Rozdział 3
Wróciłem do domu z pewną dozą uczucia przegranej, bo musiałem przyznać, że ta mała ma gadane. Tylko że to nie wynikało z przypadku.
Takie kobiety wcale nie miały łatwiej w życiu. Znałem jedną taką, którą niewyparzona gęba sprowadziła prawie do samego piekła, i być może odwaga wiele jej pomogła, ale jednocześnie wpakowała w masę kłopotów.
Ostry jak brzytwa język najczęściej zawdzięczają dwóm czynnikom: naturze lub ludzkiej krzywdzie. Czasami ktoś się zwyczajnie rodził z darem do przegadania każdego. Najczęściej jednak tresowało je życie i żeby nie dać się stłamsić silniejszym, zaczęły głośno ostrzegać, że nie będzie z nimi tak łatwo. Coś na zasadzie odstraszacza.
Faceci nie lubili pewnych siebie kobiet. We mnie wzbudziła zainteresowanie. Była tak kompletnie odmienna od mojej byłej. Przypominała mi raczej moją przyjaciółkę, którą przecież kochałem nad życie.
Pani doktor ani przez moment się mnie nie wystraszyła, a to mogło oznaczać tylko tyle, że napatrzyła się w życiu na naprawdę wiele złych rzeczy. Kiedy kobieta nie okazuje emocji, znaczy, że ktoś je z niej wyrwał niczym chwast.
Rozerwałem do końca nogawkę spodni i uwolniłem się z nich całkowicie, zostając w samych bokserkach. Nie bacząc na to, że zaleję pół łazienki, nalałem sobie wody do wanny, włączyłem głośno muzykę i z zawieszoną na brzegu nogą ułożyłem się w pachnącej wodzie. Tego mi było trzeba. Chwili relaksu, na który tak rzadko mogłem sobie kiedyś pozwolić. Zamierzałem nadrobić wiele rzeczy.
Byłem wrakiem człowieka.
Fizycznie może mniej, chociaż moja twarz wciąż boleśnie się goiła. Najbardziej cierpiała dusza, do której w pewnym momencie mojego życia dotarło, że zmarnowałem tak wiele czasu. Przegapiłem najlepsze lata na zabawę w żołnierzyka. Skupiłem się na innych, by zapewnić im bezpieczeństwo, zapominając kompletnie o sobie.
Zafiksowałem się na punkcie kobiety, którą znałem całe życie, a tak naprawdę była mi obca, dopóki nie stanęliśmy ramię w ramię do walki. To była chyba jedyna miłość w moim życiu. Bo tej typowo damsko-męskiej nigdy nawet nie musnąłem.
Westchnąłem i zacząłem odwijać bandaże z twarzy. Noc była czasem na jej regenerację. Zasłaniałem wówczas wszystkie okna, bo choć już praktycznie poza zaczerwienieniami nie było większych śladów, to ja wciąż czułem się źle w tym ciele. Było inne, nie moje... Czekałem na pełne efekty. Byłem w tym temacie wymagający. Skoro zmieniałem tak bardzo swoje ciało, to musiało ono wyglądać rewelacyjnie.
Odetchnąłem z ulgą, kiedy chłodne powietrze omiotło moją rozpaloną skórę. Uwielbiałem ten moment w ciągu dnia, gdy zdejmowałem maskę i skryty w swoich czterech ścianach w końcu mogłem być sobą.
Jeszcze trochę i przestanę być potworem. Przynajmniej na zewnątrz.
Straciłem kompletnie rachubę czasu i nie przeszkadzała mi nawet chłodna woda. Było mi jakoś tak dobrze, że dosłownie mógłbym przeleżeć w tej wannie całą noc.
Niestety, musiałem uporać się jeszcze z coraz większą kałużą na podłodze, więc niechętnie, ale opuściłem mój azyl, posprzątałem bajoro i naciągnąłem na siebie spodnie dresowe, które były na tyle szerokie, że nie haczyły o opatrunek.
Nie potrafiłem być uważny i ostrożny, jeśli chodziło o moje życie i ciało, więc nie mogłem dać żadnej gwarancji, że czegoś nie odwalę i nie będzie potrzebne szycie.
Byłem cholerykiem i raptusem i choć miałem ogromną potrzebę miłości, to z delikatnością naprawdę bywało u mnie różnie.
Mimo późnej pory zasiadłem do projektowania. Miałem trochę zaległości spowodowanych przeprowadzką i remontem. Teraz dodatkowo doszła mi ta cholerna noga. Jeśli jeszcze raz zobaczę te bachory kręcące się wokół mojego domu, przywiążę do góry nogami za gałęzie, nasmaruję miodem i zaczekam, aż mrówki zrobią swoje.
Byłem do tego zdolny, a te szczyle nie wiedziały, z kim zadarły. Cholera! Byłem zdolny do dużo gorszych rzeczy, ale gdzieś z tyłu głowy miałem myśl, że były to tylko głupie dzieciaki napuszczone przez rodziców. Nie miały jeszcze za bardzo instynktu samozachowawczego. A powinny były go mieć, bo zaczepiały naprawdę groźnego drapieżnika.
Spać poszedłem, kiedy niechcący strąciłem pustą szklankę ze stołu, na którą jedynie machnąłem ręką. Była czwarta w nocy lub nad ranem w zależności, jak kto na to patrzył, a ja ledwo widziałem na oczy.
Piekły mnie, jakby ktoś nasypał mi do nich piasku z solą.
Uwaliłem się na kanapę, okryłem kocem i w mgnieniu oka zasnąłem. Nawet nie zdjąłem spodni.
Zerwał mnie zbyt głośny dźwięk mojego telefonu, który zostawiłem gdzieś w kuchni. Lubiłem mieć ustawiony budzik na szóstą rano. Aktualnie tak bez powodu i celu.
Kiedyś o tej porze ćwiczyłem, biegałem lub szykowałem się do pracy. Teraz mogłem przystopować choćby z racji rekonwalescencji. Nie mogłem się przemęczać.
Marzyłem, by jak najszybciej wyłączyć ten rozdzierający moje bębenki dźwięk, więc ledwo widząc na oczy, bez namysłu ruszyłem w stronę urządzenia, aż poczułem przeszywający stopę ból i dopiero przypomniałem sobie, że zostawiłem to cholerne szkło na podłodze.
- No, kurwa! - krzyknąłem na całe gardło, wyłączyłem budzik i opadłem ciężko na jedyne krzesło w tym domu, które pod naporem mojego ciała zaskrzypiało, jakby zaraz miało się rozpaść.
Z trudem podwinąłem stopę, odkrywając kawałek szkła wbity w okolicach pięty. Zacisnąłem zęby, szarpnąłem odłamek i momentalnie z rany pociekła krew. Dużo krwi. Teraz oprócz łydki miałem uszkodzoną stopę. Co najdziwniejsze, nigdy nie byłem takim fajtłapą.
Czy jakieś złe moce sprzysięgły się, żeby mi upuścić całą krew? Naprawdę nie dane mi było życie w spokoju? Zawsze musiało się coś wydarzyć?
Doczłapałem do łazienki, usiadłem na brzegu wanny i zacząłem polewać stopę zimną wodą, która mieszała się z krwią. Wszystko wskazywało na to, że tę ranę już na pewno trzeba będzie szyć.
W tym momencie dziękowałem losowi, że mam samochód z automatyczną skrzynią biegów i mogę używać jednej nogi.
Zawinąłem stopę w gruby kokon, narzuciłem na siebie bluzę i arafatkę i wyszedłem z domu. A raczej pokuśtykałem do auta. Na pełne zasłonięcie twarzy nie miałem czasu, bo krew ani trochę nie zamierzała przestać lecieć.
Nie planowałem jechać do szpitala, ale jak widać, ktoś na górze miał dla mnie inne plany. Choć musiałem przyznać, że możliwość spojrzenia jeszcze raz w te anielskie oczy niezmiernie mnie cieszyła.
Stanąłem przed kontuarem recepcyjnym, wprowadzając kobietę w przerażenie.
Wciągnąłem głęboko powietrze, odliczyłem do dziesięciu, by uspokoić moją frustrację, i najspokojniej, jak potrafiłem, odezwałem się do niej.
- Potrzebuję szycia - oznajmiłem, ale nie doczekałem się żadnej reakcji. - Ogłuchła pani? - warknąłem, na co ona podskoczyła.
- Zobaczę, co da się zrobić - wymamrotała i zaczęła wybierać jakiś numer. Odwróciła się do mnie plecami, szepcząc coś do słuchawki.
- Jeśli wzywa pani ochronę, proszę sobie darować - powiedziałem, a ona momentalnie zastygła.
Chwilę później stał już koło mnie rosły mężczyzna, mierząc mnie wzrokiem z góry na dół.
- Pan się naprzykrza? - zapytał, a we mnie krew zawrzała.
- Nie, ale mogę zacząć, jeśli tak bardzo się nudzicie! - Uniosłem głos, ściągając na siebie jeszcze więcej spojrzeń. - Przyszedłem tu po pomoc! - Pokazałem na swoją stopę.
Zrobiło się zamieszanie. Doszedł do nas drugi ochroniarz i z żadnym z tych imbecyli nie potrafiłem się dogadać. Zapanował taki harmider, że pożałowałem swojego przyjazdu tutaj.
- Co tu się dzieje? - Dobiegł do mnie surowy ton głosu.
I po sekundzie kobieta zaczęła przedzierać się przez zebranych wokół mnie pielęgniarzy i ochroniarzy.
- To ty - wyszeptała, kiedy nasze spojrzenia się skrzyżowały. - Proszę dać mu spokój!
- Zna go pani? - Jeden z mężczyzn omal nie wyzionął ducha, kiedy blondyna stanęła w mojej obronie.
- To mój pacjent - odparła bez zająknięcia.
Prychnąłem pod nosem, bo zdecydowanie bym tego tak nie nazwał, ale podobało mi się jej zaangażowanie w ratowaniu mnie.
- Proszę się rozejść, a pana zapraszam do gabinetu! - burknęła do mnie i ruszyła w bliżej nieokreślonym kierunku.
- Zaczekaj, bo jest ryzyko, że nie dotrę za tobą - powiedziałem, oglądając się za siebie, gdzie na podłodze zostawiałem plamy krwi. - Zajebiście...
Kobieta zatrzymała się raptownie, spojrzała na mnie i pokręciła głową.
- Nie musiałeś specjalnie rozwalać sobie nogi, żeby tu przyjechać. Naprawdę istnieją inne metody, by się znów ze mną spotkać - powiedziała z ironią w głosie, a ja po chwili znalazłem się tuż obok niej.
- A skąd wiesz, że chciałem się z tobą znowu spotkać, co? Rachel... - mruknąłem jej do ucha po przeczytaniu plakietki z danymi, a ona cichutko wciągnęła powietrze. Udało mi się ją nastraszyć. Nie była aż takim cwaniakiem, jak myślałem.
W milczeniu weszliśmy do jej gabinetu, choć mniemałem, że powinna się mną zająć zwykła pielęgniarka, a nie jak się okazało, sama pani ordynator.
- Pokaż to - zarządziła oschle i włożyła rękawiczki.
Usiadłem na kozetce, zdjąłem przesiąknięty krwią opatrunek i czekałem na dalsze wskazówki.
- Co tym razem? - zapytała, oglądając moją stopę.
- Szkło - odparłem krótko.
Nie zamierzałem wdawać się w dyskusję o mojej głupocie, bo inaczej tego nie mogłem nazwać.
- Tym razem trzeba szyć - oznajmiła, zdjęła rękawiczki i podeszłą do telefonu.
Wybrała numer, chwilę odczekała, po czym rzuciła krótkie hasło.
- Potrzebuję wózek i chirurga na już - mruknęła i zmierzyła mnie ostrym niczym brzytwa spojrzeniem.
Pod tą skorupą kruchej, słodkiej dziewczynki czaił się prawdziwy demon. Jeśli ktokolwiek wziął ją za słodką idiotkę, po pierwszym wypowiedzianym zdaniu to wrażenie się rozwiewało.
Była pewna siebie, ale jednocześnie od razu budowała mur, zaznaczając swoją niezależność. Przenikliwym spojrzeniem dosłownie zaglądała w głąb duszy, powodując kłujący dyskomfort.
- Liczyłam, że się nie zjawisz - powiedziała szczerze, uśmiechając się krzywo pod nosem.
- Nie zamierzałem się zjawiać, ale jak widzisz, moje życie nie zawsze idzie w parze z planami - odparłem chłodno.
- Nie masz opatrunków na twarzy - stwierdziła nagle i podeszła bliżej. - Mogę wiedzieć, co ci się stało?
- Błędy młodości - powiedziałem cicho, czekając na jej kolejny ruch.
Zdawała się być zafascynowana tym, co skrywam pod chustą.
Stanęła naprzeciwko mnie, a jej ręka drgnęła, jakby chciała ją do mnie wyciągnąć. Wyglądała jak dziecko przed witryną ze słodkościami. Tylko że ja mogłem być co najwyżej znienawidzonym przez wszystkich lukrecjowym żelkiem.
Tę przedziwną chwilę przerwało nam pukanie do drzwi, a później zjawienie się pielęgniarki z wózkiem inwalidzkim.
- Sam pójdę - prychnąłem i zeskoczyłem z kozetki, wymijając zaskoczone kobiety. - Nie róbcie ze mnie kaleki, to tylko lekkie draśnięcie. Dokąd mam iść?
Uciekłem. Tak, uciekłem przed niesamowitą energią tej kobiety. Miała w sobie coś takiego, że bez oporów zdjąłbym dla niej osłonę i pozwolił się dotknąć. Kiedy była obok, przygniatała mnie do gleby, odbierając oddech.
Silna dusza w drobnym ciałku.
Ciekaw byłem, jaki kowal wykuł w niej tę stal i co takiego przeszła, że była w stanie poruszyć takiego skurwiela jak ja, nie robiąc praktycznie nic.