Frekwencja 350. Tom 1 - Aleksandra Fila

Kup ebooka

39.99 zł
28.11 zł (27,81 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PO­ŻAR

Na­stęp­nego dnia - jak ła­two było prze­wi­dzieć - w mu­rach AcAs po­ja­wiły się tłumy. Nie­mal wszy­scy pra­cow­nicy za­mel­do­wali się w swo­ich po­ko­jach już o dzie­wią­tej rano. Stu­denci na­to­miast za­jęli otwarte prze­strze­nie bu­dyn­ków lub do­stępne sale ze sprzę­tem IT. Naj­mniej pew­nie czuł się pierw­szy rok, który - choć for­mal­nie przy­jęty w sze­regi Aka­de­mii - nie miał jesz­cze wsz­cze­pio­nych w przed­ra­miona De­tek­to­rów-Lo­ka­li­za­to­rów, które po­zwa­lały po­ru­szać się swo­bod­nie po te­re­nie uczelni. Pierw­szy rok zgło­sił się tłum­nie na wsz­cze­pie­nie owego czipa i za­jął wszyst­kie ter­miny w Ośrodku Zdro­wia. Bez choćby naj­niż­szego w hie­rar­chii czwar­tego DeLo nie­moż­liwe było wej­ście na mi­ting z Ko­smi­tami o dru­giej, a o to głów­nie pierw­szo­rocz­nia­kom cho­dziło. Chcąc im do­po­móc, pra­cow­nicy IT zde­cy­do­wali się wy­ko­nać szybko ostatni etap pro­ce­dury, po­le­ga­jący na sprzę­że­niu czipa z sys­te­mem in­for­ma­tycz­nym. Tuż po po­łu­dniu za­pro­sili pierw­szy rok do bi­blio­teki. Mie­ściła się na czwar­tym pię­trze bu­dynku zwa­nego wy­kła­dówką. Dla po­dą­ża­ją­cych tam ab­sol­wen­tów Ze­społu Eks­pe­ry­men­tal­nego pro­ce­dura była krót­sza - po­nie­waż po­sia­dali już od roku czwarte DeLo, po­trze­bo­wali tylko zmiany jego opro­gra­mo­wa­nia.

Kor­wetta, jako tłu­maczka go­ści z Uldri, miała za­pew­niony wstęp na kon­fe­ren­cję. Po­sta­no­wiła jed­nak do­peł­nić pro­ce­dury w bi­blio­tece i przy oka­zji przyj­rzeć się no­wym ko­le­gom z roku. Tym­cza­sem owi ko­le­dzy jesz­cze bar­dziej chcieli przyj­rzeć się jej - słyn­nej Ko­smitce (którą nie była) czy też Hy­bry­dzie (którą była tylko ener­ge­tycz­nie), zna­nej nie tylko z trans­mi­sji spo­tkań z go­śćmi, ale też z dnia ini­cja­cji. W tym dniu, na oczach dzien­ni­ka­rzy, zo­stała prze­cież uwol­niona przez lą­du­ją­cych Uldryj­czy­ków z ro­dzaju bun­kra, w któ­rym wię­ziony był przez wiele lat ko­ryf Co­th­leya.

Gdy we­szła do bi­blio­teki, wszyst­kie oczy zwró­ciły się w jej stronę. Uśmiech­nęła się do około trzy­dzie­stu no­wych ko­le­gów i dzie­wię­ciu ko­le­ża­nek. Sta­nęła obok kum­pli z daw­nej sek­cji - Mi­chała War­dyna i Da­vida Bo­eni, któ­rzy za­wsze wi­tali ją cie­pło. Z resztą by­łego Ze­społu wy­mie­niła gest pod­nie­sie­nia dłoni. Po­nie­waż po­ru­sza­nie się po te­re­nie AcAs wy­ma­gało pod­jaz­dów na otwar­tej prze­strzeni, ubrana była jak zwy­kle w dżinsy i wy­godną bluzkę. Po­my­ślała, że czas po­brać mun­dur, i do­strze­gła z uśmie­chem prze­kory, że nie­które z ko­le­ża­nek wy­stro­iły się jak w wiel­kie święto. Zro­biła to też o dziwo Geo­r­gina Voit, która od dawna znała uroki stu­dio­wa­nia na AcAs. Jej nie­re­gu­la­mi­nowo roz­pusz­czone, ru­do­brą­zowe loki spły­wały dziś na krótką su­kienkę, która eks­po­no­wała jej kształtne ciało. Gina uni­kała wzroku Kor­wetty. Ta zaś nie łu­dziła się, że przy­wróci do­brą re­la­cję ze znaną z mści­wo­ści ko­le­żanką. Choć daw­niej współ­pra­co­wały z en­tu­zja­zmem. Ale kto tu po­wi­nien się wsty­dzić?

W tym mo­men­cie do bi­blio­teki wszedł Ro­bert w co­dzien­nej ko­bal­tówce. Dawny Ze­spół przy­wi­tał go okrzy­kami: "Cześć, ko­man­do­rze! in­struk­to­rze! sze­fie!" czy wręcz po imie­niu. Taka za­ży­łość z ofi­ce­rem sztabu za­sko­czyła świe­żych stu­den­tów. Szybko jed­nak po­ła­pali się, że ko­man­dor Bry­niar­ski to dawny in­struk­tor tych wy­tre­no­wa­nych ko­le­gów. Pa­mię­tali go nie tylko z kon­fe­ren­cji, lecz głów­nie z ma­jo­wego lą­do­wa­nia, jako tego, który igno­ru­jąc roz­kazy ów­cze­snego do­wódcy AcAs, dał szansę prze­ży­cia grupce Uldryj­czy­ków.

Wy­cho­wan­ko­wie oto­czyli Ro­berta i za­sy­pali py­ta­niami, czy przy­szedł ich od­wie­dzić. Od­po­wie­dział z uśmie­chem: "Oczy­wi­ście!". Jed­no­cze­śnie po­ka­zał Kor­wet­cie wia­do­mość na ekra­nie te­le­fonu. Zdą­żyła za­py­tać: "Zmiana go­dziny? Dla­czego?", a on od­rzec: "Nie mam po­ję­cia!", gdy ni stąd, ni zo­wąd włą­czył się alarm prze­ciw­po­ża­rowy. Obecni w sali za­marli. In­ten­syw­ność dźwięku sy­reny zwięk­szyła się jesz­cze, a z głoś­nika po­pły­nęła sen­ten­cja wy­po­wia­dana uprzej­mie, acz­kol­wiek sta­now­czo: "Ogień w bu­dynku! Na­tych­mia­stowa ewa­ku­acja wła­ściwą drogą!".

- To nie wy­gląda na ćwi­cze­nia - stwier­dził Ro­bert. - Zresztą, kto by je ro­bił przed mi­tin­giem?

- Znasz wła­ściwą drogę ewa­ku­acji stąd? - upew­niła się Kor­wetta.

- Strzałki na pod­ło­dze. Pod­jaz­dami ani win­dami nie wolno, tylko tą klatką dwa pię­tra w dół. - Otwo­rzył drzwi bi­blio­teki, a do­cie­ra­jący ha­łas sy­reny wzmógł się jesz­cze. - Po­tem obok la­bo­ra­to­riów... - Zo­rien­to­wał się, że po­wi­nien kie­ro­wać ewa­ku­acją z tej sali jako naj­star­szy rangą. - Wy­cho­dzimy bez ocią­ga­nia! - rzu­cił gło­sem nie­zno­szą­cym sprze­ciwu do pra­cow­ni­ków IT i do mło­dzieży.

Wszy­scy obecni w bi­blio­tece opu­ścili ją szybko i skie­ro­wali się na schody. Ro­bert na­rzu­cił tempo ru­chu. Przyj­rzał się ubra­niom i bu­tom chwi­lo­wych pod­opiecz­nych. Li­piec, gołe ra­miona, no i dwie dziew­czyny na ob­ca­sach!... Ze­szli po­spiesz­nie scho­dami dwa pię­tra w dół. Ro­bert otwo­rzył drzwi na ko­ry­tarz przy la­bo­ra­to­riach. I jesz­cze szyb­ciej je za­mknął.

- Uwaga, tam są pło­mie­nie - po­wie­dział z wy­mu­szo­nym spo­ko­jem.

Le­d­wie uwie­rzył w to, co wi­dzi. Dziwny był nie tylko pierw­szy w hi­sto­rii szkoły po­żar, ale też fakt, że au­to­ma­tycz­nie włą­czone ga­śnice nie ra­dziły so­bie z ogniem.

- Scho­dzimy jesz­cze ni­żej! - do­dał.

Bez słowa po­dą­żyli za nim. W gru­pie mło­dzieży dało się wy­czuć ro­snący nie­po­kój. Ro­bert pod­szedł do wej­ścia w ko­ry­ta­rzu pod la­bo­ra­to­riami, wdzięczny kon­struk­to­rowi za ma­te­riał, z któ­rego wy­ko­nano klamki. Ta też się nie roz­grzała. Po­pchnął drzwi i spoj­rzał przed sie­bie. Kilka osób zaj­rzało tam za nim i za­re­ago­wało okrzy­kami zgrozy. Su­fit stał już w pło­mie­niach. Spo­tęż­niały jesz­cze, gdy za­si­lił je tle­nem.

- Ni­żej zejść scho­dami się nie da - oznaj­mił nie­mal ser­decz­nie.

Sta­rał się nie wzmóc nie­po­koju w gru­pie, którą, są­dząc po szep­tach, ogar­niał lęk.

- Mu­simy prze­bić się tędy! - do­dał.

- Prze­cież tam się pali! - rzu­cił ro­sły chło­pak ze źle skry­waną za­dyszką.

- Nie można tu za­cze­kać na straż? - wtrą­cił ko­lejny stu­dent nie­pew­nym gło­sem.

- Nie - od­parł Ro­bert. - Za kilka mi­nut bę­dzie tu go­rąco i dym. Opcja B to ska­kać z pierw­szego pię­tra. Ale i tak mu­simy wejść w za­jęty ko­ry­tarz, bo okna są tam. - Wska­zał za­mknięte przed chwilą drzwi. - Szlag by tra­fił, aku­rat tu brak pod­jazdu! - my­ślał w po­śpie­chu.

Kilka osób, głów­nie dziew­cząt, nie po­ha­mo­wało krzy­ków. Jesz­cze ja­kiś pisk!

- Astro­nauta nie pa­ni­kuje! - rzu­cił gło­śno ko­man­dor.

To­wa­rzy­stwo uci­szyło się na­tych­miast.

- Te­raz do­brać się pa­rami, które nie mają prawa spu­ścić się z oka do końca ewa­ku­acji! - wy­dał chłodno po­le­ce­nie.

Pod­opieczni, z in­for­ma­ty­kami włącz­nie, usta­wili się dwój­kami. Ro­bert wy­jął ko­mórkę i umyśl­nie wy­brał tryb gło­śno­mó­wiący. Nu­mer zgło­sił się na­tych­miast.

- Kaj, scho­dzi­cie z auli?

- Tak, tłum nie­ludzki - od­po­wie­dział mę­ski głos.

Kor­wetta z miej­sca roz­po­znała ko­man­dora Ka­je­tana Brandta.

- Mu­sisz nam po­móc, Kaj. Scho­dzę z pierw­szym ro­kiem z bi­blio­teki i la­bo­ra­to­ria płoną. Prze­bie­gniemy ko­ry­ta­rzem pod nimi. Mu­simy wbić się w wa­szą drogę ewa­ku­acji. Za­trzy­maj ten tłum, ple­ase, i spójrz, jak wy­gląda ko­niec ko­ry­ta­rza!

- Robi się - rzu­cił Ka­je­tan.

Po chwili sły­chać było na­wet tu­taj jego po­tężny głos. Zgod­nie z umową usta­wiał zbie­ga­ją­cych główną drogą ewa­ku­acyjną.

- Zaj­rza­łem w te drzwi - kon­ty­nu­ował po chwili do te­le­fonu Ka­je­tan. - Go­rąco, su­fit w pło­mie­niach, ale po­win­ni­ście przejść. Daj znać, jak ru­szy­cie, to je otwo­rzę.

Ro­bert zwró­cił się do czter­dzie­stu dwu osób cze­ka­ją­cych pa­rami na scho­dach:

- Mi­chał z Da­vi­dem, pro­wa­dzi­cie. Na mój sy­gnał ru­sza­cie bie­giem. Do drzwi otwar­tych przez Ka­je­tana.

Wy­wo­łani po­de­szli do niego i ski­nęli po­słusz­nie.

- Ko­lejne pary za nimi. - Po­kie­ro­wał kil­ka­na­ście osób do przodu. - Her­bert i Fi­lip, zrób­cie sio­dło dla tej panny w ob­ca­sach!

- Sze­fie, szyb­ciej po­bie­gniemy, jak we­zmę ją na plecy - pod­po­wie­dział Her­bert.

- Do­bra! - Ro­bert po­mógł naj­le­piej zbu­do­wa­nemu ka­de­towi wsa­dzić dziew­czynę okra­kiem na bio­dra. - Fi­lip z Kor­wettą, ubez­pie­cza­cie z tyłu. Gina, ty po­bie­gniesz w tych ob­ca­sach?

- Ja­sne! W ra­zie czego mogę zdjąć buty! - od­krzyk­nęła na­tych­miast ka­detka Voit.

- O ile pod­łoga nie jest go­rąca! Te­raz in­for­ma­tycy, pa­rami przede mną!

Kor­wetta opu­ściła Fi­lipa i cof­nęła się do Ro­berta.

- A ty gdzie masz być!? - krzyk­nął do niej bez kur­tu­azji.

Po­kor­nie wró­ciła na miej­sce, my­śląc, że spoko, że chyba nie dzieje się dra­mat.

- Kaj, ru­szamy! - rzu­cił Ro­bert do te­le­fonu i otwo­rzył drzwi.

Mi­chał z Da­vi­dem wsko­czyli w nie na­tych­miast, pro­wa­dząc resztę grupy. Do­strze­gli za­raz wyj­ście otwie­ra­jące się na końcu ko­ry­ta­rza. Su­fit za­skwier­czał groź­nie, a nie­bie­skawo-czer­wone pło­mie­nie roz­peł­zły się łap­czy­wie. Nie się­gnęły jed­nak głów bie­gną­cych. Ro­bert wy­pusz­czał lub wręcz wy­py­chał ocią­ga­ją­cych się ka­de­tów, po­wta­rza­jąc co ja­kiś czas ma­giczne: "Da­cie radę, astro­nauci!".

In­for­ma­tycy o dziwo nie tra­gi­zo­wali. Kar­nie ru­szali w pło­nący prze­smyk. Pra­cu­jąc na AcAs, pod­dali się mi­li­tar­nemu re­żi­mowi. W końcu i Ro­bert wbiegł w ko­ry­tarz i po­dą­żył za nimi. Było tu już sporo dymu, ale dało się prze­biec. Jesz­cze... Wszy­scy wpa­dli bez­piecz­nie w drzwi ase­ku­ro­wane przez ko­man­dora Brandta i po­pę­dzili scho­dami w dół do głów­nego wyj­ścia. Wtedy Ka­je­tan od­blo­ko­wał ruch z góry i wmie­szał się w zbie­ga­jący tłum.

Pod­opieczni Ro­berta wy­do­stali się przed bu­dy­nek. W mar­szu ka­zał im spraw­dzić, czy wi­dzą swoje pary. W końcu się za­trzy­mali.

- I co te­raz, ko­man­do­rze? - za­py­tał ja­kiś ka­det.

- Te­raz można bez­piecz­nie za­py­tać: What the fuck!?... - Ro­bert od­pu­ścił so­bie do­wo­dze­nie.

Za­raz też do­padł go bie­gnący z bu­dynku Ka­je­tan.

- Co to było, do kurwy nę­dzy!? - rzu­cił zi­ry­to­wany.

- Są­dząc z nie­sku­tecz­no­ści na­szych ga­śnic, pew­nie ja­kaś fo­to­che­mia - od­po­wie­dział mu już spo­koj­nie ko­lega.

- Spójrz, za­sło­nili krysz­tał! - Ka­je­tan wska­zał naj­waż­niej­szy frag­ment placu tre­nin­go­wego. - I od­le­cieli!? - zdzi­wił się, nie wi­dząc uldryj­skiego bo­li­daru.

- Nie, sta­tek jest nad na­szą wy­kła­dówką! - za­uwa­żył Ro­bert.

Rze­czy­wi­ście, sta­lo­wo­zie­lona elip­so­ida wi­siała nad ewa­ku­owa­nym bu­dyn­kiem. Wy­pu­ściła z dol­nego włazu nie­bie­skawy sto­żek ja­kiejś za­wie­siny czy może pola si­ło­wego.

- Pod­nie­śli sta­tek, by ga­sić nasz po­żar! - skon­sta­to­wał Ka­je­tan.

- Albo swój po­żar - po­pra­wił Ro­bert.

- My­ślisz, że to ten krysz­tał? - za­czął ko­ja­rzyć Brandt. - Po­tężna wiązka świa­tła, czy po­dob­nej fali, zak­ty­wi­zo­wała coś w na­szym la­bo­ra­to­rium?

- Chyba. Za­pa­liło się około dwu­na­stej, gdy słońce świeci naj­sil­niej.

- Cie­kawe, jak się będą tłu­ma­czyć - pod­su­mo­wał Ka­je­tan.

Zbli­żył się do grupy ka­de­tów, któ­rymi przed chwilą do­wo­dził. Na placu gro­ma­dzili się stu­denci ko­lej­nych lat. Ka­dra spraw­dzała, czy nikt nie zo­stał w bu­dynku.

Ro­berta oto­czyło za­raz kilka dziew­cząt z pierw­szego roku. Od­cięły na­wet do­stęp chło­pa­kom. Za­da­wały na prze­mian py­ta­nia, we­dług Kor­wetty na­iwne i nie­istotne. Znowu te sa­mi­cze re­ak­cje na li­dera, to ja­kaś plaga!, po­my­ślała z nie­chę­cią. I obawą, która - choć ir­ra­cjo­nalna - nie dała się opa­no­wać.

Ro­bert wy­do­stał się z kręgu i jak ni­gdy na uczelni, ob­jął ją ra­mie­niem. Nie ści­sza­jąc głosu, po­wie­dział:

- Prze­pra­szam, ko­cha­nie, że na cie­bie na­wrzesz­cza­łem, ale nie rób tego wię­cej.

Uśmiech­nęła się do niego, uspo­ko­jona.

- Ode­szłam, bo za­gro­że­nie było małe - od­parła też otwar­cie. - Ale chyba nie umia­ła­bym cię zo­sta­wić, gdyby na­prawdę dział się dra­mat - przy­znała szcze­rze.

Ich roz­mowa wzbu­dziła za­in­te­re­so­wa­nie ka­de­tów. Żyw­sze na­wet niż lą­du­jący na daw­nym miej­scu uldryj­ski bo­li­dar, który skoń­czył wła­śnie mi­sję ra­to­wa­nia bu­dynku. Mło­dzi stu­denci, nie­świa­domi re­la­cji tych dwojga, zdra­dzali te­raz po­mie­sza­nie.

- Dla­tego wła­śnie pary nie po­winny la­tać na tej sa­mej jed­no­stce - od­po­wie­dział Ro­bert.

Wtedy zna­la­zła się przy nich Gina.

- Ale gdyby tak się zda­rzyło, to za­cho­wał­byś się zgod­nie z re­gu­la­mi­nem? - zwró­ciła się do by­łego wy­cho­wawcy. - I nie chro­nił­byś Kor­wetty bar­dziej niż in­nych?

Za­re­ago­wał krzy­wym uśmie­chem.

- Przy śmier­tel­nym za­gro­że­niu, po­ję­cia nie mam! - od­po­wie­dział, za­ska­ku­jąc nie tylko Ginę.

- To ja­kie jest uczciwe wyj­ście? - kon­ty­nu­owała ru­do­włosa ka­detka.

- Za­wie­sić chwi­lowo to, co nas łą­czy? - pod­po­wie­działa Kor­wetta.

- Nie­re­alne - od­rzekł Ro­bert. - Po pro­stu nie wej­dziesz na sta­tek, któ­rym do­wo­dzę - do­dał sta­now­czo. - A przy­naj­mniej nie po­win­naś - spro­sto­wał, wi­dząc jej ga­snący uśmiech.

Spoj­rzał na swoje lewe przed­ra­mię, bo wy­czuł sy­gnał wy­da­wany przez DeLo. Jego było ze­rowe - szta­bowe, naj­wyż­sze w uczel­nia­nej hie­rar­chii.

- Hold mnie wzywa do tu­lexu - rzu­cił do Kor­wetty.

I ru­szył w stronę okrą­głego po­jazdu słu­żą­cego jako awa­ryjne miej­sce do­wo­dze­nia, z któ­rego ad­mi­rał sko­rzy­stał naj­wy­raź­niej z po­wodu po­żaru. Kor­wetta stała chwilę w mil­cze­niu, po czym po­bie­gła za Ro­ber­tem. Z tru­dem do­trzy­my­wała mu kroku.

- Dzięki za to, co zro­bi­łeś, to był maj­stersz­tyk! - po­wie­działa.

- Co, ewa­ku­acja? - za­śmiał się. - Mo­gli­śmy jesz­cze wyjść na dach, Ko­smici by nas zgar­nęli.

- Nie. To jak od­sta­wi­łeś te la­ski. Można było mie­rzyć w me­trach, jak na­bie­rały dy­stansu.

Przy­gryzł usta, uda­jąc po­wagę.

- Wi­dzia­łem, że wcze­śniej nie mia­łaś się naj­le­piej - przy­znał.

- Znów do­pa­dała mnie za­zdrość - wes­tchnęła. - To pa­ra­noja. Ale do­ce­niam, że mi po­ma­gasz.

Od­wró­cił się do niej, nie zwal­nia­jąc kroku.

- A skąd wiesz - uśmiech­nął się prze­wrot­nie - że nie za­zna­czy­łem też swo­jego te­renu? Wo­bec chło­pa­ków z two­jego roku?

Za­trzy­mała go na dro­dze.

- Na­prawdę to zro­bi­łeś? - Ro­ze­śmiała się.

- Je­śli tak, to le­d­wie świa­do­mie. - Mru­gnął do niej.

Cmok­nęła go w po­li­czek, nie ba­cząc na re­gu­la­miny. I za­raz od­bieg­ła do swo­jej grupy. Wkrótce sama zo­stała we­zwana do uldryj­skiego bo­li­daru.

MIE­SIĄC WSPÓŁ­IST­NIE­NIA

Dni nie do od­two­rze­nia, nie do prze­ce­nie­nia i nie do od­zy­ska­nia. My - oszo­ło­mieni, upo­jeni aurą przy­by­szów - za­chły­snę­li­śmy się na­dzieją. Oni - opa­no­wani, ra­dzi z od­na­le­zie­nia swo­ich tu, w re­wi­rze ob­cego słońca - od­dali się przy­wra­ca­niu im spraw­no­ści. An­ga­żo­wali się też uczci­wie w spo­tka­nia z nami. Nad­mor­skie mia­sto Sol­land trwało w sta­nie eks­cy­ta­cji od mo­mentu lą­do­wa­nia go­ści z Uldri. W Aka­de­mii Astro­nau­tyki - mi­li­tar­nej uczelni, dla któ­rej me­tro­po­lia po­wstała - ty­powe ak­tyw­no­ści ze­szły na boczny tor. Kli­mat Sol­landu in­spi­ro­wał Zie­mię nie tylko ka­na­łami mass me­diów. Wi­bro­wał też na­ma­cal­nie w ete­rze, bu­dząc w lu­dziach ma­rze­nia. To był czas, kiedy Oni na­prawdę żyli po­śród Nas!

Z dzien­ni­ków "In­ter­stel­lar, czyli po omacku do gwiazd"

Dla nie­mal peł­no­let­niej już Kor­wetty Bur­chard był to czas szczę­ścia. Świa­doma rzew­nej hi­sto­rii swo­jego imie­nia wo­lała zde­cy­do­wa­nie skrót "Wett", który Ro­bert wy­ma­wiał tak, by od­dać psze­niczny ko­lor jej wło­sów. Mie­siąc temu, w pa­mięt­nym dniu kon­taktu, unik­nęła śmierci cu­dem, wy­kre­owa­nym przez wielu. Prze­ło­mową rolę ode­grał ma­newr lą­du­ją­cych Ko­smi­tów. Z ry­zy­kanc­kiej asy­sty i udziału stu­den­tów tłu­ma­czył się ko­man­dor Bry­niar­ski. Wcią­gnięta w cen­trum ak­cji Kor­wetta wy­ło­niła się wów­czas ze spo­łecz­nego cie­nia - tylko ona mo­gła pod­jąć rolę tłu­maczki obu cy­wi­li­za­cji.

Uldryj­czycy nie­wiele wy­ra­żali gło­sem, a je­śli już wy­da­wali dźwięki, można było po­zaz­dro­ścić im ich za­kresu. Się­gał bo­wiem re­je­strów nie­do­stęp­nych ludz­kiemu uchu. Jed­nak nie to było prze­szkodą w kon­tak­cie, tylko słaba prze­kła­dal­ność jed­nego ję­zyka na drugi. Dla­tego roz­mowa po­le­gała na od­bio­rze i emi­sji my­śli jako wi­bra­cji ener­gii, a uprasz­cza­jąc po ludzku - na te­le­pa­tii.

Kor­wetta prze­szła w tym chrzest bo­jowy przy eks­tre­mal­nych emo­cjach, które to­wa­rzy­szyły lą­do­wa­niu przy­by­szów. W obec­nych, spo­koj­niej­szych dniach mie­wała wąt­pli­wo­ści, czy do­brze tłu­ma­czy in­ten­cje ko­ry­fera Tra­gu­eriego - uldryj­skiego ka­pi­tana. Jego cier­pli­wość i ak­cep­ta­cja utwier­dzały ją jed­nak w prze­ko­na­niu, że może ufać swo­jemu od­bio­rowi. Czego chcieli go­ście od Ziemi? Wy­ru­sza­jąc z Uldri, ni­czego poza od­na­le­zie­niem za­gi­nio­nej tu wcze­śniej eks­pe­dy­cji Co­th­leya - pio­nier­skiego ko­ry­fera, wiel­bio­nego na ro­dzi­mej pla­ne­cie. Po­tem uznali z po­korą, że Zie­mia stała się dla nich miej­scem te­stu i na­uki, choć śred­nia wi­bra­cyjna była tu za ni­ska na bez­pieczny kon­takt. Jak jed­nak po­ka­zał mo­ment współ­dzia­ła­nia przy lą­do­wa­niu, Zie­mia­nie (znani po­dobno w ko­smo­sie jako Ma­ha­bo­ria­nie) zdolni byli do za­ska­ku­ją­cych i po­moc­nych wzlo­tów fre­kwen­cji.

Kor­wetta po­znała Co­th­leya prze­lot­nie - o ile można tak na­zwać kon­takt z jego szkie­le­tem. Wi­działa go tylko raz pod­czas wi­zyty w ka­bi­nie bo­li­daru - statku mię­dzy­gwiezd­nego, za­par­ko­wa­nego na głów­nym placu AcAs, czyli Aka­de­mii Astro­nau­tyki. Bo­li­dar ce­lowo lą­do­wał tu­taj, a nie na od­da­lo­nym nieco ko­smo­dro­mie, a te­raz tkwił jak me­mento po­śród bu­dyn­ków uczelni. Nie po­zwa­lał za­po­mnieć o uszko­dzo­nych cia­łach na po­kła­dzie. Mimo od­strę­cza­ją­cego wy­glądu Co­th­ley­owych ko­ści i stia­mów - twar­dych czę­ści układu świa­tło­chłon­nego - Kor­wettę ude­rzyła bi­jąca zeń prze­dziwna tkli­wość, a za­ra­zem siła. Co­th­ley ro­bił wra­że­nie, na­wet tak nie­kom­pletny. Na szczę­ście żył i miał się le­piej niż w chwili od­na­le­zie­nia.

Ską­d­inąd jego wy­gląd w oczach Zie­mian był nie­wiele gor­szy od wy­glądu zdro­wych Uldryj­czy­ków, gdyż ludz­kie oko nie od­bie­rało w ca­ło­ści ich widma. Dla­tego przy­by­sze nie po­ka­zy­wali się już lu­dziom bez okry­cia, po­mni tak zwa­nego kon­taktu ze­ro­wego, który skoń­czył się tra­ge­dią ko­ryfu Co­th­leya, jak rów­nież do­wódcy sol­landz­kiej AcAs. Ra­dzili so­bie, roz­py­la­jąc lepki ae­ro­zol na nie­wi­doczne dla Zie­mian, de­li­katne war­stwy swo­ich ciał. Po tym za­biegu wy­glą­dali jak mie­niące się tę­czo­wymi kro­plami me­duzy czy też ameby z wto­pio­nym w ciało ciem­nym drzew­kiem szkie­letu. Te po­kaźne istoty swo­bod­nie po­ru­szały się w po­wie­trzu, na­bie­ra­jąc cza­sem du­żych pręd­ko­ści. Wi­dok był w su­mie sym­pa­tyczny, zwłasz­cza po przy­zwy­cza­je­niu się do niego. Ale we­dług sa­mych przy­by­szów nie miał on wiele wspól­nego z praw­dziwą fe­erią barw ich świe­tli­stych ciał. Barwy te nie były przy­pad­kowe - od­da­wały po­ziom ogól­nego roz­woju i sa­mo­po­czu­cia miesz­kańca Uldri.

Na szkie­let Co­th­leya nie dało się ni­czego roz­py­lić, gdyż bra­ko­wało mu wierzch­niej war­stwy ciała. Tra­gu­eri wy­ja­śnił Kor­wet­cie, że stan Co­th­leya - choć lep­szy niż po­zo­sta­łych człon­ków fe­ral­nego ko­ryfu, od­osob­nio­nych w spe­cjal­nej ka­ju­cie - jest wciąż zły. Nie­wy­star­cza­jąco się po­pra­wił mimo re­ani­ma­cji na pla­ne­to­idzie Eros, słu­żą­cej te­raz Ko­smi­tom za bazę, na któ­rej wpro­wa­dzili wiele wa­run­ków wła­snej pla­nety. Naj­wy­raź­niej po­trzebna była sil­niej­sza in­ter­wen­cja. Tra­gu­eri i jego przy­boczni (po uldryj­sku try­fe­rzy) ob­my­ślali plan do­pro­wa­dze­nia ko­ryfu Co­th­leya do stanu, który po­zwo­liłby na trans­port do oj­czy­zny. ­Co­raz czę­ściej wspo­mi­nali o syn­te­zie ja­kie­goś krysz­tału po­przez sy­ner­gię emi­sji po­bli­skich ciał nie­bie­skich. Tego jed­nak Kor­wetta nie pod­jęła się tłu­ma­czyć, gdyż prze­kra­czało to jej - i tak sze­ro­kie - moż­li­wo­ści poj­mo­wa­nia nie­zna­nych Ziemi zja­wisk.

Moż­li­wo­ści te za­ist­niały wsku­tek zu­chwa­łego ze­spo­le­nia w jej em­brio­nie cech ziem­skich i uldryj­skich. Do­ko­nał tego przed osiem­na­stu laty nie kto inny, tylko ko­ry­fer Tra­gu­eri, w ra­mach nie­jaw­nej eks­pe­dy­cji na Zie­mię. Kor­wetta do­świad­czała te­raz wąt­pli­wej ła­ski by­cia hy­brydą. Do­brze, że choć fi­zycz­ność mam w pełni z pla­nety, na któ­rej przy­szło mi żyć!, my­ślała nie­raz z iro­nią. Nie pod­dała się do­głęb­nym ba­da­niom bio­lo­gii jej ciała, gdyż do­piero nie­dawno od­kryła, że jest skut­kiem ko­smicz­nego eks­pe­ry­mentu. Nie zdą­żyła albo uni­kała te­matu...

W końcu żad­nych za­strze­żeń do jej ciała nie zgła­szał męż­czy­zna jej ma­rzeń, speł­nio­nych też przed mie­sią­cem - dwu­krot­nie od niej star­szy ko­man­dor Ro­bert Bry­niar­ski. Oka­zał się jed­nak za młody, by po kry­zy­sie wła­dzy ob­jąć sta­no­wi­sko Szefa Bez­pie­czeń­stwa sol­landz­kiej Aka­de­mii Astro­nau­tyki. Wi­ce­ad­mi­rał Ale­xan­der Hold, który prze­jął do­wo­dze­nie uczel­nią po zmar­łym tra­gicz­nie ad­mi­rale Ste­ve­nie Fu­gle­rze, po­zo­sta­wił szta­bowi de­cy­zję co do tej new­ral­gicz­nej funk­cji. Ta­jem­nicą po­li­szy­nela było, że po­pie­rany przez Holda Ro­bert Bry­niar­ski, któ­rego bra­wu­rze Uldryj­czycy za­wdzię­czali oca­le­nie ko­ryfu Co­th­leya, a Kor­wetta ży­cie, nie mógł stać na straży bez­pie­czeń­stwa Aca­demy of Astro­nau­tics in Sol­land. Nie tyle z po­wodu wieku, ile dla­tego, że we wspo­mnia­nej ak­cji po­gwał­cił pro­ce­dury mi­li­tar­nej uczelni. On sam zaś - zde­gra­do­wany przez Fu­glera i za­raz przy­wró­cony w ran­dze przez Holda - o awan­sie nie ma­rzył. Był wdzięczny przy­by­szom za ob­ró­ce­nie tu­tej­szego dra­matu w... no wła­śnie, w co? Naj­pierw w wy­cze­kany stan rów­no­wagi, po­tem w chwiejny, ale wy­raźny pro­gres.

Bry­niar­ski prze­ko­nał się, że nie­ła­two na­dą­żać za in­wen­cją go­ści z Uldri, ale ob­ser­wo­wał ich z po­dzi­wem. Wszystko wy­da­wało się przy nich pro­ste, płynne i tak po­zba­wione ogra­ni­czeń, że aż obce przy­wyk­łym do trudu Zie­mia­nom. Ro­bert uwie­rzył pra­wie, że przy­by­sze znajdą spo­sób na uzdro­wie­nie swo­ich ran­nych. Bo i czas zda­wał się z nimi współ­pra­co­wać. Jed­no­cze­śnie do­strzegł, że w ich obec­no­ści kon­tak­tuje się z nie­chcia­nymi uczu­ciami, co mniej mu się po­do­bało. Ale ta­kich sta­nów do­świad­czał już w obec­no­ści Kor­wetty i mu­siał przy­znać, że choć mało mę­skie, roz­pusz­czały ży­ciowy ba­last.

At­mos­fe­rze od­re­al­nie­nia Ro­bert za­wdzię­czał pew­nie też to, że w śro­do­wi­sku nie wy­ty­kano mu związku z Kor­wettą. W obec­nej optyce był to zwią­zek z mię­dzy­ra­sową tłu­maczką o uldryj­skim ry­sie, a nie z dziew­czyną tuż po ma­tu­rze. Nie­któ­rych za­sta­na­wiało, czy Bry­niar­ski cza­sem nie miał z nią ro­mansu, gdy była jesz­cze uczen­nicą Ze­społu Eks­pe­ry­men­tal­nego, który pro­wa­dził z ra­mie­nia AcAs. Mało kto wie­dział, że ostat­nią klasę ukoń­czyła poza Ze­spo­łem. W jej oczach ta ba­ni­cja była skut­kiem przy­ziem­nego ir­ra­cjo­nal­nego lęku zbyt po­praw­nego ko­man­dora. W końcu jed­nak się opa­mię­tał, my­ślała z sa­tys­fak­cją, wi­dząc, że prze­stał mie­rzyć ją ste­reo­ty­pami. Choć i ją do­pa­dały cza­sem, ba­nalne jej zda­niem, ziem­skie miary w po­staci ko­men­ta­rzy ko­le­gów. Od­wal­cie się, hi­po­kryci!, od­po­wia­dała im wtedy w my­śli. Nie ma­cie po­ję­cia, ja­kim kosz­tem wy­rwa­li­śmy światu to, co mamy!

Funk­cji Szefa Bez­pie­czeń­stwa AcAs nie ob­jął też ró­wie­śnik i przy­ja­ciel Ro­berta - ko­man­dor Ka­je­tan Brandt - z nie­poda­wa­nych do wia­do­mo­ści pu­blicz­nej po­wo­dów. Sztab Aka­de­mii za­mie­rzał po­wie­rzyć ją, star­szemu nieco od oby­dwu, ko­man­do­rowi Eri­cowi War­re­nowi. Wiel­kiego wy­boru nie było, gdyż naj­star­szych ofi­ce­rów zde­gra­do­wano za współ­pracę z de­mo­nicz­nym ad­mi­ra­łem Fu­gle­rem. Co do rze­tel­no­ści elekta War­rena, gra­ni­czą­cej w oczach wielu ze sztyw­no­ścią za­sad, nie było wąt­pli­wo­ści. Ale Eric War­ren ja­koś nie pa­so­wał do la­bil­nej cza­so­prze­strzeni (jak zwali obecny stan rze­czy astro­nauci z AcAs), którą zda­wali się wy­twa­rzać przy­by­sze. Gu­bił się nieco w roli stróża po­rządku w chwili, gdy po­rzą­dek spon­ta­nicz­nie na­rzu­cali Uldryj­czycy. Iry­to­wało go wy­raź­nie, że po­sie­dze­nia sztabu i se­natu za­stą­piły te­raz mi­tingi z udzia­łem ca­łej spo­łecz­no­ści Aka­de­mii, pod prze­wod­nic­twem istoty zwa­nej Tra­gu­erim. Ob­wiesz­czała je Kor­wetta i ona je tłu­ma­czyła. Cza­sem w tych wie­cach brały udział na­wet trzy obce istoty, któ­rym w su­mie nie dało się nic za­rzu­cić, ale War­ren wo­lałby, by jak naj­szyb­ciej opu­ściły Zie­mię.

Nie­stety więk­szość ka­dry za­chwy­ciła się moż­li­wo­ściami, ja­kie da­wała ob­ser­wa­cja przy­by­szów. Ko­le­dzy ko­man­dora War­rena chło­nęli wie­ści o ży­ciu w skali szer­szej od ziem­skiej. Na każ­dym z wie­ców stu­denci i pra­cow­nicy szkoły nie­mal spi­jali słowa z ust Ko­smi­tów, a wła­ści­wie z ust Kor­wetty. Dziew­czyny zna­nej wcze­śniej War­re­nowi jako jedna z uczen­nic ze­społu, który Bry­niar­ski przy­go­to­wy­wał do stu­diów astro­nau­tycz­nych, a od nie­dawna jako jego ko­chanka. Cóż ro­bić, skoro do­wo­dzący te­raz ad­mi­rał Hold to­le­ro­wał, a na­wet wspie­rał za­równo Uldryj­czy­ków, jak i Kor­wettę!

Bry­niar­ski za­skar­bił też so­bie względy obec­nego pre­zy­denta Sol­landu, któ­remu zbie­giem oko­licz­no­ści ura­to­wał wnuka w cha­osie uldryj­skiego lą­do­wa­nia. No cóż, Eric War­ren opu­ścił wów­czas miej­sce ry­zy­kow­nych zda­rzeń, nie zo­sta­wia­jąc pre­zy­den­towi na­dziei. Ale każdy roz­sąd­nie my­ślący czło­wiek by tak po­stą­pił, ra­tu­jąc przy­naj­mniej sie­bie od nie­mal pew­nej śmierci. Nie można prze­cież li­czyć na cuda! War­ren nie spo­dzie­wał się więc te­raz ser­decz­nego wspar­cia władz mia­sta czy też rządu Re­gionu Od­zy­ska­nego, który też ho­łu­bił przy­by­szów z ko­smosu. Ale szef bez­pie­czeń­stwa in spe zda­wał so­bie sprawę, że sym­pa­tia władz na pstrym ko­niu jeź­dzi i nie­jed­no­krot­nie zmieni się jesz­cze po­li­tyka. Po­li­tyką zaś nie warto zbyt­nio za­wra­cać so­bie głowy, bo szcząt­kowe ar­mie re­gio­nów pla­nety już pra­wie w ca­ło­ści się roz­bro­iły. Na­to­miast Aka­de­mie Astro­nau­tyki, w za­mie­rze­niach trzy prężne ra­miona współ­dzia­ła­jące przy pe­ne­tra­cji ko­smosu, jak też chro­niące Zie­mię przed ewen­tu­alną z niego in­wa­zją, broń po­sia­dać mu­siały, i to nie byle jaką. I sol­landzka Aka­de­mia użyła jej przed ćwierć­wie­kiem, czego owoce wła­śnie zbie­rała. O ile więc rządy, nie­zo­rien­to­wane w szcze­gó­łach ba­dań ko­smosu, nie na­rzu­cały Aka­de­miom swo­jej woli, zwłasz­cza te­raz, gdy uldryj­ska wie­dza była trudna do po­ję­cia na­wet dla ko­smo­lo­gów, o tyle spo­łe­czeń­stwo wy­ma­gało od do­wód­ców AcAs przej­rzy­sto­ści i mo­ral­no­ści. I w tej kwe­stii wi­zje War­rena i Bry­niar­skiego nie za­wsze były spójne. Ale to też nie spę­dzało snu z po­wiek pierw­szemu z nich, mimo chwi­lo­wej po­pu­lar­no­ści dru­giego. Al­bo­wiem za po­tknię­cia mi­li­tar­nej uczelni roz­li­czany był głów­no­do­wo­dzący ad­mi­rał, któ­rego wspie­rał w de­cy­zjach sztab i se­nat... Cie­kawe, jak Hold za­re­aguje na uldryj­ski po­mysł, który wy­kro­czy poza ludzką wie­dzę?, my­ślał Eric War­ren, sły­sząc wzmiankę o ja­kiejś sy­ner­gii czy syn­te­zie ener­gii gwiazd. Za­ufa bez­gra­nicz­nie tym me­du­zom, czy jed­nak bę­dzie ostrożny?

OBIET­NICA

Gdy Kor­wetta do­tarła do miesz­ka­nia, rzu­ciła do Ro­berta już od progu:

- Twoja była omal mnie nie uwa­liła!

Szybko pod­niósł się od kom­pu­tera.

- Sły­sza­łem, że chciała cię skie­ro­wać na te­sty - od­rzekł spo­koj­nie. - Na pewno wy­szłoby u cie­bie nad­mierne po­le­ga­nie na so­bie. - Pod­szedł i zlu­stro­wał ją wzro­kiem, w któ­rym nie do­szu­kała się współ­czu­cia. - I nie sko­men­tuję tego "twoja była".

Za­śmiała się iro­nicz­nie.

- Nie ko­men­tuj, bo trzeba po­pra­wić liczbę. W ko­mi­sji były dwie twoje byłe. - Unio­sła pa­lec środ­kowy i wska­zu­jący. - Ka­pi­tan Bent była za to świetna - przy­znała. - A nie­umie­jęt­ność współ­pracy w kry­zy­sie to dys­kwa­li­fi­ka­cja astro­nauty - do­dała z nutą żalu. - Więc po te­ście od­pa­dła­bym. - Wy­szarp­nęła ta­śmę z wło­sów, sple­cio­nych cia­sno na czas eg­za­minu.

Ro­bert za­sta­no­wił się przez chwilę.

- Współ­pra­co­wać w kry­zy­sie aku­rat po­tra­fisz, nie o tym mó­wi­łem - od­rzekł. - Tylko zbyt wiele cza­sem ry­zy­ku­jesz i Gala o tym wie. Ale nie wie, że obie­ca­łaś mi tego nie ro­bić - do­dał już przy­mil­nym to­nem, któ­rym za­wsze ją roz­bra­jał. - Gra­tu­luję, stu­dentko AcAs. - Uniósł ją w górę i za­krę­cił wo­kół sie­bie.

Przy­cho­dziło mu to z lek­ko­ścią, bo sporo jej bra­ko­wało, na­wet z wy­pra­co­waną mu­sku­la­turą, do sześć­dzie­się­ciu kilo, któ­rych ocze­ki­wano na AcAs przy wzro­ście metr sześć­dzie­siąt pięć. Na szczę­ście bez ry­go­ry­zmu, by­leby so­bie ra­dziła na sy­mu­la­to­rach...

Przy­po­mniała so­bie, kiedy obie­cała Ro­ber­towi ogra­ni­czyć ry­zyko. Wła­śnie w dniu uldryj­skiego lą­do­wa­nia, tego jaw­nego, zwa­nego ini­cja­cją albo kon­tak­tem, gdy oca­leni wró­cili do jego miesz­ka­nia po kon­fe­ren­cji pra­so­wej.

Mieli wtedy szybko przy­wieźć jej rze­czy z domu Bur­char­dów, ale Ro­bert na­gle wszystko prze­rwał.

- Za­cze­kaj, po­wiem ci coś bez od­kła­da­nia. - Za­pre­zen­to­wał to nowe po­dej­ście, na­byte za­le­d­wie dzień wcze­śniej. - Bo czuję się po­dwój­nie - za­wa­hał się, czy wcho­dzić w emo­cje. - Choć je­stem z cie­bie dumny jak z bo­ha­terki dnia, to nie prze­szła mi wście­kłość. Że tak ry­zy­ko­wa­łaś, że w ogóle wsko­czy­łaś do tego pan­cer­nego śmie­cia! - do­koń­czył gło­sem cięż­kim od pre­ten­sji.

Wspięła się na palce, by się­gnąć ustami jego po­liczka.

- Rob, wiesz, że mu­sia­łam - rze­kła ci­cho.

- Wiem. I nie mogę znieść mo­jego roz­dwo­je­nia. - Po­cią­gnął ją na sofę.

Cie­szyło ją, że Ro­bert kon­ty­nu­uje coś wcze­śniej nie z jego bajki - oka­zy­wa­nie bar­dzo wprost tego, co się z nim dzieje. Te­raz, prócz emo­cji z placu tre­nin­go­wego, po­czuła at­mos­ferę jego hi­sto­rii sprzed trzy­dzie­stu sze­ściu lat - z pod­kra­kow­skiej Trój­o­azy. Przy­tu­liła go z czu­ło­ścią - jak zroz­pa­czo­nego no­wo­rodka, który wła­śnie stra­cił matkę.

- Wi­dzę, że to coś moc­nego, ko­chany - szep­nęła mu do ucha. - Nie warto tego tłu­mić, bo wra­cają pew­nie jesz­cze raz twoje na­ro­dziny.

Wes­tchnął ciężko.

- Je­śli mam tego nie tłu­mić, to chce mi się krzy­czeć: "Znowu ta je­bana winda!?" - na­wią­zał do miej­sca na­ro­dzin. - Ale to chyba coś wię­cej. - Ujął jej twarz w obie dło­nie. - Złość na cie­bie, że tak ła­two za­ry­zy­ko­wa­łaś tym, co mamy. I to idio­tyczne jest, bo wrzesz­czał­bym jak dzie­ciak: "Nie po­my­śla­łaś, że mnie zo­sta­wiasz!". - Po­wstrzy­mał cis­nące się do oczu łzy.

- Winda, jak w mordę strze­lił - zdia­gno­zo­wała przy­tom­nie. - Ale ja cię nie zo­sta­wia­łam! - Wró­ciła my­ślami do wnę­trza pan­cer­nego schronu. - Wbrew lo­gice czu­łam, że wyjdę!

Ski­nął głową, ale bez prze­ko­na­nia.

- Pew­nie by­łaś już w kon­tak­cie z Tra­gu­erim - od­rzekł. - I mój głupi żal to ego­izm przy ra­to­wa­niu tylu ist­nień...

Wsu­nęła dło­nie pod jego mun­du­rową bluzę.

- Twój żal nie jest głupi, cie­szę się, że wy­pływa - po­wie­działa. - To dziecko w to­bie, kie­dyś opusz­czone, ma prawo po­ka­zać, czego chce.

Po­krę­cił głową, ale wszedł w ten za­męt - chyba już na ba­zie uldryj­skich wpły­wów.

- To dziecko chce rze­czy nie­moż­li­wej - rzu­cił. - Za­pew­nie­nia, że ty go nie opu­ścisz. - Roz­ło­żył bez­rad­nie ręce. - I za­czyna mnie wku­rzać, że się tak roz­kle­jam - do­dał z iry­ta­cją.

Przy­lgnęła do niego naj­ści­ślej, jak po­tra­fiła.

- Za­pew­niam, że ni­gdy cię nie opusz­czę - po­wie­działa. - Ale obie­caj, że nie bę­dziesz się wsty­dził ta­kich sta­nów przede mną. - Znów od­czuła tę łącz­ność z Tra­gu­erim, która pro­wa­dziła ją od rana. - Bo je­śli wzorce bólu mają na do­bre odejść, a przy kon­tak­cie z Uldri szansa ro­śnie, to trzeba im otwo­rzyć drogę - do­koń­czyła już jakby nie sama.

Ro­bert się za­wa­hał. Po chwili po­wie­dział:

- Obie­cuję, pod wa­run­kiem, że też mi coś obie­casz. - Zbli­żył usta do jej ucha. - Że nie bę­dziesz sza­fo­wać ży­ciem i prze­kra­czać ZIEM­SKICH gra­nic bez­pie­czeń­stwa.

- Obie­cuję, słowo, obie­cuję! - rzu­ciła bez wa­ha­nia. - Na­wet bar­dziej dla cie­bie niż dla sie­bie.

Ob­sy­pał po­ca­łun­kami jej twarz.

- Dzię­kuję, Wett - po­wie­dział uspo­ko­jony. - Z moim za­pę­tle­niem nie jest tak ła­two, jak my­ślisz - do­dał. - Przy­biera różne po­sta­cie. Nie wiem, czy to prze­trwasz...

Uśmiech­nęła się roz­bra­ja­jąco.

- Z tobą prze­trwam wszystko - od­rze­kła na­tych­miast. - Ale je­śli ty mnie opu­ścisz, nie prze­trwam na­stęp­nego dnia! - Spoj­rzała mu w oczy z po­wagą.

Wplótł dło­nie w jej mięk­kie włosy.

- Dzielna dziew­czynko, nie wiesz, na co się po­ry­wasz. - Uśmiech­nął się przez łzy, które jed­nak wdarły mu się pod po­wieki. - Ko­cham cię roz­pacz­li­wie, jak mógł­bym cię opu­ścić? - Roz­su­nął za­mek jej gar­sonki, którą po­ży­czyła od matki na kon­fe­ren­cję.

Po chwili była w sta­nie tylko oznaj­mić przez te­le­fon zmie­nio­nym gło­sem:

 - Mamo, wy­bacz, dziś jed­nak nie przy­je­dziemy po te ciu­chy.

PRZE­ŁO­MOWY WIEC

Na długo przed mi­tin­giem aula Aka­de­mii Astro­nau­tyki wy­peł­niła się po brzegi. Pierw­szy jej rząd po­zo­sta­wiano dla władz re­gionu i mia­sta. Co­raz czę­ściej świe­cił pust­kami - głów­nie z po­wodu oma­wia­nych te­ma­tów, ale nie tylko. Do­wo­dzący w AcAs-Sol­land ad­mi­rał Hold miał wra­że­nie, że ci Ko­smici, bez broni i z tra­giczną ziem­ską hi­sto­rią, po­strze­gani są przez rządy Ziemi jako słabi. Za­tem póki co też słabo przy­datni. Nie za­mie­rzał wy­pro­wa­dzać mi­ni­strów z błędu, choć z wie­loma po­ro­zu­mie­wał się po­praw­nie, a na­wet przy­jaź­nie. Na­to­miast ostro za­pro­te­sto­wał prze­ciw ro­dzą­cym się po­my­słom prze­ję­cia uldryj­skich zdo­by­czy tech­nicz­nych. Przy­by­sze go­towi bo­wiem byli dzie­lić się nimi tylko na po­zio­mie teo­rii, nie za­mie­rzali jed­nak prze­ka­zy­wać w ręce lu­dzi żad­nej tech­no­lo­gii. I to wstrzy­mało za­kusy władz. Bo przy­ję­cie świa­to­po­glądu go­ści wy­ma­gało zmiany ziem­skich pa­ra­dyg­ma­tów. Mi­tingi w Aka­de­mii roz­po­częto więc od prób po­go­dze­nia ide­olo­gii obu ras, a zwią­zana z ko­smo­sem ka­dra oka­zała się tu bar­dziej ela­styczna niż rzą­dzący.

Nie zna­czy to, że go­ście mil­czeli na te­mat swo­jej pla­nety. Opo­wia­dali o jej buj­nej fau­nie i flo­rze, ży­ciu w sym­bio­zie z ży­wio­łami na­tury, współ­ist­nie­niu wszyst­kich szcze­bli ewo­lu­cji - o dziwo - bez wy­zy­sku. Opi­sy­wali do­bowy ruch dwu słońc Uldri - So­rii i Cer­miro, jak też rolę dwu jej na­tu­ral­nych pły­nów - wody i ta­jem­ni­czej plary. Wspo­mi­nali o cie­kło­kry­sta­licz­nej tech­no­lo­gii, w ca­ło­ści pod­le­głej na­tu­rze, zmien­no­kształt­nych sprzę­tach co­dzien­nego użytku, sa­mo­sprzą­ta­ją­cych się kwa­te­rach w tak zwa­nych Stoż­kach. Także o zwy­cza­jach gro­mad­nego spo­łe­czeń­stwa, trud­nych do po­ję­cia dla Zie­mian. Nie po­ka­zy­wali fil­mów ani zdjęć ze względu na ogra­ni­czony od­biór zmy­słowy lu­dzi. Wszyst­kie in­for­ma­cje po­da­wali w du­żym skró­cie, za­jęci uzdra­wia­niem swo­ich ran­nych. Obie­cy­wali roz­wi­nąć prze­kaz w bar­dziej sprzy­ja­ją­cych oko­licz­no­ściach. No i było coś jesz­cze, co nie umknęło uwa­dze ad­mi­rała Holda - nie­pew­ność ko­ry­fera Tra­gu­eriego co do tego, ile może prze­ka­zać lu­dziom. Na­wią­zał on do za­sady, która przy­po­mi­nała pierw­szą dy­rek­tywę z filmu Star Trek. Za­zna­czył, że przy­był tu w po­szu­ki­wa­niu Co­th­leya, któ­rego mi­sja nie zo­stała mu w pełni wy­ja­wiona. Dla­tego za­kres współ­pracy z Zie­mią po­wi­nien na­kre­ślić Co­th­ley. Przed­sta­wi­ciele rzą­dów Ziemi póki co nie na­ci­skali. Pa­mię­tali bo­wiem, że Co­th­ley to ten obcy, który dał się po­dejść nie­wiel­kim si­łom ad­mi­rała Fu­glera z Sol­landu. I jesz­cze po­zwo­lił sto­pić wła­sny sta­tek - tak niby no­wo­cze­śnie wy­po­sa­żony! Cóż cen­nego mógłby za­pro­po­no­wać?

Ad­mi­rał Hold brał za do­brą mo­netę skromne za­in­te­re­so­wa­nie władz uldryj­ską fi­lo­zo­fią. Nie wtrą­cały się bo­wiem w kon­takty AcAs z przy­by­szami. Brak lu­dzi z mi­ni­sterstw w pierw­szym rzę­dzie au­dy­to­rium nie mar­twił go więc dziś w zu­peł­no­ści. Część ofi­cjeli po­łą­czyło się jed­nak on­line. Na ich wol­nych miej­scach usia­dło za to dwu spóź­nio­nych stu­den­tów. Hold do­strzegł z nie­po­ko­jem, że uru­cho­mili tam sprzęt - naj­wy­raź­niej bez­wied­nie. Wy­słał do nich ro­bota po­rząd­ko­wego i wy­łą­czył gło­śniki. Go­ście z Uldri byli tuż, tuż.

- Gło­wo­nogi w dro­dze! - nie­świa­domy sy­tu­acji stu­dent szturch­nął ko­legę. - Ko­cham tę la­ta­jącą trzodę!

Głos się nie roz­niósł, ale trans­la­tor wrzu­cił wy­po­wie­dziane słowa na ścienny ekran.

- Szkoda, że imiona mają z dupy! - do­dał jego kom­pan tek­stem na te­le­bi­mie. - I jesz­cze wy­mów dwu­dź­więk... - urwał, bo ro­bot usu­nął go z rzędu dla VIP-ów i skie­ro­wał w górę sali.

Ko­lejne jej rzędy za­jęli już ofi­ce­ro­wie sztabu i pod­ofi­ce­ro­wie w ko­bal­to­wych mun­du­rach. Za nimi spo­czy­wał na­ukowy se­nat w cy­wil­nych sza­ro­ściach i brą­zach. Cały tył auli wy­peł­nili ka­deci Aka­de­mii, odziani w gra­naty prze­mie­szane z bielą.

Do sali we­szła Kor­wetta w to­wa­rzy­stwie go­ści z Uldri: Tra­gu­eriego, Ra­pi­laha i Dia­vune, któ­rzy ma­je­sta­tycz­nie pły­nęli nad nią jak po­ły­skliwe me­duzy. Do­tarli ra­zem do ka­te­dry. Kor­wetta usia­dła w sto­ją­cym tam fo­telu ob­ro­to­wym. Go­ście za­wi­śli ni­czym du­chy tuż nad sto­łem pre­zy­dial­nym. Zmie­nili kształt na po­li­po­waty.

Tra­gu­eri jak zwy­kle przy­wi­tał się ze spo­łecz­no­ścią gar­dłową in­wo­ka­cją. Przy­po­mi­nała w brzmie­niu "Sa­la­mat dar­lam". Po ko­ry­fe­rze po­wtó­rzyli ten od­głos Dia­vune i Ra­pi­lah. Lu­dzie AcAs od­po­wie­dzieli po­zdro­wie­niem "Sa­la­mat" i lek­kim po­chy­le­niem głów. Spo­glą­dali też ku ka­me­rom, bo mi­ting trans­mi­to­wano wi­de­okon­fe­ren­cją do dwu in­nych szkół astro­nau­tycz­nych na glo­bie: ame­ry­kań­skiej ­Ca­nAm i Sy­be­ryj­skiej Aka­de­mii Gwiezd­nej, zwa­nej w skró­cie SYB-em. No i do lud­no­ści na pla­ne­cie w for­mie ho­lo­prze­kazu me­diów, gdyż obec­ność dzien­ni­ka­rzy w stre­fie go­ści stała się tu ostat­nio zja­wi­skiem po­wsze­dnim.

Tra­gu­eri zwró­cił do Kor­wetty swój pier­ścień gło­wowy, który wień­czyły wy­pustki - dla lu­dzi słabo wi­doczne. Prze­ka­zy­waną myśl ilu­stro­wał de­li­kat­nym, drga­ją­cym dźwię­kiem. Ona dźwięku nie ro­zu­miała, ale od­bie­rała rzecz wi­bra­cyj­nie, czyli - jak zgo­dzili się to na­zy­wać tu­tejsi na­ukowcy - te­le­pa­tycz­nie. Taka na­zwa przed przy­lo­tem Uldryj­czy­ków by­łaby tu bluź­nier­stwem. Te­raz ją ak­cep­to­wano, gdyż mowa o wi­bra­cjach wpra­wiała lu­dzi na­uki w jesz­cze więk­szy nie­po­kój.

- Dziś chcemy z wami po­roz­ma­wiać o syn­te­zie krysz­tału w efek­cie sy­ner­gii od­dzia­ły­wań gwiazd - za­częła Kor­wetta nie­pew­nie, jak zwy­kle na po­czątku se­sji.

Sie­dzący w pierw­szym rzę­dzie Ro­bert po­ru­szył się, za­in­try­go­wany.

- To nie­ty­powy eks­pe­ry­ment, nie­ła­twy do prze­pro­wa­dze­nia, ale może oka­zać się zba­wienny dla ko­ryfu Co­th­leya - kon­ty­nu­owała. - Efekt zma­te­ria­li­zuje się tu, na Ziemi, więc pro­simy was o zgodę na to. Wy­ja­śnimy wszystko, co was za­in­te­re­suje - do­koń­czyła Kor­wetta pew­niej­szym już gło­sem, rada, że zsyn­chro­ni­zo­wała się z ko­smicz­nym men­to­rem.

Tra­gu­eri omiótł salę bły­skami świa­tła z wy­pu­stek, które sta­no­wiły zło­żony na­rząd wzroku. Koń­czyły się one ru­chli­wymi, wi­docz­nymi oczami o gra­na­to­wych tę­czów­kach. Wy­glą­dały baj­kowo, gdy su­nęły w po­wie­trzu. Ko­ry­fer zwró­cił kil­koro z nich do Kor­wetty.

- Przejdę do sedna sprawy - za­częła za nim po chwili dziew­czyna. - Jak nam wia­domo, a wam nie wia­domo... - prze­rwał jej ci­chy pisk, który sta­no­wił sły­szalną frak­cję śmie­chu istoty zwa­nej Ra­pi­la­hem - ... gwiazdy to or­ga­ni­zmy żywe.

Kor­wetta do­strze­gła ner­wowe po­ru­sze­nie w trze­cim i czwar­tym rzę­dzie sali. Na­ukowcy pro­te­stują, po­my­ślała, ale Tra­gu­eri nada­wał da­lej.

- Te gwiezdne ist­nie­nia dys­po­nują po­tężną ener­gią, którą pro­mie­niują tak jak wa­sze Słońce - kon­ty­nu­owała za nim, zde­pry­mo­wana. - Ale mogą wzbu­dzić jej znacz­nie wię­cej. O ile taka jest ich in­ten­cja.

Kor­wetta po­czuła, że to zbyt wielka dawka abs­trak­cji nie tylko dla tu­tej­szych na­ukow­ców, ale i dla astro­nau­tów. Tra­gu­eri z pew­no­ścią był tego świa­dom. Chyba po­sta­no­wił dziś zmie­rzyć się z trudną re­ak­cją Zie­mian.

- Chcemy wy­zwo­lić taką in­ten­cję kilku gwiazd z wa­szego ra­mie­nia Ga­lak­tyki - kon­ty­nu­ował jej ustami, prze­su­wa­jąc skan nieba na te­le­bi­mie. - Użyję wa­szych nazw gwiazd i gwiaz­do­zbio­rów... a więc Si­rius A, Orio­nis Delta, Alfa Cen­tauri i Ep­si­lon Eri­dani. Do­dat­kowo, gdyby się udało, do­łą­czymy gwiazdy z Al­de­ba­rana: Bel­la­trix i Ple­jone. - Wska­zał wy­mie­nione kon­ste­la­cje. - Oczy­wi­ście we współ­pracy z wa­szym ro­dzi­mym Słoń­cem, które my znamy jako Ma­ha­bor. Czy są w tej chwili ja­kieś py­ta­nia?

- Tak. - Pro­fe­sor Gi­ver pod­niósł się z rzędu zaj­mo­wa­nego przez pra­cow­ni­ków na­uko­wych. - Ro­zu­miem, że o wy­bo­rze za­de­cy­do­wała od­le­głość?

Tra­gu­eri ski­nął wień­cem ge­stem wy­uczo­nym od Zie­mian. Gi­ver zro­bił to głową.

- Ale mnie bar­dziej in­te­re­suje cała idea. - Kor­pu­lentny astro­fi­zyk za­ka­słał te­raz. - O co cho­dzi z tym wy­zwo­le­niem in­ten­cji?

Tra­gu­eri ob­ró­cił ku niemu kil­koro oczu na le­d­wie wi­docz­nych słup­kach.

- Je­żeli za­łoży pan, pro­fe­so­rze, że kon­tak­tuje się pan ze świa­do­mymi isto­tami, to nie zdziwi pana, że mie­wają one in­ten­cje.

Al­bert Gi­ver wzdry­gnął się nie­znacz­nie.

- Ale mnie już dziwi samo to za­ło­że­nie - wy­rzu­cił z sie­bie, po­de­ner­wo­wany. - Na ja­kiej pod­sta­wie twier­dzi­cie, że gwiazdy to istoty żywe?

- Na pod­sta­wie do­świad­cze­nia, któ­rego aku­rat na­sza cy­wi­li­za­cja ma wię­cej. - Tra­gu­eri był nie­wzru­szony. - Ale ro­zu­miem pana ostroż­ność, pro­fe­so­rze. Za­sto­sujmy więc coś, co na­zy­wa­cie Brzy­twą Ockhama. Czyli upro­śćmy my­śle­nie i nie za­kła­dajmy świa­do­mo­ści gwiazd, a tylko to, że po­tra­fimy wzbu­dzić ich sy­ner­gię.

- Sy­ner­gię ro­zu­mianą jak? - Głos pro­fe­sora zdra­dzał za­gu­bie­nie.

- Jako współ­gra­nie od­dzia­ły­wań, któ­rego efekt jest czymś wię­cej niż ich suma - nada­wał cier­pli­wie ko­ry­fer. - W tym przy­padku efek­tem bę­dzie krysz­tał. Do­pro­wa­dzimy do syn­tezy.

- Można wie­dzieć, jak za­mier­za­cie tego do­ko­nać? - Gi­ver roz­piął koł­nie­rzyk ko­szuli.

- Po­przez wy­zwo­le­nie szcze­gól­nego typu emi­sji u tych ciał. I ze­spo­le­nie jej.

Tra­gu­eri od­po­wia­dał na tyle oględ­nie, że nikt nie był w sta­nie po­twier­dzić ani za­prze­czyć. Kor­wetta za­sta­na­wiała się, czy we­sprą to ja­kieś kon­krety.

- Hmm - wy­ra­ził nie­do­wie­rza­nie Gi­ver. - Mnie jed­nak to nie prze­ko­nuje...

- A co by pana prze­ko­nało, pro­fe­so­rze? Po­da­nie wzoru trans­for­ma­cji ener­gii?

Gi­ver za­sta­no­wił się, ale za­nim zdą­żył przy­tak­nąć, Kor­wetta po­czuła, że ma po­dejść do ta­blicy. Nie w pełni poj­mu­jąc, co robi, za­częła pi­sać. Na­sma­ro­wała ja­kieś rów­na­nie upstrzone sig­mami, cał­kami i pier­wiast­kami. Słu­cha­cze, któ­rzy do­tych­cza­sowy wy­wód śle­dzili już z wy­sił­kiem, te­raz byli w sta­nie zro­bić tylko zdję­cia wzo­rowi.

- Czy to bar­dziej pana prze­ko­nuje, pro­fe­so­rze? - za­py­tał Tra­gu­eri i wy­wo­łał falę śmie­chu.

Gi­ver po­krę­cił głową, ale dał za wy­graną. W za­mian pod­niósł rękę pro­fe­sor Lange. Tra­gu­eri ski­nął wień­cem i uprzej­mie za­chę­cił go do wy­stą­pie­nia.

- Za­kła­dam, że cy­wi­li­za­cja uldryj­ska do­brze się zna na syn­te­zie krysz­ta­łów - za­czął. - Mnie bar­dziej in­te­re­suje, ja­kie są wła­sno­ści tego krysz­tału i jaka jest jego rola.

- Wła­sno­ści są bar­dzo cenne - od­rzekł Tra­gu­eri ustami Kor­wetty. - Bę­dzie to skon­den­so­wany ma­ga­zyn wy­so­kich wi­bra­cji. Zdolny do ich utrzy­my­wa­nia. Za­pa­mięta fre­kwen­cję pa­sma zwa­nego u was mi­ło­ścią i bę­dzie ją w sta­nie utrzy­mać. A nam wła­śnie ta­kiej czę­sto­tli­wo­ści po­trzeba dla uzdro­wie­nia ko­ryfu Co­th­leya.

Tym ra­zem rękę pod­niósł dok­tor Se­ru­men z sek­cji in­ży­nie­rii. Tra­gu­eri od­dał mu głos.

- Pro­szę wy­ba­czyć, ale to brzmi na­der fan­ta­stycz­nie - skwi­to­wał. - Po pierw­sze: jak zmie­rzyć coś, co na­zy­wa­cie wi­bra­cją, a po dru­gie: jak roz­po­znać, że to wi­bra­cja mi­ło­ści? Po trze­cie: jaka jest pew­ność, że tak po­wstały krysz­tał, przy za­ło­że­niu, że w ogóle po­wsta­nie, bę­dzie miał zdol­no­ści uzdro­wie­nia ko­go­kol­wiek?

Ko­man­dor Ka­je­tan Brandt po­chy­lił się nad fo­te­lem Ro­berta Bry­niar­skiego i po­wie­dział nie­źle sły­szal­nym szep­tem:

- Ci nasi na­ukowcy wi­dzą prze­cież, że tech­no­lo­gią nie do­ra­stają Uldryj­czy­kom do ni­by­nóżki. Ale choćby im kak­tus wy­rósł na ich włas­nych ją­drach, będą za­prze­czać, je­śli to mija się z ich pa­ra­dyg­ma­tem.

- W sek­cji na­uko­wej mamy też ko­biety - po­pra­wił go ci­szej Bry­niar­ski. - Dys­kry­mi­nu­jesz je!

Tra­gu­eri zda­wał się nie tra­cić cier­pli­wo­ści.

- Po pierw­sze: po­ziomy wi­bra­cji aku­rat umiemy mie­rzyć - prze­ka­zał. - To czę­sto­tli­wo­ści, ja­kie emi­tuje obiekt.

- Jak to? I nie zo­stały one zmie­rzone nam, tu obec­nym!? - Po­de­rwała się z miej­sca bar­dzo atrak­cyjna fi­zycz­nie pod­po­rucz­nik Ga­lina Dahl.

Wiele oczu spo­częło na­gle na jej pręż­nym biu­ście, jakby tam szu­ka­jąc wspar­cia. Tra­gu­eri przy­go­to­wał się chyba na ludzką nie­uf­ność, bo wciąż bił od niego spo­kój.

- Wam tu obec­nym zo­stały zmie­rzone i ra­zem, i z osobna - od­rzekł. - Tylko nie ogła­szamy tych wy­ni­ków, bo ni­czemu cen­nemu nie po­służą.

- Ta­kie są ni­skie? - od­wa­żył się za­py­tać ktoś z SYB-u. - Tylko w Sol­lan­dzie czy u nas też?

Tra­gu­eri od­chy­lił się lekko i wy­dał drga­jący dźwięk, który był chyba śmie­chem.

- W tym ośrodku aku­rat są wyż­sze niż w in­nych czę­ściach globu - zde­cy­do­wał się na od­po­wiedź. - Po­dobny po­ziom pre­zen­tują po­zo­stałe aka­de­mie astro­nau­tyki - ubiegł py­ta­nie ko­goś z uczelni ame­ry­kań­skiej. - Ale istot­nie, z per­spek­tywy ży­cia w ko­smo­sie do wy­so­kich nie na­leżą - kon­ty­nu­ował bar­dziej sta­now­czo niż na po­przed­nich mi­tin­gach. - Kon­wen­cja Ga­lak­tyczna nie po­zwala na kon­takt z cy­wi­li­za­cją o ta­kich oscy­la­cjach jak wa­sze.

Kor­wetta spięła się nieco, wi­dząc, że roz­mowa wkra­cza na draż­liwy te­mat. Ale wciąż nie czuła nie­po­koju Tra­gu­eriego. Stu­denci byli też wy­ci­szeni jak rzadko, jakby cał­kiem po­chło­nięci.

- Więc mie­li­śmy szczę­ście z po­wodu pe­cha Co­th­leya? - za­py­tał któ­ryś z nich.

- Szczę­ście i pech nie ist­nieją - od­rzekł za­raz ko­ry­fer. - To po pro­stu sploty wi­bra­cji.

- To ja­kim splo­tem ko­ryf Co­th­leya się tu zna­lazł? - Ka­det szybko po­ła­pał się w prze­ka­zie.

Tra­gu­eri na­brał świa­tła w drzew­ko­watą sieć stia­mów, co było wi­doczne dla lu­dzi.

- Zo­stawmy to na ra­zie, bo to długa hi­sto­ria - przy­ha­mo­wał stu­denta. - I wo­lał­bym, by on sam ją wam prze­ka­zał. Ja skoń­czę od­po­wiedź na py­ta­nie dru­gie: wi­bra­cję mi­ło­ści roz­po­znaje się po jej wła­sno­ściach. Kto jej w pełni do­świad­czył, za­wsze ją roz­po­zna. Ale spró­buję opisu wa­szymi po­ję­ciami. Ma więc skła­dowe ta­kie jak: za­chwyt, czu­łość, chęć opieki, bez­pie­czeń­stwo. Ale i lek­kość, swo­bodę, ra­dość. Prze­ja­wia się też czu­cio­wie­dzą, mocą i peł­nią eks­pre­sji. I co naj­waż­niej­sze, ma wielki po­ten­cjał uzdra­wia­nia. Bez­wa­run­kowa mi­łość wpada w naj­wyż­szy re­jestr wi­bra­cji, choć i ona za­wiera frak­cje. W ten spo­sób od­po­wiem na py­ta­nie trze­cie: fre­kwen­cje mi­ło­ści są cenne dla każ­dej ży­wej istoty. Ich de­fi­cyt pro­wa­dzi do de­gra­da­cji ży­cia, a na­wet śmierci. Je­śli chcemy szyb­kiego uzdro­wie­nia, warto do­star­czyć or­ga­ni­zmowi te wła­śnie wi­bra­cje.

Słu­cha­cze za­mil­kli. Trudno im było pod­jąć dys­ku­sję na te­mat zja­wisk, któ­rych nie ba­dali me­to­dami na­uko­wymi. Wtedy ode­zwał się pro­fe­sor bio­lo­gii z aka­de­mii sy­be­ryj­skiej.

- Ro­zu­miem, że ta wy­soka czę­sto­tli­wość jest zba­wienna dla Uldryj­czy­ków - za­czął. - Ale czy jest rów­nie do­bro­tliwa dla Zie­mian?

Kor­wetta od­czuła, że Tra­gu­eriego ucie­szyło to py­ta­nie.

- Jak wspo­mnia­łem, to wi­bra­cja wspie­ra­jąca ży­cie - od­po­wie­dział za­raz. - Skon­cen­tro­wana na Ziemi pod­nie­sie tu ja­kość ży­cia. Naj­ogól­niej, roz­pocz­nie in­ten­sywne pro­cesy uzdra­wia­nia.

Pro­fe­sor z SYB-u na ekra­nie kla­snął w dło­nie.

- Czyli gdyby ten eks­pe­ry­ment... - za­wie­sił głos - skoń­czył się suk­ce­sem, to sko­rzy­stają nie tylko Uldryj­czycy, ale i Zie­mia­nie?

- W ogól­nym roz­ra­chunku z pew­no­ścią tak - po­twier­dził Tra­gu­eri.

- A po­rażka ni­czym nam nie grozi?

- Nie - od­rzekł pew­nie ko­ry­fer. - Wtedy po pro­stu nie doj­dzie do syn­tezy. Ale nic złego nie może po­wstać przy kon­cen­tra­cji wła­ści­wej in­ten­cji. A tego bę­dziemy pil­no­wać.

Wtedy po­wstał do­wo­dzący szkołą ad­mi­rał Hold. Jak nie­wielu w tej szkole miał szczu­płą, nie­wy­soką, choć do­brze zbu­do­waną tre­nin­giem syl­wetkę. Jego ścięte na jeża włosy mocno przy­pró­szyła już si­wi­zna.

- Skoro więc nie po­no­simy żad­nego ry­zyka, a obie rasy mogą sko­rzy­stać na eks­pe­ry­men­cie... - prze­rwał i po­wiódł wzro­kiem po sali - dla­cze­góż by go nie pod­jąć?

Kor­wetta lu­biła to by­stre wej­rze­nie sza­rych oczu do­wódcy - nie sta­lo­wych, lecz cie­płych. Wie­rzyła w jego do­bre in­ten­cje, od­kąd go po­znała. Po­dob­nie jak w in­ten­cje Tra­gu­eriego, który te­raz przy­tak­nął ru­chem wieńca, ale chwi­lowo za­milkł. Dla­czego?

Ro­bert miał wra­że­nie, że Uldryj­czyk chce coś do­dać. Za­in­try­go­wany pod­niósł rękę. Tra­gu­eri za­raz ski­nął w jego stronę. Kor­wetta po­wie­działa: "Tak, ko­man­do­rze?". Nadawca co prawda użył ter­minu: "ko­ry­fe­rze", który po uldryj­sku ozna­czał nie tylko do­wo­dze­nie za­łogą, ale też bu­do­wa­nie jej ener­gii. Wo­lała jed­nak użyć zro­zu­mia­łej dla lu­dzi rangi.

- Po­wie­dzia­łeś wcze­śniej - za­czął Ro­bert i po­słał mu prze­ni­kliwe, tro­chę jakby nie­ufne spoj­rze­nie czar­nych jak wę­gle oczu - że Zie­mia­nie sko­rzy­stają w ogól­nym roz­ra­chunku. Czy jed­nak przed osta­tecz­nym wy­ni­kiem mogą po­ja­wić się trud­no­ści?

Tra­gu­eri skie­ro­wał ku niemu nie­mal wszyst­kie oczy wieńca.

- Tak, Ro­bert, wie­dzia­łem, że ktoś o to za­pyta. I na­wet przy­pusz­cza­łem, że to bę­dziesz ty - od­rzekł ustami Kor­wetty.

Ko­ry­fer spra­wiał wra­że­nie roz­ba­wio­nego i za­smu­co­nego za­ra­zem, co da­wało się też po­znać po zmien­nym tem­brze wy­da­wa­nych przez niego dźwię­ków.

- Tak, mogą się po­ja­wić, jak zwy­kle przy pracy z wy­so­kimi wi­bra­cjami. - Za­milkł na chwilę. - Za­nim ktoś się do nich do­stroi, do­świad­cza faz przej­ścio­wych. Pod­czas uzdra­wia­nia ak­ty­wi­zują się ty­powe dla osoby za­pisy pa­mięci, na­zwijmy je wzor­cami, które mają po­ten­cjał wy­wo­ły­wa­nia bo­le­snej rze­czy­wi­sto­ści. - Znów prze­rwał, da­jąc słu­cha­czom czas na na­mysł nad nie­znaną kwe­stią. - Jed­nak w obec­no­ści krysz­tału sy­tu­acja by­łaby szcze­gólna. - Ko­lejny raz za­wie­sił trans­mi­sję. - Krysz­tał sta­no­wiłby swo­isty pa­ra­sol wi­bra­cyjny. Przy suk­ce­syw­nym roz­pa­ko­wy­wa­niu scho­wa­nych wzor­ców, któ­rego wy­maga głę­boka te­ra­pia, mie­li­by­ście też so­lidne wspar­cie wi­bra­cji "pa­ra­sola", roz­to­czo­nych wo­kół.

Duża część słu­cha­czy tra­ciła już kon­cen­tra­cję.

- Czy to ozna­cza, że bę­dziemy spro­wo­ko­wani do szyb­kiego roz­woju? - Ro­bert wciąż na­dą­żał za to­kiem wy­wodu. - Także po­przez uzdro­wie­nie traum?

Tra­gu­eri przy­tak­nął, po­chy­la­jąc do przodu po­łowę ciała.

- Tak wła­śnie - po­twier­dził. - I to jest de­cy­zja, którą da­jemy wam do pod­ję­cia. - Omiótł salę ru­chem wieńca. - Od­bie­ram w wa­szej zbio­ro­wo­ści my­śli: Na szczę­ście nie każdy nosi traumę. Otóż za­pew­niam, że każdy z was nosi, i to w spo­rej ilo­ści. Cza­sami od bar­dzo dawna. Za­sta­nów­cie się za­tem do­brze, czy tego chce­cie. Bo za­nim ro­pie­jące rany się za­bliź­nią, ich prze­cię­cie za­boli. Prze­tnie je wła­śnie krysz­tał, który jed­no­cze­śnie przy­spie­szy za­bliź­nia­nie.

Na sali za­pa­dło mil­cze­nie. Po dłu­giej chwili ode­zwał się ko­man­dor Ka­je­tan Brandt.

- Je­żeli nic nie stra­cimy, a w osta­tecz­nym roz­ra­chunku dużo zy­skamy, to może warto za­ci­snąć zęby przy czysz­cze­niu tych niby-ran? Skoro mó­wisz, że z krysz­ta­łem da się to wy­trzy­mać.

- Też je­stem tego zda­nia - od­rzekł za­raz Tra­gu­eri. - Bo te, daj boże, niby-rany - Kor­wetta w ten spo­sób prze­tłu­ma­czyła jego myśl: Oby­ście ich ból od­czuli tylko na niby - i tak kie­dyś przyj­dzie wam oczy­ścić. Gdyż one, nie­czysz­czone, w końcu znisz­czą or­ga­nizm. A to do­piero boli! Ale z krysz­ta­łem chwi­lami może być jak na... rol­ler­co­aste­rze. - Tu tłu­maczka za­stą­piła ziem­skim od­po­wied­ni­kiem coś, co Tra­gu­eri przy­wo­łał z wła­snej pla­nety. - Do­piero wy­sia­da­jąc, wie­rzymy w za­pew­nie­nie kon­struk­tora o peł­nym bez­pie­czeń­stwie jazdy. Z tym że, pod­kre­ślam to raz jesz­cze, krysz­tał jazdę przy­spie­szy, ale i za­mor­ty­zuje. To bę­dzie nasz dar dla Ziemi w za­mian za zgodę na uzdro­wie­nie na­szych bli­skich. Mo­że­cie zwąt­pić w bło­go­sła­wień­stwo tego daru. Bo wy­do­bę­dzie z was nie­chciane uczu­cia, wsty­dliwe re­ak­cje i stare cier­pie­nie. Czy jak wo­li­cie: niby-cier­pie­nie. Ale utrzyma opty­malną at­mos­ferę dla szyb­kiego zrzu­ce­nia tego ba­la­stu. W ten spo­sób ludz­kość bar­dzo przy­spie­szy w roz­woju.

Rękę pod­niósł ad­mi­rał Hold. Słu­cha­czy zdzi­wiło, że on tu pro­sił o głos.

- Za­tem zgoda wy­daje się mało ry­zy­kowna, a bar­dzo obie­cu­jąca - za­uwa­żył. - Tak wy­nika z two­ich słów, Tra­gu­eri. Ale chyba po­win­ni­śmy gło­so­wać. Pa­mię­tajmy, że po­dej­mu­jemy de­cy­zję w imie­niu ca­łej ludz­ko­ści. Czy w ogóle mamy prawo?

Tra­gu­eri zwró­cił się do niego z wi­bra­cją, którą Kor­wetta od­czuła jako ser­deczną.

- Masz ra­cję, do­wódco Ale­xan­drze - prze­ka­zał. - To de­cy­zja w imie­niu ludz­ko­ści. Ale czy po­wszechne gło­so­wa­nie wy­daje się wam sen­sowne? Bo ja wy­czu­wam, że nie­wielu Zie­mian jest za­in­te­re­so­wa­nych czy też go­to­wych do po­ję­cia tego, co dziś z ta­kim tru­dem oma­wiamy. - Wy­słał coś w ro­dzaju prze­pro­sin za po­dej­ście pro­tek­cjo­nalne, ale Kor­wetta nie umiała ich po­praw­nie prze­ka­zać. - Czy nie uczci­wiej za­tem bę­dzie, gdy de­cy­zję po­dejmą osoby naj­bliż­sze spra­wie i praw­dzie? - kon­ty­nu­ował. - To zna­czy spo­łecz­ność trzech aka­de­mii astro­nau­tycz­nych na glo­bie? W szcze­gól­no­ści tej szkoły, na któ­rej te­re­nie po­grze­bany był przez tyle lat ko­ryf Co­th­leya, któ­rej spo­łecz­ność uczest­ni­czyła w na­szym lą­do­wa­niu, a te­raz bez­po­śred­nio z nami ob­cuje i naj­le­piej zna na­sze in­ten­cje?

Ad­mi­rał Hold po­wiódł wzro­kiem po wy­peł­nio­nej po brzegi sali. Prze­cze­sał dłońmi po­si­wiałe skro­nie. Ścią­gnął w na­pię­ciu ciemne brwi i zaj­rzał w ekrany wi­de­okon­fe­ren­cji.

- Za­tem, Tra­gu­eri, niech de­cy­zję po­dejmą trzy szkoły gwiezdne, po­wo­łane do gwiezd­nych de­cy­zji - od­po­wie­dział. - Mamy zgodę do­wód­ców Ca­nAm i AcAs-Sybu. - Ski­nął głową ku po­sta­ciom na te­le­bi­mie. - Ale niech wy­po­wie się cała spo­łecz­ność tych szkół. Przy­go­tujmy łą­cza. - We­zwał ge­stem jed­nego z tech­ni­ków cze­ka­ją­cych przy kon­soli. - Pro­szę wszyst­kich o za­lo­go­wa­nie się do pa­nelu gło­so­wa­nia. A więc... - za­wie­sił na chwilę głos - ...ile osób jest za zgodą na eks­pe­ry­ment opi­sany przez go­ści z Uldri? - Sam, wy­bie­ra­jąc "tak", po­wiódł wzro­kiem po ekra­nie, który wy­świe­tlił wy­nik: 82%. - Kto jest prze­ciw? - Z ulgą przyj­rzał się re­zul­ta­towi: 4%. - Kto się wstrzy­mał? - Te­raz ujaw­niło się po­zo­stałe 14% wraz z na­zwi­skami spo­rej czę­ści pra­cow­ni­ków na­uko­wych.

- Ro­zu­miem wąt­pli­wo­ści ko­le­gów na­ukow­ców co do nie­zna­nej ma­te­rii czy też ener­gii - kon­ty­nu­ował Hold. - Ale cza­sem trzeba de­cy­do­wać pio­nier­sko, i to w szyb­kim tem­pie - wes­tchnął. - Za­tem, przy­ja­ciele z Uldri, dzia­łaj­cie, niech hi­sto­ria nam wy­ba­czy!

Tra­gu­eri, Dia­vune i Ra­pi­lah po­chy­lili z wdzięcz­no­ścią wieńce gło­wowe w jego stronę, na­stęp­nie w stronę au­dy­to­rium i ko­lejno w stronę ka­mer, od­da­jąc tym ge­stem cześć ludz­ko­ści. Kor­wetta po­dzię­ko­wała sło­wami "Sa­la­mat dar­lam" w ich imie­niu i mi­ting zo­stał za­koń­czony. Przy­by­sze szybko od­da­lili się - za­pewne by nie zwle­kać z pla­no­waną syn­tezą.

PO­DEJ­RZANA SYN­TEZA

Ro­bert Bry­niar­ski otwo­rzył oczy z prze­czu­ciem, że dziś wy­da­rzy się coś waż­nego. Prze­chy­lił się w stronę okna, sta­ra­jąc się nie po­ru­szyć Kor­wetty, która spała z głową wtu­loną w do­łek pod jego oboj­czy­kiem. Obu­dziła się, jak zwy­kle przy naj­lżej­szym jego drgnie­niu. Przy­lgnęła do niego ca­łym cia­łem i wy­mam­ro­tała:

- Cześć, ko­cha­nie, która go­dzina?

- Siódma. I ko­lejny bez­chmurny dzień! - od­rzekł z uśmie­chem. - To cie­kawe, bo gdy Fu­gler ste­ro­wał po­godą, w czerwcu cią­gle lało... O któ­rej masz randkę z Ko­smi­tami?

- O dzie­sią­tej... Zdążę jesz­cze za­pro­gra­mo­wać pra­nie, mamy za­le­gło­ści. - Chwy­ciła le­żą­cego na szafce pi­lota i skie­ro­wała go w stronę pa­ka­mery.

Drzwi schowka roz­su­nęły się i wy­je­chał stam­tąd kosz pe­łen gar­de­roby. Chciała tylko obej­rzeć jego za­war­tość, bo nie­spieszno jej było ru­szać się z łóżka.

- Zlećmy to Te­dowi, co? - Ro­bert wy­jął jej pi­lota z ręki.

We­zwał ro­bota, który spę­dzał noce w po­miesz­cze­niu go­spo­dar­czym, od­kąd ona tu za­miesz­kała. TD3 nie był człe­ko­kształtny, ale i tak pe­szyła ją jego obec­ność w sy­pialni. Może dla­tego, że za­cho­wy­wał się zbyt in­te­li­gent­nie... Te­raz ten cy­lin­dryczny, gra­fi­towy obiekt przy­był bez­sze­lest­nie na we­zwa­nie wła­ści­ciela. Za­mru­gał nie­bie­skimi lamp­kami i po­mknął w stronę ko­sza. I co te­raz? - Kor­wetta za­dała Ro­ber­towi py­ta­nie sa­mym sku­pio­nym wzro­kiem.

- Wy­ko­rzy­stam twój czas bar­dziej kon­struk­tyw­nie niż na pra­nie. - Za­mknął ją w ra­mio­nach, gdy przy­lgnęła do niego na po­wrót. - To zna­czy do­py­tam, o co cho­dzi z tą syn­tezą krysz­tału.

Po­słała mu kar­cące spoj­rze­nie i za­śmiała się ci­cho.

- Mu­szę być w ro­bo­cie o dzie­wią­tej, Wett - wes­tchnął i roz­luź­nił uścisk.

Prze­to­czyła się po łóżku i wsparła na łok­ciach.

- My­śla­łam, że wtorki masz wolne - rzu­ciła w po­wie­trze.

- Te­sty na wa­sze eg­za­miny wstępne! - rzekł to­nem uspra­wie­dli­wie­nia i się pod­niósł. - Po­ga­damy przy śnia­da­niu? - rzu­cił w dro­dze do ła­zienki.

- To ja je zro­bię, za­jęty ko­man­do­rze! - Za­wią­zała chu­stę pla­żową na na­gim ciele. Nie cier­piała szla­fro­ków, na­wet ką­pie­lo­wych. - Tylko tak jak wczo­raj nie bę­dzie ci sma­ko­wało!

- Coś ta­kiego mó­wi­łem!? - od­krzyk­nął, my­jąc zęby.

Po­dą­żyła za nim, by zmie­rzyć się z te­ma­tem. Zbyt wolno, bo on już się go­lił.

- Bar­dzo się sta­ra­łeś nie mó­wić, ale krzy­wi­łeś się przy pra­żo­nej fa­soli - wy­po­mniała.

- Gdzieżby! - Prze­do­brzył z tym zdzi­wie­niem, pew­nie z pre­me­dy­ta­cją. - Ale zróbmy śnia­da­nie ra­zem - za­pro­po­no­wał i wszedł pod prysz­nic.

Uchy­liła drzwi ka­biny i rzu­ciła do jej wnę­trza:

- A co do mo­ich eg­za­mi­nów na AcAs, to kto mi pod­pi­sze zgodę: ty czy matka?

Chyba nie usły­szał, więc wsu­nęła się za nim. Jej chu­sta prze­mo­kła od razu.

- Osiem­nastkę for­mal­nie koń­czę do­piero we wrze­śniu - przy­po­mniała. - Pod­pi­szesz zgodę?

- Ja!? - par­sk­nął śmie­chem, roz­bry­zgu­jąc wodę. - Nie prze­ją­łem opieki praw­nej nad tobą!

- Ja­sne, że też na to nie wpa­dłam - uśmiech­nęła się z iro­nią. - Matka nie zrobi pro­blemu po roz­sta­niu z oj­cem... A ja po­win­nam te­raz ostro po­ćwi­czyć, co? - Spo­waż­niała. - Czy roz­luź­nia­cie za­sady przez wzgląd na wi­zytę z ko­smosu?

- Za­po­mnij! - Ro­bert zre­du­ko­wał stru­mień. - I pil­nuj się, bo w ko­mi­sji jest nasz nowy pra­cow­nik.

Płci żeń­skiej, do­my­śliła się, cze­ka­jąc na ciąg dal­szy. Zrzu­ciła chu­stę i sta­nęła pod dy­szą z ru­mian­ko­wym na­pa­rem. Rob na­my­dlił się wol­niej niż zwy­kle, wa­żąc dal­sze słowa.

- Pod­po­rucz­nik Ga­lina Dahl może nie mieć skru­pu­łów - do­koń­czył.

Kor­wetta prych­nęła bar­dziej po­gar­dli­wie, niż za­mie­rzała.

- Przez za­zdrość o cie­bie? - za­py­tała cierpko.

- Przez to, że ją spo­nie­wie­ra­łem pu­blicz­nie na placu - wes­tchnął. - Gdy wa­żyły się losy twoje i le­gen­dar­nego Co­th­leya. - Spłu­kał pianę z wło­sów. - Do­brze, że nie wi­dzia­łaś na­gra­nia. - Spu­ścił wzrok. - Ona co prawda twier­dzi, że ro­zu­mie sy­tu­ację, ale prze­pro­szę ją ofi­cjal­nie na in­au­gu­ra­cji... A ty po­win­naś so­bie spo­koj­nie po­ra­dzić po trzech la­tach w Ze­spole.

- I roku od­wyku - do­dała. - Na wy­gna­niu mia­łam wy­lane na tre­ningi i ciało mam nie dość...

- Masz dość, za­rę­czam! - prze­rwał. - Na wstępne aż nadto. A wy­gna­łaś się prze­cież sama.

Gdy za­pro­te­sto­wała, przy­gar­nął ją do sie­bie. I zi­gno­ro­wał na chwilę ucie­ka­jący czas.

- Zmo­ty­wo­wa­łeś mnie - szep­nęła, od­da­jąc mu po­ca­łu­nek.

- Ale nie pró­buj żad­nych salt! - Wró­cił my­ślą do te­stów. - Tego za­bra­niam po ta­kiej prze­rwie!

Włą­czył osu­szarkę i uniósł brwi w zdzi­wie­niu, bo roz­py­liła mgiełkę o in­ten­syw­nym za­pa­chu. Kor­wetta uśmiech­nęła się nie­win­nie, gdyż wczo­raj wlała w nią am­pułkę olejku mig­da­ło­wego. Nie­me­tro­sek­su­alny ko­man­dor Bry­niar­ski na szczę­ście tego nie sko­men­to­wał. On pre­fe­ro­wał ba­zową czy­stość, ona lu­biła eks­pe­ry­men­to­wać z do­bro­dziej­stwami Ziemi - co in­nego loty, gdzie ascezę go­towa była zno­sić bez skargi... W po­koju wcią­gnęła śli­zgowy dres i spraw­dziła, jak ro­bot po­se­gre­go­wał pra­nie, pod­czas gdy Ro­bert ubie­rał się w co­dzienny, ko­bal­towy mun­dur Aka­de­mii. Po­tem zro­bili ra­zem ka­napki ze wszyst­kiego, co było pod ręką.

- I co z tą syn­tezą krysz­tału, słonko? - za­gad­nął mię­dzy kę­sami.

- Nie od­pusz­czasz mi tam, gdzie mam braki. - Prze­łknęła ostat­nią por­cję ba­kła­żana i ode­brała od TD3 po­ranną kawę. - Nie ro­zu­miem tej idei Tra­gu­eriego, Rob. Ni­czego po­dob­nego Zie­mia nie wi­działa. Sam to pew­nie czu­jesz, dla­tego py­tasz...

Mach­nął ręką nad sto­łem dla uję­cia spra­wie cię­żaru.

- Zie­mia nie wi­działa wielu rze­czy, które dla Uldryj­czy­ków są prost­sze od od­da­nia mo­czu - od­rzekł z peł­nymi ustami.

Ro­ze­śmiała się, bo mo­czu aku­rat Uldryj­czycy nie od­da­wali.

- Ale ta sy­ner­gia pla­net jako istot ży­wych? - mó­wił da­lej. - I ma z tego po­wstać... krysz­tał o wła­ści­wo­ściach uzdra­wia­ją­cych?

Nie­pew­nie ski­nęła głową. Czuła cień od­po­wie­dzial­no­ści za tych go­ści z ko­smosu.

- Sam wi­dzisz, jak to brzmi - po­wie­działa. - Wolę, byś o szcze­góły zwró­cił się do źró­dła. Za­py­taj dziś na mi­tingu, ple­ase, a ja będę tłu­ma­czyć naj­wier­niej, jak się da.

- Do­bra. - Spoj­rzał na ze­ga­rek. - Mu­szę le­cieć, ko­cha­nie. A Gala jest tylko se­kre­ta­rzem ko­mi­sji, prze­wod­ni­czy Idi Mor­tini! - rzu­cił na od­chod­nym.

Kor­wetta pi­snęła z ra­do­ści. Lu­biła z wza­jem­no­ścią we­so­łego ko­man­dora Mor­ti­niego w wieku pięć­dzie­siąt plus, który lada dzień miał awan­so­wać na kontr­ad­mi­rała. Po­wi­nien po­ra­dzić so­bie z nie­chę­cią służ­bistki Ga­liny Dahl do niej. Nie­chę­cią, którą nie­mal ro­zu­miała.

EG­ZA­MIN WSTĘPNY

Pod­czas gdy do do­wód­ców trzech szkół astro­nau­tycz­nych, a szcze­gól­nie do ad­mi­rała Holda, spły­wały i gra­tu­la­cje, i obe­lgi z po­wodu de­cy­zji w imie­niu ludz­ko­ści, Uldryj­czycy przy­stą­pili do eks­pe­ry­mentu. Od­osob­nili się na ten czas w swoim elip­so­idal­nym po­jeź­dzie, który sta­cjo­no­wał na placu tre­nin­go­wym szkoły. Wy­ko­ny­wali tam bez wąt­pie­nia ja­kąś ener­ge­tyczną pracę, gdyż co wraż­liw­szym stu­den­tom zda­wało się, że na­wet po­wie­trze w Aka­de­mii stało się ro­ze­dr­gane. Pa­nu­jący w mu­rach AcAs hip­no­tyczny kli­mat przy­cią­gał co­raz wię­cej cie­kaw­skich.

Kor­wetta, zwol­niona te­raz z tłu­ma­cze­nia, wy­ko­rzy­stała czas na tre­ning fi­zyczny - te­mat eg­za­mi­nów wstęp­nych w końcu za­ist­niał w at­mos­fe­rze ogól­nej eks­cy­ta­cji. Dziś wy­brzmiał i wy­świe­tlił się w me­diach nie­odwo­łal­nie - nad­szedł dzień te­stu.

W tłu­mie kan­dy­da­tów Kor­wetta wy­pa­try­wała ko­le­gów z Ze­społu, z któ­rymi spę­dziła trzy lata li­ceum. Pierw­szy do­strzegł ją Mi­chał War­dyn - jak zwy­kle mocno opa­lony po wa­ka­cjach. Kę­dziory kasz­ta­no­wych wło­sów przy­strzygł jak wzo­rowy ka­det. Wy­glą­dał już jak doj­rzały męż­czy­zna, a nie jak chło­piec ze wspól­nych tre­nin­gów.

- Wi­taj, księż­niczko prze­mie­niona po­ca­łun­kiem! - rzu­cił do niej na przy­wi­ta­nie. - Da­lej słodko w twoim związku?

- Tak, mój spo­wied­niku. - Wpa­dła mu w ra­miona. - Psy­cho­loga na ra­zie nie po­trze­bu­jemy - od­rze­kła ze śmie­chem.

- Ale już mi­nęła eks­taza pierw­szej nocy, co?

Za­sta­no­wiła się, ale nie nad eks­tazą.

- Są­dzisz, że wszystko z cza­sem musi spo­wsze­dnieć? - Po­pra­wiła ta­śmę utrzy­mu­jącą w ry­zach jej ja­sne włosy. - Nie, Mi­chał, nam to nie grozi! - stwier­dziła sta­now­czo.

Uści­snęła się te­raz ze wzo­rowo umię­śnioną i po mę­sku ubraną Ju­stin Co­lez. Usły­szała od ko­le­żanki: "Ale fak­tycz­nie pro­mie­nie­jesz szczę­ściem, Wett!". Po­tem przy­tu­lił ją Da­vid Bo­eni - jak zwy­kle roz­czo­chrany, ale też z so­lidną, mę­ską po­sturą, którą, o dziwo, na­był dość na­gle. Z ko­lei ru­do­włosa Gina Voit, daw­niej rów­nie chuda jak Da­vid, a dziś pełna ko­bie­cego po­wabu, uni­kała Kor­wetty z po­wodu za­daw­nio­nej urazy.

- Ro­bert par­ty­cy­po­wał nie­chyb­nie w ukła­da­niu za­dań, aaa? - Da­vid zwró­cił się do Kor­wetty gło­sem mocno mo­du­lo­wa­nym i wsparł tę blagę wy­mow­nym spoj­rze­niem. - Masz, słonko, ja­kiś prze­ciek? - z pre­me­dy­ta­cją użył zwrotu by­łego in­struk­tora i zmru­żył oko.

- Da­vid, na­wet go nie spy­ta­łam, na szczę­ście! - Kor­wetta za­śmiała się z tych pod­cho­dów. - A i on nie ra­czył wspo­mnieć.

- Pew­nie, bo kto jak nie ty roz­trza­ska w oka­mgnie­niu wszyst­kie te­sty - od­po­wie­dział. - Nie to co ja, bie­da­czyna, mo­głaś po­my­śleć o ko­le­dze. - Po­cią­gnął de­mon­stra­cyj­nie no­sem.

Po­zo­sta­łych kum­pli z Ze­społu dziew­czyna nie do­strze­gła. Wie­działa, że do eg­za­minu na re­alną astro­nau­tykę do­tarli tylko nie­złomni. Część dała so­bie spo­kój, wy­bie­ra­jąc w porę inne za­ję­cie. Po bliż­szym przyj­rze­niu oka­zało się jed­nak, że ze sła­wet­nej czter­nastki na eg­za­min przy­była do­kład­nie po­łowa.

Test pi­semny nie na­le­żał do ła­twych, ale ci po Ze­spole po­ra­dzili so­bie bez trudu. Część spraw­no­ściowa nie za­sko­czyła ich rów­nież - w końcu nie na darmo tre­no­wali z in­struk­to­rem przez cztery lata. Także Kor­wetta była pewna, że zdała. Gdy po­de­szła do stołu pre­zy­dial­nego w ra­mach pod­su­mo­wa­nia wy­ni­ków, pod­po­rucz­nik Ga­lina Dahl po­pro­siła ją, by usia­dła na chwilę na roz­mowę z ko­mi­sją.

- Kor­wetto, znamy się nie od dziś. - Gala zmru­żyła swoje nie­ty­powo błę­kitne oczy. - Wiem, ile zna­czysz i dla ko­smicz­nych go­ści, i dla nie­któ­rych na­szych pra­cow­ni­ków. - Za­wie­siła głos, a prze­wod­ni­czący ko­mi­sji kontr­ad­mi­rał Mor­tini prze­chy­lił się nad sto­łem, by le­piej sły­szeć. - Ja jed­nak chcia­ła­bym mieć czy­ste su­mie­nie, da­jąc ci zgodę na in­sy­gnia ka­deta AcAs - kon­ty­nu­owała. - Nie ukry­wam, że za­nie­po­koił mnie twój nie­ase­ku­ro­wany skok za­równo z Urwi­ska, jak i z Sy­li­dora. - Od­rzu­ciła do tyłu fale roz­pusz­czo­nych dziś, mie­dzia­no­zło­tych wło­sów. - I mimo per­fek­cji w ich wy­ko­na­niu ża­łuję, że ko­man­dor Bry­niar­ski nie po­słał cię na te­sty psy­cho­lo­giczne, by wy­klu­czyć skłon­no­ści sa­mo­bój­cze - do­dała do­bit­nie.

Kor­wetta mil­czała, zła, że nie może po­wie­dzieć choćby tego, iż skok z Sy­li­dora był jed­nak ase­ku­ro­wany. Ale na­ra­zi­łaby tym Ro­berta i Ga­lina do­sko­nale o tym wie­działa, bo sama ma­czała palce w jego przy­go­to­wa­niu. Z dru­giej strony w trak­cie skoku Kor­wetta o ase­ku­ra­cji nie ­wie­działa i wy­wo­dowi Gali nie dało się za­rzu­cić braku lo­giki.

- Dla­tego su­ge­ruję - kon­ty­nu­owała pod­po­rucz­nik Dahl - by po­mimo świet­nego wy­niku eg­za­minu zle­cić ci te­sty te­raz. O ile wes­prze mnie w tym prze­wod­ni­czący ko­mi­sji. - Spoj­rzała zna­cząco na kontr­ad­mi­rała Mor­ti­niego.

Ten od­po­wie­dział jej spoj­rze­niem co­kol­wiek roz­ba­wio­nym i Kor­wet­cie przy­szło do głowy, że błę­kit oczu pani pod­po­rucz­nik wi­dy­wał już w in­nych oko­licz­no­ściach. Co by o niej nie ga­dać, to wzo­rowa ab­sol­wentka i piękna ko­bieta, po­my­ślała z ukłu­ciem za­zdro­ści. Mor­tini zaś przy­po­mi­nał jej z twa­rzy dia­bła ta­smań­skiego, ale nie wąt­piła w jego życz­li­wość.

- Nie prze­sa­dzał­bym z tym, ko­le­żanko Dahl - kontr­ad­mi­rał ode­zwał się w końcu, wa­żąc słowa, co było rzad­ko­ścią u tego ży­wio­ło­wego szta­bowca. - Po­wiedzmy so­bie szcze­rze: Kor­wetta nie jest w stu pro­cen­tach Zie­mianką, a nie­ty­powy brak lęku wy­so­ko­ści być może odzie­dzi­czyła ge­ne­tycz­nie czy ener­ge­tycz­nie, jak to tam ta ła­mi­główka wy­gląda.

Ga­lina przy­oble­kła twarz uro­czym uśmie­chem, na­pi­na­jąc pełne wargi.

- To wła­śnie mam na my­śli, ad­mi­rale - od­parła. - Ty­powy dla Uldryj­czy­ków brak lęku wy­so­ko­ści w ze­sta­wie­niu z ziem­skim, dużo gęst­szym i po­dat­nym na uszko­dze­nia cia­łem może sta­no­wić aliaż nie­bez­pieczny nie tylko dla Kor­wetty, ale także dla jej to­wa­rzy­szy w ko­smo­sie - do­koń­czyła in­te­li­gent­nie.

Kor­wetta bli­ska już była nie­grzecz­nej od­po­wie­dzi, ale wstrzy­my­wała się, jak mo­gła, dla do­bra ca­łej sprawy. Wie­działa, że jej test psy­cho­lo­giczny mógłby od­biec od normy, co nie ro­ko­wało do­brze. Wie­dział o tym za­pewne też Idi Mor­tini, bo skwi­to­wał:

- Nie, nie bę­dziemy ro­bić te­stów oso­bie, któ­rej nie­ty­powe w końcu ce­chy za­pew­niają nam bez­pie­czeń­stwo i po­praw­ność kon­taktu z Extra­ter­re­strials. - Na­brał po­wie­trza po dłu­gim zda­niu. - Byłby to ro­dzaj pa­ra­doksu, nie­praw­daż?

Mil­cząca do­tąd trze­cia człon­kini ko­mi­sji, ka­pi­tan Oriana Bent, ski­nęła szybko głową. Po­słała Gali nie­chętne spoj­rze­nie du­żych, orze­cho­wych, zwy­kle ser­decz­nych oczu.

- Ona ura­to­wała w dniu kon­taktu ho­nor tej szkoły - ode­zwała się przy­jem­nym w brzmie­niu gło­sem, za to szorst­kim to­nem. - Ow­szem, ry­zy­ku­jąc ży­cie. - Prze­szyła wzro­kiem spło­szone te­raz oczy Gali. - Gdyby tego nie zro­biła, dba­jąc o te te­sty, to pani pod­po­rucz­nik - wska­zała roz­mów­czy­nię ru­chem brody - nie wy­grze­ba­łaby się z wy­rzu­tów, sto­jąc tam jak słup soli.

Kor­wetta spoj­rzała na nią z wdzięcz­no­ścią. Ga­lina na­to­miast ze słabo ukry­wa­nym ża­lem, który prze­kie­ro­wała do Mor­ti­niego. Nie zna­la­zła w nim wspar­cia, więc rze­kła szybko:

- Ro­zu­miem. Pro­szę mi wy­ba­czyć, nie chcia­łam tylko cze­goś prze­oczyć... A więc, ka­detko Bur­chard, gra­tu­luję przy­ję­cia w sze­regi stu­den­tów Aka­de­mii Astro­nau­tyki!

Wstała i po­dała rękę Kor­wet­cie. Ta od­wza­jem­niła uścisk naj­lżej, jak po­tra­fiła.

MAMY KRYSZ­TAŁ

Po­czy­na­nia Uldryj­czy­ków, mimo że fi­zycz­nie nie­wi­doczne, dało się wy­czuć po­przez zmie­nia­jącą się z dnia na dzień at­mos­ferę w AcAs-Sol­land. Tak jakby wzrósł po­ziom ra­do­ści. A lu­dzie przy­lgnęli do sie­dziby Aka­de­mii. Był upalny li­piec, sam śro­dek se­zonu urlo­pów, ale ka­dra uczelni wciąż tu była. Pra­cow­nicy sta­wiali się co­dzien­nie, choć nie mieli za­jęć ze stu­den­tami. A i stu­denci znaj­do­wali wciąż nowe pre­tek­sty, by się tu zja­wiać. Pa­no­wał kli­mat bi­waku, pik­niku czy też wa­ka­cyj­nego obozu, na któ­rym prze­ło­żeni bra­tali się z pod­wład­nymi, żar­to­wali na te­mat Ko­smi­tów, opo­wia­dali mniej lub bar­dziej po­ucza­jące hi­sto­rie z ży­cia i co chwilę wy­bu­chali śmie­chem. Wszy­scy spo­glą­dali też z uwagą w kie­runku zbu­do­wa­nego przez Uldryj­czy­ków ogro­dze­nia. Po­wstało obok za­par­ko­wa­nego na placu ko­smicz­nego po­jazdu, zwa­nego bo­li­da­rem. Choć nie dało się zaj­rzeć poza ogro­dze­nie, nie­wąt­pli­wie coś tam ro­sło. Wraz z tym wy­czu­wal­nym czymś ro­sła lek­kość i eks­cy­ta­cja bez ja­snego po­wodu. Choć i tak było tu znacz­nie lżej po przy­by­ciu tych z Uldri. Ale im naj­wy­raź­niej bra­ko­wało cze­goś jesz­cze...

I na­gle, przed­ostat­niego dnia lipca, bez naj­mniej­szego ostrze­że­nia ściany ogro­dze­nia opa­dły. Obecni na placu i ci w po­bliżu okien po­czuli się nie­mal ośle­pieni. W pierw­szym od­ru­chu za­sło­nili oczy, by otwie­rać je po­woli, po­wta­rza­jąc so­bie, że Uldryj­czycy nie zro­bi­liby krzywdy ży­wej isto­cie. In­ten­sywne lśnie­nie szybko sta­wało się zno­śne, tak jakby wzrok się do niego do­stra­jał. Bu­dynki wo­kół placu tre­nin­go­wego ską­pane te­raz były w nie­ty­po­wym, mie­dzia­nym bla­sku. Uwaga wi­dzów kie­ro­wała się jed­nak ku cze­muś, co tkwiło obok bo­li­daru i z czym za­cho­dzące słońce zda­wało się wy­mie­niać świa­tło. Wy­mie­niać płyn­nie, jakby w po­wie­trzu skro­plił się me­tal... A więc Uldryj­czy­kom się udało!

Obok ich statku stał krysz­tał! Wie­lo­fa­se­towy, przej­rzy­sty, po­ły­sku­jący od­cie­niami złota. Wy­soki na ja­kieś trzy me­try, o ku­ba­tu­rze ćwierci uldryj­skiego statku. Był - jak by nie pa­trzeć - nie­ziem­sko piękny! Za­pie­rał dech na­wet nie­wzru­szo­nym ofi­ce­rom.

Wkrótce przy krysz­tale po­ja­wiły się trzy znane już wszyst­kim istoty z Uldri. Unio­sły w górę swoje wy­su­wane koń­czyny. Choć nikt nie tłu­ma­czył te­raz ich mowy, wszy­scy zro­zu­mieli, że gest ozna­cza suk­ces eks­pe­ry­mentu. A na ta­blicy świetl­nej po­ja­wiło się za­pro­sze­nie na mi­ting o czter­na­stej na­stęp­nego dnia. Lecz obec­nych te­raz nie wy­pro­szono z placu i ja­koś nikt nie zbie­rał się do odej­ścia. Krysz­tał przy­cią­gał w nie­ja­sny spo­sób nie tylko uwagę, ale jakby i fi­zyczne ciała. Wzbu­dzał za­chwyt ja­kąś roz­luź­nia­jącą, eks­ta­tyczną ema­na­cją. Pra­cow­nicy i stu­denci sia­dali na scho­dach, na swo­ich ple­ca­kach, tor­bach czy wręcz na pa­sach chod­ni­ków i wpa­trzeni w mo­no­lit, po­grą­żali się w spon­ta­nicz­nej kon­tem­pla­cji. Lu­dzie AcAs róż­nych rang przy­cup­nęli w mil­cze­niu obok sie­bie, do­świad­cza­jąc wspól­nego wzru­sze­nia. Krysz­tał błysz­czał zło­tawo na­wet po za­cho­dzie słońca, roz­ta­cza­jąc wo­kół aurę cza­row­nej in­tym­no­ści.

Pierwsi prze­bu­dzeni z transu ode­szli około pół­nocy, naj­wy­tr­walsi po­zo­stali tu do rana. Śle­dząc na­gra­nia z ka­mer, szef bez­pie­czeń­stwa in spe Eric War­ren nie mógł po­zbyć się my­śli: "To się do­brze nie skoń­czy".