Franek. Prawdziwa historia Łowcy bramek - Tomasz Frankowski

Kup ebooka

30.00 zł
24.00 zł (23,19 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

CZAS NIE LECZY RAN, CZYLI JAK NIE POJE­CHA­ŁEM NA MUN­DIAL

Pod koniec 2005 roku byłeś na abso­lut­nym topie. Pół roku zostało do mistrzostw świata w Niem­czech, na które osta­tecz­nie Paweł Janas cię nie zabrał. Gdy w restau­ra­cji hotelu Mar­riott selek­cjo­ner ogła­szał powo­ła­nia, Pol­ska onie­miała, a ja omal nie spa­dłem z krze­sła.

Po nie­dziel­nym meczu z Wyspami Owczymi z Wro­nek (tak, tak, tam się kie­dyś grało mecze repre­zen­ta­cji) do Kra­kowa odwo­ził mnie brat. Zabrał się z nami Łukasz Sosin. Tuż przed wyjaz­dem, przed hote­lem zauwa­ży­łem tre­nera Macieja Skorżę. Wysze­dłem z samo­chodu, by się poże­gnać. Mimo­cho­dem zapy­ta­łem:

- Maćku, może mi dys­kret­nie powiesz, czy Łukasz ma na co liczyć, czy może wczasy wyku­po­wać?

O sie­bie nie pyta­łem, bo to, że jadę, wyda­wało się oczy­wi­ste. Spyta­łem więc, kto jedzie z dwójki Marek Saga­now­ski - Sosin. Sądzi­łem, że decy­zja pod­jęta, bo prze­cież następ­nego dnia, w ponie­dzia­łek, tre­ner miał ogło­sić skład.

- Ty wia­domo, bądź spo­kojny, a co do Łuka­sza i Marka, dziś wie­czo­rem będziemy dys­ku­to­wać. Jedź ostroż­nie - tro­skli­wie żegnał mnie Skorża, asy­stent tre­nera Janasa.

Do Kra­kowa doje­cha­li­śmy w nocy. Ponie­dzia­łek mia­łem zapla­no­wany jak każdy zwy­kły dzień. Rano odwio­złem syna Fabiana do przed­szkola i zabra­łem się za zała­twia­nie spraw, żeby poza­my­kać je przed mistrzo­stwami. Nagro­ma­dziło się tego, bo przez ostat­nich kilka mie­sięcy nie było nas w Pol­sce. A to umó­wić ogrod­nika, a to fachowca do kon­ser­wa­cji alarmu. Ani się obej­rza­łem, a nad­szedł wie­czór. Zabra­łem się do kąpa­nia dzieci. Nie odbie­ra­łem w domu Pol­satu, a nawet do głowy mi nie przy­szło, by wie­czo­rem wybrać się do kogoś na ogło­sze­nie mun­dia­lo­wych nomi­na­cji. Nie prze­pa­dam za takimi uro­czy­sto­ściami, nawet rzadko zda­rzało mi się oglą­dać loso­wa­nia euro­pej­skich pucha­rów. Tym razem też nie zawra­ca­łem sobie tym głowy, a jeśli chwilkę pomy­śla­łem o kadrze na mistrzo­stwa, to raczej na zasa­dzie, czy poje­dzie Mar­cin Kuś, czy Maciej Scherf­chen lub kogo wybie­rze Janas z dwójki: Saga­now­ski - Sosin.

I nagle tele­fon zaczyna tara­ba­nić.

Wie­dzia­łem, że po ogło­sze­niu zadzwoni rodzina z gra­tu­la­cjami lub dzien­ni­ka­rze, bym podzie­lił się wra­że­niami. Kąpiąc Fabiana i Oliwkę, sły­sza­łem gdzieś tam tele­fon, ale po pierw­sze mia­łem mokre ręce, a po dru­gie nie spie­szy­łem się z ode­bra­niem. Sły­szę, że znowu dzwoni. I tak w kółko. Pew­nie brat, przy­ja­ciele... Czego tu gra­tu­lo­wać? Choć na tam­ten moment forma była daleka od ide­ału, mój wyjazd na mistrzo­stwa od dawna był pewny. W końcu wzią­łem komórkę do ręki. Pięć połą­czeń nie­ode­bra­nych, kilka SMS-ów. Czy­tam pierw­szą wia­do­mość: "Jestem w szoku!". Czy­tam drugą: "Co on, kurwa, naro­bił?!". O co cho­dzi? Kogo ten Janas nie wziął? W salo­nie żona oglą­dała coś w tele­wi­zji. Mówię:

- Włącz tele­ga­zetę, bo chyba coś złego dzieje się z tymi powo­ła­niami.

- Co ty mówisz... Nie żar­tuj - uspo­ka­jała Edytka.

Odpa­lam tele­ga­zetę i wzro­kiem od razu szu­kam nazwisk napast­ni­ków: Żuraw­ski, Rasiak, Jeleń, Bro­żek.

To, co poczu­łem, trudno opi­sać. Nogi się pode mną ugięły. Spoj­rza­łem na pła­czącą Edytkę. Jakby zmarła bli­ska nam osoba. Sta­ra­łem się trzy­mać, pocie­sza­łem żonę:

- Edytko, to tylko piłka. Świat się nie koń­czy.

Ale w środku się goto­wa­łem. Patrząc na zroz­pa­czoną żonę, zaczą­łem coś tłu­ma­czyć, niby że Janas miał pod­stawy i tak dalej. A naprawdę jedno cho­dziło mi po gło­wie: O co tu, kurwa, cho­dzi?!

Dzien­ni­ka­rze wydzwa­niali jak sza­leni. Chcieli pew­nie, bym natych­miast słow­nie znisz­czył Janasa. A ja po raz pierw­szy w karie­rze posta­no­wi­łem nie roz­ma­wiać z mediami. Przy­naj­mniej tego wie­czoru. Co bym nie powie­dział - i tak pew­nie byłoby zasadne, kibice sta­nę­liby po mojej stro­nie. Ale co z tego?

Naj­moc­niej­szymi wypo­wie­dziami, prze­kleń­stwami nie zmie­nił­bym decy­zji. Postą­pił źle, naj­po­dlej, jak można. Kto tego nie prze­żył, nie zro­zu­mie, co wtedy czu­łem. Kibice, więk­szość dzien­ni­ka­rzy i pił­kar­skiego światka byli zgodni, że wyrzą­dził mi wielką krzywdę. Absur­dal­nie brzmiały głosy, że powi­nie­nem jechać za zasługi. Zasługi?! Za zasługi to się na Powąz­kach leży. Przez tydzień ostat­nich tre­nin­gów we Wron­kach Janas nie mógł, nie miał prawa uznać, że Grze­siek Rasiak czy Irek Jeleń są w lep­szej dys­po­zy­cji niż ja. Ale mnie szo­ko­wało nie to, że posta­wił na innych, tylko że to ja nie jadę do Nie­miec.

Dla­czego nie byłeś ulu­bień­cem Janasa? Jakoś to sobie dziś tłu­ma­czysz?

Dwa lata wcze­śniej powo­łał mnie do kadry po moim pięt­na­stym golu w szó­stej czy siód­mej kolejce eks­tra­klasy. Powo­łał "na odczep­nego", na wyraźne życze­nie prasy. A jego pech pole­gał na tym, że w wyjaz­do­wych meczach eli­mi­na­cyj­nych prze­ciwko Austrii i Walii strze­li­łem dwa bar­dzo ważne, zwy­cię­skie gole. Nie miał pod­staw do pomi­ja­nia mnie przy kolej­nych powo­ła­niach, bo co mecz zdo­by­wa­łem bramki. Jeżeli cho­dzi o mistrzo­stwa świata, usy­piał moją czuj­ność zapew­nie­niami, że jestem mu potrzebny i sza­nuje mnie jako pił­ka­rza.

Jak musiał czuć się Maciek Skorża? Prze­cież zapew­niał mnie, że jadę na mun­dial! Skoro to mówił, a mówił też tre­ner bram­ka­rzy - Jacek Kazi­mier­ski - mia­łem prawo sądzić, że wszystko jest OK.

Wcze­śniej zdą­ży­łeś udo­wod­nić, że warto na cie­bie posta­wić. W lidze i wła­śnie w "jana­so­wej" repre­zen­ta­cji.

Janas póź­niej pró­bo­wał sprze­da­wać kit, że te spo­tka­nia z Litwi­nami i Wyspami Owczymi miały zna­cze­nie przy powo­ła­niu. Ale wcze­śniej i on, i sztab wciąż wbi­jali nam do głowy, że formę mamy szy­ko­wać na czer­wiec, a nie na te dwa spa­ringi na początku maja.

Ktoś mnie zapy­tał, czy to nie zemsta za to, że do jego repre­zen­ta­cji tra­fi­łem dzięki naci­skom mediów. Że mylił się, pomi­ja­jąc mnie przez dłuż­szy czas. Nie mam poję­cia. Jed­nak na pewno nie mogę tego wyklu­czyć. Gdy­bym miał waż­nego pił­ka­rza w zespole, a za takiego się uwa­ża­łem w jego repre­zen­ta­cji, to gdyby on był w słab­szej dys­po­zy­cji na mie­siąc przed mistrzo­stwami, wziął­bym go na bok, poroz­ma­wiał z nim i pomógł przy­go­to­wać go do tur­nieju. Janasa nie było na to stać. Widocz­nie nie miał do mnie zaufa­nia.

Twój były tre­ner z Wisły - Woj­ciech Łaza­rek - obu­rzony stwier­dził, że nawet jeśli Janas za tobą nie prze­pa­dał, powi­nien zabrać cię na mistrzo­stwa choćby jako tego 23 pił­ka­rza. Jak to nazwał: do defi­lady. Hen­ryk Kasper­czak oraz inni tre­nerzy surowo oce­nili decy­zję selek­cjo­nera.

Gdy­bym miał jechać jako dwu­dzie­sty trzeci zawod­nik, z łaski, jako ostatni kadro­wicz, to lepiej, że nie poje­cha­łem. Byłoby to dla mnie uwła­cza­jące. Mia­łem w karie­rze wielu tre­ne­rów. Wyma­ga­ją­cych i mniej. Takich, któ­rzy mieli do mnie zaufa­nie, i takich, któ­rych musia­łem swoją grą prze­ko­ny­wać - na przy­kład Hen­ryka Kasper­czaka. Ale żaden ni­gdy nie potrak­to­wał mnie jak Paweł Janas...

Tego paskud­nego wie­czoru dosta­łem mnó­stwo SMS-ów od ludzi z pierw­szych stron gazet, nie tylko zwią­za­nych ze spor­tem. Nikt, ale to nikt nie był w sta­nie pojąć braku powo­ła­nia. Wszy­scy chcieli, oprócz Janasa. Na kilka dni przed śmier­cią sam Kazi­mierz Gór­ski stwier­dził: Janas to tego "Franka" powi­nien zabrać. "Wciąż mam przed oczami kamienną twarz Janasa, gdy Tomek strze­lił gola Angli­kom na Old Traf­ford i wielką radość selek­cjo­nera z gola Grześka Rasiaka strze­lo­nego Wyspom Owczym". Nie pamię­tam, kto to powie­dział, ale to ide­al­nie odzwier­cie­dlało sto­su­nek Janasa do mnie.

Budzisz się we wto­rek. Wiesz, że marze­nie - udział w mistrzo­stwach świata - nie spełni się.

Z ponie­działku na wto­rek zasną­łem o czwar­tej nad ranem. W gło­wie kłę­biło mi się pyta­nie: dla­czego? Chcia­łem za wszelką cenę pojąć, co się wyda­rzyło. Spa­łem kilka godzin. Rano pomo­głem żonie ubrać dzieci, nakar­mić, odwio­złem Fabiana do przed­szkola. Trzeba żyć, choć głowa bolała i nie byłem w sta­nie się sku­pić. Posta­no­wi­łem na krótko odciąć się od oto­cze­nia. Nie chcia­łem co chwila przyj­mo­wać "kon­do­len­cji" na kra­kow­skim Rynku.

Kon­tak­to­wa­łeś się z innymi "odstrze­lo­nymi": Toma­szem Kło­sem, Jerzym Dud­kiem?

Byłem w kon­tak­cie z rów­nie przy­bi­tym Tom­kiem. Z Jur­kiem też roz­ma­wia­łem. Czwarty z nie­spo­dzie­wa­nie skre­ślo­nych - Tomasz Rząsa też był w szoku.

W jed­nym z talk show Jerzy Dudek sta­rał się dow­cip­nie wyja­śnić brak powo­ła­nia. Pro­wa­dzący suge­ro­wał, że tre­ner, wybie­ra­jąc skład nocą i w samot­no­ści, mógł być nie­dy­spo­no­wany. "Może miał uro­dziny?" - zagaił. Dudek odparł: "Z tego, co wiem, to tre­ner Janas codzien­nie ma uro­dziny!".

Sądzi­łem, że może ktoś z PZPN czy, powiedzmy, drugi tre­ner zadzwoni, pogada i może wykla­ruje, o co w tym wszyst­kim cho­dzi. Dosta­łem tylko SMS od kie­row­nika: "Co robimy z bile­tami na mun­dial?". Zre­zy­gno­wa­łem z więk­szo­ści wej­śció­wek. Były prze­zna­czone głów­nie dla brata i jego kole­gów, ale w ramach pro­te­stu odpu­ścili wyjazd.

Prze­glą­da­łem prasę, inter­net, żeby zna­leźć choć część odpo­wie­dzi na pyta­nie, co kie­ro­wało Jana­sem. Ale wszyst­kie jego wyja­śnie­nia szły w nie­zro­zu­mia­łym kie­runku.

Pamię­tasz je?

Po pierw­sze. Janas zarzu­cił mi, że na boisku myślę tylko o sobie. Czy w meczach z Litwą czy Wyspami Owczymi "szu­ka­łem" gry pod sie­bie?! Nie poda­wa­łem kum­plom? Strze­la­łem z każ­dej, nawet nie­przy­go­to­wa­nej pozy­cji? Non­sens.

Po dru­gie. Wyczy­ta­łem, że byłem psy­chicz­nie roz­bity. Bzdura. Z powodu trzech mie­sięcy nie­sku­tecz­nej gry w Anglii nie try­ska­łem humo­rem, ale ze skraj­nym zała­ma­niem nie miało to nic wspól­nego! Nikomu wokół nie zatru­wa­łem życia. A skąd­inąd Janas prze­cież nie lubił zbyt rado­snych pił­ka­rzy. Wolał podob­nych do swo­jej natury mru­ków.

Po trze­cie. Zarzu­cił mi, że do Wolver­hamp­ton odsze­dłem dla pie­nię­dzy i przez to stra­ci­łem formę. Nie­prawda. Prze­nio­słem się do Anglii głów­nie dla­tego, że chcia­łem tra­fić do sil­niej­szej dru­żyny i lep­szej ligi! Sądzi­łem, że to zapro­cen­tuje nie tylko pod­czas mun­dialu, ale także po nim.

Po czwarte. Zarzut, że jestem prze­mę­czony. Tu aku­rat jedyna prawda. Mia­łem za sobą ciężki sezon, ale w ciągu mie­siąca, który został do mistrzostw, mogłem spo­koj­nie zre­ge­ne­ro­wać siły.

Po piąte. Nie doszedł­bym do sie­bie po ura­zie w towa­rzy­skim meczu prze­ciwko Wyspom Owczym. Kolejna głu­pota. Ten lekki uraz minął po trzech dniach i kilku tablet­kach. O tym, że nie było to nic poważ­nego, wie­dzieli leka­rze repre­zen­ta­cji. Janas jed­nak twier­dził, że nie odbu­do­wał­bym się do mistrzostw świata. Ale wie­rzył, że Jacek Krzy­nó­wek, który bar­dzo mało grał w sezo­nie, do mistrzostw "doj­dzie".

Po szó­ste. Stwier­dził, że jestem słaby psy­chicz­nie. Zdo­by­łem wiele waż­nych goli w ostat­nich sekun­dach meczów i robi­łem to z zimną krwią! Gdy­bym psy­chicz­nie sia­dał, pew­nie nie podo­łał­bym pre­sji ze strony Janasa, gdy w meczach eli­mi­na­cyj­nych bar­dziej czy­hał na mój błąd niż na bramkę.

Przy­pusz­czam, że długo przed mun­dia­lem wie­dział, że mnie z kadry usu­nie. Ale jeśli już miał tak zro­bić, mógłby poka­zać odro­binę klasy. Nie poka­zał, a wystar­czyło mnie wziąć na krótką roz­mowę i po tema­cie... Tłu­ma­czył, że tre­ner Antoni Piech­ni­czek też do niego nie zadzwo­nił z infor­ma­cją, że nie zabie­rze go na mun­dial do Mek­syku. Odre­ago­wał na nas wła­sny uraz?

A pre­zes PZPN Michał List­kie­wicz, któ­rego sza­nuję, lekko się wygłu­pił, zapra­sza­jąc mnie, Dudka, Kłosa i Rząsę do loży VIP-ów na mun­dialu. Podzię­ko­wa­łem mu grzecz­nie. Nie byli­śmy wtedy old­bo­jami, któ­rzy skoń­czyli grę.

Wokół tego braku powo­ła­nia naro­sło sporo legend, ale ku pew­nej wer­sji obaj się skła­niamy. Sporo szcze­gó­łów układa się tu w wia­ry­god­nie brzmiącą całość. Trudno uznać ją za pew­nik, ale... Cho­dzi mi o pewną opo­wieść Pawła Kry­sza­ło­wi­cza.

Mate­usz Borek, który wów­czas był dzien­ni­ka­rzem Pol­satu, w przed­dzień powo­łań widział na pię­trze, które w hotelu zaj­mo­wał sztab repre­zen­ta­cji, krę­cą­cego się mene­dżera.

Był nim Rado­sław Osuch, w tam­tym cza­sie mocny czło­wiek w branży.

No i wedle kilku źró­deł następ­nego dnia, już w dniu powo­łań, o godzi­nie 13 zadzwo­nił do Pawła Brożka, swo­jego pod­opiecz­nego z infor­ma­cją, że Paweł, wtedy pił­karz Wisły, poje­dzie na mistrzo­stwa. A ofi­cjalne ogło­sze­nie składu miało się odbyć dopiero wie­czo­rem.

Kilku pił­ka­rzy, w tym wspo­mniany Kry­sza­ło­wicz, było świad­kami tele­fonu, który Paweł Bro­żek ode­brał na tak zwa­nym gło­śno­mó­wią­cym.

Paweł spy­tał mene­dżera, w jakiej spra­wie dzwoni, i usły­szał tekst: "Mało­lat, ty się pakuj, bo na mun­dial jedziesz!". "Bro­ziu" zre­flek­to­wał się i wyłą­czył tryb gło­śno­mó­wiący, ten i ów coś w szatni usły­szał. A Paweł ponoć nie­spe­cjal­nie uwie­rzył, że zosta­nie powo­łany.

Uznajmy, że zamiast cie­bie sen­sa­cyjne powo­ła­nie dostał Paweł Bro­żek, który w eli­mi­na­cjach do nie­miec­kich mistrzostw świata nie zagrał ani minuty.

A "zamiast" Jerzego Dudka - Łukasz Fabiań­ski. Tu plot­ko­wano, choć zazna­czam, nie wiem, ile w tym prawdy, że Osuch chciał się zwią­zać umową z "Fabia­nem" i prze­pro­wa­dzić jego trans­fer za gra­nicę. Wąt­pli­wo­ści budziło też zabra­nie na mun­dial Darka Dudki.

To był kolejny pod­opieczny Osu­cha, który też nie zagrał w eli­mi­na­cjach choćby minuty.

"Zamiast" regu­lar­nie powo­ły­wa­nego przez Janasa Tomka Kłosa.

Selek­cjo­ner, Osuch, Dudka i Fabiań­ski byli mocno zwią­zani z Wiel­ko­pol­ską i Wron­kami. Przy­pa­dek?

Żeby nie było nie­do­mó­wień. Chło­pa­kom mogłem tylko pogra­tu­lo­wać, prze­cież sami się nie powo­łali. Trudno mieć do nich jakie­kol­wiek pre­ten­sje, tym bar­dziej że wtedy byli na początku swo­jej przy­gody z piłką.

Spo­tka­łeś się z Jana­sem już po tych powo­ła­niach?

Dopiero w 2018 roku, gdy obaj zosta­li­śmy eks­per­tami TVP pod­czas mistrzostw świata w Rosji. Wcze­śniej mija­li­śmy się na jakichś uro­czy­sto­ściach pił­kar­skich, ale bez kon­taktu. Zetknę­li­śmy się po prze­ciw­nych stro­nach bary­kady, gdy u schyłku kariery byłem napast­ni­kiem Jagiel­lo­nii, a on tre­ne­rem war­szaw­skiej Polo­nii.

Mecz w Bia­łym­stoku był twoją małą zemstą.

Wygra­li­śmy 1:0. Nie ukry­wam, mia­łem satys­fak­cję z kilku powo­dów. Wtedy wal­czy­łem z kon­tu­zją. Na nogi przez dwa dni sta­wiał mnie, nie po raz pierw­szy, bio­ener­go­te­ra­peuta Adam Gocel. Doku­czał mi mię­sień dwu­głowy. Ogry­wa­jąc Polo­nię, wsko­czy­li­śmy na pierw­sze miej­sce w tabeli, co dla Jagi zna­czyło bar­dzo dużo.

Tre­ner Michał Pro­bierz chciał zasto­so­wać for­tel, posy­ła­jąc mnie do gry w pod­sta­wo­wym skła­dzie. Ja wola­łem wejść w dru­giej poło­wie, bo noga bolała. Pro­bierz przy­tom­nie tłu­ma­czył: "Wej­dziesz po godzi­nie, noga się ode­zwie, nie dasz rady i będziesz musiał zejść, stracę dwie zmiany. Jeśli zagrasz od początku i doznasz urazu w pierw­szej czę­ści, stracę ewen­tu­al­nie jedną". Osta­tecz­nie posta­no­wi­li­śmy zre­ali­zo­wać mój sce­na­riusz i zazna­czy­łem, że pocze­kam na swoją oka­zję, a do tego momentu nie będę robił ryzy­kow­nych wejść.

No i chwilę przed koń­cem meczu speł­niło się!

Piłkę dorzu­cił Franck Essomba. Odsko­czyła mi nieco, jed­nak ją dopa­dłem i leżąc, wbi­łem w kozioł. Prze­le­ciała nad Seba­stia­nem Przy­row­skim. 1:0!

To był mój sie­dem­na­sty gol w sie­dem­na­stym meczu prze­ciwko Polo­nii. Oj, leżał mi ten klub. Ale oczy­wi­ście naj­więk­szą frajdę mia­łem z tego, któ­remu tre­ne­rowi w tam­tym dniu zepsu­łem humor. Gol, wygrana, lider. Scho­dzą­cego z boiska Janasa kibice okrut­nie zelżyli. Wszy­scy pamię­tali świń­stwo, które mi zro­bił...

W 2018 w tele­wi­zyj­nym stu­diu tro­chę poroz­ma­wia­li­śmy, wybit­nie kur­tu­azyj­nie, o pogo­dzie. O mistrzo­stwa nie pyta­łem, bo wie­dzia­łem wszystko o tak zwa­nym tro­pie wiel­ko­pol­skim. Reży­ser pro­gramu lojal­nie zadał mi pyta­nie, czy ma coś robić, byśmy na sie­bie nie wpa­dli. Powie­dzia­łem, że nie.

Czas leczy rany?

W tam­tym wypadku - nie. To była jedyna oka­zja, bym wziął udział w mistrzo­stwach świata. A co to ozna­cza dla pił­ka­rza, tłu­ma­czyć nie muszę. Prze­cież po roz­mo­wach z tre­ne­rami Jac­kiem Kazi­mier­skim oraz Macie­jem Skorżą została usta­lona lista 23 pił­ka­rzy na mun­dial. A Janas w tele­wi­zyj­nym show ogło­sił inną. Miał prawo, ale po co robił cyrk z naradą ze swo­imi współ­pra­cow­ni­kami, skoro ich zda­nia osta­tecz­nie nic nie zna­czyły? Jego współ­pra­cow­ni­kom, Mać­kowi Skorży czy Edwar­dowi Klej­din­stowi, też nie podo­bała się ta burza przed mun­dialem.

Skorża nie zapo­mniał two­jego wkładu w awans Pol­ski do mistrzostw.

Przed meczem z Ekwa­do­rem wysłał mi SMS, mniej wię­cej takiej tre­ści: "Dzię­kuję ci, Tomek, za wszystko. To dzięki tobie tu jeste­śmy. Pozdra­wiam". Do niego nie mam pre­ten­sji. Po powo­ła­niach podał się do dymi­sji, ale podobno powie­dzieli mu: "Co ty robisz?! Masz małe dzieci". Wystra­szył się i został. Pił­ka­rze też nie mogli za bar­dzo kry­ty­ko­wać decy­zji Janasa. Nie chcieli robić jesz­cze więk­szego fer­mentu. W pry­wat­nych roz­mo­wach pod­kre­ślali, że nie rozu­mieją tej decy­zji, ale bali się wychy­lić. Spo­tka­li­śmy się w Kra­ko­wie przy drinku z Szym­ko­wia­kiem, Kosow­skim i Żuraw­skim. Patrzyli na mnie i nie wie­dzieli, co powie­dzieć. Byli w cięż­kim szoku. Ofi­cjal­nie sta­rali się trzy­mać stronę Janasa i nie kry­ty­ko­wali go, ale prze­cież znamy się z Wisły jak łyse konie.

A w ostat­niej chwili wypadł ze składu Damian Goraw­ski. W dziw­nych oko­licz­no­ściach. Ktoś do mnie zadzwo­nił, że na zgru­po­wa­nie przy­je­chał Bar­tosz Bosacki. Czyli, uzna­łem, wypadł jakiś sto­per: Jop, Mariusz Lewan­dow­ski albo Jacek Bąk. Zaraz się dowie­dzia­łem, że to Mariusz Jop, ze względu na złe wyniki badań. Nie chciało mi się w to wie­rzyć, bo wtedy miał zdro­wie jak koń, zresztą cza­sami tak na niego mówi­li­śmy. Zadzwo­ni­łem więc do "Jopika". Odbiera jego żona Ania, a ja mówię:

- Hejka! I co? Nie jedzie?

- No nie jedzie.

Pytam, z jakiego powodu.

- Mariusz mówi, że u Damiana coś wykryli.

- To jed­nak cho­dzi o "Gorę", a nie o Mariu­sza?

- No tak.

Ale dla­czego Janas dowo­łał aku­rat sto­pera Bartka Bosac­kiego, który roze­grał prze­ciętny sezon w pol­skiej lidze i sam się pew­nie zdzi­wił powo­ła­niem? A kto strze­lił zwy­cię­skie gole w meczu z Kosta­ryką? Oba "Bosy". Czapki z głów.

Brak powo­ła­nia spra­wił, że sta­łem się bar­dzo popu­larny. Zyska­łem sym­pa­tię ludzi, któ­rzy nie potra­fili zro­zu­mieć decy­zji Janasa. Zda­rza się, że pytają jesz­cze dziś. A minęło 15 lat!

Mun­dial poka­zał, że ci, co mieli cią­gnąć wózek, wcale go nie pocią­gnęli.

Widocz­nie potrze­bo­wali kogoś takiego jak ja w eli­mi­na­cjach. Sami nie dawali rady z Walią, z Austrią, aż wszedł ktoś, kto ich natchnął wiarą, dodał mocy, strze­lił bramkę. Na tym mun­dialu takim pił­ka­rzem mógł zostać Ire­ne­usz Jeleń. Wszedł jako rezer­wowy. Tu strze­lił w poprzeczkę, tam faj­nie pod­łą­czył się w meczu z Niem­cami czy Kosta­ryką, ale gola nie strze­lił. Gdyby zdo­był choć na 1:2 z Ekwa­do­rem czy coś z Niem­cami, można byłoby mówić, że w jakimś sen­sie mnie zastą­pił. Ale tego, nie­stety, nie zro­bił.

A boha­te­rem został wła­śnie powo­łany przy­pad­kiem Bosacki, zdo­bywca dwóch goli z Kosta­ryką.

Naj­bar­dziej było żal tych milio­nów zawie­dzio­nych kibi­ców. Śred­nio mecze repre­zen­ta­cji ogląda w tele­wi­zji po pięć, sześć milio­nów, a spo­tka­nie z Niem­cami zoba­czyło chyba dwa­na­ście. Ludzie pew­nie nasta­wiali się na fajny, ofen­sywny fut­bol, a tu nic z tego. Zresztą już po meczu z Ekwa­do­rem część pił­ka­rzy miała fatalne rela­cje z Jana­sem, więc cudów nie można było się spo­dzie­wać.

DZIE­CIAK Z OSIE­DLA PIA­STA

Mały Tomek spra­wiał rodzi­com kło­poty?

Chyba tak bo zamon­to­wano kraty w oknach naszego miesz­ka­nia... Mama wspo­mi­nała, że jak była w ciąży, na nic nie narze­kała. Tyle że to nie była moja zasługa, a tego, że ludzie byli bar­dziej zahar­to­wani w tam­tych, nie­zbyt łatwych latach 70.

- Musia­łam uro­dzić, to uro­dzi­łam! Trzeba było w kółko pie­lu­chy prać i pra­so­wać? A co to za pro­blem? Nic mi nie prze­szka­dzało - wspo­mi­nała. Jeśli w życiu poja­wiały się prze­ciw­no­ści, wal­czyła z nimi i pod­kre­ślała za każ­dym razem: - U mnie wszystko w porządku!

Nie zara­żała stre­sem wszyst­kich wokół, nie narze­kała. Przy­sze­dłem na świat 16 sierp­nia 1974 roku w Bia­łym­stoku. Dziś moja 70-let­nia mama bez względu na porę roku nie scho­dzi z roweru, a kon­dy­cję ma lep­szą niż nie­jedna czter­dzie­sto­latka.

Wiele razy roz­ma­wia­łem z twoją mamą Marią. Wycho­wała dwóch synów - cie­bie i Leszka, ale marzyła też o córce. "Moi chłopcy - kochani, wia­domo, ale ani się obej­rza­łam, a już z domu wyfru­nęli. Sąsie­dzi nawet kie­dyś zapy­tali: "A u was jesz­cze jest Tomek? Bo ni­gdy go nie widać". A Tomek jak zaczął w piłkę grać, to w ogóle go nie było. Mecze, wyjazdy, zgru­po­wa­nia, tur­nieje". Ale wra­camy... Mawia się żar­tem, że przy­szli pił­ka­rze moc­niej kopią u mamy w brzuch?

W Kra­ko­wie poszli­śmy z żoną na film "U pana Boga za pie­cem". A tam leci tekst: "Posłu­chaj, jak kopie, może go do Jagiel­lo­nii zapi­szemy!?". I wszy­scy w kinie w śmiech. Jeśli doszu­ki­wać się jakichś zna­ków zwia­stu­ją­cych, że zostanę pił­ka­rzem, to był nim zapach szatni. Gdy się uro­dzi­łem, zamiesz­ka­li­śmy u moich dziad­ków ze strony ojca w kamie­nicy przy ulicy Cie­płej, naprze­ciwko sta­dionu i hali Jagiel­lo­nii. Po póź­niej­szej prze­pro­wadzce ten zapach na­dal był przy mnie, bo zamiesz­ka­li­śmy przy ulicy Puła­skiego, sto metrów od... sta­dionu Gwar­dii Bia­ły­stok. No i jak tu nie zostać pił­ka­rzem?

Mia­łem sie­dem lat, gdy ojciec przy­niósł mi skó­rzaną piłkę. Pierw­sza praw­dziwa piłka! Ależ to była radość. Sta­łem się kimś waż­nym na podwórku. Starsi kole­dzy dzie­się­cio-, pięt­na­sto­letni brali mnie, a jesz­cze chęt­niej moją piłkę do gra­nia. Goli jed­nak nie strze­la­łem, bo naj­młod­szego sta­wiano na bramce. Byłem dość zwinny, co pozwa­lało na udane parady. Czę­sto cho­dzi­łem kosz­mar­nie odra­pany, bo gdy sytu­acja tego wyma­gała, boha­ter­sko rzu­ca­łem się na beto­nowe boisko. A póź­niej, kiedy gra­łem już z rówie­śni­kami, nie musia­łem stać na bramce, trudno było zna­leźć lep­szego w kla­sie i na podwórku. Potra­fi­łem kiw­nąć sze­ściu, ośmiu kum­pli z rzędu. Gdy gra­li­śmy klasa na klasę, mojej dru­ży­nie nie szło tylko wtedy, jak nie mogłem przyjść. Kiedy gra­łem, nie było na nas moc­nych. Przy­naj­mniej na osie­dlu.

Wie­rzę, bo widzia­łem.

Wiel­kie emo­cje budziły też mecze blok na blok. Moją dru­żynę two­rzyli głów­nie ci, co już tre­no­wali w Jagiel­lo­nii. Prze­ciw­nicy z sąsied­nich podwó­rek - we Włók­nia­rzu lub Gwar­dii. Mie­li­śmy też ulu­bioną zabawę "Pierw­sza minuta - pierw­szy strzał". Z grub­sza cho­dziło o to, że przez pierw­szą minutę było się bram­ka­rzem, a w dru­giej napast­ni­kiem. Raz więc na bramkę strze­lał Zbi­gniew Boniek, a po chwili sta­wał na niej Tho­mas N'Kono. Póź­niej bro­nił Józef Mły­nar­czyk, a strze­lał Roger Milla. Był 1982 rok, mistrzo­stwa świata w Hisz­pa­nii, w któ­rych Polacy tra­fili w gru­pie na Kame­run. Każdy chciał być Boń­kiem, Latą lub Smo­lar­kiem.

W końcu jed­nak mia­łem pro­blem ze zna­le­zie­niem kum­pli do gry. Bo ja chcia­łem grać całymi dniami, a oni po dwóch godzi­nach sia­dali ze zmę­cze­nia. Mając osiem lat, udało mi się pod­bić piłkę dwa­dzie­ścia pięć razy. Do tego wyniku nikt się wtedy nie zbli­żył. W szó­stej kla­sie tych pod­bić zro­bi­łem 600. W tej sztuce lekko dep­tał mi po pię­tach tylko Andrzej Sazo­no­wicz, który póź­niej tra­fił do Legii.

W domu rzą­dziła mama czy tato?

Zależy. Od wie­lo­go­dzin­nego gra­nia przed blo­kiem mógł mnie ode­rwać tylko dono­śny głos mamy. Wystar­czyło, że krzyk­nęła z okna: Tomek!!! I już bie­głem do domu. Z mamą nie było żar­tów. Ale w domu raczej rzą­dził tato. Trzy lata po mnie mama uro­dziła Leszka. Dzięki niemu szybko zosta­łem boha­te­rem. Pod­czas waka­cji u babci na wsi trzy­letni Leszek biegł za samo­cho­dem, któ­rym odje­chał tato, i wpadł do szamba. Jakieś nad­przy­ro­dzone siły spra­wiły, że udało mi się go chwy­cić za czu­prynę. Wydzie­ra­łem się: maaamaa! maamaa! Usły­szała, przy­bie­gła z pomocą, wycią­ga­jąc go z cuch­ną­cego ścieku. A rok 1978 był dla naszej rodziny wyjąt­kowy. Dosta­li­śmy upra­gnione miesz­ka­nie. Na bia­ło­stoc­kim osie­dlu Pia­sta przy ulicy Stą­pora, dzi­siaj Mieszka I. Miesz­ka­nie nowe, w bloku z wiel­kiej płyty. "Już" po czte­rech latach docze­ka­li­śmy się tele­fonu.

Ojciec?

Był tak­sów­ka­rzem, numer boczny auta pamię­tam do dziś - 291. Bar­dzo obrotny czło­wiek, jak to się mówiło - wszę­dzie miał chody. Na przy­kład w skle­pie har­cer­skim, gdzie spod lady można było kupić sprzęt spor­towy. Jak przy­stało na głowę rodziny, to on zarzą­dzał domo­wym budże­tem. Zda­rzało się, że ludzie, któ­rzy czę­sto jeź­dzili z nim tak­sówką, pła­cili jaki­miś sta­rymi, war­to­ścio­wymi mone­tami. Póź­niej tato mógł je z zyskiem sprze­dać pod Pewek­sem lub korzyst­nie zamie­nić. "Srebr­ni­kami" zain­te­re­so­wał się kie­dyś brat, w zda­wa­łoby się szla­chet­nej spra­wie... Tuż przed Gwiazdką Leszek poszedł na bazar przy ulicy Bema spra­wić mi pre­zent. Wybrał zega­rek marki Seiko. Cudo, elek­tro­niczny, z kil­koma muzycz­kami. Sęk w tym, że Leszek zapła­cił za ten świą­teczny poda­rek ojcow­skimi "srebr­ni­kami". Na doda­tek jak wra­cał do domu, wyło­żył się na chod­niku i w zegarku pękła bran­so­letka. Wrę­czył mi go bez bran­so­letki, ale i tak byłem zachwy­cony, bo któż nie chciał mieć takiego zegarka, choćby w kie­szeni? Świą­teczna atmos­fera pry­sła następ­nego dnia, kiedy mama zauwa­żyła brak monet.

- Z pięt­na­stu cztery znik­nęły. Gdzie reszta? - zapy­tała nas.

- Ja nie wzią­łem - powie­dzia­łem zgod­nie z prawdą.

- Ja też nie - skła­mał Leszek. Po krót­kim docho­dze­niu przy­znał się. Byłem lekko wzru­szony bra­ter­skim poświę­ce­niem, ale mama nie była skłonna do sen­ty­men­tów w tej spra­wie. W ruch poszedł kabel od magne­to­fonu, dyżurna dys­cy­plinka mamy. Gdy nad­cho­dził atak, sta­ra­li­śmy się zła­pać ten kabel, a nie­kiedy widząc, że wyko­na­nie wyroku jest tuż, tuż - scho­wać go. Ale mama prze­zor­nie miała zapasy - na przy­kład kabel od pro­diża.

Była surow­sza od taty?

Znacz­nie bar­dziej oba­wia­li­śmy się jej niż ojca. On rzadko się dener­wo­wał. Wła­ści­wie nie pamię­tam, by choć raz porząd­nie mi przy­lał. Nawet gdy pew­nego razu ostro nawy­wi­ja­łem u babci. Chcia­łem wycią­gnąć szklankę z regału. Naj­pro­ściej byłoby popro­sić bab­cię, ale jej aku­rat nie było w domu. Trzeba było wspiąć się na pierw­szy seg­ment mebla i z wyż­szej półki wyjąć tę szklankę. A po wszyst­kim zeskok na pod­łogę. Przy­naj­mniej taki był plan... Ale wdra­py­wa­łem się w stroju kow­boja. Mia­łem na sobie kape­lusz, pas z nabo­jami i obo­wiąz­kowo kami­zelkę. Nie zauwa­ży­łem, że zeska­ku­jąc, zaha­czy­łem nią o uchwyt, a ze mną "zesko­czył" cały regał ze szklan­kami, tale­rzami, zastawą sto­łową. Łubudu! Wszystko runęło na mnie. Z Lesz­kiem, który przy­biegł zoba­czyć przy­czynę trzę­sie­nia ziemi, ze stra­chu scho­wa­li­śmy się pod stół. Nie minęło pięć minut, jak wró­ciła bab­cia, a na pod­ło­dze same sko­rupy. Naj­pierw jęk­nęła: "O mój Boże!", ale że była bar­dzo krzy­kliwą kobietą, roz­wrzesz­czała się i dawaj szu­kać nas po domu.

Zna­la­zła?

Szczę­śli­wie nie tak szybko, bo stół był przy­kryty długą ceratą, a póź­niej jej prze­szło... Innym razem, u dru­giej babci, tej miesz­ka­ją­cej na wsi, posta­no­wi­łem zoba­czyć, jak je koń. Nie spodo­bało mu się chyba, że zaglą­dam mu "w miskę" i ugryzł mnie w... klatę. Zabo­lało, bo byłem w let­niej koszulce. Na szczę­ście skoń­czyło się na zdar­tej skó­rze. Strach szybko minął, ale w szkole, a to była pierw­sza klasa, przez chwilę robi­łem za boha­tera. Prę­ży­łem się z dumy, bo prze­cież nikt nie mógł się pochwa­lić, że ugryzł go koń.

W rodzin­nym domu Fran­kow­skich było bied­nie, bogato, prze­cięt­nie?

W cza­sach komuny tak jak u więk­szo­ści i u nas się nie prze­le­wało, lecz dzięki zarad­no­ści ojca biedy nie zazna­li­śmy. Od szwa­grów czy kuzy­nów ze wsi przy­wo­ził kury, które mama patro­szyła. Zwie­wa­li­śmy z Lesz­kiem na podwó­rze, bo w całym domu śmier­działo jak dia­bli. Ale póź­niej ze sma­kiem zaja­dało się kur­czaka na nie­dzielny obiad. Ojciec spra­wie­dli­wie dzie­lił "dary" ze wsi. Gdy udało mu się zała­twić powiedzmy świ­niaka, dzie­lił go mię­dzy sie­bie i dwóch młod­szych braci (mama miała mu to tro­chę za złe).

Mama była kel­nerką w bia­ło­stoc­kiej restau­ra­cji "Turo­blanka". Czę­sto prze­sia­dy­wa­łem w tej knajpce "na kuchni". Nie­raz zja­dło się obiad za friko. Wtedy to nie było byle co, bo prze­cież nie­mal wszystko kupo­wało się na kartki. Pamię­tam, że po te kartki bie­ga­łem do Spół­dzielni Miesz­ka­nio­wej "Zachęta". Odbie­ra­łem je też za dziadka, który miesz­kał w pod­bia­ło­stoc­kim Supra­ślu, ale u nas był zamel­do­wany.

Dziad­ko­wie i bab­cie to dla dzieci czę­sto bar­dzo ważne osoby.

Lubi­łem odwie­dzać obie bab­cie. U tej, która miesz­kała tuż przy sta­dio­nie Jagiel­lo­nii, zawsze można było pograć na placu w piłkę. Pewną nie­do­god­no­ścią, zwłasz­cza zimą, była ubi­ka­cja na podwórku, ale kto by na to narze­kał? Gdy trzeba było przy­nieść węgla do domu, z zębami zaci­śnię­tymi z wysiłku tar­ga­łem pełne wia­dro. Z cie­ka­wo­ścią i dresz­czy­kiem emo­cji zaglą­da­łem na strych. Było to tajem­ni­cze, wręcz magiczne miej­sce. Ciemne, zasta­wione sta­rymi meblami pokry­tymi paję­czy­nami. Zaglą­da­łem tam ukrad­kiem i bły­ska­wicz­nie zwie­wa­łem na dół. Jak mia­łem trzy lata, spa­dłem ze stro­mych, drew­nia­nych scho­dów. Mama się wystra­szyła, bo po tym wypadku przez kilka mie­sięcy nic nie mówi­łem.

Po latach, gdy przy­cho­dzi­łem do babci, wciąż mia­łem tych samych kole­gów. Wspól­nie wybie­ra­li­śmy się na drugą stronę ulicy, na mecze Jagiel­lo­nii. By nie kupo­wać bile­tów, zakra­da­li­śmy się na try­buny od strony rzeki Białki. Prze­ła­zi­li­śmy po rurach cie­płow­ni­czych i szyb­ciutko wci­ska­li­śmy się mię­dzy ludzi na try­bu­nach. Nato­miast u tej babci, która miesz­kała na wsi, naj­więk­szymi atrak­cjami były skoki w sto­dole na siano. Wdra­py­wało się na naj­wyż­szą stertę i zeska­ki­wało na mniej­szą. Doglą­dało się zwie­rza­ków, a po wykop­kach buszo­wa­li­śmy w piw­nicy przy oka­zji roz­ła­do­wy­wa­nia kar­to­fli z fur­manki.

Osiem lat miesz­ka­li­śmy na osie­dlu Pia­sta, na blo­ko­wi­sku. Kło­poty zdro­wotne taty spra­wiły, że z miesz­ka­nia na trze­cim pię­trze musie­li­śmy się prze­pro­wa­dzić do domku. To ulica Pusta na osie­dlu Wygoda. W tym domu mama mieszka do dziś.

Na co cho­ro­wał tato?

Zaczęła dawać mu się we znaki praca tak­sów­ka­rza. Brak ruchu, kil­ka­na­ście godzin za kół­kiem, czę­sto całymi nocami, posiłki nad ranem, czę­sto zbyt obfite. Gene­ral­nie nie­re­gu­larny tryb życia spra­wił, że mimo iż nie palił i nie nad­uży­wał alko­holu, dość czę­sto cho­ro­wał. W 1986 roku, wra­ca­jąc ze swo­imi braćmi z War­szawy, dostał wylewu. Prze­wie­ziono go do naj­bliż­szego szpi­tala - w Zambro­wie, a stam­tąd - do Bia­łe­go­stoku. Dopadł go czę­ściowy para­liż lewej strony ciała. Stra­cił wła­dzę w lewej ręce i nodze. Z par­te­ro­wego domku tato mógł o wła­snych siłach wyjść do ogrodu, ode­tchnąć świe­żym powie­trzem. Leka­rze zapo­wia­dali, że reha­bi­li­ta­cja po wyle­wie jest ciężka, żmudna. A gdy nie było zbyt widocz­nej poprawy, ojciec mie­wał zała­ma­nia ner­wowe, ponie­waż był w miarę mło­dym czło­wie­kiem, dobie­ga­ją­cym czter­dziestki. Gdyby w tam­tych cza­sach medy­cyna stała na dzi­siej­szym pozio­mie, tato być może żyłby dalej. Przez para­liż kon­takt z nim był utrud­niony. Ale zapa­mię­ta­łem go jako pogod­nego, faj­nego gościa...

Kiedy odszedł?

Zmarł w 1989 roku, po dawce sil­nych leków, które podano mu w szpi­talu. Mama przy­pusz­czała, że leka­rze popeł­nili błąd. Opo­wia­dała mi, że po śmierci ojca ordy­na­tor oddziału zamknęła się w gabi­ne­cie i nie chciała spoj­rzeć mamie w oczy... Mama potem już z nikim się nie zwią­zała. Szu­kała kogoś podob­nego do taty, swo­jej wiel­kiej miło­ści. Nie zna­la­zła. Jest tra­dy­cyjną kobietą. Zaan­ga­żo­wała się w dzia­łal­ność kościelną, śpie­wała w chó­rze, a od czasu do czasu wpła­cała co nieco ojcu Rydzy­kowi...

Iskrzy? Prze­cież poli­tycz­nie jesteś po dru­giej stro­nie bary­kady.

Sza­nuję poglądy mamy, jej opi­nię, lecz gło­su­jemy chyba ina­czej.

Do szkoły pod­sta­wo­wej, gdy miesz­ka­łeś jesz­cze w bloku, mia­łeś chyba naj­bli­żej z całej klasy.

Pod­sta­wówka numer 10, sąsia­do­wała z moim blo­kiem. Dzwo­nek na lek­cje sły­sza­łem w domu. Przez pierw­sze trzy lata byłem bar­dzo dobrym uczniem, a w płyn­no­ści czy­ta­nia nale­ża­łem do ści­słej kla­so­wej czo­łówki. Pamię­tam dokład­nie, że bar­dzo dobrze wypa­dłem w teście - czy­ta­niu na czas. Taki spraw­dzian prze­pro­wa­dziła wycho­waw­czyni w dru­giej kla­sie. Wygrał kla­sowy pry­mus Maciej Łuka­sie­wicz, który w minutę prze­czy­tał 120 słów, ja - o połowę mniej, lecz i tak dało mi to trze­cie miej­sce.

Mimo to czło­wiek nie­cier­pli­wie wycze­ki­wał ostat­niego dzwonka. Dzi­kim pędem do domu, tor­ni­ster w kąt i na boisko. A przy pospiesz­nym powro­cie do domu, czę­sto gdy było już ciemno, cza­sem wbie­ga­łem do miesz­ka­nia sąsia­dów na dru­gim pię­trze. W końcu mama poło­żyła obok drzwi cegłę. Pędzę po scho­dach, rzut okiem - cegły są? Są. OK, moje drzwi.

Po trze­ciej kla­sie skoń­czyły się jed­nak taśmowo zdo­by­wane piątki. Powód bar­dzo pro­sty - zaczą­łem pił­kar­skie tre­ningi w Jagiel­lo­nii.

Rodzice nie mieli nic prze­ciwko, bym cho­dził na tre­ningi. Wie­dzieli prze­cież, że piłka to moja wielka pasja. Tato zawsze znaj­do­wał czas, by mnie zawieźć i ode­brać z zajęć.

Wiel­kiego wyboru nie było.

Prze­ciw­nie! Oprócz Jagiel­lo­nii w Bia­łym­stoku dzia­łało kilka innych klu­bów z mnó­stwem dzie­cia­ków. Gwar­dia czy Włók­niarz. Klu­bowy tre­ner Jagi Miro­sław Moj­siuszko zor­ga­ni­zo­wał halowy tur­niej dla szkół pod­sta­wo­wych. Nasz nauczy­ciel wuefu Bog­dan Pio­trow­ski kazał mi, wyróż­nia­ją­cemu się pił­ka­rzowi, wybrać pięt­na­stu chło­pa­ków i podzie­lić ich na trzy piątki. Pierw­sza z nich miała być tą naj­moc­niej­szą. Tur­niej wygra­li­śmy śmiesz­nie łatwo. W finale poko­na­li­śmy dru­żynę, w któ­rej na bramce stał Daniel Bogusz, mój póź­niej­szy kum­pel z Jagi, znany przede wszyst­kim (ale już jako obrońca) z Widzewa i nie­miec­kiej Armi­nii Bie­le­feld. Z tur­nieju zabra­łem do domu dwa dyplomy (mam je do dziś): dla naj­lep­szego tech­nika i naj­sku­tecz­niej­szego strzelca.

Naszą zwy­cię­ską piątkę i wyróż­nia­ją­cych się chło­pa­ków z innych dru­żyn zapro­szono na tre­ningi do szkółki Jagiel­lo­nii. Tre­ne­rem, choć tylko na rok, został Moj­siuszko. Póź­niej odszedł do pracy z senio­rami Jagi. Zasta­na­wia­li­śmy się w szatni, kto u nas zosta­nie jego następcą. To był nasz pierw­szy poważny pro­blem zwią­zany z piłką. W końcu dowie­dzie­li­śmy się, że nowym szko­le­niow­cem będzie Ryszard Kara­lus. Mniej wię­cej w tym samym cza­sie do naszej dru­żyny przy­szedł z Włók­nia­rza Marek Citko. Któż mógł wtedy przy­pusz­czać, że wkrótce będziemy trzę­śli mło­dzie­żową piłką w całej Pol­sce!

PIŁ­KARZ W BIA­ŁYCH SAN­DAŁ­KACH

Pamię­tasz pierw­szy tur­niej? Bo chyba taka pierw­sza praw­dziwa rywa­li­za­cja to prze­ży­cie dla każ­dego mło­dego spor­towca.

Pierw­szy tur­niej nie był dla nas wiel­kim prze­ży­ciem. Prze­ży­ciem był 1 Maja, w tam­tych cza­sach hucz­nie obcho­dzone święto. My ubrani w piękne, nowe dresy masze­ro­wa­li­śmy w pocho­dzie z przodu grupy z tabliczką "Jagiel­lo­nia MKSB". Dumni jak pawie. Czu­li­śmy się jak fut­bo­lowe sławy, a nie pił­kar­skie goło­wąsy.

Na pierw­szy obóz poje­cha­li­śmy w 1985 roku, do Sie­mia­tycz, 80 kilo­me­trów od Bia­łe­go­stoku. Tre­ner Kara­lus foro­wał mnie tro­chę, byłem jego pupi­lem. Chwa­lił za spryt na boisku, nazy­wał tygry­skiem i powta­rzał, że nie­zły ze mnie mate­riał na pił­ka­rza. Wie­czo­rem, już po ciszy noc­nej, tre­ner oglą­dał "Spor­tową nie­dzielę", a my zakra­da­li­śmy się pod­glą­dać wyniki ligowe. Jeśli dopi­sy­wało szczę­ście, udało się, choć z duszą na ramie­niu, zoba­czyć skróty meczów eks­tra­klasy.

Po raz pierw­szy bez rodzi­ców. Trudno było znieść roz­łąkę?

W nie­dzielę nas odwie­dzali. Mie­li­śmy rado­chę, gdy Maciek Rokicki dostał arbuza, a to był wtedy rary­tas. Wszy­scy się rzu­cili z okrzy­kiem: daj kawa­łek! Maciek dziab­nął nożem, lecz nie w arbuza, a we wła­sną rękę i musiał jechać do szpi­tala. A ja naja­dłem się wstydu, bo kole­dzy okrut­nie się ze mnie naśmie­wali, gdy zoba­czyli, jaki pre­zent przy­wio­zła mi mama. Białe san­dałki, gumowe, które nada­wały się do pój­ścia na komu­nię, a nie do cho­dze­nia. Kiedy wyją­łem je z ple­caka, kole­dzy pła­kali ze śmie­chu. Nawet im nie mówi­łem, że to rodzina przy­słała mi je z USA... Scho­wa­łem je na dno ple­caka i już ni­gdy nie chcia­łem oglą­dać. Ale oprócz tych nie­szczę­snych san­dał­ków rodzice przy­wieźli małego brą­zo­wego ratlerka, który w prze­ci­wień­stwie do obcia­cho­wego obu­wia bar­dzo spodo­bał się kum­plom. Po kilku dniach zro­bi­łem kartę pły­wacką, choć jesz­cze pierw­szego dnia obozu potra­fi­łem jedy­nie trzy­mać się dra­binki i prze­bie­rać nogami w wodzie. W zasa­dzie każdy z nas wra­cał z Sie­mia­tycz z jakimś osią­gnię­ciem. Daniel Bogusz z Jac­kiem Chańką pobili rekord dru­żyny, poda­jąc w parze sto razy piłkę głową tak, by fut­bo­lówka nie dotknęła ziemi.

Pogo­dzić sport ze szkołą - wielu mło­dym łatwiej połą­czyć ogień z wodą.

Na boisku szło mi coraz lepiej, za to z "formą" w szkole dokład­nie na odwrót. Piątki szybko zamie­niły się w trójki. Co prawda były to trójki mocne, nie z lito­ści, ale jed­nak. Coraz czę­ściej wyjeż­dża­łem na tur­nieje, opusz­cza­łem lek­cje. A tu doszły jesz­cze trud­niej­sze przed­mioty: fizyka czy che­mia. Skła­mał­bym, że roz­pa­cza­łem z powodu słab­szych ocen. Piłka wszystko mi prze­sła­niała, a skoro odno­si­łem w niej małe, ale jed­nak suk­cesy, zjazd ocen nie był dla mnie pro­ble­mem.

A oprócz piłki docho­dziły jesz­cze jakieś podwór­kowe ucie­chy?

Dopiero póź­niej. W siód­mej kla­sie pod­sta­wówki po raz pierw­szy wybra­li­śmy się z kum­plami z klasy na piwo. Nie­wiele nam trzeba było... Już po jed­nym gra­na­cie, czyli cha­rak­te­ry­stycz­nej butelce, w któ­rej wów­czas sprze­da­wano piwo, zakrę­ciło mi się w gło­wie. Papie­ro­ski też popa­la­łem, ale z faj­kami było u mnie jak u pre­zy­denta Billa Clin­tona z trawką, nie zacią­ga­łem się. Pale­nie "rzu­ci­łem" jako 14-latek, gdy zro­biło mi się nie­do­brze po wypa­le­niu dwóch z rzędu men­to­lo­wych zefi­rów. Od tam­tego momentu sta­łem się abso­lut­nym wro­giem papie­ro­sów.

Z poważ­niej­szych występ­ków... Zda­rzało nam się coś zwę­dzić ze sklepu. Nie z biedy, a dla przy­gody. Śmia­li­śmy się z tych akcji, choć raz było groź­nie. Bar­dzo lubi­łem tru­skaw­ko­po­dobne dzi­wac­two, które nazy­wało się kre­mo­gen. To takie mocno zmro­żone lody o smaku tru­skawki. Wycho­dzi­łem ze sklepu z tym przy­sma­kiem, kiedy nie­stety przy­uwa­żyła mnie sprze­daw­czyni.

Dopa­dła cię?

- Chodź, chodź tu! - zawo­łała i popro­wa­dziła mnie na zaple­cze. Myśla­łem, że się spalę ze wstydu. Mia­łem do wyboru jedno z trzech wyjść:

- Baty, tele­fon na poli­cję czy tele­fon do rodzi­ców? - zapy­tała.

Mia­łem w kie­szeni pie­nią­dze, więc popro­si­łem, żeby po pro­stu pozwo­liła mi zapła­cić. Zaofe­ro­wa­łem nawet, że zapłacę za trzy, nie bio­rąc żad­nego.

- Nie! - burk­nęła.

- No to wybie­ram baty - powie­dzia­łem.

Stwier­dziła jed­nak, że bić mnie nie będzie i sko­rzy­sta z trze­ciej opcji, czyli tele­fonu do moich rodzi­ców. Ale Bóg nade mną czu­wał, bo ode­brała bab­cia. Po godzi­nie spo­cony ze stra­chu wró­ci­łem do domu.

- Dzwo­nili ze sklepu ze skargą, że chcia­łeś ukraść lody! - krzy­czała.

- Oj, bab­cia. To kole­żanki z klasy kawały robią - wyłga­łem się.

To była bar­dzo dobra nauczka. Od tam­tej pory nie pod­kra­dłem nawet wyka­łaczki.

Z kum­plami z klasy spryt­nie potra­fi­li­śmy też zor­ga­ni­zo­wać sobie dodat­kowy wolny czas. Ojciec Nor­berta Sko­czy­lasa był tre­ne­rem w Jagiel­lo­nii. Nor­bert pod­pro­wa­dzał mu papier klu­bowy opa­trzony pie­czątką. Wypi­sy­wa­li­śmy "prośbę" z klubu o zwol­nie­nie nas na, powiedzmy, dzie­się­cio­dniowy tur­niej w Zabrzu. I w tym cza­sie szkołę mie­li­śmy z głowy. A poświę­ce­nie nie­któ­rych kole­gów, by nie pisać kla­sówki, mocno pobu­dzało wyobraź­nię. Artur Kotala, sąsiad z klatki i kolega z klasy, wpadł na pomysł zagip­so­wa­nia sobie ręki, by unik­nąć pisa­nia spraw­dzianu. Gips pro­du­ko­wał w wan­nie. Jed­nak coś pokrę­cił z pro­por­cjami, bo nijak nie chciał wią­zać. Skoń­czyło się na tym, że Artur od stóp do głowy był umo­ru­sany na biało. No i plan szlag tra­fił.

Ale z pod­sta­wówki numer 10 na jakiś czas musia­łeś się prze­nieść.

Z powodu prze­pro­wadzki z bloku do domu, musia­łem prze­nieść się do Szkoły Pod­sta­wo­wej numer 8. Pamię­tam pierw­szy wuef z nowymi kole­gami. Jako ostat­niego wybrali mnie do dru­żyny. Ale zro­bili to tylko raz, póź­niej szar­pali się, by mieć mnie w swoim zespole. Nie­zbyt dobrze czu­łem się w nowej szkole i po roku wró­ci­łem do swo­jej "dzie­siątki". Nie mogłem zna­leźć wspól­nego języka z chło­pa­kami z osie­dla Wygoda. Pia­sta to było Pia­sta. Wola­łem iść do szkoły pięt­na­ście minut zamiast minuty, ale być z kum­plami, któ­rych zna­łem od lat.

Pamię­tasz swoje pierw­sze "poważne" zawody?

Mun­dia­lito '86 - taką nazwę miał tur­niej. Brały w nim udział dru­żyny osie­dlowe z jed­nej szkoły pod­sta­wo­wej. Moją two­rzyli ucznio­wie klas siód­mej i ósmej, ale był rodzy­nek z klasy szó­stej - Tomek Fran­kow­ski. Wygra­li­śmy bia­ło­stoc­kie eli­mi­na­cje i mogli­śmy się pako­wać do wyjazdu na finał do Olsz­tyna, w któ­rym brało udział dwa­na­ście naj­lep­szych dru­żyn w kraju. Kiep­sko nam poszło. Prze­gra­li­śmy nie­mal wszyst­kie mecze. Mia­łem jed­nak satys­fak­cję, bo zosta­łem kró­lem strzel­ców i dosta­łem nagrodę dla naj­młod­szego uczest­nika. Po powro­cie do Bia­łe­go­stoku - nie­spo­dzianka. Dyrek­cja posta­no­wiła, że za godne repre­zen­to­wa­nie szkoły nagro­dzi mnie i to w trak­cie uro­czy­sto­ści zakoń­cze­nia roku szkol­nego dla klas siód­mych i ósmych. Ale nie chciano wpu­ścić mnie do sali gim­na­stycz­nej, bo młod­sze rocz­niki miały zakoń­cze­nie póź­niej. Długo wyja­śnia­łem woź­nej, że przy­sze­dłem po nagrodę. Wpu­ściła. Z nie­cier­pli­wo­ścią cze­ka­łem, kiedy pani dyrek­tor wyczyta moje nazwi­sko. W końcu! "Dla naj­lep­szego pił­ka­rza naszej szkoły mam zaszczyt wrę­czyć nagrodę za zdo­by­cie tytułu króla strzel­ców w tur­nieju w Olsz­ty­nie". No i wysko­czy­łem na śro­dek sali. Blon­d­włosy, prze­jęty brzdąc dostał wiel­kie brawa, a w nagrodę: rakiety do bad­min­tona i bar­dzo popu­larną wów­czas torbę - chle­bak. I uścisk dłoni dyrek­cji. A moim rodzi­com zaocz­nie podzię­ko­wali sze­fo­wie Spół­dzielni Miesz­ka­nio­wej "Zachęta", obecni na apelu. Oznaj­mili, iż mają bar­dzo uta­len­to­wa­nego syna. Gdy wsze­dłem do domu z nagro­dami i opo­wie­dzia­łem rodzi­com całą histo­rię, wyba­czyli mi tróje na świa­dec­twie. Tak piłka ura­to­wała mi skórę.

Porażkę w tur­nieju, choć osło­dzoną tytu­łem króla strzel­ców, szybko zaczą­łeś odbi­jać sobie z dru­żyną Jagiel­lo­nii.

Tak jest. Mie­li­śmy zespół, o któ­rym napi­sać, że o głowę umie­jęt­no­ściami prze­ra­stał rywali, to nic nie napi­sać... W tramp­ka­rzach i junio­rach czę­sto wygry­wa­li­śmy bar­dzo wysoko. Jak to w spo­rcie, porażki rów­nież się zda­rzały, choć spo­ra­dycz­nie. W finale Ogól­no­pol­skiej Spar­ta­kiady Mło­dzieży w 1991 roku spo­tka­li­śmy się z Kra­ko­wem. Dusi­li­śmy rywali przez cały mecz, pro­wa­dzi­li­śmy 1:0, ale w koń­cówce udało im się strze­lić dwa gole. Do końca spo­tka­nia trzy minuty, a my tra­cimy gola na 1:2. Wzna­wiamy grę od środka i wtedy sędzia Wit Żelazko...

Ten sędzia Żelazko?! Póź­niej arbi­ter mię­dzy­na­ro­dowy i eks­pert Canal+, a na końcu oskar­żony w afe­rze korup­cyj­nej?

Ten sam. I pan Wit mówi do mnie: - Hej, mały, idź­cie pod ich bramkę, to wam kar­nego gwizdnę, bo z taką grą nie zasłu­gu­je­cie na porażkę. Nie­stety, rywale szczel­nie zamu­ro­wali bramkę, nie mie­li­śmy szans prze­ci­snąć się na ich pole karne i z pomocy pana Żelazki nie potra­fi­li­śmy sko­rzy­stać. Ale we wcze­snej mło­do­ści piłka nie­zwy­kle rzadko zmu­szała mnie do łez. W końcu i one mi popły­nęły po policz­kach i to w naj­mniej spo­dzie­wa­nym momen­cie i z naj­mniej spo­dzie­wa­nej strony - po sło­wach tre­nera Ryszarda Kara­lusa. Pod­czas tre­ningu burk­nął pod nosem, że może Jagiel­lo­nia powinna wyku­pić mi obiady, bo coś chudo wyglą­dam.

I tak cię to zabo­lało?

Bar­dzo, a mia­łem 13 lat. Uzna­łem, że tre­ner uważa, iż moich rodzi­ców nie stać na jedze­nie. Wzią­łem to sobie tak do serca, że posta­no­wi­łem... zmie­nić klub. Tydzień nie tre­no­wa­łem. Potem poje­cha­łem zapi­sać się do Gwar­dii. Sie­dzia­łem z kum­plem na ławeczce pod szat­nią. Cze­ka­li­śmy na tre­ning w nowym klu­bie, a tu nagle wyjeż­dża zza rogu poma­rań­czowy fiat tre­nera Kara­lusa. "Co on tu robi?" - pomy­śla­łem. Wysiadł, zaga­dał do mnie, że wciąż na mnie liczy, a na koniec jakby od nie­chce­nia rzu­cił: - Wiesz, za dwa tygo­dnie jedziemy na tur­niej do Związku Radziec­kiego... Masz pasz­port?

Oczy mi się zaświe­ciły. Tur­niej zagra­niczny! Szybko zapo­mnia­łem o kon­flik­cie. Następ­nego dnia posze­dłem na tre­ning do swo­jej Jagiel­lo­nii.

I jak było za tą gra­nicą?

Dla mło­dego czło­wieka w PRL taki wyjazd był wiel­kim prze­ży­ciem. Już przy prze­kra­cza­niu gra­nicy w Grod­nie zro­biło się i śmieszno, i straszno. Tre­ner Kara­lus popro­sił, bym wziął jedną z jego toreb ze sprzę­tem spor­to­wym. Wcho­dzi cel­nik i pyta: - Co masz w tej tor­bie?

- Ubra­nia spor­towe. Buty pił­kar­skie - odpo­wia­dam. Otwo­rzył torbę, a tam kil­ka­dzie­siąt rów­niutko poukła­da­nych spód­ni­czek w kratkę.

- To twoje? - pyta cel­nik.

- Nie moje - pło­ną­łem ze wstydu.

- To czyje?

Na szczę­ście tre­ner przy­znał się, że to jego. Było tro­chę nie­przy­jem­no­ści, lecz osta­tecz­nie cel­nik też czło­wiek... Przy­mknął oko na rze­czy wie­zione "na han­del".

Inna histo­ria. Powrót z obozu w Rydze. Pod­cho­dzimy całą dru­żyną do auto­karu, żeby wło­żyć torby do luku baga­żo­wego.

- Tam nie ma miej­sca - ostrzega nasz kie­rowca.

W środku auto­karu też nie było, ponie­waż... stały tam dwa motory! Oprócz nich kar­tony z tele­wi­zo­rami i sprzę­tem AGD. Dowie­dzie­li­śmy się, że bagaż­niki, do któ­rych chcie­li­śmy wło­żyć swój sprzęt, są zajęte przez kani­stry z ben­zyną, bo ją też opła­cało się przy­wieźć do Pol­ski. To wszystko nale­żało do tre­ne­rów i dzia­ła­czy. Tre­ner Kara­lus przede wszyst­kim był świet­nym szko­le­niow­cem, ale miał też zmysł do inte­re­sów i w biz­ne­sie odna­la­złby się bez pro­ble­mów. W tam­tych cza­sach wielu szko­le­niow­ców, a przede wszyst­kim dzia­ła­cze wyka­zy­wali się nie­złą smy­kałką do han­dlu.

A wy, junio­rzy, też pró­bo­wa­li­ście?

Kilku kole­gów z dru­żyny, mimo mło­dego wieku, dosko­nale sobie radziło. Ja prze­ciw­nie. Zda­rzało mi się zabrać dzie­sięć par spodni, co było śla­dową liczbą przy tym, co prze­wo­zili inni. Wio­złem deka­ty­zo­wane dżinsy o nazwie Mavin. Gdy dosta­li­śmy od tre­nera wolny ranek, więk­szość ruszyła na bazar, by kilka godzin postać, tar­gu­jąc się o jak naj­lep­szą cenę. Momen­tal­nie sprze­da­łem dżinsy. Dosta­łem połowę tego, co można było utar­go­wać.

Na zgru­po­wa­niu w Wil­nie w hote­lo­wym pokoju gra­łem z kolegą w piłkę. W pew­nym momen­cie pal­ną­łem ją za mocno i wybi­łem szybę. Na szczę­ście w oknach były po dwie. Dokład­nie posprzą­ta­li­śmy szkło. Jed­nak naza­jutrz sprzą­taczka zauwa­żyła nie­kom­pletne okno i donio­sła tre­ne­rowi. Był to ostatni dzień naszego pobytu, a ja spłu­kany musia­łem popro­sić kole­gów o zrzutkę. Zebra­łem 11 rubli. Szyba kosz­to­wała dzie­sięć. Zostało mi na lody cze­ko­la­dowe za 39 kopie­jek. Takie to były moje inte­resy.

Zresztą mało kto z kole­gów robił dużo lep­sze, może z wyjąt­kiem Marka Citki. Miał dryg do han­dlu nie mniej­szy niż do piłki. Pamię­tam, że zabrał na Litwę do prze­han­dlo­wa­nia kurtkę deka­ty­zo­waną (ja i kole­dzy gumy Donald). "Citek" powpi­nał w klapy tej kurtki znaczki popu­lar­nych zespo­łów - Depe­che Mode, Europe i żądał za nią zawrot­nej sumy - 350 rubli. Byli­śmy w szoku. Bo my, sprze­da­jąc gumy, ciu­ła­li­śmy po rublu i jeśli udało się nazbie­rać ze dwa­dzie­ścia, to czło­wiek miał rado­chę, że hej. A Marek sprze­dał ją chyba po trzech dniach za - oczy­wi­ście - 350 rubli i cały han­del miał z głowy.

Inne "prze­stęp­stwa" mło­dych pił­ka­rzy?

W lutym 1991 roku, w łotew­skim kuror­cie Lie­paja, tre­ner pozwo­lił nam wyjść na dys­ko­tekę. W końcu byli­śmy już star­szymi nasto­lat­kami. Przed wyj­ściem wypi­li­śmy co nieco na odwagę i - jak to się mówi - pod humo­rek. W pię­ciu roz­pra­co­wa­li­śmy butelkę wódki.

- Pocze­kaj­cie chwilkę, wypi­jemy jesz­cze na drugą nogę - pro­si­li­śmy "abs­ty­nen­tów" - Maćka Rokic­kiego i Piotrka Dobro­wol­skiego. Ale oni wyszli z pokoju. A raczej - chcieli wyjść, ale w drzwiach spo­tkali się twa­rzą w twarz z tre­ne­rem (który zapewne pod­słu­chi­wał)! Bogusz Bagiń­ski rzu­cił się do ucieczki i prze­mknął obok tre­nera. Zostało nas pię­ciu: Mar­cin Ponie­wo­zik, Krzy­siek Drą­gow­ski, Mariusz Pie­kar­ski, Seba­stian Koch­mań­ski, no i ja.

Druga butelka stała led­wie napo­częta. Ależ roz­pę­tała się awan­tura! Uczest­ni­kom przy­ję­cia tre­ner wypła­cił w twarz z otwar­tej ręki. W końcu obie­ca­li­śmy, że to pierw­szy i ostatni raz. Tre­ner powie­dział, że mi wie­rzy, resz­cie nie. Zakoń­czyło się poga­danką o zdra­dli­wym wpły­wie alko­holu na zdro­wie, szcze­gól­nie mło­dych ludzi. Szko­le­nio­wiec tro­chę ochło­nął, a nagle Pio­trek Dobro­wol­ski wypa­lił: "Wie tre­ner, tak pod humo­rek chcie­li­śmy". I tre­ner znowu wpadł w szał.

Od tam­tego czasu, daję słowo, nie­wiele razy piłem wódkę. Na pewno na swoim weselu i może na dwóch wese­lach zna­jo­mych. Ale nie ze względu na mło­dzień­czą obiet­nicę. Wódka mi nie sma­kuje, pod­pi­suję się pod zda­niem usły­sza­nym kie­dyś od Toma­sza Hajty: "wódka jest ordy­narna!". Zresztą każdy z nas marzył o zro­bie­niu kariery, a nie prze­tań­cze­niu talentu.

I wielu z waszej dru­żyny ten plan zre­ali­zo­wało.

Kibic piłki, ten nieco star­szy, pamięta, jak grali Daniel Bogusz, Jacek Chańko, Mariusz Pie­kar­ski, Bar­tosz Jur­kow­ski czy Marek Citko. Daniel był mistrzem Pol­ski z Widze­wem i grał w Lidze Mistrzów, o Marku wystar­czy napi­sać "cit­ko­ma­nia" i wszystko jasne. Wembley, gol z połowy prze­ciwko Atle­tico Madryt. Jacek tra­fił do Wer­deru Brema. Mariusz cza­ro­wał w Bra­zy­lii. Bar­tek był bar­dzo solid­nym ligow­cem.