Wstęp
Są różni czytelnicy książek. Jeden, zanim zacznie książkę czytać, umyje ręce, potem obejrzy sobie książeczkę dokładnie, przeczyta stronę tytułową, autora, nawet wydawnictwo. Odwróci kartkę, zabiera się do czytania wstępu. A potem już czyta dalej, stroniczka po stroniczce, nie przepuszczając ani jednego zdania.
Jeśli go się spytasz:
- Czy znasz książkę "Pokój na poddaszu"? - odpowie:
- "Pokój na poddaszu" - Wandy Wasilewskiej. Znam.
I potrafi dokładnie opowiedzieć, co było w tej książce.
To jest dobry czytelnik.
A znów inny, niecierpliwy czytelnik, ledwo przybiegł ze szkoły, od razu łap! za książkę. Ani spojrzy na tytuł, na nazwisko autora. Od razu zagląda do środka.
- O czym też jest ta książka? I jak się kończy?
Przewraca niecierpliwie kartki. Zaczyna czytanie od... ostatniej stronicy.
- Czy znasz "Pokój na poddaszu"? - spytacie.
- "Pokój na poddaszu"? Zaraz, zaraz, a o kim tam było?
- No, Ignaś, Anka, Zosia...
- Aha, znam. Założyli taką spółdzielnię...
- Prawda, jaki ten Ignaś był dzielny? Nie każdy zdobyłby się na sprzedanie swego roweru.
A ów niecierpliwy czytelnik wytrzeszcza oczy.
- Jakiego roweru? Nie było tam żadnego roweru.
Sami przyznacie, że to kiepski czytelnik. Niby czytał, a wcale nie zna książki. Bo w książce wszystko jest ważne. I tytuł, i nazwisko autora, i początek, i środek, i zakończenie. I nawet wstęp.
Właśnie we wstępie chcę Wam wyjaśnić kilka rzeczy, bez których nie wszystko w tej książce byłoby dla Was jasne. Jak widzicie, wstęp jest krótki, więc nie zajmie Wam wiele czasu.
Powieść "Franek, jego pies i spółka" napisana została przed wojną.
Fabryki należały wtedy do prywatnych właścicieli. Nie wszyscy ludzie mieli pracę. Panowało bezrobocie. Robotnicy nieraz szukali pracy na próżno przez wiele tygodni, a nawet miesięcy. Byli nawet tacy, co przez kilka lat nie mogli nic znaleźć. Żyli w nędzy zarabiając dorywczo po kilka złotych.
Ojciec Franka również stracił pracę w hucie szklanej, chociaż był wykwalifikowanym hutnikiem. Musiał zostawić rodzinę i jeździć po innych miastach w poszukiwaniu roboty. Dlatego Franek został śmieciarzem.
Jeśli przeczytacie tę książeczkę od samego początku do samego końca, dowiecie się wiele ciekawego właśnie z życia dzieci przed wojną.
A musicie wiedzieć, że to wcale nie jest zmyślona historia. Franek istniał naprawdę. I naprawdę istniał Kruczek.
Teraz chcę Wam jeszcze powiedzieć kilka słów o autorce tej książki.
Zofia Charszewska nie żyje już. Zginęła w czasie wojny od bomby hitlerowskiej.
Kiedy powiedziano nam o tym, nie chcieliśmy wierzyć. To niemożliwe!... Zofia Charszewska nie żyje? Taka dzielna, zawsze pogodna, zawsze dodająca innym odwagi i otuchy... To byłoby zbyt okrutne i niesprawiedliwe.
A jednak to była prawda. Bo okrutny był napad na Polskę i okrutni byli faszyści, bombardujący bezbronne miasta, zabijający na cichych uliczkach kobiety i dzieci.
Zofia Charszewska była nauczycielką. Kochała swoją pracę, kochała dzieci i dzieci też kochały swoją nauczycielkę. Ze szkoły wracała zawsze otoczona gromadą uczniów i uczennic.
Ale po kilku latach ciężkiej pracy nauczycielskiej zachorowała na płuca i lekarze nie pozwolili Jej już pracować w szkole.
Wtedy zaczęła pisać dla dzieci i o dzieciach. W przedwojennych "Płomyczkach" często spotykamy Jej nazwisko. Pisała wiersze i opowiadania dla dzieci. Ale to Jej nie wystarczało.
- Chcę pracować wśród dzieci, spotykać się z nimi, rozmawiać.
I wstąpiła na uniwersytet, na wydział bibliotekarski. Zaczęła zdobywać nowy fach, chociaż już miała własny dom, małego synka i musiała pracować na chleb.
Ale jak już Wam wspomniałam, była to bardzo dzielna kobieta, choć była taka drobna, szczuplutka, wątła i wyglądała jak młoda dziewczyna.
A jak radośnie błyszczały jej oczy, kiedy nareszcie zaczęła pracować w bibliotekach dziecięcych, kiedy znów zetknęła się z młodzieżą. Naturalnie nie przestała pisać.
I na pewno powstałaby niejedna jeszcze ciekawa książka opisująca życie tych, których los najbardziej obchodził Zofię Charszewską - dzieci robotniczych i chłopskich, dzieci żyjących w trudnych warunkach, nieraz w nędzy i opuszczeniu.
Marzyła Zofia Charszewska o innej Polsce, w której każde dziecko będzie ubrane i syte, każde dziecko będzie mogło się uczyć i bawić beztrosko. O taką Polskę walczyła.
Ale jej nie doczekała.
Kiedy będziecie czytali tę książeczkę, nie myślcie o tym, że jej autorka nie żyje. Bo żyje Jej gorące serce w książkach, które po Niej pozostały. I żyje pamięć o Niej w sercach tych, co Ją znali.
Zapamiętajcie tylko dobrze Jej nazwisko.
I z Jej książek uczcie się tak kochać ludzi i życie, jak Ona kochała.
H. K.