AZYMUT GRANADI
Cothley oznajmił, że do pierwszej na trasie planety, położonej niedaleko - a według Zoonaru "tuż za miedzą" - dotrą w klasyczny sposób. Ruszyli prostopadle do ekliptyki tak jak kiedyś Geyser. Korwettę rozbawiła różnica w postrzeganiu odległości przez cywilizacje: te, które opanowały loty międzygwiezdne, oraz te, którym było do tego daleko. Trasa, która Geyserowi zabrała ponad miesiąc, miała teraz zająć zaledwie jedną ziemską noc i pół dnia - i to w tempie uznanym za ślimacze, bo na nikim z załogi nie robił już wrażenia lot z połową prędkości światła.
Kiedy odrywali się od ekliptyki, obraz Układu Słonecznego stopniowo się spłaszczał. Planety połyskiwały odbitym światłem niczym krople w czerni, zawieszone wokół rozjarzonego centrum. Korwetta w ciszy patrzyła przez panoramiczne okno sterowni, jak znajomy porządek świata zostaje za nią. Już nie było góry ani dołu - tylko oni i przestrzeń. Ekliptyka opadała, a wokół migotała głębia. Po chwili widok stał się abstrakcyjny: Słońce wraz z rodziną planet tworzyło tylko cienki dysk świetlny. To było już za nimi. Lecieli prosto w serce pustki.
Po odprawie kończącej procedurę startową i powtórnym omówieniu trasy Korwetta przyjrzała się byłej załodze porucznika Al'Khala. Wszystkich zdawało się przepełniać pragnienie przygody na międzygwiezdnym szlaku - nie przypadkiem wybrali przecież służbę we flocie Federacji.
Sam Zoonaru świetnie odnajdywał się w roli podwładnego na bolidarze. Dał sobie czas na amory, które służyły też Ramin - cała ostatnio promieniała. Uwolniona od pościgu byłego zwierzchnika Plejadianka odżyła, bez dwóch zdań, a jej perlisty śmiech wibrował często w pomieszczeniach statku. Podobnie było z Gulapem, doszedł do siebie i okazał się istotą dowcipną, a do tego szybko odnalazł wspólny język z Rapilahem. Empatyczny Mornatir też porzucił swoją nostalgiczną aurę. Przypisywana mu wcześniej przez Korwettę nobliwość okazała się pozorna - jego neonowozielone oczy nieraz połyskiwały podejrzanymi ognikami.
Teraz w milczeniu wpatrywała się w czerń kosmosu, sądząc, że powolne tempo początku podróży i dłuższy postój na Granadi mają istotny związek właśnie z nią.
- Prawidłowo dedukujesz - potwierdził to myślą Cothley, gdy przekazał stery inteligencji statku. - Pamiętam, że obiecałaś solidną pracę przy krysztale. Miejmy nadzieję, że to złagodzi twój chaos wibracji i da ci stabilność niezbędną do przechodzenia przez portale.
Uśmiechnęła się do niego smutno.
- Ale najpierw kryształ wraz z tą planetą wyrwą ze mnie duszę, no nie? - Przypomniała sobie relację Roberta. - Dzięki, że będziesz wtedy przy mnie, Coth.
- Ja albo Tragueri - odparł, a ona sposępniała.
Nie takiej odpowiedzi się spodziewała. Cicho wstała z fotela, pożegnała gestem załogę pozostającą w sterowni i oddaliła się do swojej kajuty. Jak zwykle miała nadzieję, że Cothley nie zostawi jej w takim stanie. Nie myliła się - po chwili rozsunął niedomknięte drzwi.
- Jeśli mnie teraz potrzebujesz, jestem do dyspozycji - powiedział i spoczął przy niej na łóżku.
Uniosła się na łokciach i zwróciła w jego stronę.
- Coth, dlaczego między nami nie jest tak jak dawniej? - zapytała. - Już nie chodzi mi o tę fizyczną bliskość, ale nawet przed nią było... inaczej.
Cothley rozważał coś w myślach.
- To nie czas ani miejsce, żeby rozpoczynać nowy proces - odpowiedział. - Przed wejściem w portale musisz oczyścić otwartą ranę. Reszta może poczekać.
- A dlaczego chcesz moją ranę oddać Tragueriemu?
- Bo pewnie zrobi to lepiej niż ja - odrzekł bez wahania. - Będzie bardziej obiektywny.
Zaniepokoiła się.
- Czy zniechęcam cię tym, że mam żal do Roberta, którego ty uwielbiasz?
Cała jego postać zawibrowała zdziwieniem.
- Nie, kochanie, zupełnie nie. - Pogładził jej włosy. - Jeśli wolisz, żebym to ja był w tej pracy przy tobie, to będę. Chcesz zacząć teraz?
Zastanawiała się przez chwilę.
- Jednak wolę przy krysztale, teraz nie mam siły - odpowiedziała szczerze. - Ale... mogłabym zasnąć przy tobie? Tylko zasnąć.
- Jasne - odpowiedział z lekkim opóźnieniem, które zauważyła. - To chodź do mojej kajuty.
Mimo że nie dostrzegła fałszu w jego zachowaniu, a otulona jego fluidem czuła się bezpieczna tej nocy, wciąż tęskniła do tej ich dawnej relacji, nieskrępowanej winą.
Gdy się obudziła, Cothley, Tragueri i Rapilah byli już w sterowni. W panoramicznym obrazie kosmosu Słońce stało się tylko jasnym punktem pośród miliardów innych, za to po ekliptyce nie było już śladu. Wokół panowała głęboka, przejrzysta czerń, przecięta odległym pasmem Drogi Mlecznej. Ta wstęga utkana z miriadów gwiazd zdawała się falować jak oddychający żywioł. Ciemność w kosmosie nie wynikała z braku światła, lecz z jego rozproszenia w pustce. Gwiazdy świeciły jasno, lecz samotnie, otoczone mrokiem, który nie odbijał ich blasku. To nie była noc - to była próżnia.
Uldryjczycy przekazali mentalnie grupie Al'Khala, że statek wkrótce wejdzie w sztuczny portal. W odpowiedzi niemal natychmiast zjawili się w sterowni Mornatir i Gulap.
- Możecie spać w osobnych kajutach, Korwetta przeniosła się do mnie - zwrócił się do nich Cothley, gdy w drzwiach sterowni pojawili się Ramin i Zoonaru. - Bo nie sądzę, żebyście wy chcieli mieszkać osobno. - Skierował wieniec oczu w stronę wchodzącej pary.
Ramin i Zoonaru natychmiast zaprzeczyli, a Mornatir odezwał się z wdzięcznością:
- Ja chętnie skorzystam z osobnej kajuty!
Rapilah wkleił większość oczu w Cothleya z nie dla wszystkich oczywistego powodu. Koryfer uśmiechnął się i odpowiedział klarownie na jego myśl:
- Wiem, Rapi, że nadal interesuje cię, co robią w kajutach te pary płci odmiennej.
- Tylko w celach naukowo-badawczych! - odpowiedział mu z miejsca Rapilah. - Przecież z takim zamysłem analizowaliśmy też zachowania Ziemian!
Cothley roześmiał się, rozbawiony przebiegłością tryfera, a Ramin wtrąciła:
- To nasze zachowania też analizujecie?
- Bez nachalności - odrzekł Tragueri. - Nie, jeśli sobie tego nie życzycie.
To zelektryzowało Zoonaru, który zapytał zaraz:
- A jeśli nie zrobiliśmy zastrzeżenia, to analizujecie?
- Wystarczy wasza niechętna postawa - uspokoił go Tragueri.
- Postawy niechętnej, czy wręcz blokującej, można się uczyć od naszego koryfera - podjął z miejsca Rapilah. - Lekceważy dobro nauki, a wcześniej sam pisał raporty z analiz ludzi!
Teraz roześmiali się wszyscy, a Cothley odpowiedział:
- Doceniam twoje poczucie humoru, Rapi, ale tym razem nic nie wskórasz.
Nieco speszona Korwetta dodała zaraz:
- Wasz koryfer tylko zbiera mnie w jeden kawałek.
Wybuch ogólnej wesołości przerwało pojawienie się na ekranie kulistego obiektu, spowitego jakby różowym tiulem. Korwetta rozpoznała go natychmiast z transmisji bitwy o Ziemię. Nie trzeba było nikomu tłumaczyć, że to wejście do sztucznego portalu Federacji.
Na tych wrotach roztrzaskał się dodekaedr Vancruso, przemknęło jej przez myśl.
- Bo był niekompatybilny wibracyjnie - skomentował to Tragueri.
- Oni nie czyhają tu gdzieś na kryształ? - wolała się upewnić.
- Tu na pewno nie. Wejście jest teraz monitorowane przez Federację - odparł Cothley.
Bolidar zbliżył się do różowego bąbla. I nagle, bez żadnych fajerwerków, wślizgnął się do jego wnętrza. Korwetcie, nastawionej na większe sensacje, zrobiło się tylko różowo pod powiekami.
- To tutaj następuje pierwszy rozjazd czasowy z Ziemią, prawda? - zapytała.
Obaj koryferzy skinęli wieńcami, a ona wyobraziła sobie załogę w rozpędzonym Geyserze, mknącą kilka dni w tej przestrzeni - bez jedzenia, picia i z kończącym się tlenem. Przez moment wręcz miała wrażenie, że czuje ślad ich energii. Może to efekt pracy z Lucasem?, pomyślała.
Na ekranie konsoli dość szybko pojawił się sygnał elektromagnetyczny jakiegoś pulsara. Jakby w odpowiedzi na ten impuls odezwał się Tragueri:
- Widać już gwiazdę Ruan i jej system.
Korwetta nic jeszcze nie widziała, ale po chwili zaczęła rozpoznawać gwiazdę karła, nabierającą wyrazistości. Nie znała jej z ziemskich map, ale na podstawie parametrów, które nauczyła się już trochę odczytywać z uldryjskich przyrządów, zdołała określić ją jako żółto-białą, gorętszą, większą, jaśniejszą i młodszą od Słońca. Ruan miała system planetarny - trzy bliższe gwieździe planety okazały się gazowymi olbrzymami, a czwarta, o najszerszej orbicie, była skalista.
- To Granadi! - krzyknęła i wskazała ją palcem.
Tragueri skinął głową.
- Federacja nazywa ją M101 - sprostował.
Niemal czuła na karku oddechy członków załogi Al'Khala, którzy, stojąc za nią, wpatrywali się w ścienny ekran. Planeta była mniejsza od Ziemi, ale miała cięższe jądro oraz grubszą i bogatszą w tlen atmosferę. To Korwetta pamiętała już z opowieści repatriantów. Teraz uświadomiła sobie, że to nie cudowny przypadek sprawił, iż tak blisko Ziemi znalazł się federacyjny portal, prowadzący ku planecie pełnej wody, z grawitacją, ciśnieniem atmosferycznym i magnetyzmem zbliżonymi do ziemskich. Ten portal został najprawdopodobniej naprędce stworzony z myślą o uciekinierach ściganych przez Vancruso. Uldryjczycy odebrali jej domysły i je potwierdzili, a Korwetta poczuła jeszcze głębszą wdzięczność za ich starania o interwencję Federacji.
- Taki nienaturalny portal trzeba regenerować, dopóki jest potrzebny - powiedział Cothley.
Spróbował zademonstrować sposób jego wykonania poprzez projekcję mentalną. Korwetta nie koncentrowała się na pojęciach takich jak pole grawimetryczne czy fundament kotwiczący portal - zapewne lepiej zrozumiałych dla grupy Al'Khala. Dotarło jednak do niej, że całość powstała poprzez interwencję z dużej odległości. Nic dziwnego - podczas ucieczki Geysera fizycznie nie było tu żadnych budowniczych Federacji, a chodziło przecież o to, by uratować troje ludzi i umożliwić im życie na planecie nadającej się do zamieszkania.
Planeta M101 była idealna do tego celu, lecz nieosiągalna w trakcie typowego lotu Geysera. Trzeba było skrócić drogę przez tunel czasoprzestrzenny, który wchłonął M101 jak kosmki jelitowe, a rozpoczynał się portalem zdolnym zatrzymać Vancruso. Korwetta ujrzała w myślach obraz tego skrótu: tunel był cięciwą w formie uchyłka, łączącą dwa punkty na typowej, sferycznej drodze statków.
Projekcja Cothleya pokazywała, w jaki sposób tunel wygenerowała cywilizacja cerkamońska - specjalizująca się we wznoszeniu konstrukcji na odległość. Starała się na tym skupić, ale szło jej słabo. Dotarło do niej, że owa cywilizacja, której wygląd został w projekcji Cothleya pominięty, zapisała dane o polu energetycznym, grawitacyjnym i subtelnych rezonansach planety M101 w matrycy inicjującej portal. Matrycę wyekspediowała w kodzie światła, a ono dotarło tu z najbliższej bazy w ciągu kilku godzin - gdy trwało starcie dodekaedru Vancruso z Geyserem, a później miał miejsce pościg.
Dalej było jeszcze więcej niepojętej na Ziemi fizyki. Otóż wchodząc w świeżo powstały portal, Geyser otworzył i rozwinął tunel, czyli przestroił lokalną przestrzeń tak, by stała się kompatybilna z tą wokół planety M101. Widoczny wciąż na ekranie różowy, eteryczny bąbel stanowił fundament kotwiczący portal - nadwyrężony podobno w ostatnim czasie przez Vancruso. Nazwa tej rasy skupiła uwagę Korwetty na portalu - co w obecnym stanie ducha nie przychodziło jej łatwo. Wsłuchała się jednak w dalszy wywód Cothleya.
- Słabym punktem tak budowanych struktur bywały rozjazdy czasowe - odebrała. - W miejscu, gdzie uchyłek obejmował planetę, przestrzeń mogła być młodsza lub starsza niż ta przy wejściu do niego.
Ciekawostkę dla Korwetty stanowił fakt, że M101, nazwana przez ludzi Granadi, miała swoją gwiazdę matkę Ruan oraz siostry krążące po sąsiednich orbitach, ale tylko ona została objęta tą energetyczną cerkamońską konstrukcją. Cothley wyjaśnił, że taki był wówczas najmniejszy koszt ratowania ludzi. No i, co bardzo ważne, kryształu.