I
Pewnego dnia - a było to już bardzo dawno -
dostałem długi, szczegółowy list od jednego z moich starych
kamratów i towarzyszów przygód na wschodnich morzach. Przebywał
wciąż w tamtych stronach, ale już jako stały mieszkaniec. Był
podówczas w średnim wieku; wyobrażałem sobie, że pewnie utył i lubi
przesiadywać w domu, - że, jednem słowem, spotkał go los zwykłych
śmiertelników, któremu nie podlegają tylko umiłowani przez bogów,
albowiem - jak wiadomo - umierają młodo. W liście pełno było
tęsknych spojrzeń w przeszłość, zapytań: "Czy pamiętasz?" - a
między innemi pytanie: "Czy pamiętasz starego Nelsona".
Czy pamiętam starego Nelsona! I jak jeszcze. Przedewszystkiem nie
nazywał się wcale Nelson. Anglicy z archipelagu nazywali go
Nelsonem - prawdopodobnie dla wygody a on nigdy nie protestował;
byłaby to czcza pedanterja. Prawdziwe jego nazwisko brzmiało:
Nielsen. Przybył na wschód na długo przed pojawieniem się drutów
telegraficznych; pracował w angielskich firmach, ożenił się z
Angielką i zżył się z nami, handlując i żeglując na wszystkie
strony po Wschodnim archipelagu - i wpoprzek, i naukos, i wkrąg -
to równolegle do równika, to znów prostopadle - w półkola, zygzaki,
ósemki. Trwało to długie lata. Nie było żadnego zakątka na tych tropikalnych wodach gdzieby nie
dotarła wybitnie pokojowa działalność starego Nelsona (czy też
Nielsena). Gdyby się udało nakreślić tropy wszystkich jego podroży,
mapę archipelagu pokryłaby sieć gęsta jak pajęczyna - z wyjątkiem
jednak Filipin. Nie chciał nigdy zbliżyć się do tych okolic, gdyż
bał się panicznie Hiszpanów, a właściwie władz hiszpańskich.
Niepodobna sobie wyobrazić, czego się po nich spodziewał. Może
czytał swojego czasu książki o inkwizycji. Ale Nelson lękał się wogóle wszelkich "władz", jak je nazywał,
prócz angielskich, które szanował i którym ufał. Holendrzy
przejmowali go mniejszą grozą niż Hiszpanie, ale może jeszcze
bardziej im niedowierzał. Nie miał do nich ani krzty zaufania. Był
przekonany, że gotowi są zawsze "spłatać bardzo brzydkiego figla"
człowiekowi, który miał nieszczęście popaść w ich niełaskę.
Wprawdzie istniały holenderskie prawa i przepisy, ale nie mieli
pojęcia o sprawiedliwem ich stosowaniu. Nieraz aż litość brała
patrzeć na oględne i trwożliwe zachowanie Nelsona wobec pierwszego
lepszego urzędnika; tem bardziej, że pamiętano z dawnych lat
nieustraszone wyprawy tegoż Nelsona. Docierał najspokojniej do
Nowej Gwinei do wiosek zamieszkanych przez ludożerców, aby wymienić
towary, których wartość nie przekraczała częstokroć pięćdziesięciu
funtów. Należy przytem zaznaczyć, że był zawsze tuszy okazałej i
mógł uchodzić - że się tak wyrażę - za kąsek bardzo smakowity. Czy pamiętam starego Nelsona? Jakżeby nie! Ściśle mówiąc, nikt z
mojego pokolenia nie widywał go w czasach, gdy prowadził jeszcze
interesy; znaliśmy go już jako "wycofanego z obiegu". Kupił, czy
też wydzierżawił od sułtana część wysepki należącej do grupy t. zw.
Siedmiu Wysp, nieco na północ od Banki. Tranzakcję tę załatwione
prawdopodobnie zgodnie z prawem, ale nie wątpię, że gdyby Nelson
był Anglikiem, Holendrzy znaleźliby jakiś sposób wykurzenia go bez
ceremonji. W danym wypadku prawdziwe brzmienie jego nazwiska
przydało mu się bezwarunkowo. Zostawiono w spokoju skromnego
Duńczyka, który zachowywał się jak najpoprawniej. Włożywszy
wszystkie pieniądze w uprawę ziemi, starał się uniknąć nawet
najlżejszego pozoru jakiejś winy i głównie z powyższych względów
ostrożności nie patrzył łaskawem okiem na Jaspera Allena. Ale o tem
później. Tak! Pamiętało się dobrze duży, gościnny bungalow,
wzniesiony na spadzistym przylądku, zażywną postać Nelsona w białej
koszuli i spodniach (miał stały zwyczaj zdejmować alpagową kurtkę
przy każdej sposobności), okrągłe, niebieskie oczy, wichrowate,
żółtawo-białe wąsy, sterczące na wszystkie strony niby kolce
podrażnionego jeża - i skłonność do raptownego siadania i
wachlowania się kapeluszem. Ale co tu ukrywać! Pamiętało się
przedewszystkiem jego córkę, która powróciła w tym czasie do domu,
aby stać się niejako Władczynią Wysp. Freja Nelson (albo Nielsen) należała do kobiet, których się nie
zapomina. Zarys jej owalu był nieskazitelny, a przedziwna jego
linja okalała olśniewającą cerę i niezrównaną harmonję rysów, z
których biło zdrowie, siła i coś, cobym nazwał nieświadomą wiarą w
siebie, albo niezmiernie wdzięcznym i jakby kapryśnym rozmachem.
Nie porównuję jej oczu do fiołków; barwa ich miała zupełnie odrębny
odcień, jaśniejszy i bardziej połyskliwy. Spoglądała zawsze prosto
w oczy, szczerze i otwarcie. Nie widziałem nigdy, aby spuszczała
długie, czarne rzęsy - przypuszczam, że Jasper Allen musiał to
widywać jako człowiek uprzywilejowany - ale nie wątpię, że wyraz
jej twarzy był wówczas czarujący i zagadkowy. Jasper mówił mi raz w
porywie wzruszająco głupiego zachwytu, że mogła usiąść na swoich
włosach. Bardzo wierzę. Nie było mi danem oglądać te cuda; mogłem
tylko podziwiać, jak zręcznie umiała upiąć warkocze, nie zakrywając
niemi kształtnej główki. Przepych jej włosów taki był promienny, że
gdy siedziała na zachodniej werandzie w miłym półmroku spuszczonych
zasłon, lub w cieniu drzew owocowych blisko domu, zdawało się, iż
włosy jej sieją swój własny, złocisty blask. Nosiła zwykle białą suknię, nie zakrywającą zgrabnych, żółtych
trzewików. Jeśli miała na sobie coś kolorowego, to chyba tylko
niebieską wstążkę. Wszelkie wysiłki fizyczne przychodziły jej z
łatwością. Widziałem raz, jak wysiadła z łódki po długiej
przejażdżce w słońcu (lubiła bardzo wiosłować); nie była ani trochę
zdyszana i każdy jej włosek pozostał na swojem miejscu. Gdy rankiem
wychodziła na werandę, aby popatrzeć na morze ku wschodowi, w
stronę Sumatry, promieniała świeżością i blaskiem jak kropla rosy.
Ale kropla rosy jest znikoma, Freja zaś nie miała w sobie nic
nikłego. Pamiętam dobrze jej krągłe, silne ramiona i ręce cienkie w
przegubie, szerokie a kształtne, o długich, smukłych palcach. Nie wiem, czy urodziła się na morzu, ale w każdym razie do
dwunastego roku życia żeglowała z rodzicami na przeróżnych
statkach. Po stracie żony Nelson był w wielkim kłopocie, co robić z
córeczką. Jakaś życzliwa znajoma z Singapuru, wzruszona niemym jego
bólem i bezradnością, podjęła się opieki nad Freją. Trwało to przez
jakie sześć lat, w czasie których stary Nelson (czy Nielsen)
wycofał się z "obiegu" i osiadł na swojej wyspie, ponieważ zaś
zacna opiekunka dziewczyny wracała do Europy, postanowiono, że
Freja zamieszka z ojcem. Pierwsze i najważniejsze zarządzenie Nelsona, związane z tym
faktem, dotyczyło sprowadzenia wspaniałego pianina firmy Steyn i
Ebhart. Byłem wtedy kapitanem małego parowca kursującego wśród
wysp; dostarczenie Nelsonowi tego sprawunku przypadło mi w udziale
i stąd wiem cośniecoś o pianinie Frei. Wyładowaliśmy z trudnością
olbrzymią pakę na płaską skałę wśród zarośli, przyczem dno łodzi o
mało co nie wyleciało w czasie tego żeglarskiego manewru. Potem
wspólnie z całą załogą, nie wyłączając maszynistów tudzież palaczy,
rozwinęliśmy niesłychaną pomysłowość; uznojeni w słońcu jak
starożytni Egipcjanie przy budowaniu piramidy, zdołaliśmy wreszcie
wywindować pianino aż na wysokość bungalowu zapomocą wałków,
dźwigni, powrozów i pochyłych, namydlonych desek. Umieściliśmy je w
rogu wschodniej werandy, która odgrywała właściwie rolę salonu.
Wyłusknęliśmy ostrożnie pianino z paki i wspaniały potwór z
różanego drzewa objawił się nareszcie w całej okazałości.
Podnieceni i przejęci ważnością chwili, przysunęliśmy go do ściany
z należytą pieczołowitością i mogliśmy wreszcie swobodnie
odetchnąć. Był to bezwątpienia najcięższy przedmiot, jaki znalazł
się na tej wysepce od stworzenia świata. Potęga dźwięków, któremi
pianino rozbrzmiewało w bungalowie (działającym jako pudło
akustyczne), była istotnie zdumiewająca. Akordy niosły się nad
morzem jak dźwięczne grzmoty. Jasper Allen mówił mi, że co rano z
pokładu swojego
Bonita (niezwykle zwinnego i pięknego brygu) mógł słyszeć
zupełnie wyraźnie, jak Freja wygrywa gamy, ale ten chłopak zarzucał
zawsze kotwicę o wiele za blisko od brzegu - nieraz mu to mówiłem.
Prawda, że tutejsze morze jest prawie zawsze pogodne, a Siedem Wysp
słynie jako szczególnie spokojna i bezchmurna miejscowość. Ale
niekiedy popołudniowa burza z Banki, albo gwałtowna ulewa z
oddalonych brzegów Sumatry, spada nagle na grupę wysepek,
pogrążając je na parę godzin w odmęcie wiatru i sino-czarnego
mroku, dziwnie złowrogiego. Bungalow trząsł się wówczas w posadach;
na werandzie spuszczone zasłony z rattanu targały się rozpaczliwie,
a Freja siadała do pianina i wygrywała dzikie wagnerowskie melodje
przy świetle oślepiających błyskawic, wśród piorunów padających
wokoło, że aż doprawdy - włosy dęba stawały na głowie. Jasper
siadywał nieruchomo za Freją, wielbiąc oczami smukłą, giętką jej
postać, cudowną świetlistość jasnych włosów, ręce migające po
klawiszach, biały zarys karku; a w tejże samej chwili bryg, tkwiący
u przylądka, miotał się na linach o jakieś sto jardów od
wstrętnych, lśniących, czarnych skał. Brrrr! I trzeba wiedzieć, że działo się to wyłącznie w tym celu, aby
Jasper, powróciwszy nocą na statek i przytuliwszy głowę do
poduszki, miał pewność, że już nie może być bliżej swojej Frei,
śpiącej w bungalowie. A przytem należy pamiętać, że właśnie ten
bryg miał się stać w przyszłości ich domem - pływającym rajem -
który Jasper przystrajał coraz piękniej, aby żeglować na nim błogo
przez całe życie ze swoją Freją u boku. Warjat! Ale ten chłopak
lubił zawsze ryzykować. Pamiętam, jak pewnego dnia przypatrywaliśmy się z Freją brygowi,
który zbliżał się do przylądka od północy. Przypuszczam, że Jasper
musiał dostrzec Freję przez lunetę. I cóż się stało? Zamiast
posuwać się jeszcze z półtora kilometra wzdłuż mielizny i spuścić w
odpowiedniem miejscu kotwicę, jak przystoi przyzwoitemu żeglarzowi,
wypatrzył szparę między dwiema staremi, poszczerbionemi rafami o
wstrętnym wyglądzie i skierował tamtędy statek, który przemknął
się, trzęsąc i skrzypiąc wszystkiemi żaglami, tak że słyszeliśmy
hałas aż na werandzie. Syknąłem przez zęby, a Freja zaklęła.
Doprawdy! Zacisnęła kształtne piąstki i szepnęła: "Psiakrew!",
poczem spojrzała na mnie i, poczerwieniawszy trochę, roześmiała
się, mówiąc: "Zapomniałam, że pan tu jest!" Oczywiście! Kiedy
Jasper zjawiał się na horyzoncie, zapominała, że ktokolwiek inny
istnieje na świecie. Zaniepokojony tem warjackiem postępowaniem,
nie mogłem się powstrzymać i odwołałem się do jej rozsądku. - Ależ on ma bzika! - wyrzekłem z przejęciem. - Skończony idjota - potwierdziła gorąco, patrząc mi prosto w oczy
szeroko rozwartemi, poważnemi źrenicami, a na jej policzku pojawił
się dołek od uśmiechu. - I wszystko tylko poto - objaśniałem - aby przyśpieszyć spotkanie
z panią o jakie dwadzieścia minut. Usłyszeliśmy, jak kotwica opadła, poczem Freja stała się naraz
niezmiernie stanowcza i groźna. - Niech pan chwilę poczeka. Już ja mu pokażę! Weszła do swojego pokoju i zamknęła drzwi, zostawiając mię na
werandzie z odpowiedniemi instrukcjami. Nim jeszcze zdołano zwinąć
żagle na brygu, Jasper zjawił się, przeskakując po trzy stopnie.
Zapomniał przywitać się ze mną, tylko rozglądał się porywczo na
wszystkie strony. - Gdzie Freja? Czy nie było jej tu przed chwilą? Oznajmiłem mu, że będzie pozbawiony obecności panny Frei przez
całą godzinę, aby "wiedział na przyszłość, jak winien postępować".
Na to oświadczył, że z pewnością ja do tego Freję namówiłem i że
przykro mu, ale pierwszego lepszego dnia będzie zmuszony mnie
zastrzelić. Uważa, że jesteśmy z Freją w zanadto dobrej komitywie.
Powiedziawszy to, rzucił się na fotel i usiłował rozmawiać o
ostatniej swojej podróży. Ale zabawił mnie niezmiernie fakt, że
chłopak cierpiał rzeczywiście. To było widoczne. Głos mu się łamał.
Zamilkł i, utkwiwszy oczy we drzwiach, siedział bez słowa z twarzą
pełną bólu. Naprawdę! A co jeszcze zabawniejsze, nie upłynęło i
dziesięć minut, gdy Freja ukazała się spokojnie na progu.
Zostawiłem ich i poszedłem szukać starego Nelsona (czy leż
Nielsena) na tylnej werandzie, która była ulubionym jego zakątkiem.
Chciałem go wciągnąć w rozmowę, aby, błąkając się po pokojach, nie
wtargnął nieświadomie tam, gdzie wcale nie był pożądany. Wiedział o przybyciu brygu, ale nie przypuszczał, że Jasper zdążył
już znaleźć, się przy jego córce. Myślał pewnie, że to niemożliwe w
tak krótkim czasie. Naturalnie, ojciec dla córki nie zdobyłby się
na coś podobnego. Podejrzewał wprawdzie, że Allen podkochuje się we
Frei; wiedziały o tem i ptaki w powietrzu, i ryby w morzu, i
większość kupców z archipelagu i wogóle - ludzie wszelkich klas i
wszelkiego kalibru, mieszkający w Singapurze; nie był jednak w
stanie ocenić, jak dalece jego córka zajęta jest Allenem. Wyobrażał
sobie, że Freja za wiele ma rozsądku, aby sobie kimkolwiek głowę
zawrócić. Nic podobnego nawet na myśl mu nie przychodziło, gdy
siedział na swojej werandzie i gryzł się w prostocie ducha podczas
wizyt Jaspera. Przyczyną jego zgryzot były władze holenderskie.
Faktem jest, że Holendrzy patrzyli krzywo na poczynania Jaspera
Allena, właściciela i kapitana brygu
Bonito. Uważali, że jego wyprawy handlowe są o wiele za
przedsiębiorcze. Nie zdaje mi się, aby Allen wykroczył kiedykolwiek
przeciwko prawu; myślę raczej, że to niezmierna jego ruchliwość
budziła odrazę w tępych i powolnych Holendrach. Otóż w pojęciu
starego Nelsona kapitan
Bonita był dzielnym marynarzem i sympatycznym chłopcem, -
ale stosunki z nim uważał naogół za niepożądane, nieco
kompromitujące, że się tak wyrażę. Z drugiej strony nie miał ochoty
powiedzieć Jasperowi prosto w oczy, że nie chce go widywać. Biedny
stary Nelson był przyzwoitym człowiekiem. Pewien jestem, że
wzdragałby się zranić uczucia nawet i kudłatego ludożercy; chyba,
gdyby go niedwuznacznie sprowokowano. Podkreślam, że mówię o
zranieniu uczuć, nie zaś ciała. Jeśli chodzi o włócznie,topory,
maczugi czy strzały, stary Nelson dowiódł niejednokrotnie, że
potrafi doskonale sobie radzić. We wszelkich innych wypadkach miał
usposobienie lękliwe. Siadywał więc z markotną miną, na swojej
werandzie i za każdym razem, gdy dochodziły odgłosy rozmowy Frei z
Jasperem, wydymał policzki i wypuszczał dech z ponurym świstem, jak
człowiek ciężko przez los doświadczony. Uspokajałem naturalnie jego obawy, z których zwierzał mi się dość
często. Miał niejakie uznanie dla mojego sądu i szanował mnie,
jednak nie z powodu zalet osobistych, tylko ze względu na dobre
stosunki, łączące mię z władzami holenderskiemi. Wiedziałem
napewno, że największy jego postrach, gubernator z Banki, przemiły,
porywczy, serdeczny człowiek, były kontradmirał, miał do niego
wyraźną słabość. To kojące zapewnienie do którego zawsze się
uciekałem, rozjaśniało na chwilę twarz starego Nelsona (czy też
Nielsena); wkońcu jednak potrząsał zawsze głową z powątpiewaniem,
jak gdyby chciał powiedzieć, że wszystko to bardzo pięknie, ale w
duszy holenderskiego urzędnika kryją się przepaści, które on jeden,
Nelson, zgłębić jest w stanie. Śmiechu warte! W wypadku, o którym mówię, był nawet podrażniony i gdy usiłowałem
go zająć bardzo zabawną, nieco skandaliczną przygodą, która
zdarzyła się w Sajgonie pewnemu naszemu znajomemu, wykrzyknął
nagle: - Czegóż, u djabła, ten tu się ciągle włóczy! Najwidoczniej nie słyszał z mojej anegdoty ani słowa. Zirytowało
mnie to, bo anegdota była rzeczywiście dowcipna. Popatrzyłem na
niego przeciągle. - Jakto! - zawołałem - czy pan doprawdy nie wie, dlaczego Jasper
Allen tu przyjeżdża? Była to pierwsza wyraźna aluzja do stosunków łączących Jaspera z
Freją. Nelson przyjął to spokojnie. - E, Freja jest rozsądną dziewczyną - szepnął, zajęty
najwidoczniej myślami o "władzach". - Freja nie jest głupia. Wcale
się o to nie boję. Ten smyk, to pyszny dla niej towarzysz; Freja
się z nim bawi - nic pozatem. Przenikliwy staruszek umilkł i cisza zapanowała w bungalowie.
Tamtych dwoje zabawiało się spokojnie i - bezwątpienia -
rozkosznie. Nie mogli wymyśleć gry bardzie pochłaniającej i mniej
hałaśliwej nad snucie planów wspólnej przyszłości. Siedzieli pewnie
przytuleni do siebie na werandzie, patrząc na bryg, który odgrywał
rolę trzeciego partnera w czarownej zabawie. Bez niego przyszłość
przestałaby istnieć. Był całym ich majątkiem, i domem, i szerokim,
swobodnym światem. Któż to porównał okręt do więzienia? Niech
zawisnę haniebnie na rei, jeśli to prawda. Żagle na brygu Jaspera
były białemi skrzydłami ich miłości, szybującej gdzieś w
przestworzach (należałoby to wyrazić jeszcze poetyczniej). Mam tu
na myśli miłość Jaspera. Freja, jako kobieta, ujmowała całą sprawę
ze strony bardziej realnej. A Jasper żył dosłownie w zachwyceniu, począwszy od pewnej
pamiętnej chwili. Siedzieli raz z Freją i patrzyli na bryg,
pogrążeni w wymownem milczeniu, które jest jedynym środkiem
istotnego porozumiewania się stworzeń obdarzonych mową. Jasper
zaproponował wówczas Frei, aby się stała współwłaścicielką jego
skarbu, a ściślej mówiąc, oddał jej swój bryg na własność. Serce
jego wcieliło się w statek już począwszy od dnia, gdy kupił go w
Manilli od pewnego Peruwjanina w średnim wieku, ubranego w skromny
garnitur z czarnego sukna. Był to osobnik tajemniczy i wyrażający
się lakonicznie. O ile mi się zdaje, musiał ukraść ten bryg na
południowo-amerykańskiem wybrzeżu, gdyż twierdził, że jedzie
stamtąd na Filipiny "z rodzinnych powodów". To określenie "z
rodzinnych powodów" było świetnie pomyślane. Żaden prawdziwy
caballero nie zadaje dalszych pytań po takiem
oświadczeniu. A Jasper był właśnie prawdziwym
caballero. Bryg, pomalowany wówczas na czarno, wyglądał
zagadkowo i bardzo brudno - niby klejnot morski o przyćmionym
blasku, albo raczej zaniedbane dzieło sztuki. Gdyż artystą być
musiał nieznany budowniczy, który wymodelował wdzięczne linje jego
kadłuba z najtwardszego tropikalnego budulca, spojonego najczystszą
miedzią. Bóg jeden wie, w jakiej części świata został zbudowany.
Sam Jasper niewiele się mógł dobadać o jego dotychczasowych
dziejach od lakonicznego, ponurego Peruwjanina - jeśli to był
doprawdy Peruwjanin, a nie sam djabeł w przebraniu, jak Jasper
twierdził żartobliwie. Mojem zdaniem, statek bardzo był stary i
mógł należeć do któregoś z ostatnich korsarzy, albo i handlarzy
niewolników; może swojego czasu woził lub przemycał opjum. Bez względu na przeszłość zdrów był jak pierwszego dnia po
spuszczeniu na wodę, żeglował po czarodziejsku - posłuszny sterowi
niczem mała łódeczka - i - podobnie jak piękne kobiety, znane w
historii z bujnego życia - zdawał się posiadać tajemnicę wiecznej
młodości; nic więc dziwnego, że Jasper Allen odnosił się doń jak do
kochanki. Pieczołowitość jego wskrzesiła urodę brygu w całym jej
blasku. Przyoblókł go wielokrotnie w szaty z najpiękniejszej białej
farby, a srodze mustrowana załoga, złożona z dobranych Malajów,
stroiła go i piętnowała tak zręcznie, starannie i artystycznie, że
najkosztowniejsza emalja, przez złotników wypieszczona, nie mogłaby
piękniej wyglądać i gładszą być w dotknięciu. Wąski złocony pas
ujmował wytworne kształty
Bonita i bryg, tkwiąc na wodzie, zaćmiewał z łatwością
zawodową piękność każdego jachtu, który pojawił się temi czasami na
wschodnich wodach. Co do siebie, muszę zaznaczyć, że wolę pas
ciemno-purpurowy na białym kadłubie. Odbija silniej od tła i jest
przytem mniej kosztowny; mówiłem o tem Jasperowi, ale napróżno.
Twierdził, że tylko złoto w najlepszym gatunku jest dla brygu
odpowiednie i że niema ozdób dość wspaniałych na upiększenie
przyszłego przybytku Frei. Miłość do statku i miłość do dziewczyny zlały się w jego sercu tak
nierozdzielnie jak dwa drogocenne metale w jednym tyglu stopione. A
że płomień był gorący, za to ręczę. Drgał w nim namiętny niepokój -
gorączka czynu i porywy pragnień. Twarz Jaspera była nieco za
delikatna: włosy miał kasztanowate, sfalowane na skroniach i
szczupłą postać o długich członkach: żywy połysk stalowych oczu i
szybkie, nagłe jego ruchy przypominały mi czasem błysk miecza
wyskakującego wciąż z pochwy. Dopiero gdy znalazł się w obecności
dziewczyny i mógł się w nią wpatrywać, naprężenie jego nerwów
ustępowało miejsca poważnej, skupionej czujności, z jaką chłonął
jej słowa i najdrobniejsze poruszenia. Spokój Frei, jej
stanowczość, dobry humor i panowanie nad sobą zdawały się krzepić
jego serce. Może czar jej twarzy, jej głosu, jej spojrzeń działał
na niego tak kojąco? Choć właściwie należy przypuszczać, że to
właśnie rozpaliło jego wyobraźnię - jeśli miłość poczyna się w
wyobraźni. Ale nie czuję się powołany do rozprawiania o tak
wielkich tajemnicach i przychodzi mi na myśl, że zaniedbaliśmy
biednego starego Nelsona, siedzącego na werandzie i wydymającego
raz po raz policzki w głębokiem zatroskaniu. Dowiodłem mu, że Jasper nie był ostatecznie tak częstym gościem w
bungalowie. I on i jego bryg pracowali ciężko, krążąc po
archipelagu. Na to stary Nelson odpowiedział mi tylko wysoce
niespokojnym tonem: - Mam nadzieję, że Heemskirk nie zjawi się, przynajmniej póki bryg
jest w zatoce. Masz tobie, nowy straszak - teraz znowu Heemskirk!... Można było
doprawdy stracić cierpliwość - -