Freedom of Darkness - Natalia Kulpińska

Kup ebooka

49.90 zł
39.92 zł (39,92 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Ból.

Powinienem był być do niego przyzwyczajony, wszak nie raz miałem z nim do czynienia, i to w różnych postaciach. Ten był jednak inny, podyktowany zwykłą próżnością. Paliła mnie cała twarz, jakbym doznał oparzeń. Nie mogłem się na niczym skupić. Miałem ochotę dosłownie zedrzeć z siebie skórę razem z okalającymi ją opatrunkami.

Gdybym wiedział, z czym będę musiał się zmierzyć, chyba nigdy bym się nie zdecydował na te wszystkie zabiegi. Z drugiej strony obiecano mi spektakularne efekty i tego się trzymałem.

Frustracja miotała mną na lewo i prawo, nie spałem, nie jadłem, bo każdy ruch powodował dyskomfort. Co ja mówiłem! Jaki dyskomfort? To mógł sprawiać kamyk w bucie, a nie jedna wielka rana na mojej twarzy! To były pierdolone tortury, którym na własne życzenie się poddałem. Masochizm? Kretynizm? Być może. Racjonalne myślenie nigdy nie było moją mocną stroną.

I pomyśleć, że robiłem to dla siebie. Dla lepszej przyszłości, porządniejszej pracy, może dla miłości... Nie! Ona nie istniała i przekonałem się o tym bardzo dobitnie. Była przeznaczona dla innych, nie dla mnie. Ja na nią nie zasługiwałem lub po prostu się nie nadawałem. Marzyłem o niej, ale nie potrafiłem utrzymać przy sobie.

Całe moje dotychczasowe życie zwinąłem w niechlujną kulkę i cisnąłem nim w przepaść. Oddzieliłem wszystko grubą kreską, planując ogromne zmiany. Bez odrobiny sentymentu.

Zostało mi jedynie dwóch przyjaciół. Tych prawdziwych, za których oddałbym życie bez zastanowienia. Jeśli jeden z nich stałby w ogniu, wszedłbym w płomienie, by go oswobodzić. Zresztą nie raz już to zrobiłem.

Teraz również będą daleko, jak wszystko pozostałe. Musiałem zostać sam. Zniknąć ludziom z oczu.

Będąc wciąż tym samym człowiekiem co dawniej, tkwiłbym w miejscu. I mimo że pamiętałem, jak zarzekałem się, że jest mi ze sobą dobrze, to wewnątrz czułem, że to tylko powłoka. Maska, którą założyłem, by oszukać cały świat. By odepchnąć od siebie każdego, kto stanie na mojej drodze, bo tak bardzo nienawidziłem ludzi.

Szukanie swojego miejsca na ziemi zajęło mi masę czasu. Godzinami wertowałem ogłoszenia w najmniejszych miasteczkach w Stanach. Potrzebowałem spokoju, anonimowości, by móc dochodzić do siebie po zabiegach i operacjach.

- Jesteś tego pewien? - zapytał mój przyjaciel, kiedy pakowałem swoje rzeczy do kupionej furgonetki.

Nie miałem wiele, bo nigdy nie goniłem za przedmiotami. Lubiłem dobre ubrania i tych miałem sporo. Od lat nie miałem swojego domu, mieszkania czy nawet samochodu, bo nie były mi potrzebne.

- Niczego w życiu nie możemy być pewni i ty powinieneś o tym doskonale wiedzieć - odparłem z uśmiechem na twarzy. - Kto jak kto, ale my spokoju chyba nigdy do końca nie zaznamy - dodałem i uścisnąłem go na pożegnanie.

- Pamiętaj, że jeden twój telefon, jeden cholerny znak i jestem - zapewnił mnie, klepiąc mocno po plecach.

- Udusisz mnie - wymamrotałem.

Trudno mi było się z nimi rozstawać, ale uznałem, że to jedyne słuszne rozwiązanie. Było mi niezwykle wygodnie, pomieszkując kątem u nich. Dlatego w końcu znów musiałem zacząć żyć po swojemu. Rozleniwiłem się, a to nie leżało w mojej naturze.

Zostałem tak naprawdę sam. Kobieta, którą myślałem, że kocham, której oddałem tak dużo swojego czasu, zwyczajnie któregoś dnia oznajmiła, że to nie dla niej. Że się dusi i chciałaby wyjechać.

Nie upierałem się. Zapakowałem jej bagaże, wepchnąłem jej w torebkę kilkanaście tysięcy dolarów i wysłałem w cholerę na lotnisko. Nigdy więcej jej nie widziałem. I co najważniejsze, nie tęskniłem, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że błędnie uznałem, iż mam serce. Nie miałem go. Byłem dzikusem, który powinien żyć z dala od ludzi.

Nie miałem nic do stracenia, bo co do przyjaciół byłem pewien, że te relacje przetrwają każdą burzę. Przeszliśmy razem tak wiele, że nie było na świecie ani osoby, ani sytuacji, która by nas poróżniła.

Zatrzasnąłem za sobą drzwi samochodu, odpaliłem silnik i ruszyłem ku nowej przyszłości. Nie liczyłem na nic. Pragnąłem tylko zniknąć i chociaż przez chwilę spróbować być przezroczysty. Pracowałem na to zbyt długo, by się nie udało.

Żadnych związków, nowych znajomości, dramatów i konfliktów. Tylko ja i las.

Rozdział 1

Trzy tygodnie później...

Trzy tygodnie po przybyciu do Polson wystarczyły, by ci wszyscy cholerni ludzie zaczęli plotkować.

Po części się z tym liczyłem, wybierając taką dziurę zabitą dechami, ale nie sądziłem, że okrzykną mnie mianem potwora lub mumii.

Czy się tym przejmowałem? Absolutnie nie. Śmieszyła mnie ich głupota, że wystarczył bandaż na mordzie lub zwykła arafatka i kaptur, by uznali kogoś za dziwadło.

Zawsze byłem inny. Wiecznie odstawałem od reszty otoczenia, więc właściwie w tej kwestii nic się dla mnie nie zmieniło. Drażnił mnie jedynie fakt, że miałem pozostać przezroczysty, ale za każdym razem, kiedy zjawiałem się w miasteczku by zrobić sobie porządne zakupy spożywcze na kolejny tydzień, za plecami słyszałem szepty, westchnięcia, a niektórzy nawet ode mnie uciekali.

Ekspedientki w sklepie obsługiwały mnie z duszą na ramieniu, unikając patrzenia mi w oczy.

Mogłem być dziwolągiem, byleby mi nie wchodzili w drogę. Pracowałem zdalnie. Projektowałem systemy zabezpieczające największych firm w Stanach Zjednoczonych, a tam nikt nie pytał mnie o wygląd, tylko o talent. A tego nie można mi było odmówić. Kto lepiej znałby się na włamaniach, kradzieżach i rozkodowywaniu zamków niż ja?

Dla mnie był to układ idealny, bowiem poza zakupami nie musiałem wychodzić z domu, a tego przecież właśnie pragnąłem. Samotności, spokoju i zapomnienia.

Chata, którą kupiłem, była duża, drewniana, ale nieco zaniedbana. Musiałem ją odnowić, dołożyć zabezpieczenia i dokupić kilka rzeczy.

Nie planowałem zostać tu do końca życia. Myślałem bardziej, by podróżować co jakiś czas. Szukać takich starych domów, odnawiać je i sprzedawać z zyskiem. Po co miałbym zapuszczać korzenie, skoro nigdzie nic na mnie nie czekało? Wolałem poznawać świat, bo przez trzydzieści osiem lat swojego życia nie zrobiłem w tym kierunku absolutnie nic.

Zachłysnąłem się chwilowym sukcesem. Myślałem, że świat leży u moich stóp, ale jedna sytuacja pokazała mi, że nic nie jest wieczne. Po co więc ograniczać się do jednego domu, jednego miasta, człowieka, samochodu...

- Urządziłeś się już w tej swojej ruderze? - zapytał przyjaciel, kiedy któregoś wieczoru rozmawialiśmy przez telefon.

Parsknąłem pod nosem, bo sam przez długi czas żył w jakimś małym domu pośrodku niczego, a teraz cwaniaczył i mi dowalał.

Nie był zwolennikiem mojego wyjazdu. Pokonałem furgonetką prawie dwa i pół tysiąca mil, żeby się tu znaleźć, co było dość męczącym zadaniem dla samotnego kierowcy. Spałem w motelach, odpoczywałem naprawdę niewiele, żeby znaleźć się tu jak najszybciej.

Nie żałowałem, przynajmniej na razie.

- Wiele mi nie potrzeba - mruknąłem i spojrzałem na pomieszczenie, w którym się znajdowałem.

Brakowało mebli. Miałem do dyspozycji starą kanapę i jeszcze bardziej wysłużony fotel, które nie pachniały już najładniej. Kuchnia wymagała wymiany wszystkich szafek, bowiem połowa z nich nie miała drzwiczek, a w łazience przeciekała wanna. Prysznic z kolei zaszedł takim kamieniem, że woda leciała tylko z jednej dyszy słuchawki.

W sypialni nie było nic, więc spałem na kanapie w śpiworze. Wszystko było już zamówione, ale kto to widział czekać kilka tygodni na dostawę. Nie wspominając o meblach na wymiar do kuchni i hydrauliku mającym zamontować sprzęty w łazience. To będzie jedyny fachowiec, którego wpuszczę do swojego domu. Sam nie znałem się kompletnie na rurkach i przyłączach, więc nie chciałem później zalać domu przez swój głupi błąd.

- Jak sąsiedzi? - zapytał, choć doskonale znał odpowiedź.

- Wiewiórki właściwie nic nie mówią, sarny wyżerają mi kwiaty w zapuszczonym ogrodzie, a szopy włamują się do śmietników - odparłem zgryźliwie. - Doskonale wiesz, że tego właśnie chciałem. Jest mi tu dobrze. Nie musisz się przypierdalać.

- Wcale tego nie robię - oburzył się.

- Powiedz lepiej, co u was - starałem się zmienić temat.

- Tęsknimy - powiedział z przekąsem.

- Łżesz! - Zaśmiałem się w głos, czego szczerze pożałowałem już po sekundzie, kiedy skóra na twarzy się naciągnęła i zaczęła cholernie szczypać. - Szlag! Mam ochotę odrąbać sobie łeb!

- Sam tego chciałeś - stwierdził, ale po chwili spoważniał. - Tak naprawdę bardzo nam ciebie brakuje. Wiesz dobrze, że życzę ci jak najlepiej. Doskonale rozumiem, że masz już nas dosyć i chciałeś coś swojego. Tylko dlaczego, do cholery, tak daleko od nas? Wiesz, że teraz to będzie cała wyprawa, żeby cię zobaczyć?

- Zaproszę was, jak już się urządzę - zapewniłem go. - Miejsce jest świetne. Spodoba wam się na pewno. Idealne dla takich degeneratów jak my - dodałem i się rozłączyłem.

Miałem masę pracy. Musiałem uszykować drewno na zimę, by mieć czym palić w kominku, oraz pomalować ściany, które od tygodnia na to czekały.

Podłogi były w świetnym stanie, ściany wymagały drobnych poprawek tynkarskich, których uczyłem się z filmów na YouTube. Po wyszorowaniu każdego cala, umyciu okien i odkurzeniu pyłku, zaczynało się robić przyjemnie.

Zajmowało mi to znacznie więcej czasu, ponieważ nie mogłem się jeszcze przemęczać.

Moja jaskinia samotnika wydawała się już prawie gotowa. Potrzebowałem jeszcze wysokiego ogrodzenia. Najlepiej pod napięciem i z fosą dookoła, bo ciekawskich ludzi nie brakowało.

Mieszkałem dwa kilometry od miasteczka, a potrafili zapuścić się tu tylko po to, żeby mnie podglądać. Jakbym był jakąś atrakcją turystyczną.

Chwyciłem za siekierę stojącą na werandzie i ruszyłem za dom, gdzie leżała sterta drewna zamówiona od jakiegoś lokalnego sprzedawcy. Wszystko załatwiałem przez telefon, by jak najmniej obcować z ludźmi. Przynajmniej do czasu zdjęcia opatrunków nie chciałem się pokazywać zbyt często.

Brakowało mi siłowni, wysiłku fizycznego, o czym przypominały mi moje wiotczejące lekko mięśnie. Musiałem wziąć się za siebie, bo w planach miałem wyglądać najlepiej w swoim życiu. Tak z próżności, sam dla siebie. Miałem kasę, by o to zadbać, oraz mnóstwo powodów, by zacząć uszczęśliwiać tego dzieciaka, który skrywał się głęboko we mnie. Dla niego pragnąłem jak najlepiej.

Byłem multizadaniowy. Potrafiłem wiele rzeczy, co sprawiało, że byłem praktycznie niezależny. Może nagorzej było z gotowaniem i nie jadałem wykwintnych dań, ale od jedzenia jajecznicy, meksykańca i zupek ekspresowych chyba jeszcze nikt nie umarł.

Wrzesień był tutaj naprawdę ciepły i w sumie to również brałem pod uwagę, kiedy szukałem domu dla siebie. Lato miało być ciepłe, a zima lekka. Wolałem się wygrzewać na słońcu niczym jaszczurka, niż odmrażać sobie kończyny, odśnieżając podjazd.

Zapewniono mnie, że w domu jest pompa ciepła, ale mając kominek, zamierzałem z niego korzystać. Nie byłem romantykiem, ale kto nie lubi żywego ognia, klimatycznej muzyki i szklanki whisky wieczorem?

Piłem mało, żeby nie powiedzieć, że wcale. Ale czasami zwyczajnie lubiłem chwilę zapomnienia przy dobrym trunku.

Uderzyłem w pierwszy kawałek drewna, a ten rozpadł się, jakby był z plasteliny. Zaśmiałem się pod nosem, stwierdzając, że uporam się z tym szybciej, niż myślałem.

Wetknąłem słuchawki w uszy, włączyłem jakiegoś piekielnie ostrego rocka i wziąłem się do roboty.

Już dawno przestałem być czujny. Nie nasłuchiwałem, nie bałem się, że na każdym kroku i za każdym rogiem czai się zło. Nauczyłem się spokoju, pozwalałem moim myślom odpływać dużo dalej poza ciało, a ja sam oddawałem się czynności, którą aktualnie wykonywałem.

W pewnym momencie usłyszałem jakiś huk. Jakby coś twardego uderzyło o metalową beczkę obok mnie. Wyjąłem słuchawkę z prawego ucha i zacząłem nasłuchiwać.

Rozejrzałem się dookoła, ale zupełnie nic nie dostrzegłem. Zerknąłem na drewno i ujrzałem kawałek leżący naprawdę blisko beczki. Musiałem sam w nią przywalić i nawet się nie zorientowałem.

Wzruszyłem ramionami, śmiejąc się z własnej głupoty, i wróciłem do rąbania.

Nagle poczułem uderzenie w plecy twardym przedmiotem. Jakby ktoś rzucił we mnie kamieniem. Wystraszyłem się, siekiera omsknęła się z drewna i uderzyła mnie boleśnie w piszczel.

- Kurwa mać! - krzyknąłem i odrzuciłem narzędzie.

Kiedy się odwróciłem, ujrzałem uciekające z piskiem dzieciaki, wykrzykujące, że je dopadnę i zjem.

- Pierdolone małolaty - burknąłem pod nosem i poczułem, jak coś ciepłego spływa mi po łydce.

Jednym sprawnym ruchem rozerwałem nogawkę spodni i ujrzałem sporych rozmiarów ranę, która nie wyglądała na malutkie draśnięcie i jak na moje oko wymagała szycia.

Zaciskając zęby z bólu, pokuśtykałem do łazienki, żeby obmyć krew wodą i móc lepiej przyjrzeć się skali zniszczenia. Jak mogłem dać się tak zaskoczyć? I to komu? Dzieciakom.

Miałem ochotę wsiąść w samochód, wyłapać to całe tałatajstwo i pokazać, że naprawdę lepiej tu nie przychodzić. Nie widziałem jednak twarzy tych dzieci, nawet nie do końca wiedziałem, ile ich było. Widziałem tylko trójkę, ale dałbym sobie rękę uciąć, że przylazła tu cała wycieczka szkolna, żeby podziwiać tego ludojada, za którego ewidentnie mnie mieli.

To zabawne, jak chore wizje potrafią się wytworzyć w ludzkich głowach.

W schowku znalazłem apteczkę, ale okazała się praktycznie pusta. Przyłożyłem do rany jałową gazę, docisnąłem wałkiem z bandażu, a drugim, nieco grubszym owinąłem łydkę.

Potrzebowałem nici i igły. Potrafiłem zszywać rany. Robiłem to nie raz, na co dowodem były liczne blizny na moim ciele. Większe, mniejsze, ładnie zszyte i takie, które chyba szyłem, będąc już na granicy świadomości. Nazbierało się tego przez całe moje życie.

Odpaliłem silnik i ruszyłem w stronę miasteczka. Ostatecznie czekała mnie wizyta w szpitalu, ale tego chciałem uniknąć.

Zmierzchało już, więc musiałem przycisnąć pedał gazu, jeśli chciałem zdążyć przed zamknięciem apteki.

Gdyby teraz któreś z tych dzieciaków wylazło mi na drogę, przysięgam, rozjechałbym jak żabę. Chociaż to chyba zły przykład, bo zwierząt nigdy nie krzywdziłem. Co innego jeśli chodziło o ludzi. Tu mi się zdarzyło parę razy...

Wszedłem do sklepu tuż przed zamknięciem. Upierdliwy dzwonek nad głową dosłownie rozwalał bębenki, powodując jeszcze większą frustrację.

- Przyszedł pan nas obrabować? - zapytała z przerażeniem ekspedientka, ale zignorowałem jej głupie pytanie.

- Poproszę nić chirurgiczną, igłę, środek do odkażania ran, bandaże i gazy jałowe - wyrecytowałem, jakbym był jakimś lekarzem.

- N-nie mamy nici i igieł - zapiszczała farmaceutka.

- To plastry ściągające. Cokolwiek, co pozwoli mi zatamować cholerne krwawienie! - warknąłem, a kobieta się skuliła i zamarła w bezruchu.

- Może ja pomogę! - Usłyszałem za plecami głos innej kobiety.

Kiedy się obejrzałem, ujrzałem drobną, słodką blondyneczkę. Niższą ode mnie o dobre dwadzieścia centymetrów. Z oczami niemalże szafirowymi. Pojedyncze kosmyki niesfornie zwisały jej wokół głowy, tworząc jasną aureolę. Anioł w czystej postaci. Gdybym miał go sobie wyobrazić, byłby właśnie nią.

Rozdział 2

Rachel

- Nie sądzę, że jesteś zdolna w czymkolwiek mi pomóc - odparł mężczyzna, który wyglądał, jakby wyszedł z planu filmowego i zdecydowanie nie kręcili na nim romansu, raczej horror albo thriller.

Zmierzył mnie z góry na dół kilkukrotnie i zaśmiał się gardłowo, co spowodowało, że ekspedientka mało nie zeszła na zawał.

Stała biedna za ladą, trzęsła się ze strachu i co rusz zmieniał się jej kolor twarzy.

Spojrzałam na zakrwawioną nogawkę faceta przede mną oraz zabandażowaną, skrytą dodatkowo za arafatką i kapturem twarz. Przerażał, ale również potrzebował pomocy, a ja przecież od tego byłam.

- Poproszę jak największe plastry ściągające - powiedziałam do kobiety w okienku.

Ta ani drgnęła.

- Proszę się ruszyć i przynieść te plastry! - warknęłam i w tym samym momencie poczułam na sobie palące spojrzenie nieznajomego.

Wymieniłam jeszcze kilka potrzebnych przedmiotów i słyszałam za sobą poruszenie.

- Obejdzie się, poradzę sobie sam - burknął, chwycił reklamówkę, którą farmaceutka postawiła przede mną, rzucił sto dolarów i skierował się do wyjścia.

Uparty osioł!

Zaklęłam pod nosem i ruszyłam biegiem za mężczyzną. Każdy na moim miejscu uciekłby w popłochu lub darowałby sobie siłowanie się z tym kretynem. Ja tak nie potrafiłam. Jeśli byłam w stanie pomóc, to zawsze to robiłam.

- Zaczekaj! - krzyknęłam i dopadłam go, gdy wsiadał do swojej furgonetki. - Pomogę ci - dodałam.

- Nie prosiłem o to. Sam potrafię sobie zabezpieczyć ranę. Nie miałem apteczki w domu, przyjechałem zrobić zapasy - odpowiedział już nieco spokojniej, ale przez otaczającą nas ciemność nie mogłam dostrzec jego oczu. Skrywał je gdzieś w mroku. - Nie wtrącaj się i nie baw się w wybawcę. Nie potrzebuję opieki, tylko świętego spokoju, który mi właśnie odbierasz! - warknął przez zaciśnięte zęby. Robił to specjalnie, by mnie wystraszyć.

- Jestem lekarzem - wyjaśniłam, nie dając się zmanipulować. - Daj sobie pomóc, do cholery! Im szybciej mi się poddasz, tym szybciej dam ci spokój! - Uniosłam głos.

- Skoro jesteś lekarzem, nie powinnaś siedzieć w szpitalu? - zapytał i usiadł bokiem na fotelu kierowcy, zwieszając nogi. Dał mi tym samym do zrozumienia, że mogę działać.

- A ty myślisz, że my tam mieszkamy? Nie mamy domów, rodzin i życia prywatnego? - warknęłam poirytowana tymi głupimi tekstami.

- A masz? - zapytał, a ja zastygłam.

Nie spodziewałam się, że temat zejdzie na mnie.

- Wydawało mi się, że zajmujemy się twoją nogą, a nie moim życiem. Poza tym przed chwilą chciałeś się mnie pozbyć, a teraz nagle zebrało ci się na ploteczki?

Moja niewyparzona gęba już nie raz wpakowała mnie w kłopoty. Zamierzałam jednak zrobić swoje, żeby nie mieć później tego durnia na sumieniu.

- Sama zaczęłaś - stwierdził słusznie, na co jedynie pokręciłam głową z dezaprobatą.

- Zdejmij but, bo ci go zaleję i jeszcze bardziej ubrudzę krwią - oznajmiłam chłodno i odwiązałam mu sznurowadła, by było mu łatwiej.

Podwinęłam rozdartą nogawkę, wyjęłam ze specjalnego opakowania jałową gazę i polałam ranę solą fizjologiczną.

Spojrzałam na mężczyznę, ale ani drgnął. Nie miałam jak wyczytać czegokolwiek z jego mimiki. Oczy wbijał we mnie i jedyne, co udało mi się dostrzec, to to, że jedno z nich jest niebieskie, a drugie brązowe. Nigdy nie spotkałam się z tak mocną heterochromią.

Wróciłam do głównej czynności, dla której się tu właściwie zjawiłam. Przetarłam ostrożnie ranę. Raz, drugi, trzeci, wypełniając papierową torbę zakupową zakrwawionymi gazikami.

- Masz telefon? - zapytałam.

- Nie dam ci swojego numeru, laleczko - zażartował, na co tylko prychnęłam pod nosem. Miał tupet.

- Poświeć mi latarką, żebym dobrze widziała rozcięcie, parkingowy romeo. Mam gdzieś twój numer.

Po chwili zrobiło się jasno, ale zamiast na nogę, świecił mi prosto w twarz. Zachowywał się jak rozwydrzony dzieciak, a nie dorosły facet.

- Posłuchaj mnie, cwaniaczku! - mruknęłam niezadowolona, osłaniając przedramieniem oczy. - Albo zaczniesz ze mną współpracować...

- Albo? - zapytał zadziornie i dałabym sobie rękę uciąć, że się uśmiechnął, chociaż wciąż oślepiał mnie światłem.

- Albo wsadzę ci tam paluchy i rozciągnę ranę tak, że będziesz musiał jechać na sygnale do szpitala - powiedziałam i momentalnie nastała między nami cisza.

Niestety, nie na długo.

- Odważna jesteś - stwierdził, na co przewróciłam oczami.

Z tonu jego głosu nie byłam w stanie wywnioskować, czy było to ostrzeżenie, czy może znów się zgrywał.

- Pomagam ci, więc liczę na to, że nie ukręcisz mi nagle głowy. Okradać mnie nie masz z czego, bo wyskoczyłam tylko po krople do oczu, więc mam przy sobie kilka dolców. Nie noszę wieczorami karty kredytowej ani nie mam jej podpiętej do telefonu. Zresztą skoro było cię stać na ten cholernie wielki dom, znaczy, że na brak kasy na koncie nie możesz narzekać. - Skończyłam mój monolog i wzruszyłam ramionami.

Chwyciłam go za nadgarstek, przez co się lekko wzdrygnął, i nakierowałam źródło światła na ranę. Oczyściłam ją dokładnie i z zadowoleniem stwierdziłam, że nie jest tak głęboka, jakby się mogło wydawać.

- Obejdzie się bez szycia, ale musisz nogę oszczędzać przez najbliższy czas.

- Podobno złego diabli nie biorą - wymamrotał pod nosem.

Przez te szmaty na twarzy chwilami nie było do końca zrozumiałe, co mówi.

Z chęcią całkowicie bym go zakneblowała.

- Tak mówią o tobie ludzie. Nawet gorzej - stwierdziłam złośliwie, bo wiedziałam, że był tym gościem z lasu. - Najważniejsze jest to, jak ty widzisz siebie - dodałam.

Znów zapadła cisza, jakby analizował, co przed chwilą powiedziałam.

Osuszyłam okolicę rany, założyłam całą masę plasterków ściągających, przyłożyłam wałek z bandaża wzdłuż rany i owinęłam łydkę opatrunkiem elastycznym.

- Dzięki - powiedział cicho, opuścił ostrożnie spodnie i włożył but.

- Jeśli możesz, zjaw się jutro w szpitalu. Będę miała zmianę od szóstej rano. Chciałabym jeszcze dokładniej oczyścić ranę i zobaczyć, czy na pewno nie trzeba założyć szwów, bo coś czuję, że grzeczny to ty nie będziesz.

Składając mu tę propozycję, liczyłam, że jednak oleje temat. Nikt z dzisiejszej zmiany by go nie przyjął z tym czymś na twarzy. Momentalnie wezwaliby ochronę. Ja mogłam nieco więcej jako ordynator.

- Dlaczego się mnie nie boisz jak inni? - zapytał zaskoczony.

Siedział już na wprost kierownicy, gotowy, by odjechać jak najdalej stąd. Ewidentnie źle się czuł w towarzystwie obcych.

Właściwie nie rozumiałam, dlaczego nadal chciał prowadzić ze mną jakikolwiek dialog. Zrobiłam swoje, więc mógł zaszyć się znów w samotni.

- A mam się czego bać? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie i uniosłam brew. Złośliwy uśmieszek zakołysał się na moich ustach. - Maska to za mało, by mnie wystraszyć. Widziałam w swoim życiu więcej, niż myślisz.

Postanowiłam zakończyć nasze spotkanie.

Odwróciłam się na pięcie i odeszłam.

Miałam wyjść tylko na chwilę, a nie było mnie dobre pół godziny.

Przyspieszyłam kroku, oglądając się za siebie, by sprawdzić, czy nikt za mną nie podąża. Dostrzegłam jedynie oddalające się światła furgonetki, więc odetchnęłam z ulgą.

Niby się go nie bałam. Sama nie wiedziałam, jak to nazwać, ale czułam bijące od niego dobro. Może nie takie zwykłe, codzienne dobro, ale takie, które dawało mi pewność, że nic mi nie zrobi.

Zdecydowanie nie był to ktoś, z kim chciałabym nawiązać znajomość. Jednocześnie był on człowiekiem w potrzebie. Sama bym chciała, żeby w takiej sytuacji zajął się mną ktoś, kto się na tym zna.

Weszłam do mieszkania, upewniłam się, że zamknęłam wszystkie zamki, i opadłam plecami na drzwi. Westchnęłam głęboko i bez zdejmowania butów ruszyłam w stronę łazienki, by porządnie wyszorować dłonie.

Opatrywałam go w rękawiczkach, ale czułam się skażona. Nie obejdzie się bez prysznica.

- Długo cię nie było. - Usłyszałam za plecami głos mojej matki i aż się wzdrygnęłam ze strachu.

- Chryste! Nie skradaj się tak! - jęknęłam żałośnie.

- Stało się coś? - Zmarszczyła brwi i obrzuciła mnie zatroskanym spojrzeniem.

- Nic specjalnego. Musiałam komuś pomóc i trochę mi to zajęło. Śpi?

- Absolutnie nie, mamusiu! - zapiszczała moja mała dziewczynka.

Tak naprawdę wyszłam po leki na zbicie gorączki. Maddie musiała się przeziębić w przedszkolu i jak na złość zaczęła kichać i kaszleć. W takich momentach cieszyłam się, że w tym samym mieście mieszka moja mama, która zawsze chętnie nam pomagała.

Obiecała zostać dzisiaj na noc, żebym się wyspała na poranny dyżur. Moja córeczka ją uwielbiała.

- Jesteś chora, więc szybciutko do łóżeczka! - zarządziłam i zaczęłam ją gonić.

Ona z piskiem wpadła o swojego pokoju, zagrzebała się pod kołdrą i rechotała ze śmiechu jak mała żabka.

- Lekarstwo i spać, okej?

- Okeeej - odparła i nieporadnie starła włoski z twarzy.

Podałam jej lek, zaśpiewałam kołysankę i kiedy widziałam, że zaczyna odpływać, wstałam i spojrzałam na mamę.

- Pójdę się wykąpać - wyszeptałam. - Padam na twarz.

- Idź, my sobie poradzimy, prawda Midi? - Zawsze zwracała się do niej tym zdrobnieniem.

- Babcia jest najlepsza! - krzyknęła całkiem przytomna mała, za co skarciłam ją wzrokiem. - Nie bądź zazdrosna, mamusiu, ty też jesteś super!

- Dzięki, robaczku - odparłam ze śmiechem i pocałowałam ją w rozpalone czółko.

- Co to znaczy padać na twarz? To nie boli? - drążyła temat.

- Nie, to taka przenośnia. Chodzi o to, że ktoś jest tak zmęczony, że zaraz się przewróci - wytłumaczyłam najprościej, jak się dało.

- To ja dzisiaj kilka razy padłam na twarz - odparła z dumą. - Pokazać ci?

- Nie, kochanie. Ty już lepiej śpij, dobrze?

Pokiwała główką, ułożyła się wygodnie na poduszce i pozwoliła babci okryć się kołderką.

Nie miałam wyrzutów sumienia, że wyręczam się mamą. Obie kochały swoje towarzystwo, a ja korzystałam z tego, bowiem ostatnie lata nie należały do najprostszych. Chwila oddechu naprawdę była na wagę złota.

Musiałam pracować, bowiem długi się same nie spłacą. I nie miało znaczenia, że nie są moje.

Rozdział 3

Wróciłem do domu z pewną dozą uczucia przegranej, bo musiałem przyznać, że ta mała ma gadane. Tylko że to nie wynikało z przypadku.

Takie kobiety wcale nie miały łatwiej w życiu. Znałem jedną taką, którą niewyparzona gęba sprowadziła prawie do samego piekła, i być może odwaga wiele jej pomogła, ale jednocześnie wpakowała w masę kłopotów.

Ostry jak brzytwa język najczęściej zawdzięczają dwóm czynnikom: naturze lub ludzkiej krzywdzie. Czasami ktoś się zwyczajnie rodził z darem do przegadania każdego. Najczęściej jednak tresowało je życie i żeby nie dać się stłamsić silniejszym, zaczęły głośno ostrzegać, że nie będzie z nimi tak łatwo. Coś na zasadzie odstraszacza.

Faceci nie lubili pewnych siebie kobiet. We mnie wzbudziła zainteresowanie. Była tak kompletnie odmienna od mojej byłej. Przypominała mi raczej moją przyjaciółkę, którą przecież kochałem nad życie.

Pani doktor ani przez moment się mnie nie wystraszyła, a to mogło oznaczać tylko tyle, że napatrzyła się w życiu na naprawdę wiele złych rzeczy. Kiedy kobieta nie okazuje emocji, znaczy, że ktoś je z niej wyrwał niczym chwast.

Rozerwałem do końca nogawkę spodni i uwolniłem się z nich całkowicie, zostając w samych bokserkach. Nie bacząc na to, że zaleję pół łazienki, nalałem sobie wody do wanny, włączyłem głośno muzykę i z zawieszoną na brzegu nogą ułożyłem się w pachnącej wodzie. Tego mi było trzeba. Chwili relaksu, na który tak rzadko mogłem sobie kiedyś pozwolić. Zamierzałem nadrobić wiele rzeczy.

Byłem wrakiem człowieka.

Fizycznie może mniej, chociaż moja twarz wciąż boleśnie się goiła. Najbardziej cierpiała dusza, do której w pewnym momencie mojego życia dotarło, że zmarnowałem tak wiele czasu. Przegapiłem najlepsze lata na zabawę w żołnierzyka. Skupiłem się na innych, by zapewnić im bezpieczeństwo, zapominając kompletnie o sobie.

Zafiksowałem się na punkcie kobiety, którą znałem całe życie, a tak naprawdę była mi obca, dopóki nie stanęliśmy ramię w ramię do walki. To była chyba jedyna miłość w moim życiu. Bo tej typowo damsko-męskiej nigdy nawet nie musnąłem.

Westchnąłem i zacząłem odwijać bandaże z twarzy. Noc była czasem na jej regenerację. Zasłaniałem wówczas wszystkie okna, bo choć już praktycznie poza zaczerwienieniami nie było większych śladów, to ja wciąż czułem się źle w tym ciele. Było inne, nie moje... Czekałem na pełne efekty. Byłem w tym temacie wymagający. Skoro zmieniałem tak bardzo swoje ciało, to musiało ono wyglądać rewelacyjnie.

Odetchnąłem z ulgą, kiedy chłodne powietrze omiotło moją rozpaloną skórę. Uwielbiałem ten moment w ciągu dnia, gdy zdejmowałem maskę i skryty w swoich czterech ścianach w końcu mogłem być sobą.

Jeszcze trochę i przestanę być potworem. Przynajmniej na zewnątrz.

Straciłem kompletnie rachubę czasu i nie przeszkadzała mi nawet chłodna woda. Było mi jakoś tak dobrze, że dosłownie mógłbym przeleżeć w tej wannie całą noc.

Niestety, musiałem uporać się jeszcze z coraz większą kałużą na podłodze, więc niechętnie, ale opuściłem mój azyl, posprzątałem bajoro i naciągnąłem na siebie spodnie dresowe, które były na tyle szerokie, że nie haczyły o opatrunek.

Nie potrafiłem być uważny i ostrożny, jeśli chodziło o moje życie i ciało, więc nie mogłem dać żadnej gwarancji, że czegoś nie odwalę i nie będzie potrzebne szycie.

Byłem cholerykiem i raptusem i choć miałem ogromną potrzebę miłości, to z delikatnością naprawdę bywało u mnie różnie.

Mimo późnej pory zasiadłem do projektowania. Miałem trochę zaległości spowodowanych przeprowadzką i remontem. Teraz dodatkowo doszła mi ta cholerna noga. Jeśli jeszcze raz zobaczę te bachory kręcące się wokół mojego domu, przywiążę do góry nogami za gałęzie, nasmaruję miodem i zaczekam, aż mrówki zrobią swoje.

Byłem do tego zdolny, a te szczyle nie wiedziały, z kim zadarły. Cholera! Byłem zdolny do dużo gorszych rzeczy, ale gdzieś z tyłu głowy miałem myśl, że były to tylko głupie dzieciaki napuszczone przez rodziców. Nie miały jeszcze za bardzo instynktu samozachowawczego. A powinny były go mieć, bo zaczepiały naprawdę groźnego drapieżnika.

Spać poszedłem, kiedy niechcący strąciłem pustą szklankę ze stołu, na którą jedynie machnąłem ręką. Była czwarta w nocy lub nad ranem w zależności, jak kto na to patrzył, a ja ledwo widziałem na oczy.

Piekły mnie, jakby ktoś nasypał mi do nich piasku z solą.

Uwaliłem się na kanapę, okryłem kocem i w mgnieniu oka zasnąłem. Nawet nie zdjąłem spodni.

Zerwał mnie zbyt głośny dźwięk mojego telefonu, który zostawiłem gdzieś w kuchni. Lubiłem mieć ustawiony budzik na szóstą rano. Aktualnie tak bez powodu i celu.

Kiedyś o tej porze ćwiczyłem, biegałem lub szykowałem się do pracy. Teraz mogłem przystopować choćby z racji rekonwalescencji. Nie mogłem się przemęczać.

Marzyłem, by jak najszybciej wyłączyć ten rozdzierający moje bębenki dźwięk, więc ledwo widząc na oczy, bez namysłu ruszyłem w stronę urządzenia, aż poczułem przeszywający stopę ból i dopiero przypomniałem sobie, że zostawiłem to cholerne szkło na podłodze.

- No, kurwa! - krzyknąłem na całe gardło, wyłączyłem budzik i opadłem ciężko na jedyne krzesło w tym domu, które pod naporem mojego ciała zaskrzypiało, jakby zaraz miało się rozpaść.

Z trudem podwinąłem stopę, odkrywając kawałek szkła wbity w okolicach pięty. Zacisnąłem zęby, szarpnąłem odłamek i momentalnie z rany pociekła krew. Dużo krwi. Teraz oprócz łydki miałem uszkodzoną stopę. Co najdziwniejsze, nigdy nie byłem takim fajtłapą.

Czy jakieś złe moce sprzysięgły się, żeby mi upuścić całą krew? Naprawdę nie dane mi było życie w spokoju? Zawsze musiało się coś wydarzyć?

Doczłapałem do łazienki, usiadłem na brzegu wanny i zacząłem polewać stopę zimną wodą, która mieszała się z krwią. Wszystko wskazywało na to, że tę ranę już na pewno trzeba będzie szyć.

W tym momencie dziękowałem losowi, że mam samochód z automatyczną skrzynią biegów i mogę używać jednej nogi.

Zawinąłem stopę w gruby kokon, narzuciłem na siebie bluzę i arafatkę i wyszedłem z domu. A raczej pokuśtykałem do auta. Na pełne zasłonięcie twarzy nie miałem czasu, bo krew ani trochę nie zamierzała przestać lecieć.

Nie planowałem jechać do szpitala, ale jak widać, ktoś na górze miał dla mnie inne plany. Choć musiałem przyznać, że możliwość spojrzenia jeszcze raz w te anielskie oczy niezmiernie mnie cieszyła.

Stanąłem przed kontuarem recepcyjnym, wprowadzając kobietę w przerażenie.

Wciągnąłem głęboko powietrze, odliczyłem do dziesięciu, by uspokoić moją frustrację, i najspokojniej, jak potrafiłem, odezwałem się do niej.

- Potrzebuję szycia - oznajmiłem, ale nie doczekałem się żadnej reakcji. - Ogłuchła pani? - warknąłem, na co ona podskoczyła.

- Zobaczę, co da się zrobić - wymamrotała i zaczęła wybierać jakiś numer. Odwróciła się do mnie plecami, szepcząc coś do słuchawki.

- Jeśli wzywa pani ochronę, proszę sobie darować - powiedziałem, a ona momentalnie zastygła.

Chwilę później stał już koło mnie rosły mężczyzna, mierząc mnie wzrokiem z góry na dół.

- Pan się naprzykrza? - zapytał, a we mnie krew zawrzała.

- Nie, ale mogę zacząć, jeśli tak bardzo się nudzicie! - Uniosłem głos, ściągając na siebie jeszcze więcej spojrzeń. - Przyszedłem tu po pomoc! - Pokazałem na swoją stopę.

Zrobiło się zamieszanie. Doszedł do nas drugi ochroniarz i z żadnym z tych imbecyli nie potrafiłem się dogadać. Zapanował taki harmider, że pożałowałem swojego przyjazdu tutaj.

- Co tu się dzieje? - Dobiegł do mnie surowy ton głosu.

I po sekundzie kobieta zaczęła przedzierać się przez zebranych wokół mnie pielęgniarzy i ochroniarzy.

- To ty - wyszeptała, kiedy nasze spojrzenia się skrzyżowały. - Proszę dać mu spokój!

- Zna go pani? - Jeden z mężczyzn omal nie wyzionął ducha, kiedy blondyna stanęła w mojej obronie.

- To mój pacjent - odparła bez zająknięcia.

Prychnąłem pod nosem, bo zdecydowanie bym tego tak nie nazwał, ale podobało mi się jej zaangażowanie w ratowaniu mnie.

- Proszę się rozejść, a pana zapraszam do gabinetu! - burknęła do mnie i ruszyła w bliżej nieokreślonym kierunku.

- Zaczekaj, bo jest ryzyko, że nie dotrę za tobą - powiedziałem, oglądając się za siebie, gdzie na podłodze zostawiałem plamy krwi. - Zajebiście...

Kobieta zatrzymała się raptownie, spojrzała na mnie i pokręciła głową.

- Nie musiałeś specjalnie rozwalać sobie nogi, żeby tu przyjechać. Naprawdę istnieją inne metody, by się znów ze mną spotkać - powiedziała z ironią w głosie, a ja po chwili znalazłem się tuż obok niej.

- A skąd wiesz, że chciałem się z tobą znowu spotkać, co? Rachel... - mruknąłem jej do ucha po przeczytaniu plakietki z danymi, a ona cichutko wciągnęła powietrze. Udało mi się ją nastraszyć. Nie była aż takim cwaniakiem, jak myślałem.

W milczeniu weszliśmy do jej gabinetu, choć mniemałem, że powinna się mną zająć zwykła pielęgniarka, a nie jak się okazało, sama pani ordynator.

- Pokaż to - zarządziła oschle i włożyła rękawiczki.

Usiadłem na kozetce, zdjąłem przesiąknięty krwią opatrunek i czekałem na dalsze wskazówki.

- Co tym razem? - zapytała, oglądając moją stopę.

- Szkło - odparłem krótko.

Nie zamierzałem wdawać się w dyskusję o mojej głupocie, bo inaczej tego nie mogłem nazwać.

- Tym razem trzeba szyć - oznajmiła, zdjęła rękawiczki i podeszłą do telefonu.

Wybrała numer, chwilę odczekała, po czym rzuciła krótkie hasło.

- Potrzebuję wózek i chirurga na już - mruknęła i zmierzyła mnie ostrym niczym brzytwa spojrzeniem.

Pod tą skorupą kruchej, słodkiej dziewczynki czaił się prawdziwy demon. Jeśli ktokolwiek wziął ją za słodką idiotkę, po pierwszym wypowiedzianym zdaniu to wrażenie się rozwiewało.

Była pewna siebie, ale jednocześnie od razu budowała mur, zaznaczając swoją niezależność. Przenikliwym spojrzeniem dosłownie zaglądała w głąb duszy, powodując kłujący dyskomfort.

- Liczyłam, że się nie zjawisz - powiedziała szczerze, uśmiechając się krzywo pod nosem.

- Nie zamierzałem się zjawiać, ale jak widzisz, moje życie nie zawsze idzie w parze z planami - odparłem chłodno.

- Nie masz opatrunków na twarzy - stwierdziła nagle i podeszła bliżej. - Mogę wiedzieć, co ci się stało?

- Błędy młodości - powiedziałem cicho, czekając na jej kolejny ruch.

Zdawała się być zafascynowana tym, co skrywam pod chustą.

Stanęła naprzeciwko mnie, a jej ręka drgnęła, jakby chciała ją do mnie wyciągnąć. Wyglądała jak dziecko przed witryną ze słodkościami. Tylko że ja mogłem być co najwyżej znienawidzonym przez wszystkich lukrecjowym żelkiem.

Tę przedziwną chwilę przerwało nam pukanie do drzwi, a później zjawienie się pielęgniarki z wózkiem inwalidzkim.

- Sam pójdę - prychnąłem i zeskoczyłem z kozetki, wymijając zaskoczone kobiety. - Nie róbcie ze mnie kaleki, to tylko lekkie draśnięcie. Dokąd mam iść?

Uciekłem. Tak, uciekłem przed niesamowitą energią tej kobiety. Miała w sobie coś takiego, że bez oporów zdjąłbym dla niej osłonę i pozwolił się dotknąć. Kiedy była obok, przygniatała mnie do gleby, odbierając oddech.

Silna dusza w drobnym ciałku.

Ciekaw byłem, jaki kowal wykuł w niej tę stal i co takiego przeszła, że była w stanie poruszyć takiego skurwiela jak ja, nie robiąc praktycznie nic.

Rozdział 4

Rachel

Czekałam jak na szpilkach, aż przywiozą nieznajomego z sali zabiegowej, i sama nie wiedziałam, dlaczego tak mnie obchodzi ten mężczyzna. Być może był to zwykły czynnik ludzki, a ja jako lekarz po prostu miałam potrzebę niesienia pomocy. To było nawet całkiem zrozumiałe, chociaż bardziej próbowałam oszukać samą siebie.

Nie wiedziałam o nim absolutnie nic. Nawet nie znałam jego wyglądu, a mimo to jakaś przedziwna siła ciągnęła mnie w jego stronę.

Mogła to być moja wrodzona ciekawość i chęć poznawania świata i ludzi. Może było to spowodowane niechęcią innych ludzi do niego, a ja zawsze lubiłam robić wszystko na przekór. A może w głębi duszy czułam, że to ktoś dobry?

Słyszałam o nim straszne plotki. Dzieciaki się go bały, ludzie oskarżali o przeróżne rzeczy, łącznie z mordowaniem i gwałceniem. Niestety zaściankowość małych miasteczek tak właśnie wyglądała. Wystarczyło, że zjawiał się ktoś inny, zachowujący się w niecodzienny sposób, a już dorabiali do tego całą bajeczkę.

O mnie też mówili, a budowanie ich zaufania zajęło mi dużo czasu. Pech chciał, że potrzebowali lekarza, a ja byłam odpowiednia na to stanowisko.

Zostałam przyjęta, ale początkowo nikt nie chciał się u nas leczyć.

Ludzie gadali, że jestem mafijną prostytutką, żoną gangstera, szpiegiem, handlarzem ludźmi i narządami, dlatego pracuję w szpitalu.

Prawda była taka, że mój mąż był zwykłym facetem jak każdy. Nawet trochę nudnym, spokojnym, poukładanym do bólu. Do czasu...

Wiecznie gonił za pieniędzmi. Ciągle mu było za mało. Pragnął dla nas lepszego życia, chociaż ja nie mogłam narzekać.

Oszalał, kiedy zaszłam w ciążę. Obiecywał mi gwiazdkę z nieba i faktycznie po jakimś czasie zaczął przynosić do domu więcej pieniędzy. Naprawdę dużo.

Zmieniliśmy mieszkanie na większe, kupiliśmy lepsze samochody, a ja naiwnie myślałam, że dostał awans, że praca po godzinach zaczęła przynosić rezultaty...

Tak, kiedyś byłam naiwna i cholernie głupia.

Pieniądze okazały się brudne, tak jak moralność mojego męża. Wierzyciele szybko się o nie upomnieli i któregoś dnia mój mąż zwyczajnie rozpłynął się w powietrzu, zostawiając mnie z maleńkim dzieckiem i długami.

Ja sama musiałam uciekać. Spieniężyć apartament, by pokryć długi. Zostało mi niewiele, ale na tyle, by przyjechać do Polson, zacząć pracę w szpitalu, wynająć maleńkie mieszkanie i zaznać odrobiny spokoju. Gdyby nie moja mama, byłoby trudno.

Oczywiście ci ludzie mnie znaleźli, a długi okazały się większe, niż myślałam. Jakimś cudem się z nimi dogadałam. Obiecałam, że spłacę wszystko co do centa, ale potrzebowałam czasu.

Pojawiły się plotki, bo co jakiś czas odwiedzali mnie wierzyciele męża. Męża, który jak się okazało, już nie żył. Nie uciekł, choć wolałam tę wersję. Naprawdę wolałam myśleć, że mnie zostawił i uciekł.

Potrząsnęłam głową, próbując odgonić złe myśli. Nie chciałam tego rozpamiętywać, ale za każdym razem, kiedy pojawiał się ktoś dziwny, przypominała mi się moja historia.

Nie musiałam pomagać temu nieznajomemu mężczyźnie. Mogłam go zostawić wczoraj w tej aptece, machnąć ręką i zwyczajnie zniknąć, nie zamieniwszy z nim ani słowa. Mogłam, a jednak byliśmy właśnie tu i teraz, a ja nasłuchiwałam dźwięków z korytarza. Kiedy się nasiliły, a kroki ewidentnie kierowały się do mnie, wstrzymałam oddech.

- Mamy problem - oznajmił pielęgniarz, kiedy przyprowadził z powrotem nieznajomego.

Zmierzyłam go wzrokiem, zastanawiając się, z jaką rewelacją wrócili. Byłam w sumie gotowa na wszystko - od zemdlenia, po morderstwo.

- Jaki? - zapytałam z rezygnacją.

Problemy mnie kochały, więc nawet się nie zdziwiłam, że do kolekcji doszedł następny.

- Ten człowiek nie chce podać swoich danych. - Pokazał palcem na zbliżającego się mężczyznę.

- Chcę za to zwyczajnie zapłacić. Nie rozumiem, o co ta awantura - oznajmił pan tajemniczy zaraz po tym, jak wszedł, kulejąc.

- Nie masz ubezpieczenia? - zapytałam, przyglądając się, jak próbuje złapać równowagę, starając się nie opierać ciężaru na chorej nodze.

- Mam, ale nie chcę podawać swoich danych - odparł, a ja zamarłam.

- Zostaw nas samych - nakazałam podwładnemu i zamknęłam za nim drzwi, gdy wyszedł. - Jesteś poszukiwany przez policję? Ukrywasz się? - zwróciłam się już bezpośrednio do nieznajomego. - To naprawdę trochę będzie kosztować. Sam wiesz, jakie są ceny za leczenie.

- Nie ukrywam się, ale nie lubię rozdawać swoich danych na prawo i lewo - powiedział pewnym głosem. Jego twarz wciąż skryta była za materiałem chusty i kapturem. - Poza tym nie wiem, ile czasu spędzę w tym miasteczku, a nie lubię, jak zbyt wiele osób mnie zna. O mój portfel się nie martw, stać mnie. - Mrugnął do mnie okiem.

- I ja mam ci w to wszystko uwierzyć? - zakpiłam.

- Nie musisz. Idę do kasy, płacę za zabieg i wychodzę. Nie zależy mi, by ktokolwiek mi wierzył. - Wzruszył ramionami. - Mam gdzieś to, jak postrzegają mnie inni.

Głos miał raczej niski, mroczny.

Zdawało się, jakby ważył każde słowo, żeby nie powiedzieć zbyt wiele.

Był w nich bardzo oszczędny, więc o żwawej dyskusji nie było mowy. Bardziej to ja ciągnęłam go za język, próbując na siłę dowiedzieć się o nim czegokolwiek.

- Nie jesteś towarzyskim typem - odezwałam się po dłuższej chwili, bowiem cisza zaczynała mi ciążyć.

- No shit, Sherlock? Po czym to wywnioskowałaś? - Tym razem to on ironizował, a mnie zrobiło się głupio.

Poczułam również swego rodzaju wściekłość, bo chciałam mu pomóc, a on nie okazał ani odrobiny wdzięczności.

Był pewnym siebie cwaniaczkiem, który ewidentnie lubił sobie pogrywać z innymi.

- Dupek - mruknęłam pod nosem, na co on się zaśmiał. - Przepraszam, nie sądziłam, że powiedziałam to na głos.

Naprawdę czasem balansowałam na cienkiej linie.

- Za szczerość się nie przeprasza, złotko.

Momentami jego nonszalancja mnie irytowała, ale i zwyczajnie kręciła.

- Zdradzisz mi chociaż swoje imię? Chyba tyle mi się należy za pomoc.

Stanęłam w niewielkiej odległości od niego, krzyżując ramiona na klatce piersiowej. Starałam się zajrzeć mu w oczy, wyczytać z nich jakąkolwiek emocję. Na próżno. Były zimne i nieprzejednane. Trzymał dystans, nie pozwalając zajrzeć głębiej w duszę i umysł.

- Podobno niesienie pomocy jest aktem miłosierdzia i nie powinno się oczekiwać za nią nagród - powiedział filozoficznie, a we mnie krew zawrzała. - Nie prosiłem cię o nic. Sama pobiegłaś za mną na parkingu. Zaproszenia do szpitala również nie potrzebowałem, bo i tak bym tu przyjechał. A wiesz dlaczego? Bo to jedyna placówka medyczna w okolicy.

- Może i nie ma potrzeby, ale zwykła kultura tego wymaga! - wzburzyłam się coraz bardziej poirytowana tą nierówną wymianą zdań.

- Ty mi się też nie przedstawiłaś - stwierdził z pełną słusznością, ale nie zamierzałam mu przyznać racji. - I błagam cię, nie wyskakuj mi tu teraz z zasadami, że skoro jestem mężczyzną, to powinienem pierwszy. Wymagasz czegoś od kogoś, to daj to też od siebie.

- Filozof - prychnęłam wściekła do granic możliwości. - Masz przewagę, bo odczytałeś moje imię i nazwisko z plakietki. Poszedłeś na skróty.

Podszedł do mnie blisko, spojrzał mi głęboko w oczy i chyba lekko się uśmiechnął, bo w jego oczach pojawiły się drobne iskierki. Nie był to jednak ten miły uśmiech, a zwyczajnie kpiący ze mnie i wszystkiego, co mówiłam.

- Masz rację, Rachel Winslow - stwierdził i musnął moją żuchwę palcem. Przejechał po niej jak po brzegu delikatnego kieliszka. Jego dotyk paraliżował, a moje ciało natychmiast obsypało się gęsią skórką. - Podoba mi się, jak na mnie reagujesz - wyszeptał, czym wpędził mnie w ogromne zakłopotanie. - Gdybym jednak zdradził ci swoje imię, musiałbym cię zabić, a szkoda by było tak pięknej kobiety - dodał, pochylając się nad moim uchem, a ja zastygłam.

- Wyjdź! - warknęłam i pokazałam na drzwi.

- Czyli jednak mała Rachel się czegoś boi - wyszeptał i znów się roześmiał. - Żartowałem. Nie mógłbym skrzywdzić kogoś tak cudownego jak ty, ale miło jest wiedzieć, że pod tą skorupą twardej babki kryje się mała, płochliwa dziewczynka.

- Wynocha! - krzyknęłam i odwróciłam się od niego.

Miałam dość.

Ubzdurałam sobie, że to wartościowy, dobry człowiek, a tymczasem gość miał naprawdę nierówno pod sufitem. Znałam takich. Wiedziałam, do czego są zdolni.

Moja nadmierna wiara w ludzi kiedyś mnie wpakuje w kolejne tarapaty. Ledwo wyszłam z jednego szamba, a na własne życzenie wchodziłam w kolejne. Zdecydowanie nie uczyłam się na błędach.

Odczułam ulgę dopiero, gdy drzwi się za nim zamknęły, a w gabinecie zapanowała upragniona cisza. Opadłam na swój fotel, zakryłam twarz dłońmi i głośno westchnęłam.

Wiedziałam, że jeszcze nie raz natknę się na tego dziwnego człowieka, ale liczyłam, że tylko się gdzieś miniemy. Miałam zbyt wiele do stracenia, ładując się w jakąś podejrzaną relację, i nie chodziło o związek, tylko o zwykłą znajomość.

Było mi już wszystko jedno, co się stanie z panem tajemniczym. Ja swoje zrobiłam i miałam dzięki temu czyste sumienie.

Ciekawiło mnie jednak cholernie, kim tak naprawdę jest, bo to, że udaje kogoś innego, było raczej pewne. Dlaczego wciąż ukrywał twarz, a co gorsza, całą swoją tożsamość?

Może i powinnam wezwać policję, ale nie miałam w planach zaszkodzić ani jemu, ani sobie. Niech każde z nas żyje po swojemu. Byle jak najdalej od siebie...

Nie zrobił mi nic złego, a za bycie bezczelnym dupkiem jeszcze nikogo do więzienia nie zamknęli. Nie chciałam mu również utrudniać życia, które już wystarczająco zmącili ludzie w miasteczku. Dopóki będzie się trzymał ode mnie z daleka, nie zamierzałam reagować.

Marzyłam o końcu zmiany, kiedy będę mogła przytulić moją małą córeczkę, powąchać pachnące owocowym szamponem włoski i poczytać jej bajkę na dobranoc.

Czekał na mnie upragniony urlop, który planowałam cały spędzić z Maddie. Nie stać nas było na jakieś ekskluzywne wyjazdy, ale na miejscu również mogło być fajnie. Przy okazji dam odpocząć mojej mamie, która pomagała nam niemalże codziennie, bowiem mała nie dostała się do przedszkola.

Musiałam tylko do tego wszystkiego dotrwać...