Francuzki dojrzewają najpiękniej. Jak wraz z wiekiem stawać się coraz piękniejszą, bardziej świadomą i szczęśliwszą? - Mylene Desclaux


Reflow text when sidebars are open.
Do widzenia, pięćdzienastolatko
Pewnego dnia w naszym świecie, który tworzy nowe klasyfikacje zależnie od tego, co komu ślina na język przyniesie, pojawił się "pięćdzienastolatek", zbitka "pięćdziesięciolatka" i "nastolatka". Termin ten, wymyślony przez socjologa Serge'a Guérina, najczęściej odnosi się do mężczyzny lub kobiety, którzy triumfalnie kroczą przez szóstą dekadę i żyją jak nastolatki.
Temat wylansował artykuł opublikowany we wrześniu 2015 roku w szwajcarskiej gazecie "Le Temps". Podjął go "Le Nouvel Observateur", potem inni. Wszyscy autorzy powoływali się na mój blog i przedstawiali mnie jako typowy przykład pięćdzienastolatki. Nagle odkryli Amerykę! Coraz więcej pięćdziesięciolatków płci obojga jest wolnych, bo po rozwodzie, bez dzieci, bo wyszły już z domu, szczupłych, bo uprawiają sporty, i dysponujących dużą ilością wolnego czasu, bo mają mniej pracy (lub nie mają jej wcale). Tak oto pięćdzienastolatki mogą zdetronizować gospodynie domowe w wieku czterdzieści plus, które dotąd stanowiły ulubioną grupę docelową mediów i innych reklamodawców, ponieważ okazało się, że konsumenci po pięćdziesiątce wydają tyle, ile w dawnym świecie trzydziestolatki.
Pamiętam, jak zaraz po rozpoczęciu tej dyskusji z przekonaniem argumentowałam, że pięćdzienastolatek jest pięćdziesięcioletnią kobietą, która kontroluje swoją wagę, chrupie pestki, łyka algi, dodaje do potraw yuzu, posypuje jedzenie nasionami chia, wykonuje gimnastykę przy drążku baletowym, pozwala sobie na wyskoki do sypialni z młodszymi mężczyznami, w co drugim wypowiedzianym przez nią zdaniu pojawia się "spoko", a na końcu "no błagam". Co nie przeszkadza jej być członkinią klubu biegowego, pić z gwinta rzemieślniczego piwa, przemieszczać się na skuterze lub rowerem, grać online, a także znać na wyrywki najnowsze seriale i nazwiska ich bohaterów. Czy zjawisko pięćdzienastolatek będzie się nasilać? Spoko!
Szybko jednak media zaczęły przedstawiać pięćdzienastolatkę jako istotę o niekontrolowanej energii, która nie chce się starzeć, odwiedza kluby, pożycza od córki dziurawe dżinsy, każe sobie zrobić tatuaż na kroczu, ma młodych kochanków, chętnie ich zmienia i ozdabia sobie pępek diamentem. Zrozumiałam wtedy, jak bardzo cała ta "szokująca" opowieść nastawiona jest na sensację. Doskonałą ilustracją byłby tutaj reportaż ukazujący pięćdziesięcioletnią blondynkę wciśniętą w za małe biodrówki, która szaleje na parkiecie z córką, po czym chciwie zanurza język gdzieś w okolicach krtani młodszego o piętnaście lat hipstera. Już słyszę, jak dziennikarka zachęca ją do lekkiego przerysowania: "Dobra, proszę trochę pokręcić pupą, filmujemy, a teraz pocałunek...".
Nie ma mowy, żebym posługiwała się określeniem "pięćdzienastolatka"! Trzeba znaleźć inny sposób na opowiadanie o kobietach pięćdziesięcioletnich i starszych, które prowadzą w pełni odpowiedzialne życie, są ciekawe świata i pozytywnie do niego nastawione, a swoją uwagę skupiają na tym, co jest dla nich dobre.
Interesujący w tym wszystkim jest nie wiek, tylko energia, którą dysponują i zamierzają zachować jak najdłużej - to właśnie jest coś nowego. Te pięćdziesiątki są otwarte na wszelkie doświadczenia, które mogą je wewnętrznie wzbogacić. Potrafią iść na koncert rapowy z dziećmi, a także do opery, uprawiać bieganie i chód sportowy, czytać "Zwierciadło" i Spinozę, mieć starszego kochanka i młodego męża. Albo na odwrót.
Możecie je nazywać, jak chcecie. Chodzi po prostu o kobiety, które są jeszcze młode, a przy okazji mają pięćdziesiąt lat.
Byle prędzej do pięćdziesiątki
W dniu moich pięćdziesiątych urodzin jestem singielką, nie pracuję, a moje dzieci wyfrunęły już z gniazda. Dwie dekady temu wydałam na świat potomka i założyłam własną firmę. Kochałam, a potem się odkochałam. Po jakimś czasie znów pokochałam, urodziłam następne dziecko i znów się odkochałam. W zakresie prokreacji poprzestałam na tym. W sprawach miłosnych nadal funkcjonowałam w rytmie planów mniej więcej pięcioletnich (dwadzieścia lat, czterech mężczyzn).
W tym momencie szukam czegoś, co wypełni drugą połowę mojego życia zawodowego... szukam, ale nie mogę znaleźć... Chciałabym również kogoś poznać... ale to też mi się nie udaje i jakby na zasadzie karmicznej odpłaty za czyny w sprawach męsko-damskich zaczynam zaliczać jedną porażkę po drugiej. Domyślam się, że tak właśnie przejawia się immanentna sprawiedliwość i słyszę już rozbawione parsknięcia tych, którym to ja dałam kosza. "Dobrze ci tak", mówi mój głos wewnętrzny.
Wszystkie trudności wydają mi się nie do pokonania: niechciana samotność, pełzające lenistwo, ciężar przeszłości, puste łóżko i wygasłe ognisko domowe, miałkość teraźniejszości, a zwłaszcza myśl, że nic, co jest związane z moją fizycznością, nie będzie już działać lepiej. Zauważyłam, że społeczeństwo w pogoni za młodością i nowościami nie zachowuje się sympatycznie wobec osób w średnim wieku. Na giełdzie pracy i miłości nie ceni się pięćdziesięcioletnich kobiet. Oczywiście zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie cię przekonywał, że "pięćdziesiątka to najpiękniejszy wiek". Gadaj zdrów. Powiedzmy, że między "lepiej już było" a "dzisiaj jest genialnie" istnieje forma prawdy, która pojawia się jako moderator.
Czy jestem jedyną osobą na świecie, która uważa, że to nie jej wiek decyduje o tym, kim jest, a jeszcze mniej rzeczownik "pięćdziesiątka"? Przypomina mi on kobiety z pokolenia mojej matki, a przecież czuję, że jestem zupełnie inna niż one. Rozglądam się wokół siebie i stwierdzam, że dzisiejsze pięćdziesięciolatki, rozdarte między chęcią wystrzelania ostatnich nabojów, zanim się przeterminują, a pragnieniem znalezienia przytulnej przystani - nie wahają się długo. Mają mnóstwo energii, która dosłownie w nich kipi, choć nierzadko cały ich dynamizm służy temu, aby ukryć lęk.
Wiem coś o tym, sama staram się zachować równowagę, chodząc po linie. Dookoła rozciąga się przepiękny krajobraz, ale pode mną mimo wszystko jest przepaść. Drążek, który trzymam w ręce, może się w każdej chwili złamać, a wtedy runę w dół. Świerszcz Hipolit, opiekun Pinokia, który siedzi mi za uchem, uspokaja mnie i szepcze, że wszystko jest w porządku, mam szczęście. I że zamiast bać się przeraźliwej pustki, powinnam raczej napawać się pięknem dzikiej przyrody.
W swoje pięćdziesiąte urodziny postanowiłam nigdy więcej nie rozmawiać o tym, ile mam lat, i to z nikim, a zwłaszcza sama z sobą. Oczywiście jedyne, co wymyśliłam, aby uszanować to postanowienie, to założyć blog o nazwie Szczęśliwa Pięćdziesiątka i powitać ten paradoks z życzliwością, rozważając zalety nowego okresu życia, który nie wiadomo dlaczego zwykło się uważać za jego połowę. Nie, pięćdziesiąt lat to ani połowa, ani też trzy czwarte życia, ani koniec, ani ostatnia część. Pięćdziesiąt lat to nieobciążona niczym świadomość, zdystansowane poczucie spełnienia, suma doświadczeń, okrągła liczba i drzwi, które otwierają się na bulwar rzeczy wciąż jeszcze niezbadanych.
Pięćdziesiątka może być straszna lub cudowna. Z pewnością jest łatwiej, jeśli się ją zaplanowało, przewidziało i przygotowało się do wejścia w ten zakręt na serpentynie życia. Dobrze jest nie wypaść z drogi, zwłaszcza jeśli omal do tego nie doszło.
Pogratulujmy sobie, że urodziłyśmy się w czasie, gdy pięćdziesiąt lat to wiek, który z roku na rok staje się coraz młodszy dzięki dobrodziejstwom zdrowej żywności, postępom w kosmetyce i jakości życia. A jeśli dodać miłość, humor, dobre dziedzictwo genetyczne i... łut szczęścia, bez trudu wyglądamy na młodsze o dziesięć lat - współczesne warunki życia są naszą wygraną w pokera.
Niemniej jednak w odniesieniu do średniej długości życia - nawet jeśli to statystyczne pojęcie stale ewoluuje in plus - po pięćdziesiątce jestem coraz mniej w połowie życia, inaczej mówiąc, dostrzegam ów bolesny fakt, że mam więcej wiosen za sobą niż przed sobą. Co prawda w pewnym stopniu kieruję się doświadczeniem, ale staram się trzymać nostalgię z dala od siebie i iść na kompromis ze wspomnieniami. Tak jak to tylko jest możliwe, wykorzeniam żal i stwierdzam, że nie tęsknię za tym, co było charakterystyczne dla mojej młodości: energią, która pozwalała bawić się do późnej nocy i czuć się świeżo nazajutrz; nieposkromionym, impulsywnym seksem; nieodpowiednimi zachowaniami mężczyzn z tamtych czasów. Teraz cieszę się z tego, co mi zostało, i zachwalam zalety dzisiejszych czasów, które proponują mi baterię wspaniałych środków wspomagających (do których nasze matki nie miały dostępu), bo dzięki nim pięćdziesiątka to nowa czterdziestka.
Świadomie ćwiczę się w rozpoznawaniu zabawnych, czułych lub przyjemnych chwil, kiedy kursor przemieszcza się pomiędzy pierwszym łykiem piwa a solą życia. Co za przyjemność skraść codzienności kilka sympatycznych anegdot - takich, których się doświadczy, o których się przeczyta lub które się wzmocni kilkoma lampkami wina - dzielić się nimi i nigdy nie mówić, że zwyczajne życie jest szare. Skupiam się na dobrych stronach dnia powszedniego, mojego miasta i ludzi, którzy mnie otaczają, dostrzegam uśmiechy innych, odwracam sytuacje, tak aby zobaczyć je w lepszym świetle i pod innym kątem. A robię to w jednym jedynym celu: aby rozkoszować się chwilą. Dzielę się radością w każdej chwili. Wszystkie te rzeczy składają się na moje poczucie spełnienia.
Zdarzają mi się też bierne, spokojne momenty. Choć do nich nie dążę i ich nie wymuszam, nareszcie jestem gotowa je przyjąć - bez podejmowania decyzji, bez emocjonowania się. Na tym niewątpliwie polega szczęście, to najprostsze: robić coś we właściwym czasie. Pięćdziesiątka może być tym cudownym momentem, który nie oszałamia ani nie poraża jak chwilowy przebłysk, ale ma miękkość aksamitu i daje jeszcze długą perspektywę przed nami. Mam teraz takie pragnienie, aby na przyspieszenie w życiu reagować przywiązywaniem trochę większej wagi do momentów, a trochę mniejszej do chwilowych przebłysków.
Piszę tę książkę, aby podzielić się obiektywnym, ale życzliwym, anegdotycznym, ale holistycznym, uszczypliwym, ale żartobliwym spojrzeniem na pięćdziesięcioletnie kobiety, na ich miotanie się, obsesje, odwagę, walkę. Powinny one obalać dekady deprecjonujących uprzedzeń i toczyć codzienny bój, aby pozostać w kursie.
Moje słowa kieruję do wszystkich pań, które dostają zawrotu głowy, gdy tylko spojrzą wstecz na nagromadzone lata. Bo kiedy już oswoimy się z pewnością skończoności, wykorzenimy kompleks swojego roku urodzenia, przebolejemy odciski czasu występujące na szyi i nad kolanami, kiedy już wreszcie uwolnimy się od spojrzeń innych na naszej powłoce cielesnej, wtedy będziemy nareszcie mogły odetchnąć i iść dalej w spokoju oraz w zgodzie z sobą.
A jeśli po drodze zapragniemy się zatrzymać, poprzestawiać meble, włączyć dźwięk na cały regulator i zatańczyć na stole, to kto może nam tego zabronić?