Fronasz - Miłka O. Malzahn

Kup ebooka

18.68 zł
14.94 zł (13,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 

 

w serii kwadrat ukazały się:

 

"2008. Antologia współczesnych polskich opowiadań"

"2011. Antologia współczesnych polskich opowiadań"

"2014. Antologia współczesnych polskich opowiadań"

Marcin Bałczewski "Malone", "Eva Morales de Nacho Lima"

Waldemar Bawołek "To co obok"

Kostia Berezin (Paweł Laufer) "Buty Mesjasza"

Dariusz Bitner "Książka"

Roman Ciepliński "Diabelski młyn"

Krzysztof Gedroyć "Przygody K"

Andrzej Grodecki "Iluzje"

Brygida Helbig "Anioły i świnie. W Berlinie!!", "Enerdowce i inne ludzie"

Lech M. Jakób "Ciemna materia"

Bogusław Kierc "Bazgroły dla składacza modeli latających"

Bogusława Latawiec "Ciemnia"

Artur Daniel Liskowacki "Capcarap", "Eine kleine", "Mariasz", "Skerco"

Miłka O. Malzahn "Fronasz"

Dariusz Muszer "Homepage Boga", "Niebieski", "Wolność pachnie wanilią"

Krzysztof Niewrzęda "Czas przeprowadzki", "Poszukiwanie całości", "Second life", "Wariant do sprawdzenia", "Zamęt"

Ewa Elżbieta Nowakowska "Apero na moście"

Paweł Orzeł "Nic a nic", "Ostatnie myśli (sen nie przyjdzie)"

Paweł Przywara "Zgrzewka Pandory"

Krystyna Sakowicz "Księga ocalonych snów", "Praobrazy"

Alan Sasinowski "Pełna kontrola", "Rupieć"

Grzegorz Strumyk "Nierozpoznani"

Łukasz Suskiewicz "Egri bikaver"

Leszek Szaruga "Podróż mego życia", "Zdjęcie"

Łukasz Szopa "Kawa w samo południe"

Andrzej Turczyński "Bruliony Starej Ziemi", "Koncert muzyki dawnej", "Zgorszenie", "Żywioły"

Anatol Ulman "Cigi de Montbazon i Robalium Platona"

Maciej Wasilewski "Rozmowy młodej Polski w latach dwa tysiące coś tam dwa tysiące coś"

Bartosz Wójcik "Christiania. Historie z tamtej strony dobra"

Grzegorz Wróblewski "Nowa Kolonia"

Maciej Wróblewski "Historie Jakuba Blottona z widokiem na Toruń"

Tadeusz Zubiński "Rzymska wojna"

CZĘŚĆ NASTĘPNA

 

 

Akcja potoczyła się następująco:

Fronasz zadzwonił do Chief, powiedział, że jest rzecz do obgadania i pojechał za Miasto Daal, do miejsca, które wyglądało na o wiele spokojniejsze niż było w istocie. Chief nazwała swoją niewielką, ale sympatyczną posiadłość: Taromina, co brzmiało trochę jak nazwa tortu, pochodna od tiramisu. Słodko. Wyremontowała stare domostwo oraz nowszą, tak zwaną, kuchnię letnią. Wygodne lokum.

W Tarominie było wyjątkowo cicho (co nie znaczy, że za spokojnie), Fronasz lubił tu pomieszkiwać.

Do wyjazdu przygotował się jak do każdej krótkiej podróży. Miał mały bagaż (podstawowe rzeczy) i jedną napoczętą książkę. Niczego naprawdę nie potrzebował - jedynie trochę więcej odpoczynku. Może to. Chociaż odetchnął już po ostatnich wydarzeniach, nie chciał się niepotrzebnie stresować. Niczym. A jednak, przed tą zwyczajną podróżą, czuł się nieswojo. Rzadko miał potrzebę posiadania całkowitej (absolutnej) pewności jutra, ale teraz chciałby mieć tę pewność. Doskonale wiedział, co Martyniec myśli (o nietypowych zleckach), ale to jeszcze o niczym nie świadczyło.

Są zasady. Są konieczności. Są sprawy, o których czasem lepiej nawet nie myśleć.

I Fronasz by nie myślał, gdyby mógł.

Lecz wieloletnie niemyślenie mogło się nieprzyjemnie skumulować. Bez możliwości wygranej.

Fronasz wiedział, że z takich sytuacji często biorą się wybuchy i to niekontrolowane. Obawiał się ich bardziej niż zasad.

Był mądry. Dlatego Martyniec z nim trzymał. I dlatego - wydarzyło się parę innych ważnych spraw.

 

+ + +

 

Do Tarominy Fronasz przyjechał późnym wieczorem. Nie chciał robić zamieszania i hałasu, więc otworzył boczne drzwi własnym kluczem, od razu poszedł na górę do pokoju gościnnego. Rozgościł się, jak zazwyczaj, ale tej nocy nie było jak zazwyczaj.

Coś strasznie szurało na strychu, tuż-tuż za cienką ścianą gościnnego pokoju. Fronasz miał niespokojny sen, więc szuranie szybko wyprowadziło go z równowagi. Wstał i poszedł zatłuc tę cholerną mysz (czy co tam buszowało).

Po wstępnych oględzinach wytypował jakieś papierowe składowisko.

Pochylił się nad nim.

W stercie zakurzonych gazet, rachunków, listów, dokumentów (miał ze sobą latarkę) zwrócił uwagę na kolorowy zeszycik.

Sięgnął bez specjalnej ciekawości, ot zawodowy odruch.

Były to zapiski Chief. Poznał jej drobne pismo, idealnie okrągłe literki.

Zapiski nie były stare. Kartki nie zdążyły pożółknąć, Fronasz przesiedział nad nimi do rana. I kiedy zszedł na śniadanie, by się przywitać, był (i dla niej, i dla siebie) jakby innym człowiekiem. Wolał nie wiedzieć, co by na ten temat powiedział Martyniec.

Wtedy ciało jest obce, kiedy się o nim nie myśli. Ale to tylko jedna z wielu opcji.

Tej nocy myślał o ciele Chief.

Fronasz zawsze był w Tarominie witany serdecznie jak najprawdziwszy przyjaciel (którym był), jak człowiek, któremu się ufa. Teraz powitanie także było ciepłe.

Chief uścisnęła go na pół oficjalnie i na pół żartobliwie. Wyglądała dojrzale, ale naprawdę ładnie. Postarzała się od czasu, kiedy widział ją po raz ostatni, lecz wciąż daleko jej było do starości.

Usiedli na werandzie, a Chief powiedziała Fronaszowi, że mieszka u niej pewna Starsza Pani, która wyskoczyła z pociągu nieopodal Ciemnego Lasu. I że nie chce powiedzieć, jak się nazywa, lecz to wyjątkowo kulturalna osoba. Poprosiła Fronasza, żeby spróbował się czegoś o Starszej Pani dowiedzieć, a on uznał to za pretekst, za powód, by odwrócić jego uwagę. Być może miał rację. Być może chodziło o to, żeby po prostu tu pobył.

Jako nowy człowiek, którym się od rana czuł, postawił na szczerość. Nie na przeczekanie. Nie na uprzejmą pauzę.

- Chief... - zaczął, sięgając po kawę, którą mu podała.

Nie zdążył dokończyć, bo Chief opowiedziała mu o jeszcze jednym dziwnym wydarzeniu, sprzed paru tygodni zresztą. Otóż ktoś ustawił barykadę przed sklepem z ubraniami. Nikt nie wiedział, kto to zrobił i po co. Miasto Daal wtedy spało. Chief spodobała się taka akcja. Zapytała Fronasza, czy zdenerwowałby się, gdyby zabarykadowali jego sklep. Ale jemu teraz było dokładnie wszystko jedno.

- Mówią na to happening - wzruszyła ramionami - objaw, codzienny przejaw aktywnej sztuki życia.

Przemilczał. Ale pomyślał, że stawianie barykad przed jakąś witryną oznacza albo rewolucję ( w tym wypadku - na pewno nie), albo brak rozsądku, albo ktoś chciał się poczuć jak w filmie, lub (co bardziej prawdopodobne) jak na teledysku postpunkowej kapeli.

- A właśnie - Fronasz spojrzał w oczy Chief, żeby wiedzieć, czy to jest dobry moment. Był. - Sztuka! - westchnął trochę przesadnie. - Nie możemy z tobą dłużej pracować - powiedział to i za siebie, i za Martyńca.

Chief pozornie nie była zaskoczona, ale długo odstawiała swoją filiżankę na stolik. Dawała sobie czas. Fronasz obserwował ten gest, każde jego zatrzymanie i spowolnienie. Próbował odczytać z ruchu ręki, co ona teraz powie, a Chief zapytała:

- Czemu? - a filiżanka nieprzyjemnie stuknęła o spodeczek.

- Ostatnie zlecenie... - Fronasz skupił się na zmarszczce pomiędzy jej brwiami, niedługo będzie bardziej widoczna. Podobała mu się Chief z tą zmarszczką.

- Wysoka stawka... - Chief zawiesiła głos, czekając aż Fronasz zacznie się targować. Ale on przestał przyglądać się zmarszczce:

- Wiesz, co się stało z tym potem? - zapytał.

- Nie.

- A chcesz wiedzieć?

- W sumie... nie.

- Właśnie.

- Chcesz mi opowiedzieć o jakiejś profanacji?

- Nie używam takich słów - uprzedził ją Fronasz (choć przecież używał) - nie chodzi o tego artystę. Chodzi o ludzi, którymi były te ciała przedtem.

- O których?

Fronasz popatrzył na nią jakby po raz pierwszy w życiu.

- Kim jesteś, Chief, co?

- W jakim sensie: kim? - odpowiedziała od razu, śmiejąc się z wyczuwalną ulgą, bo wydawało się, że Fronasz zmienił wątek i temat został odsunięty. Ale tak nie było.

- Trupy - Fronasz wstał. - To co zostało po duszy; wiesz, szanuję dusze, choć być może zdarzało mi się nie szanować ciał. Ale ten twój pieprzony rzeźnik, artysta, nie szanuje śmierci. Nie możemy współpracować, nie z nim. Ty też nie możesz.

W ten sposób po raz pierwszy zabronił czegoś Chief. Po prostu. Kiedyś było to nie do pomyślenia. Nie do przejścia. Niepotrzebne to było.

Ale teraz Chief podniosła oczy na Fronasza. I zastygła.

Popatrzyła na Fronasza i naprawdę go zobaczyła.

Było to tak zaskakujące, że się aż przestraszyła. Tuż nad nią stał wysoki mężczyzna, znany jej i nieznany jednocześnie, o skupionym jakby hipnotycznym spojrzeniu zbyt ciemnych oczu.

Miał trochę posiwiałe skronie, a jego usta wyrażały sporą pewność siebie i siłę.

Pierwszy raz w życiu zauważyła jego usta.

I wtedy Fronasz pochylił się nad Chief nisko i pocałował ją. A ona nie poczuła ani przyjemności, ani nic innego, równie szczególnego. Zdziwiła się. Nie odsunęła Fronasza i może była nieco... rozczarowana.

Następnego dnia Chief wyjechała.

Powiedziała tylko, że powinna sama siebie odnaleźć, że czegoś szuka, coś zgubiła, i poprosiła, by Fronasz zaopiekował się Starszą Panią, pomieszkał tu, gdy jej nie będzie. Chciała, żeby na nią poczekał, ale starannie tę informację przed sobą ukryła. Fronasz uważał, że ona chce, by on na nią czekał. I nie ukrywał tego.

Fronasz czekał, choć Chief od dawna nikt nie widział.

Czasem czytał jej zapiski, dzwonił do Martyńca i umawiał się w Mieście na picie. Jak nie on. Był spokojny, a nawet za spokojny, albo nieostrożny, śpiewający po czwartej whiskey. Wesoły i smutny Fronasz. Tęsknota była jego tajemnicą. Ale dla Martyńca nie było tajemnic (może poza tajemnicą kaca), w końcu powiedział Fronaszowi, że powinien wyekspediować Starszą Panią w kosmos, zamknąć dom Chief i wziąć się do roboty.

A Fronasz się z tym zgadzał. I tyle.

(Nieistniejące pola golfowe, istniejący świeżo skopany ogródek i żółknący trawnik przed domem - tym postanowił zajmować się Fronasz).

Dwa dni po ostatnim piciu zadzwoniła Chief i już było lepiej.

 

O tym, jak wszystko zostało ustalone:

Fronasz i Martyniec od jakiegoś czasu realizowali takie nieco dziwne (na ich gust) zlecenie, z którego jednak byli bardziej zadowoleni niż z ostatniego (cierpieli na zgodną awersję do sztuki współczesnej). Aktualnie, z absolutnie czystym sumieniem, wysyłali ziemię w świat. Chief ściągnęła tu takiego Dziwaka, który jeździł z nimi po kraju i wskazywał miejsca, z których ma pochodzić ziemia. W sumie nie wiadomo czemu starali się przy nim nie kląć i niczemu się nie dziwić. Ale wychodziło im to całkiem dobrze. Doświadczenie robi swoje...

Do kopania zatrudniali miejscowych i pozwalali Dziwakowi pochylać się nad każdym transportem, tak długo, jak długo tylko chciał. Potem elegancko pakowali ziemię do samolotu i kasowali należność. Fronasz uważał, że to legalna robota. Martyniec podejrzewał, że nie całkiem, więc na wszelki wypadek nie zgłębiał tego tematu. Dopóki Chief była w porządku, nie było takiej potrzeby.

Z czasem, może przez Dziwaka, zaczęli na ziemię patrzeć z szacunkiem. W końcu utrzymywała ich, w dodatku w dobrej formie, w dobrym zdrowiu, na dobrym poziomie i daleko od afer. A podróże za kawałkiem dobrego piachu to sama przyjemność!

Można sprawdzić.

 

O tym, że nastąpił ciąg dalszy (bez odsłon, a wręcz przeciwnie, z zasłonami):

Chief miała swoje sprawy prowadzone (niegorączkowo) w krajach o klimacie bardziej niż gorącym, gdzie o choroby wywołujące gorączkę (w najlepszym razie) nie było trudno. Miała mnóstwo spraw. Nieustannie zajęta była bardzo bieżącymi wydarzeniami, kalkulacjami, niemalże wyłączało ją to z ogólnie dostępnej rzeczywistości. Pewnego dnia "obudziła" się dla realnego świata (że tak to ujmę), a było to podczas zmiany środka transportu z małego busa na (tylko trochę większą) awionetkę. Przesiadała się automatycznie, dobrze znała drogę poprzez małe, polowe lotnisko, rozpoznawała tłum i ostry zapach jedzenia, ciał, paliwa. Miała ze sobą niedużą, mocno zużytą (dla niepoznaki) torbę, niosła ją w jednej ręce, drugą trzymała w kieszeni spodni.

Awionetka czekała właśnie na nią, ale kilka osób, w większości mężczyzn, uprawiało ostre negocjacje z pilotem. Byli uparci, lecz nie agresywni. Chief podejrzewała, że w grę wchodzą daniny i obietnice, chociaż na pokładzie, na oko, nie było wolnego miejsca. Już z daleka obserwowała kolorowe zbiegowisko i jak zwykle zdążyła pomyśleć, że jeśli ktoś dobije targu - będzie musiała czekać ze dwie doby. Przyśpieszyła kroku, sprawdziła czy ma pod ręką pieniądze dla pilota, umówioną sumę, oraz naddatek, za odpór, jaki dawał ewidentnym pokusom.

Gdy upewniła się, że ma, zdarzyło się coś naprawdę nieprzewidywalnego. Usłyszała melodię. Dawno niesłyszaną, ale dobrze zapamiętaną. Ktoś (raczej cicho) zaczął gwizdać starą partyzancką piosenkę: "Dziś do ciebie przyjść nie mogę, zaraz idę w nocy mrok...", tuż za jej plecami. W przesiadkowej scenerii, w egzotycznym kraju, ta melodia zabrzmiała nieprawdopodobnie dziwnie i nawet (tak, tak nawet) lekko zniewalająco! Chief przez moment myślała, że traci przytomność albo słabnie z powodu temperatury. Gdy jednak dalszych symptomów omdlenia nie było, nie zwalniając kroku (wciąż szła w kierunku awionetki), odwróciła się. Wysoki mężczyzna, biały, o jasnych oczach i ciemnych włosach uśmiechał się, do niej... Porozumiewawczo? Nie była pewna wyrazu jego oczu, choć była pewna ich koloru. On zaś najwyraźniej był pewien, że powinna znać piosenkę. Nucił, trochę głośniej, dość niedbale. Owszem, znała ją, ale gorzej jeszcze, poczuła jak mężczyzna robi na niej dość szczególne wrażenie. Wytrąciło ją to z równowagi. Był do kogoś podobny, tak jakby pod jego twarzą była inna, znana jej, bliska twarz. Chief sprawnie opanowała irracjonalne wzruszenie.

Siłą (niemałą) przecisnęła się przez tłum, krzycząc słowa, których znaczenia nie była pewna, a których nauczył ją zaufany tłumacz. Miały pomagać w torowaniu sobie drogi i tak było. Wskoczyła na pokład, żegnana pochrząkiwaniem niezadowolonego tłumu, dyskretnie podała pilotowi, co podać powinna i klepnęła go w ramię, bo się znali. Mrugnął do niej.

Dopiero, kiedy rozsiadła się na podłodze, między jakimiś tobołami, odetchnęła z ulgą. Uświadomiła sobie, że nucący mężczyzna był podobny do Fronasza. Trochę... bardziej... albo nie, nie, po prostu był młodszy. Uśmiechnęła się do siebie i mruknęła "dziś do ciebie... nie", i pomyślała, że ktoś ją, kurcze, śledzi. Może od dawna? Zważywszy, że rozpoznanie już nastąpiło - ktoś od niej czegoś chce. Biały facet w tym miejscu niekoniecznie oznaczał turystę. A często przesiadali się tu przedstawiciele rozmaitych nieoczywistych (mniejszych i większych) firm, jak też wtajemniczeni w prawa tego kraju właściciele (oczywistych, lecz niezbyt jawnych) interesów.

 

+ + +

 

Chief rozsiadła się, zamknęła oczy. - O, tak - pomyślała - był przystojny i (na razie) poszedł w swoją stronę. Mógł mnie dogonić, przekazać informację, albo dać do zrozumienia, w jakim charakterze się pojawia, nie zrobił tego. A piosenka? - Chief zastanawiała się dłuższą chwilę intensywnie, dopasowując skojarzenia, w końcu doszła do wniosku, że melodia niewiele wyjaśnia. Mogła być (ewentualnie) zapowiedzią kolejnego spotkania i tego Chief wolała na razie uniknąć. Przedtem powinna sprawdzić tego gościa. Ów człowiek równie dobrze mógł zadać jej cios, zamiast podśpiewywać, albo podłożyć podsłuch, bombę? Sprawdziła torbę. OK. Nic nie przybyło. Tymczasem podejrzany spokojnie poszedł sobie w stronę miasteczka. Mogłaby ustalić gdzie się zatrzymał... Po wylądowaniu się tym zajmie, tak postanowiła i rozważyła też tę możliwość, że mężczyzna zagwizdał swój ulubiony kawałek, ot tak, widząc samotnie podróżującą, białą kobietę. I przypadkiem trafił w dziesiątkę...

- Nie ma przypadków - powiedziała sobie, zatęskniła za Tarominą, za Fronaszem i za chłodem (i za twardą ziemią). Oczywiście, według Chief, przypadki wyglądające na przypadki nie muszą od razu oznaczać zagrożenia, lecz wolała traktować je z ostrożnością. Na wszelki wypadek.

I wtedy podjęła istotne decyzje (między pakunkami, w awionetce): Po pierwsze - mniej podróży, po drugie - godne życie bez niegodnego ryzyka, po trzecie - miłość (miłość?) - Chief zadziwiła samą siebie i, z ostrożności, nie dookreśliła tego tematu), po czwarte - sprawdzenie tego faceta, poza tym większość spraw powinna ustalać z Fronaszem. Miała do niego absolutne zaufanie. Pozwoliła sobie na krótką chwilę bawienia się myślą o nim i zasnęła. I to był niespokojny, krótki sen.

 

+ + +

 

Do Tarominy wróciła promienna, lecz nie całkiem beztroska. Nie była przecież na wakacjach, w pracy była, choć (przy okazji) oglądała różne cuda tego świata. Nie po raz pierwszy, zresztą. Dlatego zdążyła się do pewnych form piękna przyzwyczaić (niestety), a inne - mijać w pośpiechu, nieuważnie.

Lubiła podziwianie, lecz przedkładała nad to konkrety.

Czuła się tak jakby prawie zalazła to, czego szukała, a w każdym razie - jakby podjęła może nie wiekopomne, ale słuszne decyzje.

Nic dziwnego, że tak pięknie spędzili z Fronaszem dwa pierwsze dni po powrocie. To było konkretne bycie ze sobą. Tylko we dwoje. Nie poruszali żadnych zawodowych tematów, nie zmuszali się do zbędnych rozmów, nie zaspokajali siebie nawzajem za pomocą seksu. Byli blisko, a to znaczy, że w dotyku, w spojrzeniach pozwalali sobie na wyrażenie wdzięczności za tę bliskość. I nie chcieli od siebie niczego więcej. Chief tak to rozumiała, Fronasz się na to godził. On chciał więcej Chief. A taka jak teraz, świetlista i radosna sprawiała, że Fronasz chciał, by była na zawsze.

Jednak (jak często bywa) trzeciego z cudownych, wspólnych dni Chief oznajmiła:

- Powinieneś się spotkać z Dziwakiem.

I był to koniec nastroju, który we Fronaszu budził tylko i wyłącznie najpiękniejsze uczucia.

Zmianę przyjął ze spokojem, po męsku, w końcu rzadko jest dokładnie tak, jak by się chciało lub jakby być mogło...

Potem Chief wręczyła mu bilet na najbliższy lot do pewnego miasta, w którym nigdy nie był. Fronasz miał przed sobą cały dzień na oswojenie się z myślą o podróży i na spakowanie. I na pożegnanie się z Chief.

Poranek spędzili na tarasie Tarominy, popijając kawę, patrząc na budzącą się z mgieł i ze śpiewu ptaków wiosnę. Było bardzo intymnie. Aby się nie przesycić tym boskim spokojem, Fronasz zadzwonił do Martyńca, ustawiając najważniejsze sprawy. Przede wszystkim uprzedził go o podróży.

- Większa rzecz? - zapytał Martyniec, z pewną nadzieją w głosie. Znudził mu się ostatni "urlop".

- Nie wiem jeszcze.

- A co wiesz?

- Wiem, o której mam odprawę i wiem skąd.

- A, gratuluję - westchnął Martyniec - no kurwa, Fronasz, to jakoś dziwnie mało, nie?

- Normalnie - powiedział Fronasz, z naciskiem. Pomyślał, że niebezpieczny niepokój gnębi Martyńca i jak go znał, na pewno będzie się starał ubarwić sobie życie. Najpierw bary miejscowe, potem te dalsze, a potem trzeba będzie Martyńca ściągnąć...

- A co ustalaliśmy? - Martyniec cierpliwie naprowadzał Fronasza na słuszny trop, choć wcale nie spodziewał się odpowiedzi - ustalaliśmy, pamiętasz. Zatem koniec urlopu, tak?

- No tak... - Fronasz nie był pewien, ale przytaknął.

- Poczekam na wytyczne - przerwał mu Martyniec. - Kogoś mieć pod ręką?

Fronasz zawahał się.

- A, nic nie wiesz - przypomniał sobie Martyniec. - Coś będziemy radzić, w razie czego.

Fronasz uśmiechnął się. Sposób, w jaki Martyniec zrobił pauzę, znał aż za dobrze.

- Tylko nie zaczynaj - uprzedził Fronasz - będzie wiesz... jak z akcją: ziemia.

- Nooo, tego się obawiam i... nie zaczynam.

- Marty - Fronasz przeszedł w ton rozkazujący - sprawdzę, o co chodzi, dam sygnał.

- OK - Martyniec się wycofał. - Pozdrów Chief! - O, nie mógł pominąć okazji do wyrażenia przekonania, że ich kłopotom (które były tuż, tuż) będzie winna ona. Fronasz lubił nawet tę nieusuwalną dozę nieufności w Martyńcu.

- Nie pij - powiedział zamiast "cześć".

- I tobie też - zgodził się Martyniec, co oznaczało, że będzie pił, ale nie wyłączy telefonu.

 

+ + +

 

Następnego dnia Fronasz wrzucił do samochodu swoją małą, idealnie spakowaną torbę podróżną. Wsiadł i nie obejrzał się na stojącą na tarasie Chief (wciąż promienną). Odjechał, nie wiadomo na jak długo. Odjechał, chociaż wolałby zostać. Podejrzewał, że gdyby został, Chief przestałaby być promienna i wtedy chciałby wyjechać. Właściwie uprzedzał bieg wydarzeń. Do pewnego stopnia.