Frekwencja 350. Tom 2. Zakazana bliskość - Aleksandra Fila

Kup ebooka

39.99 zł
27.81 zł (27,81 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PROLOG

Ro­bert szybko opusz­czał gmach dy­dak­tyczny Aka­de­mii Astro­nau­tyki. Od­pro­wa­dzały go cie­kaw­skie spoj­rze­nia stu­den­tów, ich przy­ja­zne uśmie­chy, go­rącz­kowe szepty i ski­nie­nia głów. Do wczo­raj te rocz­niki nie wi­działy go na żywo i wo­lałby nie ujaw­niać się i dziś. Po wczo­raj­szym pom­pa­tycz­nym lą­do­wa­niu było to jed­nak nie­moż­liwe... Przy prze­szklo­nych drzwiach wyj­ścio­wych (za­zbro­jo­nych w trak­cie jego nie­obec­no­ści) do­padł go Ka­je­tan.

- Mia­łem się nie od­zy­wać, ale nie zdzierżę - za­czął za­pal­czy­wie. - Chcę to zro­zu­mieć!

Ro­bert się za­trzy­mał. Ob­ser­wu­jąc daw­nego przy­ja­ciela, nie zdo­łał ukryć kon­fu­zji. Ka­je­tan Brandt wciąż miał so­lidną po­sturę atlety, ale przy­wię­dłą już twarz męż­czy­zny w śred­nim wieku po­cięły drobne zmarszczki, a w jego gę­stych blond wło­sach po­ły­ski­wały srebrne smugi. Ro­bert nie po­zbył się od­czu­cia, że roz­stał się z ko­legą przed nie­spełna ro­kiem. Choć bio­lo­gicz­nie dzie­liło ich te­raz dzie­sięć lat...

- My­śla­łem, że cię do­brze znam, Rob. - Brandt zmierz­wił włosy daw­nym ge­stem. - I zmie­niła to ja­kaś par­szywa pla­neta? - Wzniósł oczy w górę. - W kilka mie­sięcy zro­biła ci re­set mó­zgu?

Bry­niar­ski prze­niósł wzrok na szklane drzwi. Ka­deci za­trzy­my­wali się przed nimi, za­miast wcho­dzić do bu­dynku. Naj­wy­raź­niej nie chcieli prze­ry­wać roz­mowy ko­man­do­rów, któ­rzy wy­glą­dali na mocno za­afe­ro­wa­nych.

- Pla­neta pró­bo­wała - od­po­wie­dział Ro­bert. - Ale by­łem zbyt oporny.

- Chyba jed­nak nie by­łeś, skoro wy­rze­kłeś się naj­bliż­szych - wy­pa­lił Ka­je­tan.

Ro­bert zi­gno­ro­wał przy­tyk.

- By­łem oporny na trans­for­ma­cję, bo roz­ło­żył mnie dys­kom­fort - od­rzekł. - Nie sko­rzy­sta­łem z tam­tego układu ener­gii - do­dał bez­barw­nie.

Prze­szyty spoj­rze­niem ko­legi wes­tchnął ciężko i otwo­rzył drzwi, które na­bie­rały już chyba rangi sym­bolu. Wy­szedł na dzie­dzi­niec. Na dwo­rze sy­pał te­raz gę­sty śnieg.

- Gówno ro­zu­miem z układu ener­gii - przy­znał się Ka­je­tan i ru­szył za ko­legą. - A do­brze ci w tym obec­nym ukła­dzie? - za­ak­cen­to­wał ostat­nie wy­razy.

Ro­bert za­wa­hał się przed od­po­wie­dzią.

- Kiedy główny nurt już cię omi­nął, po­zo­staje za­dbać o swoją mie­li­znę - od­rzekł.

- W głów­nym nur­cie to ty wciąż pły­niesz, bo­ha­te­rze. - Ka­je­tan wska­zał dło­nią ka­de­tów na placu, któ­rzy wga­piali się w Ro­berta na­wet w tej za­dymce. - A głów­nym nur­tem na­zy­wasz bli­skość z nimi czy z nią? - Roz­mon­to­wał me­ta­forę, wi­dząc, że ko­lega zmie­rza na par­king.

- To nie­od­le­głe zja­wi­ska, Kaj. Prze­cież ona jest po czę­ści Uldryjką. - Ro­bert jed­nak nie uciekł od kon­kre­tów. - I z nią, tak jak z nimi, prze­wa­lasz się przez głę­bię, na­wet gdy z dna stra­szą twoje chore strzępy. Tylko po­tem w tej głębi to­niesz.

Ka­je­tana iry­to­wała ta proza po­etycka, gdy śnieg miał na­wet w ustach.

- W czym kon­kret­nie to­ną­łeś, skoro już wcią­gnęli wasz sta­tek w ten bez­pieczny ko­ry­tarz? - za­py­tał i do­strzegł gry­mas na twa­rzy ko­legi.

Za­stą­pił mu wej­ście na ru­chomy chod­nik, wy­cze­ku­jąc od­po­wie­dzi.

- Praca na otwar­tych emo­cjach czyni cuda, Kaj, gdy jest się po uldryj­sku zdro­wym - od­rzekł Ro­bert. - A ja nie by­łem. Ona też nie. Ale ona zdro­wieje szyb­ciej. I wie­rzę, że so­bie po­ra­dzi.

Chciał już ru­szyć do swo­jego sa­mo­chodu, gdy Ka­je­tan rzu­cił:

- "Ona", czyli Kor­wetta? - Wo­lał uści­ślić, bo Bry­niar­ski skleił kilka wąt­ków. - Chodź, po­ga­damy w Atlan­tum - do­dał. - Tam nam nikt nie prze­szko­dzi.

Ro­bert po­krę­cił głową.

- Gala zo­stała sama z dziec­kiem, a kon­fe­ren­cja trwała...

- Chodź ze mną na krótko - prze­rwał Ka­je­tan. - Ostatni raz. A po­tem zo­sta­wię cię w spo­koju.

Ro­bert usłu­chał. Po­dą­żył za ko­legą do bu­dynku o kształ­cie pół­kuli, który po­bie­rał świa­tło przez prze­zro­czy­sty dach. Za­raz za wej­ściową śluzą przy­wi­tał ich po­dmuch cie­płego po­wie­trza, jakby na­gle zmie­nił się kli­mat. Ru­szyli wzdłuż po­miesz­czeń o przej­rzy­stych ścia­nach, za­czy­na­jąc od czę­ści bo­ta­nicz­nej. Ple­niły się tu bujne trawy i do­rodne trzciny.

- Wasz zwią­zek wy­glą­dał na taką sym­biozę, że nie­mal ob­se­sję! - Ka­je­tan prze­szedł do rze­czy. - I tak ła­two się pod­da­łeś? - Nie­mal po­tknął się o pną­cze, które prze­ro­sło ogro­dze­nie.

- Ła­two?! - Ro­bert pod­niósł głos. - Ob­se­sja czy hi­ste­ria, wiem, jak to wy­glą­dało, bo pod uldryj­skim prze­wo­dem obu­dzi­li­śmy de­mony. Czy­taj: stare zra­nie­nia do le­cze­nia. Z nią to wy­cho­dziło, bo ro­zu­miała, co się dzieje. - Idąc, śle­dził wzro­kiem kępy skrzy­pów i wi­dła­ków.

- No wi­dzia­łem - po­twier­dził Brandt. - Trans­for­ma­cja de­fi­cy­tów na ca­łego, jak rzekłby Tra­gu­eri. Mar­geri ga­dała z po­dzi­wem, że umie­cie za­rzą­dzać re­gre­sem. Fakt, była w tym moc.

Ro­bert wsu­nął dłoń w lukę pod ta­bliczką "De­won" i rap­tow­nie zmierz­wił li­ście pa­proci na­sien­nej.

- Ale nic nas nie przy­go­to­wało na to na­głe roz­sta­nie! - za­re­pli­ko­wał.

Ka­je­tan przyj­rzał mu się uważ­nie. Idąc za nim co­raz szyb­ciej, nie pa­trzył już pod nogi.

- Więc co nie za­grało? - za­py­tał. - Czy może za­grało tak, byś wró­cił ze wzor­cową ro­dziną?

Ro­bert wbił wzrok w po­letko żół­tych ko­sać­ców i gło­śno za­czerp­nął po­wie­trza.

- Do­brze wiesz, że bre­dzisz - rzu­cił. - Ale tego trzeba do­świad­czyć, by po­jąć - do­dał ci­szej.

Prze­szli do strefy z owa­dzimi for­mami ży­cia.

- Za­mie­niam się w słuch. - Ka­je­tan od­ru­chowo za­sło­nił oczy przed chmarą wło­cha­tych ciem, które po­sy­pały się ku szkla­nej ścia­nie. Na szczę­ście była szczelna.

- Nie spodoba ci się. - Ro­bert sta­nął przy bok­sie, w któ­rym barwne mo­tyle ro­biły za ru­chomą mo­zaikę. - Bo bę­dzie o wy­be­be­szo­nych emo­cjach, sa­mot­no­ści, roz­pa­czy i ludz­kiej ma­ło­ści.

- Sprawdź mnie - rzu­cił Ka­je­tan, śle­dząc ruch skrzy­deł in­sek­tów, do­brze tu wy­kar­mio­nych. Uznał, że w pełni za­słu­żyły na na­zwę ma­ślane mu­chy.

- Tylko po­tem nie na­rze­kaj, że ga­dam jak po­tłu­czony - od­po­wie­dział Ro­bert. Wska­zał rój mo­tyli, które po­de­rwały się do lotu, i do­dał: - Na Gra­nadi były jesz­cze pięk­niej­sze. - Ob­ró­cił się w stronę Ka­je­tana, jakby pod­jął de­cy­zję. - Bo to bajka o pod­no­sze­niu wi­bra­cji - po­wie­dział. - Na Gra­nadi były na to świetne wa­runki. Do­dat­ko­wego kopa da­wał krysz­tał z na­szej ła­downi. Tylko że mnie za­bra­kło de­ter­mi­na­cji.

- De­ter­mi­na­cji do czego? - Ka­je­tan da­wał znać, że ła­two nie łyk­nie okrą­głych zwro­tów.

- No żeby le­czyć te miej­sca wraż­li­wo­ści fre­kwen­cji, jak mó­wili Uldryj­czycy, pa­mię­tasz? - Ro­bert czuł, że mija się my­ślami z ko­legą. - Bo na Gra­nadi ostro się ujaw­niały i na­wa­lały jak ni­gdy do­tąd. - Ża­ło­wał, że to nie elek­tro­dy­na­mika kwan­towa, gdyż tam za­wsze się ro­zu­mieli.

Prze­szli wła­śnie do kró­le­stwa pła­zów, omi­ja­jąc ryby.

- Pa­mię­tam, że mó­wili o tej wraż­li­wo­ści, ale jak to le­czyć? - drą­żył da­lej Ka­je­tan.

- Wła­śnie, bo to nie jest in­tu­icyjne, przy­naj­mniej dla lu­dzi. - Ro­bert wpa­trzył się w traszki grze­bie­nia­ste, peł­za­jące wo­kół oczka wod­nego, jakby u nich szu­kał wspar­cia. - W skró­cie: trzeba do­świad­czyć wy­pły­wa­ją­cych emo­cji, ale w nich nie utknąć.

- Po co?

- No wła­śnie, żeby je roz­pu­ścić. Bo póki tkwią w ukry­ciu, ob­ni­żają fre­kwen­cje, blo­kują ener­gię. Ale jak w nie wej­dziesz na ca­łego, to już nie są żarty, bo to się czuje ca­łym cia­łem.

Ka­je­tan pró­bo­wał to so­bie wy­obra­zić. Ką­tem oka do­strzegł po­tęż­nego węża, su­ną­cego w są­sied­nim sek­to­rze. Wzdry­gnął się mimo woli.

- Co kon­kret­nie się czuje? - Nie chciał dać za wy­graną.

- Jak się coś prze­py­cha... przez te za­tory ener­gii. - Ro­berta mę­czył wła­sny brak pre­cy­zji. Omiótł wzro­kiem parę ali­ga­to­rów w sa­dzawce i przy­spie­szył kroku. - I ci ryje ba­nię twój stary pro­gram, który tak do­łuje, że masz ochotę wy­sko­czyć z sys­temu - spró­bo­wał bar­dziej ob­ra­zowo.

- Jaki pro­gram, do kurwy?! - Ka­je­tan po­woli tra­cił cier­pli­wość.

Wkro­czyli już na do­bre na te­ren ga­dzi. Mi­jali po­marsz­czone wa­rany, znie­ru­cho­miałe za szybą.

- Ja by­łem jak opusz­czone dziecko, aż do mdło­ści. - Ro­bert wsparł się przy­kła­dem. - Ból psy­chiczny roz­ry­wał od środka, bo ten fi­zyczny to wtedy de­tal. Ale mia­łem wchła­niać to, co pły­nęło od pla­nety i krysz­tału - cią­gnął, choć wi­dział, że już zgu­bił ko­legę. - I roz­pusz­cza­nie było nie­mal do­słowne, bo ba­last wy­pły­wał ze łzami, w skur­czach i drgaw­kach.

Ka­je­tan spoj­rzał na niego z nie­do­wie­rza­niem.

- Mam wra­że­nie, że ty znie­wie­ścia­łeś na tej Gra­nadi, chło­pie - rzu­cił. - Choć wcze­śniej sto­czy­łeś epicką bi­twę w ko­smo­sie... A nie dało się bez tych dram?

Ro­bert za­cho­wał spo­kój. Świa­do­mie omi­nął sek­tor or­ni­to­lo­giczny, bo po po­wro­cie z Gra­nadi tu­tej­sze ptaki, choć gło­śne, ko­lo­rowe i ho­do­wane dla od­two­rze­nia ga­tun­ków wy­mar­łych, wy­da­wały mu się znie­wo­lone.

- Może i by się dało bez dram, gdyby się do­brze pod­dać pro­wa­dze­niu - od­po­wie­dział.

- Czy­jemu? - Ka­je­tan otwo­rzył drzwi del­fi­na­rium sy­gna­łem z DeLo.

- Ty już mnie masz za świra, ale od­po­wiem, co do mnie do­cie­rało. - Ro­bert zbli­żył się do ko­legi. - Otóż wi­bra­cji mi­ło­ści. I jesz­cze umieć się ko­chać z ca­łym tym ba­ła­ga­nem. - Zmie­rzył się wzro­kiem z Brand­tem. - A ja gar­dzi­łem sobą za sła­bość.

Męż­czyźni we­szli do po­miesz­cze­nia z tro­pi­kalną ro­ślin­no­ścią i akwe­nem po­środku. W nie­ska­zi­tel­nie czy­stej wo­dzie na­tych­miast zro­bił się ruch.

- No to czemu nie po­dą­ży­łeś za tak szcze­gó­ło­wymi in­struk­cjami? - W to­nie Ka­je­tana po­brzmie­wała kpina.

Ro­bert przyj­rzał się stadku mło­dych del­fi­nów, które z chlu­po­tem ru­szyły w ich stronę.

- Bo to nie ta­kie pro­ste, Kaj - od­po­wie­dział. - Ten prąd cię po­nie­sie, gdy umiesz usta­wić do niego ża­gle. Za­nu­rzyć się opty­mal­nie, ale nie dać się za­lać, ro­zu­miesz? - Wpa­try­wał się w wodę, jakby cze­goś szu­kał.

- Nie. - Ka­je­tan po­dą­żył za jego spoj­rze­niem. - Ale czemu cie­bie za­lało, skoro ty ro­zu­miesz?

- Bo to wy­maga fi­ne­zji i kon­se­kwen­cji. Ina­czej wła­sne ne­ga­tywy roz­bi­jają cię po­woli, fala za falą - mó­wił, nie kon­tro­lu­jąc już słów. - I czu­jesz zwąt­pie­nie każ­dym włók­nem, bo znika na­dzieja. I już na­wet nie chce ci się pod­no­sić tego ża­gla...

Ka­je­tan po­krę­cił głową.

- Ty już ga­dasz in­nym ję­zy­kiem, Rob - za­uwa­żył. - Ja­koś pełno w nim wody.

Stadko mło­dych del­fi­nów jak na ko­mendę wy­nu­rzyło się z od­mę­tów.

- Kaj, gdzie jest ta do­ro­sła para, która była tu pierw­sza? - Ro­bert zmie­nił te­mat.

- Już nie żyje, w końcu nie było cię je­de­na­ście lat - od­rzekł Ka­je­tan i wy­rzu­cił w stronę ba­rasz­ku­ją­cych ssa­ków por­cję ryb z po­daj­nika. Zo­stały po­chwy­cone w lo­cie.

Ro­bert po­czuł smu­tek. Pa­mię­tał, że był tu kie­dyś z Kor­wettą, jesz­cze gdy była uczen­nicą Ze­społu. Te dwa stare, mą­dre del­finy przy­lgnęły wtedy gło­wami do ich dłoni, a ona za­py­tała o ich imiona. Od­po­wie­dział, że nie chce ich znać, żeby się nie przy­wią­zy­wać. Te­raz wy­cho­dził na złego pro­roka, a w za­sa­dzie do­brego...

- Nie poj­muję, po co tak grze­bać w tych emo­cjach. - Ka­je­tan wró­cił do wcze­śniej­szej dys­ku­sji. - Roz­be­be­sza­nie ich to uldryj­ska droga, ale może jed­nak nie ziem­ska.

Młode del­finy też dały się po­gła­skać. Wy­nu­rzały wy­soko głowy, ba­lan­su­jąc cia­łami.

- No i by­łoby su­per - od­rzekł Ro­bert - bo, jak pa­mię­tasz, ja też nie zno­si­łem grze­ba­nia w emo­cjach. Brzy­dzi­łem się taką roz­wałką, a te­raz, o pa­ra­dok­sie, ty od­bie­rasz mnie jako hi­ste­ryka. - Wy­rzu­cił del­fi­nom ko­lejną por­cję ryb. - Ale oba­wiam się, że Oni mają ra­cję, Kaj - kon­ty­nu­ował. - Że trzeba wejść w swoje ba­gno, by z niego na­prawdę wyjść.

Ka­je­tan znów po­krę­cił głową, ob­ser­wu­jąc w wo­dzie ko­tło­wa­ninę smu­kłych ciał.

- Cie­bie mo­gło roz­wał­ko­wać, bo masz za sobą dra­mat z dzie­ciń­stwa - przy­po­mniał ko­le­dze.

- Zgoda. A są­dzisz, że to­bie po­szłoby dużo ła­twiej? - od­pa­ro­wał Ro­bert z prze­korą.

- No taką mam na­dzieję.

Ro­bert wes­tchnął głę­boko.

- Kaj, po­cho­dzisz ze sta­bil­nej ro­dziny i masz nie­mal te­ra­peutkę za żonę - za­czął. - Ale nie mów, że cie­bie nie do­pa­dają wła­sne de­mony - do­koń­czył po chwili.

- Pew­nie słabo z nimi kon­tak­tuję. - Brandt się za­sta­no­wił. - A ja­kie ty wi­dzisz?

Ro­bert się za­wa­hał. Za­grał na zwłokę, wy­rzu­ca­jąc del­fi­nom drobne ryby.

- Na przy­kład za­zdrość - pod­jął w końcu. - Ni­gdy nie za­po­mnę, jak trwa­łeś przy mnie po moim wy­padku, Kaj, ale te­raz... my­ślisz o mnie: "Ten skur­czy­byk za­wsze spad­nie na cztery łapy i jesz­cze wyj­dzie na bo­ha­tera. I wkrótce awan­suje jako obrońca Ziemi, a mnie po­mi­jają w awan­sach".

Ka­je­tan mimo woli zmarsz­czył brwi.

- Strach się cie­bie bać, bo fak­tycz­nie mnie to ostro wkur­wia - od­po­wie­dział.

- Przy­naj­mniej masz jaja, żeby się przy­znać - od­rzekł Ro­bert z sza­cun­kiem. - To wy­obraź so­bie, jak jest, gdy ci się na­gle wy­świe­tlą sprawy cięż­szego ka­li­bru. I to ca­łym sta­dem.

Ka­je­tan się za­my­ślił. Nie usko­czył, gdy ba­rasz­ku­jące del­finy ochla­pały mu spodnie.

- Więc chcesz po­wie­dzieć, że po ta­kim wy­świe­tle­niu na­bra­łeś szer­szej per­spek­tywy? - wy­wnio­sko­wał. - W któ­rej zre­zy­gno­wa­łeś ze związku z Kor­wettą w imię roz­sądku?

Ro­bert chwy­cił się za głowę.

- Nic jed­nak do­brze nie wy­ja­śni­łem - wes­tchnął i za­milkł na chwilę. - Ktoś inny pięk­nie by wy­ko­rzy­stał po­ten­cjał związku z Kor­wettą. Ja go zmar­no­wa­łem - do­koń­czył.

- Po­zwól, że za­py­tam: dla­czego? - nie ustę­po­wał Ka­je­tan.

- Bo nie prze­sze­dłem wy­zwań na Gra­nadi. - Ro­bert skie­ro­wał się do wyj­ścia z del­fi­na­rium.

- Po­wtó­rzę z upo­rem ma­niaka: dla­czego? Prze­cież tak pięk­nie ci się tam wy­świe­tlały wzorce do prze­pra­co­wa­nia - za­kpił znów Ka­je­tan.

- No i wy­świe­tliło mi się też, że to praca nie­mal na całe ży­cie. - Ro­bert zbli­żył przed­ra­mię do czyt­nika w drzwiach. - W sa­mot­no­ści i tę­sk­no­cie, bo nie wie­rzy­łem w po­wrót na Zie­mię. I ska­pi­tu­lo­wa­łem w ra­mio­nach Gali. To chcia­łeś usły­szeć, Kaj? To ta­kie nie­bo­ha­ter­skie!

WDRUKOWANIE

Sala na­rad sztabu AcAs wresz­cie opu­sto­szała po kon­fe­ren­cji. Kor­wetta ode­rwała wzrok od okna, do­piero gdy w śnież­nej za­dymce na placu w dole znik­nęli jej z oczu Bry­niar­ski z Brand­tem. Po­szli ra­zem w stronę Atlan­tum... Wtedy na po­wrót zbli­żył się do niej Lu­cas.

- Je­dziemy do mnie? - za­pro­po­no­wał.

- A nie znie­chęci cię to­wa­rzy­stwo ko­biety w ka­wał­kach? - za­py­tała, znów po­zba­wiona ener­gii. - Wcale nie jest ze mną do­brze, Luke, choć sta­ram się trzy­mać...

Po­pro­wa­dził ją na par­king w kie­runku swo­jego sa­mo­chodu. Okleił ich mo­kry śnieg.

- Nie spo­dzie­wam się, że bę­dziesz try­skać hu­mo­rem - od­po­wie­dział jej do­piero, gdy otwie­rał drzwi auta. - I świet­nie da­łaś radę na kon­fe­ren­cji, Wett. - Uśmiech­nął się do niej prze­wrot­nie.

- Nie mów tak do mnie, pro­szę! - Po­śli­zgnęła się, zaj­mu­jąc sie­dze­nie pa­sa­żera. - Niech to zdrob­nie­nie umrze ra­zem z tą re­la­cją!

- OK - rzekł po­lu­bow­nie. Uru­cho­mił sil­nik i ru­szył w stronę bramy Aka­de­mii. - A po­wiesz mi, co za­ta­iłaś pod­czas tłu­ma­cze­nia?

Kor­wetta za­sta­no­wiła się, ob­ser­wu­jąc, jak szyby wozu spraw­nie po­zby­wają się śniegu.

- To­bie chyba mogę po­wie­dzieć, bo i tak się do­my­ślasz, czyż nie?

Lu­cas mil­czał przez chwilę. Wy­pro­wa­dził wóz z kom­pleksu AcAs, po czym rzekł:

- Do­my­ślam się, że oprawcy nie mo­gli lą­do­wać na Ziemi. Ale nie mam po­ję­cia dla­czego.

- Bo nisz­czy ich azot w na­szej at­mos­fe­rze - wy­rzu­ciła z sie­bie.

Gwizd­nął ci­cho i po­krę­cił głową.

- I nie chcia­łaś przy­tło­czyć tym do­wódcy i Ro­berta? - Do­my­ślił się.

Kor­wetta przy­tak­nęła. Za­uwa­żyła lwią zmarszczkę na jego czole, która zdra­dzała wąt­pli­wo­ści.

- A nie są­dzisz, że ode­bra­łaś im ważną in­for­ma­cję? - za­py­tał.

Za­wa­hała się przez mo­ment, ale wi­zja ujaw­nie­nia prawdy znowu ją prze­ra­ziła.

- Mam wra­że­nie, że cały ten bez­sens walki o Zie­mię znisz­czyłby jed­nego i dru­giego - po­wie­działa.

Lu­cas wsko­czył sa­mo­cho­dem na wolną od śniegu ma­gne­tli­nię i włą­czył au­to­pi­lota.

- Obyś miała ra­cję, że wy­bra­łaś mniej­sze zło - od­rzekł. - Ale za­po­mnijmy już o tym, choćby na ten wie­czór. - Chwy­cił jej lewą dłoń.

W tej chwili za­dzwo­nił te­le­fon Kor­wetty. Ode­brała. Greg Santi za­py­tał:

- Jak się masz?

Nie chciała cał­ko­wi­cie od­ci­nać się od Lu­casa, więc włą­czyła tryb gło­śno­mó­wiący.

- Pa­mię­tasz pew­nie, jak po­przed­nio czu­łam się po ta­kiej ak­cji - od­rze­kła bez­na­mięt­nie. - To po­mnóż przez dzie­sięć.

- Przez dzie­sięć to nie­moż­liwe - za­uwa­żył - bo byś już nie żyła.

- Tak wła­śnie się czuję.

- A jed­nak cię sły­szę.

- Złu­dze­nie aku­styczne.

- Nie stra­ci­łaś hu­moru. Zna­czy, nie jest tak źle. Ale na­zwij to, co czu­jesz. Bę­dzie ci lżej.

Ze­brała się w so­bie i zde­cy­do­wała sko­rzy­stać z oka­zji.

- Do­bra - za­częła. - To­talny wkurw, że by­łam idiotką i cze­ka­łam na niego tyle lat. Pu­bliczne upo­ko­rze­nie przy wczo­raj­szym zstą­pie­niu z nie­bios świę­tej ro­dziny. Kom­pletne za­dzi­wie­nie, że tak wła­śnie za­koń­czyła się na­sza re­la­cja, która wy­da­wała mi się nie do pod­wa­że­nia. Zwąt­pie­nie, że umiem roz­po­znać, co na­prawdę czuje fa­cet w związku. Obrzy­dze­nie wła­sną ten­den­cją do ide­ali­za­cji part­nera i skłon­no­ścią do ży­cia w ilu­zji. Brak wiary w swoją ko­bie­cość i atrak­cyj­ność. No i lęk przed ko­lejną re­la­cją z po­wyż­szych po­wo­dów. A na ko­niec nie­do­wie­rza­nie, że po­my­li­łam się co do tej mi­ło­ści. By­łam pewna, że jest praw­dziwa!

Greg za­kasz­lał do apa­ratu.

- W ta­kim ra­zie ja też się po­my­li­łem - przy­znał. - Bo wi­dząc, jak o cie­bie za­wal­czył na pa­mięt­nym balu, by­łem pe­wien, że on cię na­prawdę ko­cha. - Od­chrząk­nął, jakby coś za­blo­ko­wało mu gar­dło. - A na drugi dzień za­ry­zy­ko­wał ży­ciem z two­jego po­wodu...

- To już cho­lera wie, Greg, o co cho­dzi. Może on ko­cha mocno, tylko krótko. A jak mu obiekt znika z pola wi­dze­nia, to znaj­duje ko­lejny.

Gło­śnik chrzę­ścił przez mo­ment, po czym Greg ode­zwał się znowu:

- Coś mi tu nie gra. Bo prze­cież znik­nę­łaś mu też na rok w mo­jej kla­sie, a jed­nak od­cze­kał.

- No to może go roz­cza­ro­wa­łam, gdy za­czę­li­śmy żyć ze sobą - wy­wnio­sko­wała. - Ale dzięki, że za­dzwo­ni­łeś. Bo czuję, że wy­le­wa­jąc to ki­piące szambo, zmniej­szy­łam jego przy­bór w so­bie.

Greg kich­nął gło­śno i prze­pro­sił.

- Nie ma sprawy, po­le­cam się na przy­szłość - rzu­cił.

- A u cie­bie co no­wego, Greg? - za­py­tała. - Poza prze­zię­bie­niem.

- Będę miał dru­gie dziecko za mie­siąc. Nie mu­sisz gra­tu­lo­wać, wiem, że mi do­brze ży­czysz.

Roz­łą­czyli się. Lu­cas spoj­rzał na nią i sko­men­to­wał:

- Je­stem pod wra­że­niem. Kto to? Psy­cho­te­ra­peuta?

Za­śmiała się pierw­szy raz od wczo­raj.

- Mój wy­cho­wawca z li­ceum, z któ­rym się za­przy­jaź­ni­łam - wy­ja­śniła. - Choć na wstę­pie tę­pi­li­śmy się bez li­to­ści.

Do­bili na miej­sce w mil­cze­niu. Po wej­ściu do miesz­ka­nia Lu­casa Kor­wetta za­py­tała:

- Mogę się u cie­bie wy­ką­pać? Bo na uldryj­skim statku ła­zienka jest pro­wi­zo­ryczna.

- Ja­sne - od­rzekł i za­raz po­dał jej swoją ko­szulę do prze­bra­nia. - Zro­bię coś do je­dze­nia.

Po kwa­dran­sie wy­szła z mo­krymi wło­sami, zdrowo za­ró­żo­wiona. Lu­cas za­pro­sił ją do ma­łego sa­lonu z ho­lo­wi­zją. Na stole, przy roz­kła­da­nej so­fie, zdą­żył po­sta­wić za­pie­kankę.

- Za­raz to po­chłonę w ca­ło­ści! - rzu­ciła i za­sia­dła do stołu. - Nie ja­dłam dziś nic prócz ja­kichś obrzy­dli­wych bulw po za­ło­dze Gey­sera.

Lu­cas za­śmiał się na samo wy­obra­że­nie tych bulw.

- Do pi­cia jest her­bata i parę piw. - Po­sta­wił na stole im­bryk i dwie bu­telki. - Może być?

- Ja­sne - od­rze­kła. - Je­śli pi­wem można się schlać do nie­przy­tom­no­ści, to re­flek­tuję.

Lu­cas włą­czył ja­kąś mu­zykę, któ­rej Kor­wetta nie­mal nie sły­szała. Za to ja­dła po­żą­dli­wie, a po­tem nie ża­ło­wała so­bie piwa. Go­spo­darz przy­niósł ko­lejne. Sam pił nieco mniej, żeby jej nie za­bra­kło. W końcu usiadł na so­fie i prze­su­nął dło­nią po jej od­sło­nię­tym udzie. Za­trzy­mała go, za­nim do­tarł do brzegu jej, a wła­ści­wie swo­jej, ko­szuli.

- Je­steś pe­wien, że chcesz się ko­chać z zom­bie? - za­py­tała z chrypką w gło­sie.

- Nie mam żad­nych kon­kret­nych pla­nów - po­wie­dział jej do ucha. - Wiem, że je­steś w roz­pa­czy. Chęt­nie się dziś tobą za­opie­kuję. - Po­sa­dził ją so­bie na ko­la­nach.

Przy­tu­liła się do niego, za­rzu­ca­jąc mu ręce na szyję.

- Dzię­kuję wszech­świa­towi za do­brych lu­dzi i Ko­smi­tów, któ­rzy są od wczo­raj przy mnie! - Po­ca­ło­wała go w po­li­czek.

Od­dał jej ten po­ca­łu­nek. A po­tem do­tknął ustami jej ust. Za­sty­gła. Nie za­pro­te­sto­wała, gdy zro­bił to moc­niej. Ani wtedy, gdy roz­chy­lił ję­zy­kiem jej wargi. Od­wza­jem­niła tę piesz­czotę. Wtedy po­ca­ło­wał ją w pełni. Po­czuła ro­snącą przy­jem­ność. Dużą. I jesz­cze więk­szą, gdy zro­bił to in­ten­syw­niej. Po chwili nie od­ry­wali się już od sie­bie, za­tra­ca­jąc w ro­sną­cej na­mięt­no­ści. Jej od­dech przy­spie­szył, gdy roz­piął ko­szulę i za­czął pie­ścić jej piersi. Za­mknęła oczy. Było słodko, w gło­wie świat wi­ro­wał. Po­zwa­lała roz­le­wać się roz­ko­szy, gdy ca­ło­wał jej brzuch, pod­brzu­sze i prze­su­nął się jesz­cze ni­żej.

- Chodź, już cię pra­gnę! - rzu­ciła w znie­wa­la­ją­cym pod­nie­ce­niu.

Nie za­uwa­żyła na­wet, kiedy zdjął z sie­bie ubra­nie. Na­gle zna­lazł się przy niej nagi. Po chwili był już w niej. Od­dała się z za­pa­mię­ta­niem temu ak­towi. Sta­rała się za­pa­no­wać nad wy­my­ka­jącą się spod kon­troli wy­obraź­nią. Ale po krót­kim cza­sie wstrzy­mała ru­chy i za­marła.

- Co się dzieje, ko­chana? - za­py­tał.

- Obie­ca­łam ci coś, Luke - od­szep­nęła. - Że ni­gdy nie wpusz­czę go do łóżka, gdy będę z tobą. A wła­śnie wtar­gnął mi w wy­obraź­nię.

O ile nie był tam od po­czątku, do­dała w my­śli.

- I nie mo­żesz go odłą­czyć? - wes­tchnął z roz­cza­ro­wa­niem.

- Mogę i wła­śnie to zro­bi­łam. Ale wtedy chyba nie dojdę... Chora je­stem, mam to jego wdru­ko­wa­nie... Silny za­pis, jak to się od­by­wało...

Lu­cas za­milkł na długą chwilę. Ener­gia mię­dzy nimi tra­ciła swą in­ten­syw­ność.

- Do­bra, wy­obraź go so­bie - po­wie­dział wtedy.

- Je­steś pe­wien? - za­py­tała zdzi­wiona.

- Tak, chcę to po­znać do końca.

Kor­wetta znów za­mknęła oczy. I wtedy wstą­piła w nią nowa siła. Za­częła ca­ło­wać go na­mięt­nie, a po­tem od­dała się bez gra­nic, za­ska­ku­jąc go wła­sną ak­tyw­no­ścią. Krzy­cząc w or­ga­zmie, już czuła się winna obrzy­dli­wej trans­gre­sji.

Po­tem ja­kiś czas le­żeli w mil­cze­niu.

- Luke... - za­częła ze wsty­dem.

- Daj mi jesz­cze chwilę - po­wie­dział. - Je­stem w szoku, mu­szę ochło­nąć. - Sta­rał się za­pa­no­wać nad emo­cjami.

Dała mu wię­cej niż chwilę, oba­wia­jąc się go do­tknąć.

- OK - po­wie­dział w końcu. - Mo­żemy po­ga­dać.

Wsu­nęła mu dłoń we włosy.

- Uwierz, z two­jej strony wszystko było cud­nie. To ja mam coś z głową - wy­znała szybko. - A co cię naj­bar­dziej zszo­ko­wało? - za­py­tała.

- Że w jed­nym mo­men­cie sta­łaś się wul­ka­nem seksu... I że to było aż ta­kie mię­dzy wami - do­dał, nie umie­jąc ukryć żalu.

- Ja­kie?

- Ta­kie bez gra­nic.

- A po­winny być gra­nice?

- No le­piej nie. Ale na ogół są. Więc za­zdrosz­czę... I jed­no­cze­śnie je­stem wście­kły.

- Nie dzi­wię się - od­po­wie­działa. - Nie po­win­nam tego tak ro­bić.

- Sam cię na­mó­wi­łem, więc so­bie nie wy­rzu­caj. Tylko...

Za­bra­kło mu słów. Też nie znała wła­ści­wych, choć wie­działa, co on chce po­wie­dzieć.

- Tylko to wszystko gówno z wy­łą­cze­niem mo­czu, wiem - za­re­ago­wała oso­bli­wie.

Za­śmiał się, choć chciało mu się pła­kać.

- Da­leka ana­lo­gia, ale le­piej bym tego nie ujął... masz na my­śli, że już się nie wy­zwo­lisz?

Za­pro­te­sto­wała, po­trzą­sa­jąc wil­got­nymi wło­sami.

- Wy­zwolę się, Luke, mu­szę! Tylko po­trze­buję czasu i so­lid­nej pracy. Po­trze­buję też Uldryj­czy­ków, bo oni umieją po­pro­wa­dzić przez chore za­pisy.

Za­prze­czył ru­chem głowy wbrew sa­memu so­bie.

- To aku­rat nie są chore za­pisy, tylko piękne wspo­mnie­nia - po­wie­dział. - Co­kol­wiek bym nie czuł na ich te­mat.

- Ale mu­szę się uwol­nić, żeby za­cząć coś no­wego. A wła­śnie on mnie ostrze­gał...

- Kto? Ro­bert?

- Tak, że jak się roz­pu­ści gra­nice, to póź­niej trudno żyć po roz­sta­niu... Choć aku­rat jemu ła­two po­szło.

Lu­cas znów za­prze­czył ru­chem głowy.

- Nie je­stem pe­wien - od­rzekł.

- Co masz na my­śli?

Chwy­cił się opar­cia sofy, jakby po­trze­bo­wał wzmoc­nie­nia.

- Ro­bert Bry­niar­ski... kurwa jego śniada mać, niech mu Zie­mia lekką... sorry. - Uśmiech­nął się prze­pra­sza­jąco. - Dziś po­czu­łem z bli­ska jego wi­bra­cje, choć wy­ryw­kowo. Bar­dzo silna ener­ge­tyka, tro­chę za­wi­ro­wana... na pewno duży po­ten­cjał, sporo bu­zuje pod po­wierzch­nią.

Uśmiech­nęła się mimo woli.

- Ja go na­zwa­łam w li­ceum "magma z po­zoru ujarz­miona" - wtrą­ciła.

- Wła­śnie, do­bre okre­śle­nie... Ale na szczę­śli­wego to on mi nie wy­gląda.

Pod­nio­sła głowę i przyj­rzała się Lu­ca­sowi z uwagą.

- Na pewno ma wiel­kie po­czu­cie winy, bo ge­ne­ral­nie nie jest złym czło­wie­kiem - przy­znała. - Ju­tro idziemy do psy­cho­loga, bo on chce do­brze za­koń­czyć na­szą re­la­cję...

- A ty?

- A ja chcę go z sie­bie po­wy­ry­wać, Luke. Dla­tego wiesz, co wy­my­śli­łam? Po­pro­szę, żeby mnie za­brali na Uldri. O ile ze­chcą tu wró­cić. Ale mó­wili prze­cież, że po­trze­bują czło­wieka do te­stu, czy znie­sie po­dróż... Ja chyba mo­gła­bym bar­dziej niż kto­kol­wiek inny, bo mam uldryj­ski ka­wa­łek... I w dro­dze za­py­tam ich, czy nade mną po­pra­cują... Też nad moim wzor­cem od­rzu­ce­nia i nie­kom­plet­no­ści, bo sama so­bie nie po­ra­dzę.

Lu­cas za­milkł na długą chwilę. Gra­jąca w tle mu­zyka wła­śnie się wy­łą­czyła.

- Ale ko­cha­nie, czy ty zda­jesz so­bie sprawę, że wró­ci­ła­byś tu naj­wcze­śniej za dwa­na­ście lat? - po­wie­dział w końcu. - Może na­wet póź­niej, je­śli z tobą nie da się tak szybko le­cieć...

Zaj­rzała w jego mio­dowe oczy. Ich cie­pło z brązu i zie­leni też ­przyj­dzie mi utra­cić...

- Zdaję so­bie sprawę, Luke, ale co tu po mnie? - wes­tchnęła. - Jesz­cze to­bie na­mie­szam w ży­ciu. A nie chcę, byś cier­piał przeze mnie, bo na­prawdę je­steś mi bli­ski.

Po­ca­ło­wała go z czu­ło­ścią. Wtedy za­mknął ją w ra­mio­nach.

- To jedź ze mną na Ca­nAm - za­pro­po­no­wał. - Przyjmą cię, może za­po­mnisz o Sol­lan­dzie.

- Wie­rzysz, że to się tak po pro­stu uda?

- Nie - od­po­wie­dział szcze­rze. - Po tym, co wi­dzia­łem, nie.

Za­mil­kli. Ci­sza przy­gnio­tła ich swoim cię­ża­rem.

- Nikt jak ty nie poj­mie, ile mu­szę zro­bić - ode­zwała się w końcu Kor­wetta.

- Ale ja nie za­cze­kam na cie­bie dwu­na­stu lat...

- Wiem, ko­chany - od­szep­nęła. - Jest mi bez­den­nie przy­kro, że tak spie­przy­łam na­szą re­la­cję. I wię­cej spu­sto­szeń nie chcę. Dla­tego czas chyba na mnie...

Przy­trzy­mał ją, gdy pró­bo­wała się pod­nieść.

- Zo­stań na tę noc i za­śnij przy mnie - po­pro­sił. - Na po­że­gna­nie...

- Ja­sne - od­rze­kła. - Do­brze mi w two­ich ra­mio­nach.

Wtu­liła się w niego. Po chwili po­czuła wil­goć na swoim po­liczku. Unio­sła głowę i sca­ło­wała de­li­kat­nie łzy z jego twa­rzy.

- Nie pa­mię­tam, że­bym pła­kał w do­ro­sło­ści - wy­znał. - Co ty ze mną ro­bisz?

- Tylko nie po­wiel tego, co ja zro­bi­łam so­bie - po­ra­dziła. - Od­dziel mnie so­lidną gra­nicą.

- Ja­koś nie chcę - szep­nął jej do ucha i przy­gar­nął ją jesz­cze moc­niej.

***

Uldryj­ski bo­li­dar stał dziś w ciem­no­ści, zaj­mu­jąc prze­zna­czoną mu część placu tre­nin­go­wego Aka­de­mii Astro­nau­tyki w Sol­lan­dzie. Tra­gu­eri był szcze­rze za­do­wo­lony, że stan Co­th­leya po­pra­wił się na tyle, by ten mógł prze­jąć kon­trolę nad stat­kiem. Od wczo­raj w in­ten­syw­nej wy­mia­nie my­śli prze­ko­ny­wał zdro­wie­ją­cego ko­ry­fera, by prze­jął do­wo­dze­nie nad lo­tem po­wrot­nym. Co­th­ley był wciąż cie­niem daw­nego sie­bie, ale i tak jego ro­ze­zna­nie w chy­bo­tli­wej ener­gii oto­cze­nia było wy­jąt­kowe. Obaj ko­ry­fe­rzy do­strze­gali nie­jed­no­litą po­stawę Zie­mian wo­bec współ­pracy z Uldri, wo­bec mgli­stej w ich po­ję­ciu Fe­de­ra­cji Ga­lak­tycz­nej, a w szcze­gól­no­ści wo­bec in­for­ma­cji o na­jeźdź­cach Van­cruso, które sztab AcAs po­znał na wczo­raj­szej kon­fe­ren­cji. Ludz­kie wąt­pli­wo­ści były wy­ra­zi­ste, mimo że ad­mi­rał Hold szcze­rze po­dzię­ko­wał ko­ry­fowi za przy­wie­zie­nie ziem­skiej za­łogi z Gra­nadi. Pew­nych in­for­ma­cji ko­ry­fe­rzy nie prze­ka­zali - ze zro­zu­mia­łych po­wo­dów ule­gli Kor­wet­cie, ale nie czuli się z tym kom­for­towo. Obaj wy­czu­wali też, choć mniej wy­raź­nie, in­trygi sił ukry­tych na Ziemi czy też bli­sko niej. Tra­gu­eri są­dził, że na­leży przyj­rzeć się im bli­żej, ale Co­th­ley, dużo le­piej zo­rien­to­wany w sy­tu­acji, sta­now­czo to od­ra­dzał. Obie­cał wró­cić do te­matu w lep­szym mo­men­cie. Ra­pi­lah, naj­młod­szy w obec­nym ko­ry­fie, śle­dził uważ­nie roz­mowy prze­ło­żo­nych, ucząc się jak naj­wię­cej o pla­ne­cie Ma­ha­bor III.

- Nie sprzyja nam też i to, że ta współ­pra­cu­jąca z nami para jed­nak się roz­pa­dła - wtrą­cił w pew­nej chwili. - I obojgu spa­dły fre­kwen­cje, mimo że on był długo w miej­scu wyżu.

- Zga­dza się, Rapi, ten wyż go tro­chę prze­rósł - od­rzekł mu w my­ślach Co­th­ley. - Po­sze­rzył mu się za­kres do­stęp­nych fre­kwen­cji, ale śred­nią ma za ni­ską jak na jego moż­li­wo­ści.

Ra­pi­lah oży­wił się ru­chowo i zbli­żył do Co­th­leya.

- Zbyt in­ten­sywna prze­miana, ro­zu­miem - pod­su­mo­wał. - Ale do­pre­cy­zu­jesz to, ko­ry­fe­rze?

Co­th­ley skie­ro­wał słupki oczu w kilka róż­nych stron, po­bie­ra­jąc dane.

- Przyj­rzysz się temu dłu­żej i to na przy­kła­dzie - od­po­wie­dział. - Bo czuję, że za chwilę bę­dziemy mieli nowe wy­zwa­nie - ode­zwał się te­raz gło­śno do to­wa­rzy­szy. - Tra­gu­eri, czy od­bie­rasz ro­dzące się plany two­jego żeń­skiego po­tomka? - do­dał żar­to­bli­wie.

Tra­gu­eri wy­ostrzył zmy­sły. Do­piero te­raz do­tarły do niego frag­menty my­śli Kor­wetty.

- Ona nie jest do­słow­nym po­tom­kiem, prawda? - ode­zwał się Ra­pi­lah. - Ma tylko na­sze wi­bra­cje, wdru­ko­wane w geny.

Ko­ry­fe­rzy przy­tak­nęli po­chy­le­niem wień­ców. I do­dali:

- Można to tak na­zwać.

DOMKNĄĆ RELACJĘ?

Przed spo­tka­niem u psy­cho­lożki Kor­wetta po­pro­siła o roz­mowę w kwa­te­rze do­wódcy. Przed­sta­wiła ad­mi­ra­łowi Hol­dowi swój po­mysł pod­da­nia się te­stowi, o któ­rym wspo­mnieli Uldryj­czycy. Pod­czas lotu mo­gliby spraw­dzić, co dzieje się z ludz­kim cia­łem przy pręd­ko­ściach nad­świetl­nych oraz w trak­cie prze­lotu tu­ne­lem cza­so­prze­strzen­nym.

Ad­mi­rał po­pa­trzył na nią z tro­ską, do­my­śla­jąc się, co jest przy­czyną tej de­cy­zji.

- Nie mu­sisz stąd ucie­kać, dziecko - od­rzekł, a Kor­wetta wie­działa, że tym zwro­tem wy­raża wspar­cie dla niej. - Mo­żemy tu tak wszystko zor­ga­ni­zo­wać, by­ście le­d­wie się mi­jali.

Spu­ściła głowę, uda­jąc, że po­pra­wia weł­nianą su­kienkę, która przy­lgnęła jej do ciała.

- Dzięki, sze­fie. Ale ja przy oka­zji lotu chcę z uldryj­ską po­mocą po­pra­co­wać nad mo­imi cho­rymi ko­dami - od­rze­kła. - No i przy oka­zji zo­ba­czyć Uldri. Tylko jesz­cze z nimi o tym nie roz­ma­wia­łam i nie wiem, czy się zgo­dzą.

Ad­mi­rał za­my­ślił się, za­pewne roz­wa­ża­jąc wszyst­kie opcje.

- Z mo­jego punktu wi­dze­nia po­mysł jest bar­dzo do­bry - rzekł po chwili. - Bo kto inny jak nie ty miałby bez­piecz­nie znieść taką po­dróż? Z dru­giej strony nie chciał­bym, by stała ci się krzywda w imię do­bra ludz­ko­ści. Nie lu­bię ta­kich po­świę­ceń. Ale my­ślę też, że aku­rat nikt le­piej niż oni nie po­trafi nad tym czu­wać. Skon­sul­tuję to jesz­cze ze szta­bem na krót­kim ze­bra­niu. Są­dzę, że idea im się spodoba. Więc je­śli Uldryj­czycy się zgo­dzą, do­sta­niesz stąd de­le­ga­cję na po­trzebną liczbę lat. Oczy­wi­ście wró­cisz już pod inne do­wódz­two...

- Tego wła­śnie naj­bar­dziej ża­łuję, ad­mi­rale - od­po­wie­działa, a on wie­dział, że mó­wiła to szcze­rze.

***

Gdy po­de­szła pod drzwi ga­bi­netu psy­cho­lo­gicz­nego, Ro­bert już tam na nią cze­kał. Przyj­rzał się jej uważ­nie, za­nim za­pu­kał do po­koju. Czy dla­tego, że była bez mun­duru?

- Coś nie tak? - za­py­tała.

- Nie, wszystko w po­rządku - od­rzekł przy­jaź­nie. - Dzięki, że zgo­dzi­łaś się po­roz­ma­wiać.

Ga­bi­net ten był wy­po­sa­żony ina­czej niż po­zo­stałe sale uczelni. Ko­lo­rowe ki­limy i ob­razy ma­lar­skie na ścia­nach kon­tra­sto­wały z wszech­obecną w bu­dynku elek­tro­niką. Cho­dziło pew­nie o inny tryb pracy umy­słu przy­cho­dzą­cej tu ka­dry, zwy­kle kon­kretny i ra­cjo­nalny, pod­czas gdy tu po­trzebna była praca z emo­cjami.

Pani psy­cho­log, zwana w skró­cie em­patką, przy­jęła ich z ser­decz­nym uśmie­chem i wska­zała dwa fo­tele. Ostatni raz wi­dzieli ją ra­zem przy pró­bie po­wstrzy­ma­nia skoku Geo­r­giny Voit. Tyle że Kor­wetta od tego czasu mi­jała się z nią na scho­dach, a Ro­bert raz jesz­cze do­świad­czył nie­mi­łego wra­że­nia, że lu­dzie po­sta­rzeli się tu z dnia na dzień.

- Ro­zu­miem, że za­leży pań­stwu na wy­pra­co­wa­niu zdro­wej formy re­la­cji w no­wej rze­czy­wi­sto­ści, czy tak? - za­częła psy­cho­lożka i spoj­rzała naj­pierw na Ro­berta.

- Ja tak to chyba na­zwa­łem - przy­znał.

Te­raz spoj­rzała na Kor­wettę, ocze­ku­jąc jej od­po­wie­dzi.

- A ja nie je­stem jesz­cze w ta­kim punk­cie - od­rze­kła wy­wo­łana. - Bo nowa rze­czy­wi­stość spa­dła na mnie jak grom z ja­snego nieba. I nie zdą­ży­łam zła­pać dy­stansu, by my­śleć o wy­pra­co­wa­niu ja­kiejś formy - sta­rała się mó­wić to rze­czowo. - I nie wiem, czego się ode mnie ocze­kuje. I czy to samo ro­zu­miemy przez nową rze­czy­wi­stość.

Ro­bert cze­muś za­prze­czył ru­chem głowy, ale psy­cho­lożka pod­chwy­ciła wą­tek:

- To może za­czniemy od zde­fi­nio­wa­nia no­wej rze­czy­wi­sto­ści, do­brze?

Oboje przy­tak­nęli.

- Pan ko­man­dor ma te­raz nową part­nerkę oraz dziecko i zde­cy­do­wany jest przy nich po­zo­stać, czy tak? - zwró­ciła się do Ro­berta.

Ten ski­nął głową.

- To mnie ob­raża - za­re­ago­wała Kor­wetta. - Bo za­brzmiało, jak­bym chciała mu prze­szka­dzać w tym po­zo­sta­niu. A ja bym go na­wet ki­jem nie do­tknęła z tą nową part­nerką i dziec­kiem.

Psy­cho­lożka z tru­dem po­ha­mo­wała uśmiech, a Ro­bert rzu­cił:

- Co do tego nie mam aku­rat wąt­pli­wo­ści.

- A co do czego ma pan wąt­pli­wo­ści? - za­py­tała za­raz psy­cho­lożka.

Ro­bert za­sta­no­wił się.

- Chciał­bym, że­by­śmy ży­wili do sie­bie lep­sze uczu­cia - odpo­wie­dział.

- A ja­kie lep­sze uczu­cia chciałby pan ży­wić do pani po­rucz­nik? - za­py­tała z miej­sca em­patka.

Ro­bert po­ru­szył się nie­spo­koj­nie, co zdra­dziło skrzyp­nię­cie fo­tela.

- Ja aku­rat ży­wię do niej jak naj­lep­sze - od­rzekł. - Ale trudno mi z tym, że Kor­wetta te­raz mnie nie znosi... A jesz­cze bar­dziej z tym, że ją tak skrzyw­dzi­łem. - Spu­ścił głowę.

Psy­cho­lożka spró­bo­wała to spa­ra­fra­zo­wać:

- Czyli ma pan świa­do­mość, że ją pan skrzyw­dził, ale chciałby pan jej do­brych uczuć?

Kor­wetta za­go­to­wała się we­wnętrz­nie.

- A czy ja mogę oka­zać emo­cje? - ode­zwała się do em­patki.

- Pro­szę bar­dzo - od­rze­kła za­py­tana.

Kor­wetta zwró­ciła się wprost do Ro­berta.

- To może jesz­cze ja po­win­nam te­raz za­dbać o twoje sa­mo­po­czu­cie, co? - rzu­ciła ze zło­ścią. - Bo to­bie, kurwa, jest trudno, że nie oka­zuję ci sym­pa­tii?! I że nie cie­szę się ra­zem z tobą z two­jej no­wej, po­ka­zo­wej ro­dziny?!

Pierw­szy raz w ży­ciu do­strze­gła, jak twarz Ro­berta ob­lewa się ru­mień­cem.

- Nie, skąd, tego nie ocze­kuję! - po­wie­dział do niej zmie­nio­nym gło­sem. - Wiem, że zro­bi­łem coś nie do od­wró­ce­nia i go­tów je­stem po­nieść wszel­kie kon­se­kwen­cje. Tylko nie chciał­bym, że­by­śmy po­szli za da­leko w in­ter­pre­ta­cji i przy­pi­sy­wa­niu in­ten­cji...

Wbił wzrok w tłu­stego aniołka na ścien­nym ki­li­mie. Nie­stety nie był po­mocny.

- Czyli czego chciałby pan unik­nąć? - za­py­tała psy­cho­lożka.

- Chciał­bym unik­nąć nie­po­trzeb­nego ra­nie­nia się i dep­ta­nia prze­szło­ści. - Pró­bo­wał się skon­cen­tro­wać. - Chcę, by Kor­wetta wie­działa, że przy lą­do­wa­niu było mi kosz­mar­nie ciężko z tym ca­łym show, bo czu­łem, co to dla niej zna­czy... I że to wcale nie jest tak, że zbu­do­wa­łem so­bie nowe ży­cie, za­po­mi­na­jąc o po­przed­nim. - Zwró­cił fo­tel fron­tem do Kor­wetty. - Nie li­czę na to, że mi wy­ba­czysz, bo ja na twoim miej­scu pew­nie bym nie wy­ba­czył - do­dał ści­szo­nym gło­sem.

Ona też zwró­ciła fo­tel w jego stronę.

- Nie by­ła­bym w ta­kim szoku, gdy­byś mi wcze­śniej ja­sno po­ka­zał, że ina­czej trak­tu­jemy tę re­la­cję! - Wciąż nie kryła zło­ści. - Dla mnie to było wiel­kie, dla cie­bie coś do ła­twej wy­miany.

- No wła­śnie tego chciał­bym unik­nąć. - Ro­bert wpa­trzył się w psy­cho­lożkę. Po­tem znowu w Kor­wettę. - Pro­szę cię, nie depcz z roz­pędu tego, co było mię­dzy nami. Nie chcę, że­byś te­raz umniej­szała na­szą prze­szłość. Dla mnie to też było wiel­kie!

Za­śmiała się bez­gło­śnie.

- To po­wiedz, czemu tak szybko stało się tak małe?! - nie­mal wy­krzyk­nęła.

Po­trzą­snął prze­cząco głową.

- Ni­gdy nie stało się małe! Wett, ja by­łem nie­mal pe­wien, że po na­szym za­gi­nię­ciu zwią­żesz się z kimś in­nym. Na­wet w ciągu roku.

Przyj­rzała mu się z nie­do­wie­rza­niem.

- No tak, ty mi da­łeś na to pełne przy­zwo­le­nie, od­la­tu­jąc - przy­znała. - Bar­dzo to było szla­chetne z two­jej strony! Więc w su­mie za­koń­czy­łeś tę re­la­cję, nie­po­trzeb­nie się cze­piam. Po­za­mia­ta­łeś, zga­si­łeś świa­tło i by­łeś go­tów do no­wej. Tylko, cho­lera, się nie zo­rien­to­wa­łam!

Ro­bert do­pu­ścił wię­cej emo­cji.

- Nie taka prze­cież była moja in­ten­cja! - pod­niósł głos. - Nie masz po­ję­cia, ile mnie to kosz­to­wało, by ci po­wie­dzieć, że­byś nie cze­kała! Ja na­prawdę my­śla­łem, że nie wrócę. Więc skoro już nie umar­łem, mu­sia­łem ja­koś na­uczyć się żyć! - do­koń­czył nie­mal z go­ry­czą.

- Czyli odło­ży­łeś mnie do jed­nego pu­dełka, a otwo­rzy­łeś dru­gie. To jest wła­śnie ten mo­ment, któ­rego nie po­tra­fię po­jąć! - Od­dy­chała ciężko, pa­trząc mu w oczy.

- Ni­g­dzie cię nie od­kła­da­łem!

- To jak tra­fi­łeś z nią do łóżka?! - Za­po­mniała nie­mal, że są w ga­bi­ne­cie.

- By­łem wtedy strasz­nie chory. - Nie ukrył za­że­no­wa­nia.

- I zna­la­złeś jesz­cze siłę, żeby ją prze­le­cieć? - zdzi­wiła się szcze­rze.

- Kurwa, masz ra­cję, to brzmi nie­wia­ry­god­nie! - od­pu­ścił kon­trolę.

- Chyba mu­sisz wy­my­ślić lep­szą hi­sto­rię! - rzu­ciła z iro­nią. - Na sio­strę mi­ło­sier­dzia też mi Gala nie wy­gląda! - do­dała ze wzgardą.

Jej wzrok za­wę­dro­wał do ob­razu na ścia­nie. Ma­ryja kar­miła tam pier­sią nie­mowlę.

- Ona nie jest złym czło­wie­kiem, Wett - spró­bo­wał po­wie­dzieć to po­lu­bow­nie.

- Ja­sne, nie ty­kam już matki two­jego dziecka! - wy­rzu­ciła z ko­lejną falą zło­ści.

Psy­cho­lożka sko­rzy­stała z chwili prze­rwy w tej po­tyczce.

- Wy­daje mi się, że mu­simy usta­lić coś jesz­cze. Bo ta pań­stwa re­la­cja wy­gląda na nie­wy­ga­słą po obu stro­nach. Pa­nie ko­man­do­rze...

Ro­bert pod­niósł na nią wzrok.

- Czy pan prze­stał ży­wić ro­man­tyczne uczu­cia do pani po­rucz­nik?

- Ni­gdy tego nie po­wie­dzia­łem! - Le­d­wie po­ha­mo­wał iry­ta­cję. - Nie, nie prze­sta­łem.

- A czy ko­cha pan swoją obecną part­nerkę? - Em­patka po­szła o krok da­lej.

Ro­bert wi­dział, że Kor­wetta bacz­nie mu się przy­gląda. Na­brał głę­boko po­wie­trza.

- Tak, ko­cham ją - od­po­wie­dział. - Jest matką mo­jego dziecka, które też ko­cham.

Kor­wetta po­czuła się na­gle słabo. Le­d­wie zła­pała od­dech. Za­gry­zła wargi.

- Twoje ro­man­tyczne uczu­cia do mnie to wiesz, gdzie so­bie scho­waj! - po­wie­działa do niego ci­cho, ale do­bit­nie. - Mnie już nie są do ­ni­czego po­trzebne.

Przez chwilę pa­trzyli so­bie w oczy w mil­cze­niu. Oboje czuli, że resztka ich wza­jem­nego za­ufa­nia roz­pada się pod cię­ża­rem słów, któ­rych już od­wo­łać się nie da.

- A mogę ta­kie samo py­ta­nie za­dać pani? - zwró­ciła się do Kor­wetty psy­cho­lożka.

Ta spu­ściła po­wieki.

- Chce pani wie­dzieć, jak umiera moja mi­łość do ko­man­dora ­Bry­niar­skiego? - za­py­tała. - A mogę po­słu­żyć się ob­ra­zami? - do­dała, za­nim usły­szała od­po­wiedź.

- Pro­szę bar­dzo - od­rze­kła psy­cho­log.

- No więc pierw­szego dnia była jak dziecko we mgle. Jesz­cze nie chciała umie­rać, czuła się prze­cież silna. Miała wra­że­nie, że to, co wi­dzi, nie może być prawdą i że wy­rok dla niej jest cho­rym żar­tem - mó­wiła su­ge­styw­nie Kor­wetta, ze zmru­żo­nymi oczami. - Dru­giego dnia była jak gą­sie­nica, któ­rej jed­nak od­cięto głowę. Wiła się i mio­tała w roz­pa­czy, wciąż nie chcąc uznać, że nad­cho­dzi ko­niec. Dziś jest dzień trzeci... dziś ją roz­dep­tano, przy­spie­sza­jąc ago­nię. Więc to do­bry wy­nik w umie­ra­niu jak na trzy dni... A mnie po­zo­staje jesz­cze otrze­pać się z daw­nego ku­rzu i po­zbyć się sta­rych wdru­ko­wań, które zo­stały mi po nim na­wet w ciele. Nie bę­dzie to ła­twe, bo były silne. Ale daję temu tak ze dwa mie­siące so­lid­nej pracy - skoń­czyła, pa­trząc na kar­miącą Ma­ryję.

Ro­bert za­ci­snął po­wieki. Po­tem ścią­gnął z po­wro­tem spoj­rze­nie Kor­wetty ku so­bie.

- Wiem, Wett, że ty po­wsta­niesz jak Fe­niks z po­pio­łów - zdo­był się na słowa wspar­cia, ale wię­cej w tym było smutku niż za­mie­rzo­nego opty­mi­zmu.

- Tego nie je­stem pewna, Rob - wes­tchnęła. - Chyba za dużo tych po­pio­łów...

Psy­cho­lożka po­sta­no­wiła pod­su­mo­wać spo­tka­nie, gdyż czas do­bie­gał końca.

- Wy­gląda na to, że ma pan wolną drogę do bu­do­wa­nia no­wej re­la­cji, ko­man­do­rze - zwró­ciła się do Ro­berta. - Bo pani po­rucz­nik ma tyle wglądu we wła­sny stan, że i z emo­cjami wo­bec pana pew­nie so­bie po­ra­dzi. A pro­ces że­gna­nia się z pa­nem prze­biega, moim zda­niem, w pełni pra­wi­dłowo. Gdyby jed­nak po­ja­wiły się ja­kieś kom­pli­ka­cje, za­pra­szam po­now­nie.

***

Do MI­STRZA spo­łecz­no­ści ELO­TEA

SU­WE­REN VAN­CRUSO STAJE do roz­mowy bez po­śred­ni­ków.

- MI­STRZU ELO­TEA, Fe­de­ra­cja pyta o prze­bieg wy­da­rzeń zwią­za­nych z wej­ściem ME­DARY w Sys­tem Ma­ha­bor. Jako przy­czynę roz­bi­cia tego ich księ­życa po­da­jemy oczy­wi­ście, że do nas z niego strze­lili. Ale skądś wie­dzą też o tej WA­SZEJ pro­jek­cji, o ob­ra­zie rze­ko­mego znisz­cze­nia ja­kie­goś lądu na Ma­ha­bor III. Py­tają, kto to zro­bił i w ja­kim celu. Co mamy od­po­wia­dać?

- SU­WE­RE­NIE VAN­CRUSO, nie pa­mię­tasz na­szej umowy?! Ma­cie nie tylko nie wspo­mi­nać o na­szej współ­pracy, ale na­wet o tym, że wie­cie o na­szym ist­nie­niu! Od­po­wia­daj­cie, że O NI­CZYM NIE MA­CIE PO­JĘ­CIA! I nie kon­tak­tujmy się przez ja­kiś czas.

- MI­STRZU ELO­TEA, ła­two Ci mó­wić, ale te­raz to my je­ste­śmy w ta­ra­pa­tach!

- SU­WE­RE­NIE VAN­CRUSO, my też. Ma­ha­bor­ska próbka skóry, którą do­głęb­nie ba­damy, oka­zuje się mocno po­datna na uldryj­skie wpływy. A Uldryj­czycy tu te­raz są i coś knują!

ZDEJMOWANIE CZARU

Opu­ścili ga­bi­net psy­cho­lo­giczny ra­zem. We­szli na ru­chomy pas i w mil­cze­niu wy­je­chali nim na dzie­dzi­niec. Mróz przy­bie­rał na sile, choć ja­sne dziś lu­towe słońce to­czyło się wciąż wy­soko nad ho­ry­zon­tem. Po wczo­raj­szym mo­krym śniegu nie po­zo­stał na­wet ślad.

- Słu­chaj, wiem, że ga­dam jak nie­spełna ro­zumu, co przed chwilą bo­le­śnie mi uświa­do­miono - ode­zwał się Ro­bert do­piero przed par­kin­giem. - Ale nie mogę ja­koś z tym, że coś waż­nego mię­dzy nami się roz­pada - mó­wił z nie­ty­pową po­korą. - Chciał­bym to za­trzy­mać za wszelką cenę...

- Ro­bert, czy ty sie­bie sły­szysz? - za­py­tała pro­tek­cjo­nal­nie. - Przed chwilą po­wie­dzia­łeś, że ko­chasz inną ko­bietę! To coś słusz­nie się roz­pada, bo gówno było warte, skoro by­łeś w sta­nie za­ko­chać się tak szybko mimo wiel­kiej niby-mi­ło­ści do mnie!

Każde z nich po­de­szło do swo­jego wozu. Stały bli­sko sie­bie po­śród kilku in­nych.

- Wett, jedno nie wy­klu­cza dru­giego - po­wie­dział miękko. - Każdą z was ko­cham ina­czej...

Otwo­rzyła drzwi swo­jego auta. Od­sta­wało pro­stotą od ob­łego trans­for­mera Ro­berta.

- Co ty mi trój­kąt pro­po­nu­jesz? - prych­nęła z iro­nią. - Czy może mi­łość chry­stu­sową?! Je­śli będę już do niej zdolna, nie zo­sta­niesz po­mi­nięty, bez obaw!

Ro­bert usiadł na ma­sce swo­jego wozu, jakby po­trze­bo­wał wy­tchnie­nia.

- Chcę ci tylko po­wie­dzieć prawdę. - Spró­bo­wał jesz­cze raz. - Że Galę po­ko­cha­łem, do­piero gdy po­czu­łem w niej to dziecko... Choć naj­pierw zmio­tła mnie z gleby no­wina, że za­szła... Te­raz pew­nie przy­wa­lisz mi z dru­giej flanki: "To sy­pia­łeś z nią bez mi­ło­ści?!".

Od­wró­ciła się do niego. Po­my­ślała, że on się prze­ziębi, sie­dząc tak na tym mro­zie.

- Nie, bo wi­dzę, jak się róż­nimy - od­rze­kła. - Ty umiesz tę ko­chać tak, tamtą ina­czej, a z jesz­cze inną sy­piać. Ja by­łam z tobą bez reszty i te­raz mu­szę się z tego le­czyć. - Znowu do­padł ją żal, któ­rego nie umiała ukryć. - A ty spo­koj­nie weź­miesz za­raz ślub i za­czniesz no­bliwe ży­cie ojca ro­dziny z jedną z tych, które ko­chasz...

- Ty pew­nie też to za­raz zro­bisz - rzu­cił z trudną do od­czy­ta­nia emo­cją. - I w pełni na to za­słu­gu­jesz! - do­dał na­tych­miast.

Przyj­rzała mu się za­sko­czona, nie do końca wie­dząc, co nim kie­ruje.

- Masz na my­śli Lu­casa? - za­py­tała.

- Nie mów, że nie po­szłaś z nim do łóżka - po­wie­dział, a ona nie za­prze­czyła.

Ci­sza, która za­pa­dła, zda­wała się krzy­czeć wnie­bo­głosy.

- No wi­dzisz - rzekł po chwili. - To czemu mnie tak mie­szasz z bło­tem za seks z ludz­kiej po­trzeby? - Za­gryzł wargi. - No, chyba że go ko­chasz, ale wtedy nie wkrę­caj mi, że by­łem twoją je­dyną mi­ło­ścią!

At­mos­fera mię­dzy nimi jakby się na­elek­try­zo­wała. Kor­wetta po­de­szła do niego i oparła dłoń o szybę jego wozu.

- Ro­bert, cie­bie to boli? - za­py­tała, a on za­ci­snął oczy.

- Nie ma prawa, ale boli jak cho­lera - od­po­wie­dział. - Tylko po co to ukry­wasz? Żeby mi sku­tecz­niej do­ko­pać za nie­wier­ność? U cie­bie mi­nęło je­de­na­ście lat, więc nor­malne!

Po­czuła dy­got w środku od dziw­nej ener­gii, która tu na­gle za­wi­sła.

- Ja po­szłam z nim do łóżka do­piero wczo­raj - od­rze­kła po­bu­dzona. - Kiedy już wie­dzia­łam, co z tobą, bo­ha­te­rze! Więc wszyst­kie twoje ar­gu­menty pa­dają na pysk.

Za­krył na chwilę twarz dłońmi.

- OK, więc wra­cam po­kor­nie na po­zy­cję skur­wy­syna - po­wie­dział. - Choć i tak nie­wiele się od niej od­da­li­łem... No i jak było? - za­dał w końcu py­ta­nie, na które cze­kała.

- Było re­we­la­cyj­nie - od­po­wie­działa, prze­ra­żona swoją mo­ty­wa­cją.

Do­strze­gła z sa­tys­fak­cją ból w jego oczach. I drże­nie wła­snych ­ko­lan w ku­rio­zal­nej eks­cy­ta­cji. Kie­dyś już mu zro­biła coś ta­kiego dla próby. Po­wiedzmy wprost, dla ze­msty...

- Chcesz za­py­tać o szcze­góły? - do­dała.

- A opo­wiesz mi? - Pod­niósł się i sta­nął obok niej, naj­bli­żej jak się dało.

Znów była pod wpły­wem tego jego pola, któ­remu ni­gdy nie umiała się oprzeć. Co to jest do cho­lery?, za­py­tała samą sie­bie. Aura, czar, czy ja­kieś by­dlę rzu­ciło kie­dyś urok?, pró­bo­wała ob­ró­cić dra­mat w żart. Może po pro­stu na­sza kom­pa­ty­bil­ność... Obojgu po­głę­bił się od­dech, a ona pró­bo­wała uda­wać, że nie wi­dzi, co się dzieje. Tra­ciła kon­trolę nad wy­mianą mię­dzy nimi, jaką ostat­nio - jako skrzyw­dzona w tej ­re­la­cji - o dziwo po­sia­dała.

Prze­dłu­żała czas na od­po­wiedź, którą w końcu chciała dać, ale on uciął to szyb­ciej.

- Nie, kre­tyn ze mnie, to by­łaby per­wer­sja! - rzu­cił i od­su­nął się od niej.

- Szcze­góły są ta­kie, że w kul­mi­na­cyj­nym mo­men­cie wy­obra­zi­łam so­bie cie­bie, kurwa mać! - po­wie­działa już ze zło­ścią. - Dla­tego nie mogę mu tego ro­bić! Za bar­dzo go sza­nuję, żeby pa­ko­wać mu cie­bie do łóżka. Naj­pierw mu­szę się po­zbyć cie­bie z sie­bie.

Uśmiech­nął się chyba mimo woli.

- To je­steś uczciw­sza ode mnie - od­rzekł. - Za­wsze by­łaś... I dzięki, że mi to mó­wisz. - Zmarsz­czył na mo­ment twarz, bu­rząc har­mo­nię ry­sów. - Chciał­bym po­wie­dzieć, że mi przy­kro, ale nie jest, sorry za moją pod­łość. - Pa­trzył jej te­raz w oczy tym otwar­tym spoj­rze­niem, które znała z ich naj­bar­dziej in­tym­nych chwil. - Cie­szę się, że nie od razu się mnie po­zby­łaś - do­dał ze stra­ceń­czą szcze­ro­ścią, jaką u niego po­dzi­wiała. I ja­kiej się od niego uczyła, choć Lu­cas uznał to za jej ce­chę. - Ale nie chcę, że­byś cier­piała - do­dał.

Po­czuła cie­pło w spoj­rze­niu jego czar­nych oczu, które nie mo­gło prze­cież kła­mać.

- Ro­bert, dla­czego to wszystko się stało? - Pod­dała się prze­pły­wowi mię­dzy nimi.

- Bo oka­za­łem się czło­wie­kiem zbyt ma­łej wiary, Wett - od­rzekł ze smut­kiem. - Tu nie cho­dziło wcale o ja­kiś de­fi­cyt seksu... Nie wie­rzy­łem, że cię jesz­cze zo­ba­czę. Ten krysz­tał ra­zem z tą pla­netą... roz­wa­liły mnie kom­plet­nie i nie prze­sze­dłem cze­goś, co ty pew­nie byś prze­szła... Jak to na­zwać? Umie­ra­nie?

Zła­pała się na czu­ło­ści do niego. Nie­do­brze...

- Po­dasz szcze­góły? - za­py­tała.

Wzniósł oczy do bez­chmur­nego nieba, ku ja­snemu, choć zim­nemu słońcu.

- Chciał­bym, ale się wsty­dzę - wes­tchnął. - Poza tym zwró­cił­bym cię jesz­cze bar­dziej prze­ciw niej, a tego nie chcę.

- No tak, za­po­mnia­łam, że jest już przy to­bie ta ona! - rzu­ciła z po­wra­ca­jącą zło­ścią. - Nie masz po­ję­cia, jak mnie wkur­wia, że za­ła­do­wa­łeś ją w na­szą prze­strzeń bez mo­jej wie­dzy... To jest jak gwałt w moim polu!

Wi­działa, że on się waha, czy po­wie­dzieć jej wię­cej. I czy ma to te­raz sens.

- Wiem i nie­na­wi­dzę sie­bie za to - przy­znał. - Nie śmia­łem na­wet my­śleć, że bę­dziesz cze­kać tyle lat... Ty kom­plet­nie nie za­słu­gu­jesz, żeby ci tak spie­przyć ży­cie. - Spu­ścił głowę jak uczniak. - I nie mogę na­wet po­wie­dzieć, że ża­łuję, bo mu­siał­bym ża­ło­wać, że mam syna.

***

Do MI­STRZA spo­łecz­no­ści ELO­TEA

SU­WE­REN VAN­CRUSO STAJE do roz­mowy bez po­śred­ni­ków.

*Brak od­po­wie­dzi spo­łecz­no­ści ELO­TEA.

*Trzy­krotny brak od­po­wie­dzi MI­STRZA ELO­TEA.

*SU­WE­REN VAN­CRUSO zgła­sza awa­rię.

*Awa­rię wy­klu­czono.

*SU­WE­REN VAN­CRUSO wy­syła py­ta­nie.

Po trans­la­cji pro­gre­syw­nej przy­jęto je w for­mie: To gdzie jest ten rybi chuj?

***

Po wzmiance Ro­berta o synu Kor­wetta zro­biła krok do tyłu. Do­strze­gła, że do par­kingu zbliża się grupka stu­den­tów. Nie szli do sa­mo­cho­dów, bo im nie przy­słu­gi­wały. Bez wąt­pie­nia cho­dziło o ko­man­dora Bry­niar­skiego, który jako żywa le­genda znów stą­pał po Ziemi. Nie pro­wa­dził jesz­cze za­jęć, ale może uda­łoby się z nim po­ga­dać. Albo zro­bić zdję­cie. Uśmie­chali się, tro­chę zdez­o­rien­to­wani, że wi­dzą go bli­sko ko­biety nie z tej bajki. Nie z le­gendy o mę­stwie i ho­no­rze. Choć ich na­uczy­cielki... Gdy Gala na ma­cie­rzyń­skim...

- Zni­kam, bo psuję ci wi­ze­ru­nek - po­wie­działa do niego. - Przy­go­tuj się na wy­wiad.

- Nie zni­kaj jesz­cze! A wy­wiadu te­raz nie zniosę! - od­rzekł na­tych­miast. - Ucie­kajmy! - Otwo­rzył drzwi w swoim sa­mo­cho­dzie i nie­mal wrzu­cił ją na sie­dze­nie pa­sa­żera.

Wpa­so­wała się w nie po­słusz­nie, a on na­tych­miast ru­szył, zo­sta­wia­jąc za sobą za­sko­czo­nych stu­den­tów. Nie­mniej zdzi­wiona Kor­wetta po­czuła się po­rwana. Sku­bany od­wa­żył się na to! Ten par­king jest wi­doczny z po­łowy okien w kam­pu­sie, my­ślała. Lu­cas by ni­gdy tak nie po­stą­pił! Co gor­sza - pa­so­wało jej to po­rwa­nie. Tłu­ma­czyła so­bie na­prędce, że mu­szą do­koń­czyć roz­mowę. Tak sil­nego związku nie roz­plą­czą trzy wy­miany zdań...

- Okrążę tylko kam­pus i od­sta­wię cię z po­wro­tem - uspra­wie­dli­wił ich oboje Ro­bert.

Wje­chał na ob­wod­nicę kom­pleksu AcAs. Na do­bry po­grzeb to wciąż za mało, uznała.

- Wett, wo­la­ła­byś, że­bym, za­miast roz­dra­py­wać to wszystko, nie kon­tak­to­wał się z tobą od po­wrotu? - za­py­tał.

Za­sta­no­wiła się, ale tylko przez mo­ment. Li­mit czasu zmu­szał do szyb­kiej re­ak­cji.

- Nie - od­po­wie­działa. - Wtedy by­łoby ja­sne, że czy­sty skur­wy­syn z cie­bie. I cał­kiem zwąt­pi­ła­bym też w sie­bie... Te­raz, poza wszyst­kim, co my­ślę o to­bie, wi­dzę, że sta­rasz się po­ka­zać... że nie by­łam dla cie­bie tylko za­bawką. - Za­ci­snęła dło­nie na ko­la­nach.

Za­pro­te­sto­wał ru­chem głowy.

- Nie wie­rzę, że my­śla­łaś tak choć przez chwilę! - Nie­mal zła­pał jej lewą dłoń.

Do­jeż­dżali do ro­ga­tek uczelni. Chwy­ciła się na­dziei, że on wy­je­dzie w mia­sto. Po co? Prze­cież nie ma od­wrotu! Czyżby nie mo­gła ufać na­wet so­bie? No, by po­ga­dać bez prze­szkód! Ściema, w mie­ście go do­piero do­padną! Ale trzy­mał się ob­wod­nicy. Wra­cał.

- W ogóle za mało my­śla­łam - od­rze­kła, gdy mi­jali bo­li­dar. - Tyle lat by­łam pewna, że tam - unio­sła głowę - może stać się wszystko, ­tylko nie to, że mnie wy­mie­nisz!

Ro­bert wy­ha­mo­wał sa­mo­chód nie­mal do zera, za to za­czął mó­wić szybko:

- Ale ja ci usi­łuję nie­udol­nie wy­ja­śnić, że to nie jest wy­miana, Wett! Nie by­łem na­wet go­tów żyć po roz­sta­niu z tobą. Po­tem oko­licz­no­ści uło­żyły się tak... o rany, wciąż mi umyka naj­waż­niej­sze... że czu­łem się zmu­szony do...

- Do zdrady?

- Do przy­ję­cia po­mocy. I to po­cią­gnęło łań­cuch kon­se­kwen­cji... Cho­lera, nie umiem o tym sen­sow­nie mó­wić - prze­rwał znie­chę­cony. - Ale pró­buję po­łową mó­zgu, bo czuję, że to ważne... Dla mnie zde­cy­do­wa­nie się na ten lot było już nie­mal po­nad siły. - Pra­wie do­tknął jej ra­mie­nia. - Po­tem ogar­nąć rze­czy­wi­stość aż do lą­do­wa­nia. Po­tem uznać, że nie ma po­wrotu, choć niby wie­dzie­li­śmy to od po­czątku... No i cała reszta była już da­leko poza moją gra­nicą.

Kor­wetta wes­tchnęła głę­boko.

- Współ­czuję i wi­dzę, że się sta­rasz, bym to po­jęła - od­rze­kła cie­plej, gdy sa­mo­chód nie­uchron­nie zbli­żał się do celu. - Choć nie do końca, bo po­mi­jasz naj­istot­niej­sze fakty.

Ro­bert od­bił od wjazdu na par­king. I wszedł w jesz­cze jedno okrą­że­nie kam­pusu.

- Po­mi­jam tylko te, które mu­szę, Wett, żeby być fair - po­wie­dział. - Wiem, to już nic nie zmieni, bo nie bę­dziemy ra­zem. Ale za­leży mi, byś zro­zu­miała, na­wet nie wy­ba­czyła...

To ja po­win­nam mó­wić, że nie bę­dziemy ra­zem, nie ty!, po­my­ślała ura­żona. Fakt, wy­ba­czyć by nie umiała i nie mo­głaby już z nim być, ale chciała, by o to za­bie­gał. I żeby wy­znał, że zdra­dził w ja­kimś za­mro­cze­niu. Po co mi to?, my­ślała. Bo bo­la­łoby mniej?

- Ty chyba nie do końca zda­jesz so­bie sprawę, co to wszystko dla mnie zna­czy - po­wie­działa.

- Prze­ciw­nie, Wett, dla­tego nie chcę cię tak zo­sta­wić - znów mó­wił szybko, jakby z obawy, że nie zdąży. - Twoje cier­pie­nie jest we mnie bar­dziej, niż my­ślisz, już pie­przyć to, że sam zdy­cham z bólu... Ale chciał­bym po­móc, jak­kol­wiek to brzmi. Czy jest ja­kiś spo­sób? - Spoj­rzał na nią.

Nie wąt­piła w jego szczere in­ten­cje. Ale od­kryła z przy­kro­ścią, że ja­kaś jej chora część wbrew lo­gice żyła resztką na­dziei, że on to wszystko ja­koś od­wróci. Ta część do­stała wła­śnie od­prawę. Trzeba ją czym prę­dzej do­bić!, zde­cy­do­wała. On po­rwał mnie tylko na chwilę i wraca do uzna­nej przez świat ro­dziny.

- Jest spo­sób - zdo­była się na sta­now­czość w gło­sie. - Po­zwól mi usu­nąć to, co mnie z tobą wiąże. A na­wet bar­dziej, co nas kie­dy­kol­wiek wią­zało. Mimo że strasz­nie mi tego żal. - Z ca­łych sił sta­rała się za­trzy­mać łzy. - Bo ty już je­steś męż­czy­zną in­nej ko­biety... i oj­cem cu­dzego dziecka. Mu­szę te­raz za­dbać o sie­bie.

Tym ra­zem wje­chał na par­king, który znów był bez­ludny. I za­trzy­mał wóz.

- Masz ra­cję, ko­cha­nie - za­mru­gał kil­ka­krot­nie, jakby coś wpa­dło mu do oka.

Ma wciąż dłu­gie, czarne rzęsy, my­ślała, ucie­ka­jąc uwagą od tego, co on za­raz po­wie.

- Nie ma in­nego wyj­ścia, bo do­ko­na­łem rze­czy nie­od­wra­cal­nych - za­wy­ro­ko­wał. - Chcę, byś była szczę­śliwa, dla­tego... - na­brał z tru­dem po­wie­trza - po­zbądź się mnie do końca bez skru­pu­łów. Uldryj­czycy ci po­mogą.

Ski­nęła głową i szybko wy­sia­dła z sa­mo­chodu. Uru­cha­mia­jąc wła­sne auto, za­sta­no­wiła się, skąd on może wie­dzieć o jej pla­nach. Nie mógł prze­cież roz­ma­wiać z Hol­dem. Ani z Lu­ca­sem. Nie, on mógł my­śleć tylko o uldryj­skiej po­mocy dla niej, do­póki Oni są tu­taj.

***

Do MI­STRZA spo­łecz­no­ści ELO­TEA

SU­WE­REN VAN­CRUSO STAJE do roz­mowy bez po­śred­ni­ków.

*Ad­res spo­łecz­no­ści ELO­TEA nie­znany.

- MI­STRZU ELO­TEA, gdzie się ukry­wasz, pa­dlino?

*W re­je­strach nie ist­nieje byt o na­zwie "MISTRZ ELO­TEA".

NAJSMUTNIEJSZA OSIEMNASTKA

Kor­wetta zwle­kała z wi­zytą na uldryj­skim statku. W końcu po­zo­stały tylko dwa dni do startu bo­li­daru. Nie miała więc for­mal­nej zgody na za­okrę­to­wa­nie, ale czuła, że Tra­gu­eri ma wgląd w jej po­mysł, od­kąd się u niej zro­dził. W końcu jed­nak zde­cy­do­wała się na roz­mowę. Ran­kiem, przed roz­po­czę­ciem za­jęć w bu­dyn­kach AcAs, we­szła na plac tre­nin­gowy i zbli­żyła się do statku ko­smicz­nego. Jego elip­so­idalny kształt wy­ło­nił się z ciem­no­ści wraz ze wscho­dem słońca. Świetlna ścieżka wska­zała jej drogę do włazu. Go­spo­da­rze na­tych­miast wpu­ścili ją na po­kład i za­pro­sili do ste­rowni. Prze­by­wali tam te­raz we trójkę.

Pierw­szy raz zna­la­zła się w tym po­miesz­cze­niu. Nie­mal za­wi­ro­wało jej w gło­wie od nie­zna­nych sprzę­tów. Sta­rała się od­gad­nąć, co tu sta­nowi kon­solę na­wi­ga­cyjną, ale się pod­dała. Wszyst­kie urzą­dze­nia były ru­chome, zmien­no­kształtne, me­ta­liczno-kry­sta­liczne.

- Więc chcesz z nami le­cieć? - za­sko­czył ją py­ta­niem Co­th­ley.

- Tak. I pew­nie wiesz, jaka jest moja mo­ty­wa­cja - od­po­wie­działa. - Prze­cież przed wami nic się nie ukryje.

- Ja­sne - od­parł. - Bar­dzo nas cie­szy, że chcesz pra­co­wać nad bo­le­snymi za­pi­sami. Czyli kon­ty­nu­ować to, co roz­po­czę­łaś z Tra­gu­erim. Dla nas to też ko­rzyść, bo, jak pa­mię­tasz, twoje kody od­rzu­ce­nia cza­sem unie­moż­li­wiają nam kon­takt. Ale zda­jesz so­bie sprawę, że to może być dłu­go­trwały pro­ces?

Na po­czątku po­my­ślała, że cho­dzi mu o lot, ale mó­wił oczy­wi­ście o jej uzdra­wia­niu.

- Masz na my­śli mie­siące czy lata? - za­py­tała.

- Ca­łość ta­kiej pracy to na pewno lata - od­po­wie­dział. - Ale już trzy in­ten­sywne mie­siące mogą wy­wo­łać dużą zmianę.

Po­czuła przy­pływ na­dziei.

- Więc za­bie­rze­cie mnie ze sobą? - za­py­tała ura­do­wana. - Na ten eks­pe­ry­ment z cia­łem też?

Oprócz afir­ma­cji Co­th­leya od­czuła ra­dość Ra­pi­laha i cie­płe wspar­cie Tra­gu­eriego.

- Tak - nadał ten pierw­szy. - Ale mu­simy do­pra­co­wać sporo szcze­gó­łów. Na przy­kład spo­sób re­ago­wa­nia na wy­pa­dek, gdyby twoje ­ciało nie ra­dziło so­bie z przy­spie­sze­niami. I pro­to­kół two­jego po­bytu na Uldri, bo wiesz na pewno, że skład at­mos­fery nie po­zwoli ci na od­dy­cha­nie. Tam jest też inna gra­wi­ta­cja, świa­tło i tak da­lej. Ale naj­waż­niej­sze, z czego być może nie zda­jesz so­bie sprawy, jest to, że mu­sia­ła­byś opu­ścić Zie­mię na osiem­na­ście lat.

Kor­wetta gwizd­nęła ci­cho. Bo o ile spo­dzie­wała się prze­kro­cze­nia ty­po­wej dwu­nastki, po­trzeb­nej Uldryj­czy­kom, o tyle nie są­dziła, że znik­nie na aż tak długo.

- Mu­simy zro­bić to wol­niej, je­śli chcesz prze­żyć taką po­dróż - od­po­wie­dział tym ra­zem Tra­gu­eri. - Ale w twoim do­świad­cze­niu to będą trzy mie­siące łącz­nie z dwu­ty­go­dnio­wym po­by­tem na Uldri.

Kor­wetta się za­sta­no­wiła. Wła­ści­wie dla­czego mia­łoby ją prze­ra­żać osiem­na­ście lat, upły­wa­ją­cych na Ziemi. Trud­niej jej bę­dzie do­sto­so­wać się do no­wych tech­no­lo­gii, tren­dów i na­wy­ków, ale prze­cież so­bie po­ra­dzi... A że po­zo­sta­wieni tu bli­scy ze­sta­rzeją się w tym cza­sie... No cóż, i tak z żad­nym z nich nie wią­zała pla­nów na przy­szłość. Bo prze­cież nie cze­ka­liby na nią na­wet dwa­na­ście lat...

- Bar­dzo wam dzię­kuję! - od­rze­kła. - I za to, że de­cy­du­je­cie się tu wró­cić z mo­jego po­wodu.

- Tak na­prawdę wra­camy w inne miej­sce, a Zie­mię mo­żemy ująć w pla­nie trasy - ode­zwał się znów Tra­gu­eri. - Poza tym mamy swój udział w two­ich za­pi­sach traumy. Więc w pe­wien spo­sób spła­camy dług.

- In­te­re­suje nas też - włą­czył się Co­th­ley - w ja­kim kie­runku po­dąży roz­wój Ziemi w ciągu tych lat. Czyli ja­kie de­cy­zje po­dejmą lu­dzie i czy za­sadne bę­dzie na­sze wspar­cie. No i wciąż ak­tu­alna jest ta sprawa krysz­tału na pla­ne­cie M101, którą za­łoga Gey­sera na­zwała Gra­nadi. Być może wtedy go prze­mie­ścimy.

Kor­wetta po­że­gnała się z nimi z wdzięcz­no­ścią. Za­raz ru­szyła do ad­mi­rała Holda, by prze­ka­zać no­winę, a ten bez zwłoki zwo­łał na­radę sztabu. Oka­zała się ona dłuż­sza, niż za­kła­dał, a opusz­czeni przez wy­kła­dow­ców stu­denci pró­bo­wali już róż­nych kre­atyw­nych ak­tyw­no­ści. Gdy wresz­cie szta­bowcy wy­szli z sali na­rad, Kor­wetta po­mknęła do do­wódcy.

- Masz zgodę - przy­wi­tał ją ad­mi­rał. - Ale byli i prze­ciw­nicy tego po­my­słu - do­dał bez ogró­dek. - Na przy­kład ko­man­dor Bry­niar­ski wy­ja­wił, że pod­czas lotu Gey­sera w tym por­talu, a po­tem pod­czas po­wrotu na uldryj­skim statku, za­łoga cier­piała na przy­kre do­le­gli­wo­ści. Były trudne do znie­sie­nia, mimo że Uldryj­czycy za­pew­niali, iż to jesz­cze nie­wiel­kie przy­spie­sze­nia. Więc oba­wiał się o twoje bez­pie­czeń­stwo. Ale gdy opi­sał, że cho­dzi o bo­le­sne swę­dze­nie skóry, nikt się tym zbyt­nio nie prze­jął i w gło­so­wa­niu po­mysł prze­szedł. Bę­dziesz za­tem pio­nierką i weź­miesz udział w eks­pe­ry­men­cie waż­nym dla ludz­ko­ści.

- Dzię­kuję, sze­fie! - ucie­szyła się szcze­rze Kor­wetta.

Chwilę póź­niej za­częła szyb­kie przy­go­to­wa­nia do po­dróży, gdyż mu­siała zgro­ma­dzić na bo­li­da­rze za­pasy na trzy mie­siące po­bytu poza Zie­mią. Mu­siała też za­dbać o wpom­po­wa­nie w przy­go­to­wany sys­tem hy­drau­liczny spo­rej ilo­ści wody na ten czas. Sam za­ła­du­nek nie był uciąż­liwy przy wy­ko­rzy­sta­niu uldryj­skiej tech­no­lo­gii oraz ro­bo­tów, które za­an­ga­żo­wał ad­mi­rał Hold. Ko­ry­fe­rzy po­sta­rali się także dla niej o ulep­sze­nie ła­zienki.

Kon­trakt Lu­casa Shat­nera w AcAs-Sol­land oczy­wi­ście wy­gasł, gdy za­łoga Gey­sera przy­była na Zie­mię in­nym try­bem. Ter­min od­lotu Kor­wetty zbiegł się więc w cza­sie z jego po­wro­tem na Ca­nAm. Lu­cas ­za­pro­po­no­wał jej po­moc w prze­pro­wadzce, nie mo­gła bo­wiem blo­ko­wać prze­stron­nej służ­bo­wej ka­wa­lerki przez tak długi czas. Gdy już umó­wiła się z Lu­ca­sem, za­dzwo­nił do niej Ro­bert i po­wie­dział, że on to zrobi, bo prze­cież i tak musi wy­wieźć swoje rze­czy. Otrzy­mali z Galą dużo więk­sze miesz­ka­nie ro­dzinne.

- Nie oba­wiaj się, sam nie będę prze­no­sił two­ich skar­bów - rzu­cił. - Po­wie­dzia­łaś mi, że nie chcesz ze mną kon­taktu na­wet przez przed­mioty - przy­po­mniał z dozą iro­nii.

- Masz na my­śli przed­miot typu kij? - za­py­tała po­dob­nym to­nem. - Czu­jesz się do­tknięty?

- Mniej niż twoją bez­głową gą­sie­nicą - od­parł za­raz.

- A co masz do gą­sie­nicy? Nie rzu­ci­łam ci jej w twarz!

- Ale pod nogi. Uwa­żam, by jej nie roz­dep­tać.

- Już ją roz­dep­ta­łeś!

- Pew­nie dla­tego wiła się i mio­tała.

- Na­bi­jasz się, świ­nio, z mo­jej twór­czo­ści! - Uwa­żała, by się nie ro­ze­śmiać. - Jak ci dam do­stęp do mo­ich rze­czy, to jesz­cze roz­pla­ka­tu­jesz moją po­ezję na słu­pach!

- Oszczę­dzę tego ludz­ko­ści.

- Bo my­ślisz, że na­pi­sa­łam wiersz o to­bie? Pod ty­tu­łem: Ak­tyw­ność w cięż­kiej cho­ro­bie?

- Bo nie osią­gnęła jesz­cze two­jego po­ziomu wi­bra­cji. Nie­po­trzebny żal za­ha­muje jej roz­wój - spa­ra­fra­zo­wał słowa Co­th­leya z kon­fe­ren­cji.

- Na­wet z Fe­de­ra­cji się na­bi­jasz! Cóż cię wpra­wia w taki hu­mor?

- Chyba to, że zni­kasz na osiem­na­ście lat. I brak uldryj­skich wi­zji przez ten czasu szmat.

- OK, skoro ten brak tak cię cie­szy, nie bę­dziemy ci się na­rzu­cać.

- Nie po­wie­dzia­łem, że mnie cie­szy. Słu­chaj uważ­nie.

- I rymy ci wcze­śniej nie wy­cho­dziły!

- Wy­cho­dziły, ale czę­sto­chow­skie tak jak to­bie, więc się nimi nie chwa­li­łem.

- Czę­sto... co? Aha, mia­sto-sym­bol roz­pacz­li­wej walki... którą ja w końcu prze­gra­łam.

- Nie, ja prze­gra­łem. To prze­nieść ci te rze­czy?

- Skoro obie­cu­jesz, że sam nie bę­dziesz ich no­sił i nie za­nie­czy­ścisz mi wi­bra­cji...

- Na­wet bym nie mógł sam, bo wciąż do­pa­dają mnie re­por­te­rzy i są ja­kieś hap­pe­ningi w mie­ście. Zor­ga­ni­zuję lu­dzi i tylko wskażę im co twoje, a co moje.

Oczy­wi­ście było to naj­lo­gicz­niej­sze roz­wią­za­nie. I oszczę­dzało masę czasu. Jej rze­czy miały tra­fić do ma­łej ka­wa­lerki, którą tym­cza­sowo przy­dzie­lił jej ad­mi­rał.

Ale za­sta­no­wiła się nad tym ping-pon­giem sprzed chwili. Był jak za daw­nych cza­sów, nie­ob­cią­żo­nych bó­lem i emo­cjami, które szar­pały ich kon­takt od jego po­wrotu. Chyba wy­parli je na krótko i wpa­dli w ten po­ke­rowy styl kon­wer­sa­cji, któ­rym po­słu­gi­wali się jesz­cze w Ze­spole. Nie z każ­dym można było pu­ścić się w taką jazdę po gra­nicy szcze­ro­ści i iro­nii. Wy­ma­gała szyb­kiego ko­ja­rze­nia, chwy­ta­nia z miej­sca dwu­znacz­no­ści i alu­zji. W krót­kim dia­logu sprzed chwili zdo­łali prze­śmiew­czo pod­su­mo­wać zda­rze­nia ostat­nich dni, a na­wet się­gnąć do cza­sów Ze­społu. I wy­ka­zali się bez­błędną pa­mię­cią słów, które kie­dyś pa­dły. Dla Kor­wetty tempo ta­kiej wy­miany było fa­scy­nu­jące. To, cho­lera, wy­cho­dziło tylko z nim. Dla­czego? Bo był tak samo by­stry, jak bez­po­średni i po­tra­fił zręcz­nie do­zo­wać cy­niczny hu­mor. Ta­kich dia­lo­gów też bę­dzie jej bra­ko­wać...

Ostat­niego wie­czoru przed od­lo­tem miała zo­ba­czyć Ro­berta z ro­dziną w ho­lo­wi­zji. Po ca­łym dniu pa­ko­wa­nia i grze­ba­nia w wy­rzu­ca­nych szpar­ga­łach, które osa­czały ją wspo­mnie­niami, po­sta­no­wiła się zre­se­to­wać. Z matką wo­lała się nie wi­dzieć - te­le­fo­nicz­nie ła­twiej było jej stre­ścić "dla­czego roz­padł się ten wspa­niały zwią­zek". Ko­bieta wy­cho­dziła wła­śnie z szoku, że jej córka znika na tak długo. Ale nie zo­sta­wała sama, wciąż za­ko­chana w no­wym part­ne­rze, z któ­rym miesz­kała te­raz w nie­dawno na­by­tym apar­ta­men­cie.

Lu­cas za­pro­po­no­wał ko­la­cję po­że­gnalną u sie­bie z obo­wiąz­ko­wym ze­sta­wem piw. Po­mysł wy­da­wał się roz­sądny. Kor­wetta przy­była do niego naj­szyb­ciej jak się dało. Pró­bo­wała po­móc w kuchni, ale z mi­zer­nym skut­kiem. W końcu usia­dła na so­fie ra­zem z go­spo­da­rzem. Czuła się u niego swo­bod­nie - zrzu­ciła buty i wcią­gnęła nogi na sie­dze­nie.

Z tartą szpi­na­kową roz­pra­wili się szybko. Z de­se­rem też. Przy­szedł czas na al­ko­hol.

- Dziś znów jest ważny po­wód, by się spić! - uznała, się­ga­jąc po trze­cie piwo. - Nie tylko mój ju­trzej­szy od­lot, ale też to show, co bę­dzie za­raz w holo!

- Od ju­tra po­zo­sta­niesz w trzeź­wo­ści całe trzy mie­siące - przy­po­mniał jej Lu­cas. - O kurwa, ty na­prawdę to ro­bisz?! - Pił już chyba piąte piwo. - To bę­dzie naj­smut­niej­sza osiem­nastka!

W ho­lo­wi­zji po­ja­wił się za­po­wia­dany pro­gram na żywo z udzia­łem za­łogi Gey­sera. A ra­czej go­ści uldryj­skiego bo­li­daru, bo dziecko Ro­berta też zo­stało za­pro­szone - chyba jako ma­skotka. On sam za­po­wie­dział, że wpadł tylko na chwilę, gdyż cze­kają go ważne obo­wiązki. Ale Gala i Ja­mes Ra­mos mieli zo­stać dłu­żej i opo­wia­dać o przy­go­dach z Gra­nadi, na co wi­dzo­wie po­noć już nie mo­gli się do­cze­kać. Re­por­ter na wstę­pie wy­py­ty­wał go­ści o naj­bar­dziej za­ska­ku­jące do­świad­cze­nie na tej pla­ne­cie i za­czął od Ro­berta. Ten opo­wie­dział w skró­cie, jak tam­tej­szy koń go po­niósł wraz ze sta­dem i jak wy­lą­do­wał w aro­niach. Za­sko­czyło go po­dobno to, że oba te ga­tunki były pra­wie jak ziem­skie.

Kor­wetta z Lu­ca­sem wy­buch­nęli śmie­chem.

- No i od­na­la­zły się te ko­nie, co wpier­ni­czają aro­nie! - za­wo­łała Kor­wetta, która pod przy­krywką roz­ba­wie­nia dła­wiła łzy.

Po­tem Ga­lina z Ja­me­sem wy­po­wia­dali się długo i barw­nie. Wy­glą­dali na dum­nych, pre­zen­tu­jąc wła­sne hi­sto­rie. Ona przy­trzy­my­wała dziecko na ra­mie­niu.

- Patrz, jaka ta Gala kwit­nąca, wi­dać, że ma­cie­rzyń­stwo jej służy! - ko­men­to­wała Kor­wetta. - Bo­ha­ter­ska panna z ła­siczką! Sorry, dama z no­wo­rod­kiem.

Lu­cas wpa­trzył się w dziecko.

- Zo­bacz le­piej tego no­wo­rodka: słodki i śliczny - po­wie­dział szcze­rze, ale uświa­do­mił so­bie, że zro­bił przy­krość Kor­wet­cie. - Prze­pra­szam - do­dał ze skru­chą.

- Nie prze­pra­szaj za prawdę - od­rze­kła. - Co ma być brzydki, jak ma dwoje kra­sno­li­cych ro­dzi­ców. - Do­koń­czyła trze­cie piwo. - No­wo­ro­dek cał­kiem spoko. - Przyj­rzała się uważ­niej opa­lo­nemu dziecku, które zie­wało bez­zęb­nymi ustami w peł­nym re­lak­sie.

- Miał szczę­ście po­cząć się i na­ro­dzić w nie­złych wi­bra­cjach - za­uwa­żył Lu­cas.

Na­strój Kor­wetty prze­chy­lił się w stronę bie­guna ne­ga­tyw­nego.

- Ten suk­ces se­lek­cji ge­nów ba­luje już pra­wie mie­siąc w róż­nych świa­tach - za­częła - i na­wet nie wie, że zruj­no­wał mi ży­cie! - Wzmoc­niła ten za­rzut ły­kiem piwa.

- To nie on, tylko jego stary - spro­sto­wał Lu­cas. - Ale patrz, jak je­ba­niutki pró­buje się do cze­goś przy­ssać! - do­dał roz­ba­wiony.

Dziecko pe­ne­tro­wało szyję Gali, prze­su­wa­jąc po niej szybko swoje usta i nos.

- I to na­mięt­nie! - uznała Kor­wetta. - Masz ra­cję, no­wo­ro­dek zo­staje unie­win­niony! - Pod­nio­sła bu­telkę w górę. - W su­mie to do­brze, że się po­ja­wił, bo dzięki niemu po­zna­łam, do czego zdolny jest jego ta­tuś. To było celne po­su­nię­cie! - Spoj­rzała z po­wro­tem na ekran. - Ale oj­ciec go wy­nosi i idzie go chyba kar­mić wła­sną pier­sią - sko­men­to­wała opusz­cze­nie stu­dia przez Ro­berta. - Szkoda, bo to naj­cie­kaw­sza po­stać dzi­siej­szego wie­czoru.

- W pełni się zga­dzam i wkrótce po­pro­szę go o wy­wiad - do­dał Lu­cas, też nie­źle wsta­wiony.

Po chwili za­dzwo­nił te­le­fon Kor­wetty. Stwier­dziła ze zdzi­wie­niem, że to Ro­bert.

- Je­steś z no­wo­rod­kiem?! - rzu­ciła bez za­sta­no­wie­nia i za­chi­cho­tała. - Bar­dzo nam się z Lu­ca­sem spodo­bał. Da­waj go tu na im­prezę!

- Je­steś na­wa­lona? - za­py­tał Ro­bert, za­sko­czony.

- No a jak! To prze­cież mój ostatni wie­czór na Ziemi! - oznaj­miła dość nie­wy­raź­nie.

- To baw się do­brze. Ja nie mam na­stroju na im­prezy - od­rzekł i się roz­łą­czył.

Za­uwa­żyła py­ta­nie w spoj­rze­niu Lu­casa i od­po­wie­działa:

- Mó­wisz i masz! Na­wią­za­li­śmy kon­takt z no­wo­rod­kiem! Który zmu­sił ojca do te­le­fonu. Ale ten nie­stety nie zgo­dził się przy­nieść go na im­prezę.

Gdy za­częli trzeź­wieć, wy­pra­co­wane roz­ba­wie­nie z wolna ustę­po­wało smut­kowi. I zmę­cze­niu. I świa­do­mo­ści, że ju­tro coś się skoń­czy. Że ju­tro skoń­czy się tak wiele.

- Chcesz spać w osob­nym po­koju, czy przy­tu­lisz się do mnie? - za­py­tał Lu­cas.

- Chęt­nie się przy­tulę, o ile nie po­dej­miemy dzia­łań ry­zy­kow­nych - od­rze­kła.

- Nie po­dej­miemy - od­po­wie­dział. - Zbyt ciężko mi na sercu.

We­szła w bie­liź­nie do jego łóżka i wplo­tła mu ręce we włosy. Przy­cią­gnął ją do sie­bie.

- Kiedy tu wrócę, już na­wet twoje no­wo­rodki będą się zbli­żać do peł­no­let­nio­ści - stwier­dziła.

- To mu­siał­bym wkrótce za­cząć je po­czy­nać - od­rzekł. - A po­trze­buję jesz­cze chwili na opła­ka­nie cie­bie. - Prze­su­nął wierzch dłoni po jej twa­rzy.

- Mi­strzom w tej dzie­dzi­nie zaj­muje to dwa mie­siące - rzu­ciła. - Dasz radę, wie­rzę w cie­bie!

- No nie wiem... je­steś je­dyną ko­bietą, która poj­muje, co ro­bię w ży­ciu. - Po­gła­dził jej plecy. - Go­rzej na­wet, je­dy­nym czło­wie­kiem!

- Nie ma lu­dzi nie­za­stą­pio­nych - szep­nęła mu do ucha. - Znajdź so­bie pa­da­wana.

Po­tem już tylko wsłu­chi­wali się we wspólne bi­cie serc, aż zmo­rzył ich sen.

***

Do MI­STRZA spo­łecz­no­ści ELO­TEA

SU­WE­REN VAN­CRUSO STAJE do roz­mowy bez po­śred­ni­ków.

*Ad­res spo­łecz­no­ści ELO­TEA nie­znany.

- MI­STRZU ELO­TEA, kim TY na­prawdę je­steś wraz z TWOJĄ za­wszoną spo­łecz­no­ścią?

*W re­je­strach nie ist­nieje byt o na­zwie "MISTRZ ELO­TEA".

SU­WE­REN VAN­CRUSO zgła­sza, że coś pod­szyło się w roz­mo­wach pod nie­ist­nie­jący byt.