Prolog
Parkiet wydał z siebie przeciągłe skrzypnięcie, kiedy postać w długim, szeleszczącym płaszczu przestąpiła próg salonu. W mieszkaniu było ciemno. Po co włączać światło? Jeszcze ktoś z kamienicy po drugiej stronie ulicy zauważyłby, co się dzieje, i zidentyfikował napastnika. Ofiara wciąż siedziała przy dużym, owalnym stole, ustawionym w centralnym miejscu pokoju. Uderzała pomalowanymi na czerwono paznokciami o drewno. Na blacie walały się resztki jedzenia, puste butelki po alkoholu i przepełniona popielniczka. Kobieta nadal miała na sobie długą kolorową suknię. W uszy wpięła wiszące srebrne kolczyki z cyrkoniami, a niesforne loki tego wieczoru puściła wolno, nie ograniczała ich żadnymi klamrami, gumkami ani spinkami. Napastnik nie dostrzegłby w mroku tych wszystkich szczegółów, ale kobieta siedziała w miejscu oświetlonym przez uliczną latarnię, a poza tym przecież widział ją już wcześniej tej nocy.
Postać podeszła bliżej, czując, jak zawartość żołądka podchodzi jej do gardła. Serce waliło jej w klatce piersiowej tak głośno, że przecież ofiara musiała je usłyszeć, a mimo to nadal tkwiła nieruchomo przy stole i uderzała paznokciami o blat. Najwyraźniej spodziewała się, że któryś z gości wróci. Światło ulicznej latarni odbijało się od błyszczącej laski, o którą kobieta opierała drugą, drżącą rękę.
Rzeczywistość zamykała się w pojedynczych stop-klatkach. Czas nie płynął w sposób linearny, zakrzywił się, ograniczył do poszczególnych zdarzeń i obrazów.
Wysoko uniesiona dłoń w jednorazowej rękawiczce, zaciśnięta na chropowatej powierzchni rękojeści.
Ostra końcówka noża na gardle kobiety. Pojedynczy krzyk, zbyt słaby, by ktoś z sąsiadów mógł go usłyszeć.
Mocne poziome cięcie, dokonywane jakby obcą ręką, nienależącą do napastnika.
Rzężenie z ust kobiety.
Ostatni błysk świadomości w oczach ofiary, zanim z hukiem upadła na ziemię, a na podłodze pojawiła się szybko rosnąca brunatna plama. Wyglądała jak kontynent na mapie.
Krew wnikająca głęboko w ciemne loki i między drewniane deski parkietu, zbliżająca się do dywanu, choć może morderca bardziej to sobie wyobraża, niż widzi - przecież jest ciemno.
Zdziwienie, że tej krwi jest tak dużo, że wciąż płynie i płynie, gorąca, ciemna, osaczająca.
Stłumiony krzyk napastnika, krew na lateksowych rękawiczkach, rozszerzone źrenice, przyspieszony oddech. To miała być zbrodnia doskonała, dopracowana w najmniejszym szczególe, ale zabrakło miejsca na coś tak naturalnego, jak ludzkie emocje.
Postać w długim, szeleszczącym płaszczu upadła na kolana.
"Weź ze sobą nóż, wyczyść go i pozbądź się z dala od mieszkania, najlepiej zatop w jakimś stawie. Pamiętaj o rękawiczkach, nie zdejmuj ich nawet na moment. To oczywiste, że na miejscu będą twoje odciski, ale należy zminimalizować ryzyko. Gdyby jednak policja znalazła narzędzie zbrodni, nie może cię z nim powiązać, rozumiesz?"
Niebawem zacznie świtać, nie zostało dużo czasu. Ciemność za oknem się zagęszczała, trwał kulminacyjny punkt nocy, mrok zaraz przegra ze zbliżającym się do horyzontu słońcem. Postać nachyliła się nad kobietą, by upewnić się, że ofiara nie oddycha.
Kontrolne zerknięcie na zegarek i szok przy odkryciu, że minął kwadrans, odkąd morderca wszedł do mieszkania. Poszczególne stop-klatki nie tłumaczyły, co właściwie się tutaj wydarzyło, a pamięć postaci w długim płaszczu spowijała gęsta mgła. Morderca jeszcze raz spojrzał na zakrwawione rękawiczki, po czym przeniósł wzrok na leżącą na parkiecie kobietę. Powoli podniósł się na nogi.
Tylko ostrożnie, aby nie wejść w kałużę krwi. Jak najmniej śladów. I nóż, koniecznie zabrać nóż! Gdzie on, do cholery, jest?!
Nie da rady. Poczeka tu na policję i do wszystkiego się przyzna. Gdzieś w oddali było słychać pędzący na sygnale radiowóz. W tamtej chwili morderca postanowił, że jeśli jadą po niego, nie będzie uciekać. Ale dźwięk się oddalał, aż w końcu zupełnie ucichł, co postać odnotowała z uczuciem niedowierzania, ale też ulgi.
Kiedy chwilę później na horyzoncie pojawiła się łuna obwieszczająca zbliżający się wschód słońca, w mieszkaniu w kamienicy przy Kochanowskiego nie było żywego ducha.
Rozdział 1
Katowice, grudzień 2000
1.
Borys Dyrda zdecydowanym ruchem przekręcił klucz w zamku i pchnął drzwi. Natychmiast zaatakowała go głośna muzyka dobiegająca z pokoju Roksany. Borys odruchowo przewrócił oczami, podniósł z podłogi wyładowane po brzegi dwie wielkie reklamówki, schował klucze do kieszeni i wszedł do mieszkania.
- Jestem! - obwieścił swój powrót, ale nie miał szans w starciu z Fokusem, który właśnie oznajmiał światu, że nie ufa nikomu i kocha tylko tych, co na to zasłużyli.
Plan był taki, że Roksana dostanie album Paktofoniki dopiero następnego dnia, pod choinkę, ale oczywiście ubłagała matkę, żeby dała jej płytę wcześniej. Z tym krążkiem to w ogóle była niezła historia: Borys i Krysia poszli do empiku w Supersamie osiemnastego grudnia, czyli w dniu premiery Kinematografii, i zastali tam tłumy młodych ludzi w szerokich spodniach i bluzach z kapturami naciągniętymi na głowy. Gdyby Dyrda nie zobaczył tego zamieszania na własne oczy, nie uwierzyłby, że debiutancki album zespołu z Katowic może wywołać tak ogromne zainteresowanie. Pomyślał nawet, że takie wsparcie lokalnych twórców przez młodzież jest całkiem miłe. A później Roksana puściła na cały regulator Jestem Bogiem i czar prysł.
- Naprawdę uważasz, że powinna słuchać piosenek, w których jakiś gość śpiewa, że ma jedną pierdoloną schizofrenię? - zapytał kontrolnie Krysię.
Borys nie był ojcem Roksany i absolutnie nie rościł sobie do tego praw, dlatego zawsze odczuwał dysonans, kiedy miał zrugać za coś dziewczynę, i po prostu delegował do tego swoją partnerkę. Ale Krysia nie widziała nic złego w tej jednej pierdolonej schizofrenii.
- A ty czego słuchałeś, jak miałeś siedemnaście lat? Poza tym Magik nie śpiewa, tylko rapuje, a to podobno spora różnica. - Wzruszyła wówczas ramionami. - Daj spokój, Borys. Młodzież teraz tego słucha.
Uznał więc, że skoro Krysi, rodzonej matce Roksany, nie przeszkadza, jaka muzyka kształtuje jej córkę, on sam też nie będzie robił problemów, chociaż głowa już mu pękała od tych wszystkich Priorytetów, Nowin i Lepiej być nie może. Jak tak dalej pójdzie, będzie znał teksty piosenek na pamięć.
Krysia wychyliła się z kuchni, w której przygotowywała farsz na pierogi.
- Kupiłeś wszystko?
- Mhm. - Postawił reklamówki na podłodze i zdjął buty. - Mam dość.
- Dużo ludzi? - domyśliła się.
- Daj spokój. Powariowali - mruknął pod nosem, kiedy jałowość tej wymiany zdań uderzyła go z całą mocą.
Krysia zajrzała do większej z siatek i wyjęła z niej leżącą na górze mąkę.
- To było ostatnie wyjście do sklepu w tym roku, przysięgam.
I tak w to nie wierzył. Przypuszczał, że jeszcze dziś, najdalej jutro Krysia przypomni sobie, że jednak trzeba coś dokupić. Odwiesił kurtkę na wieszak i przeniósł zakupy do kuchni.
- Cieszę się, że w tym roku nie masz dyżuru i spędzimy razem całe święta - odezwała się Krysia, prawdopodobnie po to, aby zagadać tę przedświąteczną nerwówkę, zagłuszyć ją, zarzucić potokiem słów.
Borys stał akurat przed lodówką i zastanawiał się, jak upchnąć w niej dzisiejsze zakupy, bo już wcześniej była pełna. Wiedział, do czego Krysia nawiązuje, ale nie pociągnął tematu. W zeszłym roku i dwa lata temu sam zgłosił się na ochotnika, o czym ona nie miała pojęcia. Myślała, że po prostu musiał przyjść do pracy, tymczasem uciekł jak tchórz przed koniecznością rodzinnej wigilii. Dwa lata temu miał nawet ku temu konkretny powód - atmosfera w domu była mocno taka sobie, bo w Krysi wciąż tliła się uraza za to, że przyprowadził do ich mieszkania swoją byłą kochankę i jej dzieci, oznajmiając, że przez jakiś czas Agata zatrzyma się u nich. Ale co, do cholery, miał zrobić? Romska wyznała mu, że mąż ją pobił i że uciekła przed nim z domu. Musiał jej pomóc, zanim stanie na nogi, ale najwyraźniej Krysia była odmiennego zdania, zwłaszcza gdy się dowiedziała, co w przeszłości łączyło Agatę i Borysa.
Ale to już była historia, co odnotował z ulgą. Romska uzyskała rozwód z orzeczeniem o winie męża i wróciła do mieszkania, z którego jej małżonek - zgodnie z decyzją sądu - musiał się wyprowadzić. Borys miał w tym swój mały udział, bo przez cały czas wspierał Agatę, był nawet świadkiem w jej sprawie, a że rozwód trwał wiele miesięcy, w poprzednie święta atmosfera również była mocno średnia.
Krysia nabawiła się prawdziwej obsesji na punkcie Romskiej, podejrzewała Borysa o zdradę i trudno jej było uwierzyć, że mężczyzna spędza z Agatą tyle czasu wyłącznie z chęci pomocy. Ale przetrwali to. A Borys patrzył w lustro ze spokojem, bo rzeczywiście między nim a Romską do niczego więcej nie doszło, choć raz niewiele brakowało. Był z siebie cholernie dumny - Krysia była pierwszą jego partnerką, której nigdy nie zdradził, i nie zamierzał tego zmieniać.
- Czego raczej nie można powiedzieć o tobie - wtrąciła Krysia, a rozkojarzony Borys nie miał pojęcia, do czego nawiązuje.
- Ale czego?
- Że się cieszysz z perspektywy wspólnych świąt.
- To nie tak.
- A jak?
- Nie zaczynaj. - Skrzywił się. - Dobrze wiesz, o co chodzi.
- O twoją mamę?
- Powinnaś była uzgodnić to ze mną, zanim ją zaprosiłaś.
- Boże, Borys, masz czterdzieści dwa lata, a zachowujesz się jak nadąsany nastolatek. Jesteśmy ze sobą trzy lata, a twoja matka nigdy u nas nie była.
- Postanowiłaś więc zaprosić ją akurat w święta, które mieliśmy spędzić tylko we troje. - Ze złością zatrzasnął drzwiczki od lodówki.
- W drugi dzień świąt mają wpaść Anita, Artur i Maciuś - przypomniała mu.
- Ale nie umawialiśmy się na wigilię z moją matką.
Krysia przez dłuższą chwilę przypatrywała mu się w milczeniu. Ściągnęła ciasno brwi i wyglądała, jakby zaraz miała wybuchnąć, po chwili jednak jej twarz się rozpogodziła.
- Ona naprawdę się ucieszyła z tego zaproszenia. Rozumiem, że między wami bywało... - zawahała się - różnie. Ale to twoja matka, jesteś jej jedynym dzieckiem. Nie możesz...
Borys nie pozwolił jej jednak dokończyć.
- Koniec tematu - oznajmił lodowatym głosem i wyszedł z kuchni.
Uciekał nie przed Krysią i jej słowami, ale przed własnymi wyrzutami sumienia, bo przecież w tym, co mówiła jego partnerka, odnajdował swoje przemyślenia. Czuł się rozdarty między obowiązkiem a własną krzywdą, między powinnościami a buntem, jaki rodził się w nim na samą myśl o Teresie. Próbował wyłowić z odmętów pamięci choć jedno szczęśliwe wspomnienie ze swoją mamą w roli głównej. Chociaż jedno pozytywne zdarzenie. Nie potrafił. Przypominał sobie tylko strach i wywołane nim własne kłamstwa.
Ucieszył się, gdy wśród głosu Magika, przekonującego słuchaczy, aby pokazali innym, że się mylili, nawet jeśli wszyscy już w nich zwątpili, wyłowił dzwonek, który ustawił sobie w zeszłym roku po zakupie pierwszej komórki, a którego nie zmienił do tej pory.
2.
Dyrda zmrużył oczy i odsunął od siebie nokię 3210, próbując odczytać imię i nazwisko osoby, która do niego dzwoniła. Coraz gorzej widział z bliska, ale wciąż nie wybierał się do okulisty. Póki sobie radził, nie było tematu. Lekarzy bał się jak diabeł święconej wody, jeszcze mu któryś medyk wynajdzie jakąś chorobę.
- Zenek Wenerski? - zdumiał się, odczytując w końcu personalia kolegi ze szkoły średniej, którego spotkał jakiś czas temu przypadkiem w centrum i z którym wymienili się numerami po to, aby się zdzwonić i umówić na spotkanie, powspominać stare czasy.
Nie sądził jednak, że do tego dojdzie, bo już wtedy, kiedy na siebie wpadli, po przekazaniu sobie kilku kluczowych informacji na temat tego, jak potoczyło się życie dawnych kolegów ze szkolnej ławki, zapadła krępująca cisza. Później nastąpiło standardowe: "Musimy się spotkać poklachać", "No jasne, zgadamy się", "A mosz komórka? Bo jo żech se sprawił to ustrojstwo!", po czym panowie się pożegnali, uprzednio wymieniwszy się numerami.
Nacisnął niebieski środkowy przycisk i przystawił telefon do ucha.
- Halo.
- Borys, to ty? - upewnił się rozmówca.
- Ano jo.
Dyrda w dzieciństwie i we wczesnej młodości mówił głównie po śląsku, ale kiedy poszedł na studia i podjął pracę w zawodzie dziennikarza, zaczął przywiązywać wagę do starannej polszczyzny. Taka robota. Teraz właściwie w ogóle nie posługiwał się językiem śląskim, jedynie w kontaktach z matką, czyli bardzo rzadko, i w rozmowach z dawnymi znajomymi, jeszcze rzadziej.
- Godoł żeś je dziennikarzem. - Zenek Wenerski błyskawicznie przeszedł do rzeczy.
- Ja, a co?
- Niy wiysz, co sie wyprawia u mie na Kochanowskiego?
- Kaj na Kochanowskiego? - W Dyrdzie odezwała się zawodowa ciekawość.
- Pod jedenastką, naprzeciwko. Tyle policyji to żech nigdy tukej niy widzioł.
- Mam dziś wolne, nie wiym, ale może zadzwonia do... - Borys nie zdążył skończyć, bo Wenerski wszedł mu w słowo.
- A niy, co ty, tak żech zadzwonioł z ciekawości. Pewnie ludzie niedługo bydom godać, to sie dowiym.
- Ale je ino policyjo czy też inksze służby? - dopytywał Borys, w myślach już tworząc plan najbliższych działań.
- Była chwila erka, ale pojechała.
- Wiysz, o które mieszkanie chodzi?
- Niy, kaj tam. Trzi radiowozy stojom, a przed chwilom przyjechali jakieś tajniaki. Chyba jakoś grubo sprawa, bo stojom przed klatkom i sprawdzajom ludzi, co chcom wleźć do środka.
Oczyma wyobraźni Dyrda zobaczył Zenka stojącego przy oknie i obserwującego całe to zamieszanie. Dyrda odruchowo złapał za pilota i włączył TVP3 Katowice, jakby się spodziewał, że wóz transmisyjny lokalnego programu już tam jest i nadaje na żywo. Nic takiego jednak nie miało miejsca, emitowano właśnie teledysk ze śląskim szlagierem.
- Kochanowskiego jedenaście, ja? - upewnił się Borys. - Sprawdza to.
- No, dej znać, bo żech je ciekawy.
- Jasne. Wesołych świąt, jak bymy sie już niy słyszeli.
- Ja, wesołych - odrzekł Wenerski.
Dyrda się rozłączył i natychmiast wybrał z pamięci inny numer: na pierwszy komisariat, pod który podlega ulica Kochanowskiego. Czekając na połączenie, usiadł na wersalce i bezmyślnie wpatrywał się w ekran, na którym tańczyły kobiety w tradycyjnych śląskich strojach. Gdzieś w tle cały czas rapowali Magik, Fokus i Rahim, ale chwilowo Borys nie zwracał na to uwagi. Był zbyt podekscytowany tematem, który mu się przypadkiem trafił. O ile w ogóle był jakiś temat.
- Komisariat Pierwszy Policji w Katowicach, aspirant Arkadiusz Wójcik - rozległ się znudzony głos dyżurnego. - W czym mogę pomóc?
- Dzień dobry, Borys Dyrda, "Dziennik Zachodni" - wyrzucił z siebie na jednym wdechu Dyrda. - Co się dzieje na Kochanowskiego jedenaście? Może mi pan udzielić jakichś informacji?
Odpowiedziała mu cisza. Borys poczuł, jak przechodzi go dreszcz. Nawet nie próbował udawać, że nie jest uzależniony od adrenaliny, której dostarczały mu nowe tematy. Mocne tematy. Andrzej Biernacki, wąsaty naczelny "Dziennika", dobrze o tym wiedział, dlatego po tym, jak ponad dwa lata temu Dyrda przyczynił się do wyjaśnienia porwań dziewczynek na Śląsku, obiecał mu, że wszelkie tematy kryminalne będzie przydzielał właśnie jemu. Ale Borys nadal musiał też pisać artykuły o tym, co uważał za nieistotne i poniżej własnych kompetencji: o braku śniegu w Beskidach, o budowie szopki w Panewnikach czy o pięćdziesiątej rocznicy istnienia Wojewódzkiego Parku Kultury i Wypoczynku. W czwartek na jedynce puścili tekst o kolejkach po promocje w supermarketach. Dlatego coraz częściej myślał o tym, że się dusi w "Dzienniku Zachodnim", nie widział jednak alternatywy.
- Ja nie wiem, czy mogę - stwierdził w końcu dyżurny. - Najlepiej by było, jakby pan zadzwonił na miejską albo nawet wojewódzką. Może rzecznik jest w pracy, ale święta idą, więc nie wiem, czy pan go jeszcze złapie.
W zasadzie tyle Dyrdzie wystarczyło, by zrozumiał, że rzeczywiście trafił na mocny temat. Dyżurny komisariatu nie odsyłałby go do rzecznika, gdyby chodziło o kradzież, pobicie czy inny występek. Pomijając to, że wówczas na Kochanowskiego nie zjawiłoby się aż tyle patroli.
- Proszę tylko o informację, o jakim charakterze zdarzenia mówimy - ciągnął Borys, nie dając się spławić.
Kątem oka zauważył, że Krysia weszła do pokoju, ale nawet na nią nie zerknął. Zdawał sobie sprawę, że kiedy ich spojrzenia się spotkają, w jej wąskich szarych oczach zobaczy dezaprobatę.
- Naprawdę nie powinienem - bronił się aspirant.
- Czy w którymś z mieszkań ujawniono zwłoki?
- Panie... Jak się pan właściwie nazywa?
- Borys Dyrda.
- Panie Dyrda - wycedził ze złością dyżurny. - Proszę się kontaktować z rzecznikiem.
Chwilę później rozległ się sygnał obwieszczający, że połączenie zostało przerwane. Borys zyskał więc pewność, dlatego natychmiast wybrał kolejny numer, nadal nie zaszczycając spojrzeniem Krysi, która stała nieruchomo w drzwiach.
Biernacki odebrał po drugim sygnale. W tle było słychać jedną z tych muzyczek, które masowo puszczano w centrach handlowych przed świętami. Dzięki Bogu za telefonię komórkową.
- No, co tam, Borys? Jestem z żoną na zakupach. - Naczelny potwierdził przypuszczenia Dyrdy.
- Coś się dzieje na Kochanowskiego. Gruba akcja, sporo policji, prawdopodobnie morderstwo.
- Poczekaj chwilę. - Biernacki najwyraźniej odsunął telefon od ucha, bo przez jakiś czas było słychać tylko niewyraźny szum. - No dobra, teraz mogę. Skąd masz takie informacje?
Borys pokrótce opowiedział mu o telefonie od znajomego z dawnych lat i o rozmowie z dyżurnym komisariatu. Wreszcie się odważył i spojrzał na Krysię. Jego partnerka stała z założonymi na piersi rękoma i mrużyła ze złością oczy. Szybko uciekł wzrokiem.
- Możesz mieć rację - stwierdził Andrzej, kiedy Dyrda streścił mu wszystko, co wiedział. - Zadzwonię do redakcji. Kto ma dzisiaj dyżur, chyba Agnieszka?
- Nie rób tego - zaprotestował Borys. - Agnieszka jest w ciąży, nie ma sensu jej tam wysyłać.
- Bo uwierzę, że tak bardzo się nią przejmujesz. Co, chcesz tam pojechać?
- Szybko się rozejrzę i dowiem, co się stało. - Dyrda w rzeczywistości nie tłumaczył się przed Biernackim, ale przed Krysią, która przysłuchiwała się tej rozmowie.
Z jej gardła wydostało się pojedyncze prychnięcie.
- No dobra, to daj znać, ale na spokojnie. Wyjątkowo mamy dużo czasu.
Borys rozumiał, do czego naczelny nawiązuje. Tego dnia, w sobotę dwudziestego trzeciego grudnia dwutysięcznego roku, do kiosków trafił dwieście dziewięćdziesiąty dziewiąty numer "Dziennika Zachodniego". Trzysetny miał się ukazać dopiero we wtorek po świętach, ale to niczego w świadomości Dyrdy nie zmieniało - informacja była aktualna teraz i musiał za nią gonić.
- Dzięki, odezwę się, jak się czegoś dowiem. W kontakcie. - Borys zakończył połączenie, nie życząc naczelnemu wesołych świąt, bo przecież będą się jeszcze słyszeć.
Powoli schował telefon do kieszeni dżinsów i ostrożnie podszedł do Krysi, jak gdyby jego partnerka była tykającą bombą, którą należy odbezpieczyć.
- Kochanie... - zaczął łagodnie, ale ona nie pozwoliła mu skończyć.
- Nie dotykaj mnie - syknęła, widząc, że Borys wyciąga w jej stronę dłonie.
- Muszę tam podjechać, ale nie zajmie mi to dużo czasu, obiecuję.
- Musisz? Nie masz dzisiaj dyżuru!
- Dyżur ma Agnieszka, rozumiesz, jest w ciąży. Kobieta w takim stanie nie powinna...
- Oboje wiemy, że nie chodzi o Agnieszkę i jej dziecko.
Kiedy Krysia się złościła, jej zadarty nos jeszcze bardziej się unosił. Swego czasu uważał, że to urocze, a teraz... a teraz sam już nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć. Coraz częściej postrzegał swoje życie jako pasmo ograniczeń: "Dziennik", naczelny, dom, Krysia. Chyba za długo był sam, aby tak po prostu zrezygnować z niezależności.
- Taką mam pracę. - Wzruszył ramionami, próbując wyminąć Krysię, ale ona stanęła mu na drodze.
- Całego świata nie zbawisz. Jest tam policja, daj im pracować.
- Ale ja muszę poinformować ludzi o tym, co się dzieje! - Nieznacznie podniósł głos, bo dyskusja zaczynała go coraz bardziej męczyć.
- Są święta, mieliśmy je spędzić razem. Obiecałeś. - Wbiła w niego smutne, wyczekujące spojrzenie.
- Wigilia jest dopiero jutro, przestań dramatyzować.
Krysia z żalem pokręciła głową.
- Wielki Borys Dyrda rusza ratować świat - ironizowała. - Uważasz, że znów ci się poszczęści i wyprzedzisz policję?
- Wiesz co, spierdalaj - rzucił w złości, zanim zdążył się zastanowić, co właściwie wyprawia.
Ale wtedy było już za późno. Wychodząc z mieszkania, głośno trzasnął drzwiami.