WYGNANIE
Spryskawszy spirytusem lewe ucho brytyjskiego sierżanta, aby na sposób turecki usunąć szpetną kępkę włosów, fryzjer Awraham Bahar właśnie podpalał alkohol, gdy do zakładu wpadli dwaj mężczyźni w długich płaszczach i czarnych kapeluszach, wyciągnęli pistolety maszynowe, oddali serię i uciekli, acz dopiero po tym, jak jeden z nich zakrzyknął "Śmierć cudzoziemcom!".
Siła uderzeń pocisków sprawiła, że fryzjerski fotel obrócił się powoli, choć sierżant nawet nie drgnął. Gdy czerwona plama gwałtownie wykwitła na fryzjerskiej pelerynie, Awraham zdjął ją i zamarł. Ziejąca dziura odsłoniła śliskie wnętrzności, które powoli wylewały się na zewnątrz, jak węgorze, przedzierając się przez krew i opadając na nogi. Kiedy krwiste węże dotarły do butów sierżanta, fryzjer zwymiotował.
Awraham, który nigdy wcześniej nie był świadkiem śmierci, chwiejnym krokiem dopadł drzwi frontowych i wykrzyknął w deszcz wołanie o pomoc. Chwilę później usłyszał wycie syreny ambulansu. Żandarmi i pielęgniarze przepychali się przez tłum ciekawskich gapiów. Gdy przesłuchiwała go policja, poruszony Awraham chodził to w jedną, to w drugą stronę, powtarzając "wej iz mir" (biada mi). Czy może zidentyfikować mężczyzn? Dlaczego sierżant był w zakładzie sam? Gdzie są pozostali fryzjerzy?
- Mówię wam - powiedział śledczy - to mi wygląda bardziej niż podejrzanie. Wy i sierżant Jenkins sam na sam. Dwaj niezidentyfikowani mężczyźni dziurawią sierżanta, a wam nie spada włos z głowy. To pachnie zasadzką.
Zanim jeszcze policjanci wyszli, przykazawszy mu, aby był do ich dyspozycji na wypadek kolejnych przesłuchań, fryzjer zaczął typowy dla siebie rozbiór gramatyczny zdań. Jego matka, nauczycielka literatury, nauczyła go, że zarówno litery, jak i życie wymagają uważnego odczytywania. Gdyby jego ciotka nie odczytała znaczenia słów wymamrotanych przez księdza w kawiarni, rodzina nie uciekłaby z pogromu w Kiszyniowie w 1903 roku, wywołanego podburzaniem przez duchownych tłumu do mordowania Żydów. Za jej radą pan Bahar skłonił przekupstwem greckiego krawca, by ten ukrył ich w razie zamieszek. Awraham i jego rodzina uniknęli w ten sposób śmierci i uciekli do Tirany, gdzie osiedlili się i zmienili nazwisko w nadziei na życie wolne od antysemityzmu. Ale to było dwadzieścia osiem lat temu, gdy Awraham miał osiemnaście lat.
Teraz jednak Awraham musiał zmierzyć się z nową rzeczywistością. "Śmierć cudzoziemcom". Brak określnika wskazującego na konkretnych cudzoziemców oznaczała, że zabójcy życzyliby sobie usunięcia z kraju wszystkich nie-Albańczyków, nie tylko Brytyjczyków. Jego rodzice otwarcie mówili po rosyjsku i nie ukrywali faktu, że przybyli tu z Kiszyniowa. A co ze słowami policjanta, który właściwie oskarżył go o udział w jakiejś ukartowanej zmowie? "To wygląda mi bardziej niż podejrzanie". A to jego zagajenie: "Mówię wam" tylko podkreślało brak wątpliwości, że zabójcy mieli wspólnika. I nie zapominajmy o tym oskarżycielskim doborze słów - Awraham mówił sam do siebie. Słowa "dziurawić" wolał nawet nie tykać.
Następnego dnia, gdy szedł do pracy znajomą trasą przez bazar, z jego labiryntem brukowanych, krętych uliczek, przy zaporze drogowej zatrzymało go dwóch albańskich żołnierzy w źle dopasowanych mundurach i niewypastowanych skórzanych butach. Pod murem, przed rozłożonymi na tanich tureckich dywanikach własnoręcznymi haftami, siedziały skulone kobiety, owinięte od stóp do głów czarnymi burkami z wąskimi szczelinami na oczy. Naprzeciw nich, po drugiej stronie drogi, wielobarwna grupa innych sprzedawców oferowała węgiel, warzywa, kurczaki, jajka, owoce, drewno na opał, garnki, świecidełka, kosze i sznury. Odsłonięte były jedynie smagłe Cyganki, które przepowiadały przyszłość i miotłami na krótkich trzonkach zmiatały targowe odpadki. Z boku, pod dachem, lichwiarze targowali się o procent. Rząd, zdecydowany złapać zabójców, rozesłał ich opis i rozstawił zapory w całym trzydziestodwutysięcznym mieście.
- Dokumenty! - zażądał jeden z żołnierzy, założywszy ramiona i ukradkiem wystawiwszy dłoń, dając do zrozumienia, że nie pogardzi bakszyszem2.
- Pamiętam czasy, kiedy ludzie na swój widok uchylali czapkę na powitanie. A teraz żądają dokumentów... albo łapówki - zauważył Awraham, kiwając smętnie głową i sięgając po dokumenty.
- Tu durniu - powiedział drugi żołnierz. - My tylko zbieramy na biednych.
- Zapobieganie ubóstwu za pomocą jałmużny - stwierdził Awraham - jest równie skuteczne, jak robienie pocisków z gówna.
Cios w nos był tak szybki, że Awraham nawet nie zauważył, jak żołnierz zamachnął się kolbą karabinu. Klęcząc na ziemi, wycierał ręką krew z twarzy. Jak z oddali słyszał śmiech jednego z żołnierzy, gdy ten powtarzał z rozbawieniem: "pociski z gówna".
Dwa dni później zapłacił pokaźną sumkę dozorcy żydowskiego cmentarza za wieczystą opiekę nad kwaterą swoich rodziców. Stojąc przed ich marmurowymi płytami, bezgłośnie z nimi rozmawiał, pochylając się jedynie od czasu do czasu, aby wyrwać jakiś chwast. Gdy czytał daty ich śmierci, Estera Bahar, rok 1929, i Izaak Bahar, rok 1927, przypomniało mu się, jak chodził do jednej z klas swojej mamy w Tiranie, gdzie uczyła rosyjskiego i angielskiego, a jego ojciec strzygł na sposób turecki mężczyzn każdego wyznania: muzułmanów, chrześcijan i żydów. Pocieszył się myślą, że na wygnanie zabierze ze sobą święte wspomnienia i, oczywiście, pięknie wymalowaną matrioszkę, tę, którą matka ofiarowała mu na szóste urodziny, przedstawiającą baśniowy poemat Puszkina o Rusłanie i Ludmile. Matka Awrahama na przykładzie matrioszki uczyła go, że większość wielkich pisarzy, nawet niezrównany Szekspir, osadza swoje opowieści w rodzinie. Badając wzajemne więzi rodziców i dzieci oraz to, w jaki sposób ich poczynania dotykają pozostałych członków rodziny, a nawet obcych, pisarze tworzą dobrze osadzoną fikcję.
W drodze z cmentarza do domu Awraham czuł ciężar decyzji, której podjęcie było nieuchronne: czy zostać w Albanii, czy wyjechać do Rosji. Trudno mu będzie porzucić wygodny dom - miał łazienkę i piec kuchenny, salon i kominek - nawet jeśli przez jego kiepski cug dom wypełniał się dymem, który wyganiał skorpiony z ich kryjówek. Przynajmniej było go stać na kupno drewna, na co nie każdy mógł sobie pozwolić. A co najlepsze, dom miał duży ogród, z kilkudziesięcioma orzechami włoskimi, czereśniami, śliwkami, figowcami i różnymi drzewami z kolcami, ogrodzony wysokim ceglanym murem. Ogrodnictwo, swoją pasję, przyrównywał do fryzjerstwa. Oba zawody wymagały przycinania i przystrzygania, strzyżenia i cięcia, a także pewnego wyczucia kształtu i kompozycji. Niektóre drzewa zieleniły się nisko, inne wysoko, tak jak bokobrody, które niekiedy przystrzygał nad uszami, a niekiedy poniżej.
W dzielnicy żydowskiej Awraham słyszał plotki, że jednym srebrnym lichtarzem może opłacić podróż do Skopie. Tam współwyznawcy ukrywali taką osobę do czasu, gdy można było bezpiecznie przedostać się do Rumunii, później Mołdawii, a w końcu na Ukrainę, gdzie zaczęło powstawać nowe, demokratyczne społeczeństwo. Kiedy po raz pierwszy podzielił się swoimi przemyśleniami na temat emigracji z Rubinem Bélawitzem, snycerzem i swoim pulchnym powiernikiem od czasów młodości, Rubin przerwał mu szybko.
- Może i obalili cara, ale Rosja to nie raj. Jeśli tak myślisz, to chyba śnisz. Znasz to porzekadło: "Iwan zawsze pozostanie Iwanem".
Awraham w odpowiedzi wymienił nazwiska Żydów, którzy znaleźli się w nowym rządzie sowieckim: Kaganowicz, Kamieniew, Litwinow, Mechlis, Pauker, Radek, Swierdłow, Trocki, Uricki, Jakowlew, Zinowjew. Czy ich obecność nie była znakiem nowego porządku, takiego bez religijnej nienawiści? W końcu w Rosji Żyd może żyć bezpiecznie.
- Jeśli to taki wspaniały kraj, to dlaczego wszystkie zamieszkujące go inne narodowości, nie wyłączając Żydów, chcą mówić we własnym języku? Powinni przecież wszyscy cieszyć się z możliwości porozumiewania się jednym językiem? Masz szczęście, że znasz ten język... i jidysz.
- Umieramy tutaj, Rubinie. Albania umiera.
Przez wiele dni po tamtym makabrycznym morderstwie Awraham ze smutkiem wyglądał przez okno swojego zakładu fryzjerskiego, tego samego, który otworzył jego ojciec w cieniu meczetu. Gdy rozbrzmiewał donośny głos muezina, wzywającego wiernych do modlitwy, Awraham przypominał sobie starych muzułmańskich arystokratów, którzy zawsze domagali się idealnego strzyżenia i pachnideł dla swoich pięknie wymodelowanych bród. Ale to były dawne czasy, zanim światowy kryzys położył kres jedwabnym szatom i importowanym papierosom, a nawet pięknie umundurowanej straży pałacowej. Czasy, zanim albański rząd króla Zogu I został zmuszony do importu zboża z faszystowskich Włoch i do tańczenia tak, jak zagra mu Mussolini. Piękne powozy i zdobne piórami konie radośnie pobrzękujące uprzężą na ulicach zniknęły w czeluściach bankructwa Europy. Imponujące domy popadły w ruinę, ogrody zarosły i zdziczały. Zniknęli nawet profesorowie i poeci, którzy siedząc w zakładzie, zwykli przytaczać cytaty z gazet i wymieniać poglądy. Podobnie zresztą jak i same gazety publikujące powieści w odcinkach, zastąpione teraz patriotycznymi opowieściami sławiącymi zubożałą ojczyznę. Od dawna w zakładzie nie rozbrzmiewały polityczne spory pomiędzy Grekami, Rosjanami, Ormianami, Serbami, Megrelami, Azerami i Kurdami, którzy tłocząc się wokół węglowego piecyka i popijając herbatę, kłócili się o zalety niepodległości albo konfederacji. Wszystko się skończyło. Teraz fryzjerskie fotele i ławki stały puste, jak złowróżbny omen na przyszłość.
Awraham miał tylko jedną naches (pociechę) w tym wszystkim, gdy tak patrzył na porozrzucane przez wiatr śmieci i przyglądał się, jak dwóch mężczyzn bije się o ścierwo zdechłego kota. Dzięki Bogu, jego rodzice nie dożyli tych niespokojnych czasów: faszyzm we Włoszech, nazizm w Niemczech, niepokoje na Bałkanach, miażdżące zadłużenie Albanii i jeszcze zeszłoroczna próba zamachu na życie Zogu I w Wiedniu. Nic dziwnego, że ludzie wszystkich wyznań uciekali stąd, a drogi zapchane były wozami i furmankami. W gazetach pisali, że samoloty nie przyjmują już pasażerów i że Grecja i Macedonia, nie mogąc poradzić sobie z masowym exodusem, wysłały na swoje granice żołnierzy. Jeszcze chwila, a Albania przestanie wydawać wizy emigracyjne. Powinien wyjechać czy zostać? W Tiranie znajdują się groby jego rodziców, mieszka drogi Rubin Bélawitz, mieści się jego zakład, dom i jego drzewa, z Tiraną związane są jego wspomnienia. Król Zogu jest liberalnym władcą, doskonale świadomym niebezpieczeństwa, jakie stwarzają Włochy. Polityczne niepokoje są krótkotrwałe, przychodzą i odchodzą. Być może i ten przeminie, po cóż więc opuszczać kraj? Znajome uliczki Tirany były tak samo jego częścią, jak własne członki. Tutaj widział tańczących derwiszów, owce zarzynane na placach z okazji różnych bajramów3, tu spotykał muzułmańskich duchownych w turbanach i dostojnych biskupów chrześcijańskich. Tirana miała pocztę lotniczą i przeloty pasażerskie, elektryczne oświetlenie, szpitale cywilne i wojskowe, a także tradycyjne piekarnie, które nadal wypiekały jego ulubione bułeczki walja w tradycyjny sposób: cienki placek ciasta, posmarowany papryką i oliwą z oliwek, po czym uformowany w krążek i upieczony. Często przynosił bułeczki walja sąsiadom, aby podziękować im za liczne przysługi. Opuścić takich ludzi i to miasto, to jakby amputować sobie rękę albo nogę.
Zarazem jednak Tirana nie miała kanalizacji ani wodociągów, nie było autobusów, tramwajów ani linii kolejowych. Jej drogi, w ogromnej większości gruntowe i rozjeżdżone, w czasie deszczu zamieniały się w błotniste kanały. Półnadzy żebracy nieustannie szarpali przechodniów za rękawy, fanatyczni sunniccy Turcy spiskowali po kawiarniach i ślubowali wierność sułtanowi, a korupcja była powszechna. Co więcej, w Tiranie wśród żydowskich kobiet niewiele było odpowiednich kandydatek na żonę. A co najgorsze, Awraham obawiał się, że swobody, jakimi cieszył się jako Żyd, niedługo odbierze mu faszyzm.
Zatem gorliwie studiował gazety i wypytywał każdego klienta o sytuację bieżącą, bo bał się, że jeśli będzie zbyt długo zwlekać, może przegapić szansę na wyjazd. Jak jakiś "księgowy od spraw duchowych", zliczał i rozważał wszystkie swoje moralne długi i pożyczki, dodatkowe skrypty dłużne i dobre intencje, te zrealizowane i te zaniedbane. I jak często się w życiu zdarza, jego decyzja nie była wynikiem starannego zbilansowania zamiarów i uczynków, lecz skutkiem wydarzeń niezależnych od niego. Kiedy zobaczył maszerujących ulicami Tirany ludzi w brunatnych koszulach i przeczytał żądanie Mussoliniego, aby Albania spłaciła Włochom swoje długi poprzez przyznanie Duce kontroli nad monopolami cukrowym, telegraficznym i elektrycznym oraz że Zogu I wprowadził nauczanie języka włoskiego jako przedmiot obowiązkowy we wszystkich szkołach, opuściły go wątpliwości i postanowił uciekać, zanim zamknięte zostaną granice, a na drogach wiodących do głównych miast pojawią się posterunki.
Awraham, żeby móc opłacić ucieczkę, sprzedał, choć ze stratą, fryzjerskie wyposażenie zakładu konkurentowi z drugiego krańca miasta. Sam zakład odkupił od niego tadżycki fryzjer, który chodził do pobliskiego meczetu. Znany z umiejętności korzystnego dobijania targu, człowiek ów zastosował prostą strategię: podał swoją cenę i zamilkł. Ostatecznie Awraham dostał połowę tego, czego żądał. Ostatnim bolesnym zadaniem było pożegnanie z Rubinem. Umówili się na kolację w ostatni wieczór pobytu Awrahama w Tiranie, w restauracji "Juvenilja". Szczęśliwie żaden z nich, w przeciwieństwie do ich rodziców, nie przestrzegał praw koszerności, gdyż Rubin zaproponował na danie główne kokorec, faszerowane podrobami flaki jagnięce, polewane obficie jogurtem i czerwonym winem, potem sałatkę z pieczonych czerwonych papryk, cebuli i prażonych orzechów. Początkowo głównym przedmiotem rozmowy był złamany nos Awrahama. Potem jednak Rubin, aby nadać lżejszy ton ich konwersacji, zmienił temat.
- Pamiętasz nasze biwaki na górze Dajti? To były piękne dni!
- Kiedy nie padało.
- A któż na to zwracał uwagę? Rozpalaliśmy ognisko i graliśmy w karty, gadając o dziewczynach, które mieliśmy, a których nie. I tyle razy próbowałeś, a nigdy nie udało ci się przekonać Dory.
- To prawda - potwierdził Awraham, gładząc róg serwetki. - Czarnowłosa kusicielka. A teraz żona rolnika. - A pamiętasz Marię? - zamilkł na chwilę. - Myślałem, że ją kocham.
- Odpisała kiedyś na twoje listy?
- Nigdy - westchnął.
- No i dobrze. Była zbyt religijna jak na twoje upodobania.
- Jak na moje upodobania? - Awraham uniósł w górę otwarte dłonie. - A jakież niby one są? Jak można poznać samego siebie? Zawsze przeszkadza nam w tym nasza głowa.
Przez okno restauracji obserwowali w oddali zygzak błyskawicy, który na krótką chwilę rozdarł ciemności.
- Albania jest ciemna - zauważył Awraham - ale w Rosji budzi się nowy dzień.
- Nie wierzę w omeny - odpowiedział Rubin drwiąco.
- Nie jestem politycznym filozofem, Rubinie, ale z tego, co przeczytałem, naprawdę sądzę, że miarą rządu nie jest to, jak dobrze traktuje silnych, ale raczej to, jak odnosi się do słabych.
- A powiedz mi, Awraham, kto to są ci słabi, nad którymi tak ubolewasz: złodzieje Cyganie czy muzułmanie z czterema żonami i piętnaściorgiem dzieci?
- Nie oni - odpowiedział Awraham ze smutkiem. - Większość ludzi.
Rubin sceptycznie potrząsnął głową. Awraham popatrzył na pulchne policzki przyjaciela i pomyślał, że temu to nigdy nie brakowało jedzenia.
- Nie wymienisz nawet tuzina.
- Kaleki, paralitycy, ludzie bez kończyn, ślepi, żebracy, głodujący, bezrobotni, uchodźcy bez swojego kraju, wywłaszczeni, chrześcijanie, żydzi...
- Genug (wystarczy)! To tuzin. Innymi słowy, chodzi ci głównie o chorych i ubogich.
- Takich jest na świecie najwięcej.
- Żaden rząd nie jest w stanie rozwiązać problemu głodu.
- Socjalizm?
- Nawet gdybyś zdołał przekonać ludzi, aby się dzielili - a wątpię, by ci się to udało - to przecież liczba steków jest ograniczona, podobnie jak liczba domów czy miejsc pracy - zaśmiał się z przymusem. - Nawet ilość kawioru.
Awraham z uwagą przyglądał się słabnącemu światłu. Błyskawice już przestały rozświetlać mrok i na grzbiecie górskim przysiadł księżyc, jak gdyby odpoczywając przed dalszą podróżą. Aby rozluźnić atmosferę rozstania, zaśmiał się cicho.
- Mówiliśmy o naszych wyprawach na biwak. Pamiętasz, jak leżeliśmy na trawie i wyobrażaliśmy sobie, że ponad nami, gdzieś tam, pośród miliardów gwiazd, istnieją planety, na których ludzie żyją według Prawa? - powiedział.
Rubin otarł usta serwetką i uderzył dłonią w stół.
- Kiedy Hilel powiedział "Nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe. Oto cała Tora. Reszta to tylko komentarz", wypowiedział Złotą Zasadę. To marzenie. Widzisz przecież, że pominął najtrudniejsze rzeczy, czyli komentarz, prawda?
- Tam, dokąd jadę - odpowiedział Awraham bardziej z nadzieją niż z pewnością w głosie - jest lepszy świat.
- Takie miejsce istnieje tylko w słowach.
W końcu rozmowa zamarła, znak, że nadszedł czas się rozstać. Rubin chciał zapłacić za posiłek, ale zanim odeszli od stołu, dotknął ręki przyjaciela.
- Mam dla ciebie prezent - powiedział.
Wręczył Awrahamowi niewielką paczuszkę.
Z napięciem patrzył, jak Awraham odwiązuje sznureczek i otwiera pudełko z drewna tekowego, w którym spoczywała ręcznie rzeźbiona brzytwa, zrobiona przez Rubina.
- To kopia mojej ulubionej...
- Ten sam kolor, ta sama długość, to samo turkusowe lico - przerwał mu Rubin. - Doskonała replika, ma nawet tę samą wypukłą krawędź, która wygląda jak zamknięte ostrze - dodał z dumą.
- To dzieło sztuki.
- Dotknij, jak jest wykończona... jak twoja własna brzytwa. Sam zobacz.
Awraham obracał prezent na wszystkie strony, podziwiając precyzję wykonania. Jego uśmiech zdradzał, że jest ogromnie zadowolony, ale i zdumiony jednocześnie.
- Tak, wiem, zastanawiasz się, co możesz zrobić z takim cackiem. Powiedzmy, że potraktujesz to jako ozdobny bibelot albo wystawisz w oknie swojego zakładu - Rubin spojrzał nieśmiało na swoje ręce. - Po prostu chciałem podarować ci coś, co będzie przypominało ci o Tiranie... i o mnie.
- Ale ja nie mam nic dla ciebie.
- Dałeś mi wiele lat przyjaźni.
- Jeśli będziesz tak mówił, Rubinie... - nie dokończył zdania.
*
Nad rzeką Laną, gdzie spokojną ciemność letnich nocy zakłócały tylko żaby, przyjaciele uściskali się i rozstali. Rubin, chory z żalu, powlókł się przez most, wspominając, jak obecność Awrahama odstraszała samotność. Teraz jednak Awraham był przekonany, że przetrwanie jest ważniejsze od przyjaźni. Otworzył frontowe drzwi domu i napełnił dwa plecione z trzciny kosze, jeden jedzeniem, a drugi swoimi przyrządami golarskimi i osobistymi drobiazgami, takimi na przykład jak matrioszka, którą zabrał z zakładu. W lustrze w łazience uważnie obejrzał złamany nos. Nie miał już przystojnej twarzy ani rzymskiego profilu, który jeden z jego włoskich klientów przyrównał raz do obrazów watykańskich, zapewne z powodu śródziemnomorskiej karnacji i pełnych, zmysłowych ust, które odziedziczył po matce. Ojcu zawdzięczał łagodny sposób mówienia, silne ręce i długie, szczupłe palce. Ostre rysy twarzy były dodatkowo podkreślone wysokimi kośćmi policzkowymi i wąskim podbródkiem. Zawsze chciał mieć metr osiemdziesiąt wzrostu, ale zabrakło mu ponad siedem centymetrów. Oprócz złamanego nosa znać było i inne ślady zużycia: coraz mniej włosów na głowie i coraz wyraźniejsze żylaki na nogach, zmorę fryzjerów.
Z rozmysłem postanowił nie zamykać na klucz swojego małego domu, żeby żebracy mogli tu nocować. Powędrował brukowanymi ulicami nędznej dzielnicy Cyganów, gdzie rząd rekrutował swoich hamals (kowali) i ludzi do uśmiercania bezpańskich psów i wywożenia śmieci. Tam zatrzymała go jakaś kobieta, proponując za drobną monetę wywróżenie mu przyszłości z ręki. Ciemność rozświetlał jedynie mały piecyk węglowy, rzucający miedziane światło na jej asymetryczne rysy twarzy i ciemne oczy. Z myślą o przyszłości fryzjer wygrzebał z kieszeni pieniążek i usadowił się na rozłożonym dywaniku. Słowa wypowiedziane przez Cygankę w tę zimną noc zdumiały go.
Strzeż się człowieka, który chceZawiesić w krąg portrety swe. Jedyny cel tego szatana Przemienić świat w kupę guana. Dobro tysięczne dziś ma zmartwienia I nie uniknie Hydry spojrzenia4.
Kiedy dotarł do gór Dajti, na wschód od Tirany, miał już na sobie wszystkie swoje ubrania: trzy koszule, dwie pary spodni, ciężką kurtkę z owczej skóry i rękawice, wełnianą czapkę z nausznikami oraz ciepły szal, który zrobiła mu na drutach matka. Dzięki niezliczonym wyprawom do tutejszego lasu wiele ścieżek znał równie dobrze, jak ulice i budynki Tirany, podobnie jak nieobce mu były górskie orły i jastrzębie, gnieżdżące się wśród drzew, czy czarne dzięcioły, wybijające znany rytm rat-a-tat-tat. To tu mieszkała prawdziwa dusza Albanii: potężne buki i rajska pieśń wydobywająca się z ptasich dziobów. Przezornie założył kalosze, spodziewając się, że ziemia będzie mokra od częstych deszczy. Niedługo leśne poszycie skryje się pod śniegiem i każdy ranek przynosić będzie nowe odciski łap zajęcy, wydr i wilków, nie wspominając o niezliczonych tropach ptasich. Spojrzał w tył, sprawdzając, czy jego stopy zostawiają ślady. Ale spadające liście i lekki deszcz szybko zacierały znaki jego obecności. Z życiem jest tak samo, pomyślał. Jak mówią religijne księgi, jedynie przechodzimy z jednego świata do drugiego. Dlaczego zatem, zastanawiał się, niektórych ludzi się pamięta, podczas gdy inni giną w zapomnieniu? Przez niezliczone lata ewolucji różne gatunki nauczyły się sztuki przetrwania poprzez udoskonalanie pamięci; zapamiętywały wrogów i unikały pułapek, takich jak ruchome piaski czy lepka żywica. A przecież często słyszał ludzi mówiących, że aby przeżyć, trzeba nauczyć się zapominać; że wspomnienie minionego bólu może zabić. Kto więc ma rację? On sam opowiadał się za celebrowaniem pamięci, formą świadectwa, bez którego, jego zdaniem, niemożliwy byłby postęp.
Powiedziano mu, że ma poruszać się tylko nocą i spać w dzień. Nieraz budziły go ciekawskie zwierzęta, zwabione jego zapachem. W końcu skierował się na południowy wschód od Tirany, ku wyjeżdżonej drodze prowadzącej do Bitoli. Z zarośniętego lasem wzgórza widział granicę i strażników zawracających emigrantów. Będzie musiał zatem przekupić nie tylko albańskich wartowników, lecz również tych macedońskich, których dostrzegł przy punkcie kontrolnym na drodze poniżej. W pierwszym odruchu chciał pójść w głąb lasu wzdłuż granicznego płotu z drutu kolczastego i przeczołgać się pod nim niezauważenie, ale w porę przypomniały mu się pola minowe mające odstraszać politycznych intrygantów. Usiadł zatem i zaczął czekać. Minęło kilka godzin, nim ujrzał wędrownego kucharza, obładowanego jak juczny muł, który ciągnął za sobą dwukołowy wózek. Mężczyzna nie doszedł jeszcze do miejsca, gdzie mogli go zobaczyć strażnicy. Awraham popędził więc co sił w nogach w dół wzgórza, dogonił tamtego i zapytał, czy może się do niego przyłączyć. Obecność fryzjera, przekonywał, może się okazać szczególnie korzystna, bo jeden z nich mógłby przygotowywać posiłki dla żołnierzy, drugi zaś strzyc im włosy. Aby go zachęcić, Awraham dał mu leka5 wartego sto kwintarów.
- Czy masz rządowe zezwolenie na przebywanie na tym obszarze? - zapytał wędrowny kucharz. - Tu nie wolno przebywać tym, co nie mają przepustek.
Z jednego ze swych plecionych koszy Awraham wyjął oprawioną w ramkę fotografię, na której widniał razem z adiutantem króla Zogu. - Czy to wystarczy? - zapytał.
Kucharz pogapił się przez chwilę w milczeniu na zdjęcie, w końcu wytarł nos w rękaw. - Chodź - powiedział.
Na granicy dwaj żołnierze, pod wrażeniem zdjęcia opatrzonego zamaszystym podpisem, posprzeczali się o to, którego z nich fryzjer ma ostrzyc jako pierwszego. Zachwyceni rezultatem, zaczęli go gorąco namawiać, żeby pofatygował się nieco w dół, do macedońskiego punktu kontrolnego, aby i ich koledzy, przyjaciele z dawnych czasów, gdy granice były otwarte, poznali niezwykłe umiejętności fryzjera. I w taki oto sposób Awraham na skrzydłach swej sztuki fryzjerskiej przemieścił się od jednej granicy do drugiej, pomachawszy na pożegnanie kucharzowi i swojej drugiej ojczyźnie.
Z Macedonii Awraham udał się do Mołdawii, czy też raczej do Mołdawskiej Autonomicznej Sowieckiej Republiki Socjalistycznej, gdzie miejscowa społeczność żydowska poradziła mu podążać dalej na wschód, dopóki nie dotrze do strefy osiedlenia6. Mołdawia, jak mu powiedziano, dawała schronienie jedynie przestępcom i skorumpowanym urzędnikom rządowym, którzy by ci ukradli paznokcie u stóp, jeśli tylko mogliby je sprzedać. W czasie wędrówki zatrzymywał się w dziesiątkach wiosek, za łóżko płacąc goleniem i strzyżeniem swoich gospodarzy. W listopadzie 1931 roku, będąc wciąż w drodze, dotarł do stacji kolejowej zajętej przez sowieckich żołnierzy. Było to doskonałe miejsce, aby zarobić kilka dodatkowych groszy. Większość mężczyzn wymagała golenia, a ponieważ jadący na Ukrainę i północny Kaukaz pociąg miał chwilowo przerwę w podróży, umiarkowany napiwek wręczony naczelnikowi stacji pozwolił Awrahamowi użyć przenośnej kuchenki do zagotowania wody i przekształcić dworcową poczekalnię w zakład golarski. Kiedy pociąg był gotów do odjazdu, sowieccy żołnierze zaczęli namawiać fryzjera, aby do nich dołączył i towarzyszył im przynajmniej do Ukrainy. Awraham jednak nie był pewien, czy chce z nimi podróżować. Zatem oni, aby go przekonać, zaczęli mu opisywać przepiękne krajobrazy w sposób przypominający cytaty z Lermontowa i Tołstoja.
Przez okno w wagonie obserwował rozległe stepy oraz słynne bezkresne łany zboża lśniące miedzią w promieniach jesiennego słońca i szare w porannych mgłach. Choć rosyjskie słówka i niuanse znał o wiele gorzej niż jego rodzice, wiedział, że często powtarzane słowo kułak ma znaczenie pejoratywne. Cóż to mogło oznaczać? Pod koniec pierwszego dnia zapoznał się z młodym żołnierzem, z którym rozmawiał po rosyjsku i w jidysz.
- Kułak - wyszeptał chłopak. - Wątpię, czy nawet Stalin potrafi powiedzieć, co to za jeden. Ogólnie słowo to oznacza bogatych chłopów, którzy pożyczają pieniądze, zatrudniają biedotę za grosze i nie pozwalają rządowi konfiskować swojego zboża ani zwierząt, woląc je sprzedać. - Chłopak zamilkł. Ktoś przeszedł obok nich. - Ukrywają albo niszczą swój dobytek, a nawet walczą. My jednak wiemy, jak złamać ich ducha - żołnierz rozejrzał się dokoła. - Głodzimy ich na śmierć. Ale pamiętaj, nie słyszałeś, żebym wymówił to słowo. To zakazane - wyszeptał ledwie dosłyszalnie.
Pociąg wlókł się, mijając niezliczone stacje, wszystkie wyglądające tak samo. Kobiety i dzieci o wzdętych brzuchach i chudziutkich rączkach i nóżkach stali z wyciągniętymi dłońmi, żebrząc o coś do jedzenia. Pierwszej nocy pociąg zatrzymał się na bocznicy, żeby uzupełnić zapasy wody w parowozie. Większość żołnierzy spała. Awraham wymknął się po cichu, by rozprostować kości, i dostrzegł nieopodal w ciemnościach jakąś wioskę, wyglądającą na całkowicie opuszczoną. W bezksiężycową noc szedł w granatowym mroku wymarłymi ulicami, mijając ciemne otwory okien, spalone domy i stodoły, przechodząc obok padłych zwierząt i dziwnych plakatów na ścianach, z pieczęcią "GPU"7. Wielodniowy deszcz przemienił ziemię w błoto. Właśnie wracał do pociągu inną drogą, gdy usłyszał jakiś szelest i zatrzymał się, nasłuchując. Cisza. Dopiero po dłuższej chwili dotarł do niego ludzki szept, dochodzący z rozwalającej się chlewni. W środku, przytuleni do siebie, siedzieli kobieta i dwoje dzieci, chłopiec i dziewczynka, w wieku około pięciu i siedmiu lat, kuląc się pod zniszczonym kocem. Żuli korę drzewną i liście. Obok leżał zdechły pies, którego kobieta najwyraźniej miała zamiar upiec nad stosikiem gałęzi zebranych u jej stóp. Dokoła porozrzucane były szkielety kotów, żab, myszy i ptaków, objedzone do czysta. Uchwyciwszy wzrok Awrahama, kobieta złapała umierającego z głodu chłopca w ramiona. Wstała i podała fryzjerowi dziecko, żywego trupka, bezwłose i pomarszczone ciałko obciągnięte zielonkawą skórą. Awraham, który nie rozumiał ani słowa z tego, co mówiła, podniósł w górę dłonie i wzruszył ramionami, aby pokazać jej, że nie ma pojęcia, o co jej chodzi. Wskazując chudym palcem, pokazała, że chce, aby Awraham zabrał chłopca i go nakarmił. Biorąc wychudzone dziecko w ramiona, miał wrażenie, że trzyma skórę wypchaną pierzem. Już miał zamiar oddać dziecko matce, ale w tym momencie dostrzegł w rogu chlewni resztki ciała mężczyzny, wystające spod cienkiej warstwy słomy, którą był przykryty. Obok niego gniły jego odcięte genitalia. Mięśnie były powycinane i najwyraźniej zjedzone.
Zabrał zatem chłopca i podbiegł do pociągu, do wagonu towarowego, który zawsze był otwarty na wypadek, gdyby młodym, gorliwym żołnierzom udało się zarekwirować narzędzia rolnicze we wsiach wyznaczonych do kolektywizacji. Ostrożnie położył chłopca na podłodze wagonu. Konwojent, który spał na worku ziarna, obudził się i z dezaprobatą potrząsnął głową.
- Za późno - powiedział. - Zakop go.
- Ale przecież on jeszcze żyje! - zawołał wstrząśnięty Awraham.
- Technicznie rzecz biorąc, ale tak naprawdę jest już martwy - powiedział konwojent, wyjmując dziecko z ramion Awrahama i wyrzucając je z pociągu z takim samym przejęciem, z jakim wyrzuca się niedopałek papierosa.
Po powrocie do swojego wagonu Awraham obudził żydowskiego żołnierza i opowiedział mu, co się przed chwilą wydarzyło.
- Czy tak jest na całej Ukrainie? - zapytał.
- Jest szczególnie źle w tych wsiach, które nie chciały wyrzec się prywatnej własności dla większego dobra kolektywizacji.
- Czy jakaś część Rosji nie jest dotknięta tym... - chciał powiedzieć "szaleństwem", ale zmienił zdanie. - Tą polityką?
- Jedno miejsce, Birobidżan8. Choć nie został jeszcze oficjalnie ustanowiony, Żydzi ze strefy osiedlenia już się tam przenoszą.
- A gdzie to jest?
- Tysiące kilometrów stąd, na chińskiej granicy.
*
Fakt, że Awraham zmienił swoje albańskie nazwisko, zawdzięczał jednemu tylko człowiekowi, Gimplowi9, który doradził mu, aby nowe wiązało się jakoś z jego zawodem. Dlatego Awraham Bahar od teraz nazywał się Razjer Sztube. Spotkanie Razjera i Gimpla to osobna historia. Po długiej, pełnej wrażeń podróży, w nocy przed dotarciem do Birobidżanu Razjer zatrzymał się w małej wiosce. Miejscowy rzeźnik, niejaki pan Klewes, zgodził się ofiarować mu gorący posiłek i nocleg w zamian za podcięcie włosów swojej córki Hany, którą miał nadzieję wydać za Gimpla, Żydka piekarza. Smród ciała i oddechu Hany był tak straszliwy, że Razjer z trudem obciął jej włosy. Kiedy został przedstawiony Gimplowi i dowiedział się, że małżeństwo zostało zaaranżowane przez swata, Razjer ostrzegł go, że rodzina Hany nie jest frum (religijna), spożywa traif (żywność niekoszerną) i nigdy się nie kąpie. Hana śmierdziała moczem i kałem. Jej cuchnący oddech przywodził na myśl siarkowy odór gnojówki. Gimpel, który nigdy o nikim źle nie myślał, czy to o mężczyźnie, czy kobiecie, westchnął tylko.
- Wanna i szczotka do zębów mogą wyleczyć wiele dolegliwości - powiedział.
- Ale nie utykanie i zeza.
- To też?
- Więcej jeszcze - Razjer potrząsnął palcem. - Jest dwa razy starsza od ciebie, ma płaski biust oraz czworo dorosłych dzieci, każde bez grosza przy duszy.
- Wiesz to z pewnego źródła? - Gimplowi zrzedła mina.
- Jakim są moje oczy i nos.
- Ale swat obiecał...
- Nigdy nie ufaj swatowi. Są zawodowymi kłamcami.
Od tego spotkania zaczęła się przyjaźń Razjera Sztube z Gimplem, z którym wspólnie podróżował do sztetlu w Birobidżanie, gdzie, jak powiadano, Żyd nie musi nigdy bać się prześladowań. Żyjąc pośród dwustu Izraelitów i zaledwie kilku szabesgojów10, Razjer byłby szczęśliwy w swoim nowym domu, mimo że ziemia przypominała tu pustynię, gdyby nie fakt, że ortodoksi nie strzygli swoich bród. Nauczony strzyc włosy na sposób turecki przez swego ojca, który z kolei tajniki zawodu poznał od albańskich muzułmanów, Razjer niewiele miał w Birobidżanie okazji, aby z nożycami, maszynką do strzyżenia i damasceńską brzytwą zaprezentować pełnię umiejętności. Kobiety goliły głowy i nosiły peruki, mężczyźni zaś zapuszczali pejsy, długie brody i włosy, których Kodeks Świętości11 zakazywał im strzyc. Niektórzy z tych chasydów najwyraźniej wzięli sobie mocno do serca opowieść o Samsonie i wierzyli, że utrata włosów przyniesie im niemoc i bezsilność. Łysina, podobnie jak nagość, umniejszała świętość człowieka, zmuszając go do tego, aby loki z boku głowy nosił długie aż do pasa.
Ale, jak powiedział Razjer do Gimpla, trzeba być mensch12, aby obciąć włosy drugiemu człowiekowi, nie wspominając o zaokrągleniu brody, tak aby jej boki nie moczyły się w barszczu spożywanym wieczorem. Golenie brzytwą? Nie do pomyślenia wśród ortodoksów. Gdyby nie kilku świeckich Żydów, w większości młodych, a przez to jeszcze bez bujnego zarostu na twarzy, damasceńska brzytwa, prezent od ojca z okazji bar micwy13, nadal spoczywałaby nieruszona w swoim etui z polerowanego drewna tekowego wyściełanym niebieską flanelą.
Pan Bahar wolał, aby Awraham poszedł na uniwersytet, ale młodzieniec od najwcześniejszych lat chciał zostać fryzjerem i obsługiwał drugi fotel w rodzinnym zakładzie od chwili jego otwarcia w Tiranie. W tamtych czasach zawodowi fryzjerzy, zawsze wytworni i elegancko ubrani, nigdy nie skończyli strzyżenia i golenia, zanim nie wygładzili twarzy klienta za pomocą dwóch nici, którymi usuwali każdy meszek, i nie opalili włosów w uszach i dokoła nich, nie wymasowali karku, nie ustawili kręgów szyjnych i nie wklepali wody kolońskiej na bazie olejku różanego. Gdy Awraham był uczniem, strzygł dzieci i mężczyzn z niższych warstw społecznych, a oprócz tego zmiatał włosy z podłogi, podgrzewał samowar, podawał klientom kawę i herbatę, a w wolnych chwilach uczył się sztuki fryzjerskiej, z uwagą obserwując ojca. I tak szybko opanował tajniki tego fachu, że niektórzy wręcz życzyli sobie, aby to właśnie on zajmował się strzyżeniem ich bród, goleniem, nitkowaniem i wypalaniem włosów w uszach. Ojciec Awrahama dumny był ze zręcznych rąk syna - podczas gdy jedną przycinał włosy, drugą delikatnie przesuwał głowę klienta w pożądaną stronę. Widać było, że niedługo nie będzie miał sobie równych. A ponieważ starszy pan Bahar był dobrotliwym człowiekiem, ustąpił pierwszy fotel synowi, gdy ten osiągnął dojrzałość. Na nowej posadzie Awraham niekiedy podchodził do drugiego fotela, aby po cichu szepnąć ojcu do ucha, co należy poprawić. "Powinieneś bardziej przyciąć z lewej strony" albo "Ta hiszpańska bródka jest nierówna". Ojciec nigdy nie sprzeczał się z synem, lecz uśmiechał się do siebie, wiedząc, że pewnego dnia jego syn również nauczy się, że nawet doskonałość przemija.
W Birobidżanie zatem, aby uniknąć śmierci głodowej, Razjer musiał raz w tygodniu jechać do Browieńska, gdzie niedawno zmarł lokalny golibroda. Początkowo miejscowych niepokoił fakt, że nowy fryzjer pochodzi z Birobidżanu.
- Wy Żyd? - pytali.
- A czy wyglądam na Żyda? - odpowiadał, wskazując na swój nos.
- Ale mieszkacie w Birobidżanie.
- Ironia losu.
- Czyja?
- Ach - odrzekł, świętobliwie składając dłonie. - Gdybym wam opowiedział, usłyszelibyście o tym, jak zdradzieccy są ludzie, ale ponieważ nie chcę, abyście powątpiewali w dobroć człowieka, bo to prowadzi do rozpaczy, oszczędzę wam mojej historii.
- Niech Bóg wynagrodzi wam waszą dobroć.
Gdyby nie jego spłaszczony nos, ludzie w miasteczku pewnie widzieliby w nim Żyda. A tak uważali go za pobożnego człowieka, okrutnie wykorzystanego. Ale mimo to wahali się z przyjściem. Dotknięta porażeniem ręka ich poprzedniego fryzjera wyrywała im włosy, które przycinał przy misce. Pierwszy klient Razjera, podstarzały wdowiec poruszający się o lasce, postanowił, że jeśli rezultat strzyżenia okaże się okropny, to powie, że sam się ostrzygł, jak zresztą robiła większość ludzi w miasteczku. Ale starszy pan wyszedł z zakładu z fryzurą tak doskonałą, że kilka niezamężnych pań zaprosiło go do domu na obiad. Po takim dowodzie artyzmu Razjera zarówno mężczyźni, jak i kobiety, zdrowi, chromi, jednoocy, ślepi, żebracy, domokrążcy, duchowni i prostytutki chętnie oddawali się w jego zdolne ręce. Każdy czwartek rezerwowali "dla fryzjera" i siadali na niskim murku, czekając, aż Razjer obetnie ich ciemne, zmierzwione włosy. Ze względu na ostrą zimę wdowiec pozwolił Razjerowi korzystać ze swojej stodoły, choć i tam mroźny wiatr świstał przez szpary w deskach. Razjer jako pierwszy byłby skłonny przyznać, że nawet w wełnianych rękawiczkach bez palców nie był w stanie wykazać się swoim mistrzostwem, gdy zmrożone ręce tężały mu z zimna, a strzyżone włosy zamarzały.
Ta zimowa gehenna skończyła się, a jego życie uległo zasadniczej przemianie, gdy śmierć zabrała browieńskiego kowala, Piotra Lipnoskiego. Jego żona Anna zaproponowała Razjerowi, aby ustawił swój fotel przy kowalskim palenisku, które odziedziczył jeden z jej trzech synów po śmierci jej lubiącego się zabawić męża, wywołanej nadużyciem wódki. Po hulaszczej nocy w karczmie kowal potknął się w drodze powrotnej do domu i wpadł twarzą wprost do potoku, w którym leżał, dopóki o świcie nie odnalazł go najstarszy syn. Z szacunku dla pana Lipnoskiego, swojego stałego klienta, Razjer postanowił wziąć udział w nabożeństwie pogrzebowym. Na prośbę Anny przyciął Piotrowi sumiaste wąsy, zanim zmarły, starszy od żony o dwadzieścia lat, a teraz leżący w otwartej trumnie, nie dołączył do swoich przodków na miejscowym cmentarzu.
Po pogrzebie Anna zaprosiła Razjera na rodzinny obiad, w którym uczestniczyć mieli jej trzej synowie, dwudziestodziewięcioletni, dwudziestosiedmioletni i dwudziestopięcioletni, oraz córka, lat osiemnaście. Razjer skwapliwie przyjął zaproszenie. Gdy szli zadaszonym przejściem łączącym kuźnię z domem, Razjer dostrzegł rząd równiutko ułożonych polan na opał. Za domem znajdował się ogród warzywny, w którym rosły rzodkwie, marchew, buraki, rzepa i małe cebulki, ale nie było ziemniaków. Podobnie jak do niedawna wielu chłopów, Anna uważała ziemniaki za owoc zakazany, którego użyła Ewa w raju, by zwieść Adama na pokuszenie. I zostało powiedziane, że ci, którzy je spożywają, grzeszą nieposłuszeństwem wobec Boga, gwałcą święte świadectwo i odmawiają sobie królestwa niebieskiego. Za ogrodowym płotem widać było rzędy drzew owocowych: śliwy, jabłonie i grusze. Wszedłszy do domu, Razjer ujrzał pokoje, których ściany nie były pokryte tapetami, ale lśniły jasnymi barwami, każda w innym kolorze: czerwonym, niebieskim i żółtym. Anna i córka nakryły stół obrusem i postawiły na nim misy z kapuśniakiem, purée ze słodkiego groszku, pieczone grzyby, butlę kwasu oraz gigantycznej wielkości szczupaka, który obłożony lodem, przyjechał na tę wyjątkową okazję aż z okolic Wołgi. Jeden z synów podniósł trzy palce i rodzina pochyliła głowy w geście błogosławieństwa. Razjer, unosząc wzrok, zobaczył, że wszystkie dzieci zerkają na niego z ciekawością. W ich oczach widział jednak głównie podejrzliwość. Dopiero znacznie później Anna, ujrzawszy go nago, odkryła jego sekret.
2 Datek, napiwek, podarek lub łapówka, głównie na Bliskim Wschodzie i w północnej Afryce.
3 Bajram - święto muzułmańskie przypadające na zakończenie ramadanu (duży bajram) i 70 dni po dużym bajramie (mały bajram).
4 Za pomoc w przekładach wszystkich rymowanek tłumaczka ogromnie dziękuje panu Witoldowi Grzechnikowi.
5 Lek - jednostka monetarna Albanii.
6 Strefa osiedlenia (ros. Черта оседлости) - nazwa zachodniej części imperium rosyjskiego, gdzie pozwolono zamieszkiwać Żydom.
7 GPU - powstały w 1922 r. Państwowy Zarząd Polityczny, sowiecka służba bezpieczeństwa, organizacja, która zastąpiła Czeka; poprzednik NKWD.
8 Miasto w Rosji, ośrodek administracyjny Żydowskiego Obwodu Autonomicznego, na Nizinie Środkowoamurskiej, nad Birą. Założone w 1928 r. na miejscu osady Tichonka.
9 Żydowski piekarz Gimpel to tytułowy bohater jednego z opowiadań Isaaca Bashevisa Singera (1904-1991), pośmiewisko całego miasteczka, uważany za głupka i prostaczka, którego łatwo oszukać i wywieść w pole.
10 Szabesgoj - gwarowe i pogardliwe określenie goja (nie-Żyda) wynajmowanego za grosze przez Żydów do wykonywania czynności zabronionych im przez Torę w szabat; potocznie goj wysługujący się Żydom.
11 Kodeks Świętości to część Księgi Kapłańskiej o charakterze zbioru prawnego, regulującego życie codzienne; Kodeks ma ukazać Izraelowi drogę do osiągnięcia świętości.
12 Wyraz pokrewny z niemieckim słowem Mensch (człowiek), oznaczający "osobę prawą i honorową".
13 W judaizmie rodzaj konfirmacji, przyjęcie chłopca, w dzień jego trzynastych urodzin, do społeczności religijnej dorosłych.