Fryderyk Wielki a Polska - Władysław Konopczyński

Kup ebooka

10.00 zł
8.20 zł (4,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

WSTĘP

Pierw­szo­rzęd­ny te­mat le­żą­cy odło­giem. Pra­wo i obo­wią­zek pol­skiej hi­sto­rio­gra­?i. Od słod­kich słów do strasz­nych czy­nów. Ma­ło­mów­ność pru­skich Ta­cy­tów. Czas już o tym mó­wić gło­śno.

Pięć­dzie­siąt lat mi­nę­ło, jak Szy­mon Aske­na­zy in­cy­den­tal­nie wska­zał hi­sto­rio­gra­?i pol­skiej pierw­szo­rzęd­ny przed­miot do zba­da­nia, do owej chwi­li jak­by z lę­kiem i od­ra­zą omi­ja­ny.

Fry­de­ryk Wiel­ki, wiel­ki Pru­sak, wiel­ki szer­mierz: więk­szy ne­go­cja­tor, wśród pół­wie­ko­wych bli­sko za­pa­sów i za­bie­gów dla wy­wyż­sze­nia swo­ich Prus na prze­mia­ny ko­rzy­stał z uczest­nic­twa i do­świad­czył opo­ru świa­ta ca­łe­go, cały świat ko­lej­no miał za sobą i prze­ciw so­bie. Bądź w wi­do­kach spól­nych ko­rzy­ści, bądź też dla obro­ny albo od­we­tu łą­czy­ła się raz z nim, to zno­wu prze­ciw nie­mu cała nie­mal ro­dzi­na eu­ro­pej­ska: wiel­kie mo­car­stwa, aby się nie dać wy­prze­dzić ani nad­szarp­nąć, pań­stwa drob­ne i bez­bron­ne, aby się nie dać po­chło­nąć, przede wszyst­kim zaś pań­stwa ościen­ne. Z jed­nym ato­li wy­jąt­kiem. Pań­stwo ościen­ne, któ­re naj­szer­szą a naj­kruch­szą ścia­ną przy­ty­ka­ło do pru­skich ko­szar, pań­stwo ob­szer­ne, któ­re wię­cej od in­nych mia­ło do stra­ce­nia, a tak osła­bio­ne, że mia­ło do stra­ce­nia wszyst­ko - jed­nym sło­wem Rzpli­ta Pol­ska - ni­g­dy, bądź ra­zem z Fry­de­ry­kiem, bądź prze­ciw nie­mu w żad­nej nie uczest­ni­czy­ło wy­pra­wie, do żad­ne­go nie przy­stą­pi­ło so­ju­szu. Rów­nej sta­ło­ści nie do­świad­czył on wię­cej od ni­ko­go. Z jed­nej stro­ny, głów­ne­go śmier­tel­ne­go prze­ciw­ni­ka, Au­strię, na­sam­przód upo­ko­rzo­ną w wal­ce, uda­ło mu się pod ko­niec w dro­dze ukła­dów osta­tecz­nie roz­bro­ić, zde­gra­do­wać przez spól­nic­two. Z dru­giej, wcze­śniej­si albo póź­niej­si jego przy­ja­cie­le i alian­ci: Fran­cja, Ba­wa­ria, Sak­so­nia, Ho­lan­dia, Szwe­cja, An­glia i Ro­sja, wszy­scy kie­dy­kol­wiek na­le­że­li do zde­kla­ro­wa­nych wro­gów kró­la pru­skie­go.

Ina­czej Rzpli­ta Pol­ska. Ta ni­g­dy nie my­śla­ła ani mie­rzyć się, ani dzie­lić z Fry­de­ry­kiem. Ani u nie­go, ani na nim nie szu­ka­ła zy­sków. Sta­le wzglę­dem nie­go trzy­ma­ła się na sto­pie trak­ta­to­wej neu­tral­no­ści i głę­bo­kie­go po­ko­ju. To­też na­wza­jem wdzięcz­ny król pru­ski przez całe ży­cie miał dla niej li tyl­ko trak­ta­to­we bło­go­sła­wień­stwa do­bre­go są­siedz­twa. Wstę­pu­jąc na tron za­stał Pru­sy zwią­za­ne wzglę­dem Pol­ski przez trak­tat we­law­ski, byd­go­ską kon­wen­cję, gwa­ran­cje oliw­skie. Nie roz­darł tych umów mie­czem, ow­szem, przy­dał do nich nową, trak­tat war­szaw­ski, gdzie tam­te są po­wo­ła­ne, tak jak się w no­wej praw­nej po­lu­bow­nej trans­ak­cji po­wo­łu­je daw­niej­sze: i jak za­stał, tak zo­sta­wił Rzpli­tą w po­ko­ju... Przez czter­dzie­ści sześć lat pa­no­wa­nia ani razu prze­ciw Pol­sce nie do­by­wa orę­ża. Ten czło­wiek, któ­ry od pierw­szej chwi­li na­peł­nił hu­kiem ar­mat i ję­kiem ko­na­ją­cych po­ło­wę Eu­ro­py, któ­ry pro­wa­dził czte­ry woj­ny, od­był dzie­sięć kam­pa­nij, wy­dał dwa­dzie­ścia ba­ta­lij, nie­przy­ja­ciel­skie woj­ska wi­dział w Ber­li­nie; swo­je wpro­wa­dził do Wro­cła­wia, Pra­gi, Dre­zna; któ­ry za­czął rze­mio­sło jako dwu­dzie­sto­let­ni mło­dzie­niec i jesz­cze bli­ski sie­dem­dzie­siąt­ki obo­zo­wał na for­pocz­tach, ten wiel­ki żoł­nierz dla Rzpli­tej miał tyl­ko po­kój. Jed­nak ten szczę­śli­wy żoł­nierz, któ­ry ugiął Au­strię, zgniótł Sak­so­nię, zgro­mił Rze­szę Nie­miec­ką, Fran­cu­zom spra­wił Ross­bach, Ro­sja­nom zgo­to­wał Zorn­dorf - Rzpli­tą, nie ob­na­ża­jąc szpa­dy, cią­gle po przy­ja­ciel­sku, cią­gle po­ko­jo­wo, w dro­dze spo­koj­nej ne­go­cja­cji, strasz­li­wiej ugo­dził niż tam­tych na po­lach bi­tew, do ser­ca jej tra­?ł, do­bił.

Hi­sto­ria pol­ska

ma z nim je­den pro­sty ra­chu­nek, tak pro­sty, że jej sądu nic zmą­cić nie jest w sta­nie. Ma do oso­by jego naj­pierw­sze, naj­lep­sze pra­wo. Na­le­ży on do niej, sta­no­wi jej wła­sność, spod jej kom­pe­ten­cji wy­ła­mać się nie może.

Do tych kla­sycz­nie pro­stych a nie­zrów­na­nie moc­nych słów zmar­łe­go mi­strza hi­sto­rii dy­plo­ma­tycz­nej niech nam wol­no bę­dzie do­dać sub spe­cie r. 1946 kil­ka wła­snych uwag ogól­nych.

Dzie­je peł­ne są walk mię­dzy na­ro­da­mi i pań­stwa­mi, walk mniej lub wię­cej ra­cjo­nal­nych, nie­unik­nio­nych, bar­ba­rzyń­skich lub szla­chet­nych, któ­rych źró­dłem by­wa­ła jed­no­stron­na lub dwu­stron­na dąż­ność na­past­ni­cza. Przy­sło­wia lu­do­we świad­czą, że o cu­dzo­ziem­cach wię­cej jest do po­wie­dze­nia złe­go niż do­bre­go; szcze­re sym­pa­tie i czy­ny al­tru­istycz­ne sta­no­wią mię­dzy na­ro­da­mi wy­jąt­ki, re­gu­łą jest ego­izm, nie­chęć, za­zdro­sna od­por­ność. W każ­dym wie­ku tra­?ał się ja­kiś ma­rzy­ciel - Mi­ko­łaj z Kuzy, Sul­ly, Lesz­czyń­ski czy Sa­int-Pier­re, Kant czy Wil­son, co szedł mię­dzy ludy z ga­łąz­ką oliw­ną gło­sić po­kój świa­to­wy, nie­kie­dy szedł jak Wol­ter z ró­zgą, aby nią siec (w Kan­dy­dzie) za­gry­za­ją­cych się na­wza­jem "Awa­rów" i "Buł­ga­rów" - a woj­ny, jak wy­bu­chy wul­ka­nów, po­wta­rza­ły się z nie­ubła­ga­ną pe­rio­dycz­no­ścią.

Tak, ale co in­ne­go woj­na, a co in­ne­go na­ro­do­żer­stwo. Nie każ­da woj­na dąży do za­gła­dy stro­ny po­ko­na­nej; moż­na nisz­czyć obce ple­mię tak­że bez woj­ny. Otóż hi­sto­ria nie zna przy­kła­du, aby je­den czło­wiek wło­żył tyle nie­na­wi­ści w swój sto­su­nek do są­sied­nie­go na­ro­du, ile jej przez pół wie­ku wy­dzie­lił z sie­bie Fry­de­ryk zwa­ny Wiel­kim. Po­tęż­ne nie­na­wi­ści wzbie­ra­ły nie­raz w du­szach krzyw­dzo­nych wo­bec zdo­byw­ców i cie­mię­ży­cie­li: tak pa­trzał na Rzy­mian Han­ni­bal czy Mi­try­da­tes, ale jesz­cze głęb­sze, co­raz głęb­sze uczu­cia nie­przy­jaź­ni ro­dzi­ły się zwłasz­cza w du­szach ger­mań­skich wo­bec krzyw­dzo­nych. Fry­de­ryk jako nisz­czy­ciel Pol­ski, któ­ra mu nic ni­g­dy złe­go nie zro­bi­ła, sta­no­wi zja­wi­sko je­dy­ne w dzie­jach - i w tym zna­cze­niu uni­wer­sal­ne. A że duch jego pro­mie­nio­wał na swo­ich i ob­cych przez sze­reg po­ko­leń, po­przez dzie­sią­tą gra­ni­cę, że jego za­sa­dy sta­ły się wcie­le­niem tego, co wiek XIX po­tę­pił, a wiek XX spró­bo­wał na nowo uświę­cić, więc po­ru­szo­ny w tej książ­ce te­mat sta­no­wi coś wię­cej niż bi­lans krzywd, do­zna­nych w pew­nej epo­ce przez pe­wien na­ród: jest to przy­czy­nek do dzie­jów ludz­ko­ści - i nie­ludz­ko­ści.

W za­się­gu roz­ka­zów ?­lo­zo­fa z Sans-So­uci cho­wał się w Kró­lew­cu inny ?­lo­zof, Im­ma­nu­el Kant, któ­ry sfor­mu­ło­wał je­den ze swych na­czel­nych im­pe­ra­ty­wów na­stę­pu­ją­co: "Dzia­łaj w ten spo­sób, aby czło­wie­czeń­stwo w ja­kiej­kol­wiek po­sta­ci sta­no­wi­ło dla cie­bie za­wsze cel a nie śro­dek". Dla Fry­de­ry­ka czło­wie­czeń­stwo jako cel nie ist­nia­ło - ist­nia­ła po­tę­ga Prus, tj. domu bran­den­bur­skie­go, jej słu­żyć mia­ły świa­do­mie i bez­wied­nie inne pań­stwa i na­ro­dy. Na­ród pol­ski miał mu słu­żyć jak sta­do ba­ra­nów, aby po speł­nie­niu tej mi­sji stać się na­wo­zem pod inną, war­to­ściow­szą rasę. Lecz że ten na­ród był na ra­zie dwa­kroć licz­niej­szy, re­pre­zen­to­wał znacz­ną siłę ma­te­rial­ną i uta­jo­ne nie­po­śled­nie war­to­ści du­cho­we, więc do zni­we­cze­nia go użył Ho­hen­zol­lern ca­łe­go ar­se­na­łu środ­ków. Wma­wiał on pu­blicz­no­ści, że po­li­ty­ka za­sa­dza się nie na ukła­da­niu i prze­pro­wa­dza­niu roz­le­głych pla­nów, lecz na chwy­ta­niu przy­pad­ko­wych ko­niunk­tur: re­cep­ta do­bra na uży­tek pro­pa­gan­do­wy, dla my­dle­nia lu­dziom oczu, aby part­ne­rzy nie pa­trze­li gra­czo­wi na ręce! Ale w sto­sun­ku do Pol­ski Fry­de­ryk nie prak­ty­ko­wał by­naj­mniej tej za­sa­dy. Tam wszyst­ko było ce­lo­we, pla­no­we, ob­li­czo­ne. A pierw­szym prze­pi­sem tej prze­wi­du­ją­cej po­li­ty­ki było nie zde­ma­sko­wać się przed­wcze­śnie, uda­wać przy­ja­cie­la do ostat­niej chwi­li, kie­dy przyj­dzie czas na użą­dle­nie o?a­ry. Trzy­dzie­ści lat przy­go­to­wa­nia, dwa­dzie­ścia lat do­ko­na­nia. Trzy­dzie­ści lat słod­kich słów, dwa­dzie­ścia lat strasz­nych czy­nów - oto ogól­ny roz­kład na­sze­go te­ma­tu.

Rzecz wszak­że ude­rza­ją­ca - nikt do­tych­czas przed­mio­tu tego nie opra­co­wał. Nie ma o Fry­de­ry­ku i Pol­sce ani książ­ki, ani na­wet krót­kiej roz­pra­wy. Nie usłu­cha­li we­zwa­nia Aske­na­ze­go hi­sto­ry­cy pol­scy, nie spró­bo­wa­li ich wy­prze­dzić cu­dzo­ziem­scy. Ba­da­cze nie­miec­cy na­pi­sa­li o Fry­de­ry­ku dużą bi­blio­te­kę, ale o jego trak­to­wa­niu spraw pol­skich jest w tym ogro­mie nie­pro­por­cjo­nal­nie mało. Stan­dard work tej li­te­ra­tu­ry Ge­schich­te Frie­drichs des Gros­sen Re­in­hol­da Ko­se­ra prze­śli­zgu­je się lek­ko nad fak­ta­mi, o któ­rych mowa bę­dzie po­ni­żej (choć au­tor, jako na­czel­ny dy­rek­tor pru­skich ar­chi­wów, miał do tych wszyst­kich taj­ni­ków ła­twy do­stęp), jak­by w hi­sto­rii obo­wią­zy­wa­ła re­gu­ła: de mor­tu­is ni­hil albo qu­ie­ta non mo­ve­re.

Czy­tel­ni­kom an­glo­sa­skim Fry­de­ryk jest zna­ny we wła­snym, ory­gi­nal­nym uję­ciu. Lord Ma­cau­lay po­świę­cił mu świet­ny szkic, się­ga­ją­cy jed­nak tyl­ko koń­ca woj­ny sied­mio­let­niej (bo tyle obej­mo­wa­ło oma­wia­ne prze­zeń kry­tycz­nie dzie­ło Preus­sa). Tho­mas Car­ly­le roz­wał­ko­wał swo­je he­ro­jo­chwal­stwo na dzie­sięć to­mów, choć nie po­sia­dał do du­szy bo­ha­te­ra je­dy­ne­go wła­ści­we­go klu­cza: jego po­li­tycz­nej ko­re­spon­den­cji. Ame­ry­ka­nin Tut­tle ba­dał źró­dło­wo tyl­ko 16 lat przed woj­ną sied­mio­let­nią. Pan W.?F. Red­da­way z Cam­brid­ge dał syl­wet­kę ca­ło­ści, da­le­ką od car­ly­li­zmu, ale i on, choć kom­pe­tent­ny do ba­da­nia rze­czy wschod­nio- i pół­noc­no­eu­ro­pej­skich, nad wie­lu prze­ja­wa­mi pol­skiej po­li­ty­ki kró­la prze­szedł po­bież­nie.

Dziś wy­daw­nic­twa źró­dło­we do tej epo­ki są już o tyle kom­plet­ne, a po­szu­ki­wa­nia ar­chi­wal­ne zwłasz­cza przed woj­ną świa­to­wą wy­do­by­ły na wierzch tyle istot­nych in­for­ma­cji, że na­uka pol­ska może po­ku­sić się o re­ali­za­cję swe­go "pra­wa". Jak się z tego za­da­nia wy­wią­za­ła, czy­tel­nik osą­dzi. Śmie­my bądź co bądź wy­ra­zić na­dzie­ję, że je­że­li rze­czy­wi­ście dla ger­ma­ni­zmu naj­waż­niej­szą rze­czą, waż­niej­szą niż wy­ła­nia­nie ta­kich po­tęg du­cho­wych jak Go­ethe lub Kant, było zdo­by­wa­nie no­wej zie­mi dla nie­miec­kie­go ludu, to chy­ba nie­miec­cy dzie­jo­pi­so­wie przyj­mą ten wi­ze­ru­nek wiel­kie­go nisz­czy­cie­la pol­sko­ści - bez obu­rze­nia.

ROZDZIAŁ I

Zło­wro­gie kon­tra­sty. Pol­ska naj­spo­koj­niej­szą są­siad­ką Prus. Dzie­ło Fry­de­ry­ka Wil­hel­ma I. Kró­le­wicz-ma­rzy­ciel. De­zer­ter na po­ku­cie. Tra­dy­cja Ho­hen­zol­ler­nów górą. Pierw­sze ze­tknię­cie z Sa­sa­mi i Po­la­ka­mi i pierw­sze fan­ta­zje po­li­tycz­ne. Oże­nek kró­le­wi­cza. Ho­hen­zol­ler­no­wie wo­bec woj­ny o tron pol­ski. Fryc wśród Sar­ma­tów w Kró­lew­cu. Jego ho­ry­zon­ty po­li­tycz­ne w Rhe­ins­ber­gu. An­ti­ma­chia­vel, ou Exa­men du Ma­chia­vel. Co zro­bi­ła z Fry­de­ry­ka ma­so­ne­ria? Stan po­ra­chun­ków pol­sko-pru­skich. Mal­kon­ten­ci do usług. Ostat­ni gest kró­la-ka­pra­la: po­grom klasz­to­ru w Pa­ra­dy­żu.

Na prze­strze­ni se­tek ki­lo­me­trów, nie­prze­dzie­lo­ne żad­nym pa­smem gór ani żad­ny­mi rze­ka­mi, gra­ni­czy­ły ze sobą przez pa­rę­set lat dwa two­ry pań­stwo­we o naj­sprzecz­niej­szych ustro­jach i cha­rak­te­rach - Pol­ska i Pru­sy. Z jed­nej stro­ny spo­łecz­ność, któ­ra nie była na­ro­dem, bo sztucz­nie od­dar­ta od ca­ło­ści ple­mien­nej, gwał­tem wprzę­gnię­ta w ?­skal­no-biu­ro­kra­tycz­ne jarz­mo dy­na­stii. Z dru­giej spo­łecz­ność, któ­ra tak­że nie była w zna­cze­niu no­wo­cze­snym na­ro­dem, bo tyl­ko gór­na jej war­stwa mia­ła peł­nię praw oby­wa­tel­skich i sie­bie je­dy­nie uwa­ża­ła za na­ród. Tu po­tę­gu­ją­ca się aż do sa­mo­wo­li wol­ność, tam kar­ność do­cho­dzą­ca aż do nie­wo­li. Tu ży­cie bez­tro­skie we­dług de­wi­zy: "jak kto chce", "ja­koś to bę­dzie"; tam roz­kaz, re­gla­men­ta­cja, tre­su­ra. Tu ka­to­li­cyzm, tam lu­te­ra­nizm z kal­wiń­ską dy­na­stią u szczy­tu. Tu de­cen­tra­li­za­cja, rzą­dy sej­mi­ko­we, tam cen­tra­lizm i biu­ro­kra­cja. Tu li­chy han­del prze­waż­nie w rę­kach ob­cych, tam po­cząt­ki prze­my­słu i umie­jęt­na po­li­ty­ka mer­kan­tyl­na. Tu po­dat­ki i cła, ob­li­czo­ne na mi­ni­mum obro­ny kra­jo­wej; tam śru­ba przy­ci­śnię­ta moc­no, z ta­kim wy­ni­kiem, że dwu­mi­lio­no­we pań­stwo Ho­hen­zol­ler­nów mia­ło w 1740 r. oko­ło 7 mi­lio­nów ta­la­rów do­cho­du.

W Pol­sce na kró­lewsz­czy­znach tu­czy­ła się pry­wa­ta, w Pru­sach do­me­ny ży­wi­ły woj­sko. To­też 11-mi­lio­no­wa Pol­ska-Li­twa spa­dła w la­tach 1660-1717 z 60 ty­się­cy żoł­nie­rzy na kil­ka­na­ście ty­się­cy, Bran­den­bur­gia i Pru­sy w la­tach 1648-1717 od kil­ku ty­się­cy do­szły do kil­ku­dzie­się­ciu. Naj­rdzen­niej­sze po­do­bień­stwo po­le­ga­ło na ist­nie­niu tu i tam pa­nu­ją­cej war­stwy zie­miań­skiej i na wy­zy­sku chło­pa, prze­cięt­nie bio­rąc cięż­szym w Pol­sce niż w pań­stwie Ho­hen­zol­ler­nów. Ta wspól­ność do cza­su zbli­ża­ła dwa nie­po­dob­ne kra­je: tyl­ko o swych fol­warcz­nych in­te­re­sach mo­gli ze zro­zu­mie­niem wza­jem­nym roz­ma­wiać nie­miec­ki jun­kier z pol­skim szlach­ci­cem, od kie­dy pierw­szy dał so­bie wy­bić z gło­wy inny te­mat, Po­la­ków wciąż in­te­re­su­ją­cy - wol­no­ści po­li­tycz­ne.

Wy­koń­cze­nie tego sys­te­mu rzą­dów prze­pro­wa­dził jako swo­ją dzie­jo­wą mi­sję czło­wiek oso­bli­wy, na prze­mian to sza­now­ny, to od­ra­ża­ją­cy, strasz­ny i śmiesz­ny, zbroj­ny tchórz wszech­wład­ny u sie­bie a nie­do­łęż­ny na are­nie mię­dzy­na­ro­do­wej. Fry­de­ryk Wil­helm I prze­niósł do kom­nat kró­lew­skich in­stynk­ty i kwa­li­?­ka­cje nie­okrze­sa­ne­go szla­go­na z głę­bo­kiej pro­win­cji. Tomy pi­sa­no o jego skner­stwie dla ro­dzi­ny i hoj­no­ści na kup­no wiel­ko­lu­dów, o pra­co­wi­to­ści, pe­dan­ty­zmie i cia­sno­cie po­jęć, o bra­ku upodo­ba­nia do nauk i sztuk pięk­nych, o ta­ba­gii i bła­znach, o bru­tal­nym trak­to­wa­niu dzie­ci i o nie­za­rad­no­ści w ob­cho­dze­niu się z "hunc­fo­ta­mi-mi­ni­stra­mi", co go "zdra­dza­li" za obce srebr­ni­ki. Naj­istot­niej­szy do­ro­bek jego ży­cia stresz­cza się w na­stę­pu­ją­cych kil­ku fak­tach.

Usta­bi­li­zo­wał die So­uve­ra­ini­tät wie ein ro­cher von bron­ze i usu­nął z głów jun­kier­skich reszt­ki ich sta­no­we­go "nie­po­swal­liam". Na­peł­nił skarb i ko­sza­ry, do­pro­wa­dza­jąc woj­sko do osiem­dzie­się­ciu kil­ku ty­się­cy; wię­cej na­wet, za­mie­nił całe Kró­le­stwo Pru­skie w jed­ne wiel­kie ko­sza­ry. Za­pew­nił swe­mu woj­sku sta­ły i dar­mo­wy spo­sób kom­ple­to­wa­nia z "kan­to­nów", tj. z okrę­gów ziem­skich, z któ­rych każ­dy mu­siał na ter­min do­star­czyć kon­tyn­gen­tu re­kru­ta. Całą go­spo­dar­kę pań­stwo­wą na­sta­wił w kie­run­ku po­go­to­wia wo­jen­ne­go, zmu­sza­jąc ?­ska­li­stów i mi­li­ta­ry­stów, do­tąd czę­sto nie­zgod­nych, do ko­le­gial­nej pra­cy w Ober-Ge­ne­ral-Krie­ges- und Do­mänen-Di­rec­tion. Do­daj­my do tego (poza przy­łą­cze­niem Szcze­ci­na) pew­ną zdo­bycz w za­kre­sie po­li­ty­ki za­gra­nicz­nej, nie bez war­to­ści na przy­szłość: orien­ta­cję ro­syj­ską, któ­ra za ży­cia Pio­tra Wiel­kie­go przy­bra­ła na­wet po­stać ser­decz­ne­go uwiel­bie­nia dla cara-ty­ta­na. Praw­da, Ho­hen­zol­lern ży­wił tak­że w głę­bi du­szy pa­trio­tycz­ne przy­wią­za­nie do Ce­sar­stwa Nie­miec­kie­go, któ­re się rów­no­wa­ży­ło z za­zdro­sną nie­chę­cią do Habs­bur­gów. W wy­ni­ku sprzecz­nych tych uczuć ni­g­dy nie wy­pro­wa­dził swych wojsk prze­ciw­ko Ka­ro­lo­wi VI i nie po­ku­sił się na­wet o wy­zy­ska­nie cięż­kich dla Habs­bur­gów mo­men­tów. Po­więk­szył też swe pań­stwo je­dy­nie o Szcze­cin i część Po­mo­rza Przed­nie­go, któ­re ta­nio, a nie­zbyt ho­no­ro­wo wy­darł po­wa­lo­ne­mu szwedz­kie­mu bo­ha­te­ro­wi, Ka­ro­lo­wi XII.

Na tej gle­bie moc­no wy­na­wo­żo­nej i głę­bo­ko zo­ra­nej wy­ra­stał kwiat nie­mniej oso­bli­wy, jak się zda­wa­ło, wprost eg­zo­tycz­ny. Na­stęp­ca tro­nu Fry­de­ryk, uro­dzo­ny 24 stycz­nia 1712 r., otrzy­mał wy­kształ­ce­nie sta­ran­ne, ale w du­chu kom­pro­mi­so­wym mię­dzy wy­ma­ga­nia­mi ojca a upodo­ba­nia­mi sfran­cu­zia­łej epo­ki. Gu­wer­nant­ka i metr mie­li mu dać po­lor; ge­ne­ra­ło­wie, zwłasz­cza Le­opold von An­halt-Des­sau, dziel­ność i mę­stwo. In­struk­cje wy­cho­waw­cze oj­ciec prze­ro­bił z prze­ję­te­go od dzia­da wzo­ru, po­dług któ­re­go sam był wy­cho­wa­ny: kła­dły one na­cisk na edu­ka­cję re­li­gij­ną w du­chu po­śred­nim mię­dzy kal­wi­ni­zmem a lu­te­ra­ni­zmem oraz na stu­dium hi­sto­ri­cum, byle bez hi­sto­rii sta­ro­żyt­nej: wy­star­czy zna­jo­mość po­li­ty­ki i wo­jen z ostat­nich lat 150. Naj­su­ro­wiej po­tę­pio­na była ła­ci­na, zlek­ce­wa­żo­na li­te­ra­tu­ra pięk­na.

Ali­ści ze wszyst­kich re­gu­la­mi­nów, ja­kie król ka­pral wy­dał dla pod­wład­nych, naj­go­rzej zo­stał wy­ko­na­ny re­gu­la­min pe­da­go­gicz­ny. Ze swych nie cał­kiem prze­pi­so­wych lek­cji Fryc wy­niósł szpet­ną, ko­sza­ro­wą niem­czy­znę, ułam­ki po­twor­nej ła­ci­ny bez po­rów­na­nia gor­sze niż pol­sko-je­zu­ic­ka, i płyn­ną fran­cusz­czy­znę, któ­rą so­bie z tru­dem wy­do­sko­na­lił. Czy­ta­jąc dzie­ła ?­lo­zo­?cz­ne, wy­ro­bił so­bie gięt­ką dia­lek­ty­kę i przy­swo­ił za­pas ?­lo­zo­?cz­nych ter­mi­nów. Star­czy­ło mu mą­dro­ści na to, aby pod­wa­żyć wszel­kie do­gma­ty re­li­gij­no-mo­ral­ne, za mało jej było do zbu­do­wa­nia wła­sne­go, sys­te­ma­tycz­ne­go po­glą­du na byt. Oj­ciec z bó­lem wy­czu­wał w nim coś ob­ce­go, coś, z cze­go dom Ho­hen­zol­ler­nów nie bę­dzie miał po­cie­chy. "Fritz, hal­te dich an das Re­el­le", na­le­gał i jako re­al­ne war­to­ści za­chwa­lał pra­cę dla pań­stwa, szcze­gól­nie na polu woj­sko­wo­ści i pro­duk­cji ma­te­rial­nej.

Fryc pusz­czał te na­uki mimo uszu; oj­ciec wpa­dał w gniew, nie­raz na­wet w fu­rię, któ­rej skut­ków do­zna­wa­li wów­czas mat­ka, Zo­?a Char­lot­te Welf, tu­dzież całe ro­dzeń­stwo, gdzie ton nada­wa­li (ton nie­na­wi­ści do ojca) na­stęp­ca tro­nu i star­sza odeń o lat czte­ry sio­stra Wil­hel­mi­na. Mało już bra­ko­wa­ło, by oko­ło Fry­de­ry­ka za­wią­za­ła się ko­te­ria dwor­ska, może na­wet par­tia opo­zy­cyj­na, w ka­ry­god­nych kon­szach­tach z za­gra­ni­cą. Wi­siał w po­wie­trzu krwa­wy dra­mat, po­dob­ny do tego, jaki w domu Ro­ma­no­wów prze­żył Piotr z Alek­sym. Wy­ła­do­wa­ło się wszyst­ko w słyn­nej pró­bie uciecz­ki kró­le­wi­cza do An­glii. Schwy­ta­ny, o mało nie uśmier­co­ny wła­sno­ręcz­nie przez ojca, ska­za­ny prze­zeń, lecz uła­ska­wio­ny na in­ter­wen­cję habs­bur­skie­go dy­plo­ma­ty, Fry­de­ryk mu­siał pa­trzeć na kaźń swe­go przy­ja­cie­la-spi­skow­ca Kat­te­go, i to prze­ży­cie za­de­cy­do­wa­ło o ca­łej jego przy­szło­ści. Ka­za­no mu w po­nu­rej twier­dzy ko­strzyń­skiej ślę­czeć z dala od li­te­ra­tu­ry nad ra­chun­ka­mi miej­sco­wej ka­me­ry. Ku­ra­cja oka­za­ła się sku­tecz­na. Mło­dzie­niec na­brał gu­stu do eko­no­mi­ki dóbr pań­stwo­wych i co waż­niej­sza, uznał, że ist­nie­je nad jego in­dy­wi­du­al­no­ścią wyż­szy po­rzą­dek rze­czy - nie ten wy­ma­rzo­ny przez ?­lo­zo­fów i mo­ra­li­stów, ale bez­li­to­sny, na sile ?­zycz­nej opar­ty po­rzą­dek pru­ski. Od ra­chun­ków prze­ko­men­de­ro­wał go oj­ciec do musz­try, na Exer­cir­platz w Rup­pi­nie, i tu­taj zno­wu trąb­ki i wer­ble zbu­dzi­ły w jego du­szy nutę woj­sko­wą, choć jesz­cze nie wo­jen­ną.

Har­mo­nia mię­dzy oj­cem a sy­nem usta­la­ła się kosz­tem tych wszyst­kich pięk­nych idei, któ­re moż­na było pie­ścić w po­ezji, w me­ta­?­zy­ce, ale któ­re roz­trą­cał ge­nius loci Ber­li­na. Co­raz moc­niej wmy­ślał się "Fe­de­ric" w swo­ją przy­szłą rolę go­spo­da­rza Prus i co­raz ży­wiej in­te­re­so­wał się tak­że ich po­li­ty­ką za­gra­nicz­ną. I wte­dy to, gdy pa­trzał na dzi­wacz­ne, po­szar­pa­ne kształ­ty po­sia­dło­ści Ho­hen­zol­ler­nów, do­ty­ka­ją­ce Renu, Elby, Odry i w jed­nym je­dy­nym punk­cie Wi­sły, a da­lej Pre­go­ły i Nie­mna, mu­siał w wy­obraź­ni bu­do­wać mo­sty mię­dzy prze­szło­ścią a przy­szło­ścią Prus, zwłasz­cza w sto­sun­ku do przy­le­ga­ją­ce­go wscho­du.

Epo­kę Wiel­kie­go Fry­de­ry­ka łą­czy z cza­sa­mi mi­strza, a po­tem księ­cia Al­brech­ta dwo­ja­kie pa­smo tra­dy­cji. Król pol­ski, przyj­mu­jąc pod swą tar­czę zbun­to­wa­ne­go prze­ciw Ko­ścio­ło­wi mi­strza Krzy­ża­ków, osło­nił go za­ra­zem przed re­pre­sją świec­kiej wła­dzy ce­sar­skiej. Ten­że ato­li król pol­ski oraz jego na­stęp­cy za­opie­ko­wa­li się wol­no­ścią sta­nów pru­skich, tj. szlach­ty i miesz­czan, wo­bec gro­żą­cych im ab­so­lu­ty­stycz­nych za­ku­sów ksią­żąt. W obu wy­pad­kach po­li­ty­ka zga­dza­ła się z obu­stron­nym ide­ałem mo­ral­nym. Zyg­mun­to­wie dą­ży­li do unie­za­leż­nie­nia Prus od Rze­szy, aby tędy ra­mię nie­miec­kie nie od­ci­na­ło Pol­ski i Li­twy od Mo­rza Bał­tyc­kie­go, prze­ciw­dzia­ła­li też zbyt­nie­mu wzmoc­nie­niu u uj­ścia Wi­sły i Nie­mna ra­mie­nia pru­skie­go. Chro­niąc ato­li ksią­żąt przed eg­ze­ku­cją Rze­szy, a sta­ny przed de­spo­ty­zmem ksią­żąt, uży­cza­li jed­nym i dru­gim tego, co i oni, i tam­ci uwa­ża­li za naj­cen­niej­sze - swo­bo­dy. O tym, że kie­dyś po­wsta­nie war­tość wyż­sza nad wol­ność, mia­no­wi­cie niem­czy­zna ze swo­ją wolą mocy, nie wie­dzia­no wów­czas ani w War­sza­wie, ani w Kró­lew­cu.

Z Kró­lew­ca i z Ber­li­na sto­su­nek ten wy­glą­dał wszak­że ina­czej. Tra­dy­cje krzy­żac­kie zro­sły się z bran­den­bur­ski­mi i wy­two­rzy­ły dwu­to­ro­wą ten­den­cję za­bor­czą. Jed­no par­cie, krzy­żac­kie, szło wzdłuż brze­gów Bał­ty­ku na Pru­sy Kró­lew­skie, War­mię, Żmudź, Kur­lan­dię; dru­gie, bran­den­bur­skie, na Wiel­ko­pol­skę i Śląsk. Prze­wa­ża­ło tam­to pierw­sze, nad­mor­skie. Dwaj po­przed­ni­cy Fry­de­ry­ka II zo­sta­wi­li w źró­dłach śla­dy ape­ty­tu na El­bląg, War­mię, Gdańsk, Po­mo­rze, Żmudź, część Ma­zow­sza, Kur­lan­dię: przez sto lat z górą nie mó­wi­ło się i nie pi­sa­ło o wi­do­kach na Po­znań.

Dla do­pię­cia ce­lów za­bor­czych Ho­hen­zol­ler­no­wie wcze­śnie wy­ro­bi­li so­bie sto­sun­ki wśród pol­skiej i li­tew­skiej ma­gna­te­rii. Je­że­li Al­brecht I przy­jaź­nił się i ko­re­spon­do­wał z pa­na­mi pol­ski­mi, to wol­no w tym wi­dzieć po pro­stu szu­ka­nie po­par­cia na dwo­rze Ja­giel­lo­nów; ta­kież ko­re­spon­den­cje jego na­stęp­ców z li­nii elek­tor­skiej zmie­rza­ły do eman­cy­pa­cji księ­stwa, a eman­cy­pa­cję przez pa­ro­krot­ne prze­nie­wier­stwo osią­gnął Wiel­ki Elek­tor, któ­ry przy­stą­pił już do pro­te­go­wa­nia pol­skiej zło­tej wol­no­ści - w tym sa­mym cza­sie, kie­dy Pol­ska wy­pusz­cza­ła z rąk opie­kę nad wol­no­ścią pru­ską. Na po­zór pła­cił tu Ho­hen­zol­lern pięk­nym za na­dob­ne: tyl­ko że on czę­sto­wał Po­la­ków nie tym, co uwa­żał za zdro­we i war­to­ścio­we, lecz tru­ci­zną, któ­rą u sie­bie nisz­czył roz­pa­lo­nym że­la­zem.

Fry­de­ryk Wiel­ki, jak to daw­no za­uwa­żo­no, po­łą­czyć miał w swo­jej oso­bie cha­rak­te­ry­stycz­ne za­dat­ki przod­ków. Po Wiel­kim Elek­to­rze wziął ta­lent po­li­tycz­ny i wo­jen­ny; po dziad­ku, Fry­de­ry­ku I, am­bi­cje i po­ciąg do ze­wnętrz­nej fran­cu­skiej kul­tu­ry; po ojcu pra­co­wi­tość, oszczęd­ność, re­alizm i bru­tal­ność. Od sie­bie do­dał rzecz, któ­rej ża­den z tam­tych w ta­kim stop­niu nie po­sia­dał: nad­ludz­ką nie­na­wiść do pol­sz­czy­zny. Na to nikt u nas nie był przy­go­to­wa­ny. Gro­ma­dzą­ce się w du­szach po­krzy­żac­kich uczu­cia dłu­go po­zo­sta­wa­ły bez wza­jem­no­ści. Szlach­ta pol­ska w XVII w. dużo się na­po­msto­wa­ła na Ra­ku­szan i na Fran­cję, na bi­sur­ma­nów i na Szwe­cję, oczy­wi­ście i na Mo­skwę. Naj­mniej złe­go pi­sa­no i mó­wio­no o mo­nar­chii Ho­hen­zol­ler­nów. Do­pie­ro wi­dok Bran­den­bur­czy­ków pod War­sza­wą w r. 1656 i po­rwa­nie Kalk­ste­ina pod bo­kiem re­zy­den­cji kró­lew­skiej w 1670 r. wra­zi­ły się głę­biej w pa­mięć Sar­ma­tów. Póź­niej no­to­wa­no z nie­po­ko­jem za­mach na El­bląg (1698), z obu­rze­niem pru­skie ob­ła­wy na re­kru­tów. Ale to wszyst­ko było bla­de w po­rów­na­niu z po­tęż­nie­ją­cym na­pię­ciem uczuć an­ty­ro­syj­skich, chwi­la­mi też prze­ciw­sa­skich i prze­ciw­au­striac­kich.

W stycz­niu r. 1728 król pru­ski przy­był na kar­na­wał do Dre­zna; pier­wot­nie za­mie­rzał on zo­sta­wić Fry­ca w domu, ale ów przez Wil­hel­mi­nę wy­sta­rał się o wsta­wien­nic­two po­sła sa­skie­go, dzię­ki któ­re­mu za­pro­sze­nie roz­sze­rzo­no tak­że na kró­le­wi­cza. By­ło­by tam o czym po­gwa­rzyć z ta­ki­mi lu­mi­na­rza­mi sa­sko-pol­skie­go dwo­ru, jak Sta­ni­sław Po­nia­tow­ski, Mi­chał i Au­gust Czar­to­ry­scy, ksiądz pod­kanc­le­rzy Lip­ski, bi­skup Ho­zjusz, dwaj Bie­liń­scy, pod­skar­bi Mo­szyń­ski, An­to­ni Se­ba­stian Dem­bow­ski - wszy­scy oni ode­gra­ją pew­ną rolę w sto­sun­kach pol­sko-pru­skich, ale to byli lu­dzie w sile wie­ku, już sta­ty­ści, umie­ją­cy trzy­mać ję­zyk za zę­ba­mi, a Fryc szes­na­sto­let­ni prze­ży­wał do­pie­ro swój pierw­szy kar­na­wał. Po­dzi­wiał pew­nie gust i wspa­nia­łość drez­deń­skich pa­ła­ców i sa­sko-pol­skich stro­jów, ze­sta­wiał je w my­ślach z opię­ty­mi ża­kie­ta­mi Pru­sa­ków, spod któ­rych wy­glą­da­ły do­brze wy­kar­mio­ne po­ślad­ki. W dzień mi­ni­stro­wie kon­fe­ro­wa­li nad ra­ty­?­ka­cją i prak­tycz­nym za­sto­so­wa­niem trak­ta­tu przy­jaź­ni mię­dzy Sak­so­nią a Pru­sa­mi; wie­czo­ra­mi Au­gust przyj­mo­wał go­ści pi­ja­ty­ką w pa­ła­cu "gu­ber­na­tor­skim" (póź­niej "kur­landz­kim") przy tak zwa­nej Con­?­denz-Ta­fel - za­kła­da­no wła­śnie Brac­two Wro­gów Wstrze­mięź­li­wo­ści (So­ci­été des an­ti­so­bres). Już w nocy na 18 stycz­nia zda­rzy­ło się groź­ne omen: po­żar wy­buchł w pa­ła­cu Wac­ker­bar­tha i mu­sia­no zeń zmy­kać co żywo.

Ale gor­szy po­żar wznie­cił w ży­łach mło­dziut­kie­go phi­lo­so­phe'a roz­wią­zły król Wet­tyń­czyk, gdy na­gle od­sło­nił i ojcu i sy­no­wi wszyst­kie wdzię­ki ja­kiejś kur­ty­za­ny. "Fryc, ucie­kaj", krzyk­nął zgor­szo­ny papa. I sta­ło się we­dle jego roz­ka­zu. Ale od­tąd kron­prinz po­padł na dłu­go w dziw­ną cho­ro­bę: mi­zer­niał, więd­nął, me­lan­cho­li­zo­wał po po­wro­cie do Ber­li­na, o któ­rych to przej­ściach do­cho­wa­ła się dwo­ja­ka tra­dy­cja. Raz sły­chać, że Fry­de­ryk już w Dreź­nie po­znał pięk­ną cór­kę Au­gu­sta, Annę Orzel­ską, i usy­chał po­tem z tę­sk­no­ty do niej; kie­dy in­dziej, że uwo­dzi­ciel­ka na­zy­wa­ła się For­me­ra i że ona wte­dy wła­śnie na ży­cze­nie Au­gu­sta spro­wa­dzi­ła go z dro­gi cno­ty, Orzel­ską zaś za­pro­szo­no do Ber­li­na w maju, znów w to­wa­rzy­stwie jej ojca, aby klin kli­nem wy­bi­jać. Na na­stęp­nym zjeź­dzie mo­nar­chów, na ma­new­rach (kam­pa­ment) pod Mühl­ber­giem w czerw­cu r. 1730 kron­prinz nie ?­gu­ru­je. Nic dziw­ne­go. W tym wła­śnie cza­sie Orzel­ska wy­cho­dzi za mąż za księ­cia von Hol­ste­in-Beck, a jej wiel­bi­ciel spo­so­bi się do kar­ko­łom­nej eska­pa­dy. To pew­na, że pierw­szy pa­rok­syzm zmy­sło­wo­ści nie po­dzia­łał ko­ją­co na ner­wy kró­le­wi­cza-mal­kon­ten­ta: prze­ciw­nie, wła­śnie po tych wi­zy­tach i re­wi­zy­tach na­sta­ło pod da­chem Ho­hen­zol­ler­nów owo pie­kło, któ­re zna­la­zło wy­raz w de­zer­cji, pro­ce­sie i uwię­zie­niu. W póź­niej­szym wie­ku Fry­de­ryk był, jak wia­do­mo, mar­nym ko­chan­kiem i złym mę­żem. Nie był­by jed­nak "phi­lo­so­phem", gdy­by z kar­na­wa­łu drez­deń­skie­go nie wy­snuł pew­nej ogól­niej­szej teo­rii, któ­rą z cza­sem ogło­si urbi et orbi: że ga­lan­te­ria w ja­kim­kol­wiek ga­tun­ku nie zra­ża pod­da­nych i nie szko­dzi po­pu­lar­no­ści mo­nar­chów.

Są zresz­tą po­wo­dy do mnie­ma­nia, że jesz­cze inne iskry za­pa­dły wte­dy w du­szę kró­le­wi­cza: iskry na­mięt­no­ści po­li­tycz­nej. W la­tach 1728-1730 mię­dzy Dre­znem a Ber­li­nem snu­ły się już roz­mo­wy po­li­tycz­ne tre­ści na­der in­te­re­su­ją­cej. Pla­no­wa­no ja­kąś aso­cja­cję ge­ne­ral­ną nie­miec­kich sta­nów prze­ciw Habs­bur­gom, któ­rej jed­nak Ho­hen­zol­lern nie chciał ani pod sa­skim, ani pod an­glo-ha­no­wer­skim prze­wod­nic­twem. To znów Wet­tyń­czyk wa­bił Ho­hen­zol­ler­na do swe­go grand des­se­in, co to miał po­le­gać na za­pro­wa­dze­niu ab­so­lu­ty­zmu w resz­cie Pol­ski po za­spo­ko­je­niu jej są­sia­dów, a przede wszyst­kim Prus, ka­wał­ka­mi pań­stwa. Duże praw­do­po­do­bień­stwo prze­ma­wia za tym, że Au­gust po­trą­cał te te­ma­ty przy sto­le kon­?­den­cjal­nym w Dreź­nie, jako Pa­tron So­cie­ty, lub w Ber­li­nie, gdzie go po­dej­mo­wał Kom­pa­tron. Czy już wte­dy do­szły te kon­kret­ne roz­mo­wy do uszu kró­le­wi­cza? Rzecz wąt­pli­wa: kto ma przed sobą za­ma­chy, woj­ny, zdo­by­cze, nie ucie­ka do An­glii. Kron­prinz za­nad­to miał sko­ła­ta­ną gło­wę i zdar­te ner­wy bru­tal­stwa­mi ojca, by z nim moż­na było kon­fe­ro­wać o ra­cji sta­nu, nie bu­dził też za­ufa­nia ze wzglę­du na swe kon­szach­ty z cu­dzo­ziem­ca­mi. Je­że­li coś sły­szał o grand des­se­in, to ukrył sły­sza­ne rze­czy in pet­to i na­wią­zał do nich do­pie­ro po wy­trzeź­wie­niu - w Ko­strzy­nie. Stam­tąd to wy­sto­so­wał list czy me­mo­ria­lik do przy­ja­cie­la, nie­ja­kie­go Na­tzme­ra, za­ty­tu­ło­wa­ny De la po­li­ti­que ac­tu­el­le de la Prus­se. Na we­so­ło, z głu­pia frant, choć zda­niem pru­skich hi­sto­ry­ków ge­nial­nie, szki­cu­je on tam dla swe­go przy­szłe­go pań­stwa ta­kie per­spek­ty­wy roz­ro­stu: wcie­lić resz­tę ziem po­krzy­żac­kich, tj. Pru­sy Pol­skie, resz­tę szwedz­kie­go Po­mo­rza, jako po­most do Me­klem­bur­gii, któ­rej wład­cy prę­dzej czy póź­niej wy­mrą, i na za­cho­dzie księ­stwa Jülich i Berg, bo bez tego Kli­wia i Mark czu­ją się sa­mot­ne, bez­bron­ne i bied­ne.

Pi­smo do Na­tzme­ra nie jest je­dy­ną prób­ką ów­cze­snych za­in­te­re­so­wań po­li­tycz­nych Fry­de­ry­ka, któ­ry pil­nie stu­dio­wał wte­dy "han­del ślą­ski". Za­ko­mu­ni­ko­wa­ne w ko­pii księ­ciu Eu­ge­niu­szo­wi Sa­baudz­kie­mu, dało mu ono dużo do my­śle­nia. Au­striac­ki mąż sta­nu wy­my­ślił tedy jed­no: że trze­ba tak am­bit­ne­go na­stęp­cę tro­nu przy­kuć do Wied­nia przez mał­żeń­stwo, a za­ra­zem przez prze­kup­stwo. Jed­no i dru­gie ujął w swe ręce nie­za­stą­pio­ny spry­ciarz, po­seł Sec­ken­dorf, a po­mógł mu nie­oce­nio­ny po­śred­nik, mi­ni­ster Grumb­kow. Przez dwa lata, póki Au­gust Moc­ny rwał się w ob­ję­cia Fry­de­ry­ka Wil­hel­ma, a oba dwo­ry ce­sar­skie za­rzu­ca­ły sie­ci na Ber­lin, aby go spę­tać na przy­szłe pol­skie bez­kró­le­wie, ce­sar­sko-apo­stol­ska ra­cja sta­nu kle­ci­ła wstręt­ne mał­żeń­stwo Fry­ca z księż­nicz­ką Elż­bie­tą Kry­sty­ną v. Braun­schwe­ig-Be­vern, sio­strze­ni­cą ce­sa­rzo­wej Ka­ro­lo­wej. Kron­prinz od­gra­żał się dzie­siąt­ki razy, że na­rzu­co­ną "głu­pią", nie­cie­ka­wą, nie­ład­ną żonę za­raz po ślu­bie wy­pę­dzi, że chce żyć z dziew­ka­mi aż do czter­dzie­ste­go roku, a po­tem do­pie­ro weź­mie roz­kwi­ta­ją­cą pięt­na­sto­let­nią pięk­ność. Wszy­scy z wy­jąt­kiem nie­szczę­snej o?a­ry wi­dzie­li, że to bę­dzie zgrzyt jesz­cze gor­szy niż mię­dzy sta­rym kró­lem a We­lfów­ną. Ale Au­stria pła­ci­ła, Pru­sa­cy z kron­prin­zem na cze­le bra­li. Fry­de­ryk Wil­helm uwziął się tak­że w tej afe­rze ser­co­wej prze­ła­mać wolę syna - i syn z nie­ludz­ką po­ko­rą, z prze­kre­śle­niem ca­łej swej god­no­ści oso­bi­stej speł­nił roz­kaz. Po czym do­trzy­mał i obiet­ni­cy: żonę ode­pchnął, in­ter­no­wał w sto­li­cy - i po­grą­żył w ni­co­ści.

Tym­cza­sem cała po­li­ty­ka eu­ro­pej­ska sta­nę­ła pod zna­kiem pol­skiej suk­ce­sji. Dwo­ry ce­sar­skie, przy­go­to­wu­jąc się do na­rzu­ce­nia Pol­sce do­god­ne­go kró­la i do pod­ko­pa­nia w niej wpły­wów sa­skich oraz fran­cu­skich, otwie­ra­ły Fry­de­ry­ko­wi Wil­hel­mo­wi wi­do­ki na Kur­lan­dię (któ­rą zresz­tą Ro­sja sta­now­czo re­zer­wo­wa­ła dla sie­bie).

Fry­de­ryk ju­nior, jak wie­my, umiesz­czał swe per­spek­ty­wy eks­pan­syw­ne też nad Bał­ty­kiem, ale bli­żej Ber­li­na. Kie­dy Ro­sja, zmu­szo­na do for­so­wa­nia kan­dy­da­tu­ry Fry­de­ry­ka Au­gu­sta II Sasa, usi­ło­wa­ła do te­goż skło­nić kró­la pru­skie­go i chwi­la­mi już mu za to obie­cy­wa­ła El­bląg, War­mię i na­wet pas zie­mi od Po­me­ra­nii do Prus Wschod­nich, nie wi­dać zgo­ła, by ży­ją­cy jesz­cze w nie­ła­sce kró­le­wicz miał ja­kiś wgląd w te spra­wy. Sły­szał pew­no jesz­cze od ojca, że sa­ski pre­ten­dent to "Man­tel­sack", "dum­mer Teu­fel", sły­szał jego to­a­sty: "Vi­vat Sta­ni­slaus hoch, pe­re­at Au­gu­stus tief" - ale sły­szał pew­no i o tym, że dom Ho­hen­zol­ler­nów po­wi­nien by coś na tym bez­kró­le­wiu za­ro­bić, nie­ste­ty nie ma on jed­nak do Prus Pol­skich żad­nych praw.

Bez­kró­le­wie mi­ja­ło wśród od­gło­sów bom­bar­do­wa­nia Gdań­ska przez Ro­sjan. Jesz­cze po­tem przez rok sta­wia­li opór uzur­pa­to­ro­wi kon­fe­de­ra­ci dzi­kow­scy, któ­rzy na wia­rę Fran­cji pró­bo­wa­li ob­sta­wać przy le­gal­nym kró­lu Lesz­czyń­skim i bro­ni­li nie­pod­le­gło­ści na prze­kór Sa­som, Mo­skwie i Au­stria­kom. Na zie­mi pru­skiej ba­wił le­d­wo wy­bra­ny, już wy­pę­dzo­ny "Sta­ni­sław I i II", naj­pierw w Kwi­dzy­nie, Kró­lew­cu, po­tem chwi­lo­wo w Ber­li­nie i znów do po­cząt­ków r. 1736 w Kró­lew­cu. Prze­śla­do­wa­ny przez wro­gów, opusz­czo­ny przez pod­da­nych, na­wet przez po­tęż­ne­go zię­cia, Lu­dwi­ka XV, Sta­ni­sław z roz­czu­le­niem śle­dził życz­li­we uśmie­chy na twa­rzach pru­skich dy­gni­ta­rzy i sa­me­go, nie za­wsze tak słod­kie­go w obej­ściu, kró­la. Ten dzie­dzic Lesz­na, choć nie umiał, zda­je się, po nie­miec­ku, z ko­lo­ni­sta­mi nie­miec­ki­mi na­uczył się swe­go cza­su po­ro­zu­mie­wać nie­zgo­rzej; z jego przod­ków upa­mięt­nił się Ra­fał, wódz dy­sy­den­tów za Zyg­mun­ta III, za­ży­łym kon­tak­tem z Ber­li­nem, a kanc­lerz Jan za So­bie­skie­go po pro­stu wy­słu­gi­wał się Ber­li­no­wi. Tra­dy­cyj­na sym­pa­tia ode­zwa­ła się we wnu­kach: Fry­de­ryk Wil­helm umie­ścił wy­gnań­ca we wła­snym pa­ła­cu, wy­zna­czył mu pen­sję, po­sa­dził go w Ta­bak­skol­le­gium jako zna­ko­mi­te­go pa­la­cza. I wte­dy to za­pew­ne przy­szły ?­lo­zof z Sans-So­uci po­znał przy­szłe­go "do­bro­czyn­ne­go ?­lo­zo­fa" z Lu­ne­vil­le - i po­dob­no przy­pa­dli so­bie do gu­stu.

Wpa­dła w oko kron­prin­zo­wi tak­że ja­kaś Po­lka z gro­na emi­gran­tów dzi­kow­skich, gdy ów od­wie­dził Sta­ni­sła­wa w Kró­lew­cu (od 9 paź­dzier­ni­ka 1735 r.). Ale Po­la­cy i ich spra­wa? Sie­dzia­ło ich tam na ob­czyź­nie do pół­to­ra ty­sią­ca. Byli se­na­to­ro­wie, mar­szał­ko­wie i kon­sy­lia­rze, ich klien­ci i służ­ba, wszy­scy zbie­dze­ni, za­dłu­że­ni, ale prze­ko­na­ni o słusz­no­ści swej spra­wy. Fry­de­ryk, na­wia­sem mó­wiąc, wów­czas wście­kły na swe­go ojca, że go nie pusz­cza na te­atr woj­ny nad Ren i każe ob­jeż­dżać Pru­sy Wschod­nie, pa­trząc w pol­skie twa­rze, do­zna­wał sprzecz­nych uczuć. Lesz­czyń­ski wy­da­wał mu się wzo­rem wiel­ko­dusz­no­ści w po­rów­na­niu z Au­gu­stem III, co zdo­był tron oszu­stwem i obcą prze­mo­cą. O uchodź­cach wspo­mi­nał jesz­cze w r. 1752: "By­łem świad­kiem tego, co może cno­ta nad ludz­kim ser­cem, i wi­dzia­łem owo ser­ce Po­la­ków, któ­rych w Kró­lew­cu sku­pia­ła nie siła, nie na­dzie­ja, lecz mi­łość ku naj­lep­sze­mu z kró­lów i naj­szla­chet­niej­sze­mu z oby­wa­te­li tej Rzpli­tej."

Oni pi­sa­li o go­ściu do Pa­ry­ża:

My tu ro­ze­rwa­ni pre­zen­cją kró­le­wi­cza jmci pru­skie­go, i cale go uko­chał nasz na­ród z jego ludz­ko­ści, ob­li­gu­ją­cych ma­nier i przy­wią­za­ne­go ser­ca do in­te­re­sów na­szych, że le­d­wo nie na rę­kach go no­si­my. I on sam wy­dzi­wo­wać się nie może, że po­ten­cja fran­cu­ska do­tych­czas tak god­ne­go, wiel­kie­go i od wie­ków upra­gnio­ne­go mo­nar­chę trzy­ma tu bez żad­nej mocy i siły dla po­ra­to­wa­nia oj­czy­zny upa­da­ją­cej. Bę­dzie to suc­ces­si­ve Pan god­ny i za­cny i do­ta­tus ve­ris do­ti­bus ma­gni prin­ci­pis.

Tak - ale kie­dy ci sami wiel­bi­cie­le z kró­lem na cze­le spró­bo­wa­li go uho­no­ro­wać re­pre­zen­ta­cyj­nym wy­stą­pie­niem, on opi­sał w li­ście do mi­ni­stra Grumb­ko­wa, jak to spo­tkał kil­ku­set Po­la­ków ja­dą­cych pysz­nie kon­no na ra­so­wych ru­ma­kach: "Były to naj­więk­sze bru­da­sy na świe­cie; ka­ro­cę kró­la Sta­ni­sła­wa ota­czał tu­zin po­jaz­dów, w któ­rych sie­dzie­li pol­scy pa­no­wie i pa­nie, pod­łe mał­py, po­spo­li­te małp­ki". Szy­dził z mar­szał­ka kon­fe­de­ra­cji Ada­ma Tar­ły, co przy­był "me fa­ire un sa­la­ma­lec". Już to w ogó­le Po­la­cy, ba­wią­cy w Kró­lew­cu, to z ma­ły­mi wy­jąt­ka­mi lu­dzie "cras­seux et sa­lo­pes a fa­ire peur". Tak skru­pił się na Po­la­kach zły hu­mor kró­le­wi­cza, któ­re­go prób­kę bar­dzo cha­rak­te­ry­stycz­ną war­to tu za­cy­to­wać w ory­gi­na­le:

Ich mach ihre bri­we nicht mehr les­sen - pi­sał do Le­opol­da von An­halt-Des­sau z Bar­ten­ste­inu 9 wrze­śnia 1735 - und er­ge­re mihr ich mög­te die gel­be sucht kri­gen von ich einen les­se, me­ine gant­ze Re­isze wirdt wohl ke­inen an­de­ren nut­zen ha­ben als den Pats­si­?­ca­tion­stach in War­schau zu bre­chen. Die Schur­kens (chy­ba Po­la­cy) den­ken das we­ilen ich den Sak­si­chen Bir Esel (Au­gu­sto­wi III) nicht guht bin und die Re­gi­men­ter hier be­se­he so wür­de ich sie zu hal­se ge­hen et de peur la Die­te est com­me rom­pue.

Że jed­nak ci kon­tu­szow­cy wie­rzy­li w pru­ską przy­jaźń i go­to­wi byli za czyn­ną po­moc o?a­ro­wać coś w ro­dza­ju El­blą­ga lub Kur­lan­dii, więc ju­nior tłu­mił na swej twa­rzy gry­mas i krył go w uśmie­chu.

Ostat­nie pię­cio­le­cie oj­cow­sko-ka­pral­skich rzą­dów Fry­de­ry­ka Wil­hel­ma upły­wa­ło dla na­stęp­cy tro­nu bez zgrzy­tów i grzmo­tów. Jego pa­ła­cyk w Rhe­ins­ber­gu stał się sie­dli­skiem muz. Sko­ro kró­le­wicz od­ra­bia swo­je pen­sum w za­kre­sie ad­mi­ni­stra­cji, go­spo­dar­ki, woj­sko­wo­ści, to król mach­nął ręką na to, że ów za­pra­sza do sie­bie li­te­ra­tów i ar­ty­stów, ko­re­spon­du­je z przy­ja­ciół­mi, po­chła­nia książ­ki i gra na ?e­cie. Na­sta­ły lata in­ten­syw­nej ko­re­spon­den­cji z Wol­te­rem, któ­ry jak ko­re­pe­ty­tor po­pra­wiał fran­cusz­czy­znę mło­de­go Ho­hen­zol­ler­na, po­le­ro­wał jego wiersz i musz­tro­wał go na po­etę. Ale za­ra­zem były to lata so­lid­ne­go doj­rze­wa­nia przy­szłe­go wład­cy Prus. Wte­dy ukształ­to­wał się jego cha­rak­ter i uło­ży­ły się po­glą­dy. Mało kto jesz­cze prze­ni­kał pod­sta­wo­wą ce­chę jego cha­rak­te­ru: dwu­li­co­wość. Zro­dzi­ła się ona pod oj­cow­ską pię­ścią w la­tach pa­mięt­ne­go kry­zy­su: na­uczyw­szy się płasz­czyć, uśmie­chać i wdzię­czyć dla ra­to­wa­nia wła­snej skó­ry, mło­dzie­niec uczy­nił so­bie z dy­sy­mu­la­cji na całe ży­cie dru­gą na­tu­rę, na­wet na te lata, kie­dy wszy­scy będą przed nim drże­li. Na li­te­ra­tu­rę, sztu­kę, stro­je i sma­ko­ły­ki po­trze­ba było znacz­nie wię­cej pie­nię­dzy, niż ich prze­zna­czał sta­ry har­pa­gon. Więc Fryc pod po­zo­rem kom­ple­to­wa­nia bi­blio­te­ki zgar­niał du­ka­ty, liw­ry i ta­la­ry od Au­stria­ka Sec­ken­dor­fa, od sa­skie­go po­sła Suh­ma, od fa­wo­ry­ta ca­ro­wej Anny Bi­ro­na, kwi­tu­jąc nie­kie­dy (Sec­ken­dor­fo­wi) z od­bio­ru des li­vres char­mants. Czy moż­na było sub­tel­niej prak­ty­ko­wać dwu­li­co­wość, jak bio­rąc ła­pów­ki od dwo­rów, któ­rym się z cza­sem od­pła­ci krwa­wą łaź­nią?

Wy­pra­co­wał so­bie na mo­ment ob­ję­cia rzą­dów świa­to­po­gląd po­li­tycz­ny obej­mu­ją­cy nie­mal wszyst­kie pań­stwa i pa­nu­ją­cych. Wy­ni­ka­ło z tych roz­glą­dów, że są wpraw­dzie pań­stwa sza­now­ne, bo­ga­te, za­sob­ne, jak An­glia, Fran­cja, Au­stria, ale ich wład­cy nie sto­ją na wy­so­ko­ści za­da­nia, zwłasz­cza w po­rów­na­niu z nim, Fry­de­ry­kiem, któ­ry i re­pre­zen­tu­je zdro­wą po­tę­gę przy­szło­ści, i oso­bi­ście gó­ru­je nad skar­la­łym oto­cze­niem dy­na­stów. Z od­ra­zą i po­gar­dą wy­ra­ża się Fry­de­ryk o Ro­sji, co na­rzu­ci­ła Pol­sce kró­la, Tur­kom wa­run­ki po­ko­ju, ca­łej Pół­no­cy dyk­tu­je swą wolę, pcha się do Eu­ro­py, i każe so­bie schle­biać, bo ma duże za­dat­ki ma­te­rial­ne na przy­szłość. Kraj to zresz­tą ob­skur­ny, moż­no­wład­cy w nim roz­in­try­go­wa­ni, lud tępy i gru­by, szel­mo­stwo, roz­pu­sta, pi­jań­stwo, bez siły twór­czej, choć nie bez zdol­no­ści na­śla­dow­czych. Wo­jo­wać z tą dzi­czą - nie war­to. Pol­ska obez­wład­nio­na przez li­be­rum veto, dwór da­rem­nie pró­bu­je kie­ro­wać sej­ma­mi, le­jąc w tę becz­kę Da­na­id sta­ro­stwa i do­bro­dziej­stwa. Chło­pi w nie­wo­li, szlach­ta nie­okieł­zna­na, ani prze­my­słu, ani rę­ko­dzie­ła; do­ma­mi ma­gnac­ki­mi rzą­dzą Ży­dzi. Woj­ska 12?000, po­spo­li­te ru­sze­nie jest ?k­cją. Nic z tego nie bę­dzie. A Niem­cy? U góry pry­wa­ta i pre­ten­sjo­nal­ne fumy ksią­żąt; nie­któ­rzy z nich kup­czą krwią swych pod­da­nych, sprze­da­ją się na pra­wo i lewo; po­ni­żej dro­biazg mał­pu­ją­cy Lu­dwi­ka XIV, jesz­cze ni­żej uczo­ne pe­dan­ty tak ob­ła­do­wa­ne eru­dy­cją, że nic ze swej wie­dzy nie umie­ją wy­wnio­sko­wać; ci uczą szla­chec­kich syn­ków nie­miec­kie­go pra­wa, ła­ci­ny, gre­ki i he­brajsz­czy­zny. Ustrój po­twor­ny, z sej­mem nie­zdol­nym do uchwał, pod tro­skli­wą opie­ką An­glii, Fran­cji i Ho­lan­dii (ani sło­wa na­ga­ny dla li­ber­té ger­ma­ni­que, bo to by było po my­śli Habs­bur­gów). Ję­zyk nie­miec­ki ze­psu­ty przez Hu­nów i ?G?o?­t?ó?w?,? roz­bi­ty na dia­lek­ty, tak iż je­den Nie­miec dru­gie­go le­d­wie ro­zu­mie. Je­że­li Wło­chy moż­na po­rów­nać z za­pusz­czo­nym ogro­dem, któ­ry ła­two od­no­wić, to Niem­cy sta­no­wią za­nie­dba­ny nie­uży­tek, z któ­re­go chy­ba bar­dzo umie­jęt­ny ogrod­nik po­tra­?ł­by zro­bić ogród.

Z po­wyż­szych są­dów na­le­ża­ło­by wno­sić, że umie­jęt­ny ogrod­nik nie wy­bie­rał się jesz­cze wów­czas z mo­ty­ką... na Po­mo­rze. Je­że­li Pol­ska nie stra­ci­ła żad­nej pro­win­cji w ubie­głym bez­kró­le­wiu pod na­jaz­dem i śród woj­ny do­mo­wej, to wi­docz­nie jesz­cze na nią czas nie przy­szedł. Istot­nie, obaj Fry­de­ry­ko­wie mają w la­tach 1735-1740 oczy utkwio­ne w Nad­re­nię. Nim za­czną zszy­wać swe cen­tral­ne i wschod­nie "li­zje­ry", chcą się utwier­dzić w za­chod­nich Niem­czech, jak­by prze­czu­wa­li, że ich za­da­nia "ogrod­ni­cze" w Rze­szy roz­cią­gać się będą od Renu po Nie­men. W r. 1738 aż czte­ry mo­car­stwa: Fran­cja, Au­stria, An­glia i Ho­lan­dia jed­no­brz­mią­cy­mi no­ta­mi sprze­ci­wi­ły się oku­pa­cji księ­stwa Berg przez woj­ska pru­skie, i Fry­de­ryk Wil­helm prze­łknął to po­ni­że­nie w ci­cho­ści. Chwa­leb­na tro­ska sta­rych po­tęg o dy­na­stycz­ne pra­wa sul­zbach­skiej li­nii Wit­tels­ba­chów mia­ła jed­nak dla eu­ro­pej­skie­go po­rząd­ku skut­ki nie­po­żą­da­ne: im trud­niej bę­dzie Ho­hen­zol­ler­nom za­spo­ka­jać swe am­bi­cje kosz­tem tu­zin­ko­wych nie­miec­kich ksią­żą­tek, tym bar­dziej ich ener­gia zdo­byw­cza rzu­ci się na kra­je ob­co­ple­mien­ne, na Śląsk i Po­mo­rze; za­miast jed­no­czyć Niem­ców, Pru­sa­cy zaj­mą się wy­na­ra­da­wia­niem Sło­wian.

Czy tyl­ko w ogó­le moż­na Fry­de­ry­ko­wi II jesz­cze przed wstą­pie­niem na tron przy­pi­sy­wać dąż­no­ści za­bor­cze? Toż wła­śnie wów­czas wy­koń­czał on i od­da­wał do dru­ku swój An­ti­ma­chia­vel, ou Exa­men du Prin­ce de Ma­chia­vel, a wy­koń­czał go pod kon­tro­lą sty­li­stycz­ną Wol­te­ra, któ­ry oko­ło te­goż cza­su w Kan­dy­dzie gro­te­sko­wo ośmie­szył i zo­hy­dził bar­ba­rzyń­skie woj­ny "Buł­ga­rów i Awa­rów". Cze­go tam nie ma w tym An­ti­ma­chia­ve­lu! Ile gro­mów spa­dło na sta­ro­żyt­nych ty­ra­nów Aga­to­kle­sów i no­wo­żyt­nych Bor­giów za ich zbrod­ni­cze am­bi­cje i czy­ny, ile cio­sów do­stał mistrz ?o­renc­ki, co śmiał za­le­cać po­li­ty­kę wy­zu­tą z mo­ral­no­ści! Jest i po­chwa­ła an­giel­skie­go par­la­men­ta­ry­zmu, jest, praw­da, i da­ją­ce do my­śle­nia uspra­wie­dli­wie­nie wo­jen dla in­te­re­su, oraz wo­jen z ostroż­no­ści, któ­re się pro­wa­dzi dla za­trzy­ma­nia nie­bez­piecz­ne­go wy­le­wu in­nych po­tęg. Ale tym mę­żom sta­nu, któ­rzy rzą­dzą świa­tem, po­dyk­to­wa­ny jest szczyt­ny obo­wią­zek. Oni mają wy­le­czyć ogół z fał­szy­we­go wy­obra­że­nia, ja­kie ma o po­li­ty­ce: to ma być na­dal sys­tem mą­dro­ści, a nie bre­wiarz oszu­kań­stwa:

Do nich na­le­ży usu­nię­cie z ukła­dów prze­bie­gło­ści i wia­ro­łom­stwa... Do nich na­le­ży wy­ka­za­nie, że są tak mało chci­wi na kra­je swych są­sia­dów, jak za­zdro­śni o za­cho­wa­nie wła­sne­go pań­stwa. Ksią­żę, któ­ry pra­gnie wszyst­ko po­sia­dać, jest jak ów żo­łą­dek, któ­ry prze­ła­do­wu­je się mię­si­wem, choć go stra­wić nie zdo­ła. Na­to­miast ksią­żę, któ­ry ogra­ni­cza się do tego, by do­brze rzą­dzić, jest jak czło­wiek, któ­ry jada wstrze­mięź­li­wie i któ­re­go żo­łą­dek tra­wi do­brze.

Ucze­ni do­tąd nie bar­dzo so­bie dają radę z tym An­ti­ma­chia­ve­lem. Fry­de­ryk Me­inec­ke wi­dzi w nim ogni­wo roz­wo­jo­we mię­dzy We­lt­bur­ger­tum a pań­stwo­wo­ścią na­ro­do­wą: mło­dy au­tor ła­mie się tu ze sobą mię­dzy ide­ali­zmem a re­ali­zmem po­li­tycz­nym. Aske­na­zy in­ter­pre­tu­je za­mia­ry Fry­de­ry­ka cał­kiem ina­czej:

Spra­wi pio­ru­nu­ją­cą nie­spo­dzian­kę w Eu­ro­pie. Pro­sta­kom w gu­ście księ­dza Sa­int Pier­re, apo­sto­ła wiecz­ne­go po­ko­ju, zada nie lada jaką "Za­gad­kę po­li­tycz­ną". Będą o nim pi­sa­li w ga­ze­tach pa­ry­skich i lon­dyń­skich. On, po­cząt­ku­ją­cy mło­dzik, da na­ukę po­li­ty­ki sta­re­mu Fleu­re­mu, za­dzi­wi par­la­ment an­giel­ski, wpra­wi w osłu­pie­nie eks­ce­len­cje wie­deń­skie. Cóż na to po­wie pan de Vol­ta­ire? Wy­dać An­ti­ma­chia­vel­la na po­cząt­ku pa­no­wa­nia to kon­cept nie­zgor­szy, ale wy­dać go w przed­dzień za­bo­ru Ślą­ska, tak do­bre­go dow­ci­pu nie masz w ca­łej Pu­cel­le.

Na po­zór pol­ski hi­sto­ryk ma tu ra­cję. Spra­wa nie da jed­nak się za­ła­twić przez pro­ste wy­tknię­cie pa­ra­dok­su. Na kil­ka lat przed wy­da­niem książ­ki Fry­de­ryk przy boku ojca jeź­dził do twier­dzy We­sel i tam się ze­tknął przy sto­le z nie­ja­kim hra­bią Al­brech­tem Wol­fgan­giem von Schaum­burg-Lip­pe; ów mó­wił, że wie o ist­nie­niu to­wa­rzy­stwa, któ­re się po­świę­ca uszczę­śli­wie­niu ludz­ko­ści. Król pru­ski od razu zga­nił ta­kie ba­ła­muc­twa, ale kró­le­wicz wy­ra­ził chęć bliż­sze­go po­zna­nia to­wa­rzy­stwa. Sta­ło mu się za­dość, ale do­pie­ro w sierp­niu 1738 r. w Brunsz­wi­ku zo­stał przy­ję­ty do loży ma­soń­skiej, a przyj­mo­wał go i wi­tał gór­no­lot­ną ora­cją jesz­cze młod­szy od nie­go Biel­feld, któ­ry wnet otrzy­ma za­pro­sze­nie do Ber­li­na, wej­dzie do aka­de­mii, za­sły­nie jako znaw­ca urzą­dzeń po­li­tycz­nych i póty bę­dzie sie­dział nad Spre­wą, póki bę­dzie wie­rzył, że Fry­de­ryk po­dzie­la jego idee. We wrze­śniu 1739 r. od­wie­dzi­li kron­prin­za w Rhe­ins­ber­gu "czci­god­ny" lord Bal­ti­mo­re i We­ne­cja­nin Al­ga­rot­ti, za­pew­ne po to, aby się upew­nić o pra­wo­myśl­no­ści no­we­go adep­ta. Włoch zo­sta­nie przy nim na sta­łe, w ko­re­spon­den­cji znaj­dą się ma­soń­skie po­zdro­wie­nia - ale idee po­fru­ną w inne stro­ny. Na ra­zie An­ti­ma­chia­vel miał wła­śnie uszczę­śli­wiać ludz­kość: ta roz­pra­wa była ob­li­czo­na na po­klask taj­nych i jaw­nych ko­smo­po­li­tów, ale czy jej au­tor w mo­men­cie ini­cja­cji tak samo my­ślał, jak wów­czas, gdy roz­ma­wiał z Lip­pem, czy zwłasz­cza za­cho­wał jesz­cze coś z ide­ali­zmu po dal­szych dwóch la­tach, kie­dy od­da­wał do dru­ku swój Exa­men? Wia­do­mo, że się za­wa­hał, prze­ra­biał tekst, pro­sił Wol­te­ra o wstrzy­ma­nie dru­ku, to i po cóż miał­by do­star­czać wro­gom ar­gu­men­tów prze­ciw sa­me­mu so­bie? Wszyst­ko wska­zu­je, że owa wal­ka idei, o któ­rej pi­sze Me­inec­ke, ro­ze­gra­ła się dużo wcze­śniej i że ogło­sze­nie trak­ta­tu w przed­dzień za­bo­ru Ślą­ska było jed­nak świa­do­mym czy mi­mo­wol­nym ka­wa­łem.

Rze­czy­wi­stość cią­gnę­ła go ku so­bie przez wszyst­kie ?­bry, od kie­dy po­czuł na so­bie rze­czy­wi­stą pięść ojca. Wie­my, o czym roz­ma­wiał z fran­cu­skim po­słem hr. La Chétar­die w r. 1734, kie­dy się zda­wa­ło, że cho­ry oj­ciec lada dzień za­mknie oczy, a on jako Fry­de­ryk II obej­mie rzą­dy: był go­tów do dzia­ła­nia, nie­ko­niecz­nie po stro­nie ce­sa­rza; on by na miej­scu ojca za­raz za­ata­ko­wał Ro­sjan i Au­stria­ków. Taką samą doj­rza­łość orien­ta­cji, go­to­wość de­cy­zji wi­dać z póź­niej­szych jego ode­zwań się ust­nych i pi­sem­nych. Oj­ciec po na­ucz­ce 1738 r. skło­nił się wresz­cie na stro­nę Fran­cji i za­warł z Lu­dwi­kiem XV przy­mie­rze; syn przy ca­łej sym­pa­tii dla ro­da­ków Wol­te­ra go­tów jest od­dać się An­gli­kom, Fran­cu­zom czy na­wet ce­sar­skim, ale za do­brą na­gro­dą, wła­śnie nad Re­nem: już w r. 1738 czu­je on i my­śli tak, jak bę­dzie dzia­łał w 1740 r. Po­dej­mu­je się ode­grać w Niem­czech rolę Gu­sta­wa Adol­fa lub Ka­ro­la XII. Do­praw­dy, le­piej niż pru­scy hi­sto­ry­cy prze­ni­kał go chy­lą­cy się do gro­bu Fry­de­ryk Wil­helm, gdy prze­po­wia­dał: "Tu stoi taki, co mnie po­mści", "w to­bie tkwi nie­zgor­szy Fry­de­ryk Wil­helm".

Owe zaś świa­tła, lu­mi­?res, chwa­lo­ne w loży, pie­lę­gno­wa­ne w szcze­gól­no­ści w ber­liń­skiej loży Fi­la­le­tów (gdzie prze­wod­ni­kiem Fry­ca był ar­cy­wol­no­myśl­ny po­seł sa­ski Man­teuf­fel), choć od­bi­ja­ły ja­skra­wo od pru­skiej jun­kier­skiej tra­dy­cji, nie zbli­żą go ani tro­chę do Pol­ski i Po­la­ków, na­wet do tych, co też roz­czy­ty­wa­li się w Wol­te­rze. Jego wol­no­myśl­ność rzu­ci się na etycz­ne pod­sta­wy sta­re­go po­rząd­ku, na to, co jesz­cze mo­gło sta­no­wić po­most mię­dzy sil­ny­mi a sła­by­mi, a w bar­dzo ma­łym stop­niu nad­we­rę­ży owo ro­cher von bron­ze pru­sac­twa, w któ­rym Fry­de­ryk na­za­jutrz po ob­ję­ciu wła­dzy od­naj­dzie swój grunt oj­czy­sty. On, oświe­co­ny ab­so­lu­ty­sta, nie do­pu­ści do tego, aby Pol­ska oca­la­ła jako oświe­co­na re­pu­bli­ka.

Już było wte­dy ja­sne, że po­ra­chun­ki z Rzpli­tą Pol­ską jak i z mo­nar­chią habs­bur­ską, będą za­ła­twia­ne me­to­dą mi­strza ?o­renc­kie­go, a nie we­dług mak­sym So­bie­skich. Za­wie­ra­ły się owe po­ra­chun­ki w na­stę­pu­ją­cych punk­tach:

1. Spra­wa ty­tu­la­tu­ry kró­la pru­skie­go. Przy­bra­ny przez kur­?r­sta Fry­de­ry­ka III na ko­ro­na­cji w Kró­lew­cu 18 stycz­nia 1701 r. ty­tuł: König in Preus­sen na­su­wał oba­wę, że dy­na­stia ta, ma­jąc już udziel­ność w Pru­sach Wschod­nich, wzno­wi krzy­żac­kie pre­ten­sje do resz­ty ziem po­za­kon­nych, tj. do wo­je­wództw po­łą­czo­nych unią z Rzpli­tą. Pol­ska ty­tu­łu kró­lew­skie­go nie uzna­ła i nie za­mie­rza­ła uznać, póki nie otrzy­ma cał­ko­wi­tej rę­koj­mi co do po­sia­da­nia owej resz­ty Prus.

2. Spra­wa el­blą­ska. Mia­sto El­bląg z ob­wo­dem w trak­ta­cie byd­go­skim 1657 r. zo­sta­ło przy­zna­ne Wiel­kie­mu Elek­to­ro­wi; on wo­lał za­miast nie­go otrzy­mać 400?000 ta­la­rów; el­blą­ża­nie też wo­le­li na­le­żeć do Pol­ski niż do elek­to­ra, więc po po­ko­ju oliw­skim zo­sta­li pod zwierzch­nic­twem Rzpli­tej. Syn elek­to­ra dłu­go cze­kał na ta­la­ry, wresz­cie w r. 1698 za­jął mia­sto w za­staw; pod na­ci­skiem se­na­to­rów ko­ron­nych zwró­cił je w r. 1699, a wziął w za­staw klej­no­ty ko­ron­ne. Gdy mu nie wy­pła­co­no na­leż­nych jesz­cze 300?000 ta­la­rów, opa­no­wał w r. 1703 wło­ści el­blą­skie, nie zwra­ca­jąc po­bra­nych klej­no­tów. Cho­dzi­ło o wy­kup­no wło­ści i klej­no­tów.

3. Spra­wa By­to­wa, Lę­bor­ka i Dra­hi­mia. Dwa pierw­sze "księ­stwa" elek­tor trzy­mał od kró­la pol­skie­go pra­wem len­nym po po­ko­ju we­law­skim 1657 r., lecz hoł­du z nich nie skła­dał. Dra­him za­jął w r. 1668, nie mo­gąc się do­cze­kać zwro­tu po­ży­czo­nych 120?000 ta­la­rów. Wiel­ko­po­la­nie zło­ży­li w r. 1726 sumę na wy­kup­no tego sta­ro­stwa, ale ga­bi­net ber­liń­ski nie zgo­dził się na zwrot, pod­no­sząc swo­je wkła­dy, rze­ko­mo po­czy­nio­ne w sta­ro­stwie.

4. Pol­skie pra­wo eks­pek­ta­ty­wy na Księ­stwo Pru­skie do­zna­ło uszczerb­ku, po­nie­waż w r. 1714 Au­gust II, nie chcąc za­ostrzać spo­ru o ty­tu­la­tu­rę, nie do­pil­no­wał udzia­łu ko­mi­sa­rzy Rzpli­tej przy ko­ro­na­cji no­we­go kró­la pru­skie­go.

5. Za­tar­gi gra­nicz­ne. Jed­ne z nich po­wsta­wa­ły z po­wo­du szar­pa­nia przez Pru­sy gra­ni­cy pol­skiej w księ­stwie sie­wier­skim i w opac­twie pa­ra­dy­skim, inne mia­ły za przed­miot skan­da­licz­ne ła­pan­ki, ja­kich się do­pusz­cza­li wer­bow­ni­cy Fry­de­ry­ka Wil­hel­ma w Wiel­ko­pol­sce.

Na ogół były to więc za­ża­le­nia i pre­ten­sje pol­skie prze­ciw Pru­som z po­wo­du ak­tów prze­mo­cy lub sa­mo­są­du, z któ­rych cząst­ka była upo­zo­ro­wa­na za­nie­dba­nia­mi ze stro­ny Rzpli­tej. Nie przed­sta­wia­ły się one groź­nie, bo opar­te były tyl­ko na pra­wie, a nie ro­dzi­ły się z moc­nych ten­den­cji agre­syw­nych lub choć­by re­win­dy­ka­cyj­nych. Nikt w Pol­sce za kró­la Sasa nie upo­mi­nał się do­tąd o Śląsk ani o Pru­sy Wschod­nie. Prze­ciw­nie, Ber­lin nie pra­wo­wał się z Rzpli­tą o żad­ne dro­bia­zgi, bo każ­de rosz­cze­nie umiał za­wcza­su po­przeć siłą. Za to miał dużo do za­ła­twie­nia na wscho­dzie via fac­ti. Na­stro­je po woj­nie suk­ce­syj­nej nie na­su­wa­ły Pru­som żad­nych obaw. Wia­do­mo było, że "Man­tel­sack" nie­wie­le robi so­bie z Po­la­ków, a oni we­wnętrz­nie z nim się wca­le nie po­go­dzi­li. Kon­fe­de­ra­cja wsią­kła w żyły sze­ro­kie­go ogó­łu i nie wszę­dzie po­bud­ki ro­zu­mo­we były dość moc­ne, by ów głos krwi za­głu­szyć. Oka­zy­wa­ło się to na sej­mach przy dys­ku­sji nad naj­pil­niej­szą re­for­mą, skar­bo­wo-woj­sko­wą. Gdy dwór pró­bo­wał wpro­wa­dzić Rzpli­tą do alian­su ro­syj­sko-au­striac­kie­go prze­ciw Tur­cji z za­mia­rem zdo­by­cia dla niej Moł­da­wii, a Ro­sja­nie bez ce­re­mo­nii prze­kra­cza­li te­ry­to­rium pol­skie w dro­dze na Bał­ka­ny, ród Po­toc­kich upla­no­wał po­wszech­ne po­wsta­nie ce­lem przy­wró­ce­nia na tron Lesz­czyń­skie­go; naj­by­strzej­szy po­li­tyk tego rodu An­to­ni, wo­je­wo­da beł­ski, je­den z tych, co się za­chwy­ca­li w Kró­lew­cu mło­dym Fry­de­ry­kiem, po­śpie­szył do Ber­li­na za­ma­wiać dla przy­szłych po­wstań­ców broń i pie­nią­dze. Wo­je­wo­da był w błę­dzie: o wy­zy­ska­niu pru­skiej po­mo­cy prze­ciw Ro­sji nie mo­gło być mowy, sko­ro Ber­lin od r. 1720 wie­lu trak­ta­ta­mi zwią­zał się z Pe­ters­bur­giem (1726, 1729, 1730, 1732) dla wspól­nej opie­ki nad pol­skim nie­rzą­dem, nad pol­ski­mi róż­no­wier­ca­mi i wol­ną elek­cją. Na co li­czył Po­toc­ki w Ber­li­nie? Czy nie na cza­ro­dziej­ski wpływ tych idei ogól­no­ludz­kich, pa­cy­?­stycz­nych, któ­re kron­prinz wy­zna­wał był jesz­cze przed ogło­sze­niem An­ti­ma­chia­ve­la, a któ­re gło­sił tak­że przy­ję­ty w tym cza­sie do ma­so­ne­rii Sta­ni­sław? Nie wie­my. On sam oka­że się dla mło­de­go Fry­de­ry­ka, jak zo­ba­czy­my, na­rzę­dziem nie­oce­nio­nym.

Sta­ry Fry­de­ryk Wil­helm, póki żył, nie my­ślał ani przez chwi­lę o wo­jo­wa­niu ze spad­ko­bier­ca­mi Wiel­kie­go Pio­tra. Je­dy­ne zwy­cię­stwo oręż­ne od­niósł on na kil­ka ty­go­dni przed zgo­nem - nad bez­bron­ny­mi mni­cha­mi w Pa­ra­dy­żu. O co wo­jo­wał? Rzecz pro­sta: o re­kru­tów. Wer­bow­ni­cy pru­scy, wpadł­szy w nocy do miesz­ka­nia klasz­tor­ne­go dzier­żaw­cy Klinc­ke­go, wy­wle­kli go na po­dwó­rze w ten spo­sób, że spę­ta­na wraz z nim przez po­mył­kę żona przy­pła­ci­ła to ży­ciem. Obu­rzo­ny tym opat Gor­czyń­ski upo­mniał się w Ber­li­nie o wy­pusz­cze­nie ol­brzy­ma, a nie mo­gąc nic wskó­rać, za­trzy­mał jako za­kład­ni­ków dwóch miesz­czan, przy­by­łych na targ z bran­den­bur­skie­go mia­sta Su­le­cho­wa (Zül­li­chau). Król pru­ski spró­bo­wał go wte­dy na­stra­szyć po­sto­jem woj­ska, ale wo­bec groź­nej po­sta­wy miesz­kań­ców Pa­ra­dy­ża eg­ze­ku­to­rzy ucie­kli. Wów­czas, nad ra­nem 21 mar­ca 1740 r. żoł­nie­rze pru­scy w licz­bie 400 z gra­na­ta­mi i sie­kie­ra­mi za­ata­ko­wa­li klasz­tor, po­kłu­li ba­gne­ta­mi cy­ster­sów, znie­wa­ży­li ho­stię, zde­wa­sto­wa­li go­rzej niż po ta­tar­sku miesz­ka­nia, ko­ściół i go­spo­dar­stwo i z ogrom­nym łu­pem wró­ci­li do Su­le­cho­wa, wo­ła­jąc: "Vic­to­ria! Pa­trz­cie, co umie­ją Bran­den­bur­czy­cy". Spra­wa na­bra­ła skan­da­licz­ne­go roz­gło­su. Fry­de­ryk Wil­helm zwa­lił winę na jed­ne­go z pod­wład­nych i wy­wró­cił nań stół, ale Po­la­kom żad­ne­go za­dość­uczy­nie­nia nie dał.

Ulżyw­szy so­bie w ten spo­sób i po­nie­kąd po­mściw­szy się za pa­mięt­ną spra­wę to­ruń­ską, przy­brał wo­bec zbli­ża­ją­cej się śmier­ci po­sta­wę przy­stoj­ną, męż­ną, na­wet ma­je­sta­tycz­ną. Że­gna­li go kró­le­wię­ta i dwo­ra­cy ze wzru­sze­niem - i ulgą.