Fred, rower i 5000 km - Alfred Pieszczochowicz
39.90 zł

Reflow text when sidebars are open.
Poznań 2019
Redaktor prowadzący
Dominik Szmajda
Korekta
Izabela Dachtera-Walędziak
Projekt okładki i skład
Dominik Szmajda
Zdjęcia
Alfred Pieszczochowicz
Mapa
ONESTOPMAP w opracowaniu Dominika Szmajdy
Copyright ? by Alfred Pieszczochowicz 2019
Printed in Poland
Wydanie I
ISBN 978-83-66024-66-3
Przygotowanie, druk i dystrybucja
Wydawnictwo Sorus
ul. Bóżnicza15/6
61-751 Poznań
tel. (61) 653 01 43
sorus@sorus.pl
księgarnia internetowa:
www.sorus.pl
DM Sorus Sp. z o.o.
Należę do tej części społeczności, której jakiś czort każe poszukiwać czegoś poza bezpiecznym miejscem stałego przebywania. Do tego, jak sobie już coś wymyślę, to to coś pozostaje już w mojej głowie na stałe. Niektóre pomysły kotwiczą tam od niepamiętnych czasów. Mogą one zostać uwolnione jedynie przez REALIZACJĘ. Ten moment powoduje ulgę, ale i ciekawe uczucie niepewności, zmieszanej z olbrzymią radością. Od teraz w głowie dzieją się dziwne i nieodgadnione procesy fizykochemiczne. Ledwo mogę nad nimi zapanować, aby nie doprowadzić do wybuchu. Mam jednocześnie niezachwiane przekonanie, że REALIZACJA bezwzględnie się uda. Niewielkie wątpliwości występują jedynie w kwestii określenia czasu. Niektórych pomysłów mogę po prostu nie zdążyć zrealizować, ponieważ urodziłem się dosyć dawno.
Pierwsze dalsze podróże odbyłem na wyścigowym rowerze marki Huragan w celu randkowania z dziewczyną. Ja miałem lat 16, a Ona była oddalona o 80 kilometrów. Po spotkaniu wracałem do domu i co dziwne, nie byłem aż tak bardzo zmęczony. Spodobało mi się to pokonywanie dużych odległości i podziwianie widoków po obu stronach drogi. Odkryłem, że za każdym takim wyjazdem mój świat się znacznie rozszerza. Do tego na takie podróże nie musiałem wydać ani złotówki!
Okazało się również, że w sprawie nawadniana organizmu mam wytrzymałość wielbłąda, a energię potrzebną do wielogodzinnego pedałowania pobieram chyba z promieni słonecznych. W tej sytuacji nie pozostało mi nic innego jak tylko systematycznie ponawiać podróże.
Kilkudniowe, kilkusetkilometrowe wypady połączone z noclegami pod namiotem potwierdziły moje możliwości. Mój najdłuższy rajd rowerowy miał 770 kilometrów. Pewnego pięknego dnia pokonałem jednym ciągiem 250 kilometrów z Ostrołęki do Łodzi. Te bardziej ekstremalne wypady nastąpiły dopiero w mocno dojrzałym wieku. Dopiero teraz byłem gotów do podjęcia jakiegoś wyjątkowego wyzwania. Ogólny plan przejechania przez Europę rowerem powstał 16 lat przed jego REALIZACJĄ, podczas kiwania nogami na dziobie pewnego jachtu. Popijałem właśnie winko z metalowego kubka, w towarzystwie kolegi Pawła, podczas rejsu żeglarskiego w Chorwacji, gdzieś między Szybenikiem a Skradinem. Nie sądzę, abym przesadził w ilości trunku, ale nie mogę wykluczyć, że mogło to mieć jakieś niewielkie znaczenie.
Szczegóły zaczęły powstawać w chwili, kiedy poczułem powiew podróżniczej wolności, nieograniczonej pod względem czasowym. Ta wolność nosi nazwę: EMERYTURA. Od tego momentu rozpocząłem działania pod kątem gromadzenia środków finansowych i ustalania trasy. Początkowo zamierzałem pojechać pociągiem razem z rowerem i bagażami. Mimo sporych wysiłków skierowanych na skonstruowanie w miarę logicznej trasy kolejowej, plan całkowicie się zawalił. Powodem był brak porozumienia między rowerem a właścicielami różnych linii kolejowych. Okazało się, że rower nie zawsze jest mile widziany albo też obostrzenia dotyczące jego transportowania są zbyt uciążliwe. Próbowałem również drogoportacji autobusami rejsowymi, autokarami wycieczkowymi lub też nadania roweru przesyłką kurierską, a nawet ruszenia autostopem. Najprościej jednak wyglądał transport lotniczy. Ale mi wcale nie chodziło o to, aby było najprościej. Po drodze chciałem zaznać dodatkowych przygód, zwiedzić Paryż i Madryt. Jeszcze długo upierałem się przy transporcie lądowym. Po wielu miesiącach walki z biurami podróży, rozkładami jazdy i wymaganiami linii kolejowych - poddałem się. W końcu, któregoś dnia, kupiłem bilet linii TAP Portugal (portugalskie narodowe linie lotnicze) do Lizbony i w ten sposób etap ten został definitywnie zakończony.
Od tego momentu pozostały mi trzy miesiące do startu. Wyznaczyłem go na 10 maja. Tak rozpoczęła się REALIZACJA wyprawy.
Teraz wszystkie działania zostały skierowane w jednym kierunku. Najpierw zakupiłem mapy na całą trasę i pociąłem je na potrzebne mi kawałki. Planowana marszruta przebiegać miała przez 13 państw. Nie było potrzeby wozić całych, kompletnych map z uwagi na ich ciężar i skromną ilość miejsca do przechowywania. Tam, gdzie było to możliwe, prześledziłem całą drogę przejazdu w Google Maps. Wykonałem szczegółowe opisy poszczególnych odcinków, oddzielnie na każdy dzień. Zaplanowałem czas przejazdu na 70 dni. Obliczyłem dystans do pokonania i wyszło mi około 5000 kilometrów. Średnio dziennie wypadało ich ponad 71. Przyjąłem, że powinienem dać radę. Tyle że na płaskiej mapie drogowej nie widać wzniesień i górek. A drogę wybrałem przez Pireneje i Alpy.
Rower został częściowo rozłożony, aby zmieścił się do kartonu 150×95×25 cm. Doładowałem jeszcze do niego worek namiotowy i worek śpiworowy. W workach znajdowały się różne, inne rzeczy, ale dla ułatwienia tak zostały nazwane. Do drugiego kartonu o wymiarach 50×40×33 cm weszły zapakowane po brzegi sakwy. Te wymiary mają istotne znaczenie dla linii lotniczych.
Start ma nastąpić o godzinie 17.20. Kolega Jarek wraz z moją córką Asią przybyli po mnie odpowiednio wcześniej, jako ekipa transportowa, wspierająca i pożegnalna. W końcu 66-letni ojciec i kolega nie codziennie wyrusza w nieznane i to tak daleko. Odległość z Łodzi do Warszawy, mimo jazdy autostradą, zmniejsza się jakoś wyjątkowo wolno. Za to napięcie wzrasta z każdym kilometrem. Prowadzimy rozmowy o wszystkim i o niczym. Atmosfera lekkiej niepewności udziela się całej ekipie. Słowa i wymuszone żarty to tylko zasłona dymna. W mojej głowie na razie jest ogólny mętlik. Czy dobrze zarezerwowałem bilet, czy prawidłowo opłaciłem bagaż, czy dopilnowałem wymiarów paczek, czy na pewno zapakowałem klucz do montażu pedałów? Czego nie zabrałem? W zasadzie jestem bardzo skrupulatny w przygotowaniach do każdej podróży, a szczególnie do tej. Ale mogło coś mi umknąć. Tam już nie będzie żadnej pomocy. Będę tylko ja i rower.
Na lotnisko Chopina przyjeżdżamy z dużym zapasem czasowym. Najpierw zawozimy kartony do nadania ich jako bagaż. Rower i inne elementy zabezpieczyłem w pozycji pionowej, umieszczając po obu stronach pakunku odpowiednie strzałki. Okazuje się, że w miejscu nadawania bagaży ponadwymiarowych nie jest możliwe odprawienie kartonu w pozycji stojącej! Do tego pudło pokona w pozycji leżącej całą jedną kondygnację na pasie transportowym zupełnie bezpańsko. Z bólem i niepokojem, co się jeszcze może zdarzyć podczas transportu do i z samolotu, rozstałem się z pakunkami. Procedura została zakończona.
Zostałem tylko z dokumentami i telefonem. Dla odzyskania spokoju poszliśmy na kawę. Jednak spokój tak do końca już nie wrócił. Zostałem przyzwoicie pożegnany i rozstaliśmy się na dobre. WITAJ PRZYGODO!
Portugalska linia lotnicza sprawnie przemieściła mnie i rower do Lizbony. Oczekiwanie na kartony z rowerem i wyposażeniem na dwumiesięczną podróż trwało jednak niepokojąco długo. A na zewnątrz już mrok. Może kartony poszły do innego samolotu? Muszę dojechać około 24 kilometry na pierwszy kemping. Niby niewiele, ale jeśli recepcja kempingu nie pracuje tak długo, to co będzie z noclegiem? Nie wiem, jakie panują tu zwyczaje. Nie znam Lizbony, a czytanie moich wskazówek dojazdowych po ciemku podczas jazdy nie będzie takie łatwe.
Myśli krążyły w mojej osobistej głowie i wcale nie były uporządkowane. Co zrobić, jeśli paczki nie przyleciały ze mną? Jak poszukiwać zagubionej przesyłki w prawie obcych dla mnie językach, gdzie nocować i jak przetrwać, skoro wszystkie ubrania, kosmetyki i inne potrzebne na co dzień rzeczy są w kartonach? Po dwóch godzinach nerwowego oczekiwania przy taśmie transportowej, gdzie zostałem już tylko ja, samotny podróżnik z malutkim plecaczkiem, z wielkiego ciemnego otworu wyłoniły się moje kartony. Uff!
Teraz, nagle, wkradł się nie wiadomo skąd niepokojący pośpiech, chociaż go wcale nie zapraszałem. Kartony wywiozłem wózkiem bagażowym na zewnątrz budynku lotniska, w miejsce, gdzie nikomu nie powinien przeszkadzać montaż roweru. Ciekawe, czy rower nie został uszkodzony podczas czynności załadunkowo-rozładunkowych. Zabezpieczyłem wszystko dobrze, ale na przewożenie roweru w pionie. Na szczęście wszystko jest w porządku. Mocuję kierownicę, przednie koło, hamulec, błotnik, tylny bagażnik, skręcam pedały. W domu taki próbny montaż zajmował mi około 40 minut. Teraz warunki są inne. Zakładam sakwy na bagażnik, na wierzchu sakw linkami żeglarskimi mocuję namiot. Worek z karimatą, śpiworem i kocem idzie na przedni bagażnik. Pracownik sprzątający teren lotniska pozwala mi zostawić kartony na miejscu montażu. Nie muszę szukać kontenera na duże odpady albo drzeć je na małe kawałki. Zostawiam klucz do skręcenia pedałów w widocznym miejscu, jako nagrodę dla znalazcy. Nie zamierzam już wracać samolotem, więc nie będzie więcej potrzebny.
Mój termometr na ekranie licznika wskazuje 15 stopni Celsjusza. Ubieram się trochę cieplej i startuję. Trasę kilkakrotnie oglądałem w domowym komputerze, ale wirtualny przejazd mogłem odbyć w Google Maps tylko w porze dziennej. Po ciemku wygląda całkiem inaczej. Trudno, innego wyjścia nie ma. Jest wtorek, godzina 23 i ruch nie jest aż taki duży. Jadę brzegiem Tagu na zachód. Mam jednoczesne uczucie niepokoju i zadowolenia. Zadowolenia, bo po tylu latach planowania i ponad rocznych przygotowaniach, marzenie zaczyna się realizować. Niepokój, bo zostałem teraz sam i w razie potrzeby mogę liczyć tylko na siebie.
Przyspieszyłem, ponieważ nocne wrażenia widokowe mogłem sobie odpuścić, ale wraz z większą prędkością zrobiło się też chłodniej. Skończyła się jazda przybrzeżna, bo mój kemping o nazwie Lisboa znajduje się w głębi lądu. Znalazłem się teraz na drodze szybszego ruchu. Jest na niej kilka pasów i nie wszystkie są dobrze oświetlone, a moje rowerowe światełka mogą być niewystarczające dla szybko jadących samochodów. Mam również wątpliwości, czy mogę poruszać się tą drogą. Z duszą na ramieniu docieram do celu. Na szczęście recepcja kempingu jest całodobowa i pracuje. Załatwiam dość zgrabnie formalności i po ciemku rozkładam namiot. Latarnie dają za mało światła. Namiot dla mnie nie jest jednak czymś obcym i jego postawienie nawet bez oświetlenia to żaden problem. Jeszcze mocuję rower do drzewa. Przejechałem 24 kilometry. Kładę się bez większych ceregieli tak jak stoję, w ubraniu i w tym momencie zaczyna padać deszcz. Fajne przywitanie. Jest godzina 02.20. Zasypiam natychmiast na portugalskiej ziemi, zapakowany po uszy w śpiworze.
W nocy deszcz budził mnie kilkakrotnie. Namiot mam zupełnie nowiuśki, ale na wszelki wypadek po każdym przebudzeniu wykonywałem szybki przegląd przeciekowy. Namiot dostałem w prezencie pożegnalnym od sympatycznych współpracowników i współuczestników pracowniczej niedoli w momencie przejścia w upragniony stan emerytalny. Typ i rodzaj wybrałem sam. Sprawa była prosta. Przez wiele lat używałem dwuosobowego namiotu czeskiej firmy Hannah. Świetnie się sprawdził podczas wielu spływów rzekami i kilkudniowych wypraw rowerowych po kraju. Miał już prawo uczciwie się zużyć. Zrobił to trochę szybciej niż ja. A może i jednakowo. Jednak teraz namiot jest całkiem nowy, a ja wręcz przeciwnie. Temperatura w moim jednopokojowym, przenośnym lokum, nad ranem wynosi 18 stopni. Chyba już czas wstać i ruszać w drogę. Specjalnie wybrałem właśnie ten kemping, usytuowany w pobliżu sklepu Decathlon, bo tylko tu mogę nabyć gwintowany kartusz z gazem. Podczas wyprawy będę gotował wodę na herbatę i kawę oraz wykonywał proste posiłki. Taki kartusz z gwintem jest najwygodniejszy dla mnie, ponieważ można go wielokrotnie rozłączać z palnikiem. Częściej spotykane są kartusze przekłuwane, ale one muszą pozostać połączone z palnikiem, lampą lub ogrzewalnikiem aż do wyczerpania gazu. Taki zestaw nie jest zbyt łatwy do umieszczenia w sakwach, gdzie każdy centymetr sześcienny jest na wagę złota. Przewożenie gazu w samolocie jest oczywiście zabronione, więc pozostał mi tylko zakup na miejscu. Nabyłem pojemnik o ciężarze 230 gramów, bo jest niewielki i wystarcza na kilka tygodni. Zaopatrzyłem się jeszcze w wodę mineralną. Mogę zabrać na rower razem trzy litry. Do dwóch bidonów wlewam półtora litra, a cała półtoralitrowa butelka jedzie sobie w tylnej, specjalnej kieszeni w sakwie.
Wróciłem na kemping i zjadłem moje pierwsze podróżnicze śniadanie złożone z jednej z kilku zabranych z kraju owsianek, które zalewa się tylko wodą. Tuż potem zaczął padać deszcz. A byłem już gotów do startu. Przez chwilę zastanawiałem się, czy zaraz przestanie, czy też rozpada się na dobre. Nie przyleciałem tylu kilometrów po to, aby gnić w namiocie. Tym bardziej, że temperatura powietrza nie wzrosła ani o jeden stopień. Nie ma sensu tu marznąć. Czas podjąć męską decyzję. Po raz pierwszy zwołałem jednoosobową naradę. Wielkiej dyskusji nie było, chociaż odzywały się różne głosy za i przeciw. Wygrały te "za". Spakowałem szybko mokry namiot i umocowałem bagaże na rowerze. A może Lizbona obraziła się na mnie? Co to za turysta się tu napatoczył? Przylatuje niebem jakiś taki gość, niezły kawał drogi i to w dodatku z rowerem, jedzie sobie po ciemku przez miasto, nic nie ogląda, bo prawie nic nie widać, idzie zaraz spać i rano chce już zmykać? Może go jakoś zatrzymam, aby sprawę dogłębnie przemyślał - myśli sobie Lizbona. No i cóż ja biedny mogłem zrobić? Obiecałem poprawę i że jeszcze na pewno tu wrócę. Może w innych warunkach, bez roweru i jak będzie trochę cieplej niż teraz. Wówczas dokładnie zwiedzę to niewątpliwie piękne i ciekawe miasto. Czekam na jakąś reakcję i... nic. A z drugiej strony, skąd taka Lizbona może wiedzieć, że przybył jakiś dziwny i nie pierwszej młodości turysta z Polski. Jest całkiem możliwe, że takie rozważanie może nie mieć końca. Czas trzeźwo ocenić sytuację. Z góry nadal kapie i końca nie widać. Na razie zostałem uziemiony i jestem w pozycji wyczekującej. Co robić? Jestem gotowy do jazdy, a tu ani do przodu, ani do tyłu. Jazda w prysznicu i do tego mocno schłodzonym to nic przyjemnego. Powrót na mokre już teraz całkowicie pole namiotowe również nie wchodzi w rachubę. Postanowiłem przeczekać. Ktoś musi przecież pęknąć i najlepiej, abym to nie był ja! Pod daszkiem przy recepcji zapuszczam cierpliwie korzenie. Przy takim deszczu zdaje się to bardzo prawdopodobne. Przebieram więc nogami i czekam aż skończą się w chmurach zapasy wody, grzmotów i błyskawic. Kiedyś przecież MUSI zabraknąć wody. I w końcu zabrakło. Ale jest już godzina 12.40.
Dziś mam w planie dotarcie do najbardziej wysuniętego na zachód punktu lądowego w Europie, czyli przylądka Cabo da Roca. Temperatura spadła do 14 stopni. Dlaczego? Jest przecież maj! Nie liczyłem co prawda na wiele, ale teraz to chyba lekka przesada. Przecież jestem na szerokości geograficznej południowej Grecji. W kraju pewnie odbywają się majówki na świeżym powietrzu i to do późnej nocy. A tu panuje wszechobecna zimnica i wodnica. Wsiadam na rower, który chyba też już chce się rozgrzać. Wracam nad rzekę Tag, która tu, w Lizbonie, właśnie postanowiła wpaść do Atlantyku. Początkowo jadę łatwą drogą wzdłuż brzegu. Woda pryska spod kół. Droga jest dwupasmowa. Zerkam na lewo i nie wiem, czy jeszcze jadę nad rzeką, czy już nad Atlantykiem. Ale jaka to teraz różnica. Muszę się skupić na drodze. Żal mi trochę roweru. Też przecież moknie. Mapnik umocowany na kierownicy ma własną pelerynkę, która jest umieszczona od spodu w kieszonce sprytnie zapiętej ekspresem. Pelerynka posiada na brzegach gumkę, która zaciska się dookoła mapnika i teraz nic nie zmoknie. Byłoby szkoda, aby woda dostała się do wewnątrz. Mam tu przecież wszystkie dokumenty, telefon, kalendarz z adresami i numerami telefonów (gdyby zginął mi lub zniszczył się telefon), ładowarkę, powerbank, MP3 i słuchawki, okulary i jeszcze wiele innych ważnych rzeczy. Pelerynka ma jedną wadę. Nie jest przezroczysta. Nie widzę więc trasy, która znajdowała się pod przezroczystym plastikiem na wierzchu mapnika. Jadę teraz na czuja. Łatwa dotąd droga musiała się kiedyś skończyć i właśnie się skończyła. Aby dotrzeć do celu skręcam w prawo. Deszcz nie odpuszcza. Muszę się zatrzymać, aby zerknąć na opis dalszej trasy i jakoś ją zapamiętać. Rozpoczął się długotrwały i mozolny podjazd. Przyszła chwila, aby zacząć przyzwyczajać nogi do cięższej pracy niż na moich dotychczasowych nizinnych treningach. Na razie podjazd jest łagodny. Pedałuję nie za mocno, by baterie nie wysiadły mi na samym początku. Systematycznie wspinam się pod górę. Deszcz wreszcie przestał padać. Hurra! Zdejmuję lekką kurtkę przeciwdeszczową, ale trzymam ją na podorędziu, bo chmury wyraźnie zakotwiczyły nad Lizboną. Teraz jest dużo lepiej i wygodniej. Jadę pod górę przez trzy godziny. Ostatnia część trasy przebiega przez Sintra-Cascais Natural Park. Teraz następuje przyjemny i szybki zjazd. W końcu jest i mój cel! Pierwszy z pięciu wymarzonych podczas całej trasy punktów - przylądek Cabo da Roca. Miejsce, dokąd zaprowadziła mnie droga i gdzie przyjeżdżają turyści z całego świata znajduje się na wysokości 140 metrów n.p.m. Ta wiadomość prawie ścięła mnie z nóg. Wypruwam z siebie flaki przez ponad trzy godziny, a tu tylko 140 metrów? A co będzie z Pirenejami i Alpami? Zimny i gorący pot oblał mnie nagle i niespodziewanie. Krótka chwila refleksji zakończyła się przywołaniem samego siebie do porządku. Masz chłopie plan to pozostało go tylko realizować. No i to wszystko, no i koniec, i do roboty. Spoglądam w dół. Klify mają nawet 100 metrów. To tu w 1755 roku doszło do silnego trzęsienia ziemi. Wywołana nim fala tsunami miała 50 metrów wysokości! Jakoś nie umiem sobie tego wyobrazić, tak samo jak żeglarza lub rybaka na oceanie w tym momencie.
Portugalski poeta Luís de Cam?es napisał: "Aqui... onde a terra se acaba e o mar começa...". Napis ten wyryty jest na obelisku stojącym na skale i określa znakomicie to miejsce: "gdzie ląd się kończy, a morze zaczyna". Stąd do Ameryki są 5593 kilometry. Ja planuję przejechać około 5000 kilometrów, czyli prawie do Ameryki! To moje pierwsze odkrycie! Widoczność jest znakomita i wydaje mi się, że w oddali widzę jakiś nieznany dotąd ląd. A może to jakaś fata i morgana?
Od tego punktu rozpoczynam powrót do domu, czyli na wschód. Jak to ładnie brzmi. Do domu. Oj! Chyba to trochę potrwa. Na razie on, ten powrót, nie jest taki łatwy. Z górki jechało się rewelacyjnie i szybko. Nie zwróciłem uwagi na pochylenie tego zjazdu. Teraz widzę i czuję to ewidentnie. Mimo stawania na pedałach, na bardziej stromych odcinkach nie daję rady. Zgrzałem się jak jajecznica na patelni. Po zejściu z roweru okazało się, że nie mogę nawet ponownie wystartować. Mijające mnie samochody zmieniają biegi na dwójkę. Ja już dawno zmieniłem moje wszystkie biegi i... nic. Siła ciężkości pchała mnie w innym, nieuzgodnionym ze mną kierunku. W kraju nigdy się to nie zdarzyło. Nie jeździłem po takich górkach. Uczę się więc, jak pchać rower pod stromą górkę. Razem to około 46 kilogramów ciężaru, no i siebie też jakoś muszę wturlać. Trzeba przybrać odpowiedni kąt pochylenia ciała w kierunku roweru, nie uderzać się za często w pedały i ręce trzymać tak, aby rower pozostał jak najdalej od prowadzącego. W tej sytuacji przydałaby się prawa ręka dużo dłuższa od lewej, ponieważ idę z lewej strony roweru. Ale chyba mam dwie ręce o tej samej długości i wynikająca z tego niewygoda jest strasznie męcząca. To niewątpliwie nie jest podstawowa pozycja rowerzysty, ale zastosowanie jej pozwala na przemieszczanie się wraz z rowerem w pożądanym kierunku. Do tego zrobiło się ponownie zimno, wieje jak diabli i znów pada deszcz. Lizbona nie odpuszcza. Zakładam reklamówki na buty i mocnymi gumkami mocuję je na nieprzemakalnych spodniach. Adidasy już się dobrze przesuszyły i nie chcę doprowadzić ich do ponownego zmoczenia. Zwykłe reklamówki po zakupach spełniają doskonale swoją nową, przeciwdeszczową rolę. Chyba śmiesznie to wygląda, ale działa! Adidasy mam tylko jedne, a jutro trzeba jechać dalej. Cały ponownie jestem przeciwdeszczowy. Na wierzchu mapnika, w przeźroczystej, biurowej koszulce mam przymocowane recepturkami wskazówki dojazdowe. Przecież muszę jakoś dojechać do kempingu. Od śniadania nic nie jadłem i funkcjonuję tylko na wodzie mineralnej, gumie do żucia i cukierkach. Chyba na tych dopalaczach daleko nie dojadę. Mam nadzieję, że na terenie kempingu będzie chociaż jakiś bar. Mam kilka rezerwowych liofilizatów, ale one są przecież REZERWOWE. Po pokonaniu tego dnia 60 kilometrów dotarłem zziębnięty, przemoczony, głodny i zmęczony na upatrzoną wcześniej pozycję. Zjazd ze zdobytej wcześniej górki trwał tylko 20 minut. Tyle męczarni, a tylko trochę przyjemności. Taka to dziwna sprawiedliwość. Ale mam i dobre wiadomości. Na kempingu Orbitur Guincho jest bar, prysznic z ciepłą wodą, prąd i Wi-Fi. Żyć, nie umierać! Zamówiłem sobie w barze zestaw jedzeniowy za 10 euro. A co się będę czaił! Gorąca zupa, dwa kotlety, frytki, herbata, deser i PIWO. Odżyłem chyba dopiero po tym piwie. Po 22.30 kończę sprawozdanie dla punktu dowodzenia, czyli mojej Ewy. Ewa posiada na biurku w domu mapę Europy z zaplanowaną trasą, kopię moich wskazówek dojazdowych i wszelkie inne informacje związane z podróżą. Na komputerze będzie gromadzić wiadomości, zdjęcia i filmy przesyłane przeze mnie. Zmęczonemu, ale zadowolonemu ciału pozwalam odpocząć do rana.
Niestety, w nocy znów pada deszcz. Rano pada nadal, ale już z przerwami. Czekam na moment, kiedy skończy się podlewanie Lizbony, abym mógł zwinąć namiot. Tymczasem robię sobie ciepłą herbatkę i pożywną owsiankę. Do słodzenia mam słodzik, bo zajmuje mało miejsca. Co prawda trochę dziwnie smakuje, ale w porównaniu z kilogramem cukru jest o niebo lżejszy. Dwie minitabletki zastępują łyżeczkę cukru. Mój zapas 300 tabletek waży zaledwie 15 gramów. Do gotowania mam kocher składający się z dwóch garnków i patelni. Są wykonane z cienkiej stali nierdzewnej i mają pomiedziowane spody. Powoduje to szybsze przyswajanie ciepła, czyli mniejsze zużycie gazu. Do kompletu należą jeszcze dwie pokrywki i plastikowy kubek. W kocherze upchałem również zapalniczkę, małą metalową łyżeczkę, gąbkę i płyn do zmywania, sól, pieprz, trochę oliwy, zioła i sok z cytryny. W materiałowym worku z kocherem podróżują jeszcze plastikowe, niby-survivalowe: nóż, widelec i łyżka owinięte niewielką ściereczką. Ta ściereczka służy mi za obrusik i do wycierania. Zawsze trochę przyjemniej. Cały ten majdanik waży 1,15 kilograma. Mój podstawowy kubek też jest ze stali nierdzewnej, ma składany, jak na zawiasie, uchwyt, taki dwuuszkowy i pojemność ćwierć litra. Pozostałe wyposażenie mojej kuchni to palnik i gaz, plastikowa deska do krojenia, płaski plastikowy talerz, nóż typu finka, dwa plastikowe, zamykane pojemniki, w których umieściłem cztery torebki ryżu i trzy owsianki, kawę rozpuszczalną 150 gramów i herbatę w liczbie 80 saszetek. Trzy porcje żywności liofilizowanej, kilka batonów energetycznych, cukierki i guma do żucia zamykają moje kuchenne wyposażenie. Oczywiście wszystko przed wyjazdem skrupulatnie zważyłem i wykonałem spis zabranych ze sobą rzeczy. Wyszło mi 220 pozycji.
Przed południem postanowiłem zakończyć tę nierówną walkę z chwiejną pogodą, spakowałem w namiocie wszystko do dwóch worków i do sakw, ubrałem się w kurtkę i spodnie przeciwdeszczowe. Zwinąłem znów mokry namiot i wystartowałem. Deszcz nie mógł się zdecydować. Padać, czy nie. Po drodze ćwiczyłem więc co kilkanaście minut rozbieranie i ubieranie przeciwdeszczówek. Tak nazwałem komplet składający się z lekkiej kurtki antywietrznej i antywodnej z kapturem, wkładanej przez głowę, spodni, też antywodnych ze ściągaczami na końcu nogawek, reklamówek zakładanych na buty i przytrzymywanych teraz przez sprężyste taśmy odblaskowe oraz nakładki na mapnik umocowany na kierownicy. Pewnie znów dziwnie wyglądałem w reklamówkach na butach, ale przy niskiej temperaturze przemoczone nogi mogły spowodować u mnie takie kataklizmy zdrowotne jak kichanko, smarkanko i może - nie daj Boże - gorączkę, czyli w rezultacie przeziębionko, a na to nie mogłem sobie pozwolić pod żadnym pozorem.
Na pocieszenie słońce najpierw nieśmiało, ale z czasem coraz mocniej grzało. Była duża szansa na osuszenie wszystkiego, co było mokre. Mokre rzeczy umieściłem pod linkami trzymającymi namiot, czyli na tylnym bagażniku. Słońce i pęd powietrza zadziałały jak atomowa suszarka. To rozwiązanie okazało się zupełnie słuszne i dające błyskawiczny efekt.
Zbliżałem się do Belém. W języku portugalskim to Betlejem. Dzielnica Lizbony w zasadzie nazywa się Santa Maria de Belém, ale potocznie używa się tylko skrótu. Belém to historia rozwoju naszej cywilizacji. Tu znajdował się kiedyś największy port Portugalii. W 1497 roku stąd wyruszyła wyprawa Vasco da Gamy. Liczyła cztery okręty i około 160 ludzi. Jej rezultatem było odkrycie drogi morskiej do Indii, a celem zdobycie drogocennych wówczas przypraw, głównie pieprzu. Teraz można było już pieprzyć do woli. Po tym odkryciu w Belém zbudowano wspaniały klasztor Hieronimitów, w którym został pochowany, oczywiście już po zakończeniu swojego życia, Vasco da Gama i wspomniany wcześniej wieszcz Luís de Cam?es. Był to czas wielkich odkryć geograficznych. Pięć lat wcześniej Hiszpan, Krzysztof Kolumb dopłynął do Indii, które później okazały się jednak Ameryką. Jego wyprawa miała trzy okręty i według różnych źródeł od 90 do 120 ludzi. Nazwa "okręty" nie daje całkowicie obrazu dzielności odkrywców. Nie zdajemy sobie sprawy, że okręt Kolumba miał około 21-22 metrów długości, a dwa pozostałe w jego flocie odpowiednio około 18-20 metrów i prawdopodobnie 17. Pierwsze przepłynięcie Atlantyku trwało ponad dwa miesiące. Powrót był dużo trudniejszy. Flagowa Santa Maria pozostała na karaibskiej mieliźnie na zawsze. Pozostałe dwa okręty po silnych sztormach na Atlantyku rozdzieliły się. Admirał Kolumb na sponiewieranym okręcie dopłynął właśnie do Belém, tu gdzie teraz jestem. Portugalczycy przyjęli go początkowo nieufnie a nawet wrogo. Rywalizacja Portugalii i Hiszpanii w odkryciach geograficznych była w tym czasie bardzo gorąca. Każdy chciał powiększać swoje królestwo i jego majątek. Złoto i przyprawy były niewiarygodnie pożądane. Teraz Belém straciło swoje portowe znaczenie, ale to z tego historycznego miejsca wystartuję w moją dalszą podróż.
Czas więc na opuszczenie Lizbony i przeprawę promem przez Tag do Porto Brand?o. Samochodem przez Tag przejeżdża się mostem Vasco da Gamy, najdłuższym w Europie. Łącznie z wjazdami ma 17,2 kilometra długości. Ten most to brama Lizbony na Atlantyk i pamiątka na 500-lecie odkryć geograficznych. Jako rowerzysta nie znalazłem możliwości skorzystania z mostu. Przepływam promem z Belém około dwa kilometry na drugi brzeg. Koszt przeprawy wraz z rowerem to tylko 1,65 euro. Most z poziomu Tagu robi olbrzymie wrażenie. Prom jest spory i przewozi również samochody. Ilość dziennych kursów jest wystarczająca, startuje punktualnie o oznaczonych godzinach.
Ciężkie, ciemne chmury pozostały po prawidłowej stronie. Z niepokojem patrzę, czy nie mają ochoty mnie gonić. Zbliżamy się do drugiego brzegu Tagu, gdzie zostały tylko ślady po deszczu. W końcu słońce i ciepełko. Moje przypuszczenia okazały się słuszne. Lizbona zachowała się w stosunku do mnie co najmniej dziwnie i zaborczo. Teraz dopiero czuję, że nareszcie jestem w ciepłym kraju. Zacznę z radością wygrzewać moje trochę nadziębione kości.
Na kempingu Costa de Caparica byłem już przed godziną 16. Trasa okazała się bardzo łatwa i nie wymagała większego wysiłku. Dotąd koszty kempingów wynosiły około 12-13 euro za nocleg. Pośpiesznie rozbiłem mokry namiot i rozwiesiłem na kempingowych sznurach wszystkie moje mokrości. Wybrałem sobie miejsce blisko sanitariatów, bo ciepła woda i prysznic. Co chwilę spoglądam w niebo, ale scenariusz na szczęście się nie zmienia. Na północy chmury wiszą jak zakotwiczone, a u mnie jest życiodajne słoneczko. Ono uśmiecha się do mnie, a ja do niego. Czuję, że jest między nami całkowite porozumienie. Ono sobie spokojnie świeci i grzeje, a ja mu w tych zajęciach po prostu nie przeszkadzam.
Pożywiłem się liofilizatem. Chyba muszę tu wyjaśnić, że liofilizat to nic strasznego, tylko nazwę ma okropną. To gotowy posiłek, z którego w specjalnych procesach wyciągnięto wodę z i zapakowano w szczelną torebkę. Jest przez to lekki, ale zajmuje niestety trochę miejsca. Zakupiłem tylko cztery takie opakowania. Kosztują tyle, co dobry obiad w restauracji. Aby zabrać się do konsumpcji, trzeba wlać do tej torebki wrzątek, trochę odczekać i gotowe. Na pewno można się najeść i smak nie jest najgorszy. Dostarczyłem dużo energii mojemu organizmowi.
Skorzystałem z prysznica i zrobiłem szybkie pranie korzystając z ciepłej wody i słońca. Do prania mam dwie tubki specjalnego żelu. Łyżeczka żelu na wiadro wody! Rewelacja! Cieszę się, że go niespodziewanie i odpowiednio wcześniej odkryłem. Powinien wystarczyć na wiele przepierek. Wszystko, co miało się suszyć, suszy się znakomicie. Sprawdziłem, czy spinacze dobrze trzymają, zamknąłem namiot na minikłódeczkę i ruszyłem na podbój miasta zbudowanego ciekawie między klifem a brzegiem oceanu.
Costa da Caparica to miasto turystyczne z pięknymi plażami. Na głównej ulicy między dwoma jezdniami rosną wysokie palmy i gwarantują, że teraz będzie już tylko cieplej. Ruchu dużego nie ma. Jestem wyraźnie przed sezonem. Turystów jest niewielu, a z rowerowych chyba tylko ja. Dla mnie to dobrze, bo muszę się powoli zaaklimatyzować i też oswoić z moją sytuacją. Powoli przechodzi mi początkowy szok. Wszystkie czynności dopiero muszą się poukładać. Wysiłek dawkuję ostrożnie, dzienny rytm wyprawy muszę dostosować do aktualnych warunków.
Zaplanowałem sobie pokonywanie 500 kilometrów tygodniowo. Czyli tylko 10 tygodni i będę w domu. Proste! Trasę mam podzieloną na 57 dziennych odcinków. Odcinki mają różne długości. Będę się trzymał tego planu. Plan określa jeszcze liczbę dni jazdy w tygodniu. Przez pięć dni powinienem przejechać po 100 kilometrów dziennie i mieć dwa dni odpoczynku. Gdyby z jakiegoś powodu nie udało się wykonać planu, to w rezerwie mam jeszcze sobotę. Niby racjonalnie, ale zobaczymy, co na to życiowa rzeczywistość.
W mieście jest ulica imieniem kolarza Joaquima Agostinho, sześciokrotnego mistrza Portugalii, zwycięzcy czterech etapów Tour de France. Co prawda nie jestem kolarzem i z nikim się nie ścigam, ale ja też jadę na rowerze. Myślę, że nie przypadkowo odkryłem tablicę upamiętniającą kolarza. Przyjąłem to za dobry znak dla mojej wyprawy.
Dziś przejechałem tylko 40 kilometrów, ale odciąłem się od zimna i deszczu, wykonałem pierwsze pranie, mokre rzeczy zostały wysuszone i uporządkowane. Moje osobiste baterie są w pełni naładowane i jestem gotów do pokonania pierwszego tysiąca kilometrów.
Lotnisko Humberto Delgado w Lizbonie
Cabo da Roca
Most 25 kwietnia nad Tagiem
Prom przez Tag z Belém do Porto Brand?o
Rano cudownie grzeje słoneczko, nogi rwą się do pedałowania. Pakuję manele prawie odruchowo i trochę po dziewiątej startuję. Kierunek południowy bardzo mnie cieszy, bo przecież ciepełko będzie coraz większe, słoneczko będzie ogrzewać moje młode niegdyś ciało, a organizm działał jak lokomotywa napędzana gorącą parą. Palmy po prawej, po lewej i w środku drogi. Takie widoki radują moje oczy i duszę. Obrazek pozostający w mojej głowie od czasów młodości to palma, słońce, morze i wyspa z ciepluśkim piaskiem. Podejrzewam, że nie jestem wyjątkiem w tej sprawie. Od wielu lat widuję palmy i obrazy zbliżone do tego zakodowanego w mojej głowie. Podczas spotkania z tymi elementami krajobrazu zawsze uruchamia się we mnie strumień szczęśliwości i powoduje dziwne odkształcenie moich ust do pozycji uśmiechu. Nie wiem jak w tym momencie wygląda moja gęba, ale może nawet lepiej tego nie wiedzieć. U siebie, w Łodzi mogę taką roślinność oglądać tylko w palmiarni.
Droga jest sympatyczna i nie bardzo ruchliwa, a górki do pokonania są całkiem znośne. Między miastami asfalt jest często dziurawy, tak jak u nas i brakuje poboczy. Nie lubię takich dróg, bo są niebezpieczne. Trzeba omijać większe dziury, a w przypadku mijania się dwóch samochodów, nie ma gdzie uciekać. Jestem mocno obciążony i każde niefortunne wpadnięcie przedniego koła w dużą dziurę może spowodować wypadek. Przy drodze rosną sosny gatunku śródziemnomorskiego i dają cień, który jest bardzo pożądany, szczególnie przy prażącym słońcu. Mijam jakieś instalacje wojskowe. Chociaż nie ma tu zakazu fotografowania, wolę tego nie robić. Mam zbyt mocne skojarzenia z czasami PRL-u. Fotogeniczność tych urządzeń też nie jest zbyt wysoka. Skrzyżowania dróg w znakomitej większości są rozwiązane poprzez ronda. Jest ich dużo i są wewnątrz różnorodnie ozdobione. Pewnie dla lepszego ich rozróżniania, a na pewno dla przyjemnego widoku.
Dojeżdżam do miasta Azeit?o, gdzie na terenie największej w Portugalii fabryki win o nazwie Bacalhôa zaskakują mnie pomalowane na niebiesko figury koni i wojowników w naturalnym rozmiarze. Są one takie same jak odkopana kilkadziesiąt lat temu w Chinach terakotowa, cesarska armia składająca się z około ośmiu tysięcy figur. Pod ziemią przebywały 2200 lat. Tu ozdobiono teren fabryki częścią z siedmiuset skopiowanych figur znajdujących się w największym orientalnym ogrodzie Europy Buddha Eden. Ogród ten zbudowano w miejscowości Quinta dos Loridos na północ od Lizbony. Wrażenie jest ogromne, tym bardziej, że niektóre z tych figur są podobno oryginalne.
Dojeżdżam do promu w Setúbal, aby przedostać się do miejscowości Tróia przez zatokę Sado. Za przewiezienie mnie i roweru płacę 3,95 euro. Dzięki promowi nie będę musiał objeżdżać sporej zatoki i nadrabiać dodatkowych kilkudziesięciu kilometrów. Półwysep, na którym leży Tróia to miejsce turystyczne z mnóstwem pięknych, piaszczystych plaż położonych nad Atlantykiem. Oczywiście są też hotele i miejsca przeznaczone dla wszelkiej rozrywki i wypoczynku. Niestety dziś nie skorzystam z tych kuszących propozycji, bo muszę w końcu zacząć pokonywać więcej kilometrów niż do tej pory. Początek miał być aklimatyzacyjny i taki był, ponadto pogoda trochę pokrzyżowała moje wcześniejsze plany. Teraz nie mam już żadnego usprawiedliwienia, trzeba dołożyć do pieca tyle, ile się da. Inaczej nie dojadę do celu w przewidywanym terminie, który wyznaczyłem sobie na 15 lipca.
Jestem w regionie Alentejo. W języku portugalskim to znaczy "za Tagiem". I rzeczywiście jestem już za Tagiem. Region jest największym w Portugalii i zajmuje jedną trzecią jej powierzchni. Tu rozpoczyna się kraina wina i... korków. Wino oczywiście produkuje się z winogron, a korki z kory dębu korkowego. Brakuje tylko plantacji butelek, aby do czegoś wlać to winko i zakorkować. Może to kwestia czasu albo nikt jeszcze nie wpadł na taki pomysł. Alentejo to region rolniczy i są tu również plantacje oliwek, uprawy pszenicy, a dąb korkowy daje połowę światowej produkcji korków. Jak będziemy wyciągać korek z flaszki to co drugi będzie właśnie z Alentejo. Niestety ja nie spotkałem ani jednego takiego drzewa. Muszę pozostać przy oglądaniu korków w butelkach.
Na przekąskę w okolicy Comporty zjadłem lekką zupkę i... świńskie uszy. Taka była propozycja właściciela baru. Obowiązkowo zostało podane pieczywo i do tego domówiłem herbatę. Uszy gryzłem mocno i długo. Mimo tego, że jeszcze niedawno przegryzałem moimi nad wyraz mocnymi zębami skorupy orzechów włoskich to uszy tak łatwo się nie poddawały. Przez chwilę zastanawiałem się, czy nie skonsumować uszu później, podczas jazdy, traktując je jako gumę do żucia. Jednak postanowiłem zjeść je od razu, z uwagi na podejrzenie istnienia w tych uszach jakichś kalorii. Kalorie potrzebowałem bardzo do dalszej jazdy, więc przestałem się wahać. Nie byłem zachwycony ani smakiem, ani ceną, ale już wiem, czego więcej nie zamawiać w mało zrozumiałym dla mnie języku. A może po prostu nie znam się na lokalnych, kulinarnych specjałach.
Sines leży nad Atlantykiem i dwa kempingi w tym mieście zwiastowały krótki, ale miły i potrzebny odpoczynek. Przejechałem dziś już 123 kilometry, zrobiła się godzina 21 i chętnie położyłbym moje lekko zmęczone ciało na jakieś miękkie podłoże. Niestety okazuje się, że oba widniejące w moich zapiskach kempingi są nieczynne! Dlaczego? Nikt nie wie. Następne kempingi były za daleko, aby zdążyć jeszcze dziś do nich dotrzeć. Może był to jakiś błąd informacyjny, a może tutejszy sanepid albo inna nawałnica spowodowała, że taki jak ja turysta musi poradzić sobie inaczej. To inaczej w moim przypadku było hostelem. Hostel Allmar za 22 euro, ale za to ze śniadaniem pozostał w zasadzie jedynym możliwym do zaakceptowania rozwiązaniem. Otrzymałem miejsce w ośmioosobowym pokoju wyposażonym w piętrowe łóżka. Ostatnio na piętrowym łóżku spałem podczas służby wojskowej, 47 lat temu. Tutaj łóżka wkomponowane są w drewnianą konstrukcję i każde jest zasuwane zasłonką, aby mieć trochę intymności. Niestety, chrapania nie da się wygłuszyć. Mojego chyba też. Wygrywa ten, kto szybciej i głębiej zaśnie. W korytarzu są szafki zamykane na kłódkę, aby schować najcenniejsze rzeczy. W pokoju znajduje się wyjście na niewielki balkon, za to z cudownym widokiem z drugiego piętra na ocean. Hostel stoi na wysokim klifie, jak większość starówki. Widać stąd port, marinę, kotwicowisko i plażę. Czyli prawie wszystko. Do szczęścia dołożona została obszerna, wspólna łazienka i salon wypoczynkowy z tarasem, na którym można wypić zimne piwo zakupione w pobliskim sklepie. Oczywiście nie mogłem sobie jego odmówić, bo jestem fanem tego napoju. Mój rower nocował w udostępnionym mi, zamkniętym i bezpiecznym pomieszczeniu na parterze.
Sines to ładne, 18-tysięczne, rozwijające się miasto z ważnym atlantyckim portem przeładunkowym. Piękne plaże dopiero sprowadzą tutaj turystów. Powstaje cała potrzebna do tego infrastruktura. Na razie można tu spotkać jedynie turystyczne jaskółki. W tym mieście urodził się Vasco da Gama, wspomniany już sławny żeglarz i odkrywca drogi morskiej do Indii, co zostało uhonorowane postawieniem mu pomnika. Jego imieniem została też nazwana miejska plaża. Historia tych okolic to kolejno Rzymianie, Wizygoci i Maurowie, czyli mieszanka europejsko-arabska. Dopiero w XIII wieku zakotwiczyła tu na stałe Portugalia.
W pokoju poznałem dwóch rowerzystów. To największe, jakie znam, zagęszczenie podróżujących za granicą rowerzystów na metr kwadratowy. Jeden to mój rówieśnik, nie za bardzo rozmowny Szkot podróżujący po Portugalii. Nie wiedziałem, że Szkoci są oszczędni również w rozmowie. Może nie chciał się zanadto zmęczyć moją znajomością angielskiego? Drugi to młody, 21-letni Anglik, który został uziemiony tu na kilka tygodni po kontuzji nogi. Kolano spuchło mu jak balon po zaledwie kilkudniowej jeździe. Jechał z Porto. To zaledwie 450 kilometrów. Lekarz zakazał dalszej jazdy na rowerze, więc kuśtykając zwiedzał Sines pieszo. A po rekonwalescencji zaplanował powrót do domu. Czyżby miał dosyć roweru? A gdzie moje tysiące kilometrów? Młody organizm nie dał rady, a co dopiero ja, ponad trzy razy starszy? Bijąc się z tymi myślami ległem na luksusowym posłaniu.
Poprzedni dzień był 13 dniem maja i do tego piątkiem! Starałem się o tym nie pamiętać, ale podświadomość kilkakrotnie przebijała się przez zaporę rozsądnego myślenia. Bez względu na okoliczności postanowiłem nieco bardziej skupiać się podczas zbliżeń z innymi środkami lokomocji, aby nie prowokować losu. Niby nie jestem za bardzo przesądny, ale lepiej dmuchać na zimne. Z powodu tego dmuchania pluję za siebie przez lewe ramię nawet wtedy, gdy zwykły kot przebiegnie mi drogę, a już szczególnie jak będzie czarny. Do tego wypowiadam jeszcze magiczne słowa: na psa urok! Do tej pory pomagało, więc czemu miałbym nagle zaprzestać tej praktyki. Czasem, jeśli jest taka możliwość, czekam aż ktoś inny uprzedzi mnie i przejedzie niewidzialną linię pecha. Wówczas sytuacja powraca do momentu sprzed zdarzenia i spokojnie mogę kontynuować podróż. Ponadto jestem żeglarzem, a tu są wyraźne wskazania, co do niektórych poczynań. Nie wyrusza się w podróż w piątek i nie gwiżdże się na pokładzie. Jest jeszcze kilka innych przesądów i tradycji, jednak one niestety pomału zanikają. Na przykład, aby zapewnić pomyślność jachtowi lub statkowi, wstępująca na pokład kobieta winna podrapać paznokciem podstawę masztu. Jednak, aby zwyczajowi stało się zadość, musi ona być dziewicą. No i masz babo placek. Ciekawe czy, jak i kto kiedykolwiek to sprawdzał?
Wyjechałem dość późno, mimo wspaniałej pogody. Wcześniej wysłałem zaległe zdjęcia i informacje z podróży do centrum dowodzenia, czyli do Ewy. Jest ciepło i bez wiatru. To bardzo dobre warunki do rowerowania. Lepiej jest tylko wówczas, jeśli wiatr wieje w plecy lub następuje super długi zjazd z górki. Źle wyjechałem z centrum miasta i wyniosło mnie na jakieś wertepy z szutrową drogą. Sam nie wiem, dlaczego nie pytałem o drogę wyjazdową, ani nie zwracałem uwagi na drogowskazy. Wydawało mi się, że z takiego małego miasteczka wystarczy jechać na południe i będzie dobrze. Nos mnie tym razem zawiódł. W rezultacie niepotrzebnie wdrapywałem się na wysoką górę i przejechałem przez zaplecze przemysłowe miasta, zamiast jechać nadmorską drogą z ładnymi widokami. Drobne kamienie strzelają spod opon i uderzają w plastikowe błotniki, powodując nieustający hałas. Za to ze szczytu mam rozległy widok na całą okolicę. Widzę port, wszystkie instalacje przeładunkowe i rafinerię. Z górki nadal prowadzi nierówna, szutrowa droga i nie mogę jechać za szybko, bo załadowanym rowerem rzuca na wszystkie strony, a nie mogę przecież dopuścić do wywrotki. W końcu dojeżdżam do drogi asfaltowej, tej, którą powinienem wyjechać z miasta. Temperatura systematycznie rosła i zatrzymała się na 37 stopniach Celsjusza. Nareszcie mam to, czego chciałem. Teraz trzeba przyzwyczajać się do wyższych temperatur, które mam nadzieję szybko mnie nie opuszczą. Lubię ciepło i jestem przekonany, że nawet na Saharze byłoby mi dobrze. Może tylko brak wód stojących, czy też płynących nie skłania mnie do pilnego odwiedzenia tej części Afryki. Przez pięć dni trenowałem w kraju z pełnym obciążeniem właśnie w upale, aby zorientować się jak reaguje mój organizm. Przejechałem bez większego problemu 550 kilometrów i wszystko było w porządku. Jedocześnie sprawdziłem nowe sakwy, bo stare chyba nie przeżyłyby tej podróży. Ten trening odbył się w zeszłym roku. W tym roku temperatury raczej były chłodnawe i o rozległe spocenie się było trudno. Ale teraz już mogę założyć specjalnie zakupioną sportową koszulkę z szerokimi wycięciami pod pachami i chyba stworzoną do tych właśnie celów. Mam takie dwa egzemplarze i jeszcze jedną z krótkim rękawem. Są wyprodukowane przez znane firmy i zajmują po złożeniu bardzo mało miejsca. Łatwo się piorą i suszą błyskawicznie. W mojej kolekcji podróżniczej posiadam jeszcze dwie zwykłe bawełniane koszulki. One pełnią rolę reprezentacyjną i zakładam je po prysznicu do paradowania na terenie kempingu i do wyjść na miasto.
Przez Porto Covo dojechałem do miejscowości Vila Nova de Milfontes, gdzie 130-kilometrowa rzeka Mira wpada do Atlantyku. Zatrzymałem się na przekąskę i ochłodzenie, bo temperatura trzyma fason i nie planuje na razie żadnych zmian. Droga teraz jest dobrej jakości, biegnie w zasadzie po płaskim terenie, po obu stronach znajdują się pola uprawne. Od czasu do czasu mijam wioski i mniejsze miejscowości. Pojedyncze gospodarstwa i posiadłości najczęściej pomalowane są na biało z niebieskimi elementami oraz zwieńczone czerwoną dachówką. Pośród zieleni winnic i gajów oliwnych komponują się znakomicie.
Wybrałem kemping położony nad samym oceanem, abym mógł choć palec umoczyć w atlantyckiej wodzie. Nawet mogę pomyśleć o umoczeniu czegoś więcej niż tylko palec z powodu aktualnie wysokiej temperatury powietrza. I wyszło tak, że zaledwie po 67 kilometrach zakotwiczyłem na kempingu, tuż za tablicą oznajmiającą o wjeździe do miejscowości o wdzięcznej nazwie Zambujeira do Mar. Standard kempingu okazał się znakomity, stosownie do ceny w wysokości 9,15 euro za dobę. Postanowiłem pozostać tu dwie noce. Dlatego dwie, ponieważ w moim planie założyłem odpoczynki w sobotę i niedzielę, aby dobrze zregenerować siły i wyruszyć w poniedziałek z radością i potężnym głodem rowerowania. Czy to założenie się sprawdzi? Ano zobaczymy.
Po rozbiciu namiotu, niezwłocznie, rozkulbaczonym rowerem udałem się na zwiedzanie. Centrum miasteczka położone jest kilometr od kempingu. Na stałe mieszka tu około tysiąca osób, więc zwiedzanie wstępne trwało krótko. Kilka barów i restauracji, kawiarnia, sklepiki, publiczne WC, śliczny, pomalowany oczywiście na biało-niebiesko, maleńki kościółek. Z wysokiego klifu odkrywam cudowną, piaszczystą plażę zamkniętą w zatoczce otoczonej skałami.
I to chyba było to "Mar" w nazwie miejscowości. Nie mogłem się napatrzyć na to przepiękne miejsce. Turystów o tej porze roku jak na lekarstwo, czyli spokój i cisza mącona zmysłowo przez oceaniczne fale wpadające na brzeg. Jak dobrze, że tu mnie przyniosło.
Niestety, jest już późno i muszę wracać na kemping, ale było jasne, gdzie spędzę większość jutrzejszego dnia. W kempingowym barze zamawiam pizzę i piwo. Do piwa nie mogę się przyczepić. Rozlewało się cudownym chłodem od gardła do samego żołądka, dostarczając rozkosznych wrażeń. Po kilku łykach również wyższe ośrodki zarządzania zmysłami dały się ponieść chwili i wprawiły mnie w stan miłej upojności. Oczywiście w całości zaakceptowałem to działanie i chciałoby się, aby ta chwila trwała dłużej. Ale o pizzy nie mogę wypowiedzieć się w podobny sposób. Chyba nie mam szczęścia do portugalskich wiktuałów. Jedyną zaletą pizzy było jej ciepło. Podana została na prostokątnej, małej tacy, a do jej podzielenia na dogębne kawałki dostałem dziwne narzędzie. Jest to coś w rodzaju półkolistego noża z szerokim ostrzem na drewnianym uchwycie umieszczonym w środku ostrza. Podział pizzy następuje przez poruszanie ostrzem umieszczonym na uchwycie w prawo i w lewo, przy jednoczesnym naciskaniu na ciasto. Smak pizzy określiły moje grymasy twarzowe, których nie podejmuję się opisać. Aby otrzymać ten rarytas musiałem odpowiednio wcześniej złożyć zamówienie. Zjadłem z dwóch powodów. Po pierwsze, bo byłem już zdecydowanie głodny, po drugie, bo już zapłaciłem, a zwrotów nie ma.
Następny dzień był równie piękny jak poprzedni. Na kempingu Villa Park Zambujeira wyspałem się aż do momentu, kiedy słońce już dość mocno przygrzewało. Włączyłem klimatyzację poprzez otwarcie obydwu "drzwi" w namiocie. Zwinąłem śpiwór i uporządkowałem wnętrze do śniadania. Wykonałem zapisy z podróży w kalendarzu. Dotychczas przejechałem dopiero 315 kilometrów i nie czułem się zmęczony. Bardziej chyba zmęczyła mnie pogoda niż pedałowanie. Dziś nie muszę się nigdzie spieszyć. Powinienem skorygować sposób pakowania rzeczy w poszczególnych częściach sakw i mocowanie trzykilogramowego namiotu. Moja sakwa składa się z trzech części. Na samej górze znajduje się szafa, którą można odpiąć od reszty. W szafie znajduje się wszystko, co mam do ubrania. Tylko komin umieściłem w mapniku umocowanym na kierownicy, abym w przypadku zimna lub wiatru szybko mógł go założyć. Pozycji ubraniowych łącznie zabrałem 35 sztuk i wszystkie one musiały się zmieścić w szafie. Namiot, który mocowałem na górze szafy, teraz przesunąłem bliżej siodełka, aby zlikwidować rozchwianie kierownicy podczas szybkich zjazdów. W jednym z nich prędkość doszła do 54 km/godz. i rowerem zaczęło tak rzucać, że musiałem mocno przyhamować. Zobaczymy, czy teraz będzie lepiej. Drugim odkrytym mankamentem były linki mocujące namiot. Krzyżowały się dotąd z ekspresem szafy i przeszkadzały w sprawnym wyjmowaniu czegoś potrzebnego podczas dnia. Zmiana sposobu mocowania namiotu pozwoliła na względnie łatwy dostęp do szafy. Prawa, techniczna komora sakw, zawiera części zapasowe do roweru, apteczkę i kosmetyki. Komora wewnątrz posiada oddzielną kieszeń, w której zmieściłem kilka różnej grubości i długości linek, np. do suszenia wypranych rzeczy, spinki i dwa żele w tubce do prania. Lewa komora to moja kuchnia. Na końcu sakw po prawej stronie jest specjalna kieszeń do umieszczenia półtoralitrowej butelki. Po lewej stronie, w siatkowej kieszeni mogę zmieścić żółtą kamizelkę ostrzegawczą, jeśli akurat nie jest potrzebna.
Rano, po wykonaniu wszelkich niezbędnych czynności, pieszo udałem się na podbój i poznanie Nowej Ziemi. W miasteczku o wspomnianej już, interesującej nazwie Zabujeira do Mar, życie toczy się wolno i spokojnie. Mógłbym zaryzykować nawet słowo ślamazarnie. Ta atmosfera w całości udzieliła się mojej istotności. Wysokie araukarie na tle błękitnego nieba, co prawda nie dają zbyt wiele cienia, ale za to prezentują się znakomicie. To one dominują w centrum miasteczka. Nieśpiesznie postanowiłem rozpocząć zwiedzanie od wizyty w Nicola Cafe, gdzie widnieje też duży napis "Gelataria". Lody, to jest coś takiego, czemu ani nie mogę, ani nie śmiem się oprzeć. Mój wzrok chyba jest w stanie wypatrzeć lody nawet w gęstwinie Puszczy Amazońskiej. W zasadzie nie ma powodu, abym się zbytnio opierał temu niegroźnemu uzależnieniu. Poddaję się więc jemu z dziką rozkoszą. Sympatyczna, jednoosobowa i do tego żeńska obsługa kawiarni na cały dzień ustala moje dobre samopoczucie. Mocna kawa dawkowana małymi łyczkami, bez pośpiechu, dopełnia błogi stan relaksu.
Kaplica niezwykłej urody o nazwie Nossa Senhora do Mar (Nasza Pani Morza), położona w najwyższym punkcie centralnego placu, ma niewielkie wymiary, które szacuję na 6x9 metrów. Oczywiście pomalowana jest na biało z niebieskimi elementami. Cały plac obficie wyłożono granitową kostką. Miasteczko położone jest na wysokim klifie. Widok, który roztacza się z tej wysokości na plażę, skały i ocean jest jednym z piękniejszych, jakie dotąd widziałem. Można tu stać godzinami i podziwiać jak natura może uprzyjemnić życie. Zszedłem wolno, wygodnymi schodami w dół na plażę. Przedziela ją płytka, przezroczysta rzeczka spiesząca do oceanu. Woda w niej jest straszliwie zimna. Ta słodka i zimna woda szerokim lejem spotyka się ze słonym Atlantykiem. Ani ta słona, ani ta słodka nic sobie z tego nie robią, chociaż ta słodka już nigdy nie będzie sobą. Gdzieniegdzie, wystające nagle z piaszczystej plaży niewysokie skały, nadają jej dodatkowego uroku. Każdy przybysz może tu znaleźć coś dla siebie. Upalne słońce dla wytrwałych i zdesperowanych, cień dla ostrożnych, przy dowolnie wybranej skałce lub też całkowite ukrycie się pod pionową ścianą klifu. Można eksplorować brzeg w poszukiwaniu bogatego, oceanicznego życia lub jego pozostałości. Można też w dowolny sposób eksponować swoje ciało ku uciesze zainteresowanych. Nie można tylko przemieścić się pieszo poza morskie granice plaży. Ograniczają ją skały, ale dla osób umiejących pływać te granice oczywiście nie istnieją. Co dziwne, kąpiących się w oceanie osób nie było. Nie rozumiałem tego do chwili wejścia do zimnej, jeszcze majowej, oceanicznej wody. Mniej delikatnie mówiąc, w tej mroźnej wodzie może się skurczyć wszystko. Nawet skały wydają się poddawać temu działaniu.
Można było pozostać tu dłużej, ale niepostrzeżenie zbliżyła się pora posiłku. To będzie mój pierwszy napowietrzny posiłek z rozległym widokiem na ocean. Wybrałem odpowiedni do tego lokal, świetnie usytuowany na placu miasteczka. Obiad oparty jest na tutejszych rybach i w tej wyjątkowej scenerii smakował rewelacyjnie. Nawet rachunek w takich okolicznościach wydawał się bardziej przyjazny. Całkowicie zadowolony powróciłem do swojego miejsca wypoczynku. Poprosiłem recepcjonistkę o wspólne nagranie na pamiątkę krótkiego filmiku za pomocą mojego telefonu. Pięknie, z wdziękiem, w języku portugalskim potwierdziła moją obecność na terenie kampingu Villa Park Zambujeira. Jutro będę gotowy do stawienia czoła nowym wyzwaniom i dalszego poznawania Portugalii.
Fabryka win Bacalhôa w Azeit?o
Hostel Allmar w Sines
Kaplica Nossa Senhora do Mar w Zambujeira do Mar
Atlantyk w Zambujeira do Mar
W nocy było tylko 13 stopni. Na zimne noce i chłodniejsze dni mam koszulkę termoaktywną i polar, a na dolne części ciała getry i spodnie dresowe. Mój śpiwór marki Lafuma jest wystarczająco ciepły, więc jestem dobrze zabezpieczony przed zimnem. Do spania, na podłogę namiotu kładę najpierw karimatę, którą owijam lekkim i cienkim kocem. Na ten zestaw idzie jednoosobowy minimaterac firmy Ferrino. Zabiera bardzo mało miejsca, waży mniej niż pół kilograma i nadmuchuję go w kilka minut. Do rozgrzania i zapobiegawczo mam w razie potrzeby aspirynę, a do kolacji serwuję sobie prawie codziennie czosnek. Już po ułożeniu się do snu, ze zdziwieniem stwierdziłem w namiocie obecność nieproszonych, denerwująco brzęczących gości. Na komary mam tylko jeden, za to zawsze skuteczny sposób: polowanie. Musiałem wygrzebać się z już dobrze zagrzanego śpiwora, założyć czołówkę i uruchomić mój szperacz. Rolę szperacza pełni niezawodna od wielu lat latarka Maglite na dwie baterie typu AAA. Udało mi się pokonać wroga w dość szybkim tempie. Nie wiem, jak takie komary potrafią cichaczem i tajnie wejść sobie do namiotu, zakamuflować się w niewidocznym miejscu na wiele godzin i zaatakować dopiero wtedy, kiedy jesteśmy już gotowi odpłynąć w nieznane.
Nad ranem zostałem uraczony specyficznym koncertem. Najpierw usłyszałem preludium stworzone z głosów nieznanych mi z nazwy dzikich ptaków, co spowodowało otwarcie jednego oka. Po chwili kolejno odezwała się orkiestra ptaków hodowlanych, złożona z koguta, indora i gęsi. Nie wiem, czy to ptactwo oczekiwało na oklaski, ale wiem na pewno, że zostałem całkowicie i brutalnie obudzony. Wszystkie dźwięki wydawały mi się takie same jak u nas. Z tego wynika, że ptaki pozostały przy swoim języku niezależnie od przebywania w dowolnych rejonach Europy, a ludzie postanowili utrudnić sobie życie i rozmawiać wieloma językami nawet w jednym kraju.
Jadę dziś drogą N120 przez teren parku Sudoeste Alentejano e Costa Vicentina i wzdłuż jego granicy. Nazwa jest długa jak sam park, który ma 110 kilometrów długości, biegnie wzdłuż brzegu Oceanu Atlantyckiego i według planu, przejadę całą jego długość. Po dobrym wypoczynku jedzie mi się dobrze i spokojnie, mimo że droga jest niezbyt szeroka i bez poboczy. Prowadzi po prawie płaskich rejonach Portugalii, wzniesienia są dosyć łagodne, a ruch pojazdów niewielki. Pedałowanie nie wymaga więc dużego wysiłku. Przejeżdżam przez rzekę Ribeira de Seixe, która jest granicą dystryktów Beja i Faro, a jednocześnie początkiem regionu Algarve, gdzie znajdują się najpiękniejsze plaże na świecie. Region ten był kiedyś oddzielnym królestwem. To tu właśnie działał syn króla Portugalii, Henryk Żeglarz - patron rozwoju dawnej floty portugalskiej i odkryć geograficznych. To on miał związek z odkryciami Vasco da Gamy i Ferdynanda Magellana. Wbrew przydomkowi - nigdy nie pływał na statku. Algarve, oprócz słońca i wspaniałej pogody, oferuje jeszcze pomarańcze, figi i migdały. W tym regionie miał kiedyś swoją winnicę popularny, brytyjski piosenkarz Cliff Richard. Przy wspomnianej wyżej rzece znajduje się miasteczko o nazwie Odeceixe. Za mostem moja droga zaczęła się systematycznie wznosić. Pojawił się rozjazd. W lewo obwodnica miasteczka pięła się mocno pod górę, postanowiłem więc pojechać w prawo przez miasteczko, licząc na łagodniejsze podjazdy. Jakże się pomyliłem. Różnice wysokości uliczek w górę i w dół doszły do 100 metrów! Tego nie dało się przejechać na rowerze. Po raz pierwszy przećwiczyłem pchanie roweru idąc, w pozycji prawie równoległej do drogi. Drogi są tu zbudowane z kostki granitowej i bardzo dobrze, bo rozgrzany słońcem asfalt na pewno spłynąłby prosto do rzeki. Moje mięśnie i system dotleniający pracowały już na najwyższych obrotach. Muszę podkreślić, że temperatura powietrza przekroczyła złośliwie 30 stopni. Wszystko to razem spowodowało, że poczułem się jak ryba wyjęta z wrzącej wody i położona na gorący ruszt. Co chwilę odpoczywałem, aby doprowadzić oddech do normy. Woda wypływała ze mnie strumieniami i ledwo nadążałem z jej uzupełnianiem. Miasteczko jest śliczne, ale współczuję mieszkańcom poruszania się po nim. Pewnie już do tego przywykli. Mają zapewniony bezpłatny, codzienny trening i nie muszą chodzić na żadną siłownię. Nie zauważyłem tu ani jednego roweru. Mogę teraz podejrzewać, z jakiego powodu.
Po wyjechaniu, a raczej wypchnięciu się z Odeceixe, w rekompensacie za taki wysiłek dostałem kilkudziesięciocentymetrowe pobocza za miastem. Teraz jadę już swoim pasem i czuję się dużo bezpieczniej. W Rogil zakupiłem baterie do MP3, bo skoro teraz jest już tak fajnie to posłucham sobie jakiejś muzyki. Portugalska muzyka jest jedną z moich ulubionych, łącznie z fado. Fado to po prostu połączenie jednej lub dwóch gitar i śpiewu. Sama nazwa "fado" oznacza los, przeznaczenie. Muzyka jest melancholijna, a jej niepowtarzalne brzmienie bardzo fascynujące i uspokajające. Słowa opowiadają między innymi o tęsknocie za domem i samotności. Złapałem jakąś stację i tak ze słuchawkami na uszach, razem z tą tęsknotą i samotnością pokonuję spokojnie kilometr za kilometrem.
Z Aljezur do Lagos zostało 28 kilometrów. Od Lagos zmieniam kierunek jazdy na wschód. Zaczęły się pojedyncze wzniesienia o nachyleniu siedem i osiem procent. To oznacza odpowiednio siedem lub osiem metrów zmiany wysokości na 100 metrach długości drogi. Inaczej mówiąc, jeszcze może da się podjechać, ale tylko na krótkim odcinku. Dla mnie, z tym ciężarem, praktycznie nie do pokonania. Dokładając jeszcze spore ciepełko, to wyczekiwanie na koniec wzniesienia można śmiało porównać do piątunia w pracy.
Na małym parkingu, w cieniu, przy zdroju zbudowanym w 1954 roku i poświęconym św. Zuzannie spotkałem parę z Belgii, podróżującą po tej części Portugalii wypożyczonym samochodem. Zostałem nawet poczęstowany pomarańczą. Dobrze posiedzieć chwilę na ławce w cieniu drzew. Po tygodniu samotności przydała mi się rozmowa z zainteresowanymi moją podróżą dobrymi duszami. Do tej pory używanie organu mowy ograniczało się do krótkiej wymiany zdań na recepcjach kempingów. Ta pora roku jednak ogranicza liczbę turystów. Nie spodziewałem się, że takie krótkie, przydrożne spotkanie napędzi mnie pozytywnie na resztę dnia. Niestety, droga coraz częściej wiedzie pod górę. Górki są coraz wyższe, a rekord prędkości jednego ze zjazdów doszedł do 57 km/godz. Temperatura też ciągle się podnosi. Dobrze, że drzewa przy drodze dają trochę cienia i mogę pod nimi łapać oddech. Cieszę się, że zdecydowałem się na zabranie lekkich, sportowych sandałów. Są przewiewne, mają wystarczająco twardą podeszwę i są zapinane na rzepy. Te atuty sprawiają, że wygoda jazdy jest niezaprzeczalna. Jadę dziś w bezrękawniku termoaktywnym i krótkich spodenkach. Na głowie mam czapkę z daszkiem, która ma swoją własną wentylację. To jest mój najlepszy zestaw na upał.
Do Lagos, które początkowo zamierzałem zwiedzić choćby pobieżnie, zajrzałem tylko z daleka, bo musiałbym zboczyć za bardzo z mojej trasy. Zmieniłem teraz drogę na N125. Drogowskazy zaczęły już pokazywać miasto Faro. Faro to stolica regionu i miasto z około 60 tysiącami mieszkańców. Przez nie muszę koniecznie przejechać. Wiele o nim słyszałem i jestem ciekaw jak wygląda. Tymczasem skończyły się lasy, pola i spokój. Krajobraz zmienił się na bardziej zabudowany. Co chwilę mijam jakieś niewielkie gospodarstwa i przedsiębiorstwa. Nie ma już przy drodze cennych dla mnie drzew rzucających cień, teraz częściej pojawiają się palmy. Pola uprawne oddzielają miejscowości o niezrozumiałych dla mnie nazwach. Pas pobocza, po którym jadę ma teraz grubo ponad metr szerokości. Częściej występują ronda, mosty i przeróżne zakłady produkcyjne. To powoduje, że muszę zwiększyć moją uwagę na wzmożony ruch na drodze. Nad rzeką Arade wisi piękny, wysoki i widoczny z daleka most. Jest dość długi, bo rzeka pod nim wąskimi strużkami rozlewa się bardzo szeroko. Po lewej stronie jest też drugi most, ale ten już nie jest wiszący, ale autostradowy. Pomykają nim pojazdy, którym spieszy się bardziej.
Zabrałem ze sobą mapy papierowe, ale nie w całości, lecz przycięte w ten sposób, aby zawierały tylko interesującą mnie część drogi. Ponadto przygotowałem trasę opisowo, na kartkach, które zawierają jeden dzień drogi, łącznie z dojazdem do kempingu. Taki opis wkładam pod folię mapnika. Najlepszym jednak rozwiązaniem było pobranie na telefon mapy interesującego mnie rejonu. Najczęściej robiłem to korzystając z łączności internetowej na kempingu. Teraz w każdej chwili mogę oglądać mapę offline, czyli bez połączenia internetowego. W chwilach wątpliwości, którą drogą podążać lub wydostać się z miasta, to telefon jest moim najlepszym przyjacielem. Pozostaje tylko dbać o stan baterii. Staram się doładowywać również powerbank, czyli dodatkowy, zewnętrzny akumulator. Problem doładowania baterii polega na częstym braku gniazdek na stanowisku namiotowym, a ładowanie w ogólnodostępnych toaletach wymaga ciągłego pilnowania telefonu lub powerbanku. Mam niestety tylko jeden przewód do ładowania i nie mogę ładować jednocześnie dwóch baterii. Długo rozważałem przed wyjazdem zakup ładowarki słonecznej. Ale dotychczasowa technologia wydajności urządzenia, wymaga jednak dalszego jej udoskonalenia. W końcu zrezygnowałem z tego rozwiązania, bo w moim przypadku nie zdałoby egzaminu.
Na kemping Albufeira w mieście o tej samej nazwie dojechałem dopiero o godzinie 21. Hurra!!! Z olbrzymim zdziwieniem i radością stwierdzam, że jest w końcu przyzwoita trawka! No niestety, nie ta, co niektórzy może sobie pomyśleli, ale trawka na polu namiotowym! Mogę wychodzić z mojej twierdzy na bosaka i dreptać po zielonym dywanie. Mój zielony rower również pasuje kolorystycznie i został umocowany do drzewa tuż przy namiocie. Kemping jest pięknie położony i dobrze wyposażony. Cena 6,15 euro jest bardzo przyzwoita i po 117 kilometrach jazdy w temperaturze dochodzącej do 35 stopni pozwoli mi na dobry odpoczynek. Niedaleko, na małej górce, jest restauracja. Idę tam po prysznicu. Zimne piwo smakuje jak nigdy dotąd. Nie wiem, dlaczego. Idę spacerkiem do namiotu. Gwiazdy pokazały się na niebie w olbrzymiej ilości, ale to latarnie oświetlają moją drogę. Podmęczone nieco dziś kości i ciało czas złożyć na miękki materac. Minął pierwszy tydzień podróży. Moja średnia dzisiejsza prędkość to 15,2 km/godz. Przejechałem dotąd 432 kilometry. Jutro będzie ostatni cały etap na terenie Portugalii.
Wystartowałem dziś dość późno, bo około godziny 11. Widać dobrze mi było po, a raczej na tej trawce. Dziś planuję dojechać jak najbliżej granicy z Hiszpanią. Pogoda jest dobra, wiatr sprzyjający, czyli jadę na zupełnym luziku. Rozkładanie i składanie namiotu wykonuję już machinalnie i traktuję to tak samo jak inne, codzienne czynności. Oglądam pobieżnie rower, czy wszystko jest w porządku, a szczególnie zwracam uwagę na ciśnienie w oponach. Pakowanie bagaży na rower również odbywa się zgodnie z przyjętą przeze mnie kolejnością. Najpierw objuczam tylny bagażnik, potem przedni i na koniec zakładam na kierownicę mapnik. Mapnik ma doskonale sprawdzające się rozwiązanie, czyli mocowania na klik. Zdjęcie, tak jak i założenie mapnika, jest szybkie i niewymagające wielkiego wysiłku. Worek ze śpiworem, hamakiem, kocem i tarpem (tarp to spory kawałek lekkiej, nieprzemakalnej tkaniny z linkami, służącej do przykrycia roweru przed deszczem lub jako dach nad hamakiem) mocuję na przednim bagażniku błyskawicznie, za pomocą trzech gum zakończonych plastikowymi hakami. Dodatkowo wiążę cały pakunek linkami. Nie mogę tylko opanować odpowiedniego mocowania drugiego worka, z namiotem i karimatą na sakwach. Wydaje mi się, że zawsze dociągam linki tak mocno jak potrafię, a i tak pod koniec dnia robią się luźne i całość przesuwa się względem osi roweru na prawo lub lewo. Trochę mnie to denerwuje i kombinuję, co należy zmienić, aby pozbyć się tego problemu.
Jadę drogą drugiego, a może i trzeciego stopnia odśnieżania, to znaczy najmarniejszą jak dotąd i spotykam sympatyczny przystanek autobusowy, żywcem przeniesiony z czasów naszego PRL-u, czyli takiej samej urody, jak jeszcze wiele przystanków u nas. Poczułem w tym momencie mocną więź w zakresie podobieństwa między Portugalią i Polską. Muszę dojechać tą dziurawką do miasteczka Boliqueime i później, drogą N125 na wschód, aż do granicy z Hiszpanią. Po trzech godzinach jazdy jestem w Faro. Jak wcześniej sobie obiecałem, wjechałem do samego centrum. Faro to około 60-tysięczne miasto, stolica regionu Algarve. Międzynarodowe lotnisko jest jednym z trzech w kontynentalnej części Portugalii. Można tu też dojechać koleją. Okolice Faro to głównie rozlewiska, laguny i bagna, ale są też śliczne plaże i cudowne stare miasto. Tu zaplanowałem przerwę na odpoczynek i na moje lodowe uzależnienie. Na termometrze odczytuję 32 stopnie ciepła. Miasto jest piękne, po deptaku w zabytkowym centrum nie wolno jeździć rowerem, bo spaceruje tu mnóstwo ludzi, w większości turystów. Uliczki są bardzo wąskie, pięknie utrzymane i kolorowe. Na instrumencie podobnym do cymbałów koncertuje muzyk. Poruszająca, czysta i wyrazista muzyka rozchodzi się między budynkami. W tej scenerii siadam przy stoliku, zamawiam kawę i wyczekiwane lody. Siedziałbym tu jeszcze długo, obserwował przechodniów i zwiedzających. Bardzo lubię takie momenty. Może kontemplacja to słowo trochę na wyrost, ale ten stan sprawia mi nieopisaną przyjemność. Niestety, muszę kiedyś przerwać te magiczne chwile i jechać dalej.
Pedałuję pośród plantacji pomarańczy. Większość jest ogrodzona. Sporo owoców leży na ziemi. Przecież jest dopiero maj? Czyżby zbiory odbywały się dwa razy w roku? Przy drodze, poza ogrodzonymi plantacjami, rosną od czasu do czasu pojedyncze drzewka. Wiszą na nich zupełnie dojrzałe pomarańcze. Przyjąłem, że są one publiczne. Skorzystałem z takiej propozycji i poczęstowałem się kilkoma owocami. Jadąc dalej, spotkałem kilkanaście punktów przydrożnej sprzedaży pomarańczy. Plantatorzy sprzedają swoje zbiory tak jak u nas jabłka, gruszki czy cebulę. Najmniejsze opakowania owoców mają niestety dwa kilogramy. Dla mnie to za dużo, bo nie mam gdzie ich umieścić. Zainteresowało mnie pudełko, w którym leżało kilka owoców i nie było żadnej karteczki z ceną. Okazało się, że są to pomarańcze, które spadły z drzewa i nie są przeznaczone do sprzedaży. Są zupełnie za darmo. Taki sposób, jako reklamę swoich produktów, zastosowało wielu kolejnych sprzedawców. Oczywiście powiększyłem swój zapas wkładając kilka pomarańczy pod kask, który umocowany był na sakwach. Będę miał ucztę pomarańczową z najświeższych owoców, jakie mogłem zdobyć. I to za free. A te zerwane samodzielnie z przydrożnego drzewa na pewno nie były pryskane środkami chemicznymi.
W mieście Tavira, godnym odpoczynku i zwiedzania jest sklep sieci Lidl. Niby nie jest on przeznaczony ani do odpoczynku, ani do zwiedzania, ale niektórzy klienci mogą być o to podejrzewani. Jeżdżą wózkami lub przemierzają z koszykami wszystkie zawijasy międzypółkowe, czasem kilkakrotnie. Ja na pewno też tak wyglądam, ale moim celem jest jak największe ochłodzenie ciała oraz zakup bułek i wody mineralnej.
Kilka kilometrów dalej, w niewielkiej rzece Ribeira do Almargem jest bardzo mało wody. Zastanawiam się, czy zapowiada się na suszę, czy ktoś może wodę podkrada? Trudno jest teraz odpowiedzieć na te wątpliwości i może lepiej skupić się na jeździe. Od miasta Faro rzeki wpadają najpierw do lagun, które wieloma, długimi wyspami oddzielają stały ląd od oceanu. Dzięki temu, stworzyło się tu mnóstwo labiryntów wodnych. Plaże w tej sytuacji, w większości znajdują się na wyspach. To specyfika tej części Algarve.
Jest już bardzo ciepło. Mój zapas wody w półtoralitrowej butelce umieszczonej w tylnej kieszeni sakwy i w dwóch bidonach zamontowanych na ramie roweru, ma nieskrępowany dostęp do powietrza. Powietrze jest ciepłe. Dlatego też podczas jazdy woda stopniowo się nagrzewa. Im wyższa temperatura powietrza, tym woda jest cieplejsza. To całkiem normalne. Pragnienie również rośnie wraz ze wzrostem temperatury. Ja jadę jednak przez cały dzień, niezależnie od wskazań termometru. Ciepła woda jakoś nie chłodzi, ale dostarczając ją do mojego wnętrza na pewno gaszę wewnętrzny pożar. Między innymi, z powodu ewentualnych upałów, planując podróż brałem pod uwagę jazdę o wczesnoporannej porze lub wręcz w nocy. Ale na razie zrezygnowałem z tego pomysłu, ponieważ mój organizm, przynajmniej na razie dobrze daje sobie radę z wyższą temperaturą powietrza.
Pomidory, cebulę i czosnek zakupiłem w przydrożnym stoisku, gdzie działkowicze starają się zamienić swoją ciężką pracę na konkretne walory pieniężne. Muszę takie zakupy załatwiać po drodze, ponieważ nie zawsze na terenie kempingu znajduje się sklep, a czasem kemping jest mocno oddalony od sklepu lub też sklep jest już zamknięty w porze mojego dojazdu.
Teraz, zaopatrzony i załadowany do maksimum, mogę skupić się na dojeździe do Monte Gordo, gdzie mieści się ostatni kemping przed granicą z Hiszpanią. Znajduje się on na skraju miasta, wśród wysokich sosen. Dojazd nie jest taki prosty, a jego oznakowanie można zaliczyć do bardzo słabych. Docieram o godzinie 19.30, czyli względnie przyzwoicie. Przejechałem dziś 91 kilometrów, ale nie jestem bardzo zmęczony. Wybór miejsca pod namiot zajął mi ponad 30 minut. Teren jest bardzo rozległy, piaszczysty, porośnięty rachityczną trawą. Wokół jest mnóstwo wolnego miejsca, ale niezbyt przyjemnie. Wiele przyczep kempingowych ustawiono tu na stałe, a po zagospodarowaniu otoczenia widać, że stoją tu latami. Może jest to miejsce przeznaczone na wielomiesięczny pobyt sezonowy dla emerytów lub na skonsumowanie długiego urlopu. Kemping położony jest niedaleko plaży. Cena dosyć niska, bo 6,71 euro, a przy dłuższym pobycie może być jeszcze bardziej atrakcyjna. Nie ma tu zbytnich luksusów. Prysznice i umywalki mają swoje lata, a toalety wybudowano w systemie tureckim. Internet działa tylko przy bramie wjazdowej. Na ścianie budynku wisi zabytkowy aparat telefoniczny do publicznego użytku.
Namiot jest już postawiony, rower rozkulbaczony i zabezpieczony przed samowolnym odjazdem, posiłek zjedzony i nawet zostało wykonane pranie. Nieodłączną pozycją podczas rozstawiania namiotu jest rozciągnięcie między drzewami cienkiej linki do suszenia wypranych rzeczy. Podstawowe pranie, w skład którego wchodzi koszulka, spodenki i bandamka, wykonuję prawie codziennie. Jeśli nie zdążą wyschnąć i tylko troszkę brakuje im do momentu całkowitej suchości, zakładam wszystko na siebie i pozostawiam resztę słońcu i wiatrowi. W przypadku beznadziejnym zakładam drugi, rezerwowy komplet. Do prania mam rewelacyjny żel w tubce. Wkładam około pół łyżeczki żelu do zakorkowanej bandamką umywalki i przyciskam specjalny guzik na szybkie pranie. Nie mogę zdradzić, gdzie ja ten guzik posiadam. Myślę, że każdy znajdzie podobny guzik u siebie. Potem uruchamiam płukanie i odsączanie za pomocą przeciwstawnego skręcania rąk. Większe pranie wykonuję wówczas, jeśli zostaję na kempingu dwie noce, albo jeśli są oddzielne, specjalne umywalki do prania. Nie wiem dlaczego, ale nigdy nie ma do tych umywalek korków. Woda wraz z drogocennym żelem ucieka zbyt szybko i pranie musi odbyć się w kosmicznym tempie. Chyba powinienem taki korek posiadać w wyprawowym wyposażeniu.
Największym moim osiągnięciem od startu w Lizbonie jest przejechanie pierwszych 500 kilometrów, a dokładnie 524! To jedna dziesiąta trasy! Czyli zostało tylko dziewięć dziesiątych! Hurra!!! Taką okoliczność trzeba jakoś specjalnie uczcić. Monte Gordo to miejscowość turystyczna, więc idę na nocne zwiedzanie. Zdecydowałem, że należy mi się porządny odpoczynek i zostanę tu przez dwie noce. Ponadto to ostatnia okazja do bliższego poznania portugalskiej części oceanu. Nie wiem, kiedy i czy będę tu ponownie. Według mojego planu powinienem być już po hiszpańskiej stronie, ale korekta czasu będzie niewielka i niczym nie grozi.
Pierwsze zabudowania znajdują się kilkaset metrów od kempingu. Szeroka ulica, dobrze oświetlona prowadzi równolegle do brzegu, ale nie tuż przy samej plaży. Między ulicą a oceanem jest spory hotel Vasco da Gama, Casino Monte Gordo i kilka innych niezbędnych dla potrzeb turystycznych budowli. Dalej ulica zmienia się w promenadę do spacerowania i korzystania z atrakcji turystycznych. Po przeciwnej stronie są wysokie apartamentowce, restauracje, bary i sklepy. Miasto jeszcze się rozwija. Kilka inwestycji jest w budowie. Słyszę muzykę z któregoś baru i wygląda ona na wykonywaną osobiście przez jakiegoś artystę. Natychmiast zrezygnowałem ze spotkania z oceanem na rzecz piwa i muzyki. Nie żałowałem. Muzyka na żywo, co prawda nie była portugalska, ale w świetnym wykonaniu i miła dla ucha. Po jakimś czasie muzyk skończył grać, pracownicy baru delikatnie dali mi do zrozumienia, że oni też już kończą swój dzień pracy. W tej sytuacji musiałem przychylić się do ich sugestii i wolnym krokiem wróciłem do miejsca mojego chwilowego zamieszkania.
W nocy zerwał się silny wiatr, który mnie obudził. W namiocie zawsze śpię bardzo czujnie. Pamiętam sytuację, jaka się wydarzyła w zeszłym roku, nad jeziorem Gopło. Późnym wieczorem w jednej sekundzie tak dmuchnęło, że wyskoczyłem z namiotu w tempie, którego się sam nie spodziewałem po sobie. Błyskawicznie zebrałem po ciemku wiszące na sznurku, zrobione wcześniej pranie. Szalejący na wietrze ręcznik złapałem na płocie obok. Wpadłem do namiotu i wówczas rozpoczęła się potężna burza z piorunami. Na polu namiotowym było sporo drzew. Na szczęście tylko niewielkie gałązki, co jakiś czas atakowały mój namiot. Nie wiem po co, ale trzymałem silnie wydętą od wiatru ściankę namiotu. Wydawało mi się, że tkanina dłużej nie wytrzyma. Kilka osób biegało w pośpiechu poprawiając dodatkowo mocowania swoich namiotów. Kanonada grzmotów zmieszanych z błyskawicami, huraganowym wiatrem i silnym deszczem trwała bez końca. Czekałem w napięciu, czy nie spadnie na mnie jakiś przypadkowy konar. Usnąłem dopiero przy cichnącym wietrze. Rano okazało się, że duża gałąź spadła na samochód sąsiadów. U mnie żadnych szkód nie było. Wyruszając wcześnie rano z kempingu minąłem się z wozem straży pożarnej. Widać gdzieś musiały wystąpić jakieś poważniejsze szkody. Na drodze i na poboczach leżało dużo połamanych gałęzi. To była ostatnia duża próba przed teraźniejszą wyprawą. I ja, i rower z wyposażeniem zdaliśmy doskonale egzamin w bardzo różnych warunkach atmosferycznych.
Dzisiejszej nocy, na termometrze, z zadowoleniem odczytałem 18 stopni. To już jest przyzwoita temperatura. Rano słońce świeci już całą mocą. Oj! Chyba będzie ciepło. Ale dziś zarządziłem sobie dzień odpoczynku. Namiot stoi w cieniu, więc spokojnie poradzę sobie z nadchodzącym upałem.
Podczas korzystania z porannego prysznica rozleciał się jeden z mojej jedynej pary klapek. Zabrane w podróż stadko obuwnicze składa się z lekkich adidasów, sandałów, w których od kilku dni pedałuję i klapków prysznicowo-plażowych. Uszkodzenie klapka jest niewielkie, więc próbuję go zszyć. Bez naprawy spada mi z nogi i nie bardzo nadaje się do użytku, a wręcz może spowodować potknięcie. Nagle, podczas zszywania, moja jedyna igła łamie się w połowie. Musiała być chyba wykonana z czegoś innego niż stal. Udałem się na spacer w poszukiwaniu ratunku. Oby to nie było szukanie igły w stogu siana. Ale skoro tak wiele ludzi przebywa tu przez długi okres czasu, to powinni teoretycznie być wyposażeni w różne potrzebne na co dzień przedmioty. Już pierwszy strzał w kierunku domku obficie obsadzonego kwiatami jest celny. Pani częstuje mnie kilkoma bezzwrotnymi igłami. Przyjmuję skromnie jedną i za chwilę mój klapek jest jak nowy. Nawet jego uroda pozostała w zasadzie nietknięta. Zabieram swój malutki, spacerowy, niebieski plecaczek i ruszam w miasto.
Monte Gordo, położone kilka kilometrów od granicy z Hiszpanią, było wcześniej niewielką wioską rybacką. Teraz program rozwoju miasta jest skierowany wybitnie pod turystów. Co prawda, nie ma tu żadnych zabytków, ale są za to piękne, szerokie plaże. Chyba największą tutejszą atrakcją jest kasyno. Zwiedzam, czyli obchodzę całą, niewielką miejscowość dookoła i dokonuję niezbędnych zakupów spożywczych. Poszukuję też pilnie gazu pieprzowego. Jest mi on potrzebny dla mojego bezpieczeństwa. Mając ograniczone środki finansowe - jak na emeryta przystało, zaplanowałem dużą część noclegów na dziko. Do tego potrzebny jest gaz do ewentualnej ochrony przed wścibskimi zwierzątkami i dla poczucia bezpieczeństwa. Jestem przecież sam i sam muszę o siebie zadbać. Od tego gazu zależy wybór moich miejsc noclegowych położonych poza kempingami. Ale gazu niestety nie znalazłem.
Wróciłem na kemping i przygotowałem się do plażowania. Liczę na porządne wygrzanie ciała i kości po dosyć zimnym początku wyprawy. Moje plażowanie jest trochę inne od ogólnie przyjętego. Polega na długim spacerze wzdłuż brzegu, brodzeniu w wodzie, ewentualnej kąpieli, poszukiwaniu ciekawostek wyrzuconych przez fale, wykonaniu zdjęć i kontemplowaniu otoczenia. Zgodnie z przewidywaniami zrobiło się naprawdę gorąco. Znak przed wejściem na plażę zakazuje między innymi biwakowania. Podejrzewam, że na pozostałych plażach może być podobnie. Oczywiście rozsądnie zastosowałem nakrycie głowy i górnych części ciała. Nie mogę dopuścić do oparzeń słonecznych. Większa część mojej podróży będzie odbywać się w słońcu, dlatego powoli przyzwyczaję ciało do takiego kontaktu.
Przypływ oceanu w tym miejscu ma amplitudę od półtora do 2,5 metra i niektóre ryby i zwierzęta morskie albo z przegapienia momentu odpływu, albo z innych przyczyn pozostały na piasku. Nie sądzę, by z premedytacją pozostały na plaży, aby się poopalać. Słońce zrobiło szybko swoje i mogłem pooglądać sporo suszonych okazów fauny morskiej. Muszli jest tu niewiele i do tego same małe okazy. Niczego ciekawego więcej na plaży nie zauważyłem i pozostało mi dreptanie po piasku i moczenie nóg. Po kilku kilometrach uznałem, że czas powoli kończyć plażowanie.
Słońce jest mi bardzo potrzebne z jeszcze jednego powodu. Od kilku lat moje kolanka okresowo odmawiały współpracy, okazując to swoistym buntem. Nie, żeby zaraz skrzypiały, ale dały mi to w mało subtelny sposób odczuć. Kilku kolejnych profesjonalnych znawców tematu próbowało mój problem rozwiązać. Niestety, nie do końca się to udało. Tu leżała najpoważniejsza obawa realizacji założonego planu. Tuż przed wyjazdem skonsultowałem problem z odpowiednim specjalistą. Trafiłem na młodego lekarza. To dobrze, bo wcześniej starsi po prostu skłaniali mnie do rezygnacji z tego pomysłu. Ale nadzieja pozostała w młodości. Spotkałem się z głębokim zainteresowaniem i zrozumieniem. Lekarz kilkakrotnie z niedowierzaniem pytał o trasę, o liczbę kilometrów do przejechania, o mój wiek i liczbę uczestników wyprawy. Gdy już wszystko powoli dotarło do centrum jego wiedzy i zostało odpowiednio przetworzone, pozostała akceptacja mojej decyzji. Teraz należało uzgodnić rodzaj i czas lekodawania oraz sposób postępowania w wypadku niepożądanego przeciążenia systemu zginania kolan. Słońce w tej sytuacji miało dla moich kolan istotne znaczenie i czułem jak z każdym złapanym promieniem problem sam się wycofuje. Pomoc w postaci systematycznego zażywania leku pod nazwą Structum, powinna definitywnie rozwiązać ewentualny kłopot.
Oceaniczną kąpiel wykonałem w wersji extra light, czyli trochę ponad kolana. Jak plaża długa, nie zauważyłem śmiałków i amatorów zimnej kąpieli. Wszystkie moje dalsze próby całościowego zamoczenia skończyły się totalnym niepowodzeniem. Nałapałem w płuca mnóstwo świeżego powietrza i wolnym krokiem podążyłem na kemping.
Odeceixe
Most nad rzeką Arade
Kemping w Monte Gordo
Vila Real de Santo António
Wypoczęty i pełen nowej energii zerwałem się ciut świt o szóstej. W szybkim tempie wykonuję wyuczone już, powtarzalne czynności. Pierwszą czynnością po przebudzeniu jest odkręcenie korka w pompowanym za pomocą płuc materacu i wypuszczanie powietrza aż do momentu zbliżenia z Matką Ziemią. Następnym punktem jest poranna toaleta, łącznie z goleniem i równoczesnym ładowaniem powerbanku w łazienkowym gniazdku. Później śniadanie z deserem w postaci porcji niezbędnych, codziennych leków i krótka narada przedwyjazdowa. Naradzam się, co do trasy, jej ewentualnej korekty, długości i punktu końcowego. Oglądam mapę i notatki wykonane przed wyjazdem z kraju. Ponieważ nie jest nas dużo, bo tylko ja, Fred i rower, więc potrafimy osiągnąć porozumienie w kilka minut. Teraz zwijam wypowietrzony materac, karimatę, kocyk, który leży na karimacie i śpiwór. Upycham wszystko do worka i wyrzucam go na zewnątrz. Muszę wybrać dzisiejszy strój roweranta. Wszak będę zmieniał kraj! Wybór jest ograniczony, co do dolnej partii korpusu, ponieważ najczęściej jadę w krótkich, czerwono-czarnych gaciach w paski. Te są najwygodniejsze. Drugie, krótsze, czerwone, które też nadają się do jazdy w ciepełku są mniej wygodne, bo uciskają mnie gdzieniegdzie i służą za rezerwę taktyczną. One z kolei są niezastąpione na plaży oraz gdy podstawowe suszą się na sznurku. Na górną część korpusu zakładam lekką koszulkę typu "wentylacja podpachowa". Dziś wybór padł na niebieską. Czerwona odpoczywa. Mogę teraz zamknąć szafę i spakować schłodzony po użyciu palnik, kartusz, metalowy kubek, garnki, sztućce, przyprawy i niepotrzebne na dziś mapy. Pod plastikową szybkę mapnika wkładam mapę dotyczącą dzisiejszej trasy i zapiski. Wewnątrz mapnika jest też długopis, okulary słoneczne i jeszcze drugie - przeciwpyłowo-przeciwmuszne, kalendarz, telefon, powerbank, dokumenty, karty płatnicze i trochę gotówki. Jeśli zostawiam podczas postoju rower, bo na przykład idę po zakupy, to zabieram ze sobą tylko sam mapnik, który wypina się jednym kliknięciem.
Gotowe, zapakowane sakwy wyrzucam na zewnątrz namiotu. Jeszcze zakładam sandały na nogi i już mogę wygramolić się z mojego pałacu. Wyciągam szpilki trzymające linki namiotu, odpinam i składam tropik. Zwijam sznurek do suszenia, sprawdzam, czy w namiocie nic nie zostało i podnoszę go do góry nogami. Potrząsam kilkakrotnie i wszystko, co w nim zostało, wypada na ziemię i mam również zamiatanie z głowy. Teraz składam stelaż z włókna szklanego. Stelaż i szpilki mają swoje oddzielne woreczki. Tropik, szpilki i stelaż układam na złożonym na ziemi namiocie i zwijam w baleronik. Baleronik wiążę dwoma mocnymi wstążkami i wkładam do pokrowca, który ma fabryczne ściągacze, aby zajmował jak najmniej miejsca. Wszystko razem hopsa na rowerek i można startować. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, to powtórzę te czynności jeszcze kilkadziesiąt razy. Dziś zajęło mi to półtorej godziny.
Na start musiałem założyć polar, czapkę i bandamkę na szyję. Jest chłodno, tylko 15 stopni. Do granicy z Hiszpanią pozostało około pięciu kilometrów. Jadę piękną ścieżką rowerową wzdłuż plaży. Jest już sporo biegaczy i biegaczek. Miasto, do którego podążam nazywa się V.R.S. to António. No i bądź tu mądry. Jak to rozszyfrować i przeczytać? Taka nazwa jest prawie na wszystkich drogowskazach. Czy to może jakaś wielka tajemnica? Jak nazywają się mieszkańcy takiego miasta? Fał-er-es-to-antonionacy albo fał-er-es-to-antonionanie? Na szczęście udaje mi się rozwiązać tajemnicę. To po prostu jest miasto Vila Real de Santo António. Proste? Można chyba przyjąć tłumaczenie, że to jest Królewskie Miasto Świętego Antoniego.
W tym mieście w 2009 roku zakończyła życie nasza mistrzyni olimpijska w rzucie młotem Kamila Skolimowska. Była tu na zgrupowaniu lekkoatletów. Nie udało się jej uratować po zatorze tętnicy płucnej. Wielki smutek i żal.
Może lepiej i prościej niż nazwę miasta, będzie opisać graniczną rzekę Gwadiana. Hmm... Tu też jest coś tajemniczego. Rzeka o długości ponad 800 kilometrów przez 35 kilometrów płynie sobie... pod ziemią. Dlaczego? Ja nie wiem. Ale wiem, że muszę przedostać się na jej drugą stronę. Wielki, 666-metrowej długości most, nie zaprasza niestety do korzystania pieszych i rowerzystów. Pozostał mi prom. Będzie to moja ostatnia przeprawa rzeczna na zaplanowanej do Polski trasie. Nadbrzeżna droga jest w większości brukowana. Rzadko już spotykany bruk wytrząsł porządnie i mnie, i rower. Zawsze to jest jakiś sprawdzian dla mojego wehikułu. Jeśli coś brzęczy, to znaczy, że jest coś do przykręcenia. Na szczęście jeszcze nic nie brzęczy. Ostatnia stacja benzynowa i skręt do przystani promowej. Tuż obok jest spora marina, a w niej sporo jachtów. Promy przez Gwadianę odpływają co godzinę. Mam 40 minut na nicnierobienie. Tym bardziej, że kasa biletowa otwierana jest dopiero pięć minut przed startem promu.
Przejechałem przez Portugalię 530 kilometrów. Spędziłem tu dziewięć nocy. Majowa Portugalia pokazała mi się z różnych stron. Deszcz i słońce, zimno i upał, pola, uprawy, winnice, pomarańcze, lasy, biało-niebieskie domy i sympatyczni mieszkańcy. Małe, urzekające miasteczka, pojedyńcze, białe posiadłości wśród zielonych plantacji, winnic i sadów. Większe miasta z mniej lub bardziej ciekawie zagospodarowanymi rondami i pomnikami. Nieodłączne, wielokrotnie i z uśmiechem powtarzane OBRIGADO. To znaczy po prostu DZIĘKUJĘ. Drugie, codzienne słowa to bom dia, czyli dzień dobry. Wymawiane "bą dija" są wszechobecne, a na kempingach miło i sympatycznie krążą między wszystkimi i we wszystkich kierunkach. Mój pierwszy raz w części kontynentalnej tego kraju, mogę zaliczyć do bardzo pozytywnych wrażeń. Moje wątpliwości, a może i lekki strach o to, jak sobie poradzę, minęły. Zaakceptowaliśmy się wzajemnie. OBRIGADO PORTUGALIO!
Kilkanaście minut po moim dotarciu do przystani promowej pojawiła się para rowerzystów. Również szarpią ze zdziwieniem zamknięte drzwi. Biegają raz z jednej, raz z drugiej strony budynku. Dopiero teraz mnie zauważyli. Uspokajam ich, że drzwi i kasy otworzą tuż przed wypłynięciem promu. Prom już stoi i czeka na pasażerów. Oprócz nas na razie nikogo więcej nie ma. Uspokojona i uśmiechnięta para to młodzi Austriacy. Zwiedzają Portugalię i kawałek Hiszpanii. Planują dotrzeć do Parku Narodowego Do?ana. Są zaskoczeni moją wyprawą i moim wiekiem. Park, chociaż bardzo interesujący, nie znajduje się na mojej trasie. Nawet więcej, trochę mi przeszkadza. Otóż przez park przepływa rzeka Gwadalkiwir, nad którą nie ma mostu w miejscu jej ujścia do oceanu. A ja chciałem jechać jak najbliżej brzegu. Muszę więc cały park objechać dookoła. Jadąc z Huelvy do Kadyksu oddalę się od wybrzeża o 65 kilometrów i przejadę przez Sewillę. Dopiero tu znajduje się most przez Gwadalkiwir. Sewilla jest interesująca, więc nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. W tym wypadku doskonale sprawdza się mądrość powiedzenia.
Przeprawa trwa 33 minuty. Rzeka jest bardzo wzburzona. Wieje mocny wiatr. Chyba będzie również przeciwny do mojego kierunku jazdy. Doskonale widać duży wiszący most. Na promie jesteśmy my, czyli trójka rowerzystów i jeden cywil. Granica portugalsko-hiszpańska przebiega środkiem rzeki. Ale rzece to przecież wszystko jedno. I tak płynie do oceanu. A ja chcę na środku rzeki przywitać Hiszpanię i powiedzieć: buenos días, Espa?a! Będziemy ze sobą bardzo długo, kilka tygodni, więc musimy się trochę poznać. Zbliżamy się do białego, hiszpańskiego, 20-tysięcznego Ayamonte. Miasto ciągle rozwija turystykę i oczekuje na gości oferując piękne, piaszczyste plaże. Mogę teraz zmienić czas, który będzie taki sam jak w naszym kraju. W Portugalii była różnica jednej godziny wstecz. Austriacy, współtowarzysze przeprawy, rozpoczęli zwiedzanie od barowego śniadania i kawy w wydaniu hiszpańskim. Ja jestem już po śniadaniu, więc pożegnaliśmy się i odjechałem. Później jeszcze raz spotkamy się w drodze, ale teraz skręcili w kierunku parku. Ja ruszyłem w stronę Huelvy.
A więc witaj Andaluzjo, kraino oliwek, cytrusów, palm daktylowych, dębu korkowego i bawełny! Ojczyzno flamenco! Ty posiadasz takie miasta o wspaniałej historii i ekscytujących nazwach jak Grenada, Malaga i Kordoba. Również korrida, niezależnie od oceny zwolenników czy przeciwników, wpisuje się tu swoją tradycją. Terenu udostępniłaś najwyższym górom - Sierra Nevada, gdzie między innymi rosną jadalne kasztany, a na najwyższych stokach leży śnieg. Będę przemierzał Twoje terytorium z wielkim zainteresowaniem i radością. Zaczynam od Costa de la Luz, regionu nazywanego też Wybrzeżem Światła, który pociągnie mnie prawie do Gibraltaru.
Tylny błotnik mam oklejony literkami PL, a na ramie z obu stron widnieje flaga Polski i napis FRED. Nie ma obowiązku oznakowania roweru, ale chciałem, aby moja przynależność państwowa była widoczna. Przy lusterku umocowałem biało-czerwoną tasiemkę, która często jest też wskaźnikiem siły i kierunku wiatru. Na namiocie również wiążę taką wstążkę. Niech postronni ludzie wiedzą, z jakiego kraju pochodzi przybysz, o ile dobrze zidentyfikują barwy narodowe.
Droga powinna być bez większych wzniesień i taka rzeczywiście jest. Wygodna, asfaltowa, z szerokimi poboczami i drzewami. Mijam po kolei niewielkie miasteczka: Lepe, Cartaya, Gibraleón, San Juan del Puerto. To ostatnie miasto nie ma nic wspólnego z żadnym "puerto". Puerto to znaczy przecież port. A do oceanu daleko, chyba że chodzi o port rzeczny. Niedaleko rzeczywiście jest rzeka. I to jaka! Kilka rzek, które mijałem po drodze, spieszących do oceanu, były w zasadzie normalne, aż do Rio Tinto. Ta rzeka toczy wodę czerwoną jak zupa z buraków. Wiadomo, że kolor tinto to czerwony, bo tego najłatwiej nauczyć się w markecie kupując winko w kartonach. Drugim, popularnym winem w kartonie jest "blanco", czyli białe. Wybór należy do smakosza, ale nauka jest dla wszystkich. Nazwa rzeki sugeruje, że jest ona cały czas "tinto". Dlaczego? Okazuje się, że kolor wody ma związek z bakteriami utleniającymi żelazo i siarkę. Ta rzeka rodzi się daleko w górach, 100 kilometrów od oceanu i wniosła olbrzymi wkład w historię naszej cywilizacji. Od wielu tysięcy lat istniały w jej okolicy kopalnie rud miedzi, srebra i złota. Zmieniający się w łańcuchu historii właściciele kopalń, eksploatowali je dla swoich potrzeb i potęgi swoich władców. Wydobycie zakończono dopiero w 2001 roku. Wyjątkowe, kwaśne środowisko i pewnie jeszcze dużo innych czynników wzbudziło zainteresowanie naukowców z NASA, którzy porównywali te specyficzne warunki do warunków występujących na Marsie i Jowiszu.
W San Juan del Puerto nadszedł czas na uzupełnienie energii. Zacumowałem przy najbliższych, dużych parasolach produkujących cień. Nikt tu nie chce mówić po angielsku, a po hiszpańsku w karcie najbardziej podobało mi się słowo "serranito", oczywiście w połączeniu z ceną. Jak się okazało, jest to andaluzyjska kanapka podana na talerzu. Składa się z bułki, w której siedzi sobie kotlet wieprzowy, obok wyczekuje na swoją kolej plasterek pomidora, jest również smażona zielona papryka, starając się uzupełnić kolorystykę. Kupka ciepłych frytek, okrytych cienkim plasterkiem szynki typu serano, uzupełnia to kulinarium. Bywają w innych serranito odstępstwa od takiego zestawu, ale niewielkie. Nadaje się jak najbardziej do przekąszenia, tylko szynka różni się od naszej tym, że nasza da się zgryźć bez problemu, natomiast serano bardzo zdecydowanie się opiera. A może do serano potrzebny jest pełny skład uzębienia, bez nieobecności ósemek? A może tego się wcale nie gryzie? No, nic to. Jakoś udało się zjeść, popiłem nareszcie mocno ZIMNYM napojem i rzuciłem hasło: na koń!
Temperatura przekroczyła już 38 stopni i mam wrażenie, że nadal rośnie. Drzew jest coraz mniej. Za to rozpoczął się festiwal rond. Są one czasem tak olbrzymie, że nie widać drugiego brzegu. Prawie wszystkie są pieczołowicie zagospodarowane, udekorowane, a niektóre są po prostu dziełami sztuki. Każde ma swój charakter i nie można go pomylić z innym. Pomyślałem, aby je wszystkie sfotografować, ale musiałbym dołożyć dodatkowo jeszcze miesiąc jazdy. W każdym razie starałem się obejrzeć je z należytym szacunkiem i podziwem bez uszczerbku dla bezpieczeństwa mojego przejazdu. Doszło do tego, że z niesmakiem odnosiłem się do ronda, które nie zdołało mnie odpowiednio zainteresować, albo - o zgrozo - nic na nim się nie znajdowało, czyli było całkiem gołe! Przy drodze przesuwają się i zamieniają kolejno obrazy pól uprawnych, gajów oliwnych i plantacji cytrusów.
Zastanawiałem się nad możliwością rozbicia namiotu między oliwkami. Nie wiem, czy muszę szukać właściciela i prosić o zgodę? Co mi może grozić? Czy nieogrodzonych plantacji pilnują psy? Czy po takim upale dam radę spać ze sobą bez użycia prysznica? Umiem się umyć w przysłowiowej szklance wody, ale czy w tych warunkach to wystarczy? W celu realizacji takiego noclegu zabrałem przecież hamak i tarp. Planowałem wjechać głęboko w taką plantację, powiesić hamak, a nad nim rozpiąć tarp, który służyłby za dach. Rower można by umocować do drzewa. Przy tej temperaturze na pewno bym nie zmarzł. Pozostaje problem własności. Władowałbym się na czyjś teren. Mógłbym mieć jakieś kłopoty. Sprawa umycia się po ciężkiej jeździe w upale, jest trudna do rozwiązania. Może miałbym spokój od komarów, a może wręcz przeciwnie. Chyba na razie nie będę ryzykował. Odkładam ten plan na później.
Co kilkanaście kilometrów, czasem dwadzieścia lub więcej, robię krótkie przerwy stając w cieniu, prostuję kości, dostarczam ciepłą niestety wodę do mojego wnętrza i jadę dalej. To zupełnie wystarcza do chwilowej regeneracji. Czuję się dobrze, a moje centrum zarządzania organizmem nie przesyła żadnych niepokojących sygnałów. Droga tytułem numerze N-431, co 10 kilometrów jest uhonorowana pięknym, krwawoczerwonym słupkiem wysokości około metra, z herbem narodowym Hiszpanii i dużym, widocznym oznaczeniem przebytych dziesiątek kilometrów. Nie da się go nie zauważyć. Spotykam coraz częściej trenujących kolarzy, którzy mnie wyprzedzają lub jadą w przeciwnym kierunku. Zawsze słyszę "buenos días", ale brzmi prawie tak samo krótko jak w Portugalii "bą dija". Jadący z przeciwka podnoszą dodatkowo w geście pozdrowienia rękę. Wszyscy mają na głowie kaski. Ja jadę w lekkiej czapce z daszkiem. Teraz droga składa się z wielu długich, prostych odcinków. Pozostało mi naciskać na pedały. Nie lubię tego typu usypiających dróg, chociaż można wówczas trochę przyspieszyć, o ile wiatr zbytnio nie przeszkadza. Dziś mocno przeszkadza.
Podróżując rowerem można zauważyć na asfalcie i w przydrożnym rowie dużo różnych, dziwnych rzeczy. Jadąc samochodem nie jest to możliwe. Właśnie jechałem z zawrotną prędkością ponad 20 km/godz. i w ostatniej chwili ominąłem jakiś duży pasek z alternatora albo z czegoś jeszcze innego. To się czasem zdarza. Ten był nadprzeciętnie duży i jakoś ciekawie zwinięty. Jeszcze zdążyłem się odwrócić i... nacisnąłem hamulce. Wróciłem kilkanaście metrów i nie wierzę moim oczom. To przecież jest WĄŻ!!! Najprawdziwszy! Siedzi, a właściwie leży na "moim" asfaltowym poboczu i się opala! Postawiłem szybko rower, wyjmuję telefon do zrobienia zdjęcia i patrzę: rusza się, czy nie? Wygląda jak żywy. A jeśli skoczy na mnie jak sprężyna? Może jednak lepiej pooglądać go z daleka. Ale to taka gratka! Pierwszy raz w życiu jestem oko w oko z wężem na wolności! A może jeszcze do tego jest jadowity? Akurat nikt nie jedzie i nikogo nie ma w pobliżu. Oj, Fred, lepiej nie ryzykuj. Ale jestem mocno podekscytowany, więc podchodzę ostrożnie coraz bliżej. ON się nie rusza. A może ma się nie ruszać, bo ucina sobie drzemkę w słoneczku? Dlaczego tu mu się właśnie spodobało, a nie w trawie czy w krzakach. ON dalej się nie rusza. Ja też się nie poruszam, tylko czekam, gotowy w każdej chwili do ucieczki. A może został skutecznie przejechany? Po dłuższej chwili stwierdzam, że jednak chyba nie żyje. Czyli nie udało się mu pokonać drogi. Jeszcze długo nie mogłem ochłonąć po tym spotkaniu i pomysł noclegu na dziko został bardzo zdecydowanie oddalony.
Mój jedyny kemping w tej okolicy znajduje się na obrzeżu wspomnianego już Parku Narodowego Do?ana i muszę do niego zboczyć z mojej drogi ponad trzy kilometry. Kemping nosi skomplikowaną, ale jednocześnie ciekawą nazwę: Camping Village Do?arrayan Park. Jest jedynym kempingiem na terenie całego parku.
Dojechałem pokonując dziś 125 kilometrów o godzinie 21. Zapory w bramie wjazdowej są opuszczone, a recepcja, niestety, była czynna tylko do 20. Ominąłem oczywiście zamknięty szlaban i wjechałem na teren kempingu. Po kilku minutach rozglądania się, trafiam niespodziewanie i szczęśliwie na właściciela obiektu. Biura już nie otworzy, ale mogę spać na wyznaczonym przez niego miejscu, a resztę formalności załatwić jutro od godziny ósmej. Na terenie kempingu jest bar, dobrze wyposażone sanitariaty i nawet basen. Na wskazanym i przeznaczonym dla mnie miejscu grunt jest tak twardy, że trudno wbić szpilkę, a po chwili najeżdżają na mnie niezliczone hordy komarów. Są bardzo wojownicze i robią wszystko, abym nie rozbił namiotu. Wykonując dziwne i mało skoordynowane ruchy postawiłem jednak swój dom, rezygnując z wbijania szpilek.
Na terenie parku grasują "Ryśki". Bardziej precyzyjna informacja podaje, że występuje tu chroniony gatunek rysia iberyjskiego. Mam nadzieję, że nie potrzebuje on odwiedzać przebywających tu turystów. Dziś jeszcze wezmę prysznic, wchłonę przygotowaną przez siebie obiadokolację i skoczę na piwko do baru. Muszę się spieszyć, bo jedyny bar zostanie zaraz zamknięty, do tego tylko tam mogę skorzystać z internetu. Po godzinie zameldowałem się czysty, pachnący i najedzony w barze otoczonym palmami. Teraz już spokojnie, bez pośpiechu, przy zimnym piwku dałem znak życia przesyłając zdjęcia i dzienną relację do mojego, jednoosobowego centrum dowodzenia w Łodzi.
Recepcja kempingu otworzyła się na świat i klientów o godzinie ósmej, zgodnie z zapowiedzią właściciela. Taka pora rozpoczęcia pracy wynika chyba stąd, że rzadko ktoś tu przyjeżdża na jedną noc i nikomu się nigdzie nie spieszy, ponieważ wszyscy są na urlopie. No niby ja też, ale dziś trochę się spieszę, aby zmieścić się w moim harmonogramie podróży. Właśnie na mojej porannej odprawie odkryłem, że już nadrobiłem straty powstałe na początkowych etapach i jestem teraz w miejscu i czasie zaplanowanym kilka miesięcy temu. Aby nie popsuć tego planu powinienem już wyruszyć. Wstałem więc i zapakowałem się trochę wcześniej, aby być gotowym na czas otwarcia recepcji. Niestety, pani upoważniona do wypisania rachunku spóźniła się do pracy. Biuro otworzył właściciel i starał się zabawiać mnie rozmową, a ja miałem okazję pochwalić się swoim przedsięwzięciem. Jako pierwszy otrzymał moją specjalną wizytówkę, którą pięknie wykonała gratis nasza łódzka drukarnia Malina. Kiedy zwróciłem się do tej drukarni z prośbą o wykonanie niestandardowej wizytówki, szef spojrzał na mój projekt i na mnie, zapytał o wiek i stanowczo odmówił przyjęcia jakiejkolwiek zapłaty. Poczułem się trochę głupio, ale dyskusja w tej sprawie została jednostronnie i ostatecznie zakończona. Na wizytówce jest umieszczona mapa Europy z zaznaczoną trasą, terminami początku i przewidywanego zakończenia podróży, moim numerem telefonu, adresem mailowym oraz z liczbą kilometrów do przejechania. Wizytówek zabrałem ze sobą sto sztuk do wykorzystania po drodze i właśnie teraz się przydała. Pani od spraw biurowych w końcu przyszła do pracy, wykonała skomplikowane obliczenia i z gracją poprosiła o 18 euro. Ledwo utrzymałem się na nogach. Za 11 godzin nocnego pobytu, milion komarów i gliniaste podłoże pod namiotem? Udałem się do biura szefa z interwencją. On przyznał, że z namiotem to jeszcze nikogo tu nie było i ja jestem pierwszy, ale ceny nie miał zamiaru obniżyć. Dostałem do użytku plac, takiej samej wielkości jak dla kamperów, a że go nie wykorzystałem to nie jego sprawa. Dodatkowo, jako uzasadnienie wysokiej ceny, podał istnienie na terenie kempingu odkrytego basenu, z którego mogłem sobie korzystać. Przecież w nocy też był oświetlony! Dobrze, że moja znajomość angielskiego jest ograniczona. Mogłoby dojść do niezbyt parlamentarnej dyskusji. Wystartowałem mocno zdenerwowany i do tego mocno opóźniony, bo dopiero po godzinie dziesiątej.
Park Narodowy Do?ana, na obrzeżach, którego nocowałem, jest wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Przez kilkaset lat był obszarem polowań dla arystokratów, ze względu na bogactwo zwierzyny i ptactwa. Dobrze, że nie zdążyli wszystkiego upolować. Sporą część parku zajmują mokradła, doskonałe środowisko dla flamingów i innego ptactwa. A ja od siebie dołożyłbym jeszcze komary! O tym nigdzie nie znalazłem żadnej wzmianki i jestem ciekaw, czy kilkaset lat temu z takim samym brakiem opamiętania uprzykrzały ludziom życie. Biegają tu też luzem jelenie, daniele, dziki i wspomniane już wcześniej rysie iberyjskie. Fruwają orły, gadożery i inne ciekawe gatunki. Żadnego z wymienionych zwierząt nie zobaczyłem, ale zastanawiałem się, jakie gady ukrywają się w parku przed gadożerami.
Wzdłuż drogi dojazdowej prowadzącej do głównej szosy, rosną opuncje. Jakoś dziwnie wyglądają w sosnowym lesie. W odległości kilkunastu metrów od drogi, równolegle do niej biegnie ścieżka dla pieszych. Dookoła rosną jeszcze inne niespotykane w naszych lasach rośliny, ale nie umiem ich zidentyfikować. Las to głównie sosny śródziemnomorskie. Przy drodze pracuje kilka osób, wykonują prace pielęgnacyjne wśród niskiej zieleni, biegając między drzewami z piłami spalinowymi. Ten piękny las skończył się przed miastem Hinojos. Ponownie pojawiły się oliwki, pola uprawne i plantacje cytrusów. Tablica Provincia de Sevilla uświadomiła mi, że jestem już blisko stolicy Andaluzji. Mijam obwodnicami małe miasteczka Pilas i Aznalcázar, a dla urozmaicenia i chyba trochę złośliwej rozgrzewki mam siedmioprocentowy podjazd, bo na termometrze jest już ponad 39 stopni. Wszystkie nazwy mijanych miast i miasteczek są bardzo intrygujące i egzotyczne, ale Bollullos de la Mitacióon przebija do tej pory wszystko. Ciekawe, jaka nazwa miasta czy miasteczka wygra w moim właśnie ogłoszonym konkursie na najbardziej intrygującą. Kilka kilometrów za tym miasteczkiem jest cmentarz. Położony jest tuż przy przelotowej drodze. Dla odwiedzających przeznaczono duży, bezpieczny pas parkingowy. Otoczony wysokim, białym murem, tylko krzyżem na zwieńczeniu bramy oznajmia, że to miejsce związane z wiarą i przemijaniem. Zajrzałem tam z ciekawości. Środkiem cmentarza prowadzi brukowana droga obsadzona wysokimi, wysmukłymi drzewami. Na murze, będącym jednocześnie ogrodzeniem, na trzech kondygnacjach wykuto wnęki, w których zamurowano urny z prochami zmarłych. Przy każdej wnęce znaleźć można tablicę z informacją o wiecznym lokatorze. Na przywnękowych "parapetach" leżą lub stoją w różnych pojemnikach kwiaty. I to wszystko. Skromny, schludny cmentarz dający odrobinę cienia w upalne dni.
Wydaje mi się, że wspinam się coraz wyżej i że saldo wjazdów jest dodatnie. W końcu zobaczyłem z góry Sewillę. Cała dolina rzeki Gwadalkiwir leży przede mną. Będę miał długi i piękny zjazd. Z mapy wynika, że przez rzekę można przedostać się do miasta sześcioma mostami. Nie wszystkie są dostępne dla rowerzystów. Wybrałem losowo jeden z nich i chyba ten akurat nie był dla rowerzystów. Kilka klaksonów zabrzmiało ostrzegawczo albo pozdrawiająco. Ponieważ nie byłem tego pewien, na wszelki wypadek przycisnąłem pedały najmocniej jak mogłem i opuściłem drogę szybko pierwszym zjazdem. Odetchnąłem z ulgą, gdy znalazłem się na ścieżce rowerowej biegnącej tuż przy kanale. Ścieżka jest doskonale zacieniona i prowadzi blisko centrum Sewilli. Fiolet kwiatów, jakimi obsypane są drzewa, pod którymi jadę, sprawia wrażenie innej, nierealnej przestrzeni. Takich drzew o szerokich, rozłożystych koronach z tysiącami fioletowych kwiatów w Polsce nie spotkałem. Istnieje spore podejrzenie, że drzewo to ukrywa się pod tajemniczą nazwą jakaranda.
Sewilla to 700-tysięczne miasto o prawie dwutysięcznej historii. Była zdobyta przez Cezara na początku swej historii, opanowana dużo później przez Maurów, a pod koniec XV wieku stała się siedzibą jednego z niechlubnych trybunałów inkwizycji. W Sewilli zapadały decyzje o sławnych podbojach Ferdynanda Magellana, tu zdawał relację z podróży do Ameryki Krzysztof Kolumb, a rzeką Gwadalkiwir, tak jak teraz, można było dopłynąć aż do Atlantyku. W czasach swej świetności Sewilla była trzecim miastem zachodniego świata. Alkazar, dawny pałac królewski, pamięta burzliwe, historyczne zdarzenia od XI wieku. Największy gotycki kościół na świecie, Katedra Najświętszej Marii Panny, został zbudowany na miejscu meczetu z XII wieku. Wewnątrz katedry znajduje się grobowiec Krzysztofa Kolumba. Cennych zabytków jest w mieście bardzo dużo. Do bardziej interesujących można zaliczyć Złotą Wieżę, która pełniła rolę banku złota przywożonego z różnych, dawnych kolonii. Dodatkowo między nią a bliźniaczą, już nieistniejącą wieżą po drugiej stronie rzeki, rozciągano łańcuch, aby blokować intruzom dostęp do portu. Dzisiaj na kanale znajduje się śluza regulująca wysokość wody, żeby statki płynące z Atlantyku mogły nadal rozładowywać się w porcie.
Moja ścieżka rowerowa nagle podejrzanie skręciła w prawo, a ja w zasadzie powinienem jechać prosto. Pobrana na telefon mapa, w tym właśnie miejscu nie chce przybliżyć węzła komunikacyjnego. Czasem się tak zdarza. Jadę dalej na czuja, lecz coś mi tu nie gra. Muszę przecież przejechać na drugą stronę autostrady, ale nie widzę żadnego wiaduktu. Jadę dalej moją ścieżką rowerową, która doprowadza mnie na obudowany ścianami i dachem wiadukt nad autostradą. Niespodziewanie wjeżdżam na teren uniwersyteckiego kampusu. Kręcę się w kółko po całym terenie, ale w potrzebnym mi kierunku nie znajduję żadnej drogi. Jedyny wyjazd to ten, którym przyjechałem. Wracam do poprzedniego, prawidłowo odczytanego na mapie punktu. Rozglądam się bardzo uważnie. Okazuje się, że na ostatnim skrzyżowaniu nie zauważyłem skrętu ścieżki i nietypowego wjazdu na środek drogi, pomiędzy dwa pasy szybkiego ruchu. Prawdę mówiąc, takiego rozwiązania jeszcze nie widziałem. Ponadto skręt jest niewidoczny, zarośnięty krzewami i słabo oznakowany. Napociłem się ze zdenerwowania, tym bardziej, że akurat w okolicy nie było żadnego tubylca, który mógłby mi pomóc. Po pokonaniu autostrady, moja ścieżka skręca nagle w lewo, przez jezdnię, z przeciwnym do mojego ruchem. Jak się przedostać przez pełne pojazdów trzy pasy ruchu? Zauważyłem zamontowany specjalny sygnalizator z przyciskiem zatrzymującym ruch samochodów. Uff!!! To była niezła przygoda, ponieważ zanim mnie w końcu coś oświeciło, wracałem tam i z powrotem kilka razy, nie wierząc, że sytuacja jest nie do rozwiązania. Ścieżka poprowadziła mnie aż do granicy administracyjnej Sewilli. Po jakimś czasie wjeżdżam do mojego docelowego dziś miasta o nazwie pretendującej do pierwszego miejsca w moim konkursie na najbardziej ekscytującą nazwę, a mianowicie Los Palacios y Villafranca. Tuż za zjazdem w kierunku miasta zatrzymałem jadącego pojedynczo kolarza w celu zapytania o drogę do kempingu. Był nadzwyczaj miły i uprzejmy. Najpierw uświadomił mnie w zakresie jazdy bez kasku, czyli czym to grozi w Hiszpanii, a następnie zobowiązał się mi pomóc. Rozmowa odbywała się w języku hiszpańskim, który poza kilkoma podstawowymi słowami i zwrotami jest mi obcy. Mimo wszystko do tej pory dawałem sobie radę. Padło coś w rodzaju "jedź za mną". Podążyłem za nim, prosząc o wolną jazdę z uwagi na specyfikę mojego pojazdu i mocnego obciążenia bagażami. Stanęliśmy pod posterunkiem policji. Jest piątek po południu. Policjant otwiera drzwi dopiero po kontakcie przez domofon i wychodzi na zewnątrz. Krótka wymiana zdań między nimi, w połączeniu z obfitą gestykulacją, zakończyła się założeniem kasku również przeze mnie (trochę się wystraszyłem) i ponownym "jedź za mną". Wyprowadził mnie poza granice miasta i wskazał mój cel. Mam pojechać drogą około trzy kilometry do majaczących na widnokręgu grupy wysokich drzew. Podziękowałem i rozstaliśmy się. Silny wiatr w plecy pomógł mi szybko dojechać do wskazanego miejsca. Rozglądałem się uważnie, aby nie przegapić kempingu. Niewielka miejscowość, a może nawet mniejsza niż niewielka, szybko się skończyła. Zabudowania Los Chapatales były tylko po jednej stronie drogi. Po przeciwnej stronie są pola uprawne. Za granicą miejscowości też są tylko pola, a kempingu ani ani. Wyszukałem centrum wsi, gdzie przy jedynej knajpce zgrupowali się licznie weekendowo mieszkańcy. We wszystkich językach, jakie znam, a nawet jakich nie znam, nie udało się ustalić miejsca kempingu w najbliższej okolicy. Nawet więcej! Przyjąłem do wiadomości, że tu nigdy takiego nie było! No i masz babo placek.
Wracałem do miasta pod silny wiatr i zły jak diabli, bo zrobiło się bardzo późno. Podjechałem pod posterunek policji i uświadomiłem im, że mają słabą orientację w tej sprawie. Ustaliliśmy, że nocleg w tej sytuacji na kempingu odpada i pozostał mi tylko hostel. Na osłodę wskazali mi drogę dojazdową. W hostelu zameldowałem się o godzinie 21. Cena noclegu to 28 euro i to bez śniadania. To jedyna, najtańsza propozycja w tym mieście. Moje, już mocno nadwyrężone, ale dobre do tej pory samopoczucie, legło w gruzach. Nie poprawił go nawet piękny pokój, bo wszystkie bagaże po przejechaniu 101 kilometrów musiałem wnieść sam na własnym grzbiecie na pierwsze piętro. Zawsze w takich sytuacjach szukam pozytywów. PRZECIEŻ DZIŚ NIE MUSIAŁEM ROZBIJAĆ NAMIOTU!!!
Takiej długiej, prostej drogi jeszcze nie widziałem. Może tak właśnie wygląda nieskończoność? Wszystkie białe linie drogi, sznur barierek ochronnych, czerń asfaltu i drzewa spotykają się razem w jednym punkcie, gdzieś w nieokreślonym końcu. Może jednak nieokreślonym to przesada, bo ja liczę ten koniec na około pięć kilometrów. Gdybym miał jechać moje całe planowane 5000 kilometrów do domu po takiej linii prostej, to chyba nie dałbym rady. Wydaje mi się, że drogi w ogóle nie ubywa, chociaż mijam co chwilę kolejne słupki drogowe i drzewa. Nie lubię takich prostych dróg. Wolę zakręty i małe, łagodne górki, bo to właśnie ciekawość, co jest TAM DALEJ prowadzi mnie i chyba nie tylko mnie do podejmowania decyzji o poznawaniu i podróżach. Nigdy nie poznalibyśmy naszego świata, nie byłoby żadnych wypraw, nawet tych poza naszą planetę, gdyby nie ta właśnie ludzka ciekawość. Teraz, tu, pozostało mi tylko kręcić pedałami i z niecierpliwością czekać, kiedy nastąpi koniec tej nieskończoności. Dalsza droga przedpołudniowa jest dosyć płaska, ale im dalej jadę, tym podjazdy stają się coraz dłuższe i wyższe. Temperatura powietrza rośnie bez żadnych skrupułów. Jedno z kolejnych olbrzymich rozmiarów pól jest aż po horyzont żółte. To słoneczniki! Są w tak ogromnej ilości, że postanowiłem się zatrzymać i bez pośpiechu podziwiać. Taki ogrom żółtości w blasku słońca bardzo mocno razi w oczy, ale działa też na mnie uspokajająco i dodaje energii.
Od rana jadę już w kasku, pamiętając uwagi i ostrzeżenia spotkanego wczoraj kolarza, który pomógł mi szukać nieistniejącego kempingu. Przez następnych wiele kilometrów nie ma nawet najmniejszego miasteczka. Jest tylko asfaltowa droga, pnąca się pod górę i spadająca w dół. I dalej tak, bez przerwy pod górę i w dół, pod górę i w dół. Chyba dla urozmaicenia tej monotonii, na wzgórzach od czasu do czasu widnieją olbrzymie figury byka lub mężczyzny w sombrero z gitarą. Figury są płaskie i mają czarny kolor. Na tle pól uprawnych i nieba widać je doskonale. Figura byka to pozostałość po dawnej reklamie brandy firmy Osborn. Dziś jest elementem kulturalno-artystycznym Hiszpanii, o wysokości 14 metrów i wadze czterech ton. Jest ich 90 sztuk w całym kraju. Pochodzenia drugiej figury nie udało mi się wyjaśnić. Obie są dobrze widoczne z bardzo daleka i umilają moją jazdę.
W końcu jest jakieś miasteczko. Nazywa się El Cuervo. Nazwa oznacza wronę lub kruka. W naszym języku kojarzy się trochę dziwnie, ale po hiszpańsku brzmi bardzo dźwięcznie. Zatrzymałem się tuż za El Cuervo na stacji benzynowej. Oczywiście nie dla zatankowania paliwa, ale dlatego, że zauważyłem urządzenie do pompowania opon. Korzystam z okazji, ponieważ nie każda dotychczas mijana stacja była w nie wyposażona. Mam oczywiście swoją ręczną pompkę i nawet mam ciśnieniomierz, ale dlaczego mam się męczyć pompowaniem w tym upale. Przy okazji mogę porównać wskazania obydwu urządzeń. Z grubsza nawet się zgadzają.
Ale najważniejszą dziś rzeczą odkrytą na stacji jest coca-cola! Ha! Cóż to za odkrycie? Przecież każdy wie, że na wszystkich stacjach benzynowych zawsze jest obecna. Ale mi chodzi o ZIMNĄ coca-colę. Ta przecież też jest dostępna na wszystkich stacjach w lodówkach. Spróbuję to wyjaśnić. Otóż moja woda w bidonach i zapasowa w sakwie jest oczywiście cudowna i do tego jest moim niezbędnym paliwem, szczególnie w takie upalne dni. Ale ONA jest bardzo CIEPŁA! Ja też jestem już mocno zgrzany i czasem wydaje mi się, że jadąc długo pod górkę i dolewając wodę do mojego wnętrza zaraz wybuchnę albo za chwilę pojawi się para w nozdrzach! A taka stacja benzynowa ma dla mnie wielkie zalety. Po pierwsze daje bardzo upragniony CIEŃ, po drugie ma KLIMATYZACJĘ, po trzecie jest tam UMYWALKA, gdzie mogę opłukać i schłodzić ZIMNĄ wodą gębę, szyję i łysinę. No i wreszcie po czwarte, wlać do ust ZIMNIUTEŃKĄ colę. Zanim znajdzie się ona w miejscu docelowym, zatrzyma się na chwilę tuż za zębami, później niespiesznie przesuwa się w kierunku gardła i chłoodzi. Chłoodzi i dodatkowo jeszcze miło słoodzi. Potem wpada do przełyku i nagle ogarnia mnie straszny żal, że zbliża się koniec przyjemności. Ale spokojnie! Przecież jest bardzo wyczekiwany łyk następny! Wszystkie czynności rozpoczynają się całkiem od nowa. Powoli i spokojnie. Przymykam oczy i zapominam, co było przed chwilą w olbrzymim, diabelskim piekarniku na zewnątrz. Myślę sobie, jak długo mogę korzystać z tego azylu? Staram się przedłużać czas, rozkoszując się tą chwilą bez końca. A może już tu zostać i nie jechać dalej? Tutaj jest tak chłodno i przyjemnie.
Na stację podjechał samochód. Nie byłoby w tym nic dziwnego, ale wysiadł z niego kierowca ubrany w przepiękny, andaluzyjski strój. Tak domniemywałem, bo przecież jestem w Andaluzji. Porzuciłem ten cudowny chłód klimatyzowanego wnętrza i pobiegłem do Pana Andaluzji. Za jego pozwoleniem zrobiłem zdjęcie. Pan zapozował i potwierdził pochodzenie regionalnego stroju. Na głowie miał płaski kapelusz z szerokim rondem, białą koszulę, czerwony, szeroki pas na biodrach i czerwone szelki. Na miejscu pasażera siedziała Pani Andaluzja. Cudownie ubrana, piękna, uśmiechnięta, z wielkim czerwonym kwiatem we włosach. Po prostu zjawisko! Nie udało mi się jej namówić do wyjścia z samochodu, ale pozwoliła na wykonanie fotografii w samochodzie. Andaluzja to region, który zaczyna się od granicy z Portugalią i kończy trochę przed Áquilas, jadąc wzdłuż brzegu Atlantyku a później Morza Śródziemnego.
Nagle dotychczasowa droga N-IV zmienia się w autovíę A-4, po której w zasadzie nie wolno mi się poruszać. Wystraszyłem się poważnie, ale nie zauważyłem wcześniej żadnego znaku. Moja mapa w telefonie nie przybliża terenu na tyle, abym mógł zobaczyć odpowiednie szczegóły. Dotarłem do pierwszego zjazdu, który wskazał kierunek na lotnisko, więc skręcam, aby szybko zjechać z autovíi. Dopiero później widzę informację o wjeździe na rondo i strzałkę na camino de servicio. Jest to droga serwisowa wykorzystywana dla ruchu lokalnego, prowadzi równolegle do autovíi, i to ona jest na pewno przeznaczona dla mnie. Czasem jest niestety dziurawa i trochę za wąska. Z tego powodu luksus dotychczasowej jazdy znacznie się obniża. To było moje pierwsze spotkanie z hiszpańską drogą szybkiego ruchu. Przed wyjazdem z Polski starałem się odkryć tajemnice związane z drogami szybkiego ruchu pisząc do hiszpańskich stowarzyszeń rowerowych i nawet do ministerstwa transportu. Niestety, nikt nie odpowiedział i postanowiłem przemielić ten temat sam w czasie rzeczywistym. No i właśnie mielę. Druga forma dróg szybkiego ruchu w Hiszpanii, poza autovíą, to autopista. Na tę drogę pod żadnym pozorem nie mogę nawet zabłądzić. Dopiero długo później doszedłem do poznania niejednolitych i skomplikowanych zasad poruszania się na rowerze w Hiszpanii. Tak więc na razie spokojnie przemierzam kilometry zerkając z zazdrością na biegnącą tuż obok, płaską jak stół autovíę. Niedługo potem rondo i tunel pod szybką drogą wybawiły mnie z serwisówki i znów znalazłem się na drodze narodowej, oznakowanej literką N. Drogi narodowe są bardzo dobrej jakości i przeważnie mają wystarczająco szerokie pobocza. Wjechałem do Jerez de la Frontera, dużego, zabytkowego miasta z ciekawą historią. W okolicy ostatniego ronda, w cieniu palmy, zrobiłem sobie odpoczynek na leżąco i sfotografowałem się za pomocą samowyzwalacza. Ponownie musiałem wjechać na autovíę A-4, bo nie było innej możliwości. Kilka kilometrów dalej skręciłem już w kierunku El Puerto de Santa María, gdzie zaplanowałem nocleg. Droga nieznacznie, ale bardzo długo pięła się pod górę. Znalazłem się w końcu dość wysoko nad poziomem morza. Zatrzymałem się dla odpoczynku. Na samym wzgórzu postawiono obydwie spotykane po drodze figury, czyli byka w towarzystwie kawalera z gitarą i w kapeluszu. Zjazd z góry nastąpił z szaloną prędkością 55 km/godz. Już na samym dole zauważyłem drogowskaz do mojego Campingu Las Dunas. Kemping jest położony tuż nad oceanem. Cieszę się z powrotu nad wodę. Może tu będzie trochę chłodniej? Dotarłem ponownie na Costa de la Luz, czyli Wybrzeże Światła. Potwierdzam, że światła jest tu dosyć, a samo wybrzeże zakończy się na Gibraltarze.
El Puerto de Santa María to ponad 80-tysięczne miasto z jedną z bardziej znanych aren corridy w Hiszpanii. Tu też kończy swój bieg niewielka rzeka Guadalete. Nad tą rzeką w 711 roku Wizygoci, czyli lud germański, dostali łupnia od siedmiu tysięcy arabskich wojowników, którzy dostali się tu przez Cieśninę Gibraltarską. Od tej pory opanowywali sukcesywnie i z powodzeniem prawie cały Półwysep Iberyjski. Z El Puerto jest tylko 10 kilometrów do Kadyksu, który planuję zwiedzić. Z tego właśnie El Puerto de Santa María Krzysztof Kolumb wyruszył w swoją drugą podróż do Ameryki.
Pływy, inaczej różnice poziomu wód oceanu w określonym czasie, w El Puerto wynoszą około 3,5 metra. Jest to spora ciekawostka dla nas, mieszkańców kraju położonego nad Bałtykiem, gdzie nie występują takie różnice. Trzeba liczyć się z tym, że uwiązana zbyt krótkim sznurkiem łódka może zawisnąć w pionie przy nabrzeżu. W Polsce spotkałem się z niewielkimi pływami na Zalewie Solińskim. Wiele lat temu zakotwiczyłem tam przy samym brzegu jacht, który rano stał lekko pochylony na jednym boku w szczerym polu. Woda gdzieś się podziała. Okazało się, że nocą na zaporze przy elektrowni wodnej zrzucono bardzo dużo wody i różnica poziomów wyniosła około 50 centymetrów. Oj, bardzo ciężko było wypchnąć jacht po trawie na wodę. Na ewentualny przypływ nie zdecydowałem się czekać, bo nie wiadomo, kiedy mógłby nastąpić.
Dziś udało się pokonać prawie 100 kilometrów. Po wykonaniu podstawowych czynności rozładunkowych, postawieniu namiotu oraz wzięciu prysznica połączonego z przepierką, wyruszyłem na zwiedzanie miasta. W zasadzie przespacerowałem się wzdłuż rzeki Guadalete. Mój Camping Playa Las Dunas położony jest przy szerokiej plaży w miejscu, gdzie rzeka wpada do oceanu. Na rzece znajduje się wiele pływających pomostów, które tworzą dosyć dużą marinę. Przy pomostach cumuje duża liczba jachtów żaglowych i motorowych. Widok masztów na wodzie zawsze przyciąga mój wzrok, niezależnie od ich ilości. Powoduje też miłe uczucie radości. Niedaleko jest też kompleks sportowy. W odległości kilku kilometrów w linii prostej widać już Kadyks. Zdążyłem wrócić przed zmrokiem, zaspokoić głód i rzucić się lekko zmęczony z olbrzymią przyjemnością na materac.
Prom na granicznej rzece Gwadiana
Sewilla
Stacja paliw z kompresorem
Droga do Jerez de la Frontera
Start nastąpił trochę po godzinie ósmej, jak tylko wilgoć zniknęła z namiotu. Najważniejszy plan na dziś to Kadyks, najstarsze miasto Hiszpanii, założone około 1100 lat p.n.e. przez Fenicjan. Kolejni zarządcy, czy też właściciele miasta to Kartagina, miasto-państwo położone na terenie dzisiejszej Tunezji, później Rzymianie, Wizygoci, Maurowie i Kastylijczycy. Kadyks złupiony przez słynnego angielskiego korsarza Francisa Drake'a, najeżdżany przez Anglików i Holendrów, atakowany przez Nelsona od oceanu, a przez Napoleona od lądu, nie miał łatwego życia. Tak bogata historia ciągnęła mnie jak magnes. Chciałem koniecznie dotknąć murów, które niejedno widziały i pokręcić się między duchami historii. Miasto położone jest na długim i chudym półwyspie, a dojechać do niego można z mojego kempingu w El Puerto de Santa María, przez zatokę, wybierając jeden z dwóch mostów. Można też objechać całą zatokę i dotrzeć do Kadyksu przez San Fernando wąskim przesmykiem, po którym poprowadzono również linię kolejową. Ale droga dookoła zatoki to dodatkowe 20 kilometrów. Wybrałem oczywiście mosty. Wszystkie trzy drogi dojazdowe są oznaczone literami CA. Nie są one w hiszpańskim wykazie dróg, drogami ekspresowymi. Czyli teoretycznie dla mnie. Ale zanim dojechałem do tych CA (skrót od Cádiz Autovía) przeżyłem straszne męki.
Dzień zaczął się w zasadzie bardzo przyjemnie. Słońce całkowicie panujące na bezchmurnym niebie, dobrze zapowiadająca się temperatura, dobre śniadanie i takiż sam nastrój. Z kempingu muszę wrócić do miasta wzdłuż rzeki Guadalete, później brzegiem Zatoki Kadyksu skręcić do centrum. Do dziś nie wiem, dlaczego pojechałem tą samą drogą, którą przyjechałem wczoraj, czyli N-IV. Dwupasmową drogą z palmami posadzonymi między jezdniami, jedzie mi się bardzo wygodnie. Ale jadę już tak pięć kilometrów i żadnego drogowskazu do Kadyksu nie ma. Pewnie go nie zauważyłem. Zawracam. Jadę powoli i bardzo uważnie. Nie ma! To przecież nie jest możliwe! Wczoraj miałem drogowe kłopoty, teraz też coś się nie zazębia. Dziś jest 13 dzień wyprawy, ale to przecież nie musi cokolwiek znaczyć! Zaczynam się trochę denerwować, bo pobrana do pamięci telefonu mapa jak zwykle nie da się odpowiednio przybliżyć i nie mogę odszukać potrzebnych mi szczegółów. Wróciłem aż do punktu wyjazdu z kempingu i jadę ponownie tą samą trasą, ale teraz bardzo, bardzo wolno, rozglądając się uważnie na każdym skrzyżowaniu. Przejechałem te same pięć kilometrów i nic! O co tu chodzi? Można dostać szamotania pępka! Jeszcze raz wracam. Przecież MUSI być tu jakiś wyjazd do Kadyksu! Postanawiam teraz przekroczyć rzekę Guadalete za wszelką cenę. Jadę z żółwią prędkością wzdłuż rzeki i wreszcie znajduję ledwo widoczną i niewielką tabliczkę z oznakowaniem poszukiwanej drogi N-IV, ale z literką "a". Tak oznacza się odgałęzienie głównej drogi, czyli mojej właściwej N-IV. Uff!!! Nareszcie mi ulżyło i jadę we właściwym kierunku. Jest nawet przez kilka kilometrów droga rowerowa. Droga główna ma nadal oznakowanie N-IVa i tego się kurczowo trzymam. Przejeżdżam drugą rzekę, Río de San Pedro. Jestem coraz bliżej Kadyksu. Nagle i niespodziewanie pojawia się znak zakazu wjazdu rowerów na drogę, po której jadę! Dziwne, bo nie mogę nigdzie zjechać. Może coś przeoczyłem? Po prawej stronie widzę inną, równoległą drogę, z której macha do mnie kilku kolarzy, ale chyba nie są to gesty pozdrowienia. No to wpakowałem się na ekpresówkę i co teraz? Barierki ochronne są z prawej i z lewej strony. Nie mam żadnych szans na podniesienie zapakowanego, ciężkiego roweru i przeniesienie go ponad barierkami. Naciskam na pedały ile sił, aby jak najszybciej znaleźć jakieś wyjście z tej sytuacji. Jadę w strachu i pocę się z tego powodu coraz bardziej. W pewnym miejscu barierki z prawej strony skosem zniżają się do poziomu pobocza. Hamuję i sprowadzam powoli rower przez rów dzielący moją drogę z drogą kolarzy. Udało się! Mam nadzieję, że to już koniec kłopotów. Przecież mój Kadyks czeka. Kilka kilometrów dalej wjeżdżam do Barriada Río San Pedro. Droga wiodąca przez środek miasta kończy się wjazdem na ekspresówki, oczywiście z zakazem wjazdu rowerów! Jestem już tylko siedem kilometrów od centrum Kadyksu i nie mogę do niego dotrzeć. Zawracam szukając kogoś, kto mógłby wskazać mi drogę. Dziś jest niedziela i niewiele ludzi kręci się po San Pedro. Zauważam niewielki sklepik spożywczy. Sympatyczna Hiszpanka po dłuższej konwersacji nie umie mi pomóc. Pokazuję swoją mapę. Nie pomaga. Ona proponuje autobus lub kolej. Jak ja się zapakuję z tymi bagażami? Próbować czy zrezygnować? Już i tak straciłem sporą część dnia, aby dotrzeć do tego miejsca. Ogarnia mnie złość, bezsilność i rezygnacja. Pewnie jestem słabym nawigatorem. A może to oznakowanie dróg jest niedostateczne? W jaki sposób inni rowerowi turyści docierają do centrum? Przecież nie jest możliwe, aby w czasach promujących ekologię, ruch rowerowy był dyskryminowany! Podczas przygotowań dojazd wydał mi się trochę skomplikowany, ale pomyślałem, że takie miasto jak Kadyks docenia wszystkich turystów i odpowiednio pomaga im dotrzeć do celu. Niestety, czegoś tu zabrakło. Jestem bardzo niepocieszony i zdegustowany. Poddałem się zupełnie. Miałem uczucie jakbym wsiadał na rower zaraz po przejechaniu mnie przez walec. Nawet pedały jakoś opornie poddawały się naciskowi nóg.
Wracam na moją trasę z opuszczoną głową. Znów wpadłem na ekspresówkę. Jest mi już wszystko jedno. Ożywiłem się dopiero na widok drogowskazu do San Fernando. Skręcam z olbrzymią ulgą i kieruję się do centrum. Dla odzyskania spokoju chcę szybko napić się kawy i chwilę odpocząć. Odpocząć bardziej psychicznie niż fizycznie. Ale właśnie dziś skończył się mój zapas gotówki. Nie korzystałem jeszcze z karty do bankomatu. Przyszedł teraz czas, aby ją wypróbować. W Polsce założyłem sobie dużo wcześniej konto w walucie euro w jednym z banków. Wypróbować działanie karty mogłem tylko za granicą, bo w Polsce nie jest to możliwe.
Miałem okazję zrobić to wcześniej, kiedy w lutym niespodziewanie trafił mi się rejs jachtem z Puerto del Rosario na Fuerteventurze, wchodzącej w skład Wysp Kanaryjskich na Wyspy Zielonego Przylądka. Około 900 mil morskich po Atlantyku. To było też jedno z moich marzeń. Nie mogłem sobie tego odpuścić. Po tygodniu orania oceanu zacumowaliśmy w Mindelo na wyspie S?o Vincente. To miejsce pochodzenia mojej ulubionej piosenkarki Cesárii Évory. Opłynęliśmy pięć pięknych wysp archipelagu Cabo Verde. Widocznie byłem tak bardzo zaabsorbowany pływaniem i wrażeniami, że zapomniałem o konieczności wypróbowania działania karty. Teraz nadeszła chwila prawdy. Jeśli coś nie zadziała, zostanę na lodzie, bez kasy. Bankomat jest tuż przy kawiarni. Z niepewnością odczytuję kolejne polecenia z ekranu. Hurra! Wykonałem je dobrze, bo wyjechała z urządzenia gotówka i mogę teraz zamówić sobie wymarzoną kawę.
Zaopatrzony w środki pieniężne, bez których kontynuowanie podróży nie byłoby możliwe, lekko wypoczęty i już zupełnie odstresowany startuję w kierunku Chiclana de la Frontera. Słońce dopisuje aż nadto. Wyjazd z miasta odbył się znów drogą szybszego ruchu i dopiero kilkanaście kilometrów dalej mogłem ją zamienić na dużo bezpieczniejszą drogę N-340. Coś z tymi drogami nie jest do końca w porządku. Myślę, że przewidziane na dziś przeciwności losu całkowicie się wyczerpały. Jadę już całkiem spokojnie. Pojawiają się kolejno małe wzgórza, krajobraz zmienia się z każdym kilometrem i mam nieograniczoną sposobność dość intensywnie ćwiczyć mięśnie nóg, rąk, ramion, szyi i kręgosłupa. Wszystko razem musi zgodnie uczestniczyć w wysiłku, aby przemieszczać mnie, rower i bagaże.
Chwilami zbliżam się do równoległej Autovíi de la Luz. Zdarza mi się kilkakrotnie ją przecinać, ale już całkiem bezkolizyjnie. Nazwa drogi jest zgodna z nazwą krainy, przez którą przebiega, czyli Costa de la Luz (Wybrzeże Światła). O godzinie 16 powietrze nagrzało się do 30 stopni w cieniu. Szkoda, że na kasku nie mam umocowanych paneli słonecznych, bo mógłbym teraz z powodzeniem ładować baterie telefonu.
Podczas długich odcinków drogi, które nie wymagają nadmiernej uwagi i jeśli krajobraz nie jest zbytnio absorbujący, zaczynam myśleć o różnych sprawach niezwiązanych bezpośrednio z podróżą. Tak się działo już w Portugalii. Przyjęło się, aby z podróży przywieźć jakieś drobne upominki dla bliskich. To zawsze jest miłe dla obu stron. Potwierdza, że mimo odległości i różnych zajęć wykonywanych podczas wyjazdu, myśli wracają do bliskich, którzy pozostali w kraju. Bliskich mam sporo, ale moje możliwości w tej podróży są bardzo ograniczone. Jednocześnie chciałbym podzielić się po powrocie moimi wrażeniami nie tyko przez opowieść, zdjęcia czy filmy. Coś namacalnego doskonale podrażnia wyobraźnię. Lecz jak dowieźć przez 5000 kilometrów coś, co nie będzie ciężkie, nie zajmie dużo cennego miejsca i do tego ucieszy osobę obdarowaną? Postawiłem sobie bardzo trudne zadanie. Ale okazało się ono częściowo wykonalne. Postanowiłem, że z każdego kraju, a będzie ich 13, przywiozę mojej najbliższej osobie, Ewuni, jeden kwiatek. Będzie on niewielki, pospolicie występujący w danym kraju i nadający się do zasuszenia. Opiszę dokładnie, z którego kraju pochodzi i wszystko będzie jasne. Dobrze, że pomysł przyszedł mi jeszcze w Portugalii, bo teraz zbiór byłby niekompletny. Jadąc długimi godzinami często myśli biegną do najbliższych. Co teraz robią, czy pamiętają, jak postrzegają moją wyprawę, czy trzymają kciuki i czy wierzą we mnie, czy też - o zgrozo - czekają na wiadomość o mojej rezygnacji?
Muszę dziś dojechać jak najbliżej Gibraltaru. Dzień przeznaczony na jego zwiedzanie musi zawierać czas dojazdu, kilkugodzinne włóczenie się po brytyjskim terytorium zamorskim i jeszcze dotarcie do kempingu. To drugie z pięciu miejsc, które znalazły się na mojej liście do bezapelacyjnego odwiedzenia. Od rana przejechałem już ponad 120 kilometrów, a do Tarify, która jest moim celem, jeszcze daleko. Nie mam żadnych informacji o kempingach w tym rejonie, więc jadę na żywioł. Mam nadzieję, że znajdę odpowiednie miejsce. Jestem blisko wybrzeża i co kilka kilometrów widnieją informacje o kempingach, ale ja chcę zatrzymać się na ostatnim przed Tarifą. Znalezienie takiego to będzie ruletka, bo nie wiadomo, który jest ostatni. Skończyły się drzewa przy drodze, jestem na górce i na widnokręgu majaczą już jakieś białe budynki skupione w dużej grupie. Z kilometrów też wynika, że miasto Tarifa znajduje się tuż tuż. Ale mam szczęście! Przy drodze widzę wielką tablicę z wizerunkiem namiotu. Skręcam. Jest godzina 20. Koniec podróży. Na liczniku mam 142,5 kilometra. Na terenie kempingu jest bar z bezpłatnym internetem. Ale bar i internet są czynne tylko do 22, dlatego muszę się sprężać, aby zdążyć nawiązać kontakt z bliskimi. Biwakowiczów jest na terenie niewielu, więc mogę dowolnie wybrać sobie miejsce. Dobry będzie placyk porośnięty piękną trawą i osłonięty z trzech stron wysokim żywopłotem z tui. Zostanę tu dwie noce. Należy mi się odpoczynek. Tabliczka na pobliskim słupie pokazuje odległość do Afryki - 15 kilometrów!
Wczoraj, kilka kilometrów przed kempingiem, zatrzymałem się w przydrożnym sklepie. Było już trochę późno i skoro nadarzyła się okazja zrobienia zakupów to postanowiłem z niej skorzystać. Na kempingu mogło nie być sklepu, a do miasta daleko. Dam chyba radę dowieźć zakupy bez większego uszczerbku. Zauważyłem w sklepie jajka sprzedawane na sztuki. Dotąd nie wyobrażałem sobie, jaki można mieć pociąg do zwykłej jajecznicy! Moje oczy zrobiły się olbrzymie, a zmęczony po przejechaniu 140 kilometrów umysł kombinował, jak można je przewieźć w stanie oskorupionym i zdolnymi do użytku. Z takim pociągiem nie można walczyć. Ryzyk-fizyk. Przeważnie jajka sprzedawane są w dużych opakowaniach, których nie mam jak przewozić. Jajecznicy z sześciu jaj nie dam rady zjeść nawet po największym wysiłku, a wysoka temperatura podczas jazdy w słońcu może przyczynić się tylko do zainicjowania życia przyszłego kurczaka. Zapadła błyskawiczna decyzja. Kupiłem jajka, pomidory, cebulę i pieczywo. Pieczołowicie umieściłem zakupy na sakwach. W środku nie ma tyle miejsca. Co chwilę oglądałem się, czy mój pakunek nie wybrał wolności. Nie, jeszcze jedzie razem ze mną. Ślina zbiera mi się od tego momentu w niewyobrażalnych ilościach. Wszystkie czynności, jakie musiałem wykonać na kempingu, prowadziły do jednego, najważniejszego celu: JAJECZNICA! A więc zameldowanie, opłatę, wyszukanie miejsca na namiot, rozładunek roweru, jego zabezpieczenie, postawienie namiotu, rozłożenie bagaży wewnątrz namiotu, umocowanie sznurka do suszenia, prysznic, przepierka - wszystko robiłem machinalnie, sprawnie i bardzo szybko, abym mógł w końcu zasiąść przy JAJECZNICY. Patelnię mam w komplecie z garnkami. Połączyłem palnik z pojemnikiem gazowym. Najpierw zagotowałem wodę na herbatę, bo palnik jest tylko jeden. To trwa krótką chwilę. Zabrałem trochę oliwy z kraju w małym opakowaniu. Już oliwa grzeje się na patelni. Bagietkę posmarowałem majonezem z tuby. To jedyne, sprawdzone w upałach smarowidło. Pokroiłem pomidorka i cebulkę posypując je solidnie solą i pieprzem. Nareszcie jajka doczekały się swojej chwili! Jedno po drugim, aż do czwartego skwierczą już na gorącym tłuszczu. Ledwo mogę je mieszać i uważam, aby nie wypłynęły z niewielkiej patelni. Wreszcie osiągają oczekiwaną konsystencję. Ciepluteńkie, osolone i opieprzone wjeżdżają łyżka po łyżce do otworu gębowego. Poezja! Potem przemieszczają się dalej, w głąb i będą fundamentem siły i zadowolenia. Pełnia szczęścia! Ostatnie łyżki już ledwo przełykałem. Pomogła czekająca obok gorąca herbata.
Teraz dopiero mogłem pójść do baru i przy zimnym piwie przesłać informację do centrum dowodzenia oraz doładować baterie telefonu i powerbanku. Piwo serwują tu w dość przyzwoitej cenie, po dwa euro. Bar jest oficjalnie czynny do 22, ale wyszedłem pół godziny później wraz z pozostałymi gośćmi. Po walce z niewielką ilością komarów pragnących spędzić noc razem ze mną, zmęczony, ale i zadowolony padłem jak ścięty. Tak dobiegł wczorajszy, ciężki dzień.
Rano słońce dobrze mocno już grzało. Postanowiłem wstać i rozpocząć dobrze zapowiadający się dzień. W namiocie zauważyłem biegające w różnych kierunkach mrówki, które pewnie szukały jakiegoś towarzystwa, a może bardziej czegoś do zjedzenia. Jest poniedziałek, więc powinienem zgodnie z moim harmonogramem startować w dalszą drogę. Wczoraj przemyślałem moją wcześniejszą koncepcję odpoczynków i zmieniłem jej założenia. W soboty i niedziele nie jeżdżą ciężarówki, jest dużo bezpieczniej. Postanowiłem więc odpoczywać w inne, pozostałe dni tygodnia, a weekendy będą dla mnie pracowite.
Mój rowerowy licznik wskazuje, że przejechałem 987 kilometrów. Wybieram się właśnie na zwiedzanie Tarify, później wracam na kemping, więc dziś przekroczę mój pierwszy 1000! Inaczej licząc, będzie to jedna piąta trasy! Zostanie mi już tylko 4000 kilometrów. Jestem już dosyć dobrze zaaklimatyzowany. Mijają akurat dwa tygodnie podróży, czuję się dobrze, więc zanosi się na to, że podołam zadaniu. Wyjeżdżam na główną drogę, gdzie wita mnie silny, przeciwny wiatr. Na dobrze osłoniętym od wiatru kempingu nie dało się tego odczuć. Wcześniej widziałem kitesurferów szalejących tuż za ogrodzeniem kempingu, gdzie płynie szeroko rozlana rzeka, Río de la Jara. Kite jak wiadomo napędza się wiatrem, więc nie powinienem być zdziwiony, że wieje. Mój kemping przyjął nazwę Río Jara właśnie od położenia przy rzece. Pewnie komary również nawiedzają mnie z powodu bliskiego sąsiedztwa wody. Pocieszam się, że w powrotnej drodze będę pchany przez wiatr i bez wysiłku wrócę na kemping. Wówczas będę jakby rowerową żaglówką. Na razie muszę mocno naciskać na pedały. Każda, krótka nawet przerwa powoduje zatrzymanie roweru w miejscu. Dobrze, że dziś zaplanowałem odpoczynek, bo z jazdy z bagażami pod taki silny wiatr byłyby nici. Ścisnąłem bardziej paski mocujące kask, bo zaczął mi podskakiwać na głowie. Już się przyzwyczaiłem, że kask musi być założony "obligatorio", czyli obowiązkowo, jak przekonywali mnie kolejni spotykani po drodze hiszpańscy rowerzyści. Nie mam z tym już żadnego problemu. Martwię się tylko, że zostaną mi na głowie opalone przez słońce wzorki, takie same jak dziury wentylacyjne w kasku.
Tarifa to miasto wielkości naszej Rawy Mazowieckiej czy Pleszewa. Historię ma bardzo kolorową i wielowiekową. Jest najbardziej wysuniętym na południe punktem lądowej Europy. W tych rejonach pojawili się pierwsi praludzie z Afryki. Gdy się o tym pomyśli, miejsce to nabiera innego znaczenia. Cywilizację na te tereny przynieśli przemieszczający się Fenicjanie, zamieszkujący wówczas wybrzeże Morza Śródziemnego, skupieni głównie w okolicach teraźniejszego Libanu, Syrii i Izraela. Później zakotwiczyli tu Rzymianie. W 710 roku Tarif ibn Malik (Tarif syn Malika) zajął te okolice i od niego właśnie pochodzi nazwa miasta. Muzułmanie na kilkaset lat pozostali w tym miejscu budując w dziesiątym wieku zamek obronny, który przetrwał i możemy oglądać go do dziś. Dopiero w 1292 roku, Maurów skutecznie wygnał król Kastylii i Leónu Sanczo IV Odważny (Sancho IV el Bravo), jak oznajmia tablica pamiątkowa nad zabytkową bramą wjazdową do miasta.
Stare miasto składa się z wąskich i jeszcze węższych, uroczych uliczek, stojących przy nich białych, głównie jednopiętrowych domów, którym urody dodają balkony. Brukowane ulice z wąskimi chodnikami, na których zmieści się pół osoby, prowadzą w górę i w dół. Od czasu do czasu uliczki spotykają się razem na placach i placykach. Oczywiście można tu znaleźć mnóstwo wszelkiego rodzaju sklepików, od których zwiedzania bolą nogi i chudnie portfel. Dla ukojenia duszy i odpoczynku ciała można usadowić się w jednym z wielu barów, pubów, kawiarni czy restauracji. Snułem się tymi czarownymi uliczkami do czasu, kiedy nogi zaalarmowały mnie o wyczerpywaniu się ich baterii. Spacer odbywałem oczywiście w towarzystwie mojego roweru. Gdy okazało się, że na niektórych uliczkach jestem już drugi albo trzeci raz, nieoczekiwanie wyszedłem wprost na X-wieczny zamek-fortecę. Przed budowlą stoi pomnik siedzącego króla Sancho IV el Bravo, głaszczącego leżącego obok lwa.
Niedaleko zamku znajduje się wjazd do portu promowego i niezbyt wielkiej mariny. Dalej droga prowadzi na plażę. Można też przejść groblą na wyspę z pozostałościami umocnień i latarnią morską. Na grobli wiatr postanowił zasypać mnie piaskiem z plaży, więc zrezygnowałem z ciągłego przecierania oczu i wyjmowania z nich ziarenek. Wróciłem między budynki i z widokiem na ocean oraz brzeg Afryki zasiadłem do konsumpcji lodów. Sam nie mogę w to uwierzyć, ale to dopiero DRUGIE lody w podróży! Jako członek nieformalnej, aktualnie jednoosobowej grupy lodożerców, udzieliłem sobie zdecydowanej nagany i jednocześnie postanowiłem czynić wszelkie możliwe wysiłki, aby dokonać zdecydowanej poprawy w tym zakresie. Siedziałem jedząc lody na tarasie, pod parasolem i z widokiem na morze, odpoczywając, gdy nagle jakaś trąba powietrzna uniosła i przewróciła kilka stolików razem z parasolami. Obsługa zgrabnie i szybko przywróciła porządek i za chwilę mogłem kontynuować stan słodko-chłodnej nieważkości umysłu.
Nogi dały mi znać, że mogą ponownie mnie przemieszczać, więc dałem im się ponieść w bardziej odległe części miasta, aby porównać starą i nową zabudowę. Zaciekawiły mnie otwarte szeroko drzwi. To warsztat mechaniczny wyposażony w kilka różnych maszyn. Skojarzenie przyszło nadspodziewanie szybko. Poprosiłem jednego z mechaników o naostrzenie mojej finki, podstawowego narzędzia do przygotowywania pożywienia. Zarówno ja, jak i finka nie pamiętaliśmy, kiedy ostatnio miała kontakt z materiałem ściernym. Pan mechanik bez jednego słowa wziął nóż i udał się do szlifierki. Pokazał się snop iskier i po chwili wrócił oddając mi finkę. Na pytanie "cuanto cuesta", pan uśmiechnął się i wrócił do swojej pracy. Krzyknąłem "muchas gracias" i "adiós". Machnął ręką i było po sprawie.
Wiatr znów dał o sobie znać, wróciłem więc na promenadę, przy której w Petit Bistro zdecydowałem się zjeść zupę rybną. Tyle kilometrów jadę nad oceanem, który tutaj się kończy i pomiesza z Morzem Śródziemnym, a dopiero raz smakowałem jego dary. To był najwyższy czas do poprawienia tej statystyki. Jedzenie było rzeczywiście smakowite. Zrobiłem jeszcze zakupy spożywcze w supermercado i wróciłem na kemping. Wiatr niestety, złośliwie nie wiał tak jak się umówiliśmy wcześniej i musiałem pomagać rowerowi pedałując. Ale nie był to zbyt wielki wysiłek. Na kempingu licznik pokazał 1001 kilometrów!!! Hurra!!! Z tej okazji po raz pierwszy rozwiesiłem mój hamak. Hamak zabrałem w podróż w celu noclegowania na dziko, aby nie rozkładać namiotu. Do kompletu zakupiłem jeszcze do rozwieszenia nad hamakiem specjalny tarp, który może służyć za dach. To nieprzemakalna, lekka, ale mocna tkanina z wieloma odciągami i oczkami na brzegach do mocowania linek. Ma również swoje lekkie szpilki, bo tarp można też użyć, jako namiot bez podłogi. Hamak planowałem używać do odpoczynku w cieniu, podczas największych upałów. Ale jednocześnie musiałbym wstawać o świcie, aby nadrobić stracony podczas sjesty czas. Okazało się, że bardzo dobrze znoszę upały i cały misterny plan poszedł w zapomnienie.
Poszedłem jeszcze na plażę, aby sprawdzić warunki do ewentualnego plażowania, a może i do kąpieli, ale szalejący ciągle wiatr skłonił mnie do rezygnacji z tego planu. W kempingowym sklepiku znalazłem 100-gramowy kartusz z gazem. Ponieważ jest niewielki, kupiłem go jako rezerwę, ponieważ mój podstawowy pojemnik może za chwilę odmówić współpracy. Gotuję już na nim dwa tygodnie i ma prawo do zakończenia swojej kariery. Zajrzałem jeszcze do baru, aby podładować baterie w telefonie za pomocą prądu, a w organizmie za pomocą piwa. Poznałem Niemca, również podróżującego na rowerze, ale w przeciwną stronę. Teraz się okazało, jak bardzo potrzebuję rozmówcy. Całymi dniami nie mam okazji do rozmowy i mogę porozmawiać tylko sam ze sobą, ale taka konwersacja nie jest ani ciekawa, ani długotrwała. Bar niedługo zostanie zamknięty, a on jutro rano wyjeżdża. Staram się rozmawiać mieszając różne języki i nadrabiając dwa tygodnie milczenia. Wracając do namiotu ucieszyłem się, że zostanę tu jeszcze jeden dzień.
Wyspałem się chyba nawet na zapas. Krowy ryczały tuż za ogrodzeniem, kukułce chyba zacięła się płyta, a inne ptaki nie chciały być gorsze i dawały donośnie znać o swoim istnieniu. Nawet znalazł się, nie wiadomo skąd, piejący kogut. Zacząłem poważnie podejrzewać, że te wszystkie dźwięki są nagrane na taśmie i puszczane przez głośniki, jako atrakcja turystyczna. Pobudka jest zupełnie taka sama, jak na wielu moich spływach pontonowych rzekami naszego kraju. Tylko komary są jakieś inne. Nie gryzą tak samo jak nasze i nie reagują na traktowanie ich sprayem. Może potrzebują innych, silniejszych używek. Ale brzęczą tak samo.
W kempingowym sklepie nabyłem świeżą, cudownie chrupiącą bagietkę, mleko, masło i serek. To nareszcie moje ulubione śniadanie. Najczęściej, podczas tej podróży, jadam rano sardynki lub inne rybki w puszce, pieczywo, pomidory i majonez z tubki, jako smarowidło. Czasem rybki zastępuje żółty ser. Taki zestaw spokojnie wytrzymuje dłuższe przechowywanie w wysokich temperaturach i jeszcze noc w namiocie. Sklepik na polu namiotowym i świeże dostawy pieczywa to raczej wyjątek, a nie standard. Jak wykazały moje pomiary, pozbyłem się już czterech centymetrów w obwodzie (mam zwijaną miarkę krawiecką), ale wagi nie mam jak sprawdzić. Czuję, że istnieje realne niebezpieczeństwo jeszcze większego zmniejszenia brzusznego obwodu i wagi. Zapasy jeszcze jakieś są, ale muszę chyba opracować metody zapobiegające zbyt szybkiemu znikaniu mojego ciała, bo kto wówczas dojedzie do celu? Cień? Na starcie ważyłem 76 kilogramów, a mój skromny bębenek mierzył 96 centymetrów. Ciekawe, jak będą wyglądały wyniki pomiarów na finiszu.
Tysiąc przejechanych kilometrów skłania mnie do wykonania skrupulatnego przeglądu roweru i posmarowania łańcucha. Powinienem to zrobić teraz, zanim słońce odkręci całkowicie kurek z ciepłem. Wydaje się na pierwszy rzut oka, że wszystko w rowerze jest w porządku. Tylny bagażnik miał już przed wyjazdem pęknięty kawałek konstrukcji, ale srebrna, mocna taśma, która jest niezastąpiona w takich wypadkach, doskonale wykonuje zadanie spoiwa. Zamontowałem również uchwyt do telefonu na kierownicy. Może być potrzebny do podglądu mapy w trudnych momentach. Mój rower nazywa się Arrow Pacer. Ja nazywam go Zielona Strzała. Rama mojego roweru jest aluminiowa i pochodzi ze Szwajcarii. Tym rowerem jeżdżę już bardzo długo i jestem z niego bardzo zadowolony. Gotowy do jazdy waży 18,1 kilograma. Dodałem do niego jeszcze dwa bagażniki, nowe błotniki i dwa koszyki do bidonów. Przed samym wyjazdem wymieniłem też koła i opony na specjalnie wzmocnione. Z bagażami i wodą do picia rower waży 46 kilogramów. Rewelacyjnie przygotowany przez dwa serwisy powinien już sam dojechać do domu. Ale nie wiem, dlaczego nie chce.
Wyjście na plażę prowadzi przez murowaną bramę z napisem oznajmiającym, że ten kemping położony jest najbardziej na południe w Europie. Obok bramy stoi okrągła budowla stylizowana na wiatrak ze skrzydłami. Tuż obok, na białym murze, namalowane są postacie Don Kichota i Sancho Pansy, gotowych do walki z wiatrakami. Opowieść Cervantesa przetrwała już 400 lat, ale trzeba się dobrze rozglądać, czy poszukiwacze przygód i sławy nie pojawią się za chwilę na swoich typowych środkach lokomocji, czyli starej szkapie i osiołku. Tuż za bramą, kamienny most nad Río de la Jara prowadzi prosto na plażę. Tabliczka informuje, że w prawo to przestrzeń kitesurferów, a lewa strona przeznaczona jest do pływania. Rzeka wpływa do oceanu leniwie, rozlewając się szeroko. Jest płytko, więc woda została mocno nagrzana, a w rozlewiskach brodzą flamingi. Przezroczysty ocean i małe, spokojne fale to doskonałe otoczenie do wypoczynku i plażowania. Idąc plażą można dojść do widocznej z dala Tarify, a w przeciwną stronę nie widać jej końca. Nie zauważam żadnych chętnych do kąpieli, a plażujących też jest niewiele. Chyba zimna woda temu nie sprzyja, chociaż na pewno jest cieplejsza niż w naszym Bałtyku w pełni lata. Za kilka tygodni będzie już znacznie cieplejsza. Mimo że do końca maja trwa sezon średni i ceny na kempingach są niższe, turystów i urlopowiczów nie widać. Teraz cena noclegu wynosi około 10 euro. Od czerwca do września trwa sezon wysoki, więc ceny również znacznie wzrosną na całym wybrzeżu Morza Śródziemnego. Ale za to będzie cieplej, zarówno na plaży, jak i w wodzie. Wówczas ruszy całą parą wielka, turystyczna machina.
Moje plażowanie polega na przejściu wzdłuż plaży tyle, ile nogi pozwolą, odpocząć i wrócić. Uznałem, że poplażowałem sobie już dziś wystarczająco i wystarczająco długo wystawiałem moje ciało do poboru odpowiednich witamin ze słoneczności. Jest godzina 15 i 35 stopni ciepła. Skoczyłem jeszcze rowerem do supermercado w Tarifie po żywność i wróciłem na kemping. W lekko kołyszącym się w cieniu hamaku, zasnąłem. Obudził mnie wcale nie taki lekki głód. Puszka z marketu z jakimiś pulpetami, przygotowana na ciepło, zaspokoiła moją nagłą potrzebę doładowania kalorii. Pulpety były podejrzanie tanie i zacząłem się zastanawiać, czy nie pochodziły czasem z regałów żywności przeznaczonej dla zwierząt. Znam dwa sposoby na sprawdzenie moich podejrzeń. Albo zacznę miauczeć lub szczekać, albo przeczytam skrupulatnie opis i użyję do tego okularów. Podczas pośpiesznie wykonywanych zakupów nie zakładam okularów, ale zwracam uwagę na ogólne przeznaczenie półek i regałów. Zakupów nie traktuję, jako przyjemności, lecz jako coś niezbędnego dla mojego przeżycia i staram się wykonywać tę czynność najszybciej jak się da. Jedynym wyjątkiem, kiedy zwalniam tempo, są teraźniejsze upały, kiedy to market traktuję dodatkowo jako schładzacz. Na szczęście informacji o psach, ani o kotach nie znalazłem na puszce. Nie znalazłem również obrazków tych zwierząt, co - jak mi się wydaje - powinno być widoczne na pierwszy rzut oka. Szukałem w okolicznych sklepach również gazu pieprzowego, w nadziei na ewentualne noclegi na dziko. Codzienne kempingowe opłaty pomnożone przez liczbę pozostałych jeszcze do celu nocy, skłaniają mnie do poszukiwania oszczędności. Niestety, gazu nie znalazłem i nikt nie udzielił mi odpowiedzi lub chociażby wskazówek przybliżających mnie do zakupu. Szukałem też spirytusu, który czasem jest potrzebny, na przykład do odkażenia drobnych skaleczeń. Albo nie występuje on w Hiszpanii w sprzedaży, albo nie umiałem odpowiednio wytłumaczyć mojej potrzeby. W aptekach proponowano mi w ostateczności spirytus salicylowy. Nie odważyłem się na pokazanie znanego wszędzie ruchu ręki przy szyi. Ale czy na pewno byłbym dobrze zrozumiany?
Wykorzystałem ponownie hamak do regeneracji. Wrzuciłem na całkowity luz blues. Kiedy uznałem, że nadmiar lenistwa może spowodować rozregulowanie mojego organizmu, zmusiłem się do wykonania jakichkolwiek czynności. Zrobię przegląd mojej szafy. Powinna zawierać takie rzeczy jak polar, spodnie dresowe i przeciwdeszczowe, kurtkę przeciwdeszczową lekką, getry rowerowe, podkoszulkę termoaktywną z długimi rękawami, spodenki krótkie do jazdy w liczbie dwóch par, spodenki wyjściowe, T-shirty - dwie sztuki, koszulkę termoaktywną, bezrękawnik termoaktywny - dwie sztuki, żółtą kamizelkę ostrzegawczą, piżamę, gatki - dwie sztuki, kąpielówki, skarpety - trzy pary, czapkę z daszkiem - dwie sztuki, czapkę ciepłą zimową, komin, bandamkę, ręcznik zwykły, ręcznik z mikrofibry - dwie sztuki, adidasy, sandały, klapki i rękawiczki zimowe.
Wszystko, według mnie, jest potrzebne i przydatne. Oczywiście, dopiero na końcu podróży okaże się, czy to przekonanie się potwierdzi.
Kemping Río Jara
Tarifa
Afryka tuż, tuż
Kemping Río Jara
Wystartowałem 15 minut przed dziewiątą. Pełen energii, wypoczęty, z żalem opuszczam sympatyczny kemping Río Jara. Dziś będzie dla mnie wielki dzień. GIBRALTAR! Czekałem na ten dzień 50 lat! Dlaczego? Opowiem to w dużym skrócie. W czasach mojej młodości w szkole podstawowej uczyłem się języka rosyjskiego, jak wówczas większość moich rówieśników. Czytaliśmy obowiązkowo rosyjskie czasopismo dla dzieci pod tytułem "Murziłka". Jak tylko nauczyłem się jako tako posługiwać tym językiem, zapragnąłem kontaktów z dziećmi w moim wieku po wschodniej stronie naszej granicy. Poprosiłem redakcję tegoż czasopisma o wydrukowanie mojego adresu z prośbą o nawiązanie korespondencji. Niedługo później zostałem zasypany listami. Następnie napisałem do szkół podstawowych we wszystkich 15 republikach radzieckich. Nie znałem żadnego adresu, ale zmyślnie zaadresowałem listy i koperty do Szkoły Podstawowej nr 1 w każdej ze stolic. Dostałem następną falę listów. Byłem zachwycony i ledwo nadążałem z odpisywaniem. Wówczas nasz świat, krajów demokracji ludowej, był ograniczony. Mnie to ograniczenie zawsze uciskało. Postanowiłem rozszerzyć swoje zainteresowanie światem. Następnym czasopismem szkolnym była "Mozaika". Drukowana w języku rosyjskim, niemieckim, francuskim i angielskim. Powtórzyłem manewr z "Murziłki". Teraz korespondowałem już z dziećmi z NRD, Czechosłowacji, Węgier, Jugosławii, Bułgarii i Rumunii. Ostrołęcki listonosz chyba musiał nieźle kląć, a moja skrzynka pocztowa często się nie domykała. Dużą część wolnego czasu poświęcałem na pisanie listów. W szkole średniej uczyłem się już języka niemieckiego, kupiłem sobie również słowniki języka angielskiego i francuskiego. Różnymi sposobami rozszerzałem swój świat, nie ruszając się z miejsca. Otrzymywałem listy, widokówki i różne przesyłki z Francji, Szwecji, Kanady, Kuby, Mongolii, Australii, Hong Kongu i Tahiti. Docierały do mnie listy nawet bez dokładnego adresu. Niektórzy, bardziej roztargnieni, umieszczali na kopercie tylko miasto oraz moje nazwisko i imię. Zacząłem pisać do redakcji różnych gazet i instytucji. Perełką mojego hobby stało się wysyłanie listów do koronowanych głów z całego świata. Do dziś przechowuję korespondencję i zdjęcia, często z autografami, od króla Norwegii, królowej Holandii, z Pałacu Buckingham, księcia Luksemburga i Liechtensteinu. Najcenniejsze dla mnie są te z Monako, ze zdjęciem całej rodziny Grimaldich, autografem nieżyjącej już księżniczki Grace Kelly i małym księciem Albertem II, aktualnie panującym. Starałem się pisać w językach, które znałem tylko powierzchownie, czyli oprócz rosyjskiego i niemieckiego w czeskim, angielskim i francuskim. Któregoś dnia przyszła widokówka z GIBRALTARU. Ten widok na wiele lat trwałe zapadł mi w pamięć. Widokówka była śliczna i bardzo kolorowa. I tak pamiętam ją do tej pory. Nigdy nie wątpiłem, że kiedyś zobaczę ten widok na własne oczy. Dziś podążam ZREALIZOWAĆ MARZENIE! Wynika z tego, że trzeba trwać przy swoich marzeniach. Trwać niezmiennie i niezłomnie, bez względu na upływ czasu. Jestem tego żywym potwierdzeniem. Trzeba swoje marzenia przechowywać i pielęgnować w głowie, czy też w sercu i dążyć do ich realizacji. Wówczas one NIE mają szans, aby się NIE zrealizować!
Za Tarifą zaczęły się uciążliwe wzniesienia. Chyba są dokuczliwe również dla samochodów, bo co jakiś czas dwa pasy ruchu zmieniają się w trzy, w tym dwa pod górkę. Mój licznik wskazuje wysokości nad poziomem morza między 50 a 340 metrów. Nie ma nawet kawałka drogi po płaskim terenie. Przy takim falowaniu moja średnia prędkość zmniejsza się do minimum. Jak wynika z ukształtowania terenu, tak będzie chyba aż do końca dzisiejszego etapu. Na zboczach górek i na ich szczytach kręcą się skrzydła energetycznych wiatraków. Czysta energia płynie do potrzebującej jej coraz bardziej naszej cywilizacji. Każdą nową, pojawiającą się na horyzoncie górkę porównuję do zarysów Skały Gibraltarskiej. Poznam czy nie? Ciekawe z ilu kilometrów ją widać? Z prawej strony mam widok na Cieśninę Gibraltarską i na wybrzeże Afryki. Na jednym ze zjazdów osiągam prędkość 53 km/godz. Za chwilę znów wspinam się pod górę. W pewnej chwili zatrzymuję się na jakimś szczycie, w szutrowej zatoczce, aby trochę odpocząć. Postawiłem rower i spojrzałem w stronę oceanu. Patrzę i niedowierzam swoim oczom. Nareszcie jest! Poznałem JĄ natychmiast! Skała Gibraltarska w całej okazałości na horyzoncie! Ciarki przeszły mi po plecach. Do Algeciras, dużego miasta i portu przed Gibraltarem mam osiem kilometrów, a do celu w linii prostej będzie około 15. Już niedaleko! Niestety, na moich mapach nie znalazłem możliwości dojazdu oraz przejechania rowerem przez dwie rzeki. Prowadzą przez nie tylko drogi szybkiego ruchu. W okolicy Gibraltaru są co najmniej trzy duże miasta, takie jak Algeciras, San Roque, La Línea de la Concepción i jeszcze kilka mniejszych. To powoduje znaczne zwiększenie ruchu samochodowego. Postanowiłem dla bezpieczeństwa objechać całą aglomerację. Ciężkie doświadczenie z okolic Kadyksu utwierdziło mnie w tym wyborze. Na każdym zjeździe coraz wyraźniej widzę Gibraltar, a wewnątrz mnie odbywa się coś dziwnego. Rozpiera mnie radość, duma i wzruszenie. Chyba będzie cud, jeśli nie wybuchnę! Skręcam na rondzie rozpoczynając objazd. Muszę jechać uważnie, aby nie oddalić się zbytnio od morza, nie wjechać w góry i nie nadrabiać niepotrzebnie kilometrów. Droga CA-P-2311, wije się wśród pól, wiedzie obok wielkiego więzienia, później drogą CA-9209 przemierzam miejscowości Los Barrios i San Roque. W końcu za rondem ozdobionym kolorową łodzią, znalazłem się nad samym brzegiem oceanu. MOJA skała jest już całkiem duża. Udało mi się nie pogubić na wielu skrzyżowaniach i rozjazdach, które nie były łatwe i często musiałem sprawdzać w telefonie, czy jadę w dobrym kierunku. Teraz już wystarczy trzymać się brzegu i na pewno dojadę do celu. Widać olbrzymie kotwicowisko dla statków czekających na rozładunek. Przejeżdżam pod wieloma, różnymi rurociągami do przeładunku materiałów płynnych. Cała okolica to wielka infrastruktura portowa. Algeciras jest portem o dużym ruchu statków, a Cieśnina Gibraltarska doskonale chroni miasto przed wiatrem i falami. Chyba niewielu turystów tu zagląda. Szczególnie urodziwy jest przejazd kamiennym, wysokim, wąskim i jednokierunkowym mostem nad kanałem. Ruch kieruje sygnalizator świetlny. Trzeba się spieszyć, bo światła szybko się zmieniają, a podjazd po wielkich kamieniach i pod dużym nachyleniem nie ułatwia jazdy. Skończyła się pozaturystyczna trasa. Wyjechałem na czteropasmową drogę, z szerokim deptakiem wzdłuż brzegu, prowadzącą prosto do celu. Moje napięcie wzrosło tak bardzo, że mijaną obok marinę ledwo odnotowałem wzrokiem. Na okazałym rondzie widzę już kierunek do Gibraltaru. Skręcam w prawo, schodzę z roweru i przeprowadzam go przez granicę. Policjant obejrzał mój dowód osobisty i znalazłem się na terytorium zamorskim Wielkiej Brytanii! Wzruszenie wyciskało mi łzy z oczu, a gardło zaciskało się samo.
To drugi z pięciu punktów zaplanowanych do obowiązkowego odwiedzenia. Pierwszym było Cabo da Roca. Wchodzę na pas startowy lotniska, który trzeba przeciąć, aby dostać się do miasta. Ruch pieszy i kołowy zamykany jest na moment lądowania i startu samolotów. Pas znajduje się tylko pięć metrów nad poziomem morza i biegnie w poprzek półwyspu od Cieśniny Gibraltarskiej do wód Morza Śródziemnego, a jego długość nie przekracza dwóch kilometrów. Gibraltar ma około pięciu kilometrów długości i dwa kilometry szerokości. W odróżnieniu od Wysp Brytyjskich, ruch kołowy jest prawostronny, policja jednak ma takie same ubranka jak ich koledzy w Londynie. Terytorium zajmuje powierzchnię zaledwie 6,5 kilometra kwadratowego. Wodę dla 30 tysięcy mieszkańców zdobywa się w 90 procentach z odsalania wody morskiej. Pozostałe 10 procent jest transportowane z zewnątrz. Z powodów militarnych i bezpieczeństwa woda na Gibraltarze nie ma połączenia z wodociągiem hiszpańskim. Unijne rejestracje pojazdów oznakowane są literami GBZ. W Polsce zobaczenie takiej rejestracji to rzadkość. Brak VAT-u i niskie podatki stworzyły dobry klimat dla firm bukmacherskich i gier w systemie on-line. Oficjalną walutą jest funt gibraltarski, ale w znakomitej większości placówek można płacić w euro.
Najwyższy punkt Gibraltaru ma 426 metrów n.p.m. Większość wysokiej skały zajmuje park narodowy, w którym żyją jedyne w Europie małpy na wolności - magoty gibraltarskie. Ja ograniczyłem się do zwiedzania niższego poziomu i objazdu półwyspu dookoła. Z nieznanego mi powodu drogi Gibraltaru nie są ujęte w całości na mapie GPS. Możliwe, że chodzi o sprawy związane z obronnością. Zwiedzam więc całe terytorium na czuja. Idąc na południe odkrywam piękną, ekskluzywną marinę. Trochę dalej wchodzę do centrum, na duży plac Grand Casemates Square, pełen restauracji, barów, sklepów i różnych atrakcji dla turystów. Oglądam kuglarza, który w zastygłej pozycji, bez żadnej podpory, wisi nad ziemią tuż za swoim motocyklem. Takie sztuczki można oglądać i u nas. Na rynku w Krakowie widziałem kiedyś osobę lewitującą w pozycji siedzącej z założonymi nogami. Tu, na placu, spaceruje mnóstwo turystów. Słychać wiele obcych języków. Nacieszyłem widokami oczy i ruszam dalej. Zatrzymuję się przed wjazdem do tunelu. Tuneli wykutych w skale jest tu prawie 50 kilometrów. Czytam przed wjazdem wszystkie informacje dotyczące ruchu tunelowego, uruchamiam oświetlenie roweru, zakładam żółtą kamizelkę i ruszam w ciemność. Dopiero po chwili oczy ponownie działają. Tunel ma kilkaset metrów i po przeczekaniu oślepienia słońcem dojeżdżam na koniec cypla. Najciekawszy jest widok na Cieśninę Gibraltarską i Afrykę. Można patrzeć bez końca. Majestatycznie przepływają tędy statki, okręty, promy, jachty i różne inne jednostki pływające, chcące przedostać się na Ocean Atlantycki lub w przeciwnym kierunku, na Morze Śródziemne. Trzeba zdać sobie sprawę, że odbywa się tu również ruch podwodny. To jedna z dwóch dróg wodnych prowadząca poza Morze Śródziemne. Druga to Kanał Sueski. Na cyplu znajduje się latarnia morska, która jest znakiem nawigacyjnym dla wszystkich przepływających jednostek. Jest również meczet wybudowany przez króla Arabii Saudyjskiej w 1997 roku, olbrzymia stutonowa armata i pomnik upamiętniający tragiczną katastrofę gibraltarską w 1943 roku. Samolot, którym leciał generał Władysław Sikorski, premier Rządu RP na Uchodźstwie i Naczelny Wódz Polskich Sił Zbrojnych, spadł do morza niedługo po starcie z lotniska w Gibraltarze. Okoliczności tej tragedii do dziś są kontrowersyjne, bo niewyjaśnione. Nakręciłem krótki film, zrobiłem pamiątkowe zdjęcia i zjadłem lody w restauracji, która znajduje się w części Gibraltaru, nazwanej Europa Point. W pełni zadowolony ruszam z powrotem, w przeciwną stroną półwyspu. Ponownie przejeżdżam tunelem. Ale już innym. Jest dużo dłuższy niż poprzedni. W skałach znajdują się też jaskinie. Niektóre są naturalne, inne zostały wykute przez człowieka. Z uwagi na strategiczne położenie Gibraltaru, były wykuwane głównie dla celów militarnych. W naturalnych jaskiniach odnaleziono ślady ostatnich neandertalczyków. Trwali tu jeszcze w czasach, kiedy homo sapiens rozprzestrzeniał się już po świecie.
Przebywałem w Gibraltarze około czterech, pięciu godzin i przejechałem całe 12 kilometrów. Jestem ponownie na granicy z Hiszpanią, ale czuję jakiś niedosyt. Na pewno byłem za krótko, powinienem jeszcze pojechać na szczyt i zwiedzić jaskinie. Nie mogłem tego wykonać z powodu ograniczenia czasowego i przywiązania do mojego roweru. To jest następne miejsce po Lizbonie i Kadyksie, które powinienem kiedyś jeszcze raz odwiedzić. Dopiszę Gibraltar do mojej specjalnej listy.
Już po hiszpańskiej stronie siadam w McDonaldzie, w celu posilenia się w miejscu, z którego widzę całą Skałę Gibraltarską. Po godzinie odjeżdżam w poszukiwaniu noclegu. O 19 stawiam już namiot na gliniastej ziemi, między ścieżkami wędrujących mrówek. Umówiłem się z nimi, że nie będziemy dziś sobie wzajemnie przeszkadzać i że miejsca wystarczy dla wszystkich. Od granicy przejechałem zaledwie pięć kilometrów. Na kempingu o nazwie Sur Europa w La Línea de la Concepción, zimne piwo sprzedawał portier. Całe szczęście, bo nie ma tu żadnego sklepu. W budynku portierni jest też pomieszczenie z kilkoma stolikami. Poznałem tu sympatyczną parę Szwajcarów, Rogera i Priskę, podróżujących po Europie samochodem. Oni i ja byliśmy zdziwieni dużą liczbą kotów przebywających w portierni. Można przypuszczać, że to sprawka samego portiera. Może nocny dyżur łatwiej spędzać w ich towarzystwie?
Kilka namiotów obok, dosyć spokojnie pakuje się jakiś rowerzysta. Te poczynania kręci kamerą jego znajomy, Pakistańczyk. Okazuje się, że wcześnie rano musi stawić się na gibraltarskim lotnisku i dotrzeć do Londynu. Ponieważ jest bardzo zajęty, nie udaje się mi uzyskać więcej informacji, ani podzielić doświadczeniami. Przekazując moją wizytówkę liczę na kontakt w późniejszym terminie. Otrzymuję w prezencie niepotrzebny mu już spray na tutejsze komary. Może będzie bardziej skuteczny? Na całym polu namiotowym zabronione jest używanie gazu. Do przygotowania i spożywania posiłków wyznaczono oddzielne pomieszczenie. Jest wyposażone w umywalkę, stół i szafki. Na pewno mrówki mają duży kłopot w poszukiwaniu okruchów żywności przy namiotach. Może dlatego tak łatwo zawarły ze mną porozumienie. Około 23 zasunąłem zamek namiotu i jakiś czas później, pełen wrażeń i z miłym uczuciem spełnienia jednego z marzeń z młodzieńczych lat, usnąłem.
Dziś jest Boże Ciało. W całej Hiszpanii to święto jest dniem pracy, za wyjątkiem stolicy. Ale procesje i świętowanie odbywa się wszędzie. Wyruszyłem jadąc na skróty drogami gruntowymi, między gospodarstwami. W zasadzie powinienem wrócić do miasta, aby się nie pogubić w tych skomplikowanych skrótach. Ale bardzo nie lubię wracać drogą, którą już raz przemierzyłem. Zadanie na razie jest dosyć proste. Mam trafić na drogę wiodącą do Malagi. Na razie wyjechałem na dwupasmową autovíę. Trochę się wystraszyłem, ale nigdzie nie widzę zakazu wjazdu dla rowerów. Innej drogi nie ma, więc jadę dalej w obranym kierunku. Asfalt wije się pod górę i ma nachylenie sześciu procent. To dla mnie bardzo dużo. Muszę mocno naciskać na pedały. Znak drogowy informuje, że ten podjazd potrwa jeden kilometr. Czekam na zakończenie tej mordęgi, ale nieco dalej, zamiast oczekiwanej ulgi, jest jeszcze gorzej, bo już osiem procent. Na szczęście tylko przez 500 metrów. Zapowiada się chyba ciężki dzień. Słońce mimo wczesnej pory już mocno daje się we znaki. Znak zakazu ruchu rowerem jednak czekał na mnie nieco dalej. Równolegle do Autovía del Mediterráneo biegnie droga serwisowa (vía de servicio). To ona właśnie jest przeznaczona dla mnie. Wspomniana Autostrada Śródziemnomorska prowadzi od Algeciras, czyli od początku aż do Barcelony, przez 1329 kilometrów. Taka długość robi wrażenie. Często będę się poruszał w jej pobliżu. Krajobraz jest coraz bardziej górzysty i muszę mozolnie i długo wspinać się na kolejne górki. Odwrotnie jest ze zjazdami. Trwają bardzo krótko i często z prędkością przekraczającą 50 km/godz. I tak niezmiennie, mocno umordowany, pokonuję jedną górkę za drugą. Mam za to w nagrodę, super malowniczy widok na biegnącą tuż obok autostradę. Moja droga serwisowa zmienia teraz nazwę na N-340. Odbywa się nią cały ruch miejscowy i jednocześnie jest to trasa autobusowa.
Aby przekroczyć niewielką, 80-kilometrowej długości rzekę Río Guadiaro, muszę pojechać na inny most, oddalony od głównego o około dwa kilometry. Ten, na który teraz prowadzi mnie droga, przeznaczony jest tylko dla pojazdów dużo szybszych od mojego. Po tym objeździe dojeżdżam do drogi A-7, prowadzącej blisko morza. Mogę z niej obserwować plażę i falujące morze. Czasem droga pnie się wysoko pod górę, niebezpiecznie zbliżając się do krawędzi urwiska. Wówczas zbocze dodatkowo jest zabezpieczone mocnym płotem.
Od Gibraltaru rozpoczyna się Wybrzeże Słońca, czyli bardzo znane Costa del Sol. Na jednym ze wzniesień zatrzymuję się na łyk wody i krótki odpoczynek. Za plecami dosyć wyraźnie widzę jeszcze cały Gibraltar. Żegnam się z tym widokiem chyba już na stałe i ruszam dalej. Jezdnie w obu kierunkach są teraz najczęściej dwupasmowe, oddzielone od siebie betonowymi klockami. Tam, gdzie znajduje się wiele zabudowań, nad jezdniami zbudowano kładki dla pieszych, często z łagodnymi podjazdami dla wózków i rowerów. Brzeg morza jest coraz gęściej zabudowany hotelami, apartamentowcami, różnymi budynkami mieszkalnymi i restauracjami. Za miastem Manilva ruch samochodów znacznie się zwiększył. Co jakiś czas przejeżdżam przez ciekawie zagospodarowane ronda. Nie jestem w stanie ich policzyć. Przy braku sygnalizacji świetlnej i skierowaniu pieszych na kładki, ruch na jezdni odbywa się bardzo płynnie i bezpiecznie. Przez Esteponę, znany kurort, jadę tuż przy szerokiej plaży. Z lewej strony ulicy stoją wysokie budynki hoteli i liczne restauracje, z prawej szeroki deptak, a tuż za nim jest już plaża. Po obu stronach drogi rosną różne drzewa, w tym oczywiście palmy. Przy niskim murze oddzielającym plażę od chodnika, co kilkanaście metrów ustawione są ławki. Wszystkie kolejno mijane miasta mają swój własny, niepowtarzalny urok i ciężko byłoby wybrać najlepsze miejsce do wczasowania.
Ponownie jestem na Autovíi del Mediterráneo, którą teraz dla odmiany mogę jechać, i która będzie łączyć kolejne znane kurorty Costa del Sol. Pod tą nazwą wybrzeże ciągnie się przez 180 kilometrów. Mijam Kempinski Hotel Bahía, więc jest i miły, polski akcent. To jeden z kilkudziesięciu luksusowych hoteli rozsianych po całym świecie. Ruch samochodów zwiększył się jeszcze bardziej i teraz jest prawie ciągły. Temperatura powietrza sięga już 35 stopni. Oj, będzie ciepło! Patrzę coraz częściej w lusterko wsteczne, a olbrzymi hałas przejeżdżających samochodów atakuje moje uszy bez pardonu. Staram się jechać bardzo ostrożnie, bo część jezdni, po której mogę się poruszać jest bardzo wąska. Niektóre samochody mijają mnie tak blisko, że powiew powietrza chwieje całym rowerem. Wydaje się, że któreś auto za chwilę uderzy mnie w łokieć. Muszę też uważać, aby nie zahaczyć pedałem czy bagażem o barierki, bo to mogłoby skończyć się tragicznie. Zjeżdżam na chwilę z drogi, aby złapać oddech i odpocząć. Wpychając rower pod wyjątkowo wysoki krawężnik uderzyłem się nieszczęśliwie pedałem w kolano. Tak mocno, że krew zaczęła ciec ciurkiem. Mogę dużo znieść, ale na pewno nie widoku MOJEJ własnej krwi. Gdybym nie był sam, na pewno zemdlałbym natychmiast. Ponieważ organizm zauważył, że nie ma mi kto pomóc, z pewnością zablokował możliwość takiej reakcji. Nareszcie ucieszyła się moja apteczka, bo mogła ujrzeć piękne, hiszpańskie wybrzeże, a nie siedzieć i dusić się w sakwie. Wykonałem podstawowe czynności medyczno-ratownicze. Teraz dopiero mogłem sobie odpocząć. Za Marbellą skręcam do Puerto Banús. To jest dla mnie miejsce bardzo szczególne.
Kilka lat wcześniej zapisałem się na morski rejs z Benalmádeny, pięknej mariny położonej niedaleko Malagi. 15-metrowy jacht wystartował już tydzień wcześniej z Balearów, razem z drugim, takiej samej wielkości. W Benalmádenie uzupełniano zapasy i częściowo wymieniano załogę. Dalsza trasa wiodła przez Ceutę, hiszpańską enklawę w Afryce i Maderę, aby po dalszych dwóch tygodniach zakotwiczyć na Teneryfie. W całej wyprawie uczestniczyła moja córka Asia, a ja namówiłem mojego przyjaciela Mirka na dwutygodniowy rejs oceaniczny. Mirek po raz pierwszy w życiu znalazł się na morskim jachcie. Płynęliśmy na zachód, wzdłuż wybrzeża Hiszpanii. Na drugim jachcie silnik nagle odmówił posłuszeństwa. Mimo wielu prób, nie udało się go uruchomić. Bez sprawnego silnika nie można dalej płynąć, szczególnie w tak długą trasę. Prąd i wiatr spychał niesprawny jacht w kierunku lądu, a fala niebezpiecznie rosła. Trzeba było zawinąć do najbliższego portu i wezwać na pomoc firmę czarterową. Skierowaliśmy się właśnie do Puerto Banús. Próby podania holu na morzu i jego podjęcia trwały bardzo długo. Okazało się to bardzo trudnym zadaniem. Falowanie, wiatr i wysokie burty uniemożliwiały połączenie obu jachtów. Do tego radio podało tragiczny komunikat o żeglarzach potrzebujących natychmiastowej pomocy w niedalekiej Cieśninie Gibraltarskiej. Powodem była właśnie bardzo zła pogoda. W końcu udało się nam połączyć ze sobą i dopłynąć późną nocą do mariny. Tu spędziliśmy już spokojnie dzień 1 listopada, zapalając za pamięć zmarłych lampki w kaplicy usytuowanej przy wejściu do portu. Wymiana zepsutego silnika miała nastąpić dopiero za kilka dni, więc w dalszą podróż popłynęliśmy sami, zostawiając pechową załogę w marinie. Ale to nie koniec przygody. Ceuta okazała się pięknym, egzotycznym, afrykańskim miastem. Po krótkim odpoczynku nocą pokonaliśmy Cieśninę Gibraltarską. Tuż przed Maderą, jeden z członków załogi miał objawy zawału serca. Wezwaliśmy ratowniczą, portugalską anacondę, która podjęła chorego, umieszczonego na pływających noszach, prosto z morza. Wszyscy będziemy pamiętać tą spektakularną akcję. Dopłynęliśmy nocą do Funchal. Kolegę odebraliśmy ze szpitala następnego dnia. Powodem nieszczęścia nie był zawał, lecz kłopoty gastryczne. Na poprawienie nastrojów w dalszej drodze na Wyspy Kanaryjskie, debiutant Mirek przy sporym przechyle jachtu, upiekł najpyszniejszą pizzę świata. W tej sytuacji nie mogłem sobie pozwolić na przejazd rowerem tuż obok Puerto Banús bez zatrzymania. No i bez zaliczenia tutejszych lodów!
Dużym problemem okazał się wyjazd z tegoż kurortu. Oznakowanie oceniam na duży minus. Dużo łatwiej jest wjechać do centrum miasta niż z niego wyjechać. Niestety, drogi są jednokierunkowe, więc nie mogłem wrócić tak samo jak wjechałem. Z brakiem wyraźnych informacji dla rowerzystów w tej części wybrzeża spotykam się coraz częściej. W końcu jakoś mi się udało, chociaż nie umiałbym opisać tego wyjazdu innym rowerzystom. Zgrzałem się przy tym okropnie i jak tylko zobaczyłem Lidla, zatrzymałem się natychmiast, aby skorzystać z klimatyzacji i możliwości zrobienia zakupów. Jadę nadal blisko morza, więc widoki są oszałamiające. Czasem morze oddala się, ale za chwilę ponownie wraca. Tablice informacyjne podają, że oprócz przejazdu Costa del Sol, jednocześnie podróżuję przez Costa del Golf. Takie wybrzeże w wybrzeżu. Rzeczywiście reklamy co chwilę zapraszają do klubów golfowych. No cóż, na razie nie skorzystam.
W Benalmádenie pytam policjanta stojącego przy drodze o najbliższy kemping. Twierdzi, że ma być niebawem i jest dobrze oznakowany. Ucieszyłem się, bo byłem prawie na planowanym dziś miejscu postoju, a zmęczenie i upał dawały się już mocno we znaki. Jadę dosyć wolno, rozglądam się uważnie i nie widzę żadnej informacji. Może przeoczyłem? Jestem już w następnym mieście, Maladze. I też nic. Trochę już skręca mnie z głodu. Ratuję się cukierkami i gumą do żucia. Malaga dawno już za plecami, a kempingu jak nie było, tak nie ma. Jadę główną, nadmorską drogą, więc muszę natknąć się właśnie tutaj na propozycje noclegowe. Nagle zrobiło się ciemno. Słońce sobie po prostu zaszło. Między dwoma kolejnymi miejscowościami nie ma żadnego oświetlenia. Jadę zupełnie po ciemku. Moje rowerowe minilampki dają jedynie światło ostrzegawcze. Z daleka widać jakieś latarnie. Jadę w tym kierunku, ale bardzo wolno i ostrożnie. Kiedyś wpadłem właśnie po ciemku w dziurę i zrobiłem salto przez kierownicę. Do dziś mam problemy ruchowe po zerwaniu więzozrostu barkowo-obojczykowego. Pamiętając to zdarzenie z ulgą dojeżdżam do następnego miasteczka. Jestem już lekko zrezygnowany. Czyżby czekała mnie nocna jazda? Siadam na pierwszej spotkanej ławce i robię kanapkę z lidlowych zakupów. Bułka, majonez, bekon i cola doprowadziły mnie do stanu dalszej używalności. Jestem tuż przy plaży, może prześpię się tutaj i skoro świt wyruszę dalej? Może nikt mnie nie zauważy? Targają mną różne myśli. Na liczniku mam już 145 kilometrów. Jestem lekko wyeksploatowany i chętnie zakończyłbym ten męczący dzień. Ruchu samochodów prawie nie ma. Wszyscy poszli już spać. Słyszę szum fal. Jadę jednak dalej. Wjeżdżam do miejscowości Torre del Mar. Tuż za tabliczką z nazwą miasta jest drogowskaz kierujący na kemping. Hurra! Jestem na miejscu o północy. Za mną 151 kilometrów! Namiot stawiam prawie na śpiąco i po powierzchownym potraktowaniu ciała wodą, padam na materac. Poczułem, że przyciąganie ziemskie nagle zwiększyło się kilkakrotnie. Niech żyje dobra, policyjna informacja.
Gibraltar na widnokręgu
Latarnia morska na Gibraltarze
Zmyślne ozdoby rond i parków
Costa del Sol
Po nocnej jeździe spałem aż do 7.30. Wszystko podążało dziś bardzo wolnym trybem. Trochę czasu zajęło mi rano wysyłanie zdjęć i wiadomości z dnia poprzedniego. Moja córka Asia założyła na początku wyprawy stronę internetową na portalu społecznościowym pod tytułem "Rowerowy Tata", aby moi znajomi i najbliżsi mogli wirtualnie uczestniczyć w mojej wyprawie i otrzymywać najświeższe wiadomości. Niedługo później córka Ewy, Paulina i jej narzeczony wynaleźli jeszcze łatwiejszy sposób komunikowania się i powstała inna strona, z której aktualnie korzystam. Przyznam się, że nie znam się na tym i dlatego całkowicie zdałem się na młodych, internetowych specjalistów. Strona na Facebooku pod nazwą "Rower, Fred i 5000 km" oraz pokazujące się na niej polubienia, posty czy powiadomienia miały olbrzymi, pozytywny wpływ na całą wyprawę. Czułem to wsparcie podczas jazdy, szczególnie w chwilach, kiedy było mi potrzebne najbardziej. Tam, gdzie był dostęp do internetu i jeśli miałem jeszcze siłę, przesyłałem do Ewy, czyli do jednoosobowego centrum dowodzenia wszystkie informacje i zdjęcia z całego dnia lub czasem z kilku dni. Ewa następnie te wiadomości przetwarzała i umieszczała na mojej internetowej stronie. W ten sposób zainteresowani mogli śledzić moje postępy na bieżąco.
Początkowo jadę przez kolejne kurorty, ale może mniej znane. Drogi są nadal obsadzone palmami, morze mam w zasięgu wzroku, a miejscami od słonej wody dzieli mnie zaledwie 10 metrów. Wiedzie mnie moja podstawowa teraz, krajowa droga o nazwie N-340. Z lewej strony często mam skały o wysokości kilkunastu, a czasem kilkudziesięciu metrów. N-340 jest dziś dużo węższa, bo po jednym pasie ruchu w każdą stronę, przedzielonych białą linią. Ronda oczywiście są nadal w dużej ilości, z różnymi ciekawymi konstrukcjami, zadbane, wypielęgnowane i przemyślnie ozdobione. W większości są to miniogrody botaniczne i wszystkie wyglądają jakby brały udział w konkursach piękności, atrakcyjności, podziwu i zachwytu. Czego one nie mają: antyczne amfory, różniste pomniki, duże latarnie morskie, zegary słoneczne, kolorowe łódki, żaglówki, stare kutry, rzeźby koni, słoni i jeszcze mnóstwo innych pomysłów. Mam wrażenie, że w Portugalii i w Hiszpanii istnieją specjalne Ministerstwa do spraw Rond. One chyba nimi zarządzają, organizują wystrój i pilnują, aby nie było dwóch takich samych. Ronda bardzo urozmaicają moją jazdę i ułatwiają bezpieczny przejazd. Droga nie może albo nie chce się ustatkować i ciągle każe mi się wspinać tylko po to, aby za chwilę opaść do poziomu morza. Często pojawiają się dużych rozmiarów szklarnie, ale nie są pokryte szkłem, tylko specjalną przewiewną tkaniną. Nie jest przezroczysta i nie widzę, co rośnie wewnątrz. Na pewno są to warzywa i owoce potrzebne do wyżywienia rodaków i dużej części Europy.
Wyschnięte rzeki nie toczą ani odrobiny wody do morza, ale ich koryta odprowadzą wodę deszczową wówczas, jeśli zajdzie taka potrzeba. Mijam około 20-tysięczne miasta Torrox i Nerja. Nerja znana jest z wielu kilometrów jaskiń do zwiedzania. Znajdują się tu prehistoryczne malowidła i najdłuższy na świecie stalaktyt. Ma aż 63 metry! W oddali widzę góry o wysokości 500-600 metrów n.p.m. To Sierra de Tejeda. Najwyższy szczyt tego pasma górskiego ma 2066 metrów n.p.m. Ja wjeżdżam na jakieś 100 do 220 metrów i zjeżdżam do poziomu kilku metrów nad morzem. Czyli mam dalszy ciąg drogowego falowania, a przerzutki pracują na najwyższych obrotach. Mijane doliny wykorzystane są na przeróżne uprawy. Zerkam na termometr. Ciepełko wzrasta do 33 stopni. Wjazdy są coraz trudniejsze i męczące, a zjazd, chociaż błyskawiczny, powoduje miłe, chwilowe schłodzenie nagrzanego ciała. Na te zjazdy założyłem bezbarwne, przeciwpyłowe okulary, ponieważ kilkakrotnie przy prędkości 60 km/godz. moje oczy spotkały się z jakimiś owadami. Takie spotkanie jest ani przyjemne, ani bezpieczne. Mijam specjalny, czerwony słupek drogowy powiadamiający, że drogą N-340 jadę już 300 kilometrów. Między górami, na wysokości kilkudziesięciu metrów, olbrzymie filary podtrzymują jezdnie autostrady A-7. Moja droga krzyżuje się kilkakrotnie między tymi filarami, a widok zawieszonej nad głową autostrady jest fascynujący. Czasem autostrada wbija się w zbocze góry i tunelem wyskakuje po drugiej stronie. Jadąc tuż przy barierkach, co jakiś czas widzę z wysokiego klifu, ograniczone skałami, malownicze miniplaże. Wjeżdżam już do prowincji Grenada. Wciąż jestem wysoko i następną górę pokonuję moim pierwszym w Hiszpanii, 650-metrowym tunelem. Przed wjazdem włączam oświetlenie i zakładam żółtą kamizelkę. Wewnątrz tunelu jest miły chłód, ale ze strachu, żeby nikt mnie nie potrącił, chcę jak najszybciej wyjechać na światło dzienne. Za kilka kilometrów czeka mnie następny, tym razem 270-metrowy tunel. "Zona de curvas" ostrzega przed niebezpiecznymi zakrętami. Ostatni z serii tunel to w zasadzie tylko 40-metrowa miniaturka. Dalej wspinam się coraz wyżej. Cień mogę złapać tylko przy niektórych ścianach skalnych. Jest gorąco jak w piekle. Coraz częściej muszę przerywać jazdę, odpoczywać, chłodzić się w cieniu i pić wodę. Te wspinaczki i serpentyny nie chcą się skończyć. Ledwo łapię powietrze, a pod niektóre górki muszę wręcz rower prowadzić. Brakuje mi już przełożeń na przerzutkach. Nawet stawanie na pedałach nie pomaga. Jest tylko jedna, wielka udręka.
Ciekawie rozwiązane lewoskręty na drogach Portugalii i Hiszpanii widziałem pierwszy raz w życiu. Są bezpieczne i nie zatrzymują ruchu. Jeśli chcę skręcić w lewo, zjeżdżam z jezdni najpierw skośnie w prawo, zakręcam mocno w lewo, czasem za małą wysepką. Jestem teraz pod kątem prostym do drogi, z której zjechałem. Mam doskonałą widoczność, zarówno w lewo, jak i w prawo. Nikomu nie przeszkadzam i nie powoduję zatoru. Niesamowicie proste. Jeśli taka sytuacja dzieje się w mieście, dodatkowo sygnalizator świetlny reguluje ruch.
Przejeżdżam jeszcze jeden, 170-metrowy tunel. Każdy tunel ma swoją nazwę. Podana jest również jego długość. Jest już po 20 i mam na dziś dosyć jazdy, szczególnie po wczorajszym, 151- kilometrowym rekordzie. W miejscowości Carchuna pytam o kemping. Otrzymuję prostą wskazówkę, aby jechać w kierunku plaży i tam dopytać o szczegóły. Tu teren jest już prawie płaski i za chwilę jestem nad samym morzem. Plaża jest odgrodzona od drogi niskim murkiem. Zadziwia mnie, bo ani w prawo, ani w lewo, końca nie widać. Dawno nie oglądałem takiego długiego wybrzeża. Wzdłuż plaży biegnie prosta, asfaltowa droga. Po przeciwnej stronie jest długi ciąg ukrytych w szklarniach upraw. Wyglądają na plantacje bananów, ale pewności nie mam. Jest wreszcie i mój kemping, wciśnięty między uprawami. Nazywa się Don Cactus. Położenie turystyczne nie jest zbyt rewelacyjne. Cena, 15 euro, też nie jest rewelacyjna. W pobliżu nie ma innych kempingów i jest już późno. Innego wyjścia nie mam. Zostaję tutaj. Wybrałem miejsce, zbudowałem szybko mój tymczasowy dom i podążyłem do kompleksu toaletowego. Tutaj doznaję kompletnego szoku. Wyposażenie, jakość i czystość jest na najwyższym, rzadko spotykanym poziomie. Dookoła cisza i spokój. Część kempingu jest zabudowana sympatycznymi, drewnianymi domkami, część przeznaczona jest dla kamperów, a reszta dla namiotów. Kolację zjadam około 22 w namiocie. Dziś przejechałem tylko 88 kilometrów, ale średnia 14 km/godz. świadczy o ciężkim, górzystym terenie. Licznik wskazał 772 metry przewyższeń.
O godzinie 7.30 termometr wskazuje już 23 stopnie ciepła. Jest sobota, piękny dzień, słońce i wiatr w plecy. Niczego więcej rowerzyście do szczęścia nie potrzeba. Trasa dziś wiedzie głównie brzegiem morza. Czekają mnie piękne widoki. Wyprzedziłem już mój założony wcześniej harmonogram podróży, więc nie muszę się aż tak mocno spieszyć. Jadę na zupełnym luzie. Może dojadę do Almeríi. To tylko 100 kilometrów. Byłbym z tego bardzo zadowolony. Ale, aby pooglądać piękne widoki, trzeba najpierw wspiąć się pod górę. Tak jak w poprzednim dniu, mozolnie wjeżdżam na szczyty walcząc z grawitacją, aby za chwilę z nich zjechać z zawrotną prędkością. Olbrzymi pęd powietrza nie może potarmosić moich włosów z dwóch powodów: po pierwsze mam ich bardzo mało, po drugie - jadę w kasku! Wczoraj postanowiłem opalić trochę więcej ciała niż do tej pory. Moja twarz wygląda już tak, jakbym wyjął ją przed chwilą z piekarnika. Cała mocno czerwona. Istny Indianin. Pod koszulką natomiast kryje się czysta biel. Można nawet określić ją, jako śnieżna. Ręce mam opalone tylko do wysokości rękawów T-shirta. Gdybym teraz wyszedł rozebrany na plażę, to na pewno wszyscy uciekną. Plan jest więc taki, aby jadąc pomiędzy miastami na kilkanaście minut wystawić to, co mogę wystawić i dać słońcu szansę. W ten sposób powoli doprowadzę do jednakowej kolorystyki całego ciała, albo przynajmniej zmniejszę radykalnie widoczne różnice.
Niewielki, 220-metrowy tunel pozwolił na lekkie schłodzenie ciała i chwilowy odpoczynek od ciągłej wspinaczki. W tunelach nachylenia dróg są bardzo łagodne. Mimo niebezpieczeństwa, którego obawiam się przez te kilkaset metrów, czekam na taką chwilową ulgę od upału i wspinania. Chyba polubiłem tunele. Co jakiś czas mijam niewielkie parkingi, które są jednocześnie świetnymi punktami widokowymi. Atrakcyjność dzisiejszej drogi oceniam na pięć w pięciopunktowej skali. Tuż za Castel de Ferro wpadam w dziwną pułapkę informacyjną. Pokonuję bardzo długi i uciążliwy podjazd, który kończy się rondem, z którego jedynym dla mnie wyjazdem jest powrót! To już jest absolutne kuriozum! Coś nieprawdopodobnego! Niedaleko stąd biegnie autostrada i być może jest to jakiś niedokończony wjazd. Ale informacji na ten temat zero! W powietrze poszło kilka dźwięcznych i soczystych słów, które często używamy w takich sytuacjach. Ktoś musiał się mocno namęczyć, aby takie coś wymyślić. Jedynym pocieszeniem dla mnie jest zjazd, ale zdaję sobie również sprawę, że za chwilę muszę i tak jakoś pokonać tę samą górę, tylko inną drogą. Na dole też nie ma żadnej wskazówki, skręcam więc domyślnie w kierunku miasteczka. Dopiero na najbliższym rondzie odkrywam drogę N-340a. To jest dziecko podstawowej drogi N-340 i musi kiedyś skończyć się dojazdem do drogi-matki. Bardzo dziękuję hiszpańskim drogowcom za możliwość zwiedzenia dodatkowego kawałka Hiszpanii. Po tych perypetiach zaaplikowałem sobie krótki odpoczynek w uroczym miejscu przy plaży Playa del Lance w okolicach miejscowości Mojácar. Kilkaset metrów dalej, jadę po raz pierwszy jednojezdniowym, wykutym w skale tunelem. Tunel, to może brzmi zbyt okazale. Raczej jest to surowa, wąska dziura. Oczywiście zmieści się na tym przewężeniu samochód, no i ja, ale oddzielnie. Zamontowany sygnalizator zarządza, kto przejeżdża, a kto czeka.
Morze lekko faluje, ale jest spokojne. Sympatyczne miasto Abdera zakończyło teren górski i w zasadzie teraz sennie kręcę pedałami po nizinie, a rower jednostajnie płynie po gorącym asfalcie. Za brzydko brzmiącą w naszym języku nazwą miasteczka La Curva, od morza aż do podnóża odległych gór bielą się olbrzymie połacie zadaszonych upraw. Słońce może tu operować bez przeszkód, więc nawadniane rośliny mają olbrzymie pole do popisu. Nie wiem dlaczego, ale w miejscowości Balanegra nagle skręcam w kierunku morza. Być może taka jazda trochę mnie uśpiła. A może to przez bardzo dziwne rondo. Nie było regularne, jak większość. Ono proponowało aż dwa wyjazdy w tym samym, moim kierunku. Były jak nożyce, albo jak litera V. Prawa odnoga prowadziła mocno w dół, lewa lekko pod górkę. Odruchowo chyba wolałem jechać w dół i w kierunku widocznego w oddali morza. W ten sposób jednocześnie zrezygnowałem z mojej dotychczasowej drogi N-340a, prowadzącej mnie dotąd brzegiem Hiszpanii. Prawdopodobnie był to decydujący moment, który wpłynął na przebieg dalszych zdarzeń.
Wiatr wiejący dotąd przyjemnie w plecy, zmienił kierunek na zachodni. Jadę skośnie w kierunku morza, między niskimi zabudowaniami upraw. Te nieprzezroczyste, pokryte jakąś tkaniną szklarnie chronią mnie od wzrastającego gwałtownie wiatru. Gdy się skończyły i gdy wjechałem do nadmorskiego miasteczka Balerma, cała plaża rzuciła się na mnie. Piasek zaatakował z niewiarygodną siłą, poczułem na twarzy miliony igieł. Odkryte nogi i ramiona również są mocno, z impetem piaskowane. Ledwo utrzymuję szarpaną wiatrem kierownicę. Wydaje się, że zasypują mnie całe tony piasku. Połowa wąskiej drogi zostaje momentalnie przykryta piachem. Zerkam przez sekundę w kierunku morza, gdzie coraz większe fale wściekle walą o płaski brzeg. Przez tę sekundę w moich oczach znalazła się jakaś część plaży. Prawie przestałem otwierać oczy. Podglądam tylko, czy poruszam się po niezasypanej części drogi. Powinienem się przebrać i założyć okulary ochronne, ale wypadki toczą się z prędkością huraganu i nie sposób się zatrzymać. Muszę jak najszybciej wydostać się z tej pułapki. Droga, którą ledwo się poruszam, położona jest może metr wyżej niż poziom morza, a po przeciwnej stronie nie ma żadnych zabudowań. Wiatr szaleje i wygina dosyć postawne palmy, a ich pióropusze głośno furczą i wykonują przedziwne figury. Z wielkim wysiłkiem docieram do pierwszych zabudowań miasteczka. Chowam się za pierwszym z brzegu, aby nakręcić, chociaż krótki film z tego wydarzenia. Wytrzymuję kilkanaście sekund. Pomyślałem o piasku dostającym się do aparatu, w łańcuch i przerzutki. Czym prędzej wsiadam na rower i ruszam, kryjąc się między zabudowaniami Balermy. Jedyne, co przychodzi mi do głowy, to błyskawiczna ewakuacja z rejonu tego szaleństwa. Gdy skręcam w lewo, odwracając się plecami do wiatru, przeżywam coś absolutnie irracjonalnego. Wiatr pcha mnie pod stromą górkę! Ja zupełnie nie pedałuję! Siła jest tak wielka, że na każdym, nawet niewielkim zakręcie, ledwo utrzymuję się na rowerze. W końcu schodzę z niego, aby wiatr nie rzucił mnie na jakiś przejeżdżający samochód. Prowadzony rower wyrywa mi się z rąk i ledwo mogę utrzymać go w pionie! Czegoś takiego w życiu nie przeżyłem. Prawdopodobnie jest to trąba powietrzna. Musiałem się znaleźć w jej polu działania. Im dalej jestem od morza, tym mniej targa mną wiatr. Wystarczyły cztery kilometry, abym mógł jechać prawie normalnie. Uff!
Muszę teraz znaleźć moją właściwą drogę i wyjechać z tej strasznej okolicy. Przede mną jest autostrada A-7, ale ona nie jest dostępna dla rowerów, o czym wyraźnie informują znaki. Muszę przejechać pod nią krótkim tunelem i później skręcić gdzieś w prawo. Po mocnych, nadmorskich przeżyciach, jadę dość szybko, aby mieć już wszystko za sobą. Tuż za tunelem, po prawej stronie, jest zjazd z autostrady, zakończony znakiem STOP i białą linią określającą miejsce zatrzymania. Dojeżdżam do połączenia tego zjazdu z moją drogą. Nagle widzę z prawej strony zjeżdżający szybko z autostrady samochód osobowy, ale jestem przekonany, że zatrzyma się na białej linii. Nie! Nic z tego! Moja prędkość i pędzącego samochodu nie pozwoliły już na żadną reakcję. Usłyszałem straszny huk i wyleciałem w powietrze. Kłębowisko myśli szamocze się w mojej głowie z kosmiczną prędkością. Moja dezorientacja osiągnęła najwyższy poziom i spadłem na asfalt. Nie umiem określić, ile czasu minęło od upadku do potwierdzenia mojej dalszej gotowości do życia. Ale jednak żyję! Teraz muszę zinwentaryzować części mojego ciała. Ogarnął mnie olbrzymi strach. A jeśli nie mam nogi czy ręki, mimo że je czuję? Mózg podobno odbiera jeszcze sygnały od oddzielonych kończyn. Dlaczego zaraz od oddzielonych? Może mam "tylko" jakieś złamania. Leżę nadal na jezdni i powoli stwierdzam z ulgą kompletność mojego ciała. Głowa też jest cała. Może właśnie kask ocalił mi życie. Boli mnie prawa noga i lewy łokieć. Staram się wyplątać spod roweru i kuśtykając schodzę z jezdni. Kierowca samochodu dopiero teraz, powoli wychodzi ze swego bolidu i jakby zdziwiony całą sytuacją zapala papierosa. Ani jednego słowa. Siadam na barierce i chce mi się płakać, bo widzę już koniec mojej wyprawy. Może mam jednak złamaną nogę albo pęknięty łokieć? Przecież z takimi uszkodzeniami dalej nie pojadę. Dzwonię do domu, aby powiadomić Ewę o wypadku. Telefon zajęty. Co robić? Próbuję się uspokoić. Przeciągam rower z bagażami na pobocze, aby nie tarasować drogi. Przejeżdżające samochody zwalniają, chwilę przyglądają się zdarzeniu, ale bez żadnej próby komunikacji i zamiaru udzielenia pomocy, ruszają dalej. Kierowca, paląc następnego papierosa, również przestawia samochód stojący na środku jezdni. Zaczynam przytomnieć i szybko wykonuję kilka zdjęć. Jeśli kierowca odjedzie, nie będę miał żadnej możliwości udokumentowania wypadku. Jestem wściekły, zdenerwowany i mocno potłuczony. Rower ma złamaną obręcz przedniego koła i nie nadaje się do dalszej jazdy. Pogięte są szprychy i mocowanie przedniego bagażnika. Opona dobrej firmy Schwalbe, z dodatkiem kevlaru, wytrzymała silne uderzenie. Sprawca wypadku rozmawia tylko po hiszpańsku. Z tego, co zrozumiałem, zupełnie nie czuje się winny i stwierdza, że ja nie powinienem w ogóle znaleźć się na tej drodze. Nie rozumiem jego zachowania. To dla mnie dodatkowy stres. Skoro nie rozumie podstawowych zasad ruchu na drodze, stwarza zagrożenie również dla innych użytkowników. Stanowczo żądam wezwania policji. W końcu kierowca niespiesznie wykonuje telefon. Czekamy. Powiadamiam Ewę o sytuacji. W nerwowym przekazie zrozumiała, że zderzyłem się z TIR-em. Błędna informacja szybko poszła dalej. Policja na miejscu zdarzenia zjawia się po około 40 minutach. Jeden z dwóch policjantów mówi trochę po angielsku. Zbiera nasze zeznania. Kilkakrotnie tłumaczy sprawcy jego winę. Nie zatrzymał się na znaku STOP! On jest dalej oporny jak osioł. Spisują protokół, a z dokumentów wynika, że kierowca opla zafira ma na imię o zgrozo ALFREDO! A niech to! Tyle jest różnych imion na świecie, a mój hiszpański imiennik musiał trafić akurat we mnie!
Proszę policjantów o wezwanie lekarza i pomocy drogowej. Kierowca opla odjeżdża bez słowa przepraszam. Pojawia się pomoc drogowa. Kulejąc zdejmuję bagaże z roweru. Rower zostaje załadowany na platformę, a bagaże do szoferki. Policja odjeżdża. Pogotowia nie widać. Czas ucieka, trzeba działać. Z kierowcą pomocy drogowej, w języku hiszpańskim ustalamy, że pojadę z nim do bazy i tam zdecyduję, co dalej. Mam przecież polisę ubezpieczeniową i czas najwyższy ją uruchomić. Polisa obejmuje opłaconą pomoc w nagłych wypadkach, czynną 24 godziny na dobę. Czyli będę uratowany! Liczę na pomoc potężnej w Europie firmy ubezpieczeniowej na literę "A". Dojechaliśmy do bazy w mieście El Ejido (czytaj: El Echido). W bazie przyjmuje mnie pani dyspozytorka i mówi trochę po angielsku. Mój rower i bagaże zostały ku mojemu zdziwieniu wyładowane. Samochód pomocy musi pojechać do następnego wypadku. Po kilku próbach połączenia telefonicznego zgłaszam zdarzenie mojej firmie ubezpieczeniowej. Zamiast natychmiastowej pomocy otrzymuję polecenie oczekiwania i enigmatyczną informację, że dziś jest sobota! Przecież, do diabła, o tym wiem! Całodobowa pomoc nie wyłącza przecież weekendów. Czy według firmy, w weekendy wypadki nie mogą się wydarzyć? Co w takim razie oznacza określenie ochrony przez 24 godziny na dobę? Tymczasem krew sączy się z ran. W łazience bazy transportowej udzielam sam sobie pierwszej pomocy. Po 30 minutach mój ubezpieczyciel stwierdza, że w tej okolicy nie mają podpisanych żadnych umów z podmiotami udzielającymi pomocy medycznej, więc muszę poradzić sobie sam, zapłacić, a firma w ciągu 30 dni zwróci mi poniesione koszty, o ile zaakceptują otrzymaną fakturę. Teraz mój stan psychofizyczny znacznie się pogorszył. Do tego, jak się okazało, moja polisa nie obejmuje awaryjnych noclegów. Wszystkie inne wydatki muszę pokryć sam i ubiegać się o zwrot po przedstawieniu faktury. Oczywiście, o ile firma poniesione koszty uzna za uzasadnione. O matko i córko! A nie chciało się przed wyjazdem zagłębiać w zawiłości polisy. Do tej pory nigdy nie było takiej potrzeby. No to teraz mam efekt zaniechania w całej okazałości.
Szpital nie wchodzi w rachubę z obawy przed moim finansowym krachem. Z pomocą dyspozytorki znalazłem najtańszy hostel w cenie 30 euro za dobę. Wrócił kierowca pomocy drogowej i powiada, że serwis rowerowy znajduje się po drugiej stronie jego miejsca zamieszkania. Sprawy zaczynają układać się w rozsądnym kierunku. Wiezie mnie z rowerem i bagażami do serwisu, bo jest sobota po południu i za chwilę mogą zamknąć warsztat. Wtedy będzie sjesta aż do poniedziałku. Po drodze melduję się w zarezerwowanym hostelu i zostawiam w holu swoje bagaże. Serwis okazał się w zasadzie warsztatem, który reperuje wszystko, ale głównie motocykle i skutery. Wynegocjowałem najkrótszy, możliwy termin naprawy, czyli poniedziałek około godziny 17. Laweta podwozi mnie ponownie do hostelu i obiecuje podrzucić w poniedziałek fakturę za udzieloną pomoc w wysokości 60,50 euro. Wypadek wydarzył się o 16.30, teraz jest godzina 20.40 i w końcu mogę zająć się sobą. W hostelu Santo Domingo (w dosłownym tłumaczeniu Święta Niedziela) nikt z obsługi nie mówi po angielsku. Moja znajomość hiszpańskiego zawiera kilkanaście słów i kilka zdań. Na szczęście, do tej pory jakoś sobie radziłem i teraz też wystarczy mój hiszpański ze wspomaganiem ręczno-mimicznym. Hostel jest bardzo przyzwoity, z barem i windą. Dostałem pokój na piętrze. Jest wyposażony w europejskim standardzie. Dużo lepiej poczułem się dopiero po prysznicu. Mogę nareszcie się położyć. Teraz nadszedł czas przemyślenia tego, co się zdarzyło. Mimo zmęczenia przeprowadzam jeszcze sesję łączności. Zaraz potem mój system regeneracji zamknął mi oczy i nakazał spać.
Zasypiając przypomniały mi się słowa jednego z hiszpańskich policjantów z mojego wypadku. Tego starszego, który nie mówił po angielsku. Tłumaczył jego kolega. Mówi do mnie tak: masz prawie tyle lat, co ja. Masz kobietę w domu? Odpowiadam, że mam. Masz emeryturę? Mam - odpowiadam. On mówi tak: masz 66 lat, kobietę w domu, emeryturę i jedziesz sam rowerem przez całą Europę? PO CO?
Sen jest jednym z najlepszych lekarstw. W moim przypadku ważny jest jeszcze czas. Sen już zastosowałem, teraz dam szansę czasowi. Wypadek wstrząsnął mną zarówno w sensie fizycznym, jak i psychicznym. Jestem cały obolały i mam spuchniętą nogę pod prawym kolanem. Lewy łokieć funkcjonuje z oporem i tak samo jak noga, generuje spory ból. Przeglądam moją apteczkę, aby zastosować wszystko, co może mi pomóc. Apteczka zawiera 33 elementy. Przystosowałem do tego celu dwukomorowy, szkolny piórnik, wykonany z mocnej, impregnowanej tkaniny. Wewnątrz zmieściłem folię termiczną, bandaże, plastry, nożyczki, termometr, lusterko, pensetę i ostry nożyk. Mam również swoje stałe leki obliczone na 10 tygodni. Są też środki przeciwbólowe, do dezynfekcji ran, na przeziębienie, na kłopoty żołądkowe i kilka różnych maści. Teraz leki doczekały się swojej chwili.
Wczoraj przejechałem zaledwie 70 kilometrów. To nic, ważne, że nie skończyło się gorzej. A przecież mogło. Nadeszły pocieszające wiadomości z kraju. Koledzy, czyli Jarek, Mirek i Adam są gotowi odebrać mnie z tego miejsca natychmiast i zawieźć do domu. Tak zresztą byliśmy wcześniej umówieni. To miło, że potwierdzili gotowość. Zrobiło mi się lżej i jestem im za to wdzięczny. Padła również propozycja, abym zostawił tu rower i bagaże, a po wyleczeniu w kraju wrócił i kontynuował wyprawę. Na razie wszystko pozostawiam do przemyślenia. Teraz nie mogę podjąć żadnej decyzji.
Może nie powinienem tego robić w pokoju, ale zagotowałem na moim małym palniku herbatę i zrobiłem śniadanie z tego, co jeszcze miałem. Poruszam się na bardzo zwolnionych obrotach. Jako próbę ogólnego rozruszania się, wykonałem pranie ręcznie, wykorzystując doskonałe, hostelowe warunki. Uporządkowałem z grubsza wszystko, co mogłem i zjechałem windą do recepcji. Ekwilibrystyka językowa zakończyła się zdobyciem informacji, że hostel prowadzą bracia i że syn jednego z nich mówi po angielsku i będę miał sposobność poznania go jeszcze dziś. Tymczasem zająłem się dalszym ciągiem mojej rekonwalescencji. Wytrzymałem w łóżku aż do wieczora. Wykonałem szczegółowe oględziny ran i stłuczeń. Stwierdziłem z radością, że opuchlizna się nie powiększa. W tej sytuacji wyszedłem na rozpoznawczy spacer po najbliższej okolicy. Ustaliłem, gdzie są najbliższe sklepy spożywcze. Kuśtykając dotarłem aż do Burger Kinga i napakowałem się w nim kaloriami. To też jest bardzo potrzebne dla regeneracji. Co prawda, chodzenie idzie mi bardzo wolno i poruszam się jak paralityk, ale się przemieszczam! Z tego wynika, że złamania nie ma, inaczej nie dałbym rady chodzić. Ale potwierdzić to mogę dopiero jutro, czyli w poniedziałek. Syn jednego z właścicieli czeka już w hostelu i mogę opowiedzieć mu swoją historię. Bardzo się przejął i obiecał mi pomóc w zakresie znalezienia pomocy lekarskiej. A może nawet będzie mi towarzyszył. Miałbym wówczas duży komfort w porozumiewaniu się z lekarzem. Nie wyobrażam sobie medycznej komunikacji w języku hiszpańskim. Trochę później, moja córka załatwiła telefoniczną pomoc koleżanki uczącej się hiszpańskiego. Będzie tłumaczem, jeśli zajdzie taka potrzeba. Trochę mi ulżyło. Mogłem teraz zająć się moją dalszą rekonwalescencją. Pamiętam bardzo stare, ale nadal aktualne określenie, kto to jest rekonwalescent. Oto definicja: rekonwalescent jest to taki człowiek, który nie czuje się dobrze, ale czuje się lepiej niż czuł się wtedy, kiedy czuł się gorzej, niż czuje się w tej chwili. Nic dodać, nic ująć.
Rano "pobiegłem" na zakupy. Świeże, chrupiące bułeczki, masełko, szynka i mleko postawiły mnie na nogi i poprawiły humor. Odwiedziłem jeszcze bankomat. Euro będzie potrzebne u lekarza i u mechanika. Niestety, ani w pierwszym przypadku, ani w drugim, nie znam kosztów. Trochę się denerwuję, bo te dwie sprawy są dziś najważniejsze i decydujące o dalszym losie wyprawy. Syn właściciela hostelu, niestety nie będzie mógł pojechać ze mną do lekarza, jak wcześniej obiecał, ale podał mi nazwę i adres kliniki. Oczywiście sprawdziłem to miejsce na mapie w telefonie. To około trzy kilometry od hostelu. Postanowiłem się trochę rozruszać i wystartowałem pieszo, w dalszym ciągu kulejąc. El Ejido to ponad 80-tysięczne miasto. Okoliczne morza upraw warzyw i owoców pod dachami tutejszych szklarni dają miastu wysoką pozycję producencką w kraju. Pomidory, papryka, ogórki i cukinia jadą stąd do wielu miast. Region zapewnia połowę zapotrzebowania Europy. Prawdopodobnie my w kraju również zjadamy tutejsze warzywa i owoce. Powierzchnia zajęta, a raczej wydarta tutejszym piaskom robi olbrzymie wrażenie podczas widoku z satelity. To ponad 26 000 hektarów.
Główna ulica El Ejido, pięknie ozdobiona palmami, usiana jest sklepami, barami i usługami wszelkiego typu. W jednym ze sklepów, z bronią, znalazłem nareszcie długo poszukiwany gaz pieprzowy. Wahałem się chwilę z powodu wysokiej ceny malutkiego pojemnika, ale w końcu stałem się posiadaczem specyficznej broni i będę mógł myśleć o rozbiciu namiotu nie tylko na kempingu. Doczłapałem się w końcu do budynku z napisem Policlínica del Poniente. W recepcji pacjentów obsługują trzy panie, ale żadna nie zna angielskiego. Będzie jednak potrzebna pomoc tłumacza. W tej ważnej roli, telefonicznie, wystąpi koleżanka córki, niezastąpiona Agata z Sosnowca. Połączenie i rozmowa przebiegły bez problemów. Jej znajomość hiszpańskiego najwidoczniej była odpowiednia, ponieważ zostałem poproszony o zajęcie miejsca w poczekalni. Poczekalnia jest zagospodarowana kilkoma rzędami plastikowych krzeseł ustawionych w kierunku dużego, ściennego telewizora. Kolejni pacjenci przychodzą i są kierowani albo do lekarzy, albo towarzyszą mi w czekaniu. Zbyt dużego ruchu nie ma, obsługa odbywa się spokojnie i płynnie. Po jakimś czasie podszedł do mnie energicznie lekarz i po angielsku zaprosił do biura umieszczonego na piętrze. Schody potraktowałem, jako dalszy ciąg ćwiczeń rehabilitacyjnych. Skserowano mój dowód osobisty i protokół policyjny z wypadku. Czekałem dalej, aż w końcu ten sam lekarz zaprowadził mnie do wydzielonego miejsca, gdzie wykonano mi zdjęcia rentgenowskie. Niedługo później otrzymałem piękną fotografię nogi. Łokieć został uznany tylko za stłuczony i pominięty u fotografa. Sénior! - grzecznie poprosiła mnie z poczekalni pani recepcjonistka i wskazała odpowiedni gabinet lekarski. Pani doktor i jej asystentka po zbadaniu i analizie zdjęcia stwierdziły, ponad wszelką wątpliwość, brak złamania i pęknięcia. Hurra! Jestem uratowany! Otrzymałem receptę i wskazówki do leczenia. Mam przez tydzień odpoczywać i stosować zalecone leki. Muchas gracias, doctor, adiós. Z radością, ale i z wielką niepewnością pytam recepcjonistkę o rachunek. Niestety, nie możemy się porozumieć. Na całe szczęście przechodził obok poznany wcześniej lekarz i życząc zdrowia, pożegnał mnie i uspokoił, że pomoc odbyła się bez konsekwencji finansowych dla mnie. Super!
Aptek w El Ejido jest chyba tak samo dużo, jak u nas. Maść do smarowania i lek przeciwbólowy w saszetkach kupiłem niedrogo i bez problemu. Ale opaski uciskowej z rozmiarem określonym przez panią doktor nie znalazłem w kilku kolejnych aptekach. Dopiero w ostatniej aptece przed hostelem, opaska czekała na mnie spokojnie w szufladzie. Leczenie zastosowałem natychmiast po powrocie do pokoju. Pierwszy lek to Radio Salil, Antiinflamatorio crema, inaczej krem przeciwzapalny. Jego zastosowanie jest bardzo proste. Trzeba posmarować kolano i już. Zapach ma intensywny, miętowy i ciężko go zmyć z rąk, bo jest mocno tłusty. Drugim lekiem jest Ibuprofeno-granulado para solución oral EFG. To przeciwbólowy ibuprofen, w granulacie do rozpuszczenia. Na opakowaniu umieszczona jest informacja "via oral", czyli stosować doustnie. Jak będę ten lek rozpuszczać podczas jazdy? Jak i gdzie umyć w drodze zatłuszczone dłonie? Założyłem opaskę elastyczną na kolano. Od tej pory leczenie nabrało właściwego tempa.
Pozostała jeszcze sprawa roweru. Po krótkim odpoczynku udałem się, również pieszo, po rower. Do terapii, już z własnej inicjatywy dołączyłem długie spacery. Okaże się, czy słusznie. Odległość do warsztatu to około dwa i pół kilometra. Podczas tego spaceru powinienem podjąć decyzję. Trochę kuleję, ale przecież jadąc rowerem nie można kuleć. Po prostu nie da rady. Wsiądę na rower i jeśli nie będzie kłopotów ruchowych, jutro ruszam w dalszą drogę. Siedzenie w hostelu nic nie daje. Rozruszam się podczas jazdy. Przecież nie muszę się spieszyć, a kilometry będą ubywać, czy będę jechał wolno, czy szybko. Za chwilę wszystko będzie wiadomo. Mechanik Antonio, z sympatycznym uśmiechem podał mi rower, abym wykonał próbną jazdę. Jest dobrze. Po krótkich oględzinach i sfotografowaniu na pamiątkę mojego złamanego koła, proszę o podsumowanie kosztów naprawy. Wszystko w rowerze wygląda dobrze. Nowa obręcz, dętka, wyprostowany bagażnik przedni i mocowanie błotnika. Ekspresowa naprawa wyniosła 84,70 euro. Prawdę mówiąc bałem się, że wydatek będzie dużo większy. Podziękowałem pięknie i pożegnałem się. Jadąc wolno rowerem, na każdym skrzyżowaniu mam wrażenie, że któryś kolejny samochód, jadący z prawej strony, wjedzie we mnie. Obraz z wypadku utrwalił się w pamięci i na razie nie mogę go wykasować. Prawą nogą naciskam na pedał lekko i delikatnie, aby jej nie przeciążać. Lewa pracuje trochę mocniej. Próbna jazda wypadła pomyślnie. Czyli dam radę jechać! Zadowolony z pozytywnego przebiegu całego dnia, zgłaszam w hostelu mój jutrzejszy wyjazd.
Wykonałem zdjęcia wszystkich rachunków oraz paragonów i wysłałem je do Ewy, aby przekazała dokumenty ubezpieczycielowi. Brakuje tylko dokumentu za "transporte de bicicleta" (transport roweru) z firmy pod nazwą Asistencias Miguelón, która udzieliła mi pomocy drogowej. A przecież obiecali! Po interwencji telefonicznej, specjalnie wysłany kierowca dostarczył dokument. Mam teraz skompletowaną dokumentację wypadku i poniesionych kosztów. Razem wydałem 250 euro. To dla mnie kwota na przeżycie 11 dni w podróży. Początkowe założenia budżetowe określiłem na 22 euro dziennie. I do tej pory udawało mi się utrzymać taką wysokość kosztów. W nowej sytuacji nastąpi zachwianie finansów, ale przecież takie ryzyko musi być wpisane w życie podróżnika.
Mogę teraz autorytatywnie stwierdzić, że PIERWSZĄ POMOC otrzymałem po 42 godzinach od wypadku!
Decyzja o dalszej podróży została podjęta i mam nadzieję, że słusznie. Według zaleceń pani doktor, miałem przez tydzień odpoczywać. Lecz ja nie mam aż tyle czasu, czuję się dobrze i nie widzę potrzeby zapuszczania korzeni w hostelu. Pomijam już taką drobną kwestię finansową, że za każdy dzień pobytu trzeba zapłacić. Pomaściowałem sobie nogę, rozpuściłem ibuprofen i założyłem elastyczną opaskę w miejscu uderzenia. Maść intensywnie pachnie i nadal jest bardzo tłusta. Rano aplikowanie leków nie przysparza żadnych problemów. Wieczorem też. Ale w południe muszę się jakoś przeorganizować. Będę trzymał mały, plastikowy kubek na podorędziu, czyli w miejscu łatwo dostępnym. Do tej pory jechał sobie we wnętrzu kochera. Będzie służył do rozpuszczania ibuprofenu. Potrzebne też będzie mydło i mały ręcznik do pozbycia się tłuszczu z rąk. Szkoda tylko wody do ich mycia, gdyż będę teraz jechał częściowo przez tereny pustynne. No cóż, przez tydzień muszę się jakoś przemęczyć, ale za to systematycznie będę się zbliżał do domu.
Rano, podczas przygotowywania śniadania, wyjmowałem sardynki z puszki. Złamałem przy tym swój turystyczny, plastikowy widelec zakupiony w markowym sklepie. Teraz wiem, że to w zasadzie tylko jednorazówka. Na pewno nie była warta zapłaconej ceny. Chciałem zaoszczędzić na wadze zbierając plastikowe, a nie metalowe sztućce. W tym wypadku było to nieopłacalne. Podczas pożegnania z obsługą hostelu proszę o jakikolwiek zapasowy widelec, za który oczywiście zgłaszam chęć zapłaty. Otrzymuję w prezencie cały komplet, czyli łyżkę, nóż i widelec. Będę miał pamiątkę z pobytu. To jest miły i sympatyczny hostel, a właściciele i obsługa zasługują na najwyższe słowa uznania.
Na drogę N-340a wyjeżdżam bez problemu. Poruszam się wzdłuż autostrady, po płaskim terenie. To dla mnie teraz ważne. Powoli, ponownie przyzwyczajam nogi do pracy. Nie czuję bólu. Lekarstwo działa. Oszczędzam oczywiście prawą nogę, ale lewa musi wykonać trochę większą pracę. Na razie jest dobrze. Po festiwalu kolejnych, kilkunastu niezwykle ciekawie ozdobionych rond, dojeżdżam do zastawionej barierkami, malowniczej drogi wykutej w skałach, wysoko nad poziomem morza. Nagle widzę znak zakazu wjazdu. Duże, dobrze widoczne tablice ustawione przez służby drogowe proponują spory objazd, prowadzący prawdopodobnie przez góry. Z powodu kontuzji rezygnuję z tej propozycji i przejeżdżam między barierkami, lekceważąc również zakaz wjazdu. Już z daleka widzę powód zamknięcia drogi. Trwają prace przy zakładaniu siatek zabezpieczających skalne ściany, aby uchronić użytkowników drogi przed spadającymi odłamkami. Nikt z pracującej ekipy nie reaguje na mnie. Mijam wiele pracujących maszyn i podnośników. Rzeczywiście, skały częściowo wiszą niebezpiecznie nad drogą. Luksusowo przejeżdżam przez dwa kolejne tunele, w których jestem jedynym użytkownikiem ruchu. Czuję się uprzywilejowany. W Almeríi, niedaleko portu, odpoczywam przy bardzo ciekawej budowli. Nad drogą i nad rondem zbudowano murowany wiadukt. Na nim ułożono szyny kolejowe, które prowadzą z portu morskiego do stacji. Wygląda na nieużywany. Widocznie szlak przestał być użyteczny i teraz jest tylko atrakcją turystyczną.
Początki osadnictwa w Almeríi, sporym, 200-tysięcznym mieściesięgają ery brązu. Kolorowa historia, taka jak większości iberyjskich miast, prowadzi również przez ponad 500-letnią obecność kultury arabskiej. Almería była już od czasów Fenicjan, a później Rzymian ważnym portem morskim. Dopiero około 1500 roku nastąpił okres władzy królów katolickich. Okolice Almeríi są niezwykle ciepłe, a krajobraz zdominowany przez stepy i wzgórza. Na razie przez miasto prowadzi wygodna droga rowerowa. Gdy tylko skończyły się zabudowania aglomeracji, ukazał się krajobraz identyczny jak w filmach o Dzikim Zachodzie. Dookoła skały, piasek i rachityczna, sucha roślinność. Nie widać żadnych zabudowań. Oprócz dróg nie ma tu żadnych śladów cywilizacji. Jadę w rosnącym upale, nadal równolegle do autostrady i mimo coraz większego wysiłku moja prędkość spada. Coraz mocniej naciskam na pedały. Nic się nie zmienia. Nie wiem, o co chodzi. Przede mną jest długa aż po widnokrąg, prosta droga. Powinienem ją przejechać bez żadnego problemu. Sprawdzam hamulce i na wszelki wypadek luzuję linki. Niestety, ciągle nie mogę zwiększyć prędkości. Nadal coś mnie hamuje. Słońce już nieźle pali, cienia w okolicy nie ma nawet na lekarstwo. Jak na pustyni. Znów zatrzymuję rower i przeglądam dokładnie wszystko, co może dotykać kół. Może w warsztacie Antonio czegoś nie dopatrzył? Jednak niczego nie znajduję. Niestety, w dalszym ciągu jedzie mi się bardzo ciężko. Może zabrakło mi sił po wypadku? Intensywnie poszukuję przyczyny. W końcu przełączam licznik na wskazania wysokości nad poziomem morza. O dziwo rośnie! Co kilkanaście metrów drogi, jeden metr w górę! Nagle tajemnica została rozwiązana. Patrzę przed siebie i dałbym sobie głowę uciąć, że jadę po zupełnie płaskim terenie. Droga wydaje się być ciągle na tym samym poziomie, a czasem nawet się obniża. Czy to jakaś fatamorgana? Licznik jednak niezmiennie wskazuje, że pnę się systematycznie w górę. Taki omam wzrokowy powoduje dziwne samopoczucie. Oczy widzą zupełnie coś innego niż jest w rzeczywistości. Dlaczego mózg nie przetwarza prawdziwego obrazu? Nie wiem.
Kiedyś, podczas pokonywania jachtem pochylni kanału Ostródzko-Elbląskiego miałem wrażenie, że płyniemy na silniku pod górkę! Przecież to nie możliwe! Ale ja wyraźnie widzę jak położone niżej zabudowania są coraz niżej. Spoglądam na taflę wody przed siebie i widzę, że dalej jest jeszcze wyżej! Mogę zapewnić, że wówczas nie byłem pod wpływem czegokolwiek. Na szczęście, załoga potwierdziła moje spostrzeżenie. Ulżyło mi. Tak czy inaczej, komfort poprawnej wymiany informacji na linii oczy-mózg czasem zostaje mocno zaburzony.
Okolica, którą się poruszam to skały, żwir, piasek i stepowa roślinność. Coraz częściej pojawiają się ostrzeżenia o spadających na drogę odłamkach skalnych. Nie ma już żadnych zarośli ani żadnego drzewa. Ewentualni dostawcy cienia i wody zarobiliby tu majątek. Wspiąłem się już na 414 metrów. Nie wiem, czy to jest dobra fizykoterapia dla mojej nogi i niezbyt jeszcze sprawnego łokcia. Okazuje się, że omijam od północnej strony góry Sierra Alhamilla. Najwyższy szczyt tych gór ma 1387 metrów n.p.m. Mam nadzieję, że droga będzie łaskawa i wyżej już się nie wzniesie. Oczywiście trzymam się ciągle mojej N-340a. Przed miasteczkiem Tabernas znajduje się duża i znana atrakcja turystyczna. Nazywa się Mini Hollywood. Nazwa nie jest przypadkowa, ponieważ, w tym miejscu nakręcono wiele filmów lub ich część, np. "Indiana Jones i ostatnia krucjata". Z prawdziwej atmosfery tutejszego Dzikiego Zachodu korzystali też inni twórcy filmów, a swoje ślady pozostawiło tu wiele aktorskich gwiazd. W kompleksie znajduje się również ogród zoologiczny. Niestety, zwiedzenie tego miejsca nie mieści się w moim planie podróży. Mijając wjazd do Mini Hollywood, czuję się jakbym już brał udział w westernie, chociaż nie pamiętam, aby w jakimkolwiek z nich, ktoś przemierzał prerię na rowerze. Chyba jestem pierwszy!
Dalsza droga obejmuje tereny zdecydowanie nieprzyjazne do życia. Na jednym ze skrzyżowań dróg widzę dawno opuszczone zabudowania. Są bardzo zniszczone i za chwilę rozpadną się na drobne kawałki. Jest tu też wyglądający na nieużywany, zarośnięty chwastami przystanek autobusowy. Czyżby jacyś Indianie wykurzyli stąd skutecznie dotychczasowych tubylców? W tej sytuacji muszę się chyba baczniej rozglądać. Na pewno mam niewielkie szanse wygrać wyścig z ich końmi, ale do końca będę bronił mojego niezbyt chyba cennego skalpu. Podczas krótkiego postoju w tym pełnym zgrozy miejscu, niezauważenie, na drodze pojawił się gość ciągnący za sobą dwukołowy wózek. Wózek jest drewniany i po brzegi zapakowany różnymi rupieciami. Gość na szczęście nie wyglądał zupełnie na Indianina, no i nie był na pewno na koniu. Południowy upał dawał się już mocno we znaki i zdążyłem tylko zapytać, skąd nogi go niosą. On, nawet się nie zatrzymując, krzyknął: z Marsylii! Chyba musi mieć bardzo ważną sprawę do załatwienia. Taki kawał drogi pieszo? No cóż, jeden pieszo, inny rowerem. Każdy ma swój cel do osiągnięcia. Ma teraz z górki, więc chyba nie bardzo chciało mu się zatrzymywać i gubić rytm marszu. Może miał dosyć tej prerii i chce jak najszybciej opuścić te niegościnne tereny. Machnęliśmy sobie tylko ręką i powoli zniknął w oddali. Dziwny gość. Nie zatrzymać się na pustkowiu, gdzie jest nas tylko dwóch? Może właśnie ucieka przed ludźmi?
Ruszyłem za chwilę, ciągle wspinając się pod górę. Bardzo się męczę, ale zdobywam wysokość 592 metrów. Nieco dalej pojawiają się powoli pojedyncze drzewa, a za kilka kilometrów sady owocowe o olbrzymich powierzchniach. Chyba to już koniec prerii. Docieram do Sorbas, gdzie w przydrożnym barze posilam się kanapką i nareszcie ZIMNĄ colą. Przy tej okazji załatwiam konieczne czynności smarowniczo-lecznicze, zlecone przez panią doktor. Kilka kilometrów za miastem świętuję wodą mineralną 500 kilometrów mojego związku z drogą N-340, co zostało dodatkowo uwiecznione fotografią przy pięknym czerwonym słupku.
Zbliża się popołudnie, więc nawiązuję łączność z Ewą w sprawie wyszukania kempingu. Jej dużo łatwiej poszukać położonych w okolicy kempingów za pomocą komputera połączonego stale z internetem. Dla mnie to duży kłopot, ponieważ umyka mi czas przeznaczony na jazdę. Ponadto nie mam ciągłego dostępu do sieci, a na słabo widocznym w słońcu, małym ekranie telefonu niewiele mogę odczytać. Odpowiedni kemping, leży na mojej trasie i dojeżdżam do niego dopiero o zmierzchu. Nazywa się El Quinto. Jest niedaleko miejscowości Mojácar. Prowadzący kemping Niemiec właśnie zbiera się do opuszczenia miejsca pracy. Zdążyłem w ostatniej chwili. Nie jest do końca zadowolony i niechętnie otwiera zamknięte przed chwilą okienko. Płacę 11 euro. Udało się jeszcze kupić od niego zimne piwo i zapłacić za kod do Wi-Fi. Natychmiast sprawdzam działanie. Internetu niestety nie ma. Kilka kolejnych prób również nie daje rezultatu. Oddaje mi dwa euro, ale zostawia kod. Z krótkiej rozmowy wynika, że postanowił zainwestować w ten właśnie kemping wyjeżdżając z Niemiec. Po kilku latach interes nie przynosi spodziewanych zysków. W tej sytuacji nie wie, co robić dalej. Podczas rozmowy zamyka baro-portiernię i opuszcza zapory. Żegnamy się i mój gospodarz wraca do swojego niemiecko-hiszpańskiego domu. Na kamienistym, sporym kempingu oprócz mnie jest tylko para Francuzów w przyczepie. Dziwnie się czuję na tym pustym polu. Może z powodu zbyt późnej pory nie doszło do żadnej konwersacji? Pięknie lśniący księżyc na niebie zdaje się mówić: idź spać, ja was popilnuję.
Minęły trzy tygodnie wyprawy. Moja dzisiejsza fizykoterapia zakończyła się przejechaniem 122 kilometrów. Średnia prędkość wyniosła 15,7 km/godz., maksymalna prędkość zjazdu serpentynami (przy ciągłym hamowaniu) to 51 km/godz. Wysokość 592 metry n.p.m. jest dotychczasowym rekordem. Nie wiem, czy moja terapia powypadkowa jest słuszna. Tylko czas może to zweryfikować.
Dziś jest pierwszy dzień czerwca. Dzień Dziecka. Wysyłam życzenia. Może to śmiesznie wygląda, ale ja też jestem dzieckiem. Chociaż już półsierotą. Mój ojciec odszedł na zawsze dwa lata temu, tuż przed dziewięćdziesiątką. Moja mama, teraz w podobnym wieku, nie złoży mi życzeń, ponieważ jest bardzo chora. Ale gdyby mogła, na pewno by to zrobiła.
Oczywiście poranne mycie, golenie, śniadanie, zabiegi lecznicze, pakowanie sakw i worka, zwijanie namiotu, ładowanie telefonu, mocowanie wszystkiego na mój pojazd, sprawdzenie ciśnienia w oponach, wykonanie zdjęć to zwykłe codzienne czynności, bez których nie nastąpi mój następny, podróżny dzień. I nie można zapomnieć o zrobieniu ostatniego przed wyjazdem siku. Później, na drodze, może być z tą sprawą mnóstwo problemów. W terenie, jeśli człowieka przyciśnie nagła potrzeba i jest gdzie się schować, zadanie jest nader proste. Gorzej jest przy pustce dookoła i dużym ruchu samochodowym. Gdzie się schować i co zrobić z narastającym ciśnieniem? Podobnie jest też na serpentynach. W każdej chwili może wyjechać niespodziewanie zza zakrętu jakieś auto. I nie ma przy tym znaczenia, czy z przodu, czy z tyłu. Jest za to stres i wstyd. Chociaż oglądając sprawozdania z kolarskich wyścigów, wszyscy kolarze sikają, albo podczas jazdy, zwalniając bieg pojazdu, albo zatrzymując się na poboczu. Zupełnie nie krępuje ich pozostała część kolumny, samochody, motocykle, kamery, kibice i helikopter, który czasem złośliwie robi zbliżenia takich sytuacji. Na naturę - jak widać - nie ma rady. Nie lepiej jest w terenie zabudowanym. Nie zawsze mogę pozostawić rower bez opieki z bagażami w dowolnie wybranym miejscu. Stacje benzynowe, gdzie jest względnie bezpiecznie, są oddalone od siebie na pewno za daleko! Często muszę błyskawicznie rozwiązać taką łamigłówkę. Wydaje się, że to bardzo prosta sprawa, ale podczas całodniowej podróży może sprawić wiele kłopotu i ciekawych sytuacji.
Opuszczam kemping zanim właściciel zjawił się w pracy. Rachunek uregulowałem wczoraj gotówką, a z pokwitowania zapłaty zrezygnowałem. Odruchowo wybieram kierunek wyjazdu. Do wyboru mam dwie drogi. Dlaczego wybrałem jazdę pod stromą górkę, do miasteczka Mojácar, tego nie wiem. Położone wysoko, białe, urokliwe domy po prostu przyciągają mnie jak magnes. Może nie będę już miał okazji zobaczyć takiego wyjątkowego miasteczka położonego na szczycie jednej, niewielkiej góry. Aby tam się dostać, muszę jednym ciągiem pokonać 152 metry wysokości. Obok drogi zbudowano wygodny chodnik. Oczywiście, skorzystałem z niego, bo podjazd nie jest kompletnie możliwy. Z dużym wysiłkiem wprowadzam rower na szczyt. Komu chciało się zbudować miasto na takiej wysokiej skale? Przecież codziennie mieszkańcy i dostawcy różnych rzeczy muszą tu po coś wjechać i zjechać. Może nawet kilkakrotnie. Na górze jest wszystko, co potrzebne do życia, tak jak w każdym innym miasteczku.
Zjazd z górki był dobrą próbą dla sprawdzenia moich hamulców. Nie zjeżdżałem jeszcze pod tak ostrym kątem. Teraz dopiero czuję wyraźnie ciężar moich bagaży. Pchają rower z olbrzymią siłą. W ciągu kilku minut znalazłem się znów nad morzem. Nie jadę dziś swoją zaprzyjaźnioną od wielu dni drogą. Zmieniam ją na nową, o nazwie AL-7107. Garrucha jest niewielkim, sympatycznym nadmorskim miasteczkiem z piękną mariną, portem i plażą. Niska zabudowa, bary i restauracje, hostel, sklepy i market to standardowe wyposażenie takich małych, turystycznych miasteczek. Białe budynki i palmy dodają uroku i wpływają pozytywnie na napływ turystów.
Dziś moja droga będzie trzymała się blisko brzegu, ale górek też nie braknie. Widoki są nadal cudowne, a jazda będzie przypominać mały rollercoaster. Zaczynamy z rowerem z poziomu morza, później następuje mozolna wspinaczka i zjeżdżamy ponownie w dół. I tak w kółko. Czyli normalka. Z lewej strony towarzyszy mi ściana skalna. Jej nie muszę oglądać. Jest, bo jest. Mój wzrok skupia się głównie na morzu. Tam zawsze jest coś do oglądania. A jak nie ma, to już sama woda działa na mnie uspokajająco i relaksująco. Mijam spory budynek przy drodze, zbudowany na występie skalnym. Miejsce wręcz zaprasza do zatrzymania się i odpoczynku. Budynek wygląda na niezamieszkały. Ma osiem okien na piętrze i kilka jednakowych drzwi na parterze, od strony drogi. Dookoła rosną palmy, a pod nimi trawniki. Wchodzę na spory taras z kamiennymi ławkami. Zarówno z okien budynku, jak i z tarasu jest doskonały widok na morze. Co to może być? Nie mogę odgadnąć przeznaczenia budynku. Z daleka wygląda jak rezydencja, ale nie jest ogrodzona jak większość posiadłości. Przy ławkach stoją kosze na śmieci, a w nich worki foliowe. Ktoś musi dbać o ten obiekt. Zamknięte okiennice świadczą o chwilowym braku lokatorów. Nie widać również żadnego samochodu ani informacji. Posiadłość pozostanie dla mnie tajemnicą. Mogę tu przynajmniej w spokoju odpocząć.
Kilka kilometrów za miasteczkiem San Juan De Los Torreros kończy się Andaluzja, a rozpoczyna Murcja ze stolicą o tej samej nazwie. To niewielka wspólnota autonomiczna, którą zamieszkuje około półtora miliona ludzi. Sama stolica to 410 tysięcy mieszkańców, a w drugim największym mieście Murcji, Kartagenie przebywa stale około 200 tysięcy osób. Droga nadbrzeżna, prowadząca między granicami prowincji, ma tylko 120 kilometrów długości. Wraz z końcem Andaluzji, kończy się również Costa del Sol. Teraz będzie królować Costa Blanca, a część tego Białego Wybrzeża, która znajduje się w Murcji, nosi nazwę Costa Cálida (Wybrzeże Ciepła). Ciekawostką Murcji pozostaje używany przez starszych mieszkańców język, szczególnie na terenach wiejskich. Mowa murcjańska, jako specyficzny dialekt języka hiszpańskiego, nie jest zrozumiała nawet dla posługujących się tu też odmiennym, językiem kastylijskim.
Brzeg morza jest usiany uroczymi zatokami. Przed Águilas prowadzi wygodna, pomalowana na niebiesko, dwupasmowa droga rowerowa. Już ucieszyłem się, że odpocznę przed polującymi na mnie samochodami, ale ona zaraz się skończyła i ponownie wyrzuciła na "normalną" drogę. Przejeżdżam teraz przez Águilas, piękne miasto z palmami, plażą i mariną. Przeważają budynki pięcio- i sześciokondygnacyjne. Tuż za miastem wyłonił się niespodziewanie sklep Decathlonu. Nie mogłem przepuścić takiej okazji. Tylko tu mogę przecież kupić gaz w kartuszu z gwintem do mojego palnika. A gotuję już jakiś czas na tej butli i pewnie niedługo paliwo się skończy. Oczywiście kupiłem gaz i zadowolony ruszam w dalszą drogę. Wiatr pomaga mi w pokonywaniu następnych kilometrów. Jestem na jakimś rozjeździe. W prawo jest droga do Calabardiny, w lewo do Garrobillo. Skręciłem w prawo na czuja. Nie chce mi się zatrzymać, aby sprawdzić mapę i zapiski. Upał już mnie dopadł i koncentracja umysłu znacznie się zmniejszyła. Moja wybrana na chybił trafił droga po kilku kilometrach robiła się coraz węższa i węższa, aż w końcu starczyło jej tylko na jedno auto. Poruszam się w kierunku zatoki, po płaskim terenie, z którego wystaje na końcu cypla olbrzymia góra. Teraz już na pewno muszę spojrzeć na mapę, bo coś tu zupełnie nie gra. To, co widzę, to jest Cabo Cope, dziwnie zbudowany cypel. Dookoła ciągną się równe, płaskie, olbrzymich rozmiarów pola uprawne, a tu nagły wybryk w postaci wystającej z ziemi góry. Jak wynika z mapy, nie powinienem się tu w ogóle znaleźć. Pomyliłem drogi, ale powrót też już nie bardzo się opłaca. Cóż, będę miał na liczniku dodatkowe kilometry. Oby tylko droga nie była ślepa. Jadę wśród pól, na których maszyny rolnicze rozrzucają nawóz. Zapach w żaden sposób nie kojarzy się z perfumami. Dotychczas z powodu ciągłego spadku terenu w kierunku zatoki, jechało mi się lekko. Teraz droga zawróciła i pnę się pod górę. Dodatkowo pojawił się dość mocny, przeciwny wiatr. Dookoła nie ma żadnych zabudowań ani roślinności, więc wiatr bez przeszkód hula po polach i hamuje mój wysiłek. Na niektórych polach leżą dojrzałe, dorodne i soczyste arbuzy. Patrzę na nie z pożądaniem i mam przeogromną chęć na konsumpcję prosto z pola. Jest bardzo gorąco i zasycha mi w gardle. Ale co będzie, gdy ktoś zauważy? Wstyd. A może zerwać jeden, niewielki i zjeść go później? Nie bardzo mam gdzie ukryć taką zdobycz. I trudno tutaj znaleźć małą sztukę. Wszystkie są wielkie. Ale ile mają w sobie smakowitego soku! Może jakoś zapłacić za arbuza? Ale jak? Przecież nie zostawię pieniędzy w polu. Nikt ich nie odnajdzie. Jeden arbuz to chyba niewielka strata dla producenta. I tak sobie dywagując jadę i jadę, aż pola arbuzów się skończyły. Umęczony do granic możliwości w tym nieznośnym upale, siadam w cieniu, na podmurówce jedynego niewielkiego domu w okolicy. Uzupełniam płyny w organizmie wodą mineralną i odpoczywam w odrobinie cienia.
Murcja znana jest z posiadanych bogactw w postaci rud cynku i ołowiu, ale też upraw pomidorów i papryki. Właśnie jadę między szklarniami, a daleko na horyzoncie widać jakieś pasmo górskie. Sprawdzam na mapie i stwierdzam, że nie ma żadnego sposobu na jego ominięcie. Trudno, muszę się z nim zmierzyć. Niedługo potem zaczął się morderczy podjazd na przełęcz. Krajobraz szybko zmienił się na skalisty i powulkaniczny. Dookoła nie ma ani kropli cienia. Nie mam się gdzie zatrzymać, aby posmarować chorą nogę oraz rozpuścić lek przeciwbólowy. Wjazd jest nadal wyjątkowo uciążliwy. Nie widać oznaczeń o kącie nachylenia drogi, ale czuję, że stromizna jest wyjątkowo zabójcza. Na którymś z zakrętów spoglądam w tył na piękny widok Cabo Cope. Niestety, nie mogę odpowiednio cieszyć się tym widokiem z powodu ledwo tlących się we mnie funkcji życiowych. Schodzę z roweru i pcham. Niczego innego nie da się zastosować do pokonania takiej stromizny. Pchanie też nie jest łatwe, bo jeszcze kuleję. Pcham zakosami, w poprzek drogi, inaczej nie dam rady. Po kawałku, z prawej strony na lewą i odwrotnie. Zdobywam metr po metrze. Sprawdzam wysokościomierz, aby mnie dopingował. Ledwo żyję! Przecież ta góra MUSI kiedyś się skończyć! Nie ma innego wyjścia. Moja woda do picia teraz idzie jak... woda. Piję jak opętany. Za każdym zakrętem wydaje się, że to już koniec i nareszcie będzie z górki. Każde kolejne rozczarowanie powoduje chwilowe pogorszenie stanu psychicznego. Po kilku głębszych oddechach staję do dalszej walki. I wydaje się, że już nie może być bardziej pionowo! Ale jest! Masakra. Chyba na tych serpentynach wyzionę ducha. Jest nareszcie jakiś punkt widokowy, gdzie mogę bezpiecznie się zatrzymać i spokojnie złapać oddech. Oglądam się za siebie i widzę pokonany już piekielny odcinek, a jeszcze dalej jest piękne morze i cypel Cabo Cope. Nie mam już siły się cieszyć. Ale to jeszcze nie koniec. Widzę po prawej stronie, na wysokim słupie, stację przekaźnikową dla wszelkiego rodzaju łączności. Mam nadzieję, że postawiona jest na samym szczycie. Na razie, z daleka, jest bardzo malutka. Idę dalej, pokonuję zakręt za zakrętem. Ruch samochodowy jest bliski zeru. Mógłby ktoś postawić tu automat z zimną coca-colą. Jak sobie to wyobraziłem, przez chwilę było mi lepiej. Pociągnąłem łyk gotującej się wody w bidonie i to moje lepiej zmieniło się na gorzej. Za następnym zakrętem są niekończące się następne serpentyny. A niech to. Znalazłem odrobinę cienia pod skałą. Usiadłem na chwilę, a słońce praży w wystające i niemieszczące się w cieniu nogi. Muszę odpoczywać na stojąco. Moje łydki trzęsą się jak galareta. Łapię oddech jak karp wyjęty z wody. Ostatkiem sił docieram do stacji przekaźnikowej. Jest bezobsługowa. Licznik wskazuje, że wspiąłem się TYLKO na 400 metrów n.p.m.
Teraz pozostał mi szalony zjazd. Nieprawdopodobna przyjemność, chłód i wiatr. Ta przyjemność trwała TYLKO kilkanaście minut. Na dole połączyłem się równolegle z autopistą AP-7, czyli Autostradą Śródziemnomorską. Po raz pierwszy widzę potrójny tunel. A może już w oczach mi się troi? Jednak nie. Obok siebie są trzy wjazdy, dwa dla autostrady i jeden dla mnie. Tunel ma tylko 220 metrów, ale jest bardzo chłodny. Oj! Może tu zostać? Chyba nie za bardzo można. Jazda do poziomu morza pozwoliła na powrót równowagi w moim organizmie. Poprosiłem Ewę o wyszukanie kempingu. Wybór padł na Playa de Mazarrón w miejscowości Bolnuevo. Dojechałem tam około godziny 20. Wybrałem miejsce najbliżej toalet, aby oszczędzać mocno dziś nadwyrężone nogi. Podłoże na całym kempingu jest mocno niesympatyczne. Pod namiotem mam beton pokryty lekko żwirem. O wbiciu szpilek można zapomnieć. Za to nad każdym stanowiskiem jest trwałe zadaszenie. Dach chroni przed słońcem. Stawiam namiot tylko na samym stelażu. Rozwieszam linkę do suszenia. Biorę długi i chłodny prysznic. Obowiązkowo robię pranie. Teraz mogę iść na zakupy do pobliskiego sklepu. Brak pomidorów wydaje mi się w krainie pomidorów nieprawdopodobny i irracjonalny. Nie mogę w to uwierzyć. Czyżby wszystkie pomidory wyjechały na eksport? A taką miałem ochotę na sałatkę. Trudno, będzie fasolka z puszki z samym ogórkiem. Zamontowałem do palnika nowo zakupiony gaz, podgrzałem fasolkę i zagotowałem herbatę. Teraz mogę odpocząć. Dziś przejechałem w tym upale 98 kilometrów. O godzinie 23 notuję jakże chłodzące 22 stopnie. Na pocieszenie kemping kosztuje tylko 10 euro.
Och, ty Murcjo! Niby taka niewielka, ale dałaś mi dziś do wiwatu! Będę pamiętał.
Serpentyny w okolicy miasta Nerja
Krótki odpoczynek w pięknej scenerii
Wypadek w El Ejido
Murcja
Kawa, śniadanie, lekodawanie oraz maściowanie stłuczonej nogi. Te czynności trzeba wykonać, abym mógł rozpocząć dzień. Opaskę zakładam tuż przed samym wyjazdem, ponieważ mocno ściska mi kolano. Chyba nawet za mocno i trochę mi to przeszkadza. Nie wiem, czy tak ma być i czy wytrzymam z nią cały tydzień. Pod opaską słabo goją się rany. Będę musiał to ze sobą przedyskutować. Wieczorne pranie wysuszyło się doskonale, a pakowanie bagaży idzie bardzo sprawnie. Po ponad trzech tygodniach wszystkie ruchy mam opanowane do perfekcji, a ich kolejność jest codziennie prawie taka sama. Tylko z workiem, który mocuję na przednim bagażniku, coś jest nie tak. Gumy, którymi dodatkowo przypinam worek, zawsze były mocno napięte, a linkę mocującą bagaż, wiązaną na krzyż, ledwo związywałem. Im mocniej dociągałem, tym lepiej trzymał się bagaż i lepiej było mi kierować rowerem. Teraz gumy są mniej napięte i zostaje luźny kawałek linki, który muszę zabezpieczyć, aby nie majtał się. O co chodzi? Worek się zmniejszył, czy co? Może coś z worka przepakowałem niechcąco do sakw? Ale w szafie mieszczącej się na wierzchu sakw, z trudnością zasuwam ekspres, tak jak zwykle. Czyli jest komplet. Jednak coś nie daje mi spokoju. Ponownie rozpakowuję worek z przedniego bagażnika. Tu zawsze wciskam śpiwór, tarp, koc, hamak i... polar. Ale polaru teraz tu nie ma! Do szafy na pewno go nie włożyłem, bo się po prostu nie zmieści. Ale mimo wszystko sprawdzam. Po szybkiej inwentaryzacji w szafie odkrywam jeszcze brak koszulki termoaktywnej! Polaru też tu nie ma. To są moje jedyne ciepłe ciuchy. Od dłuższego czasu jest aż za ciepło, więc ani koszulka, ani polar nie były mi potrzebne. Sprawdzam wszystko dookoła namiotu i roweru. Niczego nie zostawiłem. Teren jest zupełnie czysty. Psia kręć, chyba zgubiłem. Ale gdzie i jak? Nie mogę niczego skojarzyć, niczego nie pamiętam, co może wyjaśnić zaginięcie ubrań. Jestem bardzo zdenerwowany. Trudno, z polarem czy bez, muszę jechać dalej.
Wyruszam jadąc wzdłuż morza. Najpierw przez Puerto de Mazarrón. Droga prowadzi przez miasto i jest wysadzona palmami. Do nich się już przyzwyczaiłem i zdziwiłbym się, jeśli by ich nie było. Tuż za Puerto de Mazarrón, a przed Isla Plana okrążam wyjątkowe rondo z latarnią morską o normalnych rozmiarach w środku. Nie zdążyłem zauważyć, czy jest prawdziwa, czy to tylko ozdobna budowla. Rondo znajduje się tuż nad morzem. A może rzeczywiście latarnia pełni swoją rolę? W biegu nie udało mi się tego ustalić. Muszę jechać dalej. Jeśli latarnia jest tylko ozdobą, to wśród wszystkich napotkanych rond, to rondo zajmuje jedno z pierwszych miejsc.
Zdecydowałem się ominąć od północy regionalny park narodowy i zawarte w nim góry. Najwyższy szczyt tego pasma ma 627 metrów n.p.m. Okaże się, czy to był dobry wybór. Nie chcę się już tak męczyć, jak poprzednio. Park nazywa się cudownie: Sierra de la Muela, Cape Ti?oso y Roldán, leży na zachód od Kartageny i rozciąga się aż do Zatoki Mazarrón. Znajdują się w nim ciekawe okazy flory i fauny, jak to zwykle bywa w tego rodzaju parkach. Można tu znaleźć na przykład kameleona i dzikiego kota. Jadę brzegiem tego parku, drogą RM-332. Niestety, odbijam znów od morza. Dookoła tylko pustkowie i góry w oddali. Muszę je jednak jakoś przejechać. Wspinam się coraz wyżej, ale na razie nie jest aż tak tragicznie. W tej ogólnej szarości, zielony kolor jest bardzo deficytowy. Ni stąd ni zowąd, niedaleko drogi pojawia się niewielki kościółek. Wśród tej pustyni to dziwne zjawisko. Dla kogo został zbudowany? Kto tu dojedzie lub dojdzie? Jadąc dalej widzę gdzieniegdzie pojedyncze zabudowania. Prawdopodobnie jest ich więcej, ale są mocno ukryte, niewidoczne wśród wzniesień i dolin. Nie mogę zrozumieć, co powoduje ludźmi, którzy tu zamieszkali. Czym te niegościnne tereny mogą przyciągać chętnych do zamieszkania właśnie tutaj, w obliczu bliskości morza, palm i łatwego dostępu do wody pitnej. Prawdopodobnie mają jakieś swoje powody, ale ja się teraz o nich nie dowiem. Na 20 kilometrze drogi, przy małym gospodarstwie, zatrzymuję się na krótki odpoczynek. Konkretnie to zatrzymało mnie drzewo, które daje trochę cienia. Tuż za drzewem, właściciele włożyli dużo pracy w urządzenie przydrożnego miniogrodu botanicznego. Są tu różnego rodzaju kaktusy i rośliny ciepłego klimatu, a wysypane między nimi białe kamienie dopełniają ciekawej kompozycji. Przysiadłem na dużym kamieniu. Aby było mi wygodniej, podłożyłem pod cztery litery poddupek. Tak nazywam specjalnie kupiony w sportowym sklepie kawałek karimaty. Ma niewielkie rozmiary i niewiele waży. Wożę go właśnie dla takiego zastosowania. Normalnie stosowany jest jako podkład podczas różnych ćwiczeń sportowych.
Gdy wyrównał się mój oddech, startuję i powoli, systematycznie pnę się dalej pod górę. Oczywiście, żadne górki nie są mile widziane i traktuję je jako zło konieczne. Te dzisiejsze nie są najgorsze i jakoś spokojnie daję sobie z nimi radę. A może trochę się już przyzwyczaiłem. Może nogi są już tak zaprawione, że nie straszny im taki wysiłek. Może też nachylenie drogi jest mniejsze niż na to wygląda. Nagle i niespodziewanie pokazały się, nie wiadomo skąd, muchy. Może stwierdzenie "pokazały się" nie oddaje tego, co za chwilę się stało. One są wszędzie. Zaatakowały całymi szwadronami twarz, szyję, ramiona i ręce. Wchodzą pod okularami w oczy. Odganianie niewiele pomaga. Im wolniej jadę, tym więcej ich jest. Ale pod górkę nie mogę przyspieszyć do tego stopnia, aby wiatr je zdmuchnął. Schodzę z roweru, ale sytuacja wcale się nie zmienia. Jedną ręką prowadzę rower, a drugą odganiam się od much. Są wszędzie, a ja nie jestem w stanie nic zrobić. Upał jest już niemiłosierny i każdy mój ruch powoduje dodatkową produkcję potu. One tylko na to czekają! Nie mogę stać w miejscu, bo usiłują mnie zjeść, a jazda jest po prostu niewykonalna. Muszę jak najszybciej stąd się wydostać. Jak to zrobić? Zagryzam zęby i w olbrzymich męczarniach powoli, machając na przemian rękami, przesuwam się w kierunku szczytu. Straszne tortury! W końcu wjeżdżam na szczyt oznakowany tablicą z napisem: La Cuesta 352 m. To rzeczywiście nie jest wysoko. Ze wzgórza rozciąga się widok dolin prowadzących aż do morza. Czym prędzej ruszam w dół. Muchy na szczęście pozostały za mną. To była istna wariacja.
Zjazdy są dla mnie największą przyjemnością. Uświadomiłem sobie, że ta przyjemność nie byłaby możliwa, gdyby nie istniała wcześniej wspinaczka. Pozostaje pogodzić się z tą oczywistą kolejnością zdarzeń. Na niższym terenie pojawiają się sady oliwne. Są też inne drzewa, ale nie umiem ich zidentyfikować. W Los Carriones, tuż za skrzyżowaniem mijam stary wiatrak. Wygląda pięknie, ale ponieważ nie widać w okolicy Don Kichota, jadę dalej. Teraz droga przebiega prawie płasko, z lekkim nachyleniem w kierunku morza i Kartageny. Miasto z ponad dwutysięczną historią, z powodu świetnego położenia do dziś jest przede wszystkim portem marynarki wojennej. Do zatoki portowej prowadzi wąskie przejście między skałami, znakomite do obrony i zabezpieczone przed falami i wiatrem. Mnóstwo zabytków, począwszy od czasów rzymskich, ściąga tu rzesze turystów, tak samo jak 10 wspaniałych plaż, łącznie z plażą dla nudystów. W czasie powstawania naszego państwa, na tym terenie istniał Kalifat Kordoby. Rządzony przez dynastię Umajjadów, był znanym centrum handlu, kultury i budowy arcydzieł architektonicznych. Kalifat zajmował wówczas dużą część Półwyspu Iberyjskiego, a dzięki otwartości na świat i współistnienie wielu kultur, rozwijały się na jego terenie takie dziedziny nauki, jak historia, geografia czy filozofia.
Jadę w kierunku portu. Po drodze mijam zabytkowe, potężne mury Muzeum Marynarki Wojennej. Zbliżam się do nabrzeża, gdzie pierwsza wita mnie płetwa ogonowa nurkującego w wodzie wieloryba. Jest to rodzaj wyjątkowej rzeźby i robi niesamowite wrażenie. Cała zatoka jest zabudowana. Podzielona na port wojenny, przeładunkowy, stocznię, marinę i część turystyczną. Dopływają tu również olbrzymie statki pasażerskie. Jest Muzeum Archeologiczne i poruszający pomnik ofiar terroryzmu, usytuowany na dużym placu graniczącym z mariną. Między zacumowanymi do nabrzeża jachtami, przypadkowo spotykam polską załogę. Nareszcie mogę porozmawiać w swoim języku. Moja radość ze spotkania jest olbrzymia. Płyną z Karaibów do Grecji. Jacht typu Cyklades 50.5 pochodzi z polskiej firmy czarterowej. 10-osobowa załoga w radosnym nastroju popija zimne drinki na pokładzie. Opowiadam o swojej wyprawie, ale zainteresowanie jest słabe. Na wilkach morskich taki nędzny rowerzysta nie robi wrażenia. Opowiadam też o moim tegorocznym rejsie z Wysp Kanaryjskich na Wyspy Zielonego Przylądka. Zainteresowanie jest równie mizerne. Nie mogę znaleźć przyczyny braku porozumienia między nami. Przecież jesteśmy z tego samego KRAJU! Zarówno oni i ja jesteśmy tak daleko od domu! Podaję kapitanowi moją wizytówkę na pamiątkę spotkania. W rewanżu również otrzymuję wizytówkę z jednoczesną propozycją rejsów. Nie zostałem zaproszony na pokład. Marzeniem byłby jakikolwiek zimny napój. Stoję na nabrzeżu w upalnym słońcu. Załoga siedzi w cieniu, pod daszkiem bimini. Po kilkunastu minutach konwersacji odjeżdżam żegnając się uśmiechem. To zachowanie rodaków na obczyźnie tłumaczę sobie szokiem sytuacyjno-słonecznym. A może moje oczekiwania były niewspółmiernie zawyżone w stosunku do tego niecodziennego spotkania?
Wyjeżdżam z miasta wzdłuż torów kolejowych. Prowadzi tylko jeden tor, więc prawdopodobnie jest to kolej podmiejska. Jadę drogą RM-332, która lekko, ale ciągle się wznosi. Na jednym ze skrzyżowań, w miejscowości Vista Alegre, zatrzymuję się na posiłek i dla ochłody. Bar znajduje się naprzeciwko przystanku kolejki. Trudno mi coś wybrać, ale decyduję się na tapas i coca-colę z lodem. Tapas, to hiszpańska przekąska. Barman proponuje tortillę hiszpańską. Prawdę mówiąc, jestem bardzo mizernym znawcą kulinarnym. Zaliczam się do tej grupy osób, która je tylko po to, aby żyć. Wiem, że istnieją na świecie ludzie, które żyją tylko po to, aby jeść. Ponieważ tortilla wyglądała na całkiem jadalną, zaakceptowałem propozycję barmana.
Jest wiele odmian tortilli. Ta była trochę podobna do ulubionej potrawy Sancho Pansy. Według powieści Cervantesa składała się ze smażonej na boczku cebuli, duszonych wraz z nią ziemniaków pokrojonych w talarki i dodaniu osolonych jajek. To bardzo pożywny omlet. W moim przypadku to jajecznica z ziemniakami i pieczywo. Dodana do posiłku zimna cola cudownie zaspokaja pragnienie. Upał się niestety wzmaga. No cóż, muszę ruszać dalej. Tory kolejki prowadzą tuż przy drodze po mojej stronie i oddzielone są niską barierką. Dziwne się czuję, gdy pociąg najeżdża z przeciwka. Jakbym czekał na zbliżające się nieuchronnie czołowe zderzenie. Jest jeszcze gorzej, gdy mnie dogania i w celu pozdrowienia, podczas wyprzedzania wydaje niespodziewanie głośny dźwięk. Na większych stacjach tor się rozdwaja i mogą minąć się dwie przeciwnie jadące kolejki. Cięższy o tortillę, ale z nową energią jadę dalej pod górkę. W La Esperanza żegnam się z kolejką, która popędzi przez centrum La Unión do Los Nietos nad morzem. Całą trasę z Kartageny do Los Nietos pokonuje w 28 minut. Moja droga nr 332 zamienia się tylko literkami: z RM na N. System hiszpańskich oznakowań jest w dalszym ciągu dla mnie zupełnie nie do zrozumienia i nadal nie zamierzam się mierzyć z tym tematem. Ważne, że prowadzą mnie w dobrym kierunku. Tereny zmieniły się na całkiem płaskie, a odcinki dróg są teraz długie i proste. W Los Alcázares poprowadziła mnie niezbyt długa ścieżka rowerowa. Trzymam się kierunku do Alicante. Spotykam się przez chwilę ponownie z autostradą A-7. W San Pedro del Pinatar odpocząłem w parku z ławkami i dokładnie przeliczonymi, 10 sosnami. Niedaleko za tym miastem skończyła się Murcia i wjeżdżam do następnej hiszpańskiej prowincji. Walencja, tak samo jak Murcja, jest wspólnotą autonomiczną. Stolicą jest 800-tysięczne miasto, Walencja, a Alicante i Castellón de la Plana to dwa kolejne, najważniejsze miasta regionu. Rolnictwo i turystyka to podstawa gospodarki Walencji. Przez następne miasteczka jadę już bez zatrzymywania. W każdym z nich są wiadukty dla pieszych i dzięki temu ruch jest płynny i bezpieczny. Mój kemping znajduje się kilka kilometrów od drogi, którą jadę. Jestem już mocno zmęczony. Jednak nie mogę znaleźć dojazdu. Zapytani tubylcy nic nie wiedzą o kempingu w pobliżu. Kontaktuję się z Ewą. Najpierw ma być duże jezioro. Jadę wolno, aby niczego nie przegapić. Za miastem odnajduję jezioro. Ma dziwny, różowy kolor. Przekraczam autostradę pod jej brzuchem i w trakcie podjazdu widzę wielki billboard, zupełnie nieczytelny dla turysty. Dostrzegam tylko słowo camping. Jest godzina 20.40. Recepcja jest już nieczynna. Ochroniarz w zamian za zdeponowanie do rana mojego dowodu osobistego, wpuszcza mnie na teren. Nie powinienem oddawać nikomu ani na chwilę mojego dokumentu, ale w tej sytuacji ulegam po krótkiej wymianie zdań. Wybieram miejsce blisko toalet, znów na kamieniach. Taki budynek toaletowy ma wśród innych, ważnych zalet, zaletę posiadania gniazdka do ładowania telefonu i powerbanku. O tym muszę ciągle pamiętać i korzystać z każdej okazji. Prysznice, niestety, znajdują się w innym miejscu, ale są otwarte i jest w nich ciepła woda. Dziś przejechałem 102 kilometry ze średnią 15,4 km/godz. Wi-Fi będzie dostępne dopiero nazajutrz w barze. Kładąc się do snu próbowałem ponownie odtworzyć kilka poprzednich dni, aby znaleźć odpowiedź na nurtujące mnie pytanie: gdzie jest polar? Cały dzień martwiłem się, co mogło nagle stać się z koszulką i polarem? Przecież najwyższe góry, Pireneje i Alpy, dopiero przede mną. Wówczas w namiocie może być naprawdę zimno. Może być zimno również podczas jazdy. Co wtedy założę? Nie mogę podjąć takiego ryzyka, muszę mieć ze sobą jakieś ciepłe ubranie. Przeglądam w myślach moment pakowania ubrań w hostelu w El Ejido po wypadku. Odtwarzam kolejność wykonywania czynności. Świadomie zostawiłem część saszetek leku przeciwbólowego. Nie zmieściłbym wszystkich, bo zajmują dużo miejsca. Zresztą nie było potrzeby wozić ze sobą takich ilości. Odliczyłem potrzebną porcję na tydzień i tyle. Zabrałem wszystkie ciuchy z półek w szafie podzielonej na dwie części. W drugiej części był drążek z wieszakami. I tu właśnie wisiała wyprana i wysuszona koszulka termiczna oraz POLAR! Te drzwi pozostały zamknięte! Nawet ich nie otwierałem. Byłem przekonany, że wszystkie ubrania ułożyłem elegancko na półkach, w pierwszej połowie szafy. I te wszystkie oczywiście zapakowałem, a dwie rzeczy, których nie zabrałem muszą wisieć nadal w tej szafie! No, to sprawa się wyjaśniła. Ulżyło mi bardzo. Ale co teraz zrobić? Jestem już kilkaset kilometrów dalej. Mój numer telefonu pozostawiłem w księdze meldunkowej hostelu. Gdyby znaleźli polar, powinni do mnie zadzwonić. Przecież wiedzieli, że podróżuję dalej i ciepłe ubranie będzie mi potrzebne. Jeśli wyrzucili je do śmieci, to sprawa jest zamknięta. Jak to sprawdzić? Będę działał w tej sprawie jutro. Mam jeszcze jakieś drobne wątpliwości, ale przychylam się do odtworzonego w pamięci momentu pakowania. Innego wyjaśnienia zaginięcia polaru i koszulki po prostu nie ma.
Mazarrón
Marina w Kartagenie
Nabrzeże mariny w Alicante
Kemping La Vila Joiosa
Wstałem wcześniej niż zwykle, podekscytowany odkryciem miejsca pobytu zagubionego polara. Pobiegłem do recepcji odebrać mój dowód osobisty i uregulować należność. Opłata w wysokości 16,80 euro trochę mnie zdziwiła, ale okazało się, że od czerwca obowiązują już ceny nowego sezonu turystycznego. "High season", czyli "wysoki sezon" oznacza duży napływ turystów i większy zysk w branży wypoczynkowej. Właśnie przyczyniłem się do powiększenia tego zysku. Dziś też będzie ciepło, bo o godzinie 8.20 jest już 26 stopni. Kryję się w barze i przy zimnej coli łączę się przez Wi-Fi z najbliższymi, aby podzielić się moim odkryciem i uruchomić jak najszybciej odpowiednie działania. Najpierw trzeba potwierdzić moje przypuszczenia, czy polar jest rzeczywiście w hostelu. Koleżanka córki, Klaudia będzie teraz głównym tłumaczem, ponieważ z obsługą można porozumieć się tylko w języku hiszpańskim. Jeśli moje rzeczy zostaną odnalezione, należy rozsądnie i precyzyjnie zorganizować logistykę. Będzie trzeba nadać przesyłkę do określonego miejsca, gdzie będę mógł ją odebrać. Jestem przecież w ciągłym ruchu, więc muszę podać miejsce z odpowiednim wyprzedzeniem i tam będę czekał na paczkę. Dziś jest piątek, początek weekendu. To ostatnia chwila do nadania przesyłki, bo zaraz będzie siesta, fiesta i ma?ana. Kilka dni później będę jeszcze dalej, więc koszty transportu odpowiednio wzrosną. Akcja została uruchomiona. Przekazałem wszelkie potrzebne informacje. Korzystając z dobrego połączenia internetowego wysłałem również zdjęcia i relację z poprzedniego dnia. Rower i bagaże spakowałem wcześniej i jestem już gotowy do dalszej jazdy. Zrezygnowałem dziś z opaski uciskowej na nogę, ale na wszelki wypadek wcisnąłem ją w bagaże. Może się jednak przyda. Wszystkie dzisiejsze działania organizacyjno-komunikacyjne trwały bardzo długo, więc wystartowałem dopiero o 11.
Wracam kilka kilometrów do swojej wczorajszej drogi. Teraz mogę dokładniej obejrzeć niespotykane różowe jezioro. Okazuje się, że nie dość, że jest różowe, to jeszcze słone. Posiada właściwości lecznicze i jest europejską rzadkością. Nazywa się Laguna Rosa Torrevieja. Torrevieja (czytaj: Torawiecha), to nazwa miejscowości, gdzie położone jest jezioro. Naprawę zdrowia poprzez moczenie pozostawię bardziej potrzebującym, a ja będę leczniczo trzymał się nadal drogi N-332. Między La Marine del Pinet a Santa Pola droga prowadzi między solankami. Przez kilka ładnych kilometrów jadę niskim nasypem, niekiedy prawie na poziomie wody. Okazuje się, że woda morska została poprowadzona na spore, ale oddzielone od siebie poletka. I tak sobie stoi. Słońce bez większego wysiłku wykonuje teraz swoją pracę, czyli grzeje. Po odparowaniu wody, firma zajmująca się tymi poletkami zbiera czystą sól. Magazynuje ją i sprzedaje. Dookoła widzę usypane w stożki białe góry soli. To chyba najprostsze, jakie znam wydobycie pieniędzy ze zwykłej wody morskiej.
W Santa Pola skręciłem do miasta, ponieważ zauważyłem z daleka McDonalda. Wiem, że w nim mogę skorzystać z Wi-Fi, a już na pewno z klimatyzacji. Na zewnątrz 32 stopnie ciepła. Po połączeniu się z internetem otrzymuję wspaniałą wiadomość, że hostel się odezwał! Polar, koszulka i lekarstwa zostały zauważone i zatrzymane, ale dziś na pewno niczego nie wyślą. Super! Połowa sprawy załatwiona! Trudno, przekażemy im miejsce wysyłki, jak zdecyduję, dokąd powinienem dojechać. Uff! Ulżyło mi i jestem zadowolony. Córka proponuje mi zakup nowego polara i koszulki oraz rezygnację z kombinacji wysyłkowych. Nie bardzo jednak mam czas na szukanie sportowych sklepów. Nie wiadomo też, jaka może być cena, więc wolę nie ryzykować. W nagrodę za dobre dla mnie wiadomości, zjadam po drodze lody i ruszam dalej.
Alicante widać już z daleka. Moja droga spotyka się z torami kolejowymi, prowadzącymi również do miasta. Za nimi jest już tylko morze. Widzę portowe żurawie i charakterystyczne dla Alicante wzgórze. Zmierzam wprost do mariny i siadam na pierwszej ławce przy nabrzeżu. Przede mną kołysze się las masztów. Byłem dokładnie w tym samym miejscu w 2004 roku.
Wówczas, 12 lat temu, wraz z kolegą przybyliśmy tu rano, po 40-godzinnej podróży autobusem. On jechał z Zakopanego, a ja z Łodzi. Spotkaliśmy się we Wrocławiu i tam przesiedliśmy się do docelowego autobusu. Jednocześnie, kilka tygodni wcześniej, kpt. Jacek Rajch wypływał z Florydy swoim jachtem, s/y Osprey. Tu, w Alicante, mieliśmy się spotkać w celu wspólnego pływania po Morzu Śródziemnym. Nie ustaliliśmy dnia ani godziny spotkania, ponieważ nie było to do końca przewidywalne. Przepłynięcie Atlantyku to nie lot samolotem, a ja musiałem przecież zamówić bilety na połączenia autobusowe z odpowiednim wyprzedzeniem dla mnie i dla kolegi. Decyzję o terminie wyjazdu podjąłem płynąc pontonem rzeką Biebrzą. Od wielu już lat spływam różnymi rzekami na pontonie. Na spływ Biebrzą byłem umówiony z kolegą Markiem z Ostrołęki, rok wcześniej. Zawsze pod koniec każdego spływu planowaliśmy już następny. Wypadło teraz na tę wspaniałą rzekę. Czasem tak właśnie sprawy dziwnie się zbiegną, co nie znaczy, że skomplikują. Na zbliżającym się do Europy Ospreyu nie było telefonu satelitarnego. Nie mogliśmy się porozumieć w sprawie aktualnej pozycji jachtu. W tej sytuacji termin naszego przyjazdu wymyśliłem w ciemno. Jak się okazało, Osprey wpłynął do mariny w Alicante prawie w tym samym czasie, kiedy my dowlekliśmy się mocno umęczeni, z workami żeglarskimi, z miejscowego dworca autobusowego. Popłynęliśmy wtedy we trzech przez Baleary, Sardynię i Korsykę do Fiumicino, położonego niedaleko Rzymu.
Alicante, miasto zamieszkałe przez około 330 tysięcy ludzi, swoje korzenie zapuściło prawie 5000 lat p.n.e. Znali je już starożytni Grecy i Fenicjanie. Na wzniesieniu Benacantil o wysokości 220 metrów n.p.m., widocznym z daleka, istniał fort kartagiński, a później cytadela. Na wzgórze można teraz dostać się windą, która wjeżdża na wysokość 205 metrów. Gdy skończyłem wspominać moje morskie przygody związane z tamtym rejsem, odjeżdżam powoli wśród szeregu palm. Od dłuższego czasu towarzyszą mi tory tramwajowe. Moją uwagę zwraca torowisko, które jest pokryte zieloną, soczystą trawą. Widać na nim świeże ślady kosiarki, która skosiła trawę do wysokości szyn. Trawa znajduje się również szeroko poza torowiskiem. Jest równo, czysto i pięknie. Tramwaj jedzie specjalnie wydzielonym pasem. Obok rosną palmy i inne drzewa. W końcu zabudowania Alicante pozostawiłem za sobą, teren opustoszał, trochę się wzniósł i wjechałem do 228-metrowego tunelu o nazwie El Campello. Po prawej stronie, za tunelem, biegnie linia kolejowa. Zauważyłem dwujęzyczne nazwy mijanych miejscowości. Villajoyosa, gdzie pozostanę dziś na kempingu, ma też drugą nazwę w języku walenckim - La Vila Joiosa. Walencki nie różni się bardzo od katalońskiego, ale jest oficjalnie uznanym i stosowanym językiem w Walencji.
Kemping położony jest tuż przy drodze i dotyka kamienistej plaży. Cena jest przyzwoita, tylko 10 euro za noc, ale i tak nie mogę tu dłużej pozostać. Przez sobotę i niedzielę mogę przejechać jeszcze sporo kilometrów. A jazda będzie bezpieczniejsza z powodu braku TIR-ów w czasie weekendu. Dziś odnotowałem na liczniku przejechane 92 kilometry, a średnia prędkość, to 15 km/godz. Górki były bardzo łaskawe i wzniosłem się maksymalnie tylko na 131 metrów. Szybkie postawienie namiotu, kąpiel, pranie, jedzenie i zaplanowanie jutrzejszej drogi, kończy mój następny dzień podróży.
Mimo iż plażę miałem tuż za ogrodzeniem, nie skorzystałem z konserwacji ciała za pomocą słonej wody. Dziś będzie mniejszy ruch na drogach z powodu weekendu i muszę to wykorzystać. Na plażowanie, mam nadzieję, przyjdzie jeszcze czas. Noga wczoraj sprawowała się dobrze bez opaski, więc jej więcej nie zakładam, dodatkowo dziś zrezygnowałem również ze środków przeciwbólowych. Saszetki do rozpuszczania są niezwykle uciążliwe w użyciu podczas podróży. Trochę jeszcze kuleję, ale ból występuje tylko podczas przypadkowego dotknięcia miejsca uderzenia. Zostaje jeszcze maść, którą stosuję już tylko dwukrotnie - przed wyjazdem i przed snem. Tylko tak mogę komfortowo umyć ręce od tej intensywnie pachnącej tłustości.
Miasto Villajoyosa, przez które muszę przejechać jest dosyć długie, a jego ulice prowadzą systematycznie pod górę. Zdobywam metr za metrem oglądając przy tej okazji miejscowość. Mijam stację benzynową firmy Repsol. Stacje tego koncernu i firmy Cepsa są najczęściej spotykanymi na mojej drodze. Wszystkie są mile widziane, ponieważ zaspokajają moje najważniejsze potrzeby podczas jazdy. Dają chłód, możliwość skorzystania z toalety i zimną coca-colę. W toaletach zawsze korzystam z zimnej wody, aby się odświeżyć i ochłodzić. Dziwi mnie, że nie wszystkie stacje są wyposażone w kompresor do pompowania powietrza. Przejeżdżając obok każdej stacji podglądam, czy na niej mogę uzupełnić powietrze w dętkach. Mam, co prawda, swoją pompkę, ale mechanik w El Ejido założył mi dętkę o krótkim wentylu i moja pompka nie potrafi sobie z nim poradzić. Za każdym przyciśnięciem pompki do wentyla, powietrze ucieka z dętki. Próbowałem na różne sposoby i nie mogę dopompować powietrza w przednim kole. Kompresory natomiast dają sobie radę z takim krótkim wentylem. Od czasu do czasu muszę koła dopompować, bo powietrze ciągle stara się uwolnić z zamknięcia.
Z daleka widzę bardzo dużo wieżowców. Do tej pory większość miast miała niską zabudowę. Benidorm wyłamuje się z tej większości. Posiada około 50 wieżowców, a jeden z nich liczy nawet 47 pięter. 70-tysięczne miasto zajmuje pierwsze miejsce w Europie w liczbie wieżowców w przeliczeniu na liczbę mieszkańców. Piękne, długie plaże i parki rozrywki przyciągają tu rzesze turystów. Trudno uwierzyć, że jeszcze w 1960 roku Benidorm był małą wioską rybacką. Moja trasa wiedzie przez centrum miasta. Na głównej alei ścieżka rowerowa prowadzi środkiem jezdni. Oddziela również pasy ruchu w przeciwnych kierunkach. To nie jest częste rozwiązanie, ale też nie pierwsze podczas mojej wyprawy. Przejeżdżam obok aktualnie budującego się, kolejnego wieżowca. Ma bardzo ciekawą konstrukcję. To dwa oddzielne, ponad 50-piętrowe budynki, połączone na samej górze stożkiem. Między budynkami jest pusta przestrzeń. Prawdopodobnie będzie to hotel albo apartamentowiec. Obiekt ma też doskonałe położenie, niedaleko plaży, a widok na morze z większości pokojów będzie jedną z większych atrakcji. Tuż za miastem, przy drodze mnożą się reklamy z zaproszeniami do Sexx Club 24 Open czy Showgirls Club. Seksbiznes w mieście i jego okolicach jest dosyć dobrze rozwinięty. Teraz jestem w stanie zrozumieć dodatkowy powód najazdu turystów na Benidorm. Kto będzie miał siłę oprzeć się hiszpańskiej, gorącej senioricie przy zimnych drinkach. Można również poszaleć w kasynach, parku wodnym, a po tych wariacjach odpocząć na kilku kempingach, jeśli budżet został mocno nadwyrężony.
W następnym większym mieście - Altea, łapałem oddech przy moście nad Río Algar, tuż przy biurze nieruchomości specjalizującym się w obsłudze klientów rosyjskojęzycznych. Prawdopodobnie musi być ich tu sporo, jeśli reklama biura napisana jest w języku rosyjskim. Przede mną rozciągały się góry i ciekaw jestem, czy będę musiał przez nie przejechać, czy może jakaś nadmorska droga oszczędzi mi wysiłku. Wiąże się to również z wzrastającą ciągle temperaturą. Zmieniłem przełożenia przerzutek na najlżejsze i ciągle ciężko mi pedałować. Morze zostaje coraz niżej. Kilka kolejnych serpentyn zapewnia mi widoki zapierające dech w piersiach. Nie jestem do końca pewien, czy ten mój dech zapierają piękne widoki, czy olbrzymi wysiłek. W pewnym momencie dostrzegam w dole marinę. Zatrzymuję się i zaglądam do mapy. Żeglarska przystań nazywa się Marina Greenwich. Orientuję się, że jestem na ZEROWYM POŁUDNIKU! Od tej pory moje położenie geograficzne zmienia się z zachodniego na wschodnie! To ten sam południk, który przechodzi przez Greenwich w Londynie! Południk zerowy, rozpoczyna swój bieg na biegunie północnym, przechodzi przez Morze Grenlandzkie, Norweskie i Północne. Następnie przebiega przez Wielką Brytanię, skacze przez kanał La Manche do Francji i Hiszpanii. Tu się właśnie z NIM spotkałem, pod drzewem przy drodze. Za chwilę jest już na Morzu Śródziemnym i musi przebyć całą Afrykę. W Ghanie opuszcza ląd, aby prześlizgnąć się po Atlantyku i Oceanie Południowym. Przez Antarktydę dociera do bieguna południowego i tu jego droga się kończy. Ciekawostką jest, że przez kilka setek lat, za punkt, przez który przebiega południk zerowy, przyjmowano hiszpańską wyspę El Hierro, zwaną Wyspą Południkową, leżącą w archipelagu Wysp Kanaryjskich. Obecnie obowiązujące położenie południka, skorygowane w 1984 roku o 102 metry na wschód od dotychczasowego wzorca w Greenwich, stosuje się na całym świecie.
Niestety, nikt w tym miejscu nie oznaczył miejsca przebiegu południka. Można go zidentyfikować tylko na Google Maps. Ciekawie byłoby stanąć okrakiem na dwóch półkulach jednocześnie. Być może, że trafiłem w punkt, ale pewności nie mam. Mogę jedynie podejrzewać, że w Pueblo Mascarat, na dole, gdzie znajduje się marina, jest takie oznaczenie, ale nie będę tego sprawdzał. Jadę dalej, przez tunel. Tuż za nim zbudowano w malowniczej, skalnej scenerii zadaszoną galerię i następny tunel. Między ścianami skalnymi, dużo niżej, po prawej stronie widać stary, kamienny nieużywany już wiadukt, a z lewej strony, dużo wyżej poziomu drogi, biegnie linia kolejowa na stalowej konstrukcji. Wszystkie budowle nad kanionem Mascarat i sam kanion tworzą niezwykle malownicze i interesujące miejsce do zwiedzania i eksploracji. Od miasta Calp droga wraca do systemu falowania. Inaczej znaczy to nieskończoną ilość wjazdów i zjazdów. Podjazdy znów mają dodatkowy pas ruchu, a zjeżdżanie, mimo że trwa tylko kilkanaście sekund, doskonale chłodzi. Na moim termometrze odczytuję rekordowy wynik: 44,5 stopnia Celsjusza. Gotuję się na miękko. Trochę cienia mogę jeszcze znaleźć pod drzewami, ale przecież zbyt częste postoje wydłużą czas mojej dzisiejszej trasy. W Benissie natknąłem się na bankomat, który na mnie chyba czekał. Stan gotówki pilnie oczekiwał już uzupełnienia. Udało się to uczynić bez problemów. W następnym mieście - Ondara, mogłem uwiecznić na fotografii słupek drogowy z informacją, że przyjaźnimy się już z nową drogą przez 200 kilometrów. Teraz z kolei teren się wypłaszczył i mogę trochę przyspieszyć. To przyspieszenie wynika tylko z powodu większego chłodzenia. Szybsza jazda to dla mnie wentylator na maksymalnym biegu. Jeśli muszę się zatrzymać, na przykład przy światłach, natychmiast wykorzystuje to pot i wylewa się ze mnie strumieniami. Nigdy wcześniej nie przypuszczałbym, że podczas upału lepiej jest jechać, niż zatrzymać się w pełnym słońcu. Przed Xeraco moja droga połączyła się z autovíią. Widocznie nie znaleziono miejsca dla dwóch dróg jednocześnie. Widzę znak ograniczenia prędkości do 100 km/godz., więc musiałem trochę przyhamować (taki żarcik). Już nie jestem tak zdezorientowany jak wcześniej. Teraz wpadam na autovíę bez strachu, jeśli nie widzę wyraźnego zakazu wjazdu dla rowerów. Tak mknę ładnych kilka kilometrów. Skręcam nareszcie z drogi głównej, a to oznacza, że zbliżam się do dzisiejszego celu w mieście Xeraco. To nazwa miasta w języku walenckim. Na tablicy informacyjnej nie podano drugiej nazwy w języku hiszpańskim. Nie wiem dlaczego, bo dotychczas nazwy większych miejscowości Walencji były dwujęzyczne. Kemping San Vicente leży tuż przy plaży, około kilometra od mojej głównej drogi. Położony jest za wysokim wałem. Z największą radością odkrywam recepcję w barze albo może odwrotnie. Najważniejsze, że jest ZIMNE PIWO! Dzięki niemu czuję jak powraca życie w moim organizmie. Przejechałem w tym upale 102 kilometry ze średnią prędkością 15 km/godz. Dziś najwyżej jechałem na 288 metrach n.p.m. O dzisiejszym powietrznym piecu może świadczyć temperatura 25 stopni po godzinie 21.
Pełna treść tylko w pełnej wersji książki.