Franek - Władysław Reymont

Kup ebooka

8.49 zł
6.96 zł (3,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

FRANEK

Był maszynistą, inspicjentem, afiszerem, zamiataczem, statystą i Bóg wie czem już nie był. W towarzystwie, do którego składu należał, spełniał wszystkie funkcje - a gdyby było potrzeba, mógł nawet "pokazywać bogów", t. j. przedstawiać nieme lub kilkuwyrazowe role. Był najniezbędniejszym rekwizytem towarzystwa. - Franek, zmianę! Franek, potrzeba laski na scenę! Franek, po jakich ja słowach wychodzę? Franek, dzwonić, Franek, do kurtyny! - To "Franek", "Franek" - na wszystkie tempa wywoływane i wszystkiemi rodzajami głosów - rozbrzmiewało zawsze podczas spektaklu po scenie, kulisach i garderobie małego prowincjonalnego teatru. A on, mały, suchy, z twarzą pergaminową, długą a płaską, bez wyrazu, pomiętą - z twarzą głodomora, o tonie brudnym, popryszczonym wyrzutami - kościach policzkowych dziwnie zapadniętych, o czole niskiem, cofniętem przy skroniach wtył, poplamionem żółtemi plamami, zaczerwienionem zawsze. Ubrany w jasne palto wypełzłe i zniszczone - w sztylpach lakierowanych, imitujących długie buty - zawsze w jakiejś żokiejce na głowie, biegał bez odpoczynku od aktora, któremu pomagał robić brzuch z poduszki, do dyrektora, który napół ubrany, wyglądał przez otwór w kurtynie - na wchodzącą publiczność, a któremu do samego wyjścia na scenę trzeba było szukać jakiejś części garderoby. Tam potrzeba było wylecieć z kijem przed teatr, rozpędzić bandę hałasujących żydziaków, tu przynieść amantce jeden z trzech kufli piwa, bez wypicia których nie grałaby, przykręcić lampy i lecieć szybko do kurtyny, aby ją podciągnąć - "a uważnie, błaźnie, na gazy, mówię ci sto razy", jak co spektakl powtarzał dyrektor, i znowu biec, brać scenarjusz w rękę i mieć wpogotowiu wszystkie drobne rekwizyty. Tak, bo był i rekwizytorem. Brał po dwa ruble od przedstawienia za dostarczanie wszystkiego, co tylko było potrzebne do ubierania sceny. Wyręczał także reżysera, a mianowicie wtedy, kiedy to publiczności, słabo reprezentowanej, trzeba oznajmić, że "z powodu pustek w kasie teatr zamyka się". Spełniał to ostatnie nie z przyjemnością, bo wiedział, że po takiem odwołaniu przedstawienia, dostanie tylko połowę kosztów i nic z działów na swoje trzy marki. Towarzystwo grywała na działy, których lwią część zabierali: dyrektor z Simonką, naiwno-liryczno-operetkowo-gabinetową primadonną, ojciec dramatyczny i kornik, nieporównany "kańciarz", bo pierwszy amant - wspaniale, modnie ubrane bydlę - był "krowienturą" świeżą jeszcze, przeto mało płatną. Swoją drogą Franek spełniał tyle uciążliwych obowiązków bez szemrania. Był wszędzie, gdzie go tylko mogli potrzebować. Zdawał się dwoić i troić, aby tylko nastarczyć. Szturchańce, bo i to go spotykało od zniecierpliwionych, kaprys, dzikie popędy zdenerwowanych, szydercze uwagi, wszystko to znosił z niewyczerpaną cierpliwością. Zdawał się nie mieć krwi i nerwów w sobie. Tylko czasami, gdy mu kto za bardzo dokuczył, lub za boleśnie pociągnął za włosy, oczyma błyskał żałośnie, lecz milczał. Ach, te oczy! co one tam robiły pod tą nieforemną, przykrytą żółtawą czupryną, czaszką? Takie wielkie, barwy najciemniejszego lazuru, a wiecznie pokryte jakąś zasłoną szklistą - jakby łez zastygłych. Zdawało się, że ich światło skierowane jest z zewnątrz - w jakieś przepaściste głębie ducha. Z powodu tych oczu cierpiał najwięcej od amanta, który miał głęboko schowane bez wyrazu i koloru oczy. - Co takiemu bydlakowi po nich? - mawiał - gdyby człowiek miał podobne, to - no!... To "no" było wypowiadane z jakiemś rozmarzającem mrugnięciem i miało głęboko sięgające znaczenie. Franek pomimo wszystkiego trzymał się tego jednego towarzystwa od lat kilkunastu. Przywiązywał się do wszystkich, którzy w niem byli czas jakiś, a szczególniej do dyrektora, u którego ojca zaczął swoją artystyczną karjerę - może z marzeniami o sławie? z duszą przepełnioną pragnieniem grania Hamletów, Learów i t. d., może! - To tak dawno. Mówił, że już nie pamięta, gdy go jaki nowicjusz zapytywał. Pogrzebał przeszłość tak głęboko z jej porywami, tęsknotą, nadziejami, że chwilami naprawdę nie wiedział, czy istniała kiedy. Był pogodzony z dolą; na nic nie czekał, niczego nie pragnął! Żył z dnia na dzień, z godziny na godzinę, aby dalej. Zadzwonią, kurtyna zapadnie i sza - bez bisów - jak się raz odezwał. Zresztą był milczącym, nie lubił rozprawiać. Bo i o czem? Ani słuchał rozmawiających. Co go to wszystko obchodziło? Miał robotę - robił, nie myślał; nie miał - szedł z suflerem Zmarźlakiem do knajpy i grał dniami całemi w domino - i także nie myślał. Brakło partnera, albo był za bardzo spity - szedł spać, - ot i wszystko! Obojętność jego była nieczułością. Za jego pracowitość niezmordowaną, przywiązanie bezinteresowne, odwzajemniano mu się nieraz na różny sposób. Niewielu, co prawda, widziało w nim człowieka, tylko jakieś popychadło, automat, usługujący równie dobrze i pośpiesznie tak za kułaka, jak i za dziesiątkę. Sensację zrobił pewnego razu na próbie. Bohaterka, wypełniająca prywatnie obowiązki dyrektorowej, przyszła na próbę w złotym humorze. - Franek, piwo! - W tej chwili prawie postawił przed nią kufel. Knajpa była obok. A ona, skończywszy pokazywanie wszystkim pierścionka, który dostała na wczorajszej bibce - robiła tak zawsze - zawołała go w kulisę i wspaniałomyślnie zaproponowała, aby się przeniósł na mieszkanie do jej kuchni. - Bo ty podobno nigdzie nie mieszkasz? - E-e-mieszkam, proszę pani dyrektorowej. Lubiła ten tytuł. - Gdzie? - Tam na Olejnej. Pani dyrektorowa nie wie? mieszkamy ze Zmarźlakiem razem. - To bydlę rozpoi cię. - Cóżto szkodzi, proszę pani? - No tak, tak - ale u mnie nie możesz być pijanym. - Dobrze, nie będę pił - wszystko mi jedno. I ucałował na podziękę ręce kandydatki na dyrektorową. - Sprowadź się zaraz. - Dobrze. Akurat ktoś go potrzebował posłać do szewca i w tym celu ściągnął nawet z nóg kamasze, którym nagwałt pomoc dać należało, i, siedząc w kulisie, głosem tylko miał brać udział w próbie. - Franek, zaniesiesz, widzisz - niech ci na poczekaniu zrobi. Franek przybrał stanowczą minę i powiedział, że nie ma czasu, nie pójdzie. - Dlaczego, małpo, nie pójdziesz? - Bo przeprowadzam się. - Skąd? gdzie? - Od Zmarźlaka do dyrektorowej. - Ha! ha! - Franek się przeprowadza, ha! ha! wybornie! - przeprowadza się! - Połamani bohaterzy i dotknięci szpicem Kronosa bohaterki! Proszę o głos! Hołota, - cichoże, bo chcę powiedzieć coś arcywesołego. Uciszono się. - Oto! powiadam, że nasza Esmeralda vel Simonka bierze sobie tego oto Quasimoda na stajnię - czyli inaczej, mówiąc językiem dla was zrozumiałym, nasze factotum - mówiący słynął z wyszukanych zwrotów i porównań w mowie - przeprowadza się, słyszycie - zaangażowała go przed chwilą do wszystkiego - i przeprowadza się. Męska połowa towarzystwa wybuchnęła śmiechem, tak im się to komicznem wydało, żeńska zaś żółcią i śliną - tem zjadliwiej, że dyrektorowa oddaliła się. - Faktora chce mieć pod ręką, obrońcę, parawan, kasjera. - Kupiłaby sobie lepiej nowy garnitur zębów, bo starym wczoraj o mało się nie udławiła. - Czy pani chcesz nabyć stary? Będę pośredniczył, może odstąpi po zniżonej cenie, jako dla istotnie potrzebującej - szepnął z galanterją zjadliwą "charakterystyczny". - Och! pan jesteś... - Zachwycającym! - podsuflował cicho. - O nie! raczej chwytającym "bębenków" na karty. - Za które to zyski, mówiąc nawiasem, pozwalasz mi się pani nazwać czasami szczęśliwym swoim wielbicielem - odpowiedział cicho z ukłonem. Aktorka z godnością, jak przystało na matkę dramatyczną, odeszła w kulisy. - Widział pan przed chwilą to publiczne afiszowanie się z pierścionkiem, wiadomo jak nabytym? O! ona umie naciągać facetów! I ja, która byłam w pierwszych towarzystwach, u Texla, Kościeleckiego, muszę z takiemi kolegować! Ach, to okropne!... Ani to głosu, talentu, postawy... Bo to, proszę pana, co pan w niej widzisz, to wszystko sztuczne - od Pika - i to się tak rozrzuca! Ja mam przecież ręce także możliwe do pierścionków, co, nieprawda? I ja także mogłabym je mieć, gdybym tylko chciała, ocho! - w Warszawie w Bellevue to facety podali mi z krzeseł garnitur złoty - naprawdę, jak Bozię kocham! Ale nie wzięłam - nie, za bardzo siebie szanuję - brać od obcych! Co innego, jakby znajomy, przyjaciel taki serdeczny, jak pan, dawał, tobym wzięła - ale inaczej nie, nigdy... - mówiła to szeptem, szepleniąc i mizdrząc się "naiwna" - młoda, może 24-letnia kobieta, dość przystojna, ale zniszczona życiem, do młodego wielbiciela, który, widać było, że na dzień takiego słodkiego spotkania musiał zrzucić z siebie mundur szkolny dla większej niepoznaki - bo wyglądał, jak z krzyża zdjęty. Wcisnął się w krzesło tak, że ledwo go było widać i od wchodzącego odwracał się z przestrachem, jakby inspektora przeczuł. - Franek! - wołała niezdecydowanego wzrostu, wieku, płci i piękności aktorka o nieustalonym repertuarze. -- Franek! idź, przeprowadzaj się prędzej, bo pani dyrektorowa czeka, żebyś próchno wymiótł z mieszkania, nim goście nadejdą. - No, a tymczasem możesz to tutaj zrobić! - zawołał któryś, śmiejąc się. - Aktorka spłonęła z gniewu i przyciszonym od złości głosem syknęła: - Rodin! - Gonerilla! Tyranizowała matkę w najpodlejszy sposób. - Ależ, na Boga! kiedyż się próba zacznie? Franek wysunął się z teatru. - Jeszcze niema wszystkich. - Trzeba posłać, niech przychodzą. Mój Zmarźlaczku, idzźno po te krowienty, bo jak pragnę dobrego udziału, oddam rolę i róbcie sobie, co chcecie. - Powinieneś to dawno zrobić, publiczność umiałaby to ocenić. - Och! publiczność i tak jest wdzięczną dyrektorowi, że menażerji nie puszcza na scenę. - Tak, całej nie - tylko niektóre okazy... - Panie!... - Cicho, osły! Kalacie karczemną zwadą święty przybytek sztuki. Kłócicie się, jak szewcy. - Nie - ale jak tenorzy. - Albo jak aktorki... - Panowie! proszę sobie artystkami nie wycierać zębów. - Tylko? - Kańciarz! Całe towarzystwo zgodnie wybuchnęło śmiechem. - Więc pani w ten sposób rozumiesz? Tak myślisz?... - Stój, Garricku! Pani! ten młodzieniec znieważa cię. Posądza bowiem, że rozumiesz i że myślisz. O niegodziwiec! o łotr!... Powiedział to komik, Wstawką nazywany, przysadzisty, o rozlanej twarzy i brzuchu, a zalanym talencie jegomość, i oddalił się śpiesznie, rzucając złośliwo-triumfujące spojrzenie wokoło. Nazwany Garrickiem, młody aspirant do artystycznej nędzy, jeszcze niezbyt otrzaskany z postępowaniem wspólkolegów, a przeto pełen jeszcze młodzieńczego ognia, porwał się oburzony. - Siedź pan, nie zważaj na mowy podobnych klownów. Trzeba czasem i zniewagę złożyć na ołtarzu sztuki - szeptała skonfundowana, ściskając rękę swego rycerza. - Dobrze, pani, usłucham twego głosu - jest mi on rozkazem... Podziękowała mu powłóczystem a głębokiem spojrzeniem podmalowanych oczu. - ...ale nie rozumiem - mówił dalej - nie mogę pojąć, jak podobni w życiu ludzie mogą być przedstawicielami sztuki, apostołami piękna i szlachetności. Nie mogę się nawet domyślić, patrząc na nich, czy tam w tych piersiach płonie święty ogień sztuki. Nie rozumiem, jak można być pijakiem, szydercą, cynikiem a jednocześnie artystą. Nie rozumiem. - O szewcze Apellesa! Wiele jeszcze nie rozumiesz - wiele, wiele musisz pozbyć się z tego, co czujesz. Wiele razy grać na głodno, wiele nocy pić na czyje conto, nim zostaniesz aktorem. - Wolałbym wcale nie być na scenie, niż czuć i myśleć inaczej. - To odejdź w pokoju, mój synu! - odejdź. Mama i tata zabiją i tłustego cielca na przyjęcie syna marnotrawnego. - Panowie szydzicie, a przecież tu idzie o coś większego od nas - o sztukę. - To ci farsiarz! ha! ha! - Pozwólcie panowie i nie gniewajcie się na mnie zato, co powiem, ale sztuka nie jest celem dla was, nie kochacie jej. Myśli wasze zajęte czem innem, serca zastygłe, nie odczuwają nawet, co to jest sztuka? - A wiesz ty, młodzieńcze, co to jest codziennie obiad, całe buty, mieszkanie zapłacone, łach jakiś swój własny na grzbiet, kieliszek sznapsa, za własną dziesiątkę kupiony? Ty nie wiesz jeszcze, dopóki ci starczy zapasów, przywiezionych z domu, ale my o tem dawno zapomnieliśmy - o, dawno! Odejdź, a jeżeli zostaniesz pomiędzy nami, to za rok - pomówimy o tem, co to jest sztuka. Dixi. - A swoją drogą dołóż do swego zapału nowe buty na zapas i schowaj, przydadzą ci się na powrót - zakończył Wstawka. - Kiedyż ta próba? - Gdzie się pani tak śpieszy? - on jeszcze z klasy nie wrócił. - Zmarźlak! hej Zmarźlak! chodźże tu, stara małpo. Gdzie dyrektor? - Zaraz idzie - kończy partję. - A Dżalma? - Spotkałem go, szedł z temi pannami z za mostu na spacer i powiedział, żeby go kto zastąpił, bo teraz nie ma czasu, przyjdzie na popołudniową. - Samiec!... - Nie, to przechodzi pojęcie!... - Twoje, ma się rozumieć. - ...jutro się gra, nikt roli nie umie, na próby nie przychodzą: będzie klapa! jak Boga kocham, jeneralna klapa. - Nie kracz, wrono! - Że sztuka pójdzie pod psem, za to ręczę. - Ma się rozumieć, skoro ty w niej grasz. - Żeby to spektakl był dobry! - bo jak wstawić pragnę kubełek piwonji, bryndza aż śmierdzi - ani cebuli, ani w co wkrajać. - Jak pogody nie będzie, to i publiczność może nie dopisać... - Nie bój się. Dopisze, ale tobie na grzbiecie, jak się będziesz sypał, jak wczoraj. - To małpa Zmarźlak spił się, jak świnia, i nie poddawał... "Jowiszu, przed twój tron idziemy wieńce pleść". "I tobie cześć - I tobie" "Jowiszu i t. d." To dyrektor wchodził z piosenką na ustach. - Jak się macie, robaczki! - zawołał do kobiet. - No, panowie, zaczynamy próbę. - Czas jużby było - czekamy... - Widzisz, Ofeljo, cudną karambolową partję graliśmy z sędzią. Znasz go, ten, co tak po uszy zakochany w tobie - i właśnie mówił mi... - Wszystko mi jedno, co mówił. Nie potrzebuję gołych "fatygantów". - Przecież to faco pierzasty! - wtrącił ktoś zboku. - I! - ma tyle... - i pokazała figę. - Pani bo jesteś zawsze doskonale informowaną.... - Kota w worku się nie kupuje, to żaden interes - zawołał Wstawka. - Franek! Franek! scenę ustawić do pierwszego aktu. - Niema go; przeprowadzać się poszedł. - Gdzie? - Do Simonki. - A! - no, mniejsza. Panowie, pomóżcie mi, ustawimy sami. - Zaczynać, zaczynać. Gdzie, Mazepa? - Nie przyjdzie, jest na innej próbie... - Garricku! zamarkujesz pan za niego. "O tu mi był Eden, "Oczy twe były dla mnie gwiazdami zbawienia, "Hymnem..." - Mój drogi, nie blaguj. Udajesz, że się uczysz roli, a sypiesz się na scenie jak zwierzę - wołał dyrektor w kulisy do grającego rolę Zbigniewa, który swoją obecność i pracowitość w ten sposób manifestował... Rozpoczęto próbę. Kuleli, sypali się, wracali do scen niektórych po dwa razy, ale powoli, powoli, rozgrzewało ich to arcydzieło dramatyczne. Przycichało w sali, uciszono się w kulisach, nie było słychać rozmów, przycinków, szyderstw, kawałów. Nawet ci, którzy w tej sztuce nie grali, słuchali jej z pewnem skupieniem ducha. Genjusz jasnemi skrzydłami poezji zwyciężył ich codzienność - i panował chwilę. I Franek w trzecim akcie się zjawił. Usiadł w kącie przy proscenjum i patrzył. Był, jak zwykle, apatyczny, zimny; twarz miał bezmyślną, a oczy martwe. Tylko usta miał ułożone do jakiegoś wewnętrznego uśmiechu, pochylał nieznacznie głowę - można było przysiąc, że w takt wierszy, mówionych na scenie. Nawet Wstawka, wyuzdany cynik i szopkarz pierwszorzędny, nie mógł się oprzeć, aby nie powtarzać za mówiącymi kilku wierszy. - Widzisz, kulfonie! - mówił zniżonym głosem do Franka. - To sztuka! - i odszedł powtarzać wszystkim to samo. Po skończonej próbie "charakterystyczny" zaproponował spacer przed popołudniową próbą. - Zaprowadzę was w jedno cudownie odkryte miejsce, gdzie dają kotleciki - no, caca - z sałatką po 15 kop. porcja. Ale powiadam państwu, delicje! Czegoś tak smacznego... - Twój dziadek w szabas nie jadał. - Wstawka się już chlapnął i bredzi. - E, gdzieżtam, - oponował z miną żałosną komik - ani nawet kieliszka jednego, marnego kieliszka - nic! Na chęciach nie zbywało, ale... - Vae victis przez pustki... - W mózgownicy! W marmurze ryć taką prawdę - w marmurze. - Jak to zaraz znać, żeś czyścił koturny profesorowi łaciny. - Panowie, panowie, nie gryźcie się, bo i tak was gryzą... - No! więc idziecie na podwieczorek? - pytał Garrick. - Dobrze, dobrze, kiedy prosisz, to i owszem, no, bo prosisz!... Garrick w milczeniu, acz niechętnie, skinął głową potakująco. - Jakże nisko teatr upadł! naciągać swoich! - mruczał Wstawka, oburzony naprawdę. Wyszli z teatru. Charakterystyczny szedł pierwszy z którąś z aktorek i, z zapałem smakosza, opowiadał, jak się robią dobre kotlety z cielęciny. - Ten się minął z powołaniem, powinien być kucharzem. - Protestuję w imię zdrowych żołądków! - O oleum ricini! jakże byłobyś poszukiwane! - Panowie i piękne panie!... nie gniewajcie się, białogłowy, że mówię "piękne panie" - jest to niewinna figura retorica - otóż panowie! Tak, posłuchajcie - powiem przypowieść biblijną. Krowienty wrócić się, rozdziawić gęby, nadstawić słuchy, bo mądrość będzie płynęła z ust moich potokiem. - Jak przez nie sznaps! - Do rzeczy, do rzeczy! mówże Wstawka, bo niema czasu. - Otóż: pewnego czasu... nie, - nie tak. W on czas, rzekł Zeus do Nataniela proroka, idąc z nim de pache ulicami Koryntu: - Spojrzyj przed się! - i Nataniel spojrzał. - I cóż widzisz?... - Chłopię izraelskie, rozlepiające afisze na jutro. - Patrz dalej. I cóż widzisz? - Dwoje nieczystych stworzeń, w pyle leżących. - O krótkowzroczny! - Panie, noszę ósmy numer pince-nez. - Kto zapisywał? - Wolfisz. - Parszywa owca w stadzie Izraela. Mówię ci, przejrzyj! - Już widzę. - Co? - Człowieka wysmukłego, jak grusza Maćkowa, o twarzy koloru twojego nosa, o nieśmiertelny! - Natanielu, zakazuję ci porównań! Mów, sam jest? - Z niewiastą... - Przystojna? - Tak, panie, ale zwróć swoją uwagę gdzie indziej, bo ma zazdrosnego kochanka. - Drwię sobie z tego w olimpijski sposób. Mów, słucham. - Nachyleni do siebie szepcą. - Co mówią? - On opowiada, jak się, o panie, przyrządzają kotlety cielęce, a ona słucha z miną kwoki, gdy kur wydobywa przed nią tłustego robaka. - Powiadasz, że mówią o kotletach? - Tak, o nieśmiertelny! - Hm! u mnie także mają być dzisiaj kotlety na obiad. To już pewnie czas... Ten smyk, Faeton, gotów przyjść wcześniej i zje wszystko... a baba każe mi zrobić zacierek. Brrr! Natanielu! - O panie! - Która godzina? - O synu Kronosa, z rumieńcem przyznam ci się, że... zastawiłem wczoraj swój czasomierz. - Naco? - Panie, przebacz, ale miałem wieczorem randkę w botanice... i... potrzebowałem. Ale ty, o Zeusie, masz złoty chronometr, dar imieninowy twej ślubnej. - Tak... mam, mam, tylko chwilowo ten łotr Merkury zabrał go... za ten ostatni kosz szampańskiego... Natanieiu! Cóż tam widzisz więcej? co czytasz w tych postaciach? - O panie, mamże mówić to, co zasmuci serce twoje? - Mów! mów! chyba jeszcze zdążę na obiad. - Widzę, panie, na czołach tych ludzi, w oczach, w sercach wypisane: "Ja jestem głupstwo". Przebacz im potężny! nie marszcz brwi! Cóż winni, że przyszli na świat takimi? - Co?! w mojem państwie głupstwo miałoby grasować? nigdy, jakiem Zeus - nigdy! Upornych, co w niem trwać będą, do ula - uważasz. Albo nie. Niech płacą po miarze pszenicy i dzbanie Falerna. Wino odesłać mi zaraz, trwających w błędzie, a szczególniej nie płacących sztrafu - zabijaj! Masz tu pioruny. Ja odchodzę na obiad, musi być późno, a Junona - o!... - Panie! tu tylko są puste patrony, a gdzież jest ogień, którym ukarzę opornych? - E! - głupi jesteś, mój kochany, nudzisz! - Wierny twój sługa, o Zeusie. - No, to weźmiesz od Merkurego na... rachunek. - Ale, ale, ogłosisz to jeszcze: "I wszyscy sprawiedliwi, prawomyślni, odwracać się będą od tej pary, pod najstraszniejszą karą - zarażenia się głupstwem". - Hm! komorne niezapłacone. Juno potrzebuje sukni i kapelusza, trzeba dać a conto w handelku, szewca zapłacić, sobie kupić szlafrok i tabakierkę, zapłacić długi tego hultaja, Dianie kupić prezencik - może się uda dojść z nią do ładu. Hm! ładna szelmutka!... Natanielu! - zawołał gromowładny za oddalającym się, - Natanielu! Uważasz, postaraj się, żeby tylko tych sprawiedliwych nie było za wielu. Ty umiesz to urządzać. Bo widzisz, cóż robić? ciężkie czasy... Tak rzekł Zeus, pan na Olimpie lit. b z przyległościami, i wsiadłszy w jednokonkę - odjechał.

RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.