WDRUKOWANIE
Sala narad sztabu AcAs wreszcie opustoszała po konferencji. Korwetta oderwała wzrok od okna, dopiero gdy w śnieżnej zadymce na placu w dole zniknęli jej z oczu Bryniarski z Brandtem. Poszli razem w stronę Atlantum... Wtedy na powrót zbliżył się do niej Lucas.
- Jedziemy do mnie? - zaproponował.
- A nie zniechęci cię towarzystwo kobiety w kawałkach? - zapytała, znów pozbawiona energii. - Wcale nie jest ze mną dobrze, Luke, choć staram się trzymać...
Poprowadził ją na parking w kierunku swojego samochodu. Okleił ich mokry śnieg.
- Nie spodziewam się, że będziesz tryskać humorem - odpowiedział jej dopiero, gdy otwierał drzwi auta. - I świetnie dałaś radę na konferencji, Wett. - Uśmiechnął się do niej przewrotnie.
- Nie mów tak do mnie, proszę! - Poślizgnęła się, zajmując siedzenie pasażera. - Niech to zdrobnienie umrze razem z tą relacją!
- OK - rzekł polubownie. Uruchomił silnik i ruszył w stronę bramy Akademii. - A powiesz mi, co zataiłaś podczas tłumaczenia?
Korwetta zastanowiła się, obserwując, jak szyby wozu sprawnie pozbywają się śniegu.
- Tobie chyba mogę powiedzieć, bo i tak się domyślasz, czyż nie?
Lucas milczał przez chwilę. Wyprowadził wóz z kompleksu AcAs, po czym rzekł:
- Domyślam się, że oprawcy nie mogli lądować na Ziemi. Ale nie mam pojęcia dlaczego.
- Bo niszczy ich azot w naszej atmosferze - wyrzuciła z siebie.
Gwizdnął cicho i pokręcił głową.
- I nie chciałaś przytłoczyć tym dowódcy i Roberta? - Domyślił się.
Korwetta przytaknęła. Zauważyła lwią zmarszczkę na jego czole, która zdradzała wątpliwości.
- A nie sądzisz, że odebrałaś im ważną informację? - zapytał.
Zawahała się przez moment, ale wizja ujawnienia prawdy znowu ją przeraziła.
- Mam wrażenie, że cały ten bezsens walki o Ziemię zniszczyłby jednego i drugiego - powiedziała.
Lucas wskoczył samochodem na wolną od śniegu magnetlinię i włączył autopilota.
- Obyś miała rację, że wybrałaś mniejsze zło - odrzekł. - Ale zapomnijmy już o tym, choćby na ten wieczór. - Chwycił jej lewą dłoń.
W tej chwili zadzwonił telefon Korwetty. Odebrała. Greg Santi zapytał:
- Jak się masz?
Nie chciała całkowicie odcinać się od Lucasa, więc włączyła tryb głośnomówiący.
- Pamiętasz pewnie, jak poprzednio czułam się po takiej akcji - odrzekła beznamiętnie. - To pomnóż przez dziesięć.
- Przez dziesięć to niemożliwe - zauważył - bo byś już nie żyła.
- Tak właśnie się czuję.
- A jednak cię słyszę.
- Złudzenie akustyczne.
- Nie straciłaś humoru. Znaczy, nie jest tak źle. Ale nazwij to, co czujesz. Będzie ci lżej.
Zebrała się w sobie i zdecydowała skorzystać z okazji.
- Dobra - zaczęła. - Totalny wkurw, że byłam idiotką i czekałam na niego tyle lat. Publiczne upokorzenie przy wczorajszym zstąpieniu z niebios świętej rodziny. Kompletne zadziwienie, że tak właśnie zakończyła się nasza relacja, która wydawała mi się nie do podważenia. Zwątpienie, że umiem rozpoznać, co naprawdę czuje facet w związku. Obrzydzenie własną tendencją do idealizacji partnera i skłonnością do życia w iluzji. Brak wiary w swoją kobiecość i atrakcyjność. No i lęk przed kolejną relacją z powyższych powodów. A na koniec niedowierzanie, że pomyliłam się co do tej miłości. Byłam pewna, że jest prawdziwa!
Greg zakaszlał do aparatu.
- W takim razie ja też się pomyliłem - przyznał. - Bo widząc, jak o ciebie zawalczył na pamiętnym balu, byłem pewien, że on cię naprawdę kocha. - Odchrząknął, jakby coś zablokowało mu gardło. - A na drugi dzień zaryzykował życiem z twojego powodu...
- To już cholera wie, Greg, o co chodzi. Może on kocha mocno, tylko krótko. A jak mu obiekt znika z pola widzenia, to znajduje kolejny.
Głośnik chrzęścił przez moment, po czym Greg odezwał się znowu:
- Coś mi tu nie gra. Bo przecież zniknęłaś mu też na rok w mojej klasie, a jednak odczekał.
- No to może go rozczarowałam, gdy zaczęliśmy żyć ze sobą - wywnioskowała. - Ale dzięki, że zadzwoniłeś. Bo czuję, że wylewając to kipiące szambo, zmniejszyłam jego przybór w sobie.
Greg kichnął głośno i przeprosił.
- Nie ma sprawy, polecam się na przyszłość - rzucił.
- A u ciebie co nowego, Greg? - zapytała. - Poza przeziębieniem.
- Będę miał drugie dziecko za miesiąc. Nie musisz gratulować, wiem, że mi dobrze życzysz.
Rozłączyli się. Lucas spojrzał na nią i skomentował:
- Jestem pod wrażeniem. Kto to? Psychoterapeuta?
Zaśmiała się pierwszy raz od wczoraj.
- Mój wychowawca z liceum, z którym się zaprzyjaźniłam - wyjaśniła. - Choć na wstępie tępiliśmy się bez litości.
Dobili na miejsce w milczeniu. Po wejściu do mieszkania Lucasa Korwetta zapytała:
- Mogę się u ciebie wykąpać? Bo na uldryjskim statku łazienka jest prowizoryczna.
- Jasne - odrzekł i zaraz podał jej swoją koszulę do przebrania. - Zrobię coś do jedzenia.
Po kwadransie wyszła z mokrymi włosami, zdrowo zaróżowiona. Lucas zaprosił ją do małego salonu z holowizją. Na stole, przy rozkładanej sofie, zdążył postawić zapiekankę.
- Zaraz to pochłonę w całości! - rzuciła i zasiadła do stołu. - Nie jadłam dziś nic prócz jakichś obrzydliwych bulw po załodze Geysera.
Lucas zaśmiał się na samo wyobrażenie tych bulw.
- Do picia jest herbata i parę piw. - Postawił na stole imbryk i dwie butelki. - Może być?
- Jasne - odrzekła. - Jeśli piwem można się schlać do nieprzytomności, to reflektuję.
Lucas włączył jakąś muzykę, której Korwetta niemal nie słyszała. Za to jadła pożądliwie, a potem nie żałowała sobie piwa. Gospodarz przyniósł kolejne. Sam pił nieco mniej, żeby jej nie zabrakło. W końcu usiadł na sofie i przesunął dłonią po jej odsłoniętym udzie. Zatrzymała go, zanim dotarł do brzegu jej, a właściwie swojej, koszuli.
- Jesteś pewien, że chcesz się kochać z zombie? - zapytała z chrypką w głosie.
- Nie mam żadnych konkretnych planów - powiedział jej do ucha. - Wiem, że jesteś w rozpaczy. Chętnie się dziś tobą zaopiekuję. - Posadził ją sobie na kolanach.
Przytuliła się do niego, zarzucając mu ręce na szyję.
- Dziękuję wszechświatowi za dobrych ludzi i Kosmitów, którzy są od wczoraj przy mnie! - Pocałowała go w policzek.
Oddał jej ten pocałunek. A potem dotknął ustami jej ust. Zastygła. Nie zaprotestowała, gdy zrobił to mocniej. Ani wtedy, gdy rozchylił językiem jej wargi. Odwzajemniła tę pieszczotę. Wtedy pocałował ją w pełni. Poczuła rosnącą przyjemność. Dużą. I jeszcze większą, gdy zrobił to intensywniej. Po chwili nie odrywali się już od siebie, zatracając w rosnącej namiętności. Jej oddech przyspieszył, gdy rozpiął koszulę i zaczął pieścić jej piersi. Zamknęła oczy. Było słodko, w głowie świat wirował. Pozwalała rozlewać się rozkoszy, gdy całował jej brzuch, podbrzusze i przesunął się jeszcze niżej.
- Chodź, już cię pragnę! - rzuciła w zniewalającym podnieceniu.
Nie zauważyła nawet, kiedy zdjął z siebie ubranie. Nagle znalazł się przy niej nagi. Po chwili był już w niej. Oddała się z zapamiętaniem temu aktowi. Starała się zapanować nad wymykającą się spod kontroli wyobraźnią. Ale po krótkim czasie wstrzymała ruchy i zamarła.
- Co się dzieje, kochana? - zapytał.
- Obiecałam ci coś, Luke - odszepnęła. - Że nigdy nie wpuszczę go do łóżka, gdy będę z tobą. A właśnie wtargnął mi w wyobraźnię.
O ile nie był tam od początku, dodała w myśli.
- I nie możesz go odłączyć? - westchnął z rozczarowaniem.
- Mogę i właśnie to zrobiłam. Ale wtedy chyba nie dojdę... Chora jestem, mam to jego wdrukowanie... Silny zapis, jak to się odbywało...
Lucas zamilkł na długą chwilę. Energia między nimi traciła swą intensywność.
- Dobra, wyobraź go sobie - powiedział wtedy.
- Jesteś pewien? - zapytała zdziwiona.
- Tak, chcę to poznać do końca.
Korwetta znów zamknęła oczy. I wtedy wstąpiła w nią nowa siła. Zaczęła całować go namiętnie, a potem oddała się bez granic, zaskakując go własną aktywnością. Krzycząc w orgazmie, już czuła się winna obrzydliwej transgresji.
Potem jakiś czas leżeli w milczeniu.
- Luke... - zaczęła ze wstydem.
- Daj mi jeszcze chwilę - powiedział. - Jestem w szoku, muszę ochłonąć. - Starał się zapanować nad emocjami.
Dała mu więcej niż chwilę, obawiając się go dotknąć.
- OK - powiedział w końcu. - Możemy pogadać.
Wsunęła mu dłoń we włosy.
- Uwierz, z twojej strony wszystko było cudnie. To ja mam coś z głową - wyznała szybko. - A co cię najbardziej zszokowało? - zapytała.
- Że w jednym momencie stałaś się wulkanem seksu... I że to było aż takie między wami - dodał, nie umiejąc ukryć żalu.
- Jakie?
- Takie bez granic.
- A powinny być granice?
- No lepiej nie. Ale na ogół są. Więc zazdroszczę... I jednocześnie jestem wściekły.
- Nie dziwię się - odpowiedziała. - Nie powinnam tego tak robić.
- Sam cię namówiłem, więc sobie nie wyrzucaj. Tylko...
Zabrakło mu słów. Też nie znała właściwych, choć wiedziała, co on chce powiedzieć.
- Tylko to wszystko gówno z wyłączeniem moczu, wiem - zareagowała osobliwie.
Zaśmiał się, choć chciało mu się płakać.
- Daleka analogia, ale lepiej bym tego nie ujął... masz na myśli, że już się nie wyzwolisz?
Zaprotestowała, potrząsając wilgotnymi włosami.
- Wyzwolę się, Luke, muszę! Tylko potrzebuję czasu i solidnej pracy. Potrzebuję też Uldryjczyków, bo oni umieją poprowadzić przez chore zapisy.
Zaprzeczył ruchem głowy wbrew samemu sobie.
- To akurat nie są chore zapisy, tylko piękne wspomnienia - powiedział. - Cokolwiek bym nie czuł na ich temat.
- Ale muszę się uwolnić, żeby zacząć coś nowego. A właśnie on mnie ostrzegał...
- Kto? Robert?
- Tak, że jak się rozpuści granice, to później trudno żyć po rozstaniu... Choć akurat jemu łatwo poszło.
Lucas znów zaprzeczył ruchem głowy.
- Nie jestem pewien - odrzekł.
- Co masz na myśli?
Chwycił się oparcia sofy, jakby potrzebował wzmocnienia.
- Robert Bryniarski... kurwa jego śniada mać, niech mu Ziemia lekką... sorry. - Uśmiechnął się przepraszająco. - Dziś poczułem z bliska jego wibracje, choć wyrywkowo. Bardzo silna energetyka, trochę zawirowana... na pewno duży potencjał, sporo buzuje pod powierzchnią.
Uśmiechnęła się mimo woli.
- Ja go nazwałam w liceum "magma z pozoru ujarzmiona" - wtrąciła.
- Właśnie, dobre określenie... Ale na szczęśliwego to on mi nie wygląda.
Podniosła głowę i przyjrzała się Lucasowi z uwagą.
- Na pewno ma wielkie poczucie winy, bo generalnie nie jest złym człowiekiem - przyznała. - Jutro idziemy do psychologa, bo on chce dobrze zakończyć naszą relację...
- A ty?
- A ja chcę go z siebie powyrywać, Luke. Dlatego wiesz, co wymyśliłam? Poproszę, żeby mnie zabrali na Uldri. O ile zechcą tu wrócić. Ale mówili przecież, że potrzebują człowieka do testu, czy zniesie podróż... Ja chyba mogłabym bardziej niż ktokolwiek inny, bo mam uldryjski kawałek... I w drodze zapytam ich, czy nade mną popracują... Też nad moim wzorcem odrzucenia i niekompletności, bo sama sobie nie poradzę.
Lucas zamilkł na długą chwilę. Grająca w tle muzyka właśnie się wyłączyła.
- Ale kochanie, czy ty zdajesz sobie sprawę, że wróciłabyś tu najwcześniej za dwanaście lat? - powiedział w końcu. - Może nawet później, jeśli z tobą nie da się tak szybko lecieć...
Zajrzała w jego miodowe oczy. Ich ciepło z brązu i zieleni też przyjdzie mi utracić...
- Zdaję sobie sprawę, Luke, ale co tu po mnie? - westchnęła. - Jeszcze tobie namieszam w życiu. A nie chcę, byś cierpiał przeze mnie, bo naprawdę jesteś mi bliski.
Pocałowała go z czułością. Wtedy zamknął ją w ramionach.
- To jedź ze mną na CanAm - zaproponował. - Przyjmą cię, może zapomnisz o Sollandzie.
- Wierzysz, że to się tak po prostu uda?
- Nie - odpowiedział szczerze. - Po tym, co widziałem, nie.
Zamilkli. Cisza przygniotła ich swoim ciężarem.
- Nikt jak ty nie pojmie, ile muszę zrobić - odezwała się w końcu Korwetta.
- Ale ja nie zaczekam na ciebie dwunastu lat...
- Wiem, kochany - odszepnęła. - Jest mi bezdennie przykro, że tak spieprzyłam naszą relację. I więcej spustoszeń nie chcę. Dlatego czas chyba na mnie...
Przytrzymał ją, gdy próbowała się podnieść.
- Zostań na tę noc i zaśnij przy mnie - poprosił. - Na pożegnanie...
- Jasne - odrzekła. - Dobrze mi w twoich ramionach.
Wtuliła się w niego. Po chwili poczuła wilgoć na swoim policzku. Uniosła głowę i scałowała delikatnie łzy z jego twarzy.
- Nie pamiętam, żebym płakał w dorosłości - wyznał. - Co ty ze mną robisz?
- Tylko nie powiel tego, co ja zrobiłam sobie - poradziła. - Oddziel mnie solidną granicą.
- Jakoś nie chcę - szepnął jej do ucha i przygarnął ją jeszcze mocniej.
***
Uldryjski bolidar stał dziś w ciemności, zajmując przeznaczoną mu część placu treningowego Akademii Astronautyki w Sollandzie. Tragueri był szczerze zadowolony, że stan Cothleya poprawił się na tyle, by ten mógł przejąć kontrolę nad statkiem. Od wczoraj w intensywnej wymianie myśli przekonywał zdrowiejącego koryfera, by przejął dowodzenie nad lotem powrotnym. Cothley był wciąż cieniem dawnego siebie, ale i tak jego rozeznanie w chybotliwej energii otoczenia było wyjątkowe. Obaj koryferzy dostrzegali niejednolitą postawę Ziemian wobec współpracy z Uldri, wobec mglistej w ich pojęciu Federacji Galaktycznej, a w szczególności wobec informacji o najeźdźcach Vancruso, które sztab AcAs poznał na wczorajszej konferencji. Ludzkie wątpliwości były wyraziste, mimo że admirał Hold szczerze podziękował koryfowi za przywiezienie ziemskiej załogi z Granadi. Pewnych informacji koryferzy nie przekazali - ze zrozumiałych powodów ulegli Korwetcie, ale nie czuli się z tym komfortowo. Obaj wyczuwali też, choć mniej wyraźnie, intrygi sił ukrytych na Ziemi czy też blisko niej. Tragueri sądził, że należy przyjrzeć się im bliżej, ale Cothley, dużo lepiej zorientowany w sytuacji, stanowczo to odradzał. Obiecał wrócić do tematu w lepszym momencie. Rapilah, najmłodszy w obecnym koryfie, śledził uważnie rozmowy przełożonych, ucząc się jak najwięcej o planecie Mahabor III.
- Nie sprzyja nam też i to, że ta współpracująca z nami para jednak się rozpadła - wtrącił w pewnej chwili. - I obojgu spadły frekwencje, mimo że on był długo w miejscu wyżu.
- Zgadza się, Rapi, ten wyż go trochę przerósł - odrzekł mu w myślach Cothley. - Poszerzył mu się zakres dostępnych frekwencji, ale średnią ma za niską jak na jego możliwości.
Rapilah ożywił się ruchowo i zbliżył do Cothleya.
- Zbyt intensywna przemiana, rozumiem - podsumował. - Ale doprecyzujesz to, koryferze?
Cothley skierował słupki oczu w kilka różnych stron, pobierając dane.
- Przyjrzysz się temu dłużej i to na przykładzie - odpowiedział. - Bo czuję, że za chwilę będziemy mieli nowe wyzwanie - odezwał się teraz głośno do towarzyszy. - Tragueri, czy odbierasz rodzące się plany twojego żeńskiego potomka? - dodał żartobliwie.
Tragueri wyostrzył zmysły. Dopiero teraz dotarły do niego fragmenty myśli Korwetty.
- Ona nie jest dosłownym potomkiem, prawda? - odezwał się Rapilah. - Ma tylko nasze wibracje, wdrukowane w geny.
Koryferzy przytaknęli pochyleniem wieńców. I dodali:
- Można to tak nazwać.