Fraszki Igraszki - Anne Kelly

Kup ebooka

8.08 zł
6.71 zł (6,87 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Strumyk

Podniosła kamień

Kiedyś przy drodze

Wyryty morał

Ku jej przestrodze:

"Nie idź tą drogą

Bo śmierć Cię czeka.

Tamtą też nie idź

Bo młodość ucieka".

Rzuciła kamień

W strumyk pobliski

Odbicia lico jeno przebłyski

Kopnęła korzeń

Słuchać nie chciała

W wodę truchnęła

Nie zajęczała

Pod wodą tonąc

Myśli ostatnie

Przebiegły szybko

Niedelikatnie:

"Po co wchodziłam?

Obejść powinnam.

Gdzie jest mój kamień?

Już jestem inna!"

Za późno było

Na zmianę zdania

Myśli, pragnienia

Błahe mniemania

Kiedy był czas

By w porę myślała

Wolała odejść z lekceważeniem

Życie jej jedno

Uszło westchnieniem

Lalka

Lalka stworzona i niełakoma

Zawsze przez kogoś była gnębiona

Zabawka niema i ślepa prawie

Tak porzucona leżała w stawie

Lalek na świecie multum jest przecie

Brana na rączki i kołysana

Gdy była nowa - w kaftanik ubrana

Przebrana, myta - dziś poturbana

Z natury plastik pusty i głuchy

Niby bez serca i żadnej posłuchy

Kochana była przez wielu gości

Dziś zastąpiona z bylejakości

I choć nie miała ni trochę umysłu

Toć swą godnością koiła zmysły

Ręcznie zdobiona i upiększona

Prawie człowiekiem była ochrzczona

Tymczasem człowiek porzucił piękno

Lalczaną energię porąbał jak drewno

Skuszony taniości wzornictwem

Zastąpił dzieło naśladownictwem

Pozbawiona serca lalkarza

Leży i czeka na śmieciarza

Wiecznie skazana na wędrówkę

Nie zasługuje na kroplówkę

Trafi na stos recyklingu

Z misiem bój stoczy na ringu

Bez właścicielki radosnej

Może oczekuje wiosny

Pobożność

Była raz Pani

Święta niezmiernie

I co niedzielę się spowiadała

Ze swoich grzechów

Wysnutych z palca

Karciła innych

Za życie dziwne

Obce jej samej

Bo w jej mniemaniu

Jakości gorszej

Bogu nieznanej

Wrócił tymczasem

Z obcego kraju

Syn jej jedyny

Poręczyć znajomym

Ich dziecka chrzciny

Pani nie lada kłopoty miała

Bo siostra tragicznie zachorowała

Nowotwór bowiem

Przysiadł na płucach

Opieki nagłej potrzebowała

Pani zbyt dumna była naówczas

Zajęta wielce

Bo chrzciny trwały

Znajome koneksje

Do późna wszyscy zabalowali

Wtem rankiem głuchym

Ktoś powiadomił telefonicznie

Siostra na raka chora śmiertelnie

Tej zacnej Pani, co wszystkich gości

Zmarła w szpitalu

I w samotności

Władza

Niepokonany gmach

Euforia ludu

Poniżej pasa

Brak dobrobytu

Pilnie zasądzi

Im więcej bólu

Tym lepiej dla nich

Kasy przybędzie

Pobawią się nami

Trzodą roboczą

Jej marnościami

Kiedy ktoś piśnie

Że boli czy nie chce

Z hukiem odpada

Myśleć nie wolno

Lub nie wypada

Jeśli się zlękniesz

Buntem zatańczysz

Zagrają ci pieśni

Prastarych królów

Oduczą szybko znanego bólu

Każdy cień buntu

Pospólstwa groźny

Bo władza radzi

Karze ogromnie

A kara zbyt wielka

Rób na nią zatem

Nawet nie stękaj!

Karnawał

Skazany na życie wśród innych krzyczy

Skazany dośmiertnie na swej pryczy

Bez siebie sobą być nie umie

Bez innych wiele nie rozumie

Przypadkiem temczasem nie egzystuje

Własną głupotą naturę marnuje

Tam sadzi drzewo małe

Tu większe zniszczy

Tam żałośnie zapłacze

Tu do wszystkich pyszczy

Bawić się zechciał w jednego Boga

Wycięta nerka czy wątroba

Rzecz nieistotna z punktu widzenia

Człowiekiem zwanego chytrego cienia

Buduje świat od lichej strony

Ze swej pyszności i złota tony

Plebs bije mu wieczne pokłony

Jak dzwon przeklęty, uświęcony

Dumy nie umie przekroczyć

Dzieli całość w miliony części

W amoku kroczy zamiast jednoczyć

Niepotrzebne mu garbate pięści

Niedelikatnie to się odbywa

Deszcz troski od eonów świat zmywa

Głupiec temczasem klaszcze nadal

Czyniąc ze świata swych klaunów

Karnawał

Filozof

Sensu życia poszukując

Czytał księgi, felietony

Tomy oraz leksykony

Masę skryptów

Dopytywał żony

Nic nie dało

Stanął w miejscu zniesmaczony

Wiedza ta nabytą była

Pustkę jeszcze powiększyła

Biedny był

A specjalistów rady

drogie były od parady

Toteż poddał się już całkiem

I z sił opadł bezpowrotnie

Pisać przestał

Myśleć, tworzyć

I bezmyślnie siedział w oknie

Gdy temczasem na podwórku

Hałas, gwar i łoskot straszny

Żona krzyczy: "Szybciej, Stachu!"

Wybiegł z domu tempem własnym

Synek przestraszony leżał

Wpół skulony przed gruchotem

Który omal nań nie wjechał

Na podwórze tuż za płotem

A filozof w kilka sekund

Pojął sens wszystkiego w biegu