PRZEŁOMOWY WIEC
Na długo przed mitingiem aula Akademii Astronautyki wypełniła się po brzegi. Pierwszy jej rząd pozostawiano dla władz regionu i miasta. Coraz częściej świecił pustkami - głównie z powodu omawianych tematów, ale nie tylko. Dowodzący w AcAs-Solland admirał Hold miał wrażenie, że ci Kosmici, bez broni i z tragiczną ziemską historią, postrzegani są przez rządy Ziemi jako słabi. Zatem póki co też słabo przydatni. Nie zamierzał wyprowadzać ministrów z błędu, choć z wieloma porozumiewał się poprawnie, a nawet przyjaźnie. Natomiast ostro zaprotestował przeciw rodzącym się pomysłom przejęcia uldryjskich zdobyczy technicznych. Przybysze gotowi bowiem byli dzielić się nimi tylko na poziomie teorii, nie zamierzali jednak przekazywać w ręce ludzi żadnej technologii. I to wstrzymało zakusy władz. Bo przyjęcie światopoglądu gości wymagało zmiany ziemskich paradygmatów. Mitingi w Akademii rozpoczęto więc od prób pogodzenia ideologii obu ras, a związana z kosmosem kadra okazała się tu bardziej elastyczna niż rządzący.
Nie znaczy to, że goście milczeli na temat swojej planety. Opowiadali o jej bujnej faunie i florze, życiu w symbiozie z żywiołami natury, współistnieniu wszystkich szczebli ewolucji - o dziwo - bez wyzysku. Opisywali dobowy ruch dwu słońc Uldri - Sorii i Cermiro, jak też rolę dwu jej naturalnych płynów - wody i tajemniczej plary. Wspominali o ciekłokrystalicznej technologii, w całości podległej naturze, zmiennokształtnych sprzętach codziennego użytku, samosprzątających się kwaterach w tak zwanych Stożkach. Także o zwyczajach gromadnego społeczeństwa, trudnych do pojęcia dla Ziemian. Nie pokazywali filmów ani zdjęć ze względu na ograniczony odbiór zmysłowy ludzi. Wszystkie informacje podawali w dużym skrócie, zajęci uzdrawianiem swoich rannych. Obiecywali rozwinąć przekaz w bardziej sprzyjających okolicznościach. No i było coś jeszcze, co nie umknęło uwadze admirała Holda - niepewność koryfera Tragueriego co do tego, ile może przekazać ludziom. Nawiązał on do zasady, która przypominała pierwszą dyrektywę z filmu Star Trek. Zaznaczył, że przybył tu w poszukiwaniu Cothleya, którego misja nie została mu w pełni wyjawiona. Dlatego zakres współpracy z Ziemią powinien nakreślić Cothley. Przedstawiciele rządów Ziemi póki co nie naciskali. Pamiętali bowiem, że Cothley to ten obcy, który dał się podejść niewielkim siłom admirała Fuglera z Sollandu. I jeszcze pozwolił stopić własny statek - tak niby nowocześnie wyposażony! Cóż cennego mógłby zaproponować?
Admirał Hold brał za dobrą monetę skromne zainteresowanie władz uldryjską filozofią. Nie wtrącały się bowiem w kontakty AcAs z przybyszami. Brak ludzi z ministerstw w pierwszym rzędzie audytorium nie martwił go więc dziś w zupełności. Część oficjeli połączyło się jednak online. Na ich wolnych miejscach usiadło za to dwu spóźnionych studentów. Hold dostrzegł z niepokojem, że uruchomili tam sprzęt - najwyraźniej bezwiednie. Wysłał do nich robota porządkowego i wyłączył głośniki. Goście z Uldri byli tuż, tuż.
- Głowonogi w drodze! - nieświadomy sytuacji student szturchnął kolegę. - Kocham tę latającą trzodę!
Głos się nie rozniósł, ale translator wrzucił wypowiedziane słowa na ścienny ekran.
- Szkoda, że imiona mają z dupy! - dodał jego kompan tekstem na telebimie. - I jeszcze wymów dwudźwięk... - urwał, bo robot usunął go z rzędu dla VIP-ów i skierował w górę sali.
Kolejne jej rzędy zajęli już oficerowie sztabu i podoficerowie w kobaltowych mundurach. Za nimi spoczywał naukowy senat w cywilnych szarościach i brązach. Cały tył auli wypełnili kadeci Akademii, odziani w granaty przemieszane z bielą.
Do sali weszła Korwetta w towarzystwie gości z Uldri: Tragueriego, Rapilaha i Diavune, którzy majestatycznie płynęli nad nią jak połyskliwe meduzy. Dotarli razem do katedry. Korwetta usiadła w stojącym tam fotelu obrotowym. Goście zawiśli niczym duchy tuż nad stołem prezydialnym. Zmienili kształt na polipowaty.
Tragueri jak zwykle przywitał się ze społecznością gardłową inwokacją. Przypominała w brzmieniu "Salamat darlam". Po koryferze powtórzyli ten odgłos Diavune i Rapilah. Ludzie AcAs odpowiedzieli pozdrowieniem "Salamat" i lekkim pochyleniem głów. Spoglądali też ku kamerom, bo miting transmitowano wideokonferencją do dwu innych szkół astronautycznych na globie: amerykańskiej CanAm i Syberyjskiej Akademii Gwiezdnej, zwanej w skrócie SYB-em. No i do ludności na planecie w formie holoprzekazu mediów, gdyż obecność dziennikarzy w strefie gości stała się tu ostatnio zjawiskiem powszednim.
Tragueri zwrócił do Korwetty swój pierścień głowowy, który wieńczyły wypustki - dla ludzi słabo widoczne. Przekazywaną myśl ilustrował delikatnym, drgającym dźwiękiem. Ona dźwięku nie rozumiała, ale odbierała rzecz wibracyjnie, czyli - jak zgodzili się to nazywać tutejsi naukowcy - telepatycznie. Taka nazwa przed przylotem Uldryjczyków byłaby tu bluźnierstwem. Teraz ją akceptowano, gdyż mowa o wibracjach wprawiała ludzi nauki w jeszcze większy niepokój.
- Dziś chcemy z wami porozmawiać o syntezie kryształu w efekcie synergii oddziaływań gwiazd - zaczęła Korwetta niepewnie, jak zwykle na początku sesji.
Siedzący w pierwszym rzędzie Robert poruszył się, zaintrygowany.
- To nietypowy eksperyment, niełatwy do przeprowadzenia, ale może okazać się zbawienny dla koryfu Cothleya - kontynuowała. - Efekt zmaterializuje się tu, na Ziemi, więc prosimy was o zgodę na to. Wyjaśnimy wszystko, co was zainteresuje - dokończyła Korwetta pewniejszym już głosem, rada, że zsynchronizowała się z kosmicznym mentorem.
Tragueri omiótł salę błyskami światła z wypustek, które stanowiły złożony narząd wzroku. Kończyły się one ruchliwymi, widocznymi oczami o granatowych tęczówkach. Wyglądały bajkowo, gdy sunęły w powietrzu. Koryfer zwrócił kilkoro z nich do Korwetty.
- Przejdę do sedna sprawy - zaczęła za nim po chwili dziewczyna. - Jak nam wiadomo, a wam nie wiadomo... - przerwał jej cichy pisk, który stanowił słyszalną frakcję śmiechu istoty zwanej Rapilahem - ... gwiazdy to organizmy żywe.
Korwetta dostrzegła nerwowe poruszenie w trzecim i czwartym rzędzie sali. Naukowcy protestują, pomyślała, ale Tragueri nadawał dalej.
- Te gwiezdne istnienia dysponują potężną energią, którą promieniują tak jak wasze Słońce - kontynuowała za nim, zdeprymowana. - Ale mogą wzbudzić jej znacznie więcej. O ile taka jest ich intencja.
Korwetta poczuła, że to zbyt wielka dawka abstrakcji nie tylko dla tutejszych naukowców, ale i dla astronautów. Tragueri z pewnością był tego świadom. Chyba postanowił dziś zmierzyć się z trudną reakcją Ziemian.
- Chcemy wyzwolić taką intencję kilku gwiazd z waszego ramienia Galaktyki - kontynuował jej ustami, przesuwając skan nieba na telebimie. - Użyję waszych nazw gwiazd i gwiazdozbiorów... a więc Sirius A, Orionis Delta, Alfa Centauri i Epsilon Eridani. Dodatkowo, gdyby się udało, dołączymy gwiazdy z Aldebarana: Bellatrix i Plejone. - Wskazał wymienione konstelacje. - Oczywiście we współpracy z waszym rodzimym Słońcem, które my znamy jako Mahabor. Czy są w tej chwili jakieś pytania?
- Tak. - Profesor Giver podniósł się z rzędu zajmowanego przez pracowników naukowych. - Rozumiem, że o wyborze zadecydowała odległość?
Tragueri skinął wieńcem gestem wyuczonym od Ziemian. Giver zrobił to głową.
- Ale mnie bardziej interesuje cała idea. - Korpulentny astrofizyk zakasłał teraz. - O co chodzi z tym wyzwoleniem intencji?
Tragueri obrócił ku niemu kilkoro oczu na ledwie widocznych słupkach.
- Jeżeli założy pan, profesorze, że kontaktuje się pan ze świadomymi istotami, to nie zdziwi pana, że miewają one intencje.
Albert Giver wzdrygnął się nieznacznie.
- Ale mnie już dziwi samo to założenie - wyrzucił z siebie, podenerwowany. - Na jakiej podstawie twierdzicie, że gwiazdy to istoty żywe?
- Na podstawie doświadczenia, którego akurat nasza cywilizacja ma więcej. - Tragueri był niewzruszony. - Ale rozumiem pana ostrożność, profesorze. Zastosujmy więc coś, co nazywacie Brzytwą Ockhama. Czyli uprośćmy myślenie i nie zakładajmy świadomości gwiazd, a tylko to, że potrafimy wzbudzić ich synergię.
- Synergię rozumianą jak? - Głos profesora zdradzał zagubienie.
- Jako współgranie oddziaływań, którego efekt jest czymś więcej niż ich suma - nadawał cierpliwie koryfer. - W tym przypadku efektem będzie kryształ. Doprowadzimy do syntezy.
- Można wiedzieć, jak zamierzacie tego dokonać? - Giver rozpiął kołnierzyk koszuli.
- Poprzez wyzwolenie szczególnego typu emisji u tych ciał. I zespolenie jej.
Tragueri odpowiadał na tyle oględnie, że nikt nie był w stanie potwierdzić ani zaprzeczyć. Korwetta zastanawiała się, czy wesprą to jakieś konkrety.
- Hmm - wyraził niedowierzanie Giver. - Mnie jednak to nie przekonuje...
- A co by pana przekonało, profesorze? Podanie wzoru transformacji energii?
Giver zastanowił się, ale zanim zdążył przytaknąć, Korwetta poczuła, że ma podejść do tablicy. Nie w pełni pojmując, co robi, zaczęła pisać. Nasmarowała jakieś równanie upstrzone sigmami, całkami i pierwiastkami. Słuchacze, którzy dotychczasowy wywód śledzili już z wysiłkiem, teraz byli w stanie zrobić tylko zdjęcia wzorowi.
- Czy to bardziej pana przekonuje, profesorze? - zapytał Tragueri i wywołał falę śmiechu.
Giver pokręcił głową, ale dał za wygraną. W zamian podniósł rękę profesor Lange. Tragueri skinął wieńcem i uprzejmie zachęcił go do wystąpienia.
- Zakładam, że cywilizacja uldryjska dobrze się zna na syntezie kryształów - zaczął. - Mnie bardziej interesuje, jakie są własności tego kryształu i jaka jest jego rola.
- Własności są bardzo cenne - odrzekł Tragueri ustami Korwetty. - Będzie to skondensowany magazyn wysokich wibracji. Zdolny do ich utrzymywania. Zapamięta frekwencję pasma zwanego u was miłością i będzie ją w stanie utrzymać. A nam właśnie takiej częstotliwości potrzeba dla uzdrowienia koryfu Cothleya.
Tym razem rękę podniósł doktor Serumen z sekcji inżynierii. Tragueri oddał mu głos.
- Proszę wybaczyć, ale to brzmi nader fantastycznie - skwitował. - Po pierwsze: jak zmierzyć coś, co nazywacie wibracją, a po drugie: jak rozpoznać, że to wibracja miłości? Po trzecie: jaka jest pewność, że tak powstały kryształ, przy założeniu, że w ogóle powstanie, będzie miał zdolności uzdrowienia kogokolwiek?
Komandor Kajetan Brandt pochylił się nad fotelem Roberta Bryniarskiego i powiedział nieźle słyszalnym szeptem:
- Ci nasi naukowcy widzą przecież, że technologią nie dorastają Uldryjczykom do nibynóżki. Ale choćby im kaktus wyrósł na ich własnych jądrach, będą zaprzeczać, jeśli to mija się z ich paradygmatem.
- W sekcji naukowej mamy też kobiety - poprawił go ciszej Bryniarski. - Dyskryminujesz je!
Tragueri zdawał się nie tracić cierpliwości.
- Po pierwsze: poziomy wibracji akurat umiemy mierzyć - przekazał. - To częstotliwości, jakie emituje obiekt.
- Jak to? I nie zostały one zmierzone nam, tu obecnym!? - Poderwała się z miejsca bardzo atrakcyjna fizycznie podporucznik Galina Dahl.
Wiele oczu spoczęło nagle na jej prężnym biuście, jakby tam szukając wsparcia. Tragueri przygotował się chyba na ludzką nieufność, bo wciąż bił od niego spokój.
- Wam tu obecnym zostały zmierzone i razem, i z osobna - odrzekł. - Tylko nie ogłaszamy tych wyników, bo niczemu cennemu nie posłużą.
- Takie są niskie? - odważył się zapytać ktoś z SYB-u. - Tylko w Sollandzie czy u nas też?
Tragueri odchylił się lekko i wydał drgający dźwięk, który był chyba śmiechem.
- W tym ośrodku akurat są wyższe niż w innych częściach globu - zdecydował się na odpowiedź. - Podobny poziom prezentują pozostałe akademie astronautyki - ubiegł pytanie kogoś z uczelni amerykańskiej. - Ale istotnie, z perspektywy życia w kosmosie do wysokich nie należą - kontynuował bardziej stanowczo niż na poprzednich mitingach. - Konwencja Galaktyczna nie pozwala na kontakt z cywilizacją o takich oscylacjach jak wasze.
Korwetta spięła się nieco, widząc, że rozmowa wkracza na drażliwy temat. Ale wciąż nie czuła niepokoju Tragueriego. Studenci byli też wyciszeni jak rzadko, jakby całkiem pochłonięci.
- Więc mieliśmy szczęście z powodu pecha Cothleya? - zapytał któryś z nich.
- Szczęście i pech nie istnieją - odrzekł zaraz koryfer. - To po prostu sploty wibracji.
- To jakim splotem koryf Cothleya się tu znalazł? - Kadet szybko połapał się w przekazie.
Tragueri nabrał światła w drzewkowatą sieć stiamów, co było widoczne dla ludzi.
- Zostawmy to na razie, bo to długa historia - przyhamował studenta. - I wolałbym, by on sam ją wam przekazał. Ja skończę odpowiedź na pytanie drugie: wibrację miłości rozpoznaje się po jej własnościach. Kto jej w pełni doświadczył, zawsze ją rozpozna. Ale spróbuję opisu waszymi pojęciami. Ma więc składowe takie jak: zachwyt, czułość, chęć opieki, bezpieczeństwo. Ale i lekkość, swobodę, radość. Przejawia się też czuciowiedzą, mocą i pełnią ekspresji. I co najważniejsze, ma wielki potencjał uzdrawiania. Bezwarunkowa miłość wpada w najwyższy rejestr wibracji, choć i ona zawiera frakcje. W ten sposób odpowiem na pytanie trzecie: frekwencje miłości są cenne dla każdej żywej istoty. Ich deficyt prowadzi do degradacji życia, a nawet śmierci. Jeśli chcemy szybkiego uzdrowienia, warto dostarczyć organizmowi te właśnie wibracje.
Słuchacze zamilkli. Trudno im było podjąć dyskusję na temat zjawisk, których nie badali metodami naukowymi. Wtedy odezwał się profesor biologii z akademii syberyjskiej.
- Rozumiem, że ta wysoka częstotliwość jest zbawienna dla Uldryjczyków - zaczął. - Ale czy jest równie dobrotliwa dla Ziemian?
Korwetta odczuła, że Tragueriego ucieszyło to pytanie.
- Jak wspomniałem, to wibracja wspierająca życie - odpowiedział zaraz. - Skoncentrowana na Ziemi podniesie tu jakość życia. Najogólniej, rozpocznie intensywne procesy uzdrawiania.
Profesor z SYB-u na ekranie klasnął w dłonie.
- Czyli gdyby ten eksperyment... - zawiesił głos - skończył się sukcesem, to skorzystają nie tylko Uldryjczycy, ale i Ziemianie?
- W ogólnym rozrachunku z pewnością tak - potwierdził Tragueri.
- A porażka niczym nam nie grozi?
- Nie - odrzekł pewnie koryfer. - Wtedy po prostu nie dojdzie do syntezy. Ale nic złego nie może powstać przy koncentracji właściwej intencji. A tego będziemy pilnować.
Wtedy powstał dowodzący szkołą admirał Hold. Jak niewielu w tej szkole miał szczupłą, niewysoką, choć dobrze zbudowaną treningiem sylwetkę. Jego ścięte na jeża włosy mocno przyprószyła już siwizna.
- Skoro więc nie ponosimy żadnego ryzyka, a obie rasy mogą skorzystać na eksperymencie... - przerwał i powiódł wzrokiem po sali - dlaczegóż by go nie podjąć?
Korwetta lubiła to bystre wejrzenie szarych oczu dowódcy - nie stalowych, lecz ciepłych. Wierzyła w jego dobre intencje, odkąd go poznała. Podobnie jak w intencje Tragueriego, który teraz przytaknął ruchem wieńca, ale chwilowo zamilkł. Dlaczego?
Robert miał wrażenie, że Uldryjczyk chce coś dodać. Zaintrygowany podniósł rękę. Tragueri zaraz skinął w jego stronę. Korwetta powiedziała: "Tak, komandorze?". Nadawca co prawda użył terminu: "koryferze", który po uldryjsku oznaczał nie tylko dowodzenie załogą, ale też budowanie jej energii. Wolała jednak użyć zrozumiałej dla ludzi rangi.
- Powiedziałeś wcześniej - zaczął Robert i posłał mu przenikliwe, trochę jakby nieufne spojrzenie czarnych jak węgle oczu - że Ziemianie skorzystają w ogólnym rozrachunku. Czy jednak przed ostatecznym wynikiem mogą pojawić się trudności?
Tragueri skierował ku niemu niemal wszystkie oczy wieńca.
- Tak, Robert, wiedziałem, że ktoś o to zapyta. I nawet przypuszczałem, że to będziesz ty - odrzekł ustami Korwetty.
Koryfer sprawiał wrażenie rozbawionego i zasmuconego zarazem, co dawało się też poznać po zmiennym tembrze wydawanych przez niego dźwięków.
- Tak, mogą się pojawić, jak zwykle przy pracy z wysokimi wibracjami. - Zamilkł na chwilę. - Zanim ktoś się do nich dostroi, doświadcza faz przejściowych. Podczas uzdrawiania aktywizują się typowe dla osoby zapisy pamięci, nazwijmy je wzorcami, które mają potencjał wywoływania bolesnej rzeczywistości. - Znów przerwał, dając słuchaczom czas na namysł nad nieznaną kwestią. - Jednak w obecności kryształu sytuacja byłaby szczególna. - Kolejny raz zawiesił transmisję. - Kryształ stanowiłby swoisty parasol wibracyjny. Przy sukcesywnym rozpakowywaniu schowanych wzorców, którego wymaga głęboka terapia, mielibyście też solidne wsparcie wibracji "parasola", roztoczonych wokół.
Duża część słuchaczy traciła już koncentrację.
- Czy to oznacza, że będziemy sprowokowani do szybkiego rozwoju? - Robert wciąż nadążał za tokiem wywodu. - Także poprzez uzdrowienie traum?
Tragueri przytaknął, pochylając do przodu połowę ciała.
- Tak właśnie - potwierdził. - I to jest decyzja, którą dajemy wam do podjęcia. - Omiótł salę ruchem wieńca. - Odbieram w waszej zbiorowości myśli: Na szczęście nie każdy nosi traumę. Otóż zapewniam, że każdy z was nosi, i to w sporej ilości. Czasami od bardzo dawna. Zastanówcie się zatem dobrze, czy tego chcecie. Bo zanim ropiejące rany się zabliźnią, ich przecięcie zaboli. Przetnie je właśnie kryształ, który jednocześnie przyspieszy zabliźnianie.
Na sali zapadło milczenie. Po długiej chwili odezwał się komandor Kajetan Brandt.
- Jeżeli nic nie stracimy, a w ostatecznym rozrachunku dużo zyskamy, to może warto zacisnąć zęby przy czyszczeniu tych niby-ran? Skoro mówisz, że z kryształem da się to wytrzymać.
- Też jestem tego zdania - odrzekł zaraz Tragueri. - Bo te, daj boże, niby-rany - Korwetta w ten sposób przetłumaczyła jego myśl: Obyście ich ból odczuli tylko na niby - i tak kiedyś przyjdzie wam oczyścić. Gdyż one, nieczyszczone, w końcu zniszczą organizm. A to dopiero boli! Ale z kryształem chwilami może być jak na... rollercoasterze. - Tu tłumaczka zastąpiła ziemskim odpowiednikiem coś, co Tragueri przywołał z własnej planety. - Dopiero wysiadając, wierzymy w zapewnienie konstruktora o pełnym bezpieczeństwie jazdy. Z tym że, podkreślam to raz jeszcze, kryształ jazdę przyspieszy, ale i zamortyzuje. To będzie nasz dar dla Ziemi w zamian za zgodę na uzdrowienie naszych bliskich. Możecie zwątpić w błogosławieństwo tego daru. Bo wydobędzie z was niechciane uczucia, wstydliwe reakcje i stare cierpienie. Czy jak wolicie: niby-cierpienie. Ale utrzyma optymalną atmosferę dla szybkiego zrzucenia tego balastu. W ten sposób ludzkość bardzo przyspieszy w rozwoju.
Rękę podniósł admirał Hold. Słuchaczy zdziwiło, że on tu prosił o głos.
- Zatem zgoda wydaje się mało ryzykowna, a bardzo obiecująca - zauważył. - Tak wynika z twoich słów, Tragueri. Ale chyba powinniśmy głosować. Pamiętajmy, że podejmujemy decyzję w imieniu całej ludzkości. Czy w ogóle mamy prawo?
Tragueri zwrócił się do niego z wibracją, którą Korwetta odczuła jako serdeczną.
- Masz rację, dowódco Alexandrze - przekazał. - To decyzja w imieniu ludzkości. Ale czy powszechne głosowanie wydaje się wam sensowne? Bo ja wyczuwam, że niewielu Ziemian jest zainteresowanych czy też gotowych do pojęcia tego, co dziś z takim trudem omawiamy. - Wysłał coś w rodzaju przeprosin za podejście protekcjonalne, ale Korwetta nie umiała ich poprawnie przekazać. - Czy nie uczciwiej zatem będzie, gdy decyzję podejmą osoby najbliższe sprawie i prawdzie? - kontynuował. - To znaczy społeczność trzech akademii astronautycznych na globie? W szczególności tej szkoły, na której terenie pogrzebany był przez tyle lat koryf Cothleya, której społeczność uczestniczyła w naszym lądowaniu, a teraz bezpośrednio z nami obcuje i najlepiej zna nasze intencje?
Admirał Hold powiódł wzrokiem po wypełnionej po brzegi sali. Przeczesał dłońmi posiwiałe skronie. Ściągnął w napięciu ciemne brwi i zajrzał w ekrany wideokonferencji.
- Zatem, Tragueri, niech decyzję podejmą trzy szkoły gwiezdne, powołane do gwiezdnych decyzji - odpowiedział. - Mamy zgodę dowódców CanAm i AcAs-Sybu. - Skinął głową ku postaciom na telebimie. - Ale niech wypowie się cała społeczność tych szkół. Przygotujmy łącza. - Wezwał gestem jednego z techników czekających przy konsoli. - Proszę wszystkich o zalogowanie się do panelu głosowania. A więc... - zawiesił na chwilę głos - ...ile osób jest za zgodą na eksperyment opisany przez gości z Uldri? - Sam, wybierając "tak", powiódł wzrokiem po ekranie, który wyświetlił wynik: 82%. - Kto jest przeciw? - Z ulgą przyjrzał się rezultatowi: 4%. - Kto się wstrzymał? - Teraz ujawniło się pozostałe 14% wraz z nazwiskami sporej części pracowników naukowych.
- Rozumiem wątpliwości kolegów naukowców co do nieznanej materii czy też energii - kontynuował Hold. - Ale czasem trzeba decydować pioniersko, i to w szybkim tempie - westchnął. - Zatem, przyjaciele z Uldri, działajcie, niech historia nam wybaczy!
Tragueri, Diavune i Rapilah pochylili z wdzięcznością wieńce głowowe w jego stronę, następnie w stronę audytorium i kolejno w stronę kamer, oddając tym gestem cześć ludzkości. Korwetta podziękowała słowami "Salamat darlam" w ich imieniu i miting został zakończony. Przybysze szybko oddalili się - zapewne by nie zwlekać z planowaną syntezą.