Franek i Finka. Dyniowy Demon - Aneta Jadowska

-
Proszę czekać

Bal­ta­zar Bą­czek, ma­estro cyr­kowy, był przy­go­to­wany na to, by wszystko za­częło się ukła­dać. By było prze­wi­dy­walne, bez­pieczne i ani odro­binkę nie od­bie­gało od normy. Wo­lałby na­wet stan nudy od tego, czego do­świad­czali on, jego trupa, a co gor­sza - jego wnuki, przez ostat­nie ty­go­dnie. Ska­kali od jed­nej nie­bez­piecz­nej sy­tu­acji do ko­lej­nej! I dzie­ciaki za­czy­nały są­dzić, że wła­śnie tak wy­gląda ży­cie w cyrku! Oczy­wi­ście pró­bo­wał im wy­ja­śnić, że to tylko przy­pad­kowa ku­mu­la­cja. Pech na­wet! Że przez ostat­nie kilka lat ni­gdy na­wet nie zbli­żył się do ta­kiego za­mie­sza­nia jak w te wa­ka­cje! Chyba nie cał­kiem mu wie­rzyli... Bo też i ja­kie mieli pod­stawy, by wie­rzyć swo­jemu dziad­kowi, któ­rego do­piero nie­dawno po­znali i wy­ło­wili z pa­mięci zdu­szo­nej na lata za­klę­ciem?

Bal­ta­zar Bą­czek był wiel­kim fa­nem prze­wi­dy­wal­no­ści. Na przy­kład lu­bił prze­wi­dy­wać, że gdy przy­jadą do mia­steczka, zo­staną mile przy­jęci, bo lu­dzie ge­ne­ral­nie lu­bili roz­rywki, a nie było wiele lep­szych roz­ry­wek na Ru­bie­żach niż cyrk. Lu­bił prze­wi­dy­wać, że da­dzą kilka przed­sta­wień i za­ro­bią so­lidny grosz, który po­zwoli im uzu­peł­nić za­pasy, dzięki czemu bez cie­nia stresu i nie­po­ko­jów będą mo­gli po­je­chać do ko­lej­nego mia­steczka, gdzie za­równo miłe przy­ję­cie, jak i suk­cesy - ar­ty­styczny i fi­nan­sowy - po­wtó­rzą się jak w ze­garku.

Bar­dzo ce­nił so­bie tę po­wta­rzal­ność, bo w nie za­wsze bez­piecz­nych oko­licz­no­ściach, ja­kie ser­wo­wało ży­cie na Ru­bie­żach, była ona gwa­ran­cją prze­trwa­nia, peł­nych brzu­chów jego za­łogi i ca­łej skóry na ich kar­kach.

I tak wła­śnie było. Zwy­kle.

Tyle że tego lata, kiedy wresz­cie mógł do cyrku spro­wa­dzić swoje wnuki - je­de­na­sto­let­nie bliź­nięta, Franka i Finkę - wszystko szło jak po gru­dzie. Jak to po­wie­działa Bran­wen, ich cyr­kowa wiedźma, roz­wią­zała się sa­kiewka z przy­go­dami. Psia jego mać.

Syl­we­ster Żu­czek (od­wieczny wróg Bączka, przy oka­zji przez lata główny kon­ku­rent, a obec­nie po­nie­kąd wspól­nik) był nieco bar­dziej do­sadny. Do uszu Bal­ta­zara do­tarły plotki, które ten łach­myta roz­sie­wał za ich ple­cami - że bliź­niaki przy­no­siły kom­pa­nii pe­cha i póki są w ta­bo­rze, nic do­brego nie mo­gło cyrku spo­tkać. Bal­ta­zara te plotki roz­sier­dziły bar­dzo i po­wie­dział Syl­we­strowi wię­cej niż raz, co wła­ści­wie my­śli o ta­kim po­dej­ściu, ale ten na­wet się z nim nie kłó­cił, a je­dy­nie zdej­mo­wał swój sza­po­klak i roz­wi­jał wiel­kie, sło­niowe uszy, wa­chlo­wał się nimi przez kilka chwil wielce wy­mow­nego mil­cze­nia i za­kła­dał na­kry­cie głowy z po­wro­tem.

Bal­ta­zar był dość uczciwy, by przy­znać, że ist­nieje być może ja­kaś ko­re­la­cja mię­dzy obec­no­ścią dzie­cia­ków w cyrku a sło­nio­wymi uszami Syl­we­stra. Bo do nie­dawna ich nie miał, a te­raz i ow­szem. Ale to, że po­ja­wie­nie się bliź­niąt w cyrku i uszu sło­nio­wych na gło­wie Syl­we­stra wy­stą­piło z grub­sza w po­dob­nym cza­sie, wcale nie ozna­czało, że jego wnuki miały z tymi uszami co­kol­wiek wspól­nego. Wła­ści­wie je­śli Syl­we­ster mógł ko­goś o nie wi­nić, to wy­łącz­nie sie­bie sa­mego. I wła­sny upór, z któ­rego był znany. Gdyby po­słu­chał Bal­ta­zara i od­dał zwie­rzęta cyr­kowe do Sank­tu­arium za­raz po tym, jak ich cyrki się po­łą­czyły, nie by­łoby ich w cyr­ko­wym in­wen­ta­rzu, kiedy spo­tkali wiedźmę Gaję, wnuczkę Baby Jagi, a wtedy nie rzu­ci­łaby na nich wszyst­kich klą­twy, nie by­łoby ca­łego za­mie­sza­nia, w tym sło­nio­wych uszu na gło­wie Syl­we­stra...

Bą­czek mu­siał też przy­znać, że zmiany, które za­szły, od­biły się na Syl­we­strze i jego cyrku bar­dziej. Bo i ow­szem, ze sta­rej trupy Bal­ta­zara ode­szło kilka osób - ro­dzina akro­ba­tów jesz­cze w cza­sie kon­kursu Let­niego Dworu, gdy stawki pod­sko­czyły, nie chciała ry­zy­ko­wać ży­cia (co ro­zu­miał i nie mógł ich o to wi­nić), ale też po ca­łej chryi z Gają kil­koro mu­zy­ków i pra­cow­ni­ków tech­nicz­nych wzięło "dłuż­szy urlop i być może wrócą je­sie­nią". Zo­stali w Sank­tu­arium i mia­steczku tuż obok, za­ła­twili so­bie zle­ce­nia na dan­cin­gach i zo­sta­wili po so­bie kon­kretną lukę w pro­gra­mie. Bal­ta­zar ni­gdy wcze­śniej nie mu­siał uży­wać mu­zyki z ma­gne­to­fonu w trak­cie przed­sta­wień, te­raz nie bar­dzo miał inne wyj­ście.

Ale sy­tu­acja Syl­we­stra była jesz­cze trud­niej­sza. W Sank­tu­arium zo­stały nie tylko zwie­rzęta, ale też część tre­se­rów i opie­ku­nów, spora część pra­cow­ni­ków tech­nicz­nych, kilku kie­row­ców. Do Gro­dzisk do­je­chali już w mocno okro­jo­nym skła­dzie, a tam jesz­cze trzy osoby z kom­pa­nii zde­cy­do­wały się po­zo­stać w mia­steczku na dłu­żej! Na­gle bra­ko­wało im lu­dzi do pro­wa­dze­nia cię­ża­ró­wek ze sprzę­tem, ko­nieczne było też zo­sta­wie­nie w wy­na­ję­tym schowku dru­giego na­miotu i du­żej czę­ści de­ko­ra­cji, bo byli zmu­szeni do­syć mocno ogra­ni­czyć liczbę po­jaz­dów. Sporo rze­czy udało się wpa­ko­wać do au­to­busu Jew­gie­nija, ale wciąż - mniej lu­dzi to mniej rąk do pracy i gor­sza at­mos­fera już na star­cie. Bą­czek ro­zu­miał, że Syl­we­strowi to do­skwie­rało. Nie cho­dziło tylko o zwie­rzęta, ale też o toż­sa­mość cyrku Żuczka, który nie chciał być wchło­nięty przez cyrk ry­wala.

Bal­ta­zar po­nie­kąd przy­swa­jał to, że być może na­gro­ma­dze­nie wszyst­kich wy­pad­ków nieco nad­wą­tliło en­tu­zjazm cyr­ko­wej trupy wo­bec obec­no­ści bliź­niąt. Bo jak­kol­wiek by na to pa­trzeć, to były dziwne wa­ka­cje.

Naj­pierw tur­niej cyr­kowy, rzecz znana i prze­wi­dy­walna od do­brych trzy­dzie­stu lat, po­kom­pli­ko­wał się zu­peł­nie i mu­sieli się zjed­no­czyć z wro­gim obo­zem, łą­cząc cyrk Ju­trzenka z cyr­kiem So­la­ris w nowy twór - cyrk Au­rora Bo­re­alis - by unik­nąć klą­twy, śmierci i in­nych pa­skudztw, które na nich i na kon­kurs spro­wa­dził Nero Mor­tus, ne­kro­manta z Cyrku Mar­twych Ma­ka­bre­sek. No ale prze­cież bliź­nięta z jego po­ja­wie­niem się nie miały kom­plet­nie nic wspól­nego! Nie mo­gły wie­dzieć, że snuł swój plan od lat i aku­rat w tym roku był go­tów, by przy­stą­pić do ostat­niego etapu, po któ­rym prze­jąłby elfi dwór i pew­nie sporą część Ru­bieży. Człon­ko­wie obu cyr­ków po­winni być ra­czej wdzięczni Fran­kowi i Fince, bo bez nich i bez ich ma­gii być może wszy­scy by­liby dziś zu­peł­nie mar­twi, a na pewno nie mie­liby glejtu po­zwa­la­ją­cego im bez­piecz­nie po­dró­żo­wać i wy­stę­po­wać w mia­stecz­kach na Ru­bie­żach!

A po­tem prze­cież ani Fra­nio, ani Finka nie mieli nic wspól­nego z bu­rzą ma­giczną, która zwa­liła im się na głowę na­gle i nie­ocze­ki­wa­nie. I o kilka lat za wcze­śnie! Nikt nie był na nią spe­cjal­nie przy­go­to­wany w tym mo­men­cie. To nie z winy jego wnu­ków mu­sieli się schro­nić w nie­przy­ja­znym mia­steczku. Nie przez nich też wzięła ich na ce­low­nik Gaja ze swoją klą­twą.

Nie ma­czali też pal­ców w nie­po­ko­ją­cej za­mia­nie Bal­ta­zara w Pro­siaczka i na od­wrót. Na samo wspo­mnie­nie Bą­czek aż się wzdry­gnął i przez chwilę wy­da­wało mu się, że wciąż ma ogo­nek, któ­rym ma­cha, ner­wowo po­chrum­ku­jąc, bo ani pół słowa po ludzku nie może po­wie­dzieć. To było bez wąt­pie­nia trudne do­świad­cze­nie, trau­ma­ty­zu­jące na­wet, i wra­cało do niego cza­sem w snach. Choć te, mu­siał przy­znać, były dziwne, ale wcale nie straszne. Wy­le­gi­wał się w nich zwy­kle w ka­łuży z błot­kiem i ma­rzył o ja­błusz­kach, a one za­wsze się po­tem znaj­do­wały, pod­rzu­cone hojną ręką Ka­rola...

No tak, sta­now­czo była to pe­chowa przy­goda, ale prze­cież nie można było o nią wi­nić bliź­niąt. Ab­so­lut­nie i w żad­nym wy­padku. Je­śli już, to na­le­żało im po­gra­tu­lo­wać od­wagi i uporu, bo gdyby nie jego wnuki, być może wcale nie uda­łoby się zdjąć klą­twy, a dziś po­łowa trupy cho­dzi­łaby na czwo­ra­kach, za­mie­niona w ku­cyki, osły, sło­nie czy białe pu­dle...

I być może ktoś mógłby się cze­piać, że wy­plą­tu­jąc cyrk z ta­ra­pa­tów, bliź­niaki wy­brały nie­bez­pieczną ścieżkę, która wio­dła do prze­ję­tej przez Czar­no­księż­nika Czer­wo­nej Wieży. Tym sa­mym wplą­tali się w grubą ma­giczną awan­turę. Ale prze­cież to nie tak, że wie­dzieli o tym, że szu­ka­jąc tam po­mocy, skoń­czą uwię­zieni w lo­chach czy będą mu­sieli uwol­nić pra­wo­wi­tego wła­ści­ciela wieży spod wła­dzy za­klę­cia, prawda? Nie było to, być może, przy­jemne, na pewno oka­zało się straszne, ale też nie ma tego złego, co by na do­bre nie wy­szło, a wiele do­brego z ich in­ter­wen­cji wy­nik­nęło! Ro­dzina Le­oni­dasa zo­stała uwol­niona, Czer­wona Wieża od­zy­skana, a do tego dzia­duszka Niedź­wiedź przy­po­mniał so­bie, jak się zmie­niać w czło­wieka, co na­tych­miast prze­ła­mało klą­twę Gai. No prze­cież na lep­sze re­zul­taty nie mo­gli li­czyć!

Może i Bal­ta­zar by wo­lał, żeby się to wszystko nie wy­da­rzyło. Żeby je­chali so­bie spo­koj­nie od mia­steczka do mia­steczka, wy­stę­pu­jąc dla hoj­nej pu­blicz­no­ści. Ale je­śli już mu­siało się zda­rzyć, nie można było od­mó­wić bliź­nia­kom roz­wią­zy­wa­nia pro­ble­mów w spo­sób spek­ta­ku­larny i za­wsze sku­teczny. Bal­ta­zar Bą­czek był z Franka i Finki cał­kiem dumny, choć wo­lałby ra­czej, żeby do końca wa­ka­cji nu­dzili się w cyrku jak mopsy i nie wpa­dali wię­cej w żadne ta­ra­paty.

Już się za­czy­nał nieco nie­po­koić, jak to wszystko przyj­mie jego có­reczka... Wcale nie śpie­szyła się z wy­sy­ła­niem wnu­ków do cyrku i do dziadka. Gdyby nie cho­roba, ope­ra­cja i wi­zja uciąż­li­wej te­ra­pii, być może wcale by do tego nie do­szło. A już na pewno nie w tym roku. Ale to była ko­lejna mało przy­jemna oko­licz­ność, z któ­rej Bal­ta­zar pró­bo­wał wy­cią­gnąć, co naj­lep­sze, siłą wro­dzo­nego opty­mi­zmu. Ow­szem, jego có­reczka miała raka piersi, ale czuła się już dużo le­piej, a ope­ra­cja prze­bie­gła po­myśl­nie. Pi­sała do niego li­sty cał­kiem re­gu­lar­nie i czer­pała sporo otu­chy z tego, że dzieci nie za­mar­twiają się o jej stan, prze­ży­wają przy­godę ży­cia z dziad­kiem i do­brze się ba­wią. Bą­czek wo­lałby tylko, by ta przy­goda była odro­binę mniej przy­go­dowa, mniej nie­bez­pieczna, a bar­dziej prze­wi­dy­walna...

Ale nie za­mie­rzał się tym za­mar­twiać zbyt długo. To by­łoby wbrew na­tu­rze Bal­ta­zara. Był uro­dzo­nym opty­mi­stą. Jego szklanka była za­wsze do po­łowy pełna, a woda w środku pyszna. Zu­peł­nie nie wi­dział sensu w tym, by mar­twić się na za­pas. Zwłasz­cza że naj­gor­sze na pewno mieli za sobą, prawda?

Nie wie­dział, że po­my­ślał to so­bie w zu­peł­nie złą go­dzinę i sam tro­chę rzu­cił lo­sowi wy­zwa­nie. Bo oto za­czy­nała się ko­lejna wielka przy­goda Franka i Finki. I nic już nie mógł zro­bić. De­cy­zja za­pa­dła dużo wcze­śniej, kiedy po­sta­no­wił wy­brać bez­pieczną drogę do Bia­łych Wód, spo­rego, lud­nego i przy­ja­znego mia­steczka, w któ­rym mieli umó­wione kilka du­żych wy­stę­pów. Jesz­cze nie wie­dział, że ni­gdy tam nie do­trą. I że nic, co so­bie za­pla­no­wał, nie doj­dzie do skutku...

Nie mógł prze­wi­dzieć, że gdy pro­wa­dził dziar­sko kam­pera po wą­skiej, le­śnej dro­dze, na czele cyr­ko­wej ka­ra­wany, z każ­dym ki­lo­me­trem zbli­żał się do nie­unik­nio­nego za­gro­że­nia, ob­fi­tu­ją­cego w du­chy, de­mony, dy­nie i koty. Nie wie­dział, że po­wi­nien za­wró­cić, a na­wet gdyby wie­dział - nie mieli dość pa­liwa czy za­pa­sów, by star­czyło ich na po­wrót do od­da­lo­nego o pra­wie dwa dni drogi mia­steczka, z któ­rego wy­ru­szyli do Bia­łych Wód.

Po­wi­nien był za­wró­cić, gdy tylko przed ma­skę samo­chodu wy­sko­czył spa­ni­ko­wany smok.

Oczy­wi­ście ktoś mógłby po­wie­dzieć: Bal­ta­za­rze, smo­ków na­leży z za­sady uni­kać, zwłasz­cza tych wzbu­rzo­nych, ale Bal­ta­zar na swoją obronę miał to, że smoka tego znał od ma­leń­ko­ści i był on naj­lep­szą przy­ja­ciółką jego wnuczki, Finki. Miał na imię Sznu­rówka i pra­wie ni­gdy nie sta­no­wił dla cyrku praw­dzi­wego za­gro­że­nia... No może poza tymi dniami, kiedy miał straszny ka­tar i ki­chał ogniem, ale na­wet wtedy nie spa­lił ni­czego spe­cjal­nie cen­nego...

Być może po za­sta­no­wie­niu Bal­ta­zar mógłby przy­znać, że wła­ści­wie już wtedy po­wi­nien się spo­dzie­wać kło­po­tów, ale prze­cież nie był wróżką! Był sza­nu­ją­cym się be­stia­rem, ma­estrem naj­lep­szego cyrku na Ru­bie­żach i ni­gdy nie miał pro­ro­czych snów!

Zresztą, czy gdyby wy­śnił to, co miało się wy­da­rzyć, uwie­rzyłby choć jed­nej wi­zji? Pew­nie nie. Po­my­ślałby, że może nie na­le­żało jeść cia­sta przed snem, bo spa­nie z peł­nym brzusz­kiem ścią­gało na głowę dzi­waczne ob­razy.

Jed­nego był pe­wien - co­kol­wiek miało się wy­da­rzyć, Fra­nio i Finka nie po­no­sili za to żad­nej winy i nie było w tych dzie­cia­kach ani jed­nej pe­cho­wej ko­steczki!

Finka nie miała nic prze­ciwko po­dró­żo­wa­niu. Uwiel­biała dziad­ko­wego kam­pera, który był jak wy­godne miesz­kanko na kół­kach. Od­kryła jed­nak, że miesz­kanka na kół­kach spraw­dzają się dużo le­piej na rów­nej dro­dze, nie zaś na ulicy, która wy­gląda, jakby była zro­biona z sera, a nocą do­brało się do niej stado my­szy gi­gan­tów. Ki­wało. Bu­jało. Pod­ska­ki­wało. Ko­ły­sało się i po­trzą­sało pa­sa­że­rami jak ka­mycz­kami w ma­ra­ka­sach.

To miało dla Finki kon­kretne kon­se­kwen­cje. Po pierw­sze - ist­niało cał­kiem spore ry­zyko, że całe to po­trzą­sa­nie wy­trzą­śnie z niej płatki, które zja­dła na śnia­da­nie kilka go­dzin temu. Po dru­gie - na­wet gor­sze - nie mo­gła czy­tać! Pró­bo­wała! Uło­żyła się wy­god­nie na dol­nej pry­czy pię­tro­wego łóżka, za­pa­liła swoją spe­cjalną lampkę do czy­ta­nia, owi­nęła się ko­cy­kiem, nie z po­wodu zimna, ale by przy­jem­nie zwięk­szyć po­ziom kom­fortu, i za­brała się do lek­tury. A była to lek­tura wcią­ga­jąca! Lek­sy­kon stwo­rzeń i kre­atur ma­gicz­nych Ka­ro­liny Fer­ramo stał się ulu­bioną książką Finki, gdy od­kryła, że ist­nieje ma­gia, a z nią całe mnó­stwo istot. Nie­które znała z ba­śni czy le­gend, a te­raz prze­ko­ny­wała się, że ist­nieją na­prawdę. Inne były cał­ko­witą no­wo­ścią. Finka czy­tała Lek­sy­kon w każ­dej wol­nej chwili. Lu­biła być przy­go­to­wana i lu­biła wie­dzieć. Chciała też wie­dzieć wię­cej o swo­jej ma­gii - a była ogni­stą be­stiarką - więc oczy­wi­ście zwra­cała szcze­gól­nie wiele uwagi na wszyst­kie stwo­rze­nia po­wią­zane z ży­wio­łem ognia. Do­tarła wła­śnie do roz­działu o dżi­nach i in­nych ogni­stych by­tach de­mo­nicz­nych, ale ni­jak nie mo­gła sku­pić wzroku na li­nij­kach tek­stu. Przez to po­trzą­sa­nie! Ła­pała ją cho­roba lo­ko­mo­cyjna, z za­wro­tami głowy i nie­spo­koj­nym brzusz­kiem, więc sfru­stro­wana odło­żyła książkę pod po­duszkę i sap­nęła gło­śno.

Finka szczy­ciła się tym, że ni­gdy się nie nu­dzi. Nie miała ta­kiego zwy­czaju. Za­wsze po­tra­fiła zna­leźć so­bie roz­rywki i za­ję­cie. Ale za­mknię­cie w ki­wa­ją­cej się puszce na kół­kach tro­chę za­czy­nało ją nu­żyć. Fran­kowi to nie prze­szka­dzało. Spał na gór­nej pry­czy, mam­ro­cząc co ja­kiś czas coś pod no­sem czy ma­cha­jąc to ręką, to stopą, jakby się od cze­goś opę­dzał.

Finka wy­grze­bała się spod ko­cyka i wstała z łóżka. Spać nie za­mie­rzała. Naj­chęt­niej po­ba­wi­łaby się ze Sznu­rówką, ale od­kąd smo­czyca cał­kiem wy­zdro­wiała i mi­nął jej upo­rczywy ka­tar z ogni­stymi kich­nię­ciami, nie miała już ochoty spę­dzać w kam­pe­rze ca­łego dnia. Wo­lała la­tać. I Finka na­wet nie mo­gła mieć jej tego za złe. Po pro­stu troszkę tę­sk­niła za po­ga­du­chami, a na­wet za cia­snotą, którą od­czu­wała, kiedy cał­kiem spory smok wci­skał się na jej pry­czę, bo po­trze­bo­wał przy­tu­la­sków i po­cie­chy w cho­ro­bie. Od kilku dni Sznu­rówka, gdyby mo­gła, w ogóle by nie lą­do­wała. "Roz­pro­sto­wy­wała skrzy­dełka", szy­bo­wała, wzbi­jała się naj­wy­żej, jak mo­gła, albo prze­la­ty­wała nad ta­bo­rem cyr­ko­wym z wy­so­kim pi­skiem ra­do­ści.

Przy­trzy­mu­jąc się szafki i sto­lika, Finka prze­szła na przód kam­pera. Wsu­nęła się za za­słonkę, do ka­biny kie­rowcy, gdzie urzę­do­wał dzia­dek - Bal­ta­zar Bą­czek. W swoim fio­le­to­wym sur­du­cie i z cy­lin­drem na­sa­dzo­nym krzywo na czu­bek głowy, mam­ro­tał coś gniew­nie pod no­sem i skrę­cał ko­łem kie­row­nicy to w prawo, to w lewo, pró­bu­jąc omi­nąć dziury. Próżny trud - omi­ja­nie dziur jest moż­liwe tylko wtedy, gdy jest coś jesz­cze poza nimi, tym­cza­sem ta le­śna droga nie sły­szała o utwar­dza­niu, as­fal­cie czy ja­kim­kol­wiek tłucz­niu. Była piasz­czy­sta, kręta i skła­dała się z pod­my­tych desz­czem doł­ków i ka­mie­ni­stych gó­rek, wy­żło­bio­nych głę­boko ko­lein i ka­łuż.

- Długo jesz­cze, dziadku? - za­py­tała Finka, opa­da­jąc na fo­tel pa­sa­żera.

Kam­per pod­sko­czył tak mocno, że cy­lin­der wy­rżnął w pod­su­fitkę i zje­chał wła­ści­cie­lowi na czu­bek nosa. Bal­ta­zar Bą­czek ścią­gnął go z głowy i rzu­cił na półkę przed szybą. Kilka se­kund póź­niej, przy ko­lej­nym wer­te­pie, cy­lin­der spadł Fince na ko­lana, a dzia­dek sap­nął.

- Jesz­cze ka­wa­łek, nim do­je­dziemy do Bia­łych Wód, ale wer­tepy skoń­czą się szyb­ciej. Za mo­stem po­winna nas już wi­tać cał­kiem cy­wi­li­zo­wana i utwar­dzona droga. I mam na­dzieję, że nikt do tego czasu nie zgubi za­wie­sze­nia czy zę­bów - do­dał tro­chę ci­szej, jakby do sie­bie, nie do wnuczki. A po­tem uśmiech­nął się do niej pro­mien­nie. - Spodoba się wam w Bia­łych Wo­dach! To piękne mia­sto, i to ta­kie z praw­dzi­wego zda­rze­nia! Jedno z więk­szych po tej stro­nie Bramy. Gdyby nie ta cała awan­tura z Czer­woną Wieżą i Sank­tu­arium, opóź­nie­niami wzglę­dem planu, a po­tem kil­koma od­wo­ła­nymi za­pro­sze­niami, gdy ro­ze­szło się, że cyrk obec­nie funk­cjo­nuje w nieco okro­jo­nym skła­dzie, i ko­niecz­no­ścią zmiany trasy, je­cha­li­by­śmy tam z cał­kiem in­nej strony i w ogóle ­by­śmy nie mu­sieli za­ha­czać o Dziwny Las.

- Czemu tak się na­zywa? - za­py­tała dziew­czynka, z cie­ka­wo­ścią wy­glą­da­jąc przez okno. Te­raz, kiedy wi­działa drogę i dołki przed nimi, jej mózg tro­chę le­piej zno­sił to ko­ły­sa­nie i cho­roba lo­ko­mo­cyjna pra­wie cał­kiem jej mi­nęła.

Bal­ta­zar Bą­czek skub­nął brodę, zwle­ka­jąc z od­po­wie­dzią. Ale je­śli cze­goś się na­uczył o swo­jej wnuczce, to tego, że je­śli miała py­ta­nie, do­sta­nie od­po­wiedź i nie za­waha się cze­kać, na­wet bar­dzo długo. I po­wtó­rzy je kilka razy, na wy­pa­dek gdyby miało mu umknąć.

- Bo na­prawdę taki jest. Sporo dzi­wów tu mieszka. I do­brze, że nie mu­simy tędy je­chać po zmroku. Cza­sem naj­gor­sze, co się tu spo­tka w nocy, to błędne ogniki, które spro­wa­dzają po­dróż­nych na ba­gni­ska i ugory. In­nym ra­zem można tu wpaść na coś dużo gor­szego. Na sporo ta­kich stwo­rzeń, któ­rych na­wet w twoim lek­sy­ko­nie nie znaj­dziesz, bo Dziwny Las sam je so­bie wy­my­ślił i uwie­rzył w nie do­sta­tecz­nie mocno, by za­ist­niały...

- A lu­dzie? Miesz­kają w Dziw­nym Le­sie? - do­py­ty­wała za­in­te­re­so­wana.

- Nie, je­śli mają wy­bór. Nor­mal­nie wolę się tu nie za­pusz­czać, ale to naj­bliż­szy most w oko­licy, a mu­simy prze­je­chać nad rzeką. Ko­lejny jest dwa dni drogi da­lej, a to już za długa prze­jażdżka na na­szych za­pa­sach pa­liwa.

Nie po­wie­dział Fince o tym, że mieli go pra­wie na styk i w Bia­łych Wo­dach będą tan­ko­wać jak bar­dzo spra­gnione wiel­błądy. Tak to jest, jak trzeba zmie­nić trasę. I tak to jest, gdy sklep z za­opa­trze­niem i sta­cja ben­zy­nowa, które jak byk wciąż były na ma­pie, w rze­czy­wi­sto­ści po­kryły się już dawno pa­ję­czy­nami i wy­pa­dły z in­te­resu pew­nie kilka lat temu.

Drzewa cia­sno ota­cza­jące drogę wy­cią­gały w ich stronę ga­łę­zie, które na tle za­chmu­rzo­nego nieba wy­glą­dały jak roz­ca­pie­rzone palce - nieco zło­wrogo. Bą­czek nie da­wał się po­nieść wy­obraźni, ale coś w tym le­sie czo­chrało go pod włos bar­dziej, niż kiedy był tu ostat­nio, ja­kieś dzie­sięć lat temu. Miał wra­że­nie, że coś stale zerka na nich z za­ro­śli, a przez mo­no­tonny szum sil­nika kam­pera i aut ja­dą­cych za nimi w ka­wal­ka­dzie prze­bi­jał się nieco nie­po­ko­jący dźwięk, który jako żywo przy­po­mi­nał ry­cze­nie czy wy­cie. Ma­gia Bal­ta­zara Bączka zwią­zana była ze zwie­rzę­tami. Jako be­stiar po­tra­fił się ko­mu­ni­ko­wać z więk­szo­ścią ssa­ków. Ale to, co krą­żyło nie­opo­dal drogi, nie na­le­żało do gro­mady ssa­ków. Bal­ta­zar nie miał pew­no­ści, czym do­kład­nie było, ale wy­czu­wał jego obec­ność i za­cie­ka­wie­nie. Nie prze­pa­dał za za­cie­ka­wie­niem nie­zna­nych mu be­stii, zwłasz­cza kiedy miał przy so­bie wnuki. Przy­spie­szył więc tro­chę, by jesz­cze szyb­ciej do­je­chać do mo­stu. Po dru­giej stro­nie rzeki las tra­cił swoją dziw­ność i kre­atyw­ność w kwe­stii po­two­rów, co spra­wiało, że Bal­ta­zar tamtą po­łowę lu­bił dużo bar­dziej.

Za­ro­śla się prze­rze­dzały, drzewa za to wy­da­wały się co­raz wyż­sze - znak nie­chybny, że zbli­żali się do kra­wę­dzi. Już pra­wie wi­dział żółty pia­sek brze­gów rzeki i drew­niany most spi­na­jący czę­ści lasu es­te­tycz­nym łu­kiem.

Na­gły wrzask zmro­ził mu krew w ży­łach, a kiedy tuż przed szybą za­ło­po­tały gło­śno bło­nia­ste skrzy­dła, od­ru­chowo wdep­nął ha­mu­lec, za­nim zde­rzył się ze smo­kiem.

Finka ze­rwała się z fo­tela i przy­ci­snęła twarz do szyby.

- Sznu­ró­weczko, co się dzieje? - za­wo­łała.

A smok pi­snął, za­ćwier­kał coś gwał­tow­nie, po czym opadł na ma­skę kam­pera (a był już roz­mia­rów spo­rego cie­lę­cia) i ude­rzał skrzy­dłami o boki auta.

- Nie mo­żemy je­chać da­lej - oświad­czyła Finka, bez pro­blemu ro­zu­mie­jąc smo­cze ćwier­ka­nie.

- A to czemu? - za­py­tał za­sko­czony Bą­czek.

- Sznu­rówka mówi, że tam jest prze­paść - wy­ja­śniła.

- No jest, wą­wóz, cał­kiem głę­boki, a nim pły­nie żwawa rzeczka. Ale my prze­je­dziemy nad nią mo­stem - tłu­ma­czył Bą­czek, ocze­ku­jąc, że wnuczka wy­per­swa­duje smo­kowi opór.

- No wła­śnie, je­śli cho­dzi o ten most... - po­wie­działa dziew­czynka po wy­słu­cha­niu ko­lej­nej por­cji ćwier­ka­nia.

- Co z mo­stem? - za­py­tał za­nie­po­ko­jony nie na żarty Bal­ta­zar.

- Znik­nął. Nie cały, ale spory ka­wa­łek. Sznu­rówka jest pewna, że nie prze­je­dziemy.

Bą­czek przy­mknął oczy. Czuł, jak mu drga ner­wowo żyłka na po­wiece. Ryt­micz­nie za­ci­skał palce na kie­row­nicy i mam­ro­tał coś pod no­sem. Dziew­czynka przy­su­nęła się bli­żej, by usły­szeć słowa.

- Czemu nie mo­żemy do­je­chać bez przy­gód? - szep­tał dzia­dek. - Co jest złego w odro­bi­nie nudy? - py­tał re­to­rycz­nie, ale Finka od­po­wie­działa:

- Pew­nie nic, dziadku, ale coś mi się wy­daje, że wcale nie jest nam pi­sana.

Bal­ta­zar z re­zy­gna­cją po­krę­cił głową i się­gnął po wal­kie-tal­kie. Mu­siał po­wia­do­mić ka­wal­kadę, by pozo­stali wie­dzieli, czemu się za­trzy­mał. A po­tem... cóż, cze­kała ich roz­mowa. Na samą myśl o tym, jak mo­gła prze­bie­gać, Bal­ta­za­rowi Bącz­kowi po­wieka drgała jesz­cze in­ten­syw­niej, a głowa za­czy­nała pul­so­wać.

- No pięk­nie! Co jesz­cze? Deszcz me­te­ory­tów? Trzę­sie­nie ziemi? Jak wiel­kiego pe­cha można mieć? - bur­czał Syl­we­ster Żu­czek, wpa­tru­jąc się w prze­paść, do nie­dawna spiętą zgrab­nym łu­kiem drew­nia­nego mo­stu.

Dziś z mo­stu zo­stały dwa ki­kuty z zie­jącą mię­dzy nimi dziurą. W dole hu­czała wartka i spię­trzona na ka­mie­ni­stym pod­łożu rzeka. Na­wet gdyby ja­kimś cu­dem zje­chali stro­mym zbo­czem na samo dno wą­wozu, nie było naj­mniej­szej szansy, by prze­pra­wili się przez wodę bez mo­stu.

- Syl­we­strze, ja cię ostrze­gam - burk­nął Bal­ta­zar Bą­czek.

- I co mi zro­bisz? Hę? Mó­wię, co wi­dzę! A wi­dzę pe­cha! Ja­kiego w ży­ciu nie mia­łem! A te­raz mam! I tylko jedno się zmie­niło. Wła­ści­wie dwie rze­czy. Trzy, jak li­czyć po­łą­cze­nie mo­jego sza­no­wa­nego i od­no­szą­cego suk­cesy cyrku z twoim wielce pe­cho­wym przed­się­bior­stwem!

- Suk­cesy?! Gdyby nie po­łą­cze­nie cyrku, Nero Mor­tus sko­pałby ci ty­łek! A gdyby go nie było, sam bym to zro­bił w kon­kur­sie Let­niego Dworu! - pie­klił się Bal­ta­zar, a jego twarz zro­biła się rów­nie czer­wona jak mu­cha, którą tego dnia miał uwią­zaną pod bujną brodą.

- Pa­no­wie, czy to nam w czym­kol­wiek po­maga? - za­py­tała przy­tom­nie Bran­wen.

Z ra­mio­nami za­ło­żo­nymi na piersi, z czar­nymi war­ko­czami spły­wa­ją­cymi do ko­lan i w krwi­ście czer­wo­nym ki­mo­nie wy­glą­dała bar­dziej na zmar­twioną niż złą.

Po­dob­nie Jew­gie­nij, który usiadł na mo­ście i pa­trzył w zie­jącą przed nim dziurę, jakby się za­sta­na­wiał, czy da radę prze­rzu­cić każdy po­jazd na drugą stronę. Był trol­lem spod mo­stu i praw­dzi­wym si­ła­czem, ale mu­siał przy­znać, że jego krzepa ma swoje ogra­ni­cze­nia i rzu­ca­nie kam­pe­rami i au­to­bu­sami było sta­now­czo poza jego za­się­giem. Może gdyby udało mu się zdo­być kilka wiel­kich kłód drewna, dałby radę ja­koś na­pra­wić most, ale to za­ję­łoby mnó­stwo czasu. Dużo wię­cej, niż go mieli. Gdy ma­estro­wie się wy­kłó­cali (co ro­bili nie­mal bez prze­rwy), za­równo on, jak i Bran­wen do­strze­gli re­alne za­gro­że­nie.

Nie­wiele już bra­ko­wało do zmierz­chu, a Jew­gie­nij wiele by dał, by nie spraw­dzać, jak bar­dzo nie­bez­pieczny sta­wał się Dziwny Las wraz z za­pad­nię­ciem zmroku.

Max i Si­mona krą­żyli wo­kół za­par­ko­wa­nych tuż przy urwi­sku po­jaz­dów i rzu­cali nie­ufne spoj­rze­nia w stronę lasu, który wy­ra­stał za ich ple­cami. Co­kol­wiek tam było, wy­czu­wali tego głód i cie­ka­wość. Po­kusa, by zrzu­cić ludzką skórę i prze­mie­nić się w rudo-pa­sia­ste be­stie z zę­bami i pa­zu­rami, była spora i walka z nią kosz­to­wała ich resztę cier­pli­wo­ści. A ni­gdy nie mieli jej zbyt wiele.

- Pa­no­wie, ba­sta! - ryk­nął w końcu Max. - De­cy­du­jemy, co ro­bimy, i spa­damy stąd w pod­sko­kach, zro­zu­miano? Za­nim to, co tam czeka i po­mru­kuje z głodu, przyj­dzie i za­prosi nas na ko­la­cję, co wy na to?

Kłót­nia na chwilę za­marła i na­gle cała trupa od­wró­ciła się w stronę lasu, który był dużo więk­szym za­gro­że­niem niż urwi­sko, za­wa­lony most czy rwąca rzeka.

- A ja­kie mamy opcje, tak w ogóle? Zo­staje nam Dą­brówka - od­parł Syl­we­ster Żu­czek, splu­wa­jąc przy tym na kępkę traw pod no­gami.

- Mo­żemy za­wró­cić i spró­bo­wać do­je­chać do Za­rze­cza - za­pro­po­no­wał Bal­ta­zar.

- Nie star­czy nam pa­liwa - za­opo­no­wał Jew­gie­nij.

- Mo­żemy wy­je­chać z Dziw­nego Lasu, a po­tem za­pas pa­liwa wlać w je­den bak. Po­sła­niec do­je­dzie do Za­rze­cza i tam na­pełni wszyst­kie ka­ni­stry - za­pro­po­no­wała Pta­szarka Sa­rai, owi­ja­jąc się szczel­nie pe­le­ryną, która wy­glą­dała jak pta­sie skrzy­dła.

Co­kol­wiek zer­kało na nich z Dziw­nego Lasu, spra­wiało, że czuła się nie­swojo. Jakby była prze­ką­ską. Ona i jej ptaki.

- Taaa, świetny po­mysł! - burk­nął Syl­we­ster. - Ko­lejny ty­dzień wy­pad­nie nam z ter­mi­na­rzy! Ty­dzień bez wy­stę­pów, bez za­rob­ków, bez kupna za­pa­sów! Nie wszy­scy tak ko­chają owsiankę, jak ty, Sa­rai! Mu­simy wy­stę­po­wać! Mu­simy za­ra­biać! Mu­simy jeść! - Wy­ma­chi­wał rę­kami nad głową.

Finka po­wio­dła spoj­rze­niem po po­zo­sta­łych człon­kach trupy. Bran­wen za­ci­skała usta w wą­ską li­nię, wy­raź­nie zmar­twiona. Ważka prze­stę­po­wała nie­cier­pli­wie z nogi na nogę i zer­kała cią­gle w stronę lasu. Pa­ję­czycy było wszystko jedno. Sie­działa na ma­sce swo­jej przy­czepy i wy­ja­dała z to­rebki coś, co wy­glą­dało jak bar­dzo duże ro­dzynki, choć dziew­czynka była wła­ści­wie pewna, że nimi nie były. Ula i dzia­duszka nie za­brali głosu ani razu, ale oboje stali bli­żej Bal­ta­zara Bączka niż Syl­we­stra Żuczka i ta de­kla­ra­cja lo­jal­no­ści była dla wszyst­kich czy­telna.

Za to mu­rem za Syl­we­strem stali człon­ko­wie daw­nego cyrku So­la­ris - Ma­rietta była jego córką, a na­sto­letni Cy­ryl bra­tan­kiem. Olga i Ka­te­rina Ka­me­now, jako tre­serki koni i dzi­kich ko­tów, nie prze­pa­dały za Bal­ta­za­rem i jego upo­rem w kwe­stii za­kazu udziału tre­so­wa­nych zwie­rząt w przed­sta­wie­niach cyr­ko­wych. Po tym, jak mu­siały od­dać zwie­rzęta do Sank­tu­arium, były sfru­stro­wane i czuły, że za­bra­kło dla nich miej­sca w no­wym pro­gra­mie cyr­ko­wym. Wi­niły o to Bączka.

Klaun Ka­rol i jego oswo­jony Pro­sia­czek sta­rali się być neu­tralni jak Szwaj­ca­ria, bo choć Syl­we­stra znali o wiele dłu­żej, ostat­nie wy­padki zwią­zały ich z Bal­ta­za­rem w spo­sób trudny do wy­ja­śnie­nia, ale też trudny do za­po­mnie­nia. Tyle że nie dało się ukryć, że ich za­pasy ja­błu­szek dawno się wy­czer­pały i mała wiet­nam­ska świnka wi­dy­wała je, czer­wone, sło­dziut­kie i pach­nące, tylko w snach, z któ­rych bu­dziła się z bur­czą­cym brzusz­kiem i smutno zwi­sa­ją­cym ogon­kiem.

Finka umiała li­czyć. Gdyby cho­dziło tylko o liczbę lu­dzi, cyrk Bal­ta­zara przo­do­wał. Ale nie była pewna, czy je­śli doj­dzie do gło­so­wa­nia, taka prze­waga wy­star­czy. Bo Syl­we­ster miał ra­cję w jed­nym. Mu­sieli jeść. Mu­sieli za­ra­biać. A w tym celu mu­sieli wy­stę­po­wać. Sły­szała wy­star­cza­jąco dużo roz­mów, czę­sto szep­ta­nych i ukrad­ko­wych, by wie­dzieć, że brak wy­stę­pów i do­cho­dów wszyst­kim bar­dzo do­skwie­rał.

Zwy­kle w lipcu mieli ka­len­darz wy­peł­niony po brzegi! Wy­stę­po­wali w każdy week­end, a czę­sto też w dwa, trzy na­wet dni w ty­go­dniu. Mieli do­sko­nale roz­pla­no­waną trasę i prze­jazdy z mia­steczka do mia­steczka zaj­mo­wały góra kilka go­dzin.

W tym roku też tak miało być. Zwłasz­cza że po wy­gra­nej w kon­kur­sie cyr­ko­wym otrzy­mali mnó­stwo za­pro­szeń od miast i mia­ste­czek, które chciały ich go­ścić. I opra­co­wali do­sko­nałą trasę. Tyle że wszystko się po­kom­pli­ko­wało i mocno zbo­czyli z drogi. Na­gle zna­leźli się na ta­kim ka­wałku mapy, gdzie od­le­gło­ści mię­dzy mia­stecz­kami oka­zy­wały się znacz­nie więk­sze, a sta­ran­nie omi­jane zwy­kle atrak­cje, ta­kie jak Dziwny Las, były bar­dziej po dro­dze, niżby chcieli.

Sporo czasu i wy­stę­pów stra­cili przez Gaję i jej klą­twę. Jazda do Sank­tu­arium i Czer­wo­nej Wieży oka­zała się cza­so­chłonna i prze­pa­dło im kilka umó­wio­nych za­wczasu wy­stę­pów. Trupa cyr­kowa za­ra­biała tylko wtedy, kiedy da­wała przed­sta­wie­nia, a o to było ostat­nio trud­niej niż o przy­gody, które z mi­sją cyrku nie­przy­jem­nie ko­li­do­wały.

Sa­kiewki więk­szo­ści człon­ków trupy były pu­ste. A trudno o mo­rale, gdy je się w kółko owsiankę. Trudno też za­tan­ko­wać baki po­jaz­dów do pełna, gdy w szka­tule pustki. Pa­liwo nie było ta­nie po żad­nej stro­nie Bramy. Może wszy­scy by­liby nieco mniej zde­spe­ro­wani, gdyby ostat­nia sta­cja ben­zy­nowa nie wy­pa­dła z in­te­resu wiele lat temu. A naj­gor­sze, że zro­bili nie­małe kó­łeczko, by do niej do­je­chać, bo bali się, że nie wy­star­czy im pa­liwa do Bia­łych Wód. Te­raz nie wy­star­czy go z pew­no­ścią. Nie wy­star­czy­łoby też na po­wrót do ostat­niego mi­ja­nego mia­steczka, bo to pra­wie dwa dni jazdy.

Finka mu­siała przy­znać, że po­mysł Syl­we­stra nie był tak zły, jak więk­szość jego po­my­słów. Lo­jal­ność ro­dzinna ka­zała jej zwy­kle sta­wać po stro­nie dziadka, ale to nie zna­czyło, że miała klapki na oczach i nie po­tra­fiła ana­li­zo­wać fak­tów. Syl­we­ster się nie my­lił - w kilka go­dzin mo­gli do­je­chać do Dą­brówki. Po­dą­ża­jąc spory ka­wa­łek wzdłuż rzeki, nie mu­sieli prze­ci­nać Dziw­nego Lasu. Na miej­scu mo­gli za­kle­pać kilka przed­sta­wień, za­ro­bić tro­chę, ku­pić je­dze­nie i pa­liwo, zro­bić spore kółko, ale z dwoma mia­stecz­kami po dro­dze, by do­trzeć do dru­giego mo­stu, a po­tem już nic nie stało im na prze­szko­dzie, by wy­stę­po­wać zgod­nie z pla­nem w Bia­łych Wo­dach.

Nie ro­zu­miała, czemu dzia­dek tak krzy­wił się na samą na­zwę Dą­brówki. Czy miał zwią­zane z nią ja­kieś bar­dzo nie­przy­jemne wspo­mnie­nia? Wie­dział o czymś, czego nie wie­dzieli po­zo­stali?

- Kto z was był wcze­śniej w Dą­brówce? - za­py­tała gło­śno dziew­czynka.

Tylko Bal­ta­zar, Syl­we­ster i Pa­ję­czyca unie­śli ręce.

- Mi­nęło tro­chę czasu, ale to za­wsze było ładne mia­steczko - po­wie­dział Syl­we­ster ła­god­niej­szym to­nem, jakby miał na­dzieję, że jed­nak prze­kona Bal­ta­zara.

Pa­ję­czyca wzru­szyła każ­dym z czte­rech ra­mion.

- W po­przed­nim stu­le­ciu mieli tam na­prawdę pysz­nych ma­ło­let­nich, so­czy­stych, przy­jem­nie wy­stra­szo­nych, ła­żą­cych sa­mo­pas... Same miłe wspo­mnie­nia mam z Dą­brówki - po­wie­działa i wy­szcze­rzyła się w uśmie­chu, od­sła­nia­jąc dwa zęby ja­dowe.

Jej cał­kiem czarne oczy po­ły­ski­wały jak wę­gielki, kiedy po­pa­trzyła na Franka - ostat­nie z dzieci, które pró­bo­wała zjeść. Ni­gdy nie po­go­dziła się z za­ka­zem po­ży­wia­nia się mi­lu­siń­skimi, który na­ło­żył na nią Bal­ta­zar, ale też po­dró­żo­wa­nie z cyr­kiem wciąż miało dla niej wię­cej za­let niż wad. Je­śli jed­nak tra­fią do Dą­brówki i ja­kieś dzie­ciątko za­plą­cze się w pa­ję­czynę, czyż można wal­czyć z prze­zna­cze­niem?

Fra­nek wzdry­gnął się i przez chwilę znów było mu po­twor­nie zimno, jak wtedy, kiedy trzy­mała go owi­nię­tego pa­ję­czą ni­cią, wi­szą­cego nad zie­mią wy­soko jak bo­żo­na­ro­dze­niowa szynka. Gdyby nie Finka, skoń­czy­łoby się to nie­we­soło. Jak to jest, po­my­ślał, że ode­szła z cyrku ro­dzina akro­ba­tów (Ana­sta­zja i An­toni odłą­czyli się od cyrku po tym, jak na­stra­szył ich sa­bo­taż Nero Mor­tusa - wy­pa­dek, w któ­rym mo­gli stra­cić córkę, Ara­bellę), ale Pa­ję­czyca ani my­ślała o odej­ściu?

Finka po­de­szła bli­żej Bączka i za­py­tała ci­cho:

- Dziadku, czemu wo­lał­byś nie je­chać do Dą­brówki?

Po­krę­cił tylko głową, a po jego mi­nie wi­działa, że zro­zu­miał, co tak na­prawdę chciała mu prze­ka­zać. I przy­swoił już, że miała ra­cję - wszy­scy po­zo­stali chcieli tam je­chać. I je­śli doj­dzie do gło­so­wa­nia, prze­gra z kre­te­sem. A wtedy jego po­zy­cja jako ma­estra może so­lid­nie ucier­pieć. Więc Bal­ta­zar ski­nął wnuczce głową, a po­tem po­wie­dział gło­śno:

- Skoro wszy­scy chcą je­chać do Dą­brówki, nie ma co tego od­wle­kać. Wkrótce się ściemni.

Nie umknęło mu wes­tchnie­nie ulgi, które wy­rwało się z piersi ty­gry­sów, Bran­wen czy Jew­gie­nija. De­cy­zja za­pa­dła, nie mu­siała mu się po­do­bać, ale była bez­a­pe­la­cyj­nie po­pu­lar­niej­sza od planu Pta­szarki - a wady tego sam był w sta­nie za­uwa­żyć bez trudu.

Sęk w tym, że nie umiał na­wet do końca wy­tłu­ma­czyć, czemu Dą­brówka wy­da­wała mu się tak złym po­my­słem. Był tam raz czy dwa, ostat­nio wiele lat temu, kiedy jego córka była nie­wiele star­sza od bliź­nia­ków. Nie po­do­bało mu się coś w tym mia­steczku, coś z jego ma­gią było po­krę­cone i ze­psute.

- Dziadku? - Finka ujęła go pod ra­mię i pa­trzyła na niego wiel­kimi, wy­peł­nio­nymi tro­ską oczami.

Zmu­sił się do uśmie­chu.

- Bę­dzie do­brze, Fi­neczko, może na­wet mają tam księ­gar­nię? - rzu­cił, si­ląc się na lekki ton.

- Wy­star­czy, żeby mieli sta­cję ben­zy­nową i sklep spo­żyw­czy - burk­nął Syl­we­ster i po­ma­sze­ro­wał do swo­jego kam­pera.

Wszy­scy się ro­ze­szli do po­jaz­dów. I tylko Jew­gie­nij stał jesz­cze chwilę przy mo­ście, wpa­tru­jąc się w grube drza­zgi ster­czące w niebo. Był trol­lem spod mo­stu i znał się na mo­stach. Wszyst­kich mo­stach, nie tylko ka­mien­nych. I wie­dział coś, czego nie po­wie­dział gło­śno, a nikt inny zda­wał się tego nie za­uwa­żyć... To nie woda czy bu­rza uszko­dziła ten most, ale czło­wiek. Ktoś, kto wła­dał ma­gią albo miał ła­dunki wy­bu­chowe i przy­ło­żył się do tego, by most był nie­prze­jezdny. A to spra­wiało, że Jew­gie­nij za­czy­nał się za­sta­na­wiać - komu na tym za­le­żało? I dla­czego?

Co­py­ri­ght ? Aneta Ja­dow­ska, 2023

Co­py­ri­ght ? Wy­daw­nic­two Po­znań­skie sp. z o.o., 2023

Re­dak­torka ini­cju­jąca - Mi­lena Busz­kie­wicz

Re­dak­torka pro­wa­dząca - Ka­ro­lina Ki­sio­łek

Mar­ke­ting i pro­mo­cja - Ka­ro­lina Ki­sio­łek

Re­dak­cja - Ka­ro­lina Bo­ro­wiec-Pie­niak

Ko­rekta - Jo­anna Je­ziorna-Kra­marz, Anna No­wak

Pro­jekt ty­po­gra­ficzny wnę­trza i ła­ma­nie - Ma­te­usz Cze­kała

Pro­jekt ty­po­gra­ficzny okładki - Magda Bloch

Pro­jekt okładki i ilu­stra­cje - Mag­da­lena Ba­biń­ska

Ze­zwa­lamy na udo­stęp­nia­nie okładki książki w in­ter­ne­cie.

Tekst dzie­łowy w książce zło­żono kro­jem Al­ber­tina au­tor­stwa Chrisa Branda.

eISBN 978-83-67727-81-5

Zyg­zaki

Grupa Wy­daw­nic­twa Po­znań­skiego sp. z o.o.

ul. Fre­dry 8, 61-701 Po­znań

tel.: 61 853-99-10

re­dak­cja@zyg­zaki.pl

www.zyg­zaki.pl

Mar­cie Ki­siel, bez któ­rej wspar­cia nie od­wa­ży­ła­bym się pi­sać ksią­żek dla dzieci.

Poli, Tym­kowi i Julce, bez któ­rych nie mia­ła­bym kon­kret­nych po­wo­dów i na­ci­sków, by to ro­bić.