CZAS NIE LECZY RAN, CZYLI JAK NIE POJECHAŁEM NA MUNDIAL
Pod koniec 2005 roku byłeś na absolutnym topie. Pół roku zostało do
mistrzostw świata w Niemczech, na które ostatecznie Paweł Janas cię nie
zabrał. Gdy w restauracji hotelu Marriott selekcjoner ogłaszał
powołania, Polska oniemiała, a ja omal nie spadłem z krzesła.
Po niedzielnym meczu z Wyspami Owczymi z Wronek (tak, tak, tam się
kiedyś grało mecze reprezentacji) do Krakowa odwoził mnie brat. Zabrał
się z nami Łukasz Sosin. Tuż przed wyjazdem, przed hotelem zauważyłem
trenera Macieja Skorżę. Wyszedłem z samochodu, by się pożegnać.
Mimochodem zapytałem:
- Maćku, może mi dyskretnie powiesz, czy Łukasz ma na co liczyć, czy
może wczasy wykupować?
O siebie nie pytałem, bo to, że jadę, wydawało się oczywiste. Spytałem
więc, kto jedzie z dwójki Marek Saganowski - Sosin. Sądziłem, że decyzja
podjęta, bo przecież następnego dnia, w poniedziałek, trener miał
ogłosić skład.
- Ty wiadomo, bądź spokojny, a co do Łukasza i Marka, dziś wieczorem
będziemy dyskutować. Jedź ostrożnie - troskliwie żegnał mnie Skorża,
asystent trenera Janasa.
Do Krakowa dojechaliśmy w nocy. Poniedziałek miałem zaplanowany jak
każdy zwykły dzień. Rano odwiozłem syna Fabiana do przedszkola i zabrałem się za załatwianie spraw, żeby pozamykać je przed
mistrzostwami. Nagromadziło się tego, bo przez ostatnich kilka miesięcy
nie było nas w Polsce. A to umówić ogrodnika, a to fachowca do
konserwacji alarmu. Ani się obejrzałem, a nadszedł wieczór. Zabrałem się
do kąpania dzieci. Nie odbierałem w domu Polsatu, a nawet do głowy mi
nie przyszło, by wieczorem wybrać się do kogoś na ogłoszenie
mundialowych nominacji. Nie przepadam za takimi uroczystościami, nawet
rzadko zdarzało mi się oglądać losowania europejskich pucharów. Tym
razem też nie zawracałem sobie tym głowy, a jeśli chwilkę pomyślałem o kadrze na mistrzostwa, to raczej na zasadzie, czy pojedzie Marcin Kuś,
czy Maciej Scherfchen lub kogo wybierze Janas z dwójki: Saganowski -
Sosin.
I nagle telefon zaczyna tarabanić.
Wiedziałem, że po ogłoszeniu zadzwoni rodzina z gratulacjami lub
dziennikarze, bym podzielił się wrażeniami. Kąpiąc Fabiana i Oliwkę,
słyszałem gdzieś tam telefon, ale po pierwsze miałem mokre ręce, a po
drugie nie spieszyłem się z odebraniem. Słyszę, że znowu dzwoni. I tak w kółko. Pewnie brat, przyjaciele... Czego tu gratulować? Choć na tamten
moment forma była daleka od ideału, mój wyjazd na mistrzostwa od dawna
był pewny. W końcu wziąłem komórkę do ręki. Pięć połączeń nieodebranych,
kilka SMS-ów. Czytam pierwszą wiadomość: "Jestem w szoku!". Czytam
drugą: "Co on, kurwa, narobił?!". O co chodzi? Kogo ten Janas nie wziął?
W salonie żona oglądała coś w telewizji. Mówię:
- Włącz telegazetę, bo chyba coś złego dzieje się z tymi powołaniami.
- Co ty mówisz... Nie żartuj - uspokajała Edytka.
Odpalam telegazetę i wzrokiem od razu szukam nazwisk napastników:
Żurawski, Rasiak, Jeleń, Brożek.
To, co poczułem, trudno opisać. Nogi się pode mną ugięły. Spojrzałem na
płaczącą Edytkę. Jakby zmarła bliska nam osoba. Starałem się trzymać,
pocieszałem żonę:
- Edytko, to tylko piłka. Świat się nie kończy.
Ale w środku się gotowałem. Patrząc na zrozpaczoną żonę, zacząłem coś
tłumaczyć, niby że Janas miał podstawy i tak dalej. A naprawdę jedno
chodziło mi po głowie: O co tu, kurwa, chodzi?!
Dziennikarze wydzwaniali jak szaleni. Chcieli pewnie, bym natychmiast
słownie zniszczył Janasa. A ja po raz pierwszy w karierze postanowiłem
nie rozmawiać z mediami. Przynajmniej tego wieczoru. Co bym nie
powiedział - i tak pewnie byłoby zasadne, kibice stanęliby po mojej
stronie. Ale co z tego?
Najmocniejszymi wypowiedziami, przekleństwami nie zmieniłbym decyzji.
Postąpił źle, najpodlej, jak można. Kto tego nie przeżył, nie zrozumie,
co wtedy czułem. Kibice, większość dziennikarzy i piłkarskiego światka
byli zgodni, że wyrządził mi wielką krzywdę. Absurdalnie brzmiały głosy,
że powinienem jechać za zasługi. Zasługi?! Za zasługi to się na
Powązkach leży. Przez tydzień ostatnich treningów we Wronkach Janas nie
mógł, nie miał prawa uznać, że Grzesiek Rasiak czy Irek Jeleń są w lepszej dyspozycji niż ja. Ale mnie szokowało nie to, że postawił na
innych, tylko że to ja nie jadę do Niemiec.
Dlaczego nie byłeś ulubieńcem Janasa? Jakoś to sobie dziś
tłumaczysz?
Dwa lata wcześniej powołał mnie do kadry po moim piętnastym golu w szóstej czy siódmej kolejce ekstraklasy. Powołał "na odczepnego", na
wyraźne życzenie prasy. A jego pech polegał na tym, że w wyjazdowych
meczach eliminacyjnych przeciwko Austrii i Walii strzeliłem dwa bardzo
ważne, zwycięskie gole. Nie miał podstaw do pomijania mnie przy
kolejnych powołaniach, bo co mecz zdobywałem bramki. Jeżeli chodzi o mistrzostwa świata, usypiał moją czujność zapewnieniami, że jestem mu
potrzebny i szanuje mnie jako piłkarza.
Jak musiał czuć się Maciek Skorża? Przecież zapewniał mnie, że jadę na
mundial! Skoro to mówił, a mówił też trener bramkarzy - Jacek
Kazimierski - miałem prawo sądzić, że wszystko jest OK.
Wcześniej zdążyłeś udowodnić, że warto na ciebie postawić. W lidze i właśnie w "janasowej" reprezentacji.
Janas później próbował sprzedawać kit, że te spotkania z Litwinami i Wyspami Owczymi miały znaczenie przy powołaniu. Ale wcześniej i on, i sztab wciąż wbijali nam do głowy, że formę mamy szykować na czerwiec, a nie na te dwa sparingi na początku maja.
Ktoś mnie zapytał, czy to nie zemsta za to, że do jego reprezentacji
trafiłem dzięki naciskom mediów. Że mylił się, pomijając mnie przez
dłuższy czas. Nie mam pojęcia. Jednak na pewno nie mogę tego wykluczyć.
Gdybym miał ważnego piłkarza w zespole, a za takiego się uważałem w jego
reprezentacji, to gdyby on był w słabszej dyspozycji na miesiąc przed
mistrzostwami, wziąłbym go na bok, porozmawiał z nim i pomógł
przygotować go do turnieju. Janasa nie było na to stać. Widocznie nie
miał do mnie zaufania.
Twój były trener z Wisły - Wojciech Łazarek - oburzony stwierdził, że
nawet jeśli Janas za tobą nie przepadał, powinien zabrać cię na
mistrzostwa choćby jako tego 23 piłkarza. Jak to nazwał: do defilady.
Henryk Kasperczak oraz inni trenerzy surowo ocenili decyzję
selekcjonera.
Gdybym miał jechać jako dwudziesty trzeci zawodnik, z łaski, jako
ostatni kadrowicz, to lepiej, że nie pojechałem. Byłoby to dla mnie
uwłaczające. Miałem w karierze wielu trenerów. Wymagających i mniej.
Takich, którzy mieli do mnie zaufanie, i takich, których musiałem swoją
grą przekonywać - na przykład Henryka Kasperczaka. Ale żaden nigdy nie
potraktował mnie jak Paweł Janas...
Tego paskudnego wieczoru dostałem mnóstwo SMS-ów od ludzi z pierwszych
stron gazet, nie tylko związanych ze sportem. Nikt, ale to nikt nie był
w stanie pojąć braku powołania. Wszyscy chcieli, oprócz Janasa. Na kilka
dni przed śmiercią sam Kazimierz Górski stwierdził: Janas to tego
"Franka" powinien zabrać. "Wciąż mam przed oczami kamienną twarz Janasa,
gdy Tomek strzelił gola Anglikom na Old Trafford i wielką radość
selekcjonera z gola Grześka Rasiaka strzelonego Wyspom Owczym". Nie
pamiętam, kto to powiedział, ale to idealnie odzwierciedlało stosunek
Janasa do mnie.
Budzisz się we wtorek. Wiesz, że marzenie - udział w mistrzostwach
świata - nie spełni się.
Z poniedziałku na wtorek zasnąłem o czwartej nad ranem. W głowie kłębiło
mi się pytanie: dlaczego? Chciałem za wszelką cenę pojąć, co się
wydarzyło. Spałem kilka godzin. Rano pomogłem żonie ubrać dzieci,
nakarmić, odwiozłem Fabiana do przedszkola. Trzeba żyć, choć głowa
bolała i nie byłem w stanie się skupić. Postanowiłem na krótko odciąć
się od otoczenia. Nie chciałem co chwila przyjmować "kondolencji" na
krakowskim Rynku.
Kontaktowałeś się z innymi "odstrzelonymi": Tomaszem Kłosem, Jerzym
Dudkiem?
Byłem w kontakcie z równie przybitym Tomkiem. Z Jurkiem też rozmawiałem.
Czwarty z niespodziewanie skreślonych - Tomasz Rząsa też był w szoku.
W jednym z talk show Jerzy Dudek starał się dowcipnie wyjaśnić brak
powołania. Prowadzący sugerował, że trener, wybierając skład nocą i w samotności, mógł być niedysponowany. "Może miał urodziny?" - zagaił.
Dudek odparł: "Z tego, co wiem, to trener Janas codziennie ma
urodziny!".
Sądziłem, że może ktoś z PZPN czy, powiedzmy, drugi trener zadzwoni,
pogada i może wyklaruje, o co w tym wszystkim chodzi. Dostałem tylko SMS
od kierownika: "Co robimy z biletami na mundial?". Zrezygnowałem z większości wejściówek. Były przeznaczone głównie dla brata i jego
kolegów, ale w ramach protestu odpuścili wyjazd.
Przeglądałem prasę, internet, żeby znaleźć choć część odpowiedzi na
pytanie, co kierowało Janasem. Ale wszystkie jego wyjaśnienia szły w niezrozumiałym kierunku.
Pamiętasz je?
Po pierwsze. Janas zarzucił mi, że na boisku myślę tylko o sobie. Czy w meczach z Litwą czy Wyspami Owczymi "szukałem" gry pod siebie?! Nie
podawałem kumplom? Strzelałem z każdej, nawet nieprzygotowanej pozycji?
Nonsens.
Po drugie. Wyczytałem, że byłem psychicznie rozbity. Bzdura. Z powodu
trzech miesięcy nieskutecznej gry w Anglii nie tryskałem humorem, ale ze
skrajnym załamaniem nie miało to nic wspólnego! Nikomu wokół nie
zatruwałem życia. A skądinąd Janas przecież nie lubił zbyt radosnych
piłkarzy. Wolał podobnych do swojej natury mruków.
Po trzecie. Zarzucił mi, że do Wolverhampton odszedłem dla pieniędzy i przez to straciłem formę. Nieprawda. Przeniosłem się do Anglii głównie
dlatego, że chciałem trafić do silniejszej drużyny i lepszej ligi!
Sądziłem, że to zaprocentuje nie tylko podczas mundialu, ale także po
nim.
Po czwarte. Zarzut, że jestem przemęczony. Tu akurat jedyna prawda.
Miałem za sobą ciężki sezon, ale w ciągu miesiąca, który został do
mistrzostw, mogłem spokojnie zregenerować siły.
Po piąte. Nie doszedłbym do siebie po urazie w towarzyskim meczu
przeciwko Wyspom Owczym. Kolejna głupota. Ten lekki uraz minął po trzech
dniach i kilku tabletkach. O tym, że nie było to nic poważnego,
wiedzieli lekarze reprezentacji. Janas jednak twierdził, że nie
odbudowałbym się do mistrzostw świata. Ale wierzył, że Jacek Krzynówek,
który bardzo mało grał w sezonie, do mistrzostw "dojdzie".
Po szóste. Stwierdził, że jestem słaby psychicznie. Zdobyłem wiele
ważnych goli w ostatnich sekundach meczów i robiłem to z zimną krwią!
Gdybym psychicznie siadał, pewnie nie podołałbym presji ze strony
Janasa, gdy w meczach eliminacyjnych bardziej czyhał na mój błąd niż na
bramkę.
Przypuszczam, że długo przed mundialem wiedział, że mnie z kadry usunie.
Ale jeśli już miał tak zrobić, mógłby pokazać odrobinę klasy. Nie
pokazał, a wystarczyło mnie wziąć na krótką rozmowę i po temacie...
Tłumaczył, że trener Antoni Piechniczek też do niego nie zadzwonił z informacją, że nie zabierze go na mundial do Meksyku. Odreagował na nas
własny uraz?
A prezes PZPN Michał Listkiewicz, którego szanuję, lekko się wygłupił,
zapraszając mnie, Dudka, Kłosa i Rząsę do loży VIP-ów na mundialu.
Podziękowałem mu grzecznie. Nie byliśmy wtedy oldbojami, którzy
skończyli grę.
Wokół tego braku powołania narosło sporo legend, ale ku pewnej wersji
obaj się skłaniamy. Sporo szczegółów układa się tu w wiarygodnie
brzmiącą całość. Trudno uznać ją za pewnik, ale... Chodzi mi o pewną
opowieść Pawła Kryszałowicza.
Mateusz Borek, który wówczas był dziennikarzem Polsatu, w przeddzień
powołań widział na piętrze, które w hotelu zajmował sztab reprezentacji,
kręcącego się menedżera.
Był nim Radosław Osuch, w tamtym czasie mocny człowiek w branży.
No i wedle kilku źródeł następnego dnia, już w dniu powołań, o godzinie
13 zadzwonił do Pawła Brożka, swojego podopiecznego z informacją, że
Paweł, wtedy piłkarz Wisły, pojedzie na mistrzostwa. A oficjalne
ogłoszenie składu miało się odbyć dopiero wieczorem.
Kilku piłkarzy, w tym wspomniany Kryszałowicz, było świadkami
telefonu, który Paweł Brożek odebrał na tak zwanym głośnomówiącym.
Paweł spytał menedżera, w jakiej sprawie dzwoni, i usłyszał tekst:
"Małolat, ty się pakuj, bo na mundial jedziesz!". "Broziu" zreflektował
się i wyłączył tryb głośnomówiący, ten i ów coś w szatni usłyszał. A Paweł ponoć niespecjalnie uwierzył, że zostanie powołany.
Uznajmy, że zamiast ciebie sensacyjne powołanie dostał Paweł Brożek,
który w eliminacjach do niemieckich mistrzostw świata nie zagrał ani
minuty.
A "zamiast" Jerzego Dudka - Łukasz Fabiański. Tu plotkowano, choć
zaznaczam, nie wiem, ile w tym prawdy, że Osuch chciał się związać umową
z "Fabianem" i przeprowadzić jego transfer za granicę. Wątpliwości
budziło też zabranie na mundial Darka Dudki.
To był kolejny podopieczny Osucha, który też nie zagrał w eliminacjach
choćby minuty.
"Zamiast" regularnie powoływanego przez Janasa Tomka Kłosa.
Selekcjoner, Osuch, Dudka i Fabiański byli mocno związani z Wielkopolską i Wronkami. Przypadek?
Żeby nie było niedomówień. Chłopakom mogłem tylko pogratulować, przecież
sami się nie powołali. Trudno mieć do nich jakiekolwiek pretensje, tym
bardziej że wtedy byli na początku swojej przygody z piłką.
Spotkałeś się z Janasem już po tych powołaniach?
Dopiero w 2018 roku, gdy obaj zostaliśmy ekspertami TVP podczas
mistrzostw świata w Rosji. Wcześniej mijaliśmy się na jakichś
uroczystościach piłkarskich, ale bez kontaktu. Zetknęliśmy się po
przeciwnych stronach barykady, gdy u schyłku kariery byłem napastnikiem
Jagiellonii, a on trenerem warszawskiej Polonii.
Mecz w Białymstoku był twoją małą zemstą.
Wygraliśmy 1:0. Nie ukrywam, miałem satysfakcję z kilku powodów. Wtedy
walczyłem z kontuzją. Na nogi przez dwa dni stawiał mnie, nie po raz
pierwszy, bioenergoterapeuta Adam Gocel. Dokuczał mi mięsień dwugłowy.
Ogrywając Polonię, wskoczyliśmy na pierwsze miejsce w tabeli, co dla
Jagi znaczyło bardzo dużo.
Trener Michał Probierz chciał zastosować fortel, posyłając mnie do gry w podstawowym składzie. Ja wolałem wejść w drugiej połowie, bo noga
bolała. Probierz przytomnie tłumaczył: "Wejdziesz po godzinie, noga się
odezwie, nie dasz rady i będziesz musiał zejść, stracę dwie zmiany.
Jeśli zagrasz od początku i doznasz urazu w pierwszej części, stracę
ewentualnie jedną". Ostatecznie postanowiliśmy zrealizować mój
scenariusz i zaznaczyłem, że poczekam na swoją okazję, a do tego momentu
nie będę robił ryzykownych wejść.
No i chwilę przed końcem meczu spełniło się!
Piłkę dorzucił Franck Essomba. Odskoczyła mi nieco, jednak ją dopadłem i leżąc, wbiłem w kozioł. Przeleciała nad Sebastianem Przyrowskim. 1:0!
To był mój siedemnasty gol w siedemnastym meczu przeciwko Polonii. Oj,
leżał mi ten klub. Ale oczywiście największą frajdę miałem z tego,
któremu trenerowi w tamtym dniu zepsułem humor. Gol, wygrana, lider.
Schodzącego z boiska Janasa kibice okrutnie zelżyli. Wszyscy pamiętali
świństwo, które mi zrobił...
W 2018 w telewizyjnym studiu trochę porozmawialiśmy, wybitnie
kurtuazyjnie, o pogodzie. O mistrzostwa nie pytałem, bo wiedziałem
wszystko o tak zwanym tropie wielkopolskim. Reżyser programu lojalnie
zadał mi pytanie, czy ma coś robić, byśmy na siebie nie wpadli.
Powiedziałem, że nie.
Czas leczy rany?
W tamtym wypadku - nie. To była jedyna okazja, bym wziął udział w mistrzostwach świata. A co to oznacza dla piłkarza, tłumaczyć nie muszę.
Przecież po rozmowach z trenerami Jackiem Kazimierskim oraz Maciejem
Skorżą została ustalona lista 23 piłkarzy na mundial. A Janas w telewizyjnym show ogłosił inną. Miał prawo, ale po co robił cyrk z naradą ze swoimi współpracownikami, skoro ich zdania ostatecznie nic nie
znaczyły? Jego współpracownikom, Maćkowi Skorży czy Edwardowi
Klejdinstowi, też nie podobała się ta burza przed mundialem.
Skorża nie zapomniał twojego wkładu w awans Polski do mistrzostw.
Przed meczem z Ekwadorem wysłał mi SMS, mniej więcej takiej treści:
"Dziękuję ci, Tomek, za wszystko. To dzięki tobie tu jesteśmy.
Pozdrawiam". Do niego nie mam pretensji. Po powołaniach podał się do
dymisji, ale podobno powiedzieli mu: "Co ty robisz?! Masz małe dzieci".
Wystraszył się i został. Piłkarze też nie mogli za bardzo krytykować
decyzji Janasa. Nie chcieli robić jeszcze większego fermentu. W prywatnych rozmowach podkreślali, że nie rozumieją tej decyzji, ale bali
się wychylić. Spotkaliśmy się w Krakowie przy drinku z Szymkowiakiem,
Kosowskim i Żurawskim. Patrzyli na mnie i nie wiedzieli, co powiedzieć.
Byli w ciężkim szoku. Oficjalnie starali się trzymać stronę Janasa i nie
krytykowali go, ale przecież znamy się z Wisły jak łyse konie.
A w ostatniej chwili wypadł ze składu Damian Gorawski. W dziwnych
okolicznościach. Ktoś do mnie zadzwonił, że na zgrupowanie przyjechał
Bartosz Bosacki. Czyli, uznałem, wypadł jakiś stoper: Jop, Mariusz
Lewandowski albo Jacek Bąk. Zaraz się dowiedziałem, że to Mariusz Jop,
ze względu na złe wyniki badań. Nie chciało mi się w to wierzyć, bo
wtedy miał zdrowie jak koń, zresztą czasami tak na niego mówiliśmy.
Zadzwoniłem więc do "Jopika". Odbiera jego żona Ania, a ja mówię:
- Hejka! I co? Nie jedzie?
- No nie jedzie.
Pytam, z jakiego powodu.
- Mariusz mówi, że u Damiana coś wykryli.
- To jednak chodzi o "Gorę", a nie o Mariusza?
- No tak.
Ale dlaczego Janas dowołał akurat stopera Bartka Bosackiego, który
rozegrał przeciętny sezon w polskiej lidze i sam się pewnie zdziwił
powołaniem? A kto strzelił zwycięskie gole w meczu z Kostaryką? Oba
"Bosy". Czapki z głów.
Brak powołania sprawił, że stałem się bardzo popularny. Zyskałem
sympatię ludzi, którzy nie potrafili zrozumieć decyzji Janasa. Zdarza
się, że pytają jeszcze dziś. A minęło 15 lat!
Mundial pokazał, że ci, co mieli ciągnąć wózek, wcale go nie
pociągnęli.
Widocznie potrzebowali kogoś takiego jak ja w eliminacjach. Sami nie
dawali rady z Walią, z Austrią, aż wszedł ktoś, kto ich natchnął wiarą,
dodał mocy, strzelił bramkę. Na tym mundialu takim piłkarzem mógł zostać
Ireneusz Jeleń. Wszedł jako rezerwowy. Tu strzelił w poprzeczkę, tam
fajnie podłączył się w meczu z Niemcami czy Kostaryką, ale gola nie
strzelił. Gdyby zdobył choć na 1:2 z Ekwadorem czy coś z Niemcami, można
byłoby mówić, że w jakimś sensie mnie zastąpił. Ale tego, niestety, nie
zrobił.
A bohaterem został właśnie powołany przypadkiem Bosacki, zdobywca
dwóch goli z Kostaryką.
Najbardziej było żal tych milionów zawiedzionych kibiców. Średnio mecze
reprezentacji ogląda w telewizji po pięć, sześć milionów, a spotkanie z Niemcami zobaczyło chyba dwanaście. Ludzie pewnie nastawiali się na
fajny, ofensywny futbol, a tu nic z tego. Zresztą już po meczu z Ekwadorem część piłkarzy miała fatalne relacje z Janasem, więc cudów nie
można było się spodziewać.
DZIECIAK Z OSIEDLA PIASTA
Mały Tomek sprawiał rodzicom kłopoty?
Chyba tak bo zamontowano kraty w oknach naszego mieszkania... Mama
wspominała, że jak była w ciąży, na nic nie narzekała. Tyle że to nie
była moja zasługa, a tego, że ludzie byli bardziej zahartowani w tamtych, niezbyt łatwych latach 70.
- Musiałam urodzić, to urodziłam! Trzeba było w kółko pieluchy prać i prasować? A co to za problem? Nic mi nie przeszkadzało - wspominała.
Jeśli w życiu pojawiały się przeciwności, walczyła z nimi i podkreślała
za każdym razem: - U mnie wszystko w porządku!
Nie zarażała stresem wszystkich wokół, nie narzekała. Przyszedłem na
świat 16 sierpnia 1974 roku w Białymstoku. Dziś moja 70-letnia mama bez
względu na porę roku nie schodzi z roweru, a kondycję ma lepszą niż
niejedna czterdziestolatka.
Wiele razy rozmawiałem z twoją mamą Marią. Wychowała dwóch synów -
ciebie i Leszka, ale marzyła też o córce. "Moi chłopcy - kochani,
wiadomo, ale ani się obejrzałam, a już z domu wyfrunęli. Sąsiedzi nawet
kiedyś zapytali: "A u was jeszcze jest Tomek? Bo nigdy go nie widać". A Tomek jak zaczął w piłkę grać, to w ogóle go nie było. Mecze, wyjazdy,
zgrupowania, turnieje". Ale wracamy... Mawia się żartem, że przyszli
piłkarze mocniej kopią u mamy w brzuch?
W Krakowie poszliśmy z żoną na film "U pana Boga za piecem". A tam leci
tekst: "Posłuchaj, jak kopie, może go do Jagiellonii zapiszemy!?". I wszyscy w kinie w śmiech. Jeśli doszukiwać się jakichś znaków
zwiastujących, że zostanę piłkarzem, to był nim zapach szatni. Gdy się
urodziłem, zamieszkaliśmy u moich dziadków ze strony ojca w kamienicy
przy ulicy Ciepłej, naprzeciwko stadionu i hali Jagiellonii. Po
późniejszej przeprowadzce ten zapach nadal był przy mnie, bo
zamieszkaliśmy przy ulicy Pułaskiego, sto metrów od... stadionu Gwardii
Białystok. No i jak tu nie zostać piłkarzem?
Miałem siedem lat, gdy ojciec przyniósł mi skórzaną piłkę. Pierwsza
prawdziwa piłka! Ależ to była radość. Stałem się kimś ważnym na
podwórku. Starsi koledzy dziesięcio-, piętnastoletni brali mnie, a jeszcze chętniej moją piłkę do grania. Goli jednak nie strzelałem, bo
najmłodszego stawiano na bramce. Byłem dość zwinny, co pozwalało na
udane parady. Często chodziłem koszmarnie odrapany, bo gdy sytuacja tego
wymagała, bohatersko rzucałem się na betonowe boisko. A później, kiedy
grałem już z rówieśnikami, nie musiałem stać na bramce, trudno było
znaleźć lepszego w klasie i na podwórku. Potrafiłem kiwnąć sześciu,
ośmiu kumpli z rzędu. Gdy graliśmy klasa na klasę, mojej drużynie nie
szło tylko wtedy, jak nie mogłem przyjść. Kiedy grałem, nie było na nas
mocnych. Przynajmniej na osiedlu.
Wierzę, bo widziałem.
Wielkie emocje budziły też mecze blok na blok. Moją drużynę tworzyli
głównie ci, co już trenowali w Jagiellonii. Przeciwnicy z sąsiednich
podwórek - we Włókniarzu lub Gwardii. Mieliśmy też ulubioną zabawę
"Pierwsza minuta - pierwszy strzał". Z grubsza chodziło o to, że przez
pierwszą minutę było się bramkarzem, a w drugiej napastnikiem. Raz więc
na bramkę strzelał Zbigniew Boniek, a po chwili stawał na niej Thomas
N'Kono. Później bronił Józef Młynarczyk, a strzelał Roger Milla. Był
1982 rok, mistrzostwa świata w Hiszpanii, w których Polacy trafili w grupie na Kamerun. Każdy chciał być Bońkiem, Latą lub Smolarkiem.
W końcu jednak miałem problem ze znalezieniem kumpli do gry. Bo ja
chciałem grać całymi dniami, a oni po dwóch godzinach siadali ze
zmęczenia. Mając osiem lat, udało mi się podbić piłkę dwadzieścia pięć
razy. Do tego wyniku nikt się wtedy nie zbliżył. W szóstej klasie tych
podbić zrobiłem 600. W tej sztuce lekko deptał mi po piętach tylko
Andrzej Sazonowicz, który później trafił do Legii.
W domu rządziła mama czy tato?
Zależy. Od wielogodzinnego grania przed blokiem mógł mnie oderwać tylko
donośny głos mamy. Wystarczyło, że krzyknęła z okna: Tomek!!! I już
biegłem do domu. Z mamą nie było żartów. Ale w domu raczej rządził tato.
Trzy lata po mnie mama urodziła Leszka. Dzięki niemu szybko zostałem
bohaterem. Podczas wakacji u babci na wsi trzyletni Leszek biegł za
samochodem, którym odjechał tato, i wpadł do szamba. Jakieś
nadprzyrodzone siły sprawiły, że udało mi się go chwycić za czuprynę.
Wydzierałem się: maaamaa! maamaa! Usłyszała, przybiegła z pomocą,
wyciągając go z cuchnącego ścieku. A rok 1978 był dla naszej rodziny
wyjątkowy. Dostaliśmy upragnione mieszkanie. Na białostockim osiedlu
Piasta przy ulicy Stąpora, dzisiaj Mieszka I. Mieszkanie nowe, w bloku z wielkiej płyty. "Już" po czterech latach doczekaliśmy się telefonu.
Ojciec?
Był taksówkarzem, numer boczny auta pamiętam do dziś - 291. Bardzo
obrotny człowiek, jak to się mówiło - wszędzie miał chody. Na przykład w sklepie harcerskim, gdzie spod lady można było kupić sprzęt sportowy.
Jak przystało na głowę rodziny, to on zarządzał domowym budżetem.
Zdarzało się, że ludzie, którzy często jeździli z nim taksówką, płacili
jakimiś starymi, wartościowymi monetami. Później tato mógł je z zyskiem
sprzedać pod Peweksem lub korzystnie zamienić. "Srebrnikami"
zainteresował się kiedyś brat, w zdawałoby się szlachetnej sprawie... Tuż
przed Gwiazdką Leszek poszedł na bazar przy ulicy Bema sprawić mi
prezent. Wybrał zegarek marki Seiko. Cudo, elektroniczny, z kilkoma
muzyczkami. Sęk w tym, że Leszek zapłacił za ten świąteczny podarek
ojcowskimi "srebrnikami". Na dodatek jak wracał do domu, wyłożył się na
chodniku i w zegarku pękła bransoletka. Wręczył mi go bez bransoletki,
ale i tak byłem zachwycony, bo któż nie chciał mieć takiego zegarka,
choćby w kieszeni? Świąteczna atmosfera prysła następnego dnia, kiedy
mama zauważyła brak monet.
- Z piętnastu cztery zniknęły. Gdzie reszta? - zapytała nas.
- Ja nie wziąłem - powiedziałem zgodnie z prawdą.
- Ja też nie - skłamał Leszek. Po krótkim dochodzeniu przyznał się.
Byłem lekko wzruszony braterskim poświęceniem, ale mama nie była skłonna
do sentymentów w tej sprawie. W ruch poszedł kabel od magnetofonu,
dyżurna dyscyplinka mamy. Gdy nadchodził atak, staraliśmy się złapać ten
kabel, a niekiedy widząc, że wykonanie wyroku jest tuż, tuż - schować
go. Ale mama przezornie miała zapasy - na przykład kabel od prodiża.
Była surowsza od taty?
Znacznie bardziej obawialiśmy się jej niż ojca. On rzadko się
denerwował. Właściwie nie pamiętam, by choć raz porządnie mi przylał.
Nawet gdy pewnego razu ostro nawywijałem u babci. Chciałem wyciągnąć
szklankę z regału. Najprościej byłoby poprosić babcię, ale jej akurat
nie było w domu. Trzeba było wspiąć się na pierwszy segment mebla i z wyższej półki wyjąć tę szklankę. A po wszystkim zeskok na podłogę.
Przynajmniej taki był plan... Ale wdrapywałem się w stroju kowboja. Miałem
na sobie kapelusz, pas z nabojami i obowiązkowo kamizelkę. Nie
zauważyłem, że zeskakując, zahaczyłem nią o uchwyt, a ze mną "zeskoczył"
cały regał ze szklankami, talerzami, zastawą stołową. Łubudu! Wszystko
runęło na mnie. Z Leszkiem, który przybiegł zobaczyć przyczynę
trzęsienia ziemi, ze strachu schowaliśmy się pod stół. Nie minęło pięć
minut, jak wróciła babcia, a na podłodze same skorupy. Najpierw jęknęła:
"O mój Boże!", ale że była bardzo krzykliwą kobietą, rozwrzeszczała się
i dawaj szukać nas po domu.
Znalazła?
Szczęśliwie nie tak szybko, bo stół był przykryty długą ceratą, a później jej przeszło... Innym razem, u drugiej babci, tej mieszkającej na
wsi, postanowiłem zobaczyć, jak je koń. Nie spodobało mu się chyba, że
zaglądam mu "w miskę" i ugryzł mnie w... klatę. Zabolało, bo byłem w letniej koszulce. Na szczęście skończyło się na zdartej skórze. Strach
szybko minął, ale w szkole, a to była pierwsza klasa, przez chwilę
robiłem za bohatera. Prężyłem się z dumy, bo przecież nikt nie mógł się
pochwalić, że ugryzł go koń.
W rodzinnym domu Frankowskich było biednie, bogato, przeciętnie?
W czasach komuny tak jak u większości i u nas się nie przelewało, lecz
dzięki zaradności ojca biedy nie zaznaliśmy. Od szwagrów czy kuzynów ze
wsi przywoził kury, które mama patroszyła. Zwiewaliśmy z Leszkiem na
podwórze, bo w całym domu śmierdziało jak diabli. Ale później ze smakiem
zajadało się kurczaka na niedzielny obiad. Ojciec sprawiedliwie dzielił
"dary" ze wsi. Gdy udało mu się załatwić powiedzmy świniaka, dzielił go
między siebie i dwóch młodszych braci (mama miała mu to trochę za złe).
Mama była kelnerką w białostockiej restauracji "Turoblanka". Często
przesiadywałem w tej knajpce "na kuchni". Nieraz zjadło się obiad za
friko. Wtedy to nie było byle co, bo przecież niemal wszystko kupowało
się na kartki. Pamiętam, że po te kartki biegałem do Spółdzielni
Mieszkaniowej "Zachęta". Odbierałem je też za dziadka, który mieszkał w podbiałostockim Supraślu, ale u nas był zameldowany.
Dziadkowie i babcie to dla dzieci często bardzo ważne osoby.
Lubiłem odwiedzać obie babcie. U tej, która mieszkała tuż przy stadionie
Jagiellonii, zawsze można było pograć na placu w piłkę. Pewną
niedogodnością, zwłaszcza zimą, była ubikacja na podwórku, ale kto by na
to narzekał? Gdy trzeba było przynieść węgla do domu, z zębami
zaciśniętymi z wysiłku targałem pełne wiadro. Z ciekawością i dreszczykiem emocji zaglądałem na strych. Było to tajemnicze, wręcz
magiczne miejsce. Ciemne, zastawione starymi meblami pokrytymi
pajęczynami. Zaglądałem tam ukradkiem i błyskawicznie zwiewałem na dół.
Jak miałem trzy lata, spadłem ze stromych, drewnianych schodów. Mama się
wystraszyła, bo po tym wypadku przez kilka miesięcy nic nie mówiłem.
Po latach, gdy przychodziłem do babci, wciąż miałem tych samych kolegów.
Wspólnie wybieraliśmy się na drugą stronę ulicy, na mecze Jagiellonii.
By nie kupować biletów, zakradaliśmy się na trybuny od strony rzeki
Białki. Przełaziliśmy po rurach ciepłowniczych i szybciutko wciskaliśmy
się między ludzi na trybunach. Natomiast u tej babci, która mieszkała na
wsi, największymi atrakcjami były skoki w stodole na siano. Wdrapywało
się na najwyższą stertę i zeskakiwało na mniejszą. Doglądało się
zwierzaków, a po wykopkach buszowaliśmy w piwnicy przy okazji
rozładowywania kartofli z furmanki.
Osiem lat mieszkaliśmy na osiedlu Piasta, na blokowisku. Kłopoty
zdrowotne taty sprawiły, że z mieszkania na trzecim piętrze musieliśmy
się przeprowadzić do domku. To ulica Pusta na osiedlu Wygoda. W tym domu
mama mieszka do dziś.
Na co chorował tato?
Zaczęła dawać mu się we znaki praca taksówkarza. Brak ruchu, kilkanaście
godzin za kółkiem, często całymi nocami, posiłki nad ranem, często zbyt
obfite. Generalnie nieregularny tryb życia sprawił, że mimo iż nie palił
i nie nadużywał alkoholu, dość często chorował. W 1986 roku, wracając ze
swoimi braćmi z Warszawy, dostał wylewu. Przewieziono go do najbliższego
szpitala - w Zambrowie, a stamtąd - do Białegostoku. Dopadł go częściowy
paraliż lewej strony ciała. Stracił władzę w lewej ręce i nodze. Z parterowego domku tato mógł o własnych siłach wyjść do ogrodu, odetchnąć
świeżym powietrzem. Lekarze zapowiadali, że rehabilitacja po wylewie
jest ciężka, żmudna. A gdy nie było zbyt widocznej poprawy, ojciec
miewał załamania nerwowe, ponieważ był w miarę młodym człowiekiem,
dobiegającym czterdziestki. Gdyby w tamtych czasach medycyna stała na
dzisiejszym poziomie, tato być może żyłby dalej. Przez paraliż kontakt z nim był utrudniony. Ale zapamiętałem go jako pogodnego, fajnego gościa...
Kiedy odszedł?
Zmarł w 1989 roku, po dawce silnych leków, które podano mu w szpitalu.
Mama przypuszczała, że lekarze popełnili błąd. Opowiadała mi, że po
śmierci ojca ordynator oddziału zamknęła się w gabinecie i nie chciała
spojrzeć mamie w oczy... Mama potem już z nikim się nie związała. Szukała
kogoś podobnego do taty, swojej wielkiej miłości. Nie znalazła. Jest
tradycyjną kobietą. Zaangażowała się w działalność kościelną, śpiewała w chórze, a od czasu do czasu wpłacała co nieco ojcu Rydzykowi...
Iskrzy? Przecież politycznie jesteś po drugiej stronie barykady.
Szanuję poglądy mamy, jej opinię, lecz głosujemy chyba inaczej.
Do szkoły podstawowej, gdy mieszkałeś jeszcze w bloku, miałeś chyba
najbliżej z całej klasy.
Podstawówka numer 10, sąsiadowała z moim blokiem. Dzwonek na lekcje
słyszałem w domu. Przez pierwsze trzy lata byłem bardzo dobrym uczniem,
a w płynności czytania należałem do ścisłej klasowej czołówki. Pamiętam
dokładnie, że bardzo dobrze wypadłem w teście - czytaniu na czas. Taki
sprawdzian przeprowadziła wychowawczyni w drugiej klasie. Wygrał klasowy
prymus Maciej Łukasiewicz, który w minutę przeczytał 120 słów, ja - o połowę mniej, lecz i tak dało mi to trzecie miejsce.
Mimo to człowiek niecierpliwie wyczekiwał ostatniego dzwonka. Dzikim
pędem do domu, tornister w kąt i na boisko. A przy pospiesznym powrocie
do domu, często gdy było już ciemno, czasem wbiegałem do mieszkania
sąsiadów na drugim piętrze. W końcu mama położyła obok drzwi cegłę.
Pędzę po schodach, rzut okiem - cegły są? Są. OK, moje drzwi.
Po trzeciej klasie skończyły się jednak taśmowo zdobywane piątki. Powód
bardzo prosty - zacząłem piłkarskie treningi w Jagiellonii.
Rodzice nie mieli nic przeciwko, bym chodził na treningi. Wiedzieli
przecież, że piłka to moja wielka pasja. Tato zawsze znajdował czas, by
mnie zawieźć i odebrać z zajęć.
Wielkiego wyboru nie było.
Przeciwnie! Oprócz Jagiellonii w Białymstoku działało kilka innych
klubów z mnóstwem dzieciaków. Gwardia czy Włókniarz. Klubowy trener Jagi
Mirosław Mojsiuszko zorganizował halowy turniej dla szkół podstawowych.
Nasz nauczyciel wuefu Bogdan Piotrowski kazał mi, wyróżniającemu się
piłkarzowi, wybrać piętnastu chłopaków i podzielić ich na trzy piątki.
Pierwsza z nich miała być tą najmocniejszą. Turniej wygraliśmy śmiesznie
łatwo. W finale pokonaliśmy drużynę, w której na bramce stał Daniel
Bogusz, mój późniejszy kumpel z Jagi, znany przede wszystkim (ale już
jako obrońca) z Widzewa i niemieckiej Arminii Bielefeld. Z turnieju
zabrałem do domu dwa dyplomy (mam je do dziś): dla najlepszego technika
i najskuteczniejszego strzelca.
Naszą zwycięską piątkę i wyróżniających się chłopaków z innych drużyn
zaproszono na treningi do szkółki Jagiellonii. Trenerem, choć tylko na
rok, został Mojsiuszko. Później odszedł do pracy z seniorami Jagi.
Zastanawialiśmy się w szatni, kto u nas zostanie jego następcą. To był
nasz pierwszy poważny problem związany z piłką. W końcu dowiedzieliśmy
się, że nowym szkoleniowcem będzie Ryszard Karalus. Mniej więcej w tym
samym czasie do naszej drużyny przyszedł z Włókniarza Marek Citko. Któż
mógł wtedy przypuszczać, że wkrótce będziemy trzęśli młodzieżową piłką w całej Polsce!
PIŁKARZ W BIAŁYCH SANDAŁKACH
Pamiętasz pierwszy turniej? Bo chyba taka pierwsza prawdziwa
rywalizacja to przeżycie dla każdego młodego sportowca.
Pierwszy turniej nie był dla nas wielkim przeżyciem. Przeżyciem był 1
Maja, w tamtych czasach hucznie obchodzone święto. My ubrani w piękne,
nowe dresy maszerowaliśmy w pochodzie z przodu grupy z tabliczką
"Jagiellonia MKSB". Dumni jak pawie. Czuliśmy się jak futbolowe sławy, a nie piłkarskie gołowąsy.
Na pierwszy obóz pojechaliśmy w 1985 roku, do Siemiatycz, 80 kilometrów
od Białegostoku. Trener Karalus forował mnie trochę, byłem jego pupilem.
Chwalił za spryt na boisku, nazywał tygryskiem i powtarzał, że niezły ze
mnie materiał na piłkarza. Wieczorem, już po ciszy nocnej, trener
oglądał "Sportową niedzielę", a my zakradaliśmy się podglądać wyniki
ligowe. Jeśli dopisywało szczęście, udało się, choć z duszą na ramieniu,
zobaczyć skróty meczów ekstraklasy.
Po raz pierwszy bez rodziców. Trudno było znieść rozłąkę?
W niedzielę nas odwiedzali. Mieliśmy radochę, gdy Maciek Rokicki dostał
arbuza, a to był wtedy rarytas. Wszyscy się rzucili z okrzykiem: daj
kawałek! Maciek dziabnął nożem, lecz nie w arbuza, a we własną rękę i musiał jechać do szpitala. A ja najadłem się wstydu, bo koledzy okrutnie
się ze mnie naśmiewali, gdy zobaczyli, jaki prezent przywiozła mi mama.
Białe sandałki, gumowe, które nadawały się do pójścia na komunię, a nie
do chodzenia. Kiedy wyjąłem je z plecaka, koledzy płakali ze śmiechu.
Nawet im nie mówiłem, że to rodzina przysłała mi je z USA... Schowałem je
na dno plecaka i już nigdy nie chciałem oglądać. Ale oprócz tych
nieszczęsnych sandałków rodzice przywieźli małego brązowego ratlerka,
który w przeciwieństwie do obciachowego obuwia bardzo spodobał się
kumplom. Po kilku dniach zrobiłem kartę pływacką, choć jeszcze
pierwszego dnia obozu potrafiłem jedynie trzymać się drabinki i przebierać nogami w wodzie. W zasadzie każdy z nas wracał z Siemiatycz z jakimś osiągnięciem. Daniel Bogusz z Jackiem Chańką pobili rekord
drużyny, podając w parze sto razy piłkę głową tak, by futbolówka nie
dotknęła ziemi.
Pogodzić sport ze szkołą - wielu młodym łatwiej połączyć ogień z wodą.
Na boisku szło mi coraz lepiej, za to z "formą" w szkole dokładnie na
odwrót. Piątki szybko zamieniły się w trójki. Co prawda były to trójki
mocne, nie z litości, ale jednak. Coraz częściej wyjeżdżałem na
turnieje, opuszczałem lekcje. A tu doszły jeszcze trudniejsze
przedmioty: fizyka czy chemia. Skłamałbym, że rozpaczałem z powodu
słabszych ocen. Piłka wszystko mi przesłaniała, a skoro odnosiłem w niej
małe, ale jednak sukcesy, zjazd ocen nie był dla mnie problemem.
A oprócz piłki dochodziły jeszcze jakieś podwórkowe uciechy?
Dopiero później. W siódmej klasie podstawówki po raz pierwszy wybraliśmy
się z kumplami z klasy na piwo. Niewiele nam trzeba było... Już po jednym
granacie, czyli charakterystycznej butelce, w której wówczas sprzedawano
piwo, zakręciło mi się w głowie. Papieroski też popalałem, ale z fajkami
było u mnie jak u prezydenta Billa Clintona z trawką, nie zaciągałem
się. Palenie "rzuciłem" jako 14-latek, gdy zrobiło mi się niedobrze po
wypaleniu dwóch z rzędu mentolowych zefirów. Od tamtego momentu stałem
się absolutnym wrogiem papierosów.
Z poważniejszych występków... Zdarzało nam się coś zwędzić ze sklepu. Nie
z biedy, a dla przygody. Śmialiśmy się z tych akcji, choć raz było
groźnie. Bardzo lubiłem truskawkopodobne dziwactwo, które nazywało się
kremogen. To takie mocno zmrożone lody o smaku truskawki. Wychodziłem ze
sklepu z tym przysmakiem, kiedy niestety przyuważyła mnie sprzedawczyni.
Dopadła cię?
- Chodź, chodź tu! - zawołała i poprowadziła mnie na zaplecze. Myślałem,
że się spalę ze wstydu. Miałem do wyboru jedno z trzech wyjść:
- Baty, telefon na policję czy telefon do rodziców? - zapytała.
Miałem w kieszeni pieniądze, więc poprosiłem, żeby po prostu pozwoliła
mi zapłacić. Zaoferowałem nawet, że zapłacę za trzy, nie biorąc żadnego.
- Nie! - burknęła.
- No to wybieram baty - powiedziałem.
Stwierdziła jednak, że bić mnie nie będzie i skorzysta z trzeciej opcji,
czyli telefonu do moich rodziców. Ale Bóg nade mną czuwał, bo odebrała
babcia. Po godzinie spocony ze strachu wróciłem do domu.
- Dzwonili ze sklepu ze skargą, że chciałeś ukraść lody! - krzyczała.
- Oj, babcia. To koleżanki z klasy kawały robią - wyłgałem się.
To była bardzo dobra nauczka. Od tamtej pory nie podkradłem nawet
wykałaczki.
Z kumplami z klasy sprytnie potrafiliśmy też zorganizować sobie
dodatkowy wolny czas. Ojciec Norberta Skoczylasa był trenerem w Jagiellonii. Norbert podprowadzał mu papier klubowy opatrzony pieczątką.
Wypisywaliśmy "prośbę" z klubu o zwolnienie nas na, powiedzmy,
dziesięciodniowy turniej w Zabrzu. I w tym czasie szkołę mieliśmy z głowy. A poświęcenie niektórych kolegów, by nie pisać klasówki, mocno
pobudzało wyobraźnię. Artur Kotala, sąsiad z klatki i kolega z klasy,
wpadł na pomysł zagipsowania sobie ręki, by uniknąć pisania sprawdzianu.
Gips produkował w wannie. Jednak coś pokręcił z proporcjami, bo nijak
nie chciał wiązać. Skończyło się na tym, że Artur od stóp do głowy był
umorusany na biało. No i plan szlag trafił.
Ale z podstawówki numer 10 na jakiś czas musiałeś się przenieść.
Z powodu przeprowadzki z bloku do domu, musiałem przenieść się do Szkoły
Podstawowej numer 8. Pamiętam pierwszy wuef z nowymi kolegami. Jako
ostatniego wybrali mnie do drużyny. Ale zrobili to tylko raz, później
szarpali się, by mieć mnie w swoim zespole. Niezbyt dobrze czułem się w nowej szkole i po roku wróciłem do swojej "dziesiątki". Nie mogłem
znaleźć wspólnego języka z chłopakami z osiedla Wygoda. Piasta to było
Piasta. Wolałem iść do szkoły piętnaście minut zamiast minuty, ale być z kumplami, których znałem od lat.
Pamiętasz swoje pierwsze "poważne" zawody?
Mundialito '86 - taką nazwę miał turniej. Brały w nim udział drużyny
osiedlowe z jednej szkoły podstawowej. Moją tworzyli uczniowie klas
siódmej i ósmej, ale był rodzynek z klasy szóstej - Tomek Frankowski.
Wygraliśmy białostockie eliminacje i mogliśmy się pakować do wyjazdu na
finał do Olsztyna, w którym brało udział dwanaście najlepszych drużyn w kraju. Kiepsko nam poszło. Przegraliśmy niemal wszystkie mecze. Miałem
jednak satysfakcję, bo zostałem królem strzelców i dostałem nagrodę dla
najmłodszego uczestnika. Po powrocie do Białegostoku - niespodzianka.
Dyrekcja postanowiła, że za godne reprezentowanie szkoły nagrodzi mnie i to w trakcie uroczystości zakończenia roku szkolnego dla klas siódmych i ósmych. Ale nie chciano wpuścić mnie do sali gimnastycznej, bo młodsze
roczniki miały zakończenie później. Długo wyjaśniałem woźnej, że
przyszedłem po nagrodę. Wpuściła. Z niecierpliwością czekałem, kiedy
pani dyrektor wyczyta moje nazwisko. W końcu! "Dla najlepszego piłkarza
naszej szkoły mam zaszczyt wręczyć nagrodę za zdobycie tytułu króla
strzelców w turnieju w Olsztynie". No i wyskoczyłem na środek sali.
Blondwłosy, przejęty brzdąc dostał wielkie brawa, a w nagrodę: rakiety
do badmintona i bardzo popularną wówczas torbę - chlebak. I uścisk dłoni
dyrekcji. A moim rodzicom zaocznie podziękowali szefowie Spółdzielni
Mieszkaniowej "Zachęta", obecni na apelu. Oznajmili, iż mają bardzo
utalentowanego syna. Gdy wszedłem do domu z nagrodami i opowiedziałem
rodzicom całą historię, wybaczyli mi tróje na świadectwie. Tak piłka
uratowała mi skórę.
Porażkę w turnieju, choć osłodzoną tytułem króla strzelców, szybko
zacząłeś odbijać sobie z drużyną Jagiellonii.
Tak jest. Mieliśmy zespół, o którym napisać, że o głowę umiejętnościami
przerastał rywali, to nic nie napisać... W trampkarzach i juniorach często
wygrywaliśmy bardzo wysoko. Jak to w sporcie, porażki również się
zdarzały, choć sporadycznie. W finale Ogólnopolskiej Spartakiady
Młodzieży w 1991 roku spotkaliśmy się z Krakowem. Dusiliśmy rywali przez
cały mecz, prowadziliśmy 1:0, ale w końcówce udało im się strzelić dwa
gole. Do końca spotkania trzy minuty, a my tracimy gola na 1:2.
Wznawiamy grę od środka i wtedy sędzia Wit Żelazko...
Ten sędzia Żelazko?! Później arbiter międzynarodowy i ekspert Canal+,
a na końcu oskarżony w aferze korupcyjnej?
Ten sam. I pan Wit mówi do mnie: - Hej, mały, idźcie pod ich bramkę, to
wam karnego gwizdnę, bo z taką grą nie zasługujecie na porażkę.
Niestety, rywale szczelnie zamurowali bramkę, nie mieliśmy szans
przecisnąć się na ich pole karne i z pomocy pana Żelazki nie
potrafiliśmy skorzystać. Ale we wczesnej młodości piłka niezwykle rzadko
zmuszała mnie do łez. W końcu i one mi popłynęły po policzkach i to w najmniej spodziewanym momencie i z najmniej spodziewanej strony - po
słowach trenera Ryszarda Karalusa. Podczas treningu burknął pod nosem,
że może Jagiellonia powinna wykupić mi obiady, bo coś chudo wyglądam.
I tak cię to zabolało?
Bardzo, a miałem 13 lat. Uznałem, że trener uważa, iż moich rodziców nie
stać na jedzenie. Wziąłem to sobie tak do serca, że postanowiłem...
zmienić klub. Tydzień nie trenowałem. Potem pojechałem zapisać się do
Gwardii. Siedziałem z kumplem na ławeczce pod szatnią. Czekaliśmy na
trening w nowym klubie, a tu nagle wyjeżdża zza rogu pomarańczowy fiat
trenera Karalusa. "Co on tu robi?" - pomyślałem. Wysiadł, zagadał do
mnie, że wciąż na mnie liczy, a na koniec jakby od niechcenia rzucił: -
Wiesz, za dwa tygodnie jedziemy na turniej do Związku Radzieckiego... Masz
paszport?
Oczy mi się zaświeciły. Turniej zagraniczny! Szybko zapomniałem o konflikcie. Następnego dnia poszedłem na trening do swojej Jagiellonii.
I jak było za tą granicą?
Dla młodego człowieka w PRL taki wyjazd był wielkim przeżyciem. Już przy
przekraczaniu granicy w Grodnie zrobiło się i śmieszno, i straszno.
Trener Karalus poprosił, bym wziął jedną z jego toreb ze sprzętem
sportowym. Wchodzi celnik i pyta: - Co masz w tej torbie?
- Ubrania sportowe. Buty piłkarskie - odpowiadam. Otworzył torbę, a tam
kilkadziesiąt równiutko poukładanych spódniczek w kratkę.
- To twoje? - pyta celnik.
- Nie moje - płonąłem ze wstydu.
- To czyje?
Na szczęście trener przyznał się, że to jego. Było trochę
nieprzyjemności, lecz ostatecznie celnik też człowiek... Przymknął oko na
rzeczy wiezione "na handel".
Inna historia. Powrót z obozu w Rydze. Podchodzimy całą drużyną do
autokaru, żeby włożyć torby do luku bagażowego.
- Tam nie ma miejsca - ostrzega nasz kierowca.
W środku autokaru też nie było, ponieważ... stały tam dwa motory! Oprócz
nich kartony z telewizorami i sprzętem AGD. Dowiedzieliśmy się, że
bagażniki, do których chcieliśmy włożyć swój sprzęt, są zajęte przez
kanistry z benzyną, bo ją też opłacało się przywieźć do Polski. To
wszystko należało do trenerów i działaczy. Trener Karalus przede
wszystkim był świetnym szkoleniowcem, ale miał też zmysł do interesów i w biznesie odnalazłby się bez problemów. W tamtych czasach wielu
szkoleniowców, a przede wszystkim działacze wykazywali się niezłą
smykałką do handlu.
A wy, juniorzy, też próbowaliście?
Kilku kolegów z drużyny, mimo młodego wieku, doskonale sobie radziło. Ja
przeciwnie. Zdarzało mi się zabrać dziesięć par spodni, co było śladową
liczbą przy tym, co przewozili inni. Wiozłem dekatyzowane dżinsy o nazwie Mavin. Gdy dostaliśmy od trenera wolny ranek, większość ruszyła
na bazar, by kilka godzin postać, targując się o jak najlepszą cenę.
Momentalnie sprzedałem dżinsy. Dostałem połowę tego, co można było
utargować.
Na zgrupowaniu w Wilnie w hotelowym pokoju grałem z kolegą w piłkę. W pewnym momencie palnąłem ją za mocno i wybiłem szybę. Na szczęście w oknach były po dwie. Dokładnie posprzątaliśmy szkło. Jednak nazajutrz
sprzątaczka zauważyła niekompletne okno i doniosła trenerowi. Był to
ostatni dzień naszego pobytu, a ja spłukany musiałem poprosić kolegów o zrzutkę. Zebrałem 11 rubli. Szyba kosztowała dziesięć. Zostało mi na
lody czekoladowe za 39 kopiejek. Takie to były moje interesy.
Zresztą mało kto z kolegów robił dużo lepsze, może z wyjątkiem Marka
Citki. Miał dryg do handlu nie mniejszy niż do piłki. Pamiętam, że
zabrał na Litwę do przehandlowania kurtkę dekatyzowaną (ja i koledzy
gumy Donald). "Citek" powpinał w klapy tej kurtki znaczki popularnych
zespołów - Depeche Mode, Europe i żądał za nią zawrotnej sumy - 350
rubli. Byliśmy w szoku. Bo my, sprzedając gumy, ciułaliśmy po rublu i jeśli udało się nazbierać ze dwadzieścia, to człowiek miał radochę, że
hej. A Marek sprzedał ją chyba po trzech dniach za - oczywiście - 350
rubli i cały handel miał z głowy.
Inne "przestępstwa" młodych piłkarzy?
W lutym 1991 roku, w łotewskim kurorcie Liepaja, trener pozwolił nam
wyjść na dyskotekę. W końcu byliśmy już starszymi nastolatkami. Przed
wyjściem wypiliśmy co nieco na odwagę i - jak to się mówi - pod humorek.
W pięciu rozpracowaliśmy butelkę wódki.
- Poczekajcie chwilkę, wypijemy jeszcze na drugą nogę - prosiliśmy
"abstynentów" - Maćka Rokickiego i Piotrka Dobrowolskiego. Ale oni
wyszli z pokoju. A raczej - chcieli wyjść, ale w drzwiach spotkali się
twarzą w twarz z trenerem (który zapewne podsłuchiwał)! Bogusz Bagiński
rzucił się do ucieczki i przemknął obok trenera. Zostało nas pięciu:
Marcin Poniewozik, Krzysiek Drągowski, Mariusz Piekarski, Sebastian
Kochmański, no i ja.
Druga butelka stała ledwie napoczęta. Ależ rozpętała się awantura!
Uczestnikom przyjęcia trener wypłacił w twarz z otwartej ręki. W końcu
obiecaliśmy, że to pierwszy i ostatni raz. Trener powiedział, że mi
wierzy, reszcie nie. Zakończyło się pogadanką o zdradliwym wpływie
alkoholu na zdrowie, szczególnie młodych ludzi. Szkoleniowiec trochę
ochłonął, a nagle Piotrek Dobrowolski wypalił: "Wie trener, tak pod
humorek chcieliśmy". I trener znowu wpadł w szał.
Od tamtego czasu, daję słowo, niewiele razy piłem wódkę. Na pewno na
swoim weselu i może na dwóch weselach znajomych. Ale nie ze względu na
młodzieńczą obietnicę. Wódka mi nie smakuje, podpisuję się pod zdaniem
usłyszanym kiedyś od Tomasza Hajty: "wódka jest ordynarna!". Zresztą
każdy z nas marzył o zrobieniu kariery, a nie przetańczeniu talentu.
I wielu z waszej drużyny ten plan zrealizowało.
Kibic piłki, ten nieco starszy, pamięta, jak grali Daniel Bogusz, Jacek
Chańko, Mariusz Piekarski, Bartosz Jurkowski czy Marek Citko. Daniel był
mistrzem Polski z Widzewem i grał w Lidze Mistrzów, o Marku wystarczy
napisać "citkomania" i wszystko jasne. Wembley, gol z połowy przeciwko
Atletico Madryt. Jacek trafił do Werderu Brema. Mariusz czarował w Brazylii. Bartek był bardzo solidnym ligowcem.