Kółkąt
...i wtedy Marcel wpadł do mojego mieszkania, krzycząc: "Kółkąt cię
niszczy! Tłamsi cię!". Nie chciało mi się wypychać go za drzwi, więc
słuchałem jego jazgotliwego gdakania. W krótkich przerwach miał
irytujący nawyk przytakiwania samemu sobie. Układał wtedy usta w wydatny
odbycik i przymykał oczy, kiwając małą głową. Powszechnie wiadomo, że
Marcel jest idiotą, ale idiota czasem też miewa rację.
Kółkąt -?kształt, który tak bardzo zmienił oblicze ludzkości -?odkryłem
niechcący trzy lata temu. Ta idealnie okrągła figura geometryczna, która
jednocześnie posiada jeden kąt ostry, powstała z połączenia bezmyślnego
bazgrania na marginesie notatnika w czasie nudnego wykładu z etyki i erotycznej iskierki wywołanej spojrzeniem koleżanki. Zerknęła na mnie
ponętnie w chwili, kiedy akurat o niej fantazjowałem, i długopis tak
jakby uskoczył mi w inny wymiar. W pierwszej chwili zabolał mnie mózg i oczy, ale po sekundzie uznałem, że stworzyłem coś niezwykłego. Właściwie
nie stworzyłem, tylko całkowicie przypadkiem nabazgrałem zjawisko, które
odmieniło losy świata. W ciągu kilku tygodni stałem się niewyobrażalnie
sławny. Każdego dnia udzielałem wywiadów i pozowałem do sesji z pierwszym szkicem kółkąta -?fenomenu, który znalazł zastosowanie w prawie wszystkich dziedzinach ludzkiej aktywności. Podniósł wydajność
silników zarówno spalinowych, jak i elektrycznych o ponad siedemdziesiąt
procent. Obniżył koszty budowlane o ponad połowę, zmienił myślenie o wzornictwie, medycynie, elektronice, ekonomii, ekologii, a nawet
gadżetach erotycznych. Kształt, który od zawsze był tuż obok, dostępny
dla ludzkości, choć pozostawał w ukryciu, stał się symbolem
ćwierćwiecza, a ja przy okazji świńsko się na tym wzbogaciłem. Nie po
prostu wzbogaciłem -?tylko świńsko. Wiele bardzo złych decyzji
inwestycyjnych później byłem już tylko zwyczajnie bogaty i niepomiernie
samotny. Ciężkie stalowe chmury dysocjacji osobowości z wolna formowały
tornado w mojej psychice. Sam fakt, że potrafiłem wymęczyć tak okropne
zdanie jak to poprzednie, jest dowodem na mój rozpaczliwy stan. Więc
zrobiłem to, co każdy stałocieplny ssak uczyniłby w mojej sytuacji.
Zwiałem na drzewo.
* * *
Jestem drzewem rozłożystym. Rozłożystość mnie określa. Cała masa istotek
znajduje schronienie w moich gałęziach, korzeniach i dziuplach, ale dwa
dni temu wszedł na mnie facet i je odstrasza. Popłakuje cicho albo stara
się nie spaść w czasie snu, albo gapi się w pustkę. Przegryw. Jego
pojawienie się zbiega się z moim uzyskaniem świadomości, więc musi w nim
być coś wyjątkowego, ale sprawia przygnębiające wrażenie. Całe swoje
poprzednie istnienie ograniczałom do fotosyntezy i szumienia, aż tu
nagle tadaaaam: ubrana w narrację tożsamość. Duży stres, nie powiem.
Sporo liści z nerwów zgubiłom. Mnóstwo pytań. Po co jestem, skąd, czy to
dobrze? Koleś jest jakimś nośnikiem niecodziennej wartości, ale nie
podoba mi się to, że się zalągł. I że beczy. Myszki uciekły. Wiewiórki
też. Tylko mszyca została. Nawet dzięcioł trzyma dystans. Jestem
zakorzenione w parku w śródmieściu, więc wiele widziałom. Seks, bójki,
popijawy, joga i inne odchyły to codzienność. Czasem się dzieci
wdrapują, ale szybko się nudzą. A ten nie. Ten siedzi i skamle.
Wyciągnął jakieś ostre gówno i próbował wyryć mi w korze trochę kółko,
trochę kąt ostry, ale go siekłom rózgą w twarz. Znów się mazgaj
rozkleił, ale przestał ryć. Jak się nie opanuje, będę musiało go zabić.
Mogę udusić, zrzucić albo namówić dzięcioła na brutalny atak w głowę.
Ile ja mam myśli! Szok, że w ogóle umiem używać słowa "szok"!
* * *
Kaszmira przyszła i próbowała mnie namówić, żebym zlazł. Tak dużo rzeczy
mnie w niej drażni, że na złość nie zejdę. Jej głos, jej mruganie, jej
zapach i to, że w ogóle jest tak niesamowicie atrakcyjna. Podoba się
wszystkim facetom bez wyjątku. Oblepiają ją ukradkiem spojrzeniami, a ja
wizualizuję ją sobie z każdym z nich w mrocznej jaskini swojej
zazdrości. Wiem, że gdyby nie kółkąt, nie miałbym u niej żadnych szans
na nic oprócz parsknięcia, ale dzięki sławie i bogactwu od dwóch lat
była moją żoną. Nie cierpiała seksu ze mną, chociaż bardzo starała się
udawać. Używała wszystkich tandetnych sztuczek zapożyczanych z trzeciorzędnego porno. Absurdalne pojękiwania przeplatane kwestiami w stylu: "Oł jes, its soł big!" albo "It fil soł gud!". Wszystko z twardym
bułgarskim akcentem. Nigdy, ani przez nanosekundę nie wierzyłem, że jest
jej przyjemnie. Ale doceniałem starania. Oczywiście zaproponowała, że
mnie zadowoli, jak opuszczę drzewo.
-?Mnie się nie da zadowolić! -?wrzasnąłem i prawie spadłem.
* * *
W końcu wlazła do niego na moją gałąź. Jest piękna, ale pusta jak
obietnica nieśmiertelności... Jeny! Skąd mi się biorą takie teksty?! Muszę
zacząć kontrolować przepływ sensów, bo oszaleję. Najpierw udawała, że
jej smutno, że już mu się nie podoba, a kiedy on gwałtownie zapewniał
ją, że jest jego boginią, rozpięła mu rozporek zębami. Wykazała się
koordynacją i sprawnością, która wystarczała, żeby oboje nie skręcili
karków. Szacun. W czasie uniesienia podsunęła mu do podpisania dokument
zrzeczenia się praw do kółkąta. Wiem o tym, ponieważ wykrzyczała,
zadowalając go analnie: "Oł jes, fak mi and podpisz akt zrzeczenia się
praw do kółkąta!". Idiota podpisał. Natychmiast zaczęła się zbierać,
nawet na niego nie patrząc. Bez pożegnania ani niczego. Na szczęście na
tym poziomie świadomości mogłom już kontrolować prostsze struktury
neuronowe. Wysłałom dwieście osiemdziesiąt trzy mszyce, żeby zżarły
fragment dokumentu z podpisem. Bardzo skuteczne i posłuszne dranie.
Kaszmira nawet się nie zorientowała. Poszła. Przyszedł Marcel, który w moim drzewnym odczuciu jest idiotą.
* * *
Lojalność Marcela jest wprost proporcjonalna do jego głupoty. Nigdy mnie
nie zawiódł (no chyba że mówimy o jego próbach sformułowania
jakiejkolwiek sensownej myśli) i zawsze wiedział, kiedy przynieść
jedzenie. Pizza kilkukrotnie wylądowała w piachu, bo Marcel ubzdurał
sobie lęk wysokości i zamiast do mnie dołączyć, próbował ją podrzucać.
Chrzęściła w zębach. Ponarzekał trochę na ceny benzyny, próbował sobie
bezskutecznie przypomnieć żart o bocianie ze Śląska i przestrzegał mnie
przed Kaszmirą. Chyba zapomniałem mu powiedzieć, że jest moją żoną. Z kontekstu wywnioskowałem, że naciągnęła go na większą kasę. Kiedy
przeszedł do rozkminiania, jak uwieść jedną z bliźniaczek syjamskich,
poczułem, że nie wytrzymam. Zacząłem się zsuwać z drzewa. Przez chwilę
miałem wrażenie, że roślina nie chce mnie wypuścić. Taki jakiś dziwny
magnetyzm. Coś huknęło w pustej fontannie.
* * *
Marcel tak strasznie bredził... Kiedy doszedł do rozważań na temat seksu
ze zrośniętymi siostrami, całą mocą psychokinezy przejełom sterowanie
nad dzięciołem. Po krótkim kołowaniu ptak rozpoczął pikowanie prosto w głowę tego kretyna. Nagłe zsuwanie się człowieka podrażniło korę,
odwracając moją uwagę od ataku. Dzięcioł oprzytomniał akurat na tyle,
żeby lekko skręcić i roztrzaskać się w suchej fontannie. On chciał
uciec. Maksymalną koncentracją próbowałom go zatrzymać. Nasze jaźnie
(jego mięsna, a moja drewniana) splotły się na ułamek z dziką mocą, ale
niestety moja nadwątlona wcześniejszym atakiem koncentracja nie
wystarczyła, żeby go zawrócić. Razem z nim odchodziła moja świadomość...
moje liście... światło... szum... eeee... korniki. Jestem drzewem rozłożystym.
Rozłożystość mnie...
* * *
Łaziłem po mieście, aż znów zgłodniałem. Nie miałem kasy, a telefon padł
mi przedwczoraj, więc wróciłem do swojego mieszkania. Sprzęty AGD
zamawiała Kaszmira, wydając moje pieniądze bez żadnych zahamowań.
Lodówka miała interfejs inteligentniejszy od Marcela i pojemność tira.
Zawisłem na drzwiach, próbując wymyślić, co chcę zjeść. I wtedy lampka
we wnętrzu jakby mnie zahipnotyzowała. To światło było smaczne. Poczułem
na swojej skórze dwutlenek węgla. Drzewo ewidentnie coś mi przekazało.
Pragnąłem fotonów, wody i CO?. Fotosynteza powolutku zaczynała działać.
Zamarłem na długie godziny, chłonąc. Ostatnie, co pamiętam, to głos
policjanta wołającego do kolegi: "To ten facet od kółkąta! Jest cały
zielony i wypuścił pędy!".
Chcę być człowiekiem rozłożystym.
Jasne
Tymon panicznie bał się ciemności. Nie była to zwykła fobia, ale gama
stanów lękowych podniesiona nieomal do rangi sztuki. Jeden z jego
terapeutów twierdził, że u podstaw leży strach przed śmiercią
podświadomie utożsamiony z mrokiem. Możliwe.
Tymon tak bardzo obawiał się ciemności, że każde zamknięcie oczu
wywoływało u niego dreszcze niepokoju. Dlatego nauczył się mrugać na
przemian raz lewym, raz prawym okiem, tak by nigdy nie tracić
rzeczywistości z pola widzenia. Każde pójście spać traktował jak
generalną próbę przed śmiercią. Dlatego od dziesięciu lat nie położył
się do łóżka trzeźwy, a i tak spał tylko za dnia. Nocą za bardzo się
bał.
Gdy był mały, jego rodzice niezależnie od siebie stracili wzrok. Mama
przez guza mózgu, a ojciec przez jakąś parszywą bakterię atakującą nerwy
łączące gałki oczne z potylicą oraz jądra.
Tymon od najmłodszych lat był zmuszony opiekować się ślepymi rodzicami.
Trauma zaczęła się od ojca, który codziennie rano spadał z łóżka,
wrzeszcząc: "Czy ja już umarłem?!". Po paru miesiącach dołączyła do
niego matka. Od świtu rodzice szlochali przytuleni, kuląc się na
dywaniku przy łóżku i czekając, aż Tymon przyjdzie do nich i zapewni, że
mało prawdopodobne jest to, aby umarli wszyscy troje naraz. Potem
wkraczali razem w kolejny dzień pozbawiony sensu, kolorów i radości.
Umarli we śnie, gdy miał osiem lat. Zanim Tymon nauczył się mrugać na
przemian, spędził długie miesiące na wmasowywaniu gruboziarnistego
peelingu w powieki, żeby uczynić je jak najbardziej prześwitującymi.
Jednej, jak zwykle nieprzespanej nocy oglądał przy zapalonych wszystkich
światłach telewizję. Dokument o zwierzątkach. Prowadzący z udawanym
entuzjazmem opowiadał o tym, że sowy mają trzy powieki -?do spania,
mrugania i jeszcze jedną do zachowania czystości oka. Oświecenia doznał,
widząc, że ptak mruga niesymetrycznie.
Następne tygodnie poświęcił na doskonalenie techniki naprzemiennego
widzenia. Wywołało to wiele niezręcznych sytuacji, gdyż jego mruganie
odbierane było jako przejaw spoufalania się bądź choroba nerwowa. Raz
próbował wyjaśnić pani w sklepie, że to nie tiki nerwowe, tylko sposób
na permanentne widzenie, ale kobieta nie wydawała się uspokojona.
Tymon robił wszystko, żeby nawet na ułamek sekundy nie pogrążać się w ciemności. Nie ubierał się w swetry ani koszule, które nie były
rozpinane. Nie tolerował zasłon, firanek i żaluzji. Kupił mały generator
na wypadek awarii prądu i całe mnóstwo pałeczek świetlnych.
Fosforyzujące światło chemiczne nie było bardzo intensywne, ale świeciło
dwanaście godzin i w razie czego pozwalało uniknąć panicznego migotania
przedsionków.
Największym marzeniem Tymona było wyjechać na wszystko jedno który
biegun polarny, gdzie dzień może trwać nawet pół roku. Zafascynowany
faktem, że tarcza słońca nie chowa się tam za horyzont, założył fundację
naukową, której celem było sprawdzenie reakcji słoneczników na wędrówkę
słońca po widnokręgu. Uzyskał duże dofinansowanie i wyruszył uzbrojony w osiem szklarniopodobnych ogrzewanych prostopadłościanów, w których
przewoził kwiaty.
Eksperyment pokazał, że roślinki nie były w stanie obracać się w kółko i po kilku dniach ukręciły sobie łby. Pieniądze z dofinansowania kończyły
się, a dalsze przebywanie na kole podbiegunowym przestało być jakkolwiek
uzasadnione.
Zakochany w rozświetlonej bieli, Tymon postanowił zerwać kontakt z cywilizacją i polując na foki, przeżyć jak najdłużej w raju bez
ciemności. Jednak cholernie zimna aura zmusiła go do myślenia o przeniesieniu się do Las Vegas. Ciepło, zawsze jasno i beztrosko.
Za ostatnie pieniądze kupił bilet na samolot. Z przerażeniem obserwował
mężczyznę, który zakładał właśnie opaskę na oczy, żeby łatwiej zasnąć.
Zaniepokojona stewardesa spytała go, czy nie potrzebuje pomocy. Jej
uwagę zwróciło naprzemienne mruganie Tymona. Nie licząc na zrozumienie,
zaczął jej tłumaczyć sekrety swojej techniki permanentnego widzenia.
Zdziwiło go, że dziewczynie napłynęły łzy do oczu. Wzruszona i onieśmielona wyznała Tymonowi, że została stewardesą po to, by
podróżować zawsze wbrew zachodzącemu słońcu. Prawie jej się to udaje i spędzałaby sto procent życia w blasku dnia, gdyby nie nieżyczliwe
koleżanki, które wpisują się w grafik lotów bez porozumienia z nią.
Jej lęk przed mrokiem wywołała babcia, która za karę zamykała ją w pustej beczce po nafcie i nie wypuszczała dziewczynki, dopóki ta nie
wyznała skruchy. Mała Lisa (bo tak miała na imię stewardesa)
wrzeszczała, że przeprasza i że jest jej przykro, ale starucha nie
umiała sama wymieniać baterii w swoim aparacie słuchowym i musiała
czekać na siostrzeńca, który wpadał do niej raz w tygodniu z zakupami.
Tymon i Lisa nie zakochali się w sobie. Nawet nie za bardzo się
polubili. Ale przez resztę życia otuchy dodawała im myśl, że nie są
zupełnie odosobnieni w swoich lękach.
Tymon został konserwatorem tablic świetlnych w Vegas i nauczył się spać
z otwartymi oczami. Lisa zakochała się w ściganym wieloma listami
gończymi handlarzu narkotyków, który zabrał ją na nielegalną plantację
marihuany. Plantacja z oczywistych względów była dobrze ukryta i całodobowo naświetlana supermocnymi reflektorami. Dziewczyna w pełnym
ich blasku paliła zioło i kochała się ze swoim bandytą. Tymon i Lisa
dość przyjemnie (jak na to, jakimi byli dziwolągami) przeżyli życie,
niosąc światu przesłanie mówiące o tym, że każdy człowiek ma prawo do
pielęgnowania swoich słabości i lęków.
Faceci mojej mamy
Hadgawa jest bardzo małą republiką. Tak małą, że nawet nie ma sensu
zaznaczanie jej granic na mapie w skali większej niż jeden do
pięćdziesięciu tysięcy, bo staje się ona jedynie mikrokropką.
To jedno z tych miejsc, których opis na mapie jest większy niż samo
miejsce. Republika ta jest częścią tajnego międzynarodowego projektu,
mającego na celu umieszczenie wszystkich niefajnych ludzi w jednym
regionie i odizolowanie ich od tych zwyczajnych.
Kiedyś było znacznie gorzej. Naprawdę wredni i beznadziejni ludzie żyli
wśród tych tylko trochę irytujących, czyniąc ich życie niemożliwym do
zniesienia. Nie chodzi o żadnych kryminalistów i zwyrodnialców, bo
motywy tychże można przynajmniej zrozumieć. Chodzi o ludzi zupełnie
nieprzewidywalnych w czynieniu innym przykrości.
Prawdziwy socjopata jest dla systemu łatwy do wychwycenia, ponieważ jego
skłonność do przekraczania granic wiąże się z nieostrożnością, podczas
gdy inteligentny półskurwiel jest w stanie zachwiać porządkiem świata
bardziej niż przeciętny zbrodniarz wojenny. Półzło jest
niebezpieczniejsze, gdyż dezorientuje.
Hadgawa powstała niepostrzeżenie trzydzieści lat temu. Prawie wszystkie
rządy zgodziły się na potajemne sfinansowanie przedsięwzięcia, co
wiązało się z kupieniem kawałka ziemi w ciepłym regionie nienękanym
kataklizmami, epidemiami, konfliktami zbrojnymi, problemami z zabudowaniem oraz przekupieniem przyszłych mieszkańców. Tylko dwóch
ludzi nie zgodziło się przenieść do nowego kraiku za pieniądze. Zrobili
to z czystej złośliwości, więc ich zabito. Reszta (prawie sześć tysięcy
osób) bez wahania podpisała Deklarację Izolacyjną, choć bezpośredni skan
mózgów pokazywał, że ich ośrodki kłamstwa wręcz kipiały, łącząc się z ośrodkami rozkoszy. Byli to ludzie w wieku od siedemnastu do
dziewięćdziesięciu trzech lat. Pół na pół kobiet i mężczyzn.
Pierwszych kilka miesięcy upłynęło Hadgawczykom na czujnym i przymilnym
przyglądaniu się sobie wzajemnie. Potem przyszedł czas na nieśmiałe
ataki, które błyskawicznie przerodziły się w tajfun wredoty.
Nie było w republice krzesła, na którym ktoś nie podłożyłby pinezki,
wszystkie klamki zostały wysmarowane pastą do zębów, na gwoździe
natrafiano w każdym posiłku (i w co drugim słonym paluszku), a martwe
gołębie i koty podrzucane były na werandy tak często, że dobrym
interesem okazało się założenie ich hodowli.
Wszystko to odbywało się w przesympatycznej atmosferze ociekającej
życzliwością i zrozumieniem. Prawo zostało całkowicie zastąpione przez
religię.
Republika położona jest na wyspie leżącej dokładnie pośrodku nigdzie.
Jeżeli komuś niepowołanemu zdarzy się nią zainteresować, natychmiast
zostaje wielokrotnie zapewniony, że nie znajdują się tam żadne tajne
bazy wojskowe. Tak ukierunkowane domysły są jeszcze przyprawiane
dementowaniem pogłosek o tajnych więzieniach CIA. Cała wyspa otoczona
jest wysokim betonowym murem, którego strzegą siły zbrojne wszystkich
dogadanych państw. Ogólnie nikt, poza kilkoma paranoikami, się nie
czepia, a świat naprawdę stał się lepszy.
I właśnie moja matka pochodzi z Hadgawy. Nie wychowała się tam, gdyż
jako niemowlę została przerzucona przez mur wprost pod stopy dwóch
patrolujących zakazaną strefę żołnierzy. Obaj Polacy wzruszyli się losem
zupełnie nagiej dziewczynki, którą ktoś po prostu cisnął jak piłkę, i lekceważąc całkowity zakaz przyjmowania czegokolwiek z drugiej strony
muru, postanowili przemycić niemowlę do Polski i wychować na dobrą
katoliczkę. Wiedzieli, że dowództwo kazałoby ją natychmiast katapultować
z powrotem.
Tak Helenka przedostała się do naszego kraju. Pomimo tego, że major
Dębski przyodział ją najdokładniej, jak potrafił, w ubranko pośpiesznie
uszyte z polskiej flagi i zawinął w kocyk, już na pokładzie helikoptera
zakosiła mu sto dolarów z kieszeni munduru.
Potem było tylko gorzej. Mała Helenka kradła, kłamała i czyniła podłości
w sposób tak naturalny, że najbliżsi całkowicie serio zastanawiali się,
czy to możliwe, żeby antychryst był małą dziewczynką. Prababcia rodu,
zaprawiona w wychowawczych bojach, z uporem godnym płyty tektonicznej
prowadziła moją mamę do kościoła, twierdząc, że jeżeli tym sposobem
wychowała czworo swoich dzieci, siedmioro wnucząt i liczny oddział
prawnucząt, to i to krnąbrne dziecko w końcu złamie miłość Chrystusowa.
Gówno prawda. Helenka już jako sześciolatka podrzucała księdzu do Pisma
Świętego liściki z nieprzeciętnie zbereźnymi propozycjami. Msza upływała
jej na radosnym oczekiwaniu na reakcję biednego duszpasterza. Kilka razy
stracił przytomność, gdy po przeczytaniu karteczki odnalazł dziewczynkę
wzrokiem, a ta mrugnęła do niego, lekko wysuwając język.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki