Lalka
Lalka stworzona i niełakoma
Zawsze przez kogoś była gnębiona
Zabawka niema i ślepa prawie
Tak porzucona leżała w stawie
Lalek na świecie multum jest przecie
Brana na rączki i kołysana
Gdy była nowa - w kaftanik ubrana
Przebrana, myta - dziś poturbana
Z natury plastik pusty i głuchy
Niby bez serca i żadnej posłuchy
Kochana była przez wielu gości
Dziś zastąpiona z bylejakości
I choć nie miała ni trochę umysłu
Toć swą godnością koiła zmysły
Ręcznie zdobiona i upiększona
Prawie człowiekiem była ochrzczona
Tymczasem człowiek porzucił piękno
Lalczaną energię porąbał jak drewno
Skuszony taniości wzornictwem
Zastąpił dzieło naśladownictwem
Pozbawiona serca lalkarza
Leży i czeka na śmieciarza
Wiecznie skazana na wędrówkę
Nie zasługuje na kroplówkę
Trafi na stos recyklingu
Z misiem bój stoczy na ringu
Bez właścicielki radosnej
Może oczekuje wiosny
Pobożność
Była raz Pani
Święta niezmiernie
I co niedzielę się spowiadała
Ze swoich grzechów
Wysnutych z palca
Karciła innych
Za życie dziwne
Obce jej samej
Bo w jej mniemaniu
Jakości gorszej
Bogu nieznanej
Wrócił tymczasem
Z obcego kraju
Syn jej jedyny
Poręczyć znajomym
Ich dziecka chrzciny
Pani nie lada kłopoty miała
Bo siostra tragicznie zachorowała
Nowotwór bowiem
Przysiadł na płucach
Opieki nagłej potrzebowała
Pani zbyt dumna była naówczas
Zajęta wielce
Bo chrzciny trwały
Znajome koneksje
Do późna wszyscy zabalowali
Wtem rankiem głuchym
Ktoś powiadomił telefonicznie
Siostra na raka chora śmiertelnie
Tej zacnej Pani, co wszystkich gości
Zmarła w szpitalu
I w samotności
Karnawał
Skazany na życie wśród innych krzyczy
Skazany dośmiertnie na swej pryczy
Bez siebie sobą być nie umie
Bez innych wiele nie rozumie
Przypadkiem temczasem nie egzystuje
Własną głupotą naturę marnuje
Tam sadzi drzewo małe
Tu większe zniszczy
Tam żałośnie zapłacze
Tu do wszystkich pyszczy
Bawić się zechciał w jednego Boga
Wycięta nerka czy wątroba
Rzecz nieistotna z punktu widzenia
Człowiekiem zwanego chytrego cienia
Buduje świat od lichej strony
Ze swej pyszności i złota tony
Plebs bije mu wieczne pokłony
Jak dzwon przeklęty, uświęcony
Dumy nie umie przekroczyć
Dzieli całość w miliony części
W amoku kroczy zamiast jednoczyć
Niepotrzebne mu garbate pięści
Niedelikatnie to się odbywa
Deszcz troski od eonów świat zmywa
Głupiec temczasem klaszcze nadal
Czyniąc ze świata swych klaunów
Karnawał
Filozof
Sensu życia poszukując
Czytał księgi, felietony
Tomy oraz leksykony
Masę skryptów
Dopytywał żony
Nic nie dało
Stanął w miejscu zniesmaczony
Wiedza ta nabytą była
Pustkę jeszcze powiększyła
Biedny był
A specjalistów rady
drogie były od parady
Toteż poddał się już całkiem
I z sił opadł bezpowrotnie
Pisać przestał
Myśleć, tworzyć
I bezmyślnie siedział w oknie
Gdy temczasem na podwórku
Hałas, gwar i łoskot straszny
Żona krzyczy: "Szybciej, Stachu!"
Wybiegł z domu tempem własnym
Synek przestraszony leżał
Wpół skulony przed gruchotem
Który omal nań nie wjechał
Na podwórze tuż za płotem
A filozof w kilka sekund
Pojął sens wszystkiego w biegu