowadziła się do swej matki, z mieszkania na poddaszu dochodziły okrzyki i odgłosy awantur. Trzaskano drzwiami, przewracano meble, a na secesyjną klatkę schodową sączyły się słowa wulgarne i plugawe. Wszyscy w naszej kamienicy współczuli pani Wichrowej i jej synkowi, dlatego też odetchnęli z ulgą, kiedy trzasnęła drzwiami i zostawiła męża pijaka. Pan Łukasz Wicher zaczął pić jeszcze bardziej, malował jeszcze mniej i upadał coraz niżej.
Na fotografiach pana Zygmunta jest cały świat, a nawet więcej, bo są tam ludzie i wydarzenia, których już dawno nie ma; przynajmniej w naszej kamienicy. Na jednym zdjęciu w albumie mego dziadka widać nasze podwórko, stary jesion i ławkę. Na ławce siedzi młoda kobieta w letniej sukience w kwiaty i czyta książkę. Obok niej stoi wózek, z którego wychyla się w stronę obiektywu ciekawa świata główka dziecka. To żona pana Łukasza Wichra i ich mały synek, których tamtego lata od dawna już nikt nie widział w naszej kamienicy.
Mój dziadek co rano chodził na Kleparz, a moja babcia popołudniami z upodobaniem nawiedzała krakowskie cmentarze. Te dwa obyczaje wyznaczały oś dnia w domu moich dziadków. Po śniadaniu dziadek ruszał na zakupy, a babcia robiła uważny przegląd prasy. Z przyniesionych przez dziadka produktów babcia następnie gotowała obiad, który zjadali wczesnym popołudniem. Potem dziadek kładł się na poobiednią drzemkę, a babcia ruszała w stronę nekropolii. Kiedy wracała, przebudzony dziadek już czekał z przygotowanym podwieczorkiem. Wtedy rozmawiali i wymieniali się codziennymi spostrzeżeniami, potem jedli kolację, oglądali telewizję i kładli się spać, aby następnego dnia znów wyruszyć na plac targowy i cmentarze.
W naszym tajnym bractwie zbieraliśmy dowody nikczemności pana Łukasza Wichra, a każda pozyskana informacja utwierdzała nas w przekonaniu, że nasza zemsta, choć wyrastająca z prywatnych pobudek, będzie głęboko sprawiedliwa. Drugiego dnia po zdradzie pana Łukasza Wichra, który zresztą mijał nas na schodach, jakby nic się nie stało i nawet zagadywał przyjaźnie, Kozioł Ostrowski zebrał nas w naszej siedzibie na strychu i przedstawił kolejne fakty. Wszyscy wiedzieliśmy, że pan Łukasz Wicher znika na kilka dni. Pakuje niewielką walizkę i opuszcza kamienicę. Wraca wieczorem i potem pije przez kolejne dni, aż do następnego wyjazdu. Nigdy na to nie zwracaliśmy uwagi i dopiero intelekt Kozła Ostrowskiego ujawnił nam sens tych wyjazdów.
- On jeździ pociągami po całej Polsce i w małych miejscowościach morduje niewinnych ludzi. Okrada ich i ma pieniądze na wódkę. Za nie pije, a kiedy się skończą, rusza znowu.
Siedzieliśmy, porażeni. Rozumowanie Kozła nie miało słabych punktów. Ale kiedy ochłonęliśmy, ja powiedziałem, że możemy sprawdzić, czy ta hipoteza jest prawdziwa. Paweł z Kozłem mieli ustalić, kiedy w ciągu ostatnich miesięcy pan Łukasz Wicher wyjeżdżał, a ja obiecałem, że sprawdzę w kajetach mojej babci, kiedy ostatnio w Polsce dokonano zbrodni.
Mój dziadek co rano chodził na Kleparz, a moja babcia popołudniami z upodobaniem nawiedzała krakowskie cmentarze. Tamtego lata towarzyszyłem ich wędrówkom, choć coraz częściej zaprzątały mnie ważne sprawy w naszym tajnym bractwie.
W naszym tajnym bractwie zbieraliśmy kolejne dowody nikczemności pana Łukasza Wichra. Spotkaliśmy się następnego dnia i porównaliśmy nasze notatki. Wynik był przerażający; wyjazdy malarza dokładnie pokrywały się z morderstwami. Ostatnio wyjechał tydzień przed zdradą i wtedy milicja znalazła w krzakach przy stacji kolejowej w Tczewie zwłoki młodej kobiety, pracownicy poczty. Poprzedni wyjazd pana Łukasza Wichra w zaskakujący sposób zbiegł się z zabójstwem emeryta we Wrocławiu, kolekcjonera sztuki, którego sąsiedzi znaleźli w ograbionym z najcenniejszych zbiorów mieszkaniu.
Czyż potrzebowaliśmy więcej dowodów?
- Koledzy - powiedział poważnie Kozioł Ostrowski - musimy zdać sobie sprawę, że mamy do czynienia z mordercą.
Powiało grozą.
Mój dziadek co rano chodził na Kleparz, ale w niedziele z upodobaniem nawiedzał pchli targ pod Halą Targową na Grzegórzkach.
W naszym tajnym bractwie nie zbieraliśmy już więcej dowodów nikczemności pana Łukasza Wichra, gdyż byliśmy przekonani o jego winie. Nasza zemsta nie była już sprawą prywatną. Działaliśmy w imieniu społeczeństwa. Pomysł, by przekazać milicji nasze raporty, które starannie spisywaliśmy, pieczętowaliśmy i chowaliśmy w naszym archiwum, został odrzucony.
- Nie będziemy kolaborować z reżimem - powiedział ostro Kozioł i to zamykało dyskusję.
Musieliśmy zatem wziąć sprawy w swoje ręce.
Na fotografiach pana Zygmunta jest cały świat, a nawet więcej, bo są ludzie i wydarzenia, których dawno nie ma. W naszym tajnym bractwie byliśmy przekonani, że swoją żonę i synka, którzy tak ładnie wyglądają na zdjęciu z albumu mego dziadka, pan Łukasz Wicher skrycie zabił i ukrył zwłoki.
Mój dziadek co niedzielę z upodobaniem nawiedzał pchli targ na Grzegórzkach. Wychodził, pogwizdując, zaraz po śniadaniu, aby upolować najlepszą zdobycz i szedł raźnym krokiem pod Halę Targową. Tam rozkładali swe zbiory bukiniści i antykwariusze, wnukowie wynoszący cichcem biblioteki swych dziadków i wszyscy inni handlarze książek. Rozkładali swój towar wprost na ziemi albo na tekturowych pudłach, a sami, skuleni na turystycznych stołeczkach, popijali kawę z termosu.
Ich wszystkich mój dziadek omijał, szukając nielicznych handlarzy orderami, którzy wciskali swe niewielkie kramiki pomiędzy stoiska z książkami.
W naszym tajnym bractwie wzięliśmy sprawy w swoje ręce. Wiedzieliśmy, że mamy do czynienia z mordercą, który może być niebezpieczny. Kozioł Ostrowski próbował nas uspokoić:
- Nie ma się czego bać, nie będzie zabijał na swoim terenie.
Przekonał nas, ale strach nie minął. Ustaliliśmy, że wyczekamy na moment, aż pan Łukasz Wicher upije się i zaśnie w swojej pracowni. A wtedy zakradniemy się tam i wsypiemy mu do wódki morderczą dawkę środka przeczyszczającego.
- Przez tydzień nie wyjdzie z kibla - powiedział uroczyście Kozioł Ostrowski.
Rozpoczęliśmy przygotowania.
Mój dziadek co niedzielę z upodobaniem nawiedzał pchli targ na Grzegórzkach. Wyszukiwał nielicznych handlarzy orderami, gdyż po przejściu na emeryturę wymyślił sobie taki sposób zabijania wolnego czasu. Kupował tylko ordery polskie i tylko wojskowe. W jego kolekcji nie brakowało odznaczeń z dziewiętnastego wieku, a pośród nich największą gwiazdą było Virtuti Militari z czasów Księstwa Warszawskiego. Nie gardził jednak orderami z czasów międzywojnia, a nawet odznaczeniami powojennymi, jeśli tylko wyrastały one z dawniejszych tradycji.
W naszym tajnym bractwie wzięliśmy sprawy w swoje ręce. Każdy z nas opróżnił domową apteczkę ze wszystkiego, co przeczyszczało. Zgromadzone tabletki utłukliśmy w moździerzu i przesypaliśmy komisyjnie do buteleczki po syropie na kaszel. Truciznę ukryliśmy za krokwią w naszej siedzibie. Naznaczyliśmy dzień zamachu na najbliższą sobotę, bo zgodnie z naszymi obserwacjami pan Łukasz Wicher najmocniej upijał się właśnie tego dnia, i czekaliśmy podnieceni.
W rodzinie nie było pogrzebów, bo wszyscy już dawno pomarli, lecz tamtego lata zdarzył się jeden.
Zosia miała smutne oczy i ciągle czytała książki. Czytała jedną za drugą i mówiła, że wszystkie umie na pamięć. Bałem się sprawdzać, bo bardzo nie chciałem, aby się okazało, że Zosia kłamie.
W rodzinie nie było pogrzebów, bo wszyscy już dawno pomarli. Tamtego lata zdarzył się jeden, bo zmarł ostatni krewny, sędziwy brat mojej babci, wuj Józef. Wuj Józef był wiejskim muzykantem, czyli był bardzo stary. Mieszkał w Rokicinach, a to jest bardzo daleko od naszej kamienicy i Krakowa. Nigdy tam nie byłem, ale babcia opowiadała mi w kuchni o bezkresnych równinach i dzikiej muzyce skrzypiec. Trochę się bałem tych równin, ale babcia mnie uspokajała, dając do spróbowania kapuśniak, który właśnie gotowała.
W naszym tajnym bractwie czekaliśmy na sobotę, a czas kapał wolno i ociężale.
Mój dziadek z upodobaniem kolekcjonował polskie odznaczenia wojskowe, które starannie czyścił i konserwował, uważnie cerując wypłowiałe wstęgi. W jego kolekcji nie zdarzały się duplikaty; jeśli znalazł lepiej zachowane odznaczenie niż to, które nabył wcześniej, tamto od razu sprzedawał.
Zosia miała smutne oczy i ciągle czytała książki, które oprawiała w papier pakowy. Tamtego lata pomyślałem, że może to jest ciągle ta sama książka, lecz wstydziłem się spytać jaka.
Mój dziadek z upodobaniem kolekcjonował polskie odznaczenia wojskowe. Kiedyś zapytałem go, po co je zbiera.
- Kiedy umrę, przypniecie mi je wszystkie do ułańskiego munduru, w którym chcę być pochowany.
Kiedy zapytałem niepewnie, czy wszystkie te wspaniałe ordery mu się należą, odpowiedział, głaszcząc mnie po policzku:
- Ależ oczywiście, że nie; ale po mojej śmierci to nie będzie już miało żadnego znaczenia.
W naszym tajnym bractwie czekaliśmy na sobotę, a czas kapał wolno i ociężale.
W rodzinie nie było pogrzebów, ale zdarzył się jeden i dziadkowie szykowali się do drogi. Mój dziadek powiedział, że Rokiciny są bardzo daleko, prawie na końcu świata. Ale uspokoił mnie, że wrócą tak szybko, jak się tylko da. Ten jeden raz zostawili mnie samego, oddając na noc pod opiekę pani Genowefy. Pani Genowefa była stara i była babcią Zosi, bo nasza kamienica była pełna starych ludzi. Dziadkowie pocałowali mnie i pojechali na koniec świata, do Rokicin, a ja zostałem sam. Cały dzień siedziałem na podwórku, odwlekając chwilę, kiedy będę musiał wejść do mieszkania pani Genowefy, które miało inny zapach niż mieszkanie moich dziadków. Pani Genowefa hodowała wielkie geranium, którego intensywny aromat przedostawał się na klatkę schodową przez szczelinę pod drzwiami. Pani Genowefa chodziła w starej podomce, wydzielającej przykrą woń, której nie potrafiłem nazwać, ale też wolałem unikać. I pani Genowefa nie potrafiła gotować, co mi kiedyś powiedziała w tajemnicy Zosia.
Nie uwierzyłem jej, bo przecież babcie zawsze potrafią gotować.
Zosia miała smutne sukienki, oczy jak kwiaty i ciągle czytała książki.
W naszym tajnym bractwie czekaliśmy na sobotę, a czas kapał wolno i ociężale. Próbowaliśmy go jakoś przyśpieszyć, lecz żadne zajęcie nie pozwalało się na sobie skupić. Staraliśmy się jednak, by nie wzbudzać żadnych podejrzeń i dalej prowadziliśmy swoją zwyczajną działalność. Obserwowaliśmy wejścia do kamienicy i wyjścia z niej, notowaliśmy obce osoby pojawiające się w zakładzie fotograficznym pana Zygmunta i oczywiście ze szczególną uwagą śledziliśmy wszelkie poruszenia pana Łukasza Wichra.
W naszej rodzinie wszyscy pomarli, nawet wuj Józef, którego widziałem tylko raz w Krakowie, kiedy przyjechał do szpitala z chorą dwunastnicą. Był poważny i nie robił głupich min jak mój dziadek. Babcia mówiła, że wycięli mu wtedy cały żołądek, dwunastnicę i osiem metrów jelit i teraz może jeść wszystko, bo nic mu już nie zaszkodzi. Wuj Józef zaczynał więc dzień od smażonej na smalcu kiełbasy i kieliszka wódki, bo muzykanci, podobnie jak malarze, muszą pić. Tak mi powiedział dziadek. A potem wuj Józef brał skrzypce i grał te swoje oberki, a każde z nas zamykało się w swoim pokoju, tylko babcia strofowała wuja Józefa, by dał ludziom żyć. I odkładał skrzypeczki, siadał w kuchni przy stole i trwał tak nieruchomo, aż babcia znowu się odzywała, że jak ma tak siedzieć, to lepiej, żeby grał. Ale tamtego lata umarł i dziadkowie pojechali na koniec świata, by go pochować.
W naszym tajnym bractwie ze szczególną uwagą śledziliśmy wszelkie poruszenia pana Łukasza Wichra. Przez cały tydzień notowaliśmy minuta po minucie jego rozkład dnia, który okazał się zadziwiająco regularny.
- Morderca musi być precyzyjny - wyjaśnił nam Kozioł Ostrowski.
W naszej rodzinie wszyscy pomarli, nawet wuj Józef. I nie wiadomo, na co umarł, bo zrobił to po cichu, w swej chałupce na skraju Rokicin, kiedy wszyscy spali. Ubrał się w najlepszą koszulę, położył na zaścielonym łóżku, na piersiach złożył swe stareńkie skrzypeczki i umarł. Może zjadł za dużo smażonej kiełbasy?
W naszym tajnym bractwie ze szczególną uwagą śledziliśmy wszelkie poruszenia pana Łukasza Wichra. Jego życie, z pozoru chaotyczne i mroczne, okazało się nad wyraz uporządkowane. Trochę nas to zaniepokoiło i Paweł postawił nawet pytanie, czy przypadkiem picie pana Łukasza Wichra to nie jest kamuflaż. Przecież pijaka nikt nie będzie podejrzewał o precyzyjne zabijanie ludzi. Może malarz udaje pijanego, a tak naprawdę całymi dniami chodzi trzeźwy? Trochę nas to przestraszyło, bo przecież trzeźwy w sobotę pan Łukasz Wicher zepsułby nam cały plan zamachu; po raz drugi, dodajmy. Jednak nasze wątpliwości rozwiał nieoceniony i przenikliwy Kozioł Ostrowski:
- Musi być prawdziwym pijakiem, bo przecież nasza teoria mówi, że zabija dla pieniędzy, których potrzebuje na wódkę. Gdyby nie potrzebował na wódkę, wówczas by nie zabijał, a zabija, więc musi pić.
Wróciliśmy do swych domów uspokojeni.
Na fotografiach pana Zygmunta jest cały świat, ale nie ma wuja Józefa. Pewnie dlatego, że Rokiciny są na końcu świata. Ale pamiętam, jak wyglądał ten sędziwy brat mojej babci. Był stary, siwy i nie miał zębów. Poruszał się sztywno i niezgrabnie, ciągle chodził ze skrzypcami i gwizdał pod nosem swoje oberki.
Na fotografiach pana Zygmunta jest cały świat, ale nie ma wuja Józefa. Ale nawet gdyby był, to i tak by go nie było, bo przecież na zdjęciach nie słychać oberków. A bez tych oberków wuja Józefa też nie było. Tamtego lata umarł i dziadkowie pojechali na koniec świata, by go pogrzebać.
Dziadkowie pojechali na koniec świata, był piątek, a piątek to dobry dzień na pogrzeby. W sobotę mieli wrócić, a w sobotę planowaliśmy w naszym tajnym bractwie dokonać zamachu na pana Łukasza Wichra. Tymczasem był piątek i byłem zupełnie sam. Kozioł Ostrowski pojechał na jeden dzień do dziadków, którzy mieszkali w Krzeszowicach, w starej kamienicy podobnej do naszej, ale gorszej. Dziadek Kozła Ostrowskiego nie był emerytowanym profesorem, lecz emerytowanym urzędnikiem leśnym, w tamtej kamienicy nie było ani skarbu pana Chodnikiewicza, ani malarza mordercy, choć podobno mieszkał jeden malarz pokojowy, który też pił. Ale Kozioł nie chciał jechać, bo wolał w naszej siedzibie oczekiwać na sobotnie wydarzenia. Pawła też nie było, bo w każdy piątek odwiedzał chorą babcię i tak zostałem na podwórku zupełnie sam, bo wszyscy pojechali do starych ludzi.
Dziadkowie pojechali na koniec świata, a ja siedziałem sam na podwórku i czekałem, aż pani Genowefa zawoła mnie do swego mieszkania, gdzie miałem spać. Robiło się szaro, a ja czekałem, taki sam i opuszczony, bo moi dziadkowie pojechali pogrzebać wuja Józefa, a Kozioł pojechał do Krzeszowic, a Paweł pojechał do swej babci nie wiadomo gdzie. I wyobraziłem sobie starego wuja Józefa, który przez lata mieszkał samotnie w maleńkiej chałupce na skraju Rokicin, którą znałem tylko ze smutnych opowieści babci, i poczułem się jak on, zagubiony w samym sercu świata, pod starym jesionem na podwórku naszej kamienicy.
Dziadkowie pojechali na koniec świata, a pani Genowefa zawołała mnie wreszcie do swego domu. Poszedłem z ociąganiem, stopień za stopniem, noga za nogą, jakby bolała mnie noga i jakbym nie mógł przez to szybciej iść. Wolno zjadłem kolację, która mi nie smakowała, bo pani Genowefa specjalnie na tę okazję otwarła konserwę z mielonką, a przecież moja babcia mówiła, że konserwy to największe zło. U nas w domu nie jadało się konserw. Konserwami żywił się pan Łukasz Wicher, ale on pił i był mordercą. I konserwami żywiła się pani Genowefa, która chodziła w podomce wydzielającej nieprzyjemny zapach. W całym mieszkaniu czułem ten zaduch i współczułem Zosi o smutnych oczach, że musi tu mieszkać. Rozumiałem, dlaczego czyta tyle książek.
Dziadkowie pewnie pogrzebali już na końcu świata sędziwego wuja Józefa, a pani Genowefa zmyła po kolacji i zaczęła napuszczać wodę do wanny. Przez otwarte drzwi słychać było odgłos wody, a do przedpokoju wydostawały się kłęby pary. Wreszcie pani Genowefa zakręciła kurki i powiedziała:
- No, dzieci, czas na kąpiel.
Zachowałem się bardzo uprzejmie, bo powiedziałem, że Zosia jest dziewczyną i że powinna iść pierwsza.
- Pierwsza? - zdziwiła się pani Genowefa. - Razem się wykąpiecie.
Skuliłem się na krześle i powiedziałem cicho, że Zosia jest przecież dziewczyną i nie możemy razem.
- Nie macie się jeszcze czego wstydzić, a ja nie będę dwa razy wanny napełniała.
Pokornie poszliśmy do łazienki, a pani Genowefa zatrzasnęła za nami drzwi; wokoło było pełno pary.
W naszym bractwie następnego dnia mieliśmy otruć pana Łukasza Wichra.
Zosia miała smutne oczy i zaczęła ściągać sukienkę w kwiaty. Odwróciłem się grzecznie do ściany. Usłyszałem plusk i zacząłem się wolno rozbierać.
W naszym bractwie następnego dnia mieliśmy otruć pana Łukasza Wichra.
Dziadkowie pewnie pogrzebali już wuja Józefa, a ja, zakrywając się nieudolnie rękami, wszedłem do gorącej wody i od razu usiadłem. Myliśmy się w milczeniu, sumiennie namydlając się gąbkami. Patrzyliśmy sobie w oczy, czując porozumienie, które łączy wszystkich upokorzonych.
Zosia miała smutne oczy, ale nagle zaczęła się śmiać, ochlapała mnie wodą i zapytała:
- A co tam masz?
- Gdzie? - zapytałem, zasłaniając się na wszelki wypadek gąbką.
- Tu! - powiedziała Zosia, zanurzając rękę między moje nogi.
Chciałem wyskoczyć z wanny, ale zostałem. Pozwoliłem, aby ciekawe dłonie Zosi dotykały mnie, choć udawałem, że uważnie myję sobie szyję.
- Jak chcesz, to ci też pokażę - powiedziała Zosia, wstając z wody.
Tamtego wieczoru kąpaliśmy się długo, oglądając się i dotykając w rejonach, które wcześniej nie znały takiego dotyku. Wszystko było nowe i ciekawe. Nasze ciała nie przypominały ciał dorosłych ludzi, choć widzieliśmy już na nich pierwsze oznaki, że przestajemy być dziećmi. Woda dawno wystygła, ale nam to nie przeszkadzało, tylko mydliliśmy się nawzajem, czule i dokładnie, a potem spłukiwaliśmy pianę i patrzyliśmy, jak woda odsłania zakazane rewiry.
Zosia miała oczy, które błyszczały, kiedy szliśmy w piżamach do pokoju, wypełnieni po brzegi naszą tajemnicą. Pani Genowefa położyła nas na wersalce, a sama siadła przed telewizorem i oglądała zagraniczny serial.
My tymczasem leżeliśmy, trzymając się za ręce i patrzyliśmy sobie głęboko w oczy. A potem pocałowaliśmy się tak, jak dorośli ludzie na filmach. Pulsowałem jakimś dziwnym, nieznanym rytmem i czułem, że przez Zosię przepływają takie same prądy i drżenia. Okryci wspólną kołdrą, zaczęliśmy znów się dotykać, przedzierając się przez grube warstwy piżam. Nie mieliśmy jeszcze słów na nasze dotknięcia i na miejsca, które tak ciekawie badaliśmy nawzajem. Ale słowa były niepotrzebne, bo nigdy nie są potrzebne.
Zosia miała błyszczące oczy, kiedy zapytałem ją, próbując wydobyć pierwsze słowa przez zaschnięte gardło:
- Chcesz być moją żoną?
- Taką na zawsze?
- Tak.
- Tak.
- To ja będę twoim mężem.
Pocałowaliśmy się jeszcze raz, już jako mąż i żona, i zasnęliśmy z rozpalonymi policzkami, trzymając się za ręce.
A następnego dnia dziadkowie wrócili z końca świata i musiałem wrócić do domu.
W naszym bractwie tego dnia mieliśmy otruć pana Łukasza Wichra.
Zosia miała oczy zmęczone, kiedy rankiem siedliśmy do śniadania w kuchni pani Genowefy. Jedliśmy chleb z dżemem i piliśmy kawę zbożową, i nie było już między nami tamtego pulsowania co w nocy. Trochę zawstydzeni, patrzyliśmy dzisiejszymi oczami na wczorajszą bliskość, zakłopotani jej wspomnieniem. Chcieliśmy jej, ale w świetle dnia wyglądała nam na nierzeczywistą, bladą jak stara fotografia. Poparzyłem sobie usta kawą i unikałem wzroku Zosi, której oczy nie były ani wesołe, ani smutne.
Po śniadaniu wyszedłem od mojej Zosi, nie mówiąc jej nic o naszej akcji. To była moja tajemnica i nie mogłem zrzucać jej na nią. Chcieliśmy się uściskać, ale nie potrafiliśmy, więc tylko nasze dłonie niezręcznie się musnęły, podczas gdy wzrok dalej uciekał.
W naszym tajnym bractwie tego dnia mieliśmy otruć pana Łukasza Wichra. Kozioł Ostrowski i Paweł jeszcze nie wrócili, moi dziadkowie dopiero jechali z końca świata, więc wdrapałem się na stary jesion i obserwowałem, czy pan Łukasz Wicher nie wychodzi. Znowu byłem sam na szarym podwórku, skryty w gałęziach. Koło południa na podwórko wyszła Zosia z książką, jak zwykle usiadła na ławce i zaczęła czytać, przebiegając smutnymi oczami rzędy liter. Wiedzieliśmy nawzajem o swej obecności, ale każde z nas kurczowo trzymało się swego miejsca. Gdyby patrzyło na nas ze strychu jakieś tajne bractwo, to na pewno nikt nie zanotowałby w dzienniku obserwacji, że jesteśmy mężem i żoną. Świat był taki jak wczoraj i nie zmieniło się nic.
Zosia miała smutne oczy, sukienkę w kwiatki i czytała książkę, oprawioną w pakowy papier.
W naszym tajnym bractwie tego dnia mieliśmy otruć pana Łukasza Wichra. Malarz wyszedł na ulicę S. wczesnym popołudniem, moi dziadkowie jeszcze nie wrócili, więc obiad zjadłem z Pawłem i Anią, która patrzyła na mnie, jakby w ogóle nie pamiętała, że ją kiedyś podglądaliśmy. Uśmiechała się zupełnie zwyczajnie, nawet dolała mi zupy ogórkowej i żartowała. Obydwie dziewczyny w naszej kamienicy udawały, że nic się nie zmieniło. Potem z Kozłem i Pawłem poszliśmy na podwórko, gdzie bez słowa czekaliśmy na powrót pana Łukasza Wichra. Dzień kapał powoli, sobota była gorąca, dziadkowie wrócili przed kolacją, a wraz z nimi zataczający się pan Łukasz Wicher. Razem weszli w bramę, jakby się wcześniej spotkali, jakby razem wracali z końca świata, z pogrzebu wuja Józefa. Kiedy malarz poczłapał do swej pracowni, przywitałem się z dziadkami i wróciłem do członków mego tajnego bractwa.
W naszym tajnym bractwie tego dnia mieliśmy otruć pana Łukasza Wichra, pijaka i mordercę, ale o tym nie rozmawialiśmy. Wyczekaliśmy, aż zaśnie i po dwóch kwadransach od jego powrotu ruszyliśmy schodami na górę. Nogi nam ciążyły i drżały, szliśmy wolno, stopień za stopniem, a stare secesyjne schody skrzypiały pod naszymi sandałami. Każdy z nas kilkakrotnie chciał zawrócić, ale nie mogliśmy się już wycofać. Mozolnie pięliśmy się przez kolejne piętra, uczepieni poręczy, poprawiający sprzączki w butach, przygładzający włosy i odpoczywający co chwila, choć tego nie potrzebowaliśmy. Z trzeciego piętra ruszyliśmy węższymi schodami na strych, gdzie były drzwi do pracowni malarza. Przed ostatnim podejściem Kozioł Ostrowski powiedział szeptem, który zmroził nas do reszty, że zamienił środki przeczyszczające na trutkę na szczury.
- Koniec z półśrodkami - powiedział wyschniętym na wiór głosem.
W naszym tajnym bractwie mieliśmy za chwilę otruć pana Łukasza Wichra, otruć na śmierć. Nie było odwrotu i ruszyliśmy na ostatnie stopnie.
Zosia miała smutne oczy i tylko te oczy widziałem, wspinając się z kolegami.
W naszym tajnym bractwie mieliśmy za chwilę otruć pana Łukasza Wichra, otruć na śmierć. Drzwi były uchylone i pchnęliśmy je lekko. Weszliśmy do dużego pomieszczenia, oświetlonego słońcem zachodzącym nad dachami Krakowa. Było ogniście i jasno. Wszędzie wisiały obrazy, smutne Matki Boskie i ukrzyżowani Chrystusowie. Wszyscy ciemni, mroczni, wiszący aż po więźbę dachu. Setki oczu świętych, proroków i patriarchów patrzyło na nas, mijaliśmy przerażeni stacje drogi krzyżowej i kolejne Golgoty. Na jasnej podłodze z desek stały rzędami, jak armie wojsk przed bitwą, puste butelki po wódce i winie, zielone, białe i brązowe, uporządkowane wedle koloru i wielkości. Pomiędzy nimi była wąska ścieżka prowadząca na sam koniec pracowni, skąd zza kotary dochodziło chrapanie pana Łukasza Wichra. Szliśmy krok za krokiem, wstrzymując oddech, szliśmy gotowi do ucieczki, a Kozioł Ostrowski wyjął z kieszeni buteleczkę z trutką na szczury i niósł ją przed sobą, prowadząc nas do celu.
W naszym tajnym bractwie zaraz mieliśmy otruć pana Łukasza Wichra na śmierć, ale potknąłem się nagle i oparłem o Pawła, który szedł przede mną. On zachwiał się i trącił stojące blisko naszych stóp butelki, a te trąciły następne i w jednej chwili pracownię pana Łukasza Wichra wypełnił gruchot przewracających się szklanych armii, a my w popłochu, krzycząc, zagłuszani przez brzęk szkła, rzuciliśmy się do ucieczki. Jeden przez drugiego, byle dalej od pracowni, od malarza pijaka, od wielkich i smutnych oczu czarnych Madonn. Biegliśmy, a pracownia nie chciała się skończyć, ja zostałem w tyle i usłyszałem, że pan Łukasz Wicher wstaje i coś do nas krzyczy, ale nie słyszałem słów, tylko sam krzyk. Biegłem już na oślep, Kozioł z Pawłem przede mną, dopadliśmy drzwi, serca nam biły, nasze tajne bractwo uciekało, wpadliśmy na schody, a ja się potknąłem o próg, znowu się potknąłem, ale tym razem nie było przede mną Pawła, bo Paweł był już w połowie schodów, więc poleciałem jak długi w dół, uderzając o stopnie, aż znalazłem się na dole. Poczułem silny ból w nodze i zacząłem płakać, a moi przyjaciele, członkowie tajnego bractwa, biegli dalej, nie czekając na mnie, w dół krętą secesyjną klatką, a ja nie mogłem się ruszać, tylko leżałem pod ścianą i ze strachem patrzyłem na schody, na których szczycie stał półnagi pan Łukasz Wicher.
Pan Łukasz Wicher, który był malarzem, choć na co dzień niewiele na to wskazywało, zaczął schodzić ku mnie, a ja płakałem i wołałem dziadków, a on schodził stopień za stopniem, półnagi, rozczochrany i pewnie pijany, a ja płakałem i darłem się wniebogłosy, bo noga bolała i nie mogłem się ruszyć, a on schodził i był coraz bliżej. I podszedł do mnie, wziął mnie na ręce i powiedział:
- Już dobrze, już dobrze, moje dziecko.
I zaniósł mnie na pierwsze piętro, do mieszkania moich dziadków i tam położył ostrożnie na łóżku, a ja tylko słyszałem przez łzy, jak dziadek w wielkim korytarzu dzwoni na pogotowie i do moich rodziców.
Tamtego lata nie otruliśmy pana Łukasza Wichra, a nasze tajne bractwo nagle przestało istnieć; Zosia nadal miała smutne oczy i czytała książki, mój dziadek co rano chodził na Kleparz, a babcia z upodobaniem nawiedzała krakowskie cmentarze.
Na fotografiach pana Zygmunta jest cały świat, ale wiele lat później, siedząc na schodach i przeglądając stary album mojego dziadka, na żadnym zdjęciu nie mogę odnaleźć siebie.
Nazywam się Bartłomiej Chochoł i jestem niedoszłym bohaterem narodowym. Zamknąłem album z fotografiami pana Zygmunta, a wyjęty ze skrzynki list od Zosi schowałem do kieszeni. Wróciłem do naszego domu i znalazłem się w samym środku czasu minionego, zastygłego w bryłach pomieszczeń. W sypialni mój dziadek umierał na starość, w salonie ojciec próbował stworzyć świat na nowo, w gabinecie matka uwalniała demony przeszłości, a w kuchni babcia ratowała zagrożony porządek. Spiżarka i służbówka wypełnione były historiami zupełnie prywatnymi.
W sypialni leżał dziadek, który postanowił pogodnie umrzeć na starość.
- Prawdziwi patriarchowie zawsze czują, kiedy nadchodzi kres - powiedział pewnego listopadowego poranka do babci, która zapytała go, dlaczego nie wstaje z łóżka.
Od tego dnia zaczęło się jego długie umieranie.
W salonie ojciec próbował stworzyć świat na nowo, zaczynając od lżenia świata starego.
W gabinecie matka uwalniała demony przeszłości, które przez lata leżały uśpione na dnie szuflady, bo nigdy nie było czasu, by je przebudzić.
W kuchni babcia ratowała zagrożony porządek, widząc chaos, który z wolna ogarniał inne części domu. Najpierw prosiła swą rodzinę o spokój, ale to niewiele dawało. Dziadek nadal umierał, matka uwalniała demony, a ojciec z ogniem w oczach kreślił szkice wielkich przemian, które miały zmieść stary świat, przynajmniej w naszym mieszkaniu.
Spiżarka i służbówka wypełnione były historiami zupełnie prywatnymi.
W gabinecie matka uwalniała demony przeszłości, uśpione przez lata w szufladach. Wcześniej zawsze coś stało na przeszkodzie, zawsze jakaś praca, jakieś obowiązki, bo trzeba zarabiać, bo stan wojenny, bo ja byłem mały, bo kolejki w sklepach. Ale teraz więzione duchy musiały się wydostać i matka czuła, że dłużej ich nie powstrzyma.
W sypialni leżał dziadek, który cicho i ze spokojem umierał na starość, otoczony troskliwą opieką rodziny.
W salonie ojciec próbował stworzyć świat na nowo, bo stary uznał za umarły.
W kuchni babcia ratowała zagrożony porządek wszystkimi obrzędami, jakie znała.
Spiżarka i służbówka wypełnione były historiami zupełnie prywatnymi.
W gabinecie matka uwalniała demony przeszłości, otwierając szuflady na oścież i wertując książki w poszukiwaniu pozostawionych między stronami fiszek.
W kuchni babcia ratowała zagrożony porządek, gdyż tylko tam sięgała jej władza. Panowała za to niepodzielnie, stając się ostoją domowego ładu. Czuliśmy się bezpiecznie, siadając wokół stołu, skąd rozchodziły się swojskie zapachy potraw znanych i tradycyjnych. Tu nikt nie opowiadał o swoich sprawach, zostawiając je za progiem kuchni.
W sypialni mój dziadek umierał na starość i wszyscy, nie wyłączając jego, byli z tym pogodzeni.
W gabinecie matka uwalniała demony przeszłości, bo nie mogła się pogodzić z tym, że uwięziła je na tyle lat.
W kuchni babcia ratowała zagrożony porządek, robiąc to, co potrafiła najlepiej. Gotowała obiady, odgrzebując najstarsze domowe receptury i z żelazną konsekwencją przestrzegała pór wydawania posiłków. Gromadziła nas wszystkich przy kuchennym stole, bo tylko on gwarantował dawną stałość, i ubolewała, kiedy kogoś przy nim zabrakło.
W sypialni leżał dziadek, który cicho i ze spokojem umierał na starość, otoczony troskliwą opieką rodziny. Co jakiś czas pozwalał sobie na pogodny szantaż i przywoływał któregoś z domowników do łoża, by snuć wokół niego pajęczynę swych opowieści.
W salonie ojciec próbował stworzyć świat na nowo, bo według niego stary świat umarł. Chodził samotnie po wielkich przestrzeniach pokoju i trącał z nienawiścią meble.
- Wszystko martwe, wszystko strupieszałe! - krzyczał.
W gabinecie matka uwalniała demony przeszłości, a one wychodziły z szuflad, rozprostowywały pomięte surduty i z wolna wracały do swego widmowego życia.
W kuchni babcia ratowała zagrożony porządek, jednak z każdym dniem widziała, jak jej dom pochłania chaos, nad którym nikt nie ma kontroli. Regularne posiłki stały się fikcją. Dziadek jadał w łóżku, i zanim my zasiedliśmy do obiadu, babcia stawała na czele procesji, która zanosiła mu niewielką porcję na srebrnej tacy, którą tak lubił. Potem wracaliśmy do kuchni i patrząc na puste miejsce po dziadku, w milczeniu zjadaliśmy przyrządzane przez babcię potrawy.
W sypialni leżał mój dziadek i wydawał domownikom dyspozycje, uprawomocnione umieraniem. Kazał wyjąć z szafy i wyczyścić swój galowy mundur rotmistrza ułanów, w którym miał być pochowany. Sukno śmierdziało naftaliną, a amarant zdążył dawno wypłowieć. Dziadek kazał powiesić mundur na drzwiach szafy i spoglądał na niego z dumą, wzdychając do dawno minionych historii.
W salonie ojciec obwieszczał śmierć starego świata, obwieszczając to głównie sobie samemu. Kopał w meble i na cały głos gardził czasem, który skostniał w wielkim pokoju naszego mieszkania:
- Jak przed wojną, nawet palma ta sama, jak przed wojną! - mruczał coraz ciszej, zniechęcony brakiem reakcji.
Reszta domowników starała się omijać to pomieszczenie, choć niestety ominąć się go nie dało; można było tylko przemykać po jego obrzeżach.
W kuchni babcia robiła, co mogła, by degradacja świata wokoło nie dotarła do tego pomieszczenia. Ustanowiła kuchenny stół stolicą naszego domu i wedle niego określała wszystkie targane wojnami prowincje. Jednak duch dziejowy wywiewał jej nadzieję w odległe regiony i w tym rodzinnym mateczniku robiło się coraz bardziej pusto. Ojciec przestał się pojawiać i trzeba mu było zanosić dania do salonu, gdzie stygły na uboczu jego twórczego szału. Matka zapamiętywała się w gabinecie w swych egzorcyzmach przeszłości i często nie słyszała nawoływań babci, która przyzywała rodzinę głosem coraz słabszym i tonem pozbawionym złudzeń.
Spiżarkę i służbówkę wypełniały wydarzenia zupełnie prywatne, choć dla niektórych domowników nie pozbawione istotnego znaczenia.
W sypialni mój dziadek umierał na starość, pogodnie wspominając liczne wojny, w których brał udział, i wymieniając bez zająknienia ordery, które mu przyznano. Nic go nie bolało, tylko twierdził, że czuje, jak paruje z niego życie. Na dowód tego pokazywał pod światło swe pomarszczone dłonie, które robiły się coraz bardziej przeźroczyste. Słabe jesienne światło przebijało przez nie, a pod skórą mogliśmy zobaczyć wszystkie kości i krew, wolno pulsującą w niebieskich żyłkach.
W salonie ojciec sprawdzał puls starego świata, oglądając sprzęty i meble:
- Tu nie ma życia, ten dom umarł lata temu!
Na dowód wyszukiwał w albumie dziadka nieliczne fotografie poświęcone naszemu mieszkaniu, udowadniając, że w pokoju nie zmieniło się nic.
- Muzeum! Skansen! Dekoracja teatralna! - piętrzył inwektywy, które trafiały w próżnię.
W gabinecie matka z wolna oswajała się z uwolnionymi demonami. Jak przed laty prowadziła długie rozmowy ze Słowackim i Mickiewiczem, śledząc główne linie napięć pomiędzy nimi i odtwarzając pogmatwane historie ich wieloletnich wojen.
W sypialni mój dziadek umierał na starość, a na krzesłach rozłożone były poduszki, do których kazał przypiąć wszystkie zgromadzone przez ostatnie lata ordery. Kolekcja wyglądała imponująco, a mój dziadek potrafił opowiedzieć historię każdego ze swych odznaczeń.
Spiżarkę i służbówkę wypełniały wydarzenia zupełnie prywatne, choć dla niektórych domowników nie pozbawione istotnego znaczenia.
W sypialni mój dziadek umierał na starość i nie pozwolił przyprowadzić do siebie lekarza.
- To nie kwestia medycyny, tylko metafizyki! - mówił stanowczo, choć głosem słabym.
W kuchni babcia ratowała, co mogła, ale na metafizykę nie było rady.
W salonie ojciec sprawdzał puls starego świata.
- Tętno nitkowate! - krzyczał.
Miotał się po całym pokoju, wpadał na meble i prowadził ze sobą płomienne polemiki. Przekonywał sam siebie, choć argumentów nie potrzebował i wynajdywał nowe, choć nie było polemistów na horyzoncie. Mimo to czuł jakąś potrzebę umacniania swych intuicji i ciągłego podtrzymywania się na duchu.
W gabinecie matka uwolniła swoje demony, wypuściła je z szuflad, swoich notatek i tekstów romantycznej poezji. Odtąd w naszym domu znów spierali się Mickiewicz ze Słowackim, matka podżegała ich do walki, pilnie notując rzucane przez nich w emocjach słowa.
W sypialni umierał mój dziadek, kościelnym dzwonkiem, który nie wiedzieć skąd zawieruszył się w naszym domu, przywołując domowników. Szliśmy do jego łoża niechętnie, pewni, że przykuje nas do siebie swoimi opowieściami, wyjawianymi pod pieczęcią agonii.
- Nie zabiorę ich do grobu - zaczynał, kiedy poprawialiśmy mu poduszki.
U jego łóżka przepadały nam całe godziny, pożerane przez piętrzące się historie. Mnie opowiadał o swej wojnie, której nie skończył wraz z kapitulacją Polski. Kiedy 9. Pułk Ułanów Małopolskich z Trembowli złożył broń, on na czele swej roty ruszył na południe i ukrył się w karpackich lasach. Zapadł w Huculszczyznę, gdzie górale przyjęli go jak swego. Zaznał prostego życia, miał kochankę Hucułkę, dziewczynę o jednym oku zielonym, a drugim złotym. Tańczył, pił i walczył, a Huculi czcili go jak bohatera, układając o nim pieśni, jak niegdyś o Oleksie Doboszu.
W kuchni babcia ratowała rozpadający się świat, w milczeniu przyjmując secesję kolejnych prowincji. Nie miała kościelnego dzwonka, by wzywać nas do stołu, więc o oznaczonej porze siadała i sama zjadała zupę, a nasze porcje stygły w fajansowych talerzach.
Spiżarkę i służbówkę wypełniały wydarzenia zupełnie prywatne, choć dla niektórych domowników nie pozbawione istotnego znaczenia. Trudno też ustalić, czy miały jakikolwiek wpływ na wielką historię, która rozgrywała się w salonie, sypialni, gabinecie i kuchni.
W gabinecie demony uwolnione przez matkę okładały się pieśniami i rapsodami, brały na świadków prosty lud i jego pogańskie obyczaje. Mickiewicz zajął skromny bastion na parapecie, kryjąc się między paprocie, a Słowacki rozparł się w fotelu dziadka, mnąc porozkładane na skórzanym obiciu sterty notatek.
Matka zza biurka dziadka zerkała to ku jednemu, to ku drugiemu, schylając często głowę, by nie dostać rykoszetem ich improwizowanych polemik. Cały czas jej palce stukały w klawiaturę dziadkowej maszyny do pisania, a gęsto zapisane kartki układane były na dnie tekturowej teczki wiązanej na szkarłatną tasiemkę.
W salonie ojciec próbował stworzyć świat na nowo, bo stary uznał za definitywnie wyczerpany. Przesuwał meble po całym pokoju, piętrzył fotele i sofy, biedna przedwojenna palma wędrowała po wszystkich kątach. O najdziwniejszych porach dnia i nocy po dębowym parkiecie, którego klepki rozeschły się i skrzypiały lękliwie, jeździły sprzęty nieruszane od lat. Każda nasza wizyta w salonie trafiała w inną konfigurację.
W sypialni mój dziadek umierał na starość, a ja u jego łoża słuchałem opowieści o czasach wojny, przerywane w najciekawszych momentach przez niepohamowane drzemki, w które zapadał mój dziadek. Kiedy się budził, wracał do zgubionego wątku jak pająk wracający do snucia sieci.
Ukrywany przez Hucułów, nękał Niemców i Sowietów, zadając wrogowi dotkliwe straty. Bano się go na nizinach, a on nigdy dwa razy nie spał w jednym miejscu, by zmylić pościg. Przemieszczając się od grażdy do grażdy, wymykał się obławom, a okoliczna ludność bez słowa udzielała mu pomocy. Jego żołnierze szli wiernie za swym rotmistrzem, rozbijając oddziały okupantów.
W kuchni babcia wiedziała, że nie uratuje porządku dawnego świata, dlatego w milczeniu robiła swoje, nie zważając na dochodzące zewsząd odgłosy wojny. Umieranie wyłączyło dziadka z codziennych zakupów, więc po śniadaniu to babcia ubierała płaszcz i beret, po czym ruszała spokojnie na Kleparz i kupowała produkty niezbędne do kuchni. Wracała, nie nękając nikogo, i siadała na zydelku, obierając ziemniaki, a brudne obierki spadały na rozłożoną gazetę. W garnkach dusiły się bitki, kiszona kapusta wesoło podbijała pokrywkę, a babcia w skupieniu koncentrowała się na swych gospodarczych obrzędach.
Spiżarkę i służbówkę pozostawiono życiu prywatnemu, a ja tam odnajdywałem się najlepiej, z dala od wielkiej historii i dziejowych burz, które targały naszym domem.
W salonie ojciec próbował stworzyć świat na nowo i w tym celu musiał rozpętać wojnę, którą jednostronnie wypowiedział starym meblom i usankcjonowanemu porządkowi. Zmuszał domowe sprzęty do ustawicznych migracji, stłaczał je w gettach, stygmatyzował przylepianymi plastrem kartkami: "do wyrzucenia" albo "do wykorzystania tylko po gruntownej przeróbce". Organizował łapanki na uwolnione z szuflad przedmioty, bezbronne i wysiedlone ze swych domostw.
W gabinecie matka uwolniła demony przeszłości, które zwarły się w swym odwiecznym uścisku, nie mogąc znaleźć wyjścia z wzajemnego uzależnienia. Ich walkami karmił się zarzucony przed laty doktorat matki, pęczniejąc z każdym dniem. Mickiewicz dobrze czuł się na swym parapecie, spoglądając melancholijnie na jesienne podwórko. Coraz częściej puszczał mimo uszu pełne kunsztu improwizacje Słowackiego, jakby sprawy najwyższej wagi, o które przez tyle lat toczyli boje, w ogóle go nie interesowały. Słowacki widząc brak oporu, poszerzał swoją strefę wpływów, przesuwając mozolnie ciężki fotel w stronę biurka, przy którym pisała moja matka. Familiarnie szeptał jej do ucha własną wersję wydarzeń, co chwila zerkając na zapatrzonego w listopad Litwina.
W sypialni dziadek umierał na starość, racząc nas wszystkich kordialnymi opowieściami o swym bohaterstwie.
W kuchni babcia, która nad łuskaną fasolą i krojoną cebulą nie przestawała szukać jakiegoś ratunku dla dawnego porządku, pozostała zupełnie sama. Dziadek umierał, ojciec niszczył, a matka zatracała się w tańcach z wieszczami.
W salonie ojciec próbował stworzyć świat na nowo, wprawiając meble w nieustanny ruch. Pianino, serwantka i fotele krążyły po nieznanych nam orbitach wokół mojego ojca, który był środkiem salonu i słońcem oświetlającym nowe przestrzenie.
- A co powiecie na to? - pytał triumfalnie ze szczytu szafy, którą morderczym wysiłkiem zaciągnął z korytarza pod najdłuższą ścianę salonu.
Stał ponad naszymi głowami spocony, z zakasanymi rękawami flanelowej koszuli, z tym tajemniczym błyskiem w oku, który zawsze zwiastował nadejście wydarzeń ważnych i groźnych zarazem.
W sypialni opowieści umierającego dziadka soczyście barwiły wojnę, malowaną dotychczas w czarno-białych tonacjach.
W kuchni babcia nagle przypadkiem została ocalona. Pewnego dnia wracała z zakupów, kiedy na schodach spotkała drzemiącego jenerała Sowińskiego. Otulony wojskowym płaszczem, kuląc protezę, przycupnął na skraju naszego domu, kryjąc się przed jesiennym deszczem. Babcia zaprosiła go do kuchni na obiad, a jenerał przyjął zaproszenie.
W gabinecie na stałe zamieszkali Mickiewicz ze Słowackim, a babcia wzruszyła tylko ramionami i zaczęła gotować również dla nich. Słowacki był wprawdzie na diecie, ale mimo to zjadał pełne talerze, chwaląc gospodynię i wynosząc pod niebiosa jej kulinarny kunszt. Robił to z dużym wdziękiem, wiążąc komplementy w eleganckie rymy. Mickiewicz natomiast, co wszystkich dziwiło, jadał mało, a po jego niegdysiejszej niedźwiedziej posturze pozostało tylko wspomnienie.
Babcia jednak trochę obawiała się nieco gburowatego Litwina i chętniej troszczyła się o bladego Juliusza. Potajemnie przynosiła mu co wieczór słoik konfitur, które ten wyjadał nocami, skulony za wielkim skórzanym fotelem dziadka.
W sypialni opowieści dziadka oswajały jego samego z czarną pustką śmierci.
W kuchni babcia oswajała nowy porządek, codziennie goszcząc na obiedzie jenerała Sowińskiego. Starzec o drewnianej nodze korzystał z zaproszeń, a drugiego dnia nawet przyniósł babci bukiet chryzantem, bo był listopad.
Spiżarkę i służbówkę pozostawiono życiu prywatnemu, a ja tam odnajdywałem się najlepiej, z dala od wielkiej historii i wojen, które przetaczały się przez nasz dom. Schodziłem z głównych linii frontów i zastygałem na całe dni w tych porzuconych przez dzieje pokoikach, gdzie nie działo się nic powszechnego, gdzie ewentualne napięcia miały charakter osobisty i bardzo intymny.
W salonie mój ojciec niestrudzenie stwarzał świat na nowo, wciąż niezadowolony z dotychczasowych rezultatów. Tamtej jesieni wszystkie meble kilkadziesiąt razy zmieniły swoje miejsce, zostawiając na parkiecie ostre od drzazg rany. Wreszcie wszystkie zostały upchnięte w innych pomieszczeniach, dezorganizując i tak trudne życie. A ojciec siedział na środku pustego salonu, delektując się pogłosem, którym pustka obdarowywała najcichszy nawet szept. Siedział jak medytujący mnich i co chwila klaskał, a powietrze wokół niego drżało.
W gabinecie na stałe zamieszkali Słowacki z Mickiewiczem, a matka na wszelki wypadek zamykała ten pokój na klucz jakby w obawie, że szaleństwo ojca może zagarnąć jej prywatne królestwo, w którym odnalazła siebie samą z dawnych lat, kiedy była studentką mego dziadka i należała do elitarnej grupy uczestników jego prywatnych seminariów. Co dwa tygodnie przychodziła do salonu przy ulicy S., który teraz mój ojciec obracał w gruzy, uwiedziony własnymi projektami.
W sypialni mój dziadek umierał na starość, usypiając nad swymi opowieściami; budził się i podejmował przerwany wątek, a ja słuchałem otępiały, błądząc myślami w innych rejonach.
W końcu Huculszczyzna przestała być bezpieczna, więc rotmistrz Chochoł na czele swych partyzantów ruszył karpackimi graniami w stronę Tatr, stając się bohaterem Czarnohory, Gorganów, Bieszczadów, Beskidów, Pienin i Gorców. Jego szlak bojowy wiódł przez przełęcze, a on wędrował na czele swej roty, niewidoczny dla wrogów, lecz kąsający skutecznie. Wreszcie dotarł w samo serce Tatr, a wojna się skończyła. Mój dziadek zdemobilizował siebie i swoich ludzi i wrócił w cywilnym ubraniu do Krakowa, gdzie przez całe lata milczał o swej wojennej przeszłości, pozwalając legendzie rotmistrza Chochoła zakurzyć się.
W kuchni babcia królowała nad kuchennym stołem. Po kilku dniach Sowiński przyprowadził jenerała Błędowskiego, który jeszcze nie oswoił się ze stratą nogi i budził powszechną litość. Podskakiwał niezdarnie, opierając się o ściany i otwarcie zazdrościł Sowińskiemu wspaniałej kuli. Błędowskiego babcia przyjęła równie życzliwie.
W salonie ojciec niestrudzenie stwarzał świat na nowo, codziennie objawiając nam nowe projekty.
- Wszystkie meble przez okno na podwórze! Wyrzucić, podpalić i rozsypać popioły! - wydawał rozkazy niewidzialnym podkomendnym.
Na podłodze zaczęły się piętrzyć zwoje papieru, na których rozrysowywał swoje plany. Większość z nich kończyła jako szeleszczące kule ciskane po rogach pokoju. Chodziliśmy na palcach, bo czuliśmy, że pod sufitem zbierają się burzowe chmury. Ojciec planował potop, który miał zmienić oblicze naszego domu.
W gabinecie matka zakwaterowała na stałe Mickiewicza i Słowackiego, starając się z początku chronić ich przed destrukcyjnymi procesami, które w salonie uruchomił mój ojciec. Ratowała ostatnie szańce tamtej epoki, kiedy to w domu swego profesora spotkała jego syna, gdyż to spotkanie stało się początkiem burzliwej miłości, w której trwałość matka chciała dalej wierzyć.
W tamtych odległych czasach obydwoje chcieli zmieniać świat i burzyć dawne porządki, tylko mieli do siebie nawzajem więcej zaufania.
W sypialni umierał mój dziadek, a jak umierał, to się nie golił. Nie pozwalał też nikomu się dotknąć i po kilku dniach jego twarz pokryła się siwym zarostem. Domowników jednak najbardziej zdziwiło to, że jego łysa od dekad czaszka porosła srebrną szczeciną. Dziadek z zadowoleniem oglądał w lusterku swą przemianę, dumny z tego, że udało mu się ocalić na czarną godzinę włosy na głowie. Z każdym tygodniem stawał się jednak coraz bardziej obcy. Wąsy zasłoniły mu usta, policzki pokryła broda, a na ramiona zaczęły spływać platynowe loki. Nie znaliśmy go takim, nie znały go takim najstarsze zdjęcia, a przecież na fotografiach pana Zygmunta był cały świat. Dziadek przeobrażał się na naszych oczach.
W salonie ojciec stwarzał świat na nowo, rozluźniając na ten czas więzi ze światem już istniejącym. Jadł niewiele, nie golił się i nie mył, a flanelowa koszula niczym szmata do kurzu zbierała czarne kłęby przedwiecznych pajęczyn.
W kuchni babcia odzyskiwała władzę nad domowymi rytuałami. Po Sowińskim i Błędowskim niemal niezauważenie pojawili się jenerałowie Giełgud i Przebendowski. I wszystkie miejsca przy kuchennym stole zostały na nowo zajęte, tak że prawie nie zauważaliśmy nieobecności tych domowników, którzy z rozmaitych powodów przebywali poza naszą rodzinną stolicą. Jenerałowie przychodzili w galowych mundurach, trochę przeżartych przez mole, w przedpokoju zostawiali szable i nakrycia głowy, po czym wkraczali do kuchni, niosąc mojej babci bukiety cmentarnych kwiatów i francuskie komplementy kulinarne.
Spiżarka i służbówka stały się cichymi przytułkami spraw prywatnych, wypełnione intymnością i napięciami, które nie mogły przetrwać na głównych frontach domu.
W sypialni umierał dziadek, z każdym dniem coraz bardziej upodabniając się do biblijnego patriarchy, z czego był zresztą bardzo dumny.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki