Frigiel i Fluffy. Więźniowie Netheru - Frigiel, Nicolas Digard

-
Proszę czekać

W po­przed­nim to­mie Fri­gie­la i Fluf­fy'ego

Nie­zwy­kle przy­po­mi­na­ją­cy Smo­ka Kre­su smok ata­ku­je Lan­niel - wio­skę Fri­gie­la i jego psa Fluf­fy'ego. Dzia­dek chłop­ca, Er­nald, po­wie­rza wów­czas Fri­gie­lo­wi ta­jem­ni­czą skrzy­nię Kre­su, po czym na­ka­zu­je chłop­cu za­nieść ją do Pu­aby i prze­ka­zać swe­mu przy­ja­cie­lo­wi, Val­ma­ro­wi Paul­se­no­wi.

Er­nald od­cho­dzi, by zmie­rzyć się ze smo­kiem. Fri­giel od­naj­du­je je­dy­nie jego zła­ma­ny miecz.

Prze­mie­rza­jąc dro­gi kró­le­stwa, w któ­rym za­ka­za­no ma­gii, Fri­giel i Fluf­fy po­zna­ją try­ska­ją­ce­go hu­mo­rem mło­de­go męż­czy­znę, a za­ra­zem uta­len­to­wa­ne­go ar­chi­tek­ta Abla oraz Ali­ce, zło­dziej­kę, któ­ra ni­ko­go nie po­trze­bu­je. Ra­zem do­wia­du­ją się, ja­ko­by król Lludd Law miał siłą wy­pę­dzić ma­gów do Od­le­głych Lą­dów, a tak­że od­kry­wa­ją praw­dę o tym, że z wię­zie­nia zbiegł jego brat bliź­niak - prze­ra­ża­ją­cy mag Askar Raug - pra­gną­cy ze­mścić się na bra­cie.

Smok Kre­su zda­je się po­ja­wiać tuż po tym, jak Fri­giel otwie­ra skrzy­nię, któ­rą w za­ufa­niu prze­ka­zał mu Er­nald. Skrzy­nia za­wie­ra ki­lof praw­dy, je­dy­ne na­rzę­dzie zdol­ne znisz­czyć blok ni­co­ści, któ­ry uni­ce­stwia dzia­ła­nie ma­gii, a tak­że ochra­nia za­mek Llud­da Lawa.

Po star­ciu z kró­lew­skim ge­ne­ra­łem Ner­ga­lem, któ­ry od­na­lazł na­szych przy­ja­ciół po to, by od­zy­skać skrzy­nię, Fri­giel, Abel, Ali­ce i Fluf­fy ucie­ka­ją z Val­ma­rem w góry. Przy­ja­ciel Er­nal­da jest po­tęż­nym ma­giem, któ­ry twier­dzi, że nasi bo­ha­te­ro­wie znaj­dą po­moc w Ne­the­rze.

Abel nie zga­dza się na wy­pra­wę do tego pod­ziem­ne­go pie­kła i po­zwa­la, by Fri­giel wraz z Ali­ce uda­li się tam sami. Jed­nak­że tuż przed por­ta­lem, któ­ry po­wi­nien ich prze­pro­wa­dzić do Ne­the­ru, Fri­giel na­po­ty­ka wzro­kiem spoj­rze­nie stwo­rze­nia, któ­re do­tych­czas brał za Smo­ka Kre­su. Oczy stwo­ra są pu­ste ni­czym oczy smo­ka umar­la­ka.

Frigiel i Fluffy Więźniowie Netheru

Frigiel, Nicolas Digard

Ilustracje: Thomas Frick Tłumaczenie: Magdalena Łachacz

Published in the French language originally under the title: Frigiel et Fluffy: Les prisonniers du Nether - volume 2

? 2017, Slalom, an imprint of Édi8, Paris, France.

"Minecraft" is a Notch Development AB registered trademark.

This book is a work of fiction and not an official Minecraft product, nor an approved by or associated to Mojang. The other names, characters, places and plots are either imagined by the author, either used fictitiously.

? for the Polish edition: Wydawnictwo RM, 2019 All rights reserved.

Wydawnictwo RM 03-808 Warszawa, ul. Mińska 25 rm@rm.com.pl; www.rm.com.pl

ISBN 978-83-8151-126-1 ISBN 978-83-8151-264-0 (ePub) ISBN 978-83-8151-265-7 (mobi)

Redaktor inicjująca i prowadząca: Aleksandra Żdan Redakcja: Marta Stochmiałek Korekta: Aleksandra Rozmyslowicz, Bartłomiej Nawrocki Opracowanie graficzne okładki wg oryginału: Maciej Jędrzejec Edytor wersji elektronicznej: Tomasz Zajbt Opracowanie wersji elektronicznej: Marcin Fabijański Weryfikcja wersji elektronicznej: Justyna Mrowiec

Żadna część tej pracy nie może być powielana i rozpowszechniana, w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny) włącznie z fotokopiowaniem, nagrywaniem na taśmy lub przy użyciu innych systemów, bez pisemnej zgody wydawcy.

Wszystkie nazwy handlowe i towarów występujące w niniejszej publikacji są znakami towarowymi zastrzeżonymi lub nazwami zastrzeżonymi odpowiednich firm odnośnych właścicieli.

Wydawnictwo RM dołożyło wszelkich starań, aby zapewnić najwyższą jakość tej książce, jednakże nikomu nie udziela żadnej rękojmi ani gwarancji. Wydawnictwo RM nie jest w żadnym przypadku odpowiedzialne za jakąkolwiek szkodę będącą następstwem korzystania z informacji zawartych w niniejszej publikacji, nawet jeśli Wydawnictwo RM zostało zawiadomione o możliwości wystąpienia szkód.

W razie trudności z zakupem tej książki prosimy o kontakt z wydawnictwem: rm@rm.com.pl

Rozdział 1

- Na go­le­ma! - wrza­snął Abel. - Oni na­praw­dę za­czy­na­ją grać mi na blocz­kach!

Dwie nowe syl­wet­ki zom­bie chy­bo­tli­wym kro­kiem par­ły ku nie­mu od stro­ny wy­lo­tu uli­cy. Po tym, jak zo­sta­wił Fri­gie­la i Ali­ce w gó­rach, mło­dy męż­czy­zna wpadł na kiep­ski po­mysł, żeby wró­cić do Pu­aby nocą. Gdy tyl­ko mi­nął znisz­czo­ne mury miej­skie, po­wi­ta­ły go czte­ry umar­la­ki, któ­re ru­szy­ły za nim w po­goń. Zza ple­ców do­la­ty­wał go ich char­kot. Mógł na­wet usły­szeć trzesz­czą­cy pod sto­pa­mi zom­bie żwir, kie­dy się do nie­go zbli­ża­li. A te­raz jesz­cze tych dwóch za­gra­dza­ło mu dro­gę. Abel wpadł w pu­łap­kę.

Ścia­na domu po jego pra­wej stro­nie zo­sta­ła wy­ko­na­na z ce­gły. Ta­ran­kań­czyk wy­cią­gnął ka­mien­ny ki­lof, któ­ry na­pręd­ce so­bie wy­two­rzył, kie­dy scho­dził z gór Vin­mar­cq. Zbił czte­ry blo­ki w ścia­nie i wśli­zgnął się do środ­ka. Sta­nął na­prze­ciw­ko nie­bie­skie­go pro­sto­ką­ta drzwi, któ­ry od­ci­nał się od ciem­no­ści za­le­wa­ją­cej po­kój. Pę­dem ru­szył w jego stro­nę i wy­padł na uli­cę uło­żo­ną ze scho­dów, któ­re bie­gły do mo­stu roz­nie­sio­ne­go w pył przez atak Smo­ka Kre­su.

"Znisz­czo­ny" - po­wie­dział mło­dy męż­czy­zna do sie­bie, zbie­ga­jąc po stop­niach. - "Mo­głem się tego do­my­ślić".

Kre­atu­ra po­zo­sta­wi­ła mury Pu­aby w tak opła­ka­nym sta­nie, że każ­dej nocy mia­sto ob­le­ga­ły hor­dy zom­bie[1]. Abel do­ko­nał szyb­kich ra­chun­ków. W Pu­abie po­win­ny być trzy ty­sią­ce do­mów, co ozna­cza­ło, że po jej uli­cach wa­łę­sa­ło się ja­kieś sześć ty­się­cy ży­wych tru­pów. Tuż za nim je­den z tych, któ­re za­czę­ły go go­nić, opie­rał już swe odar­te ze skó­ry ra­mię o ramę drzwi. Scho­dy pro­wa­dzi­ły w głąb dol­nej czę­ści mia­sta. W stro­nę zde­wa­sto­wa­nych mu­rów miej­skich, nocy i na­le­żą­cych do niej po­two­rów.

"Nie jest do­brze" - po­my­ślał Abel, od­wra­ca­jąc gło­wę z na­dzie­ją, że doj­rzy ja­kąś ulicz­kę, któ­ra po­zwo­li­ła­by mu wró­cić w wy­żej po­ło­żo­ne re­jo­ny.

Po jego le­wej stro­nie domy ustą­pi­ły miej­sca wą­wo­zo­wi, któ­re­go dno gi­nę­ło w mro­ku. Krę­te scho­dy nie­zmien­nie wiły się, opar­te o duży czar­ny bu­dy­nek po pra­wej stro­nie mło­de­go męż­czy­zny. Abel ru­szył scho­da­mi przed sie­bie, a kie­dy był już w po­ło­wie wy­so­ko­ści tego szcze­gól­nie od­sło­nię­te­go od­cin­ka dro­gi, trzy stop­nie ni­żej po­ja­wi­ło się trzech zom­bie. Nie­mal od razu go wy­czu­li i za­czę­li wdra­py­wać się za nim. Abel od­wró­cił gło­wę - z góry nad­cho­dzi­ło ko­lej­nych sze­ściu. Za­mach­nął się ki­lo­fem, po czym moc­nym cio­sem ude­rzył w ścia­nę bu­dyn­ku, któ­ry stał u szczy­tu scho­dów i gó­ro­wał nad pust­ką. Ki­lof się zła­mał. Mło­dy męż­czy­zna zmru­żył oczy w ciem­no­ści, do­tknął ka­mie­nia.

- Ob­sy­dian? Se­rio?

Mu­siał to być ja­kiś bu­dy­nek pań­stwo­wy. Za­pew­ne skład dy­na­mi­tu lub pro­chu strzel­ni­cze­go Gwar­dzis­tów Świa­tła. Do wzno­sze­nia tego ro­dza­ju bu­dow­li częs­to wy­bie­ra­no ów czar­ny ka­mień od­por­ny na wy­bu­chy.

Tym­cza­sem zom­bie byli co­raz bli­żej. Sze­ściu z jed­ne­go boku, trzech z dru­gie­go. Abel od­dał oczy­wi­ście miecz swo­je­go ojca Fri­gie­lo­wi i za­miast bro­ni wo­lał wy­two­rzyć ki­lof.

"Bra­ku­je ci blocz­ka czy co?" - po­wie­dział sam do sie­bie, pu­ka­jąc się w czo­ło.

Z tor­by wy­cią­gnął po­chod­nię. Zom­bie nie prze­pa­da­li za ogniem i może gdy­by za­ma­chał nią przed trzy­oso­bo­wą gru­pą, zdo­łał­by ich ode­pchnąć i się prze­bić. Scho­dy zmu­sza­ły zom­bie, by szli je­den za dru­gim.

Mło­dy męż­czy­zna zszedł kil­ka stop­ni. Z każ­dym po­ko­ny­wa­nym blo­kiem umar­la­ki wy­da­wa­ły z sie­bie pe­łen za­chwy­tu char­kot. Zda­wa­ły się wy­czu­wać strach Abla i z góry się nim roz­ko­szo­wa­ły. Ta­ran­kań­czyk rzu­cił okiem na to, co znaj­do­wa­ło się za nim. Po­zo­sta­łych sze­ściu zom­bie nad­cho­dzi­ło zbyt szyb­ko. Mło­de­go męż­czy­znę ogar­nę­ła pa­ni­ka. Wi­dział już sie­bie przy­gnie­cio­ne­go przez kre­atu­ry. Głu­pio by­ło­by umrzeć w taki spo­sób!

Wy­cią­gnął przed sie­bie po­chod­nię. Jesz­cze dwa stop­nie i zom­bie go do­się­gną.

Wte­dy to w ścia­nie z ob­sy­dia­nu otwo­rzy­ły się se­kret­ne drzwi, ude­rza­jąc żywe tru­py pro­sto w twarz. Abel usły­szał, jak umar­la­ki wy­da­ją zdzi­wio­ny jęk i sta­cza­ją się w stro­nę dol­ne­go mia­sta.

Przed mło­dym męż­czy­zną wy­ło­ni­ła się gło­wa Gwar­dzi­sty Świa­tła. Da­wał mu znak.

- Wchodź­żeż! Szyb­ko!

Abel po­czuł, jak na jego ra­mię opa­da zim­na dłoń. Do­pa­dło go sze­ściu zom­bie, któ­rzy scho­dzi­li z góry. W tej sa­mej chwi­li, nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, gwar­dzi­sta chwy­cił Abla za rę­kaw i wcią­gnął go do środ­ka. Drzwi za­trza­snę­ły się na ręce umar­la­ka. Roz­le­gło się skrzyp­nię­cie i trzask spróch­nia­łych ko­ści.

Na­prze­ciw Abla sta­ło dwóch żoł­nie­rzy. Drob­ny, bla­do­li­cy wą­sacz oraz po­staw­ny męż­czy­zna o skó­rze tak ciem­nej i z ocza­mi o błę­ki­cie tak głę­bo­kim, że zda­wa­ło się, iż cho­dzi o en­der­me­na. Abel roz­po­znał ich od razu. Po­czuł, jak jego ser­ce za­czy­na szyb­ciej bić. Było to dwóch straż­ni­ków, któ­rzy kie­dyś po­wi­ta­li ich - Fri­gie­la i jego - u wej­ścia do mia­sta. Wą­sacz wy­cią­gnął kart­kę pa­pie­ru i uważ­nie na nią spoj­rzał.

- To nie on - ode­zwał się.

- Ale go zna­my - po­wie­dział dru­gi.

En­der­man uniósł po­chod­nię na wy­so­kość twa­rzy.

- Prze­ca to sy­nu­lo De­ry­na Swa­le'a!

Pod­eks­cy­to­wa­ny straż­nik spoj­rzał na swo­je­go to­wa­rzy­sza. Na­stęp­nie klep­nął Abla w ra­mię.

- Ależ my się cie­szy­my, że pana wi­dzi­my, mo­ści pa­nie Swa­le! My­śmy my­śle­li, żeś pan kop­nął w blo­czek, kie­dy smok za­ata­ko­wał! Ko­niecz­nie mu­si­my pana za­pro­wa­dzić do puł­kow­ni­ka Ni­dit­cha. Każ­dy, kto jest do­stęp­ny, jest po­trzeb­ny.

Abel chciał za­pro­te­sto­wać, po­wie­dzieć im, że nie przy­szedł tu po to, żeby wstę­po­wać do Domu Świa­teł, tyl­ko po to, by po­móc przy od­bu­do­wie. Prze­rwał mu ni­ski wą­sacz.

- A to do­bre! A to do­bre! - po­wta­rzał, uśmie­cha­jąc się sze­ro­ko - A to bę­dzie pan puł­kow­nik za­do­wo­lo­ny. Bar­dzo za­do­wo­lo­ny!

Po­pro­si­li Abla, by po­dą­żył za nimi ko­ry­ta­rzem.

- Chodź­ta, mo­ści pa­nie, inni na nas cze­ka­ją.

Ko­ry­tarz pro­wa­dził do du­żej sali. Dwóch straż­ni­ków wy­po­sa­żo­nych w po­chod­nie pil­no­wa­ło garst­ki miesz­kań­ców, któ­rych ura­to­wa­li przed ob­lę­że­niem zom­bie. Dwóch in­nych pa­ko­wa­ło dy­na­mit oraz prze­cho­wy­wa­ny w skrzy­niach proch strzel­ni­czy do wiel­kich wor­ków.

- Na­zy­wam się Clo­ga­to­rvis, ale wszy­scy mó­wią na mnie Clog - zwró­cił się do Abla przy­po­mi­na­ją­cy en­der­me­na męż­czy­zna.

- Ja je­stem Yuk - ode­zwał się wą­sacz.

- Je­dy­ne co, mo­ści pa­nie Swa­le, mu­sisz zro­bić, to iść z nami. Od­pro­wa­dzi­my mo­ści pana do sa­miuś­kie­go Domu Świa­teł. Te­raz to je­dy­ne na­praw­dę bez­piecz­ne miej­sce w mie­ście.

Yuk i Clog sta­nę­li na cze­le gru­py. Prze­wo­dzi­li jej z za­ska­ku­ją­cym spo­ko­jem. Abel zo­rien­to­wał się, że za­bez­pie­czo­no dro­gę pro­wa­dzą­cą do aka­de­mii woj­sko­wej. Uli­ce zo­sta­ły za­blo­ko­wa­ne za po­mo­cą drew­nia­nych fur­tek. Tuż za nimi gro­ma­dzi­ły się dzie­siąt­ki zom­bie, któ­rzy prze­stę­pu­jąc w miej­scu z nogi na nogę, zu­peł­nie nie byli w sta­nie zro­zu­mieć, z czym mają do czy­nie­nia[2].

Abel za­uwa­żył, że Dom Świa­teł, rów­nież wy­bu­do­wa­ny z ob­sy­dia­nu, wspa­nia­le oparł się ku­lom ognia rzu­ca­nym przez Smo­ka Kre­su. Domy, któ­re wzno­si­ły się wo­kół nie­go, nie mia­ły tego szczę­ścia. Nie zo­sta­ło z nich nic oprócz ruin, znad któ­rych uno­sił się dym. Na du­żym dzie­dziń­cu aka­de­mii z po­wo­du pil­nej po­trze­by po­sta­wio­no cha­ty z drew­na. To tam wła­śnie ulo­ko­wa­no wszyst­kie li­czą­ce się w mie­ście oso­bi­sto­ści. Bied­niej­si mu­sie­li za­do­wo­lić się łóż­ka­mi, któ­re usta­wio­no cia­sno jed­no obok dru­gie­go w re­fek­ta­rzu oraz w sali do ćwi­czeń.

- Tędy! - po­wie­dział Yuk.

Ru­szy­li ską­pa­ny­mi w cie­niu scho­da­mi. Licz­ba żoł­nie­rzy zgro­ma­dzo­nych na pię­trze zdu­mia­ła Abla. Było ich nie­mal­że tylu, ilu uchodź­ców. Przy­glą­da­jąc się ich na­pier­śni­kom, zro­zu­miał, że nie byli to Gwar­dzi­ści Świa­tła. Do­strzegł łucz­ni­ków z Sa­wann So­le­na, mi­strzów dy­na­mi­to­wych z Ogni­stych Ste­pów. Zo­sta­li spro­wa­dze­ni z wszyst­kich za­kąt­ków kró­le­stwa. Abel roz­po­znał na­wet słyn­nych zwia­dow­ców z dżun­gli Ta­ran­ka.

- Sam król jest już w dro­dze - wy­szep­tał Clog, zga­du­jąc jego my­śli.

- Król? Ale dla­cze­go?

- Z po­wo­du kam­pa­ni­ji, mo­ści pa­nie Swa­le!

- Kam­pa­ni­ji do Ne­the­ru - do­rzu­cił Yuk.

Abel chciał za­dać ko­lej­ne py­ta­nia, ale straż­ni­cy wpro­wa­dza­li go już do ga­bi­ne­tu puł­kow­ni­ka. Na drzwiach wciąż wid­nia­ła ta­blicz­ka z na­zwi­skiem ge­ne­ra­ła Ner­ga­la. Jego na­stęp­ca był si­wie­ją­cym męż­czy­zną, tak ni­skim, że Abel za­py­tał sam sie­bie, czy stał on kie­dy­kol­wiek na polu bi­twy. Puł­kow­nik sie­dział za drew­nia­nym biur­kiem, któ­re wy­da­wa­ło się dla nie­go za duże, i na­wet nie pod­niósł gło­wy, gdy Abel wszedł. Me­bel za­wa­lo­ny był pa­pie­rzy­ska­mi, któ­re Ta­ran­kań­czyk sta­rał się roz­szy­fro­wać, cze­ka­jąc, aż puł­kow­nik skoń­czy ro­bić to, co za­czął wcze­śniej. Na­gle mło­de­mu męż­czyź­nie za­par­ło dech w pier­siach. Po­mię­dzy kart­ka­mi roz­po­znał pi­smo swo­je­go ojca. List.

- A pan to? - za­py­tał puł­kow­nik, wy­raź­nie nie­za­do­wo­lo­ny cie­ka­wo­ścią Abla.

- De­ryn Swa­le! - ode­zwał się Yuk.

- Abel Swa­le - po­pra­wił go Ta­ran­kań­czyk. - Jego syn.

Na usta funk­cjo­na­riu­sza wy­pły­nął sze­ro­ki uśmiech. Męż­czy­zna wstał, ob­szedł biur­ko, by przy­wi­tać się z Ablem.

- Pa­trz­cie pań­stwo! - po­wie­dział, krzy­żu­jąc ręce za ple­ca­mi. - Bar­dzo mi miło, pa­nie Swa­le, je­stem puł­kow­nik Ni­ditch. Cze­ka­li­śmy na pana!

- Co do tego, to chciał­bym...

Ni­ditch uniósł rękę, nie da­jąc mu cza­su na wy­jaś­nie­nia.

- Uznaj­my pań­skie prze­pro­si­ny za przy­ję­te. Cza­sy są trud­ne i cie­szy­my się, że do­łą­czył pan do na­szych sze­re­gów, by słu­żyć kró­le­stwu. Król Lludd Law pana po­trze­bu­je!

- Ale, pa­nie puł­kow­ni­ku, ja wca­le...

- Niech się pan już tak przy mnie nie kry­gu­je, Swa­le. Król jest w dro­dze. Bę­dzie za­szczy­co­ny, mo­gąc wli­czać w swo­ją ar­mię syna tak groź­ne­go wo­jow­ni­ka, ja­kim jest pana oj­ciec.

Puł­kow­nik od­wró­cił się do biur­ka i chwy­cił kart­kę, któ­rą po­dał Ablo­wi.

- Zna pan tego czło­wie­ka?

Abel za­drżał. Był to ofi­cjal­ny do­ku­ment z wi­ze­run­kiem Fri­gie­la. Ry­su­nek nie był do koń­ca pra­wi­dło­wy, ale z ła­two­ścią moż­na było roz­po­znać wiel­kie, nie­bie­skie oczy chło­pa­ka oraz jego wło­sy uło­żo­ne na kształt eks­plo­zji cre­epe­ra.

- Niech pana nie zmy­li nie­win­ny wy­gląd tego chło­pacz­ka. Na­zy­wa się Fri­giel i jest ma­giem naj­gor­sze­go sor­tu.

- Ma­giem? - Abel się za­krztu­sił. Nie był w sta­nie wy­obra­zić so­bie, że jego przy­ja­ciel mógł­by przy­na­le­żeć do kla­sy tak znie­na­wi­dzo­nej przez jego ojca.

- W rze­czy sa­mej. Zgod­nie z in­for­ma­cja­mi, ja­kich nam do­star­czo­no, to praw­do­po­dob­nie on po­mógł uciec z wię­zie­nia temu nie­go­dziw­co­wi, Aska­ro­wi Rau­go­wi.

Abel czuł, jak trzę­są mu się nogi. Czyż­by puł­kow­ni­ko­wi Ni­dit­cho­wi bra­ko­wa­ło blocz­ka w gło­wie? Kie­dy Askar zbiegł czte­ry lata temu, Fri­giel miał za­le­d­wie je­de­na­ście lat!

- Mnie rów­nież to za­sko­czy­ło - przy­znał Ni­ditch, za­uwa­żyw­szy zmie­sza­nie Ta­ran­kań­czy­ka. - Ale na tym nie ko­niec. Ten cały Fri­giel ma taką kar­to­te­kę, na wi­dok któ­rej zbladł­by sam wi­the­ro­wy szkie­let. Wie­dzio­ny po­my­słem Aska­ra Rau­ga ukradł pew­ną zło­wróżb­ną skrzy­nię w celu ścią­gnię­cia Smo­ka Kre­su do Pu­aby. Na ce­low­nik ob­rał so­bie Dom Świa­teł i chciał nas uni­ce­stwić po to, by po­zwo­lić Aska­ro­wi na swo­bod­ne prze­chadz­ki po na­szych mia­stach i ogro­dach! Od­waż­ny ge­ne­rał Ner­gal usi­ło­wał po­wstrzy­mać to sza­leń­stwo, ale ów nie­bez­piecz­ny osob­nik za­mor­do­wał go z zim­ną krwią. Ten Fri­giel z pew­no­ścią ugo­dził go w ja­kiś zdra­dziec­ki spo­sób, po­nie­waż Ner­gal był jed­nym z naj­lep­szych wo­jow­ni­ków kró­la!

Abel mu­siał usiąść na blo­ku drew­na. Ów puł­kow­nik z Domu Świa­teł prze­ka­zy­wał mu zbie­ra­ni­nę plo­tek, jak gdy­by cho­dzi­ło o uzna­ne fak­ty. Jego sło­wa opie­ra­ły się na tak wie­lu kłam­stwach, że Ta­ran­kań­czyk wręcz nie po­tra­fił wy­obra­zić so­bie, że funk­cjo­na­riusz może w nie wie­rzyć.

- Ale wie­my, gdzie się za­de­ko­wał - cią­gnął da­lej Ni­ditch. - I, jak sam pan ro­zu­mie, Swa­le, pod­czas gdy ja tu z pa­nem ga­wę­dzę, król wraz ze swo­im blo­kiem ni­co­ści jest w dro­dze, aby za­koń­czyć to, co nie­gdyś za­czął. To się na­praw­dę dzie­je, czyż nie? Niech pan so­bie wy­obra­zi, że pe­wien pa­sterz z gór wi­dział, jak Smok Kre­su prze­la­tu­je nad pa­stwi­ska­mi, gdzie chło­pi­na la­tem pa­sie swo­ją trzód­kę. Po­dą­żył za be­stią. I ni­g­dy pan nie zgad­nie, co od­krył.

Abel prze­łknął śli­nę. "Do Wi­the­ra[3]" - po­wie­dział sam do sie­bie - "mam na­dzie­ję, że z Ali­ce i Fri­gie­lem wszyst­ko w po­rząd­ku albo...".

- Por­tal! - wrza­snął puł­kow­nik. - Ak­tyw­ny por­tal Ne­the­ru! Fri­giel nie­chyb­nie stam­tąd po­cho­dzi! Kil­ku ma­gów mu­sia­ło więc prze­trwać wy­gna­nie w Ne­the­rze. Dla­te­go wła­śnie król jest w dro­dze. Żeby wresz­cie skoń­czyć z tymi szkod­ni­ka­mi, któ­re...

Abel po­trzą­snął gło­wą. Wszyst­ko to było zbyt trud­ne do prze­łknię­cia.

- Ale... - wy­mam­ro­tał - my­śla­łem, że ma­go­wie zo­sta­li wy­pę­dze­ni do Od­le­głych Lą­dów.

Puł­kow­nik wy­buchł gło­śnym śmie­chem. Yuk i Clog po­szli w jego śla­dy.

- Ależ Swa­le... Ta hi­sto­ria z Od­le­gły­mi Lą­da­mi jest dla po­spól­stwa! To oczy­wi­ste, że nie wy­rzu­ci­li­śmy ma­gów do Od­le­głych Lą­dów, od razu by stam­tąd wró­ci­li! Nie! Wpa­ko­wa­li­śmy ich do Ne­the­ru, znisz­czy­li­śmy wszyst­kie por­ta­le i po pro­ble­mie!

Yuk i Clog re­cho­ta­li w naj­lep­sze.

Abel z wy­ba­łu­szo­ny­mi ocza­mi pa­trzył na puł­kow­ni­ka. Na próż­no do­szu­ki­wał się w so­bie ca­łej nie­na­wi­ści wo­bec ma­gów, jaką wpo­ił mu oj­ciec; nie po­tra­fił cie­szyć się z tego, co mu po­wie­dzia­no. Całe ro­dzi­ny ze­sła­ne do tego pie­kiel­ne­go wy­mia­ru? Ni­g­dy nie usły­szał nic wstręt­niej­sze­go. Do tego po­mysł wy­szedł od Llud­da Lawa, kró­la, bo­ha­te­ra jego dzie­ciń­stwa!

- Wszyst­ko w po­rząd­ku? - za­py­tał za­nie­po­ko­jo­ny Ni­ditch.

Onie­mia­ły Abel wpa­try­wał się w pust­kę, nie mo­gąc wy­du­sić z sie­bie ani sło­wa.

- Pew­nie jest zmę­czo­ny, mo­ści pa­nie puł­kow­ni­ku - nie­śmia­ło rzu­cił Clog. - Zgar­ne­lim go spod skła­du, kie­dy ści­ga­ło go z dzie­się­ciu zom­bie.

Ni­ditch wpadł w gniew i chwy­cił żoł­nie­rza za koł­nierz.

- I do­pie­ro te­raz mi o tym mó­wi­cie! Zna­leźć mi po­kój dla pana Swa­le'a, ale już!

Puł­kow­nik wziął Abla pod rękę i od­pro­wa­dził go pod drzwi swe­go ga­bi­ne­tu.

- Ra­czy pan wy­ba­czyć moim żoł­nie­rzom ich nie­kom­pe­ten­cję, pa­nie Swa­le. Nie­zmier­nie się cie­szy­my, że wstę­pu­je pan w sze­re­gi Gwar­dzi­stów Świa­tła. Ale na ra­zie ko­niecz­nie musi pan od­po­cząć. Jest pan bar­dzo bla­dy...

Abel po­zwo­lił pro­wa­dzić się ko­ry­ta­rza­mi. Za­wsty­dze­ni Yuk i Clog rzu­ca­li mu ukrad­ko­we, bła­gal­ne spoj­rze­nia. Ta­ran­kań­czyk jed­nak ich nie do­strze­gał. Do jego my­śli wkra­dła się wąt­pli­wość i nie mógł jej dłu­żej igno­ro­wać. To, co puł­kow­nik po­wie­dział na te­mat Fri­gie­la, było tak od­le­głe od tego, co sam prze­żył... Czy mógł jesz­cze wie­rzyć w resz­tę? Czy jego oj­ciec rze­czy­wi­ście brał udział w tym zbrod­ni­czym wy­pę­dze­niu? Czy król był tak bo­ha­ter­ski, jak o nim mó­wio­no? A ma­gia taka zła? Gwar­dzi­ści Świa­tła - czy na­praw­dę chro­ni­li lu­dzi, czy też pod­po­rząd­ko­wy­wa­li ich wła­dzy kłam­cy? Z każ­dym kro­kiem, jaki ro­bił, Ablo­wi to­wa­rzy­szy­ło wra­że­nie, że jego świat roz­pa­da się co­raz bar­dziej.

[1] Zom­bie ko­cha­ją drzwi. Za­ob­ser­wo­wa­no, że mia­stecz­ka po­sia­da­ją­ce wię­cej niż dzie­się­cio­ro drzwi przy­cią­ga­ją śred­nio dwu­dzie­stu zom­bie na noc. Dla­cze­go? Na­su­wa­ją się dwa wy­ja­śnie­nia: drzwi sym­bo­li­zu­ją miej­sce za­miesz­ka­nia, gdzie być może znaj­du­ją się bez­bron­ni miesz­kań­cy, po­nad­to zom­bie, po­tra­fią­cy nisz­czyć drzwi, lecz już nie ścia­ny, mie­li­by wy­kształ­cić spe­cjal­ny zmysł, któ­ry po­zwa­la im je "wy­czu­wać" (przede wszyst­kim drzwi, na­le­ży bo­wiem za­uwa­żyć, iż furt­ki po­zo­sta­wia­ją zom­bie obo­jęt­ny­mi). Nie­mniej jed­nak wciąż nie­zna­ny jest po­wód, dla któ­re­go zom­bie przy­by­wa­ją w licz­bie dwu­krot­nie prze­wyż­sza­ją­cej licz­bę drzwi i ża­den uczo­ny mąż nie ma od­wa­gi po­chy­lić się nad praw­dzi­wym py­ta­niem or­ga­ni­zu­ją­cym tę kwe­stię: czy zom­bie żyją w związ­kach? (En­cy­klo­pe­dia Wie­dzy Ogól­nej Mor­go­na Eru­dy­ty, s. 1023).

[2] Nie­zna­ny jest po­wód, dla któ­re­go zom­bie nie są w sta­nie nisz­czyć fur­tek, choć roz­bi­ja­nie drzwi spra­wia im wi­docz­ną przy­jem­ność. Mam oczy­wi­ście wła­sne zda­nie na ten te­mat. Zom­bie są jak lu­dzie, któ­rych je­dy­nym ośrod­kiem ner­wo­wym jest żo­łą­dek. Stąd też ich węch jest aż tak roz­wi­nię­ty. Nie­mniej jed­nak po­zo­sta­łe za­koń­cze­nia ner­wo­we, znisz­czo­ne przez roz­kład, są zu­peł­nie do ni­cze­go - zom­bie nie wi­dzą da­lej, niż się­ga czu­bek ich wła­sne­go nosa (o ile im jesz­cze ta­ko­wy zo­stał) i są cał­ko­wi­cie obo­jęt­ni na ból. Tak też, gdy zom­bie przy­trzy­mu­je furt­ka, ich nogi nie wy­czu­wa­ją prze­szko­dy, a oni sami nie są w sta­nie jej zo­ba­czyć. Prze­bie­ra­ją więc da­lej w miej­scu no­ga­mi, jak­by w gło­wie mie­li tro­ci­ny za­miast blocz­ków, lecz nikt się nie skar­ży z tego po­wo­du, po­nie­waż zom­bie rzad­ko dają nam po­wód do śmie­chu (En­cy­klo­pe­dia Wie­dzy Ogól­nej Mor­go­na Eru­dy­ty, s. 1023).

[3] Nie­któ­re prze­sąd­ne oso­by my­ślą, że wy­po­wie­dze­nie słów: "do Wi­the­ra" wy­star­czy, by go przy­wo­łać... To ab­so­lut­nie błęd­ne prze­ko­na­nie. Ów prze­ra­ża­ją­cy trój­gło­wy szkie­let, któ­ry prze­miesz­cza się tak, że uno­si się w po­wie­trzu ni­czym zja­wa, musi w isto­cie zo­stać przy­wo­ła­ny, ale nie po­wiem ci, jak to zro­bić (czy­ta­ją to dzie­ci). Dwie rze­czy są pew­ne - Wi­ther nie po­ja­wia się, gdy wy­po­wie się jego imię, a na­wet je­śli już się wte­dy po­ja­wi, nie pró­buj z nim dys­ku­to­wać, po­nie­waż są­dzi się, że jest groź­niej­szy od sa­me­go Smo­ka Kre­su (En­cy­klo­pe­dia Wie­dzy Ogól­nej Mor­go­na Eru­dy­ty, s. 1702).