ROZDZIAŁ PIERWSZY
Nazywam się Antoni Dębski, ale wszyscy mówią na mnie Anto. Wy też tak możecie, chociaż niekoniecznie. Chyba już lepsze jest moje pełne imię, Antoni, ale jakbyście chcieli Anto, to niech wam będzie. Ostatecznie może być Ant. Nie wiem, skąd się wzięło owo ni to przezwisko, ni to zdrobnienie, ale od kiedy sięgam pamięcią, tak na mnie wołali. W przedszkolu, w szkole, na podwórku, na studiach. Nawet w domu, kiedy miałem zaledwie kilka lat, a mam ich już trzydzieści siedem. Takie imię nie bardzo pasuje do małego chłopca, lepsze byłoby już jakieś pieszczotliwe zdrobnienie, ale to w stu procentach świadczy o charakterach członków mojej rodziny, jednak o tym później. Jako malec nie miałem wpływu na to, jak mnie nazywają, a później po prostu się do tego przyzwyczaiłem. Ten Anto to już chyba ze mną zostanie do końca, ale w gruncie rzeczy nie mam nic przeciwko niemu, lepszy Anto niż na przykład Anti czy Tonuś.
Jestem stolarzem. To znaczy z wykształcenia jestem informatykiem, skończyłem studia na Wydziale Automatyki, Elektroniki i Informatyki Politechniki Śląskiej na kierunku inżynierii oprogramowania, przepracowałem w tym zawodzie kilka ładnych lat - i w firmie informatycznej, i jako wolny strzelec - ale szczerze mówiąc, znudziła mnie taka robota. Nic tylko siedzenie za biurkiem ze wzrokiem wbitym w rozświetlony ekran. Po kilku godzinach takiej pracy miałem dosłownie gwiazdy przed oczami. A stolarkę od zawsze lubiłem. Już jako nastolatek naprawiałem w domu wszystkie sprzęty, odnawiałem meble, wręcz uwielbiałem renowację starych gratów, którym dawałem nowe życie.
Jak to się stało, że o sto osiemdziesiąt stopni zmieniłem swoje życie?
Otóż pewnego wieczoru, kiedy później niż zwykle wracałem z roboty do mojej niewielkiej wynajmowanej kawalerki mieszczącej się w jednej z bardziej zaniedbanych dzielnic Katowic, nagle zaczęło lać jak z cebra. Był wczesny październik i chociaż na dworze nie czuło się jeszcze tego przenikliwego zimna, wieczory zdecydowanie były już chłodne, no i deszcz zacinał niemiłosiernie, a ja oczywiście nie miałem ze sobą parasola. W ogóle takowego nie posiadałem. Wydawało mi się, że to jakieś takie niemęskie. Nie żebym dążył w życiu do bycia stuprocentowym macho, ale parasol kojarzył mi się zawsze z taką delikatną istotą, co to trzeba ją chronić przed wszystkim, co złe, oczywiście także przed deszczem. Mnie dotychczas wystarczał zwyczajny kaptur od bluzy, a i on nie zawsze był mi potrzebny. Tego wieczora jednak dość cienka bluza, którą rano w pośpiechu na siebie wciągnąłem, przed chłodem i owym deszczem nie tak do końca mnie chroniła. Do tego byłem wyczerpany, przed oczami nadal miałem powidoki w postaci latających znaczków, wykresów, tabelek. I na dodatek autobus uciekł mi sprzed nosa, a samochodu jeszcze wówczas nie posiadałem. Nie miałem takiej potrzeby, a było to przed niespełna trzema laty. Stanąłem na pustej, zalanej deszczem ulicy otoczony przez wymagające pilnego remontu familoki. Dla niezorientowanych nadmienię, że familoki to stare, postawione przed dziesiątkami lat wielorodzinne budynki zazwyczaj z czerwonej cegły, często nieposiadające podstawowych wygód, a przeznaczone onegdaj dla rodzin, czyli familii robotników, głównie górników czy hutników. I wtedy pomyślałem sobie, że dość mam takiego życia. Nie mogłem jednak tak od razu go zmienić, nie mogłem z dnia na dzień rzucić tej roboty. Potrzebowałem mieć jakiś plan B, bo musiałem przecież z czegoś żyć. Sam byłem na świecie, nie mogłem liczyć na niczyje wsparcie. No, tak do końca to sam nie byłem. Miałem dwóch starszych braci mieszkających w Niemczech, ale od lat się nie widzieliśmy. Cóż, widocznie żaden z nas tego nie potrzebował, jednak rozmawialiśmy przez telefon co kilka tygodni, najwyżej miesięcy, i wszystko o sobie wiedzieliśmy, ale jakoś do odwiedzin żaden z nas się nie kwapił. Oni mieli swoje życie, ja swoje i tak już to było. Jednak ta nasza rozłąka nie zmieniała faktu, że Józek i Ignac byli dla mnie najbliższymi na świecie osobami, chociaż żyli tak daleko ode mnie. Wiedziałem doskonale, że gdybym ich potrzebował, gdyby coś się ze mną działo niedobrego, zawsze mogę na nich liczyć. Tak jak w dzieciństwie.
No i chyba miałem gdzieś matkę, ale czy nadal żyła? Opuściła nas z dnia na dzień, kiedy miałem dziewięć lat, i słuch po niej zaginął. Jaka była przyczyna tego jej desperackiego kroku, nie wiem do dzisiaj. Bracia nigdy nie chcieli ze mną na ten temat rozmawiać. Może czegoś się domyślali, może nie. Wprawdzie ojciec podobno wiedział, gdzie matula jest i co się z nią dzieje, ale nigdy nie puścił w tej kwestii pary z gęby mimo naszych wielokrotnych zapytań. W końcu stanowczo zakazał nam jakichkolwiek rozmów o rodzicielce. A ja przez pierwszy rok nie mogłem bez niej żyć. Płakałem po nocach, śniły mi się koszmary, stale w snach widziałem jej plecy, kiedy mnie opuszczała. I wołałem za nią: "Mamo, mamo, nie zostawiaj mnie, ja cię tak kocham, mamo...". Ale ona nigdy nie wróciła.
Przestałem się uczyć, ze szkoły przynosiłem same najgorsze stopnie, w końcu zupełnie przestałem do niej chodzić. Nie mogłem jeść, nie mogłem spać, nie chciałem żyć. I nie wiem, co by się ze mną stało, gdyby nie mój najstarszy brat, Józek. Też był wtedy dzieckiem, miał dopiero dwanaście lat, kiedy od nas odeszła, a musiał stać się dla mnie i matką, i ojcem, i starszym bratem. Ignacym także się musiał zajmować, bo ojciec, wiadomo... I tak powoli odzyskiwałem chęć do życia, z dnia na dzień dochodziłem do siebie i zapominałem o krzywdzie, którą wyrządziła mi mama swoim odejściem. Tak skutecznie to robiłem, że wymazałem ją sobie z pamięci. Teraz już nawet nie pamiętałem jej zbyt dobrze, przez te wszystkie lata obraz mamy całkowicie się zamazał, tym bardziej że staruszek zniszczył wszystkie jej zdjęcia, skutecznie zatarł po niej wszelkie ślady.
A co do ojca, to też był z niego nie lada gagatek. Górnik, którego największą życiową pasją było pijaństwo. Po pracy wychylał kilka mocnych piw i zawsze mnie dziwiło, jak udawało mu się następnego ranka wstać do roboty. Natomiast w weekendy zazwyczaj był pijany w sztok. W soboty zaczynał od rana, a w niedziele koło południa, kiedy wychodził z kościoła. Na mszę, o dziwo, zawsze szedł trzeźwy, w garniturze i białej koszuli pod krawatem, wypucowany na glanc. Widocznie jedynie przed tym najwyższym czuł jeszcze respekt. Jednak kiedy dopiero po nocy kolejnego dnia wracał do domu, wyglądał niczym wyjęty z rynsztoka. Rozchełstana marynarka, poplamiona, czasami nawet podarta koszula, jeśli akurat wdał się ze swoimi kamratami od kieliszka w jakąś bójkę - to wszystko sprawiało, że wstydziliśmy się z braćmi za niego. Nieraz mu się zdarzyło wrócić w jednym bucie, bo drugi zgubił gdzieś po drodze w swej pijackiej nieświadomości. Jednak jak sięgam pamięcią, to kiedy jeszcze mieszkała z nami mama, nie był taki.
Wychowywali mnie bracia, a właściwie to wychowywałem się sam. Oni jedynie dbali o to, żeby w domu było coś do jedzenia. Raz po raz wymuszali na ojcu, żeby sypnął groszem, a jak twierdził, że nie ma, to zwyczajnie wyjmowali mu z kieszeni, bo zazwyczaj jednak coś tam chował. Jako górnik zarabiał nieźle, mógłby razem z nami żyć w całkiem przyzwoitych warunkach, ale z powodu jego nałogu wegetowaliśmy w niewielkim mieszkanku w jednym z obskurnych familoków w podłej dzielnicy i chodziliśmy w ciuchach kupowanych w sklepach ze starzyzną. Jak się można domyślić, ja donaszałem rzeczy po starszych braciach i - co tu dużo mówić - wyglądałem w nich jak śmieć.
I tak też byłem traktowany przez moich rówieśników w szkole. Jak śmieć. Dlatego stałem się introwertykiem. I nerdem. Żyłem we własnym świecie, a że zawsze byłem dobry z matmy, a także z innych przedmiotów, i niejednemu szkolnemu chuliganowi pisałem wypracowania i rozwiązywałem zadania, zostawiali mnie w spokoju, bo zwyczajnie byłem im potrzebny. Świadectwa miałem zawsze z paskiem, nie czyniąc przy tym jakiegoś większego wysiłku. Znaczną część materiału zapamiętywałem na lekcjach, a później wystarczyło mi coś doczytać i już, wiedza w głowie zostawała. Poza tym zwyczajnie lubiłem się uczyć. Bo cóż było innego do roboty? Kolegów nie miałem, bo kto by się tam zadawał z biedakiem? Dlatego piłki kopać się nie nauczyłem, bo niby z kim? Starsi bracia byli zajęci swoimi sprawami, a kiedy ja dorosłem do grania, oni już latali za dziewczynami. I tak to ze mną było...
Jednak od zawsze lubiłem majsterkować. Co tu dużo mówić, to ja dbałem o porządek w domu. Do dzisiaj nienawidzę bałaganu. Nie żebym był jakiś przesadnie porządnicki, ale kiedy zacząłem się przewracać o porozrzucane po mieszkaniu rzeczy braci i ojca, kiedy nie mogłem zasnąć, bo odór starych skarpetek przyprawiał mnie o mdłości, albo gdy nie byłem w stanie skorzystać z toalety, która mieściła się na półpiętrze i na szczęście była przypisana tylko do naszego mieszkania, bo smród z niej bijący przyprawiał mnie o odruch wymiotny, brałem się za sprzątanie. A później to naprawiłem złamaną nogę od krzesła, to posklejałem stół, który chwiał się na wszystkie strony, aż w końcu pewnego dnia spojrzawszy na nasze meble, z których każde było z innej parafii, za zaskórniaki, które uzbierałem ze sprzedaży butelek po piwie pozostawionych przez ojczulka, kupiłem farbę w kolorze oliwkowym i przemalowałem wszystkie graty. Wyszło tak ciekawie, że bracia, a nawet ojciec, nie mogli wyjść z podziwu. Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało na komplet eleganckich sprzętów. Wkrótce sąsiedzi, którzy dowiedzieli się o moich umiejętnościach od moich gadatliwych braciszków, zaczęli zlecać mi różne drobne naprawy - prace domowe dla przysłowiowej złotej rączki, płacąc mi za nie co łaska. Dla mnie były to kokosy, a dla nich i tak było to prawie za darmo, tak też obie strony miały korzyść. W naszej starej drewutni urządziłem sobie mały warsztat z narzędziami, które albo dostałem od sąsiadów, albo znalazłem na śmietnisku. Zrobiłem tam sąsiadce z drugiego piętra, pani Szkopkowej, półkę do kuchni, którą ozdobiłem ciekawymi rzeźbieniami. Dostałem wtedy od niej tyle kasy, że po raz pierwszy w życiu kupiłem sobie nowe dżinsy. Niestety, nie pochodziłem w nich zbyt długo, bo następnego lata tak wystrzeliłem ze wzrostem, że z długich portek zrobiły się rybaczki. Wówczas ta sama sąsiadka skróciła mi je na maszynie i zrobiła z nich krótkie spodnie, w których chodziłem przez następnych kilka lat. Do dzisiaj je pamiętam, chociaż pod koniec wręcz rozłaziły się w palcach.
Odżyłem dopiero na studiach. Za dobre osiągnięcia w nauce przez wszystkie lata otrzymywałem stypendium i wreszcie stałem się panem własnego losu. Poza tym dorabiałem sobie, kelnerując, i nie dość, że z tego była dodatkowa pensyjka, to i na napiwki nie mogłem narzekać. Co tu dużo mówić, byłem dość przystojny, miałem metr osiemdziesiąt jeden wzrostu (i chyba tyle mi zostało), schludnie się ubierałem, zawsze pachniałem może nie najdroższymi kosmetykami, ale kto by tam poznał? Lubiły mnie szczególnie starsze panie, które obsługiwałem w restauracjach. Zawsze byłem dla nich miły, szarmancki, uśmiechałem się do nich życzliwie. Nie żebym się im w jakiś sposób przymilał czy je podrywał, o nie! Po prostu lubiłem te kobiety, a one to wyczuwały i traktowały mnie raczej jak dobrego chłopaka z sąsiedztwa niż jako obiekt do poderwania. I to one zostawiały mi zazwyczaj największe napiwki.
Na studiach zaprzyjaźniłem się z Tymonem, na którego wszyscy mówiliśmy Tym. Anto i Tym, tak nas od razu nazwano. Skąd wiedzieli, że ja to Anto, nie mam pojęcia. Widocznie to imię nie imię przylgnęło do mnie już do końca moich dni. Myślicie, że Tym był takim samym nerdem jak ja? I tu się mylicie! Otóż przystojniak był z niego nie lada, a i z dobrej, bogatej rodziny pochodził. Jego rodzice byli właścicielami jednej z największych kancelarii adwokackich w Bytomiu. I brylował w studenckim towarzystwie jak nikt inny, a wśród dziewczyn szczególnie. Miał branie ten huncwot, ale co się dziwić. Był przystojny, sympatyczny, zawsze uśmiechnięty, dla każdego miał dobre słowo, a przy tym wszystkim był niegłupi. Tak, tak, tak mi się trafiło. A zaczęło się od tego, że Tym usiadł koło mnie w sali na jednym z pierwszych wykładów. I jak to miał w zwyczaju, natychmiast do mnie zagadał.
Myślałem, że na tym się nasza znajomość zakończy, ale już następnego dnia okazało się, że jesteśmy w jednej grupie. I przysiadł się do mnie na ćwiczeniach, a po zajęciach poszedł ze mną do studenckiej stołówki. I szybko wkręcił mnie w nowe towarzystwo. Nie mieszkał w akademiku, tylko w kawalerce kupionej przez rodziców specjalnie dla niego na okres studiów. Nie była duża, ot pokój z aneksem kuchennym i łazienką, ale urządzona przez profesjonalnego architekta miała wszystko, co młodemu facetowi do życia i szczęścia było potrzebne. No i wyglądała naprawdę dizajnersko. Szybko stałem się jej częstym gościem, bo długie godziny spędzaliśmy przy projektowaniu i programowaniu gier komputerowych.
Po studiach nasze drogi się rozeszły, Tym wyjechał do Stanów, ja zostałem na Śląsku. Nadal mam z nim kontakt, głównie na WhatsAppie, ale nie widzieliśmy się od tego czasu. Tym nie przyjechał ani razu do Polski, popadł w jakiś konflikt z rodzicami, a poza nimi nie miał tutaj żadnej bliskiej rodziny. Zapraszał mnie kilka razy do siebie, chciał mi nawet zafundować bilet lotniczy, ale jakoś nie było mi po drodze.
Kiedy zakończyłem naukę na uczelni, wcale nie czułem się z tego powodu szczęśliwy. Nie miałem planu na życie. I to przypadek sprawił, że trafiłem do dużej firmy komputerowej tworzącej oprogramowania dla konstruktorów w przemyśle budowlanym i nie tylko. Było to dla mnie nie lada wyzwanie, ale lubiłem się uczyć i temu także podołałem. A na boku zajmowałem się grami komputerowymi, ale bez Tyma to już nie było to samo. Raczej parałem się ich programowaniem niż projektowaniem. Bo musicie wiedzieć, jaka jest między nimi różnica. Otóż projektowanie gry to pomysł, tworzenie koncepcji, zasad, postaci i tym podobnych. To jakby pisać scenariusz filmu. A programowanie dla odmiany to sfera czysto informatyczna, czyli pisanie kodu, który fantazję zamienia na odpowiedni język programisty. W naszym teamie tym artystą był Tymon, ja byłem od tej mniej wyrafinowanej roboty.
A co z kobietami w moim życiu? No właśnie... Kobiety...
Kiedy jeszcze byłem w liceum, zakochałem się w takiej jednej Vanessie, ale wiecie, ona nie dość, że miała takie egzotyczne imię, to jeszcze chyba była najładniejszą dziewczyną z naszego rocznika, o ile nie w całej szkole. A ja...? Ja, jak już mówiłem, byłem nerdem. Nawet na mnie nie spojrzała. Na studniówkę poszedłem z córką sąsiadów, młodszą ode mnie o rok, która urodą wprawdzie nie grzeszyła, ale była jedyną dziewczyną, którą odważyłem się zaprosić. No i z pewnością jedyną, która zgodziłaby się ze mną pójść. Kumplowaliśmy się od dzieciństwa, razem bawiliśmy się w prowizorycznej piaskownicy urządzonej na podwórzu naszego familoka, tuż obok kurnika z zadziornym kogutem i całkowicie podporządkowanymi mu kurami. Można powiedzieć, że znaliśmy się jak łyse konie i jakoś daliśmy wspólnie radę na tej imprezie. Trochę się pokiwaliśmy w rytm muzyki, trochę napiliśmy ponczu, do którego oczywiście chłopacy dolali wódki, i w gruncie rzeczy nie było tak źle. Poza tym, jak już wcześniej nadmieniłem, Gośkę znałem niemalże od pieluch i nie musiałem przed nią nikogo udawać. I było fajnie...
Na studiach nie zakochałem się w żadnej dziewczynie, chociaż Tym co rusz umawiał mnie na jakieś randki. Nie żebym był prawiczkiem, ale chyba gdyby nie Tym, to bym nim z pewnością do dzisiaj został. On co rusz nasyłał na mnie jakieś rozochocone dziewoje, którym nie byłem w stanie się oprzeć. Zresztą absolutnie nie miałem ochoty się opierać. Bo trzeba wam wiedzieć, że nie wyglądałem już jak ten nerd z ogólniaka. I znowu, Tyma w tym zasługa.
Kiedy uskładałem trochę grosza z napiwków i zamierzałem kupić sobie jakieś nowe odzienie, on towarzyszył mi w zakupach, chociaż wcale go o to nie prosiłem. I zawsze mi dobrze doradził. Nie kupowałem już najtańszych łachów. Wydawanie pieniędzy na rzeczy droższe zdecydowanie się opłacało, dłużej mi służyły i zawsze wyglądały dobrze. Poza tym jeśli chodzi o modę, to były one, można powiedzieć, ponadczasowe. Wracając do tych niewiast, to dzięki mojemu nowemu image'owi na brak powodzenia nie mogłem narzekać. Nie zostałem nagle z dnia na dzień jakimś amantem, ale nerdem zdecydowanie być przestałem.
Najbardziej utkwiła mi w pamięci Zuza. Wprawdzie nie miała urody ani sylwetki modelki, ale miała w sobie to coś. Była nieco pulchna, niewysoka, z krótko obciętymi ciemnymi włosami oraz kilkoma piegami na nosie i policzkach, ale biło z niej dyskretne kobiece ciepełko, którego nigdy w życiu nie miałem okazji doświadczyć. No i ta pulchność dodawała jej swoistego uroku, takiego klasycznego niewieściego piękna. I co było dla mnie istotne, nie była jedną z tych narajonych przez Tyma. Poznałem ją zupełnie przypadkowo, w sklepie osiedlowym, w którym miałem zwyczaj robić zakupy. Początkowo nie zwracała na mnie uwagi, ale kiedy, oczywiście niechcący, zrzuciła puszki z półki, a ja pomogłem jej je pozbierać, kiedy nasze spojrzenia się spotkały, zalała mnie zaskakująca fala ciepła. Jednak nie miałem wtedy śmiałości do niej zagadać. Kilka dni później spotkaliśmy się na uczelni. Ona studiowała inżynierię biomedyczną i była tą dziedziną zafascynowana i pochłonięta. Ja do czasu poznania Zuzy nie miałem zielonego pojęcia, z czym ta inżynieria biomedyczna może się kojarzyć. To od niej dopiero dowiedziałem się, że to połączenie techniki, medycyny i biologii mające służyć człowiekowi w udoskonaleniu możliwości diagnozy, leczenia i rehabilitacji. Jak to wzniośle brzmiało!
To ona pierwsza do mnie zagadała na uczelnianym korytarzu.
- Cześć! - zawołała wesoło. - To ty mi pomogłeś w sklepie!
Ja przez moment zapomniałem języka w gębie, ale na szczęście przytomność dość szybko do mnie powróciła.
- Cześć. Tak, to ja. Też cię poznaję.
- Studiujesz tutaj?
Skinąłem głową.
- A co?
- Informatykę. A ty?
- Inżynierię biomedyczną - odparła.
Ja przez chwilę milczałem, przestępując w nieśmiałości z nogi na nogę.
- Skończyłeś już na dzisiaj? - Zuza podjęła dalszą rozmowę.
- Tak, to był mój ostatni wykład.
- To chodź na kawę. Ja zapraszam. Muszę ci podziękować za pomoc przy tej katastrofie w sklepie.
Poszliśmy do studenckiej kawiarni, która mieściła się dwie ulice dalej. I rozmawiało się nam, jakbyśmy się znali od wieków. Później spotkaliśmy się jeszcze kilka razy, ale Zuza niespodziewanie musiała wyjechać do Szczecina, skąd pochodziła, bo jej mama ciężko się rozchorowała. Potem przeniosła się na Zachodniopomorski Uniwersytet Technologiczny i nasz kontakt się urwał. Nie przespaliśmy się ze sobą. Ciekawe, co by z nami było, gdyby nie wyjechała...
Tymczasem skończyłem studia, zacząłem pracować w firmie, ale jak już wcześniej wspomniałem, szybko miałem jej dość. I nadszedł taki moment, że nie mogłem dłużej wytrzymać. Miałem trochę zaoszczędzonego grosza i wiedziałem, że jeślibym nie wyżył ze stolarki, to na jakiś czas mi wystarczy. Za niewielkie pieniądze wynająłem garaż w pobliżu miejsca, w którym mieszkałem, dałem ogłoszenia wszędzie, gdzie tylko się dało, i czekałem. Miałem swoje stare narzędzia, mogłem dokupić kilka dodatkowych, które okazałyby się mi niezbędne. Poza tym raz po raz brałem jakieś zlecone projekty, bawiłem się w programowanie, co przynosiło mi solidny grosz.
Zresztą tak też robię do dzisiaj, traktując stolarkę jako hobby (które bądź co bądź daje mi także zarobek), a potrzebną mamonę czerpię z wyuczonego fachu. Jednak z dala od korporacji! Na samą myśl o tym okresie mego życia, kiedy kręciłem się jak chomik w kołowrotku, dzień w dzień robiąc to samo, zupełnie jak w zaciętym filmie, dreszcze po mnie przechodzą i otrząsam się jak zmokły pies.
Tymczasem, aby nie marnować ani chwili po ogłoszeniu mojej stolarskiej oferty w mediach i nie tylko, przejechałem się po osiedlu, na którym miała się odbywać wywózka sprzętów wielkogabarytowych. I nie macie pojęcia, co ludzie wyrzucają na śmietnik! Z czystym sumieniem mogę wam powiedzieć, że gdyby człowiek chciał się urządzić od zera, nie mając grosza przy duszy, wystarczy kilka rund po śmietniskach. Albo wejście na OLX w zakładkę "Oddam za darmo". Czego tam na tych wystawkach nie ma... Mnie oczywiście interesowały głównie meble, ale nieraz widziałem powystawiane naczynia, całkiem ładne i w dobrym stanie, garnki, sztućce, nie mówiąc już o ciuchach, pościeli czy innych tekstyliach. Nawet znalazłem stary dywan, który przygarnąłem, żeby w tym garażu-warsztacie zimą nie marzły mi nogi na betonowej posadzce. Tak też wracając do tych gabarytów, po dwóch kursach przytaszczyłem do mojego stolarskiego pseudoatelier stary rozkładany stół z toczonymi nogami, pochodzący prawdopodobnie sprzed wojny, i równie przedwojenną komodę z rzeźbionymi drzwiczkami. Zupełnie nie przejmowałem się tym, że stół miał bardzo zniszczony blat i ułamaną jedną nogę, a komodę ktoś kiedyś pomalował farbą olejną na kolor - jak to mawiał Tym - zajebistego błękitu. Dla mnie, stolarza pasjonata, nie było mebla, którego nie przywróciłbym do życia, a ściślej mówiąc, do stanu świetności. Przecież kochałem wszystko, co drewniane, bo drewno uszlachetnia wnętrze i sprawia, że staje się ono bardziej naturalne i ciepłe.
Tak więc najpierw zabrałem się do odnowienia stołu. Oczyściłem go ze starego lakieru, który był zmatowiały, spękany i tu i ówdzie odpryskiwał. Zastosowałem preparat na korniki, bo widocznie stary mebel im posmakował i pozostawiły na nim swoje ślady. Potem zeszlifowałem blat, dorobiłem brakującą nogę, a na koniec zaolejowałem go olejem lnianym. I to jest czynność, którą lubię najbardziej podczas odnawiania starych drewnianych rupieci. Miękką bawełnianą szmatką wcieram delikatnie olej w odnowioną powierzchnię, zupełnie jakbym wykonywał masaż jakiejś żywej istocie.
Podobnie rzecz się miała ze starą komodą, ona jednak wymagała ode mnie poświęcenia większej ilości czasu, który upłynął mi głównie na usuwaniu z niej starej farby, najpierw przy użyciu środków chemicznych, później skrobaczki, a w końcu na uzupełnianiu rzeźbionych ubytków w drzwiczkach mebla. Tu jednak wykazałem się rzeźbiarskim talentem i efekt końcowy zadziwił mnie samego. Nie zwlekając, wystawiłem oba sprzęty na OLX i Allegro oraz dołączyłem ich zdjęcia do moich reklamowych ofert. Zlecenia posypały się jak groch z rozwiązanego worka. I do dzisiaj na ich brak narzekać nie mogę.
Znacie już moją historię i wiecie, jak doszło do tego, że zająłem się stolarką. Nadmienię jeszcze, że nadal mieszkam w wynajętym mieszkanku, wiodąc beztroskie życie singla. Nie mogę powiedzieć, że to mi tak do końca odpowiada - wszystko oprócz stolarki - ale jak się nie ma, co się lubi...
Pewnego przedpołudnia, gdy właśnie kończyłem przycinanie nowych listewek do odnawianej przeze mnie dziewiętnastowiecznej witryny, dotarł do mnie melodyjny dźwięk komórki. To cud, że go usłyszałem w tym całym hałasie, jaki czyniła moja piła tarczowa, ale chyba dzwonił dość uporczywie. Wreszcie kiedy wyłączyłem urządzenie, usłyszałem ostatni dźwięk telefonu, po czym zapadła cisza. Spojrzałem na ekran, nieznany numer. Natychmiast oddzwoniłem. Zawsze miałem w zwyczaju oddzwaniać, to przecież mógł być jakiś nowy klient, a z ich zleceń w końcu miałem za co żyć. Nie zarabiałem wprawdzie kokosów, ale starczało mi na w miarę godne życie, głodny ani bosy nie chodziłem. No i jak nerd zdecydowanie już nie wyglądałem. Zresztą trudno być nerdem w wieku trzydziestu paru lat. Poza tym będąc stolarzem, czułem się wolny, nie byłem niewolnikiem żadnej korporacji i nie miałem nad sobą żadnego szefa, bo sam nim sobie byłem. Sterem, żeglarzem i okrętem...
- Dzień dobry - natychmiast rozległ się po drugiej stronie męski głos. - Nazywam się Ryszard Stawecki, jestem notariuszem. Czy mam przyjemność z panem Antonim Dębskim?
- Tak, to ja.
- Kontaktuję się z panem w sprawie spadku, jaki pozostawiła panu pańska matka.
- Moja matka? - W moim głosie chyba nie można było nie wyczuć zdziwienia. - Ja nie mam matki.
- No tak, to prawda, teraz już pan nie ma. Pańska matka, Janina Legrand, po pierwszym mężu Dębska, z domu Krawczyk, zmarła przed miesiącem we Francji. Zostawiła panu spadek.
- Spadek? - Czułem się wręcz oszołomiony. - Jaki spadek?
- Nie mogę panu powiedzieć zbyt wiele przez telefon. Chciałbym zaprosić pana do mnie, do mojej kancelarii.
- Do pana kancelarii? - Nadal miałem uczucie nierealności. Przecież to wszystko nie mogło być prawdą. - We Francji?
Mężczyzna po drugiej stronie się roześmiał.
- Nie, nie do Francji. Mam kancelarię tu, w Katowicach.
- Aha... - udało mi się wyszeptać. Z emocji zaschło mi w gardle.
- Kiedy moglibyśmy się spotkać? - nalegał notariusz.
Cóż, jego czas z pewnością był bardzo cenny. Zdecydowanie cenniejszy niż mój, zwykłego stolarza.
- Ale ja nadal nie jestem pewny, czy dzwoni pan do właściwej osoby.
- Proszę mi wierzyć, jest pan w stu procentach właściwą osobą - odezwał się notariusz nieco rozbawionym głosem. - Czy nazywa się pan Antoni Dębski?
- Tak - przytaknąłem, bo przecież to akurat nie ulegało wątpliwości.
- Pańska matka nazywała się Janina Dębska, z domu Krawczyk?
- Zgadza się.
- A ojciec Marek Dębski? I ma pan dwóch starszych braci? Józefa i Ignacego?
No, tu już przestałem mieć wątpliwości. Józef i Ignacy. Ojciec, prosty górnik, kochał historię. Józef po Piłsudskim, a Ignacy po Mościckim. A ja? Nie wiadomo. Może po Świętym Antonim...?
- Tak, to chyba jednak ja.
- W takim razie kiedy może mnie pan odwiedzić?
- A kiedy pan proponuje?
- Czy w środę o czternastej będzie panu odpowiadało?
Środa była pojutrze. Odpowiadało. Zresztą ja zawsze miałem czas.
- W takim razie jesteśmy umówieni. Zaraz wyślę panu SMS-em mój adres. Gdyby coś się zmieniło, proszę mnie powiadomić.
- Oczywiście - odparłem nadal nieco skonsternowany, żeby nie powiedzieć skołowany.
- W takim razie do środy.
- Do zobaczenia.
Usiadłem na drewnianej skrzynce, która służyła mi w warsztacie do różnych celów, w tej chwili akurat stała się siedziskiem. Nie mogłem przestać myśleć o tej rozmowie.
Moja matka zostawiła mi spadek... Matka...
To przecież było absolutnie niedorzeczne. Skąd niby miałaby wiedzieć, że ja w ogóle jeszcze żyję? I gdzie mieszkam? Przecież od lat nie żyłem w naszym starym mieszkaniu. Po śmierci ojca, kiedy w końcu osiągnąłem pełnoletność, a bracia byli już w Niemczech, upomniało się o nie miasto. Ja byłem już dorosły, mieszkanie było komunalne, przyznane ojcu, kiedy został żywicielem trójki dzieciaków, a po jego śmierci należało do miasta. Oczywiście żaden z nas, braci, nie miał do tego lokum żadnego prawa. Zresztą mogłem o nie walczyć i pewnie jakoś by mi się udało, ale tak Bogiem a prawdą, to ja i tak bym w nim nie został. Dzielnica była podła, mieszkanie w fatalnym stanie, nadające się do generalnego remontu, ale główną przyczyną, dla której nie zamierzałem tam wracać, były wspomnienia. Niczego nie pragnąłem bardziej niż odciąć się od nich, nie mieć w pobliżu niczego, co by mi ten okres mojego życia przypominało. A tu teraz taka historia...
Nie szła mi robota tego dnia. Ani następnego. W mojej głowie non stop kłębiły się myśli. Nie chciałem tego spadku. Miałem go głęboko gdzieś, żeby nie użyć bardziej kolokwialnego słowa. Sam na siebie zarabiałem i jak na razie wystarczało mi na wszystko, czego do życia mi było potrzeba. To, co mnie bardziej intrygowało, to nadzieja, że czegoś się o tej mojej matce nie matce dowiem. A przecież przez tyle lat praktycznie wcale o niej nie myślałem. No, może raz, dwa razy w roku. Poza tym to prawie jej nie pamiętałem. Ot, jakieś urywki z pamięci, zupełnie jakby fragmenty pociętego filmu, ale kiedy sobie je przypominałem, absolutnie nie wzbudzały we mnie żadnych emocji. Żadnych! A tu proszę! Mamusia dała synusiowi spadek.
Nie wiedziałem, czy go w ogóle przyjmę, ale zamierzałem udać się na to spotkanie. Bo ciekawość mnie zżerała.
***
Gabinet rejenta mieścił się w starej przedwojennej kamienicy w centrum Katowic, widać całkiem niedawno generalnie odremontowanej. Po zaanonsowaniu się przez domofon wkroczyłem na przestronną klatkę schodową, której podłogę wyłożono odnowionymi kaflami ułożonymi w biało-czarną szachownicę. Ściany i sufity zdobiły eleganckie sztukaterie, a w oknie na półpiętrze natychmiast dostrzegłem kolorowy witraż, z którego padające do wnętrza światło rzucało różnobarwne cienie na białe ściany. Poczułem się nieco oszołomiony i przytłoczony tym doskonale eleganckim domostwem. Wszedłem na piętro i zadzwoniłem wiekowym dzwonkiem do równie starych, masywnych drzwi zwieńczonych równie bogatą sztukaterią jak ta na parterze. Jako miłośnika drewna i wszelkich z niego wyrobów, solidność i przedwojenny kunszt owych drzwi dla odmiany natychmiast przykuły moją uwagę, zanim drzwi otworzyła młoda kobieta ubrana w profesjonalny zestaw - szarą spódnicę, białą bluzkę i szary żakiet: nudny, służbowy dress code. Natychmiast przemknęło mi przez myśl, że ja też kiedyś tak się ubierałem. Oczywiście nie w spódnice, tylko w doskonale wyprasowane portki. Wzdrygnąłem się na samo wspomnienie, na co dziewczyna spojrzała na mnie z zaskoczeniem malującym się na twarzy, ale jak na profesjonalistkę przystało, nie dała nic po sobie poznać i zaprosiła mnie gestem do środka.
- Dzień dobry, nazywam się Antoni Dębski - przedstawiłem się. - Jestem umówiony na czternastą.
Dziewczyna skinęła głową.
- Pan rejent zaraz pana przyjmie. Ja poproszę od pana dowód osobisty, a pan sobie może usiąść w fotelu. - Wskazała mi mebel stojący pod oknem.
Posłusznie zająłem miejsce. Czekałem niecierpliwie, rozglądając się po pomieszczeniu. Czułem zaciekawienie, ale jednocześnie jakiś lęk, jakbym miał się za chwilę dowiedzieć o czymś, o czym wiedzieć nie chciałem. Po chwili otworzyły się sąsiednie drzwi i wyszła z nich jakaś para w średnim wieku, a za nimi ubrany w elegancki garnitur jegomość w wieku około pięćdziesiątki, o szpakowatych, krótko przyciętych włosach, z okularami w modnych oprawkach nieco zsuniętymi z nosa. Spojrzał sponad nich na mnie łagodnym wzrokiem. Był typem mężczyzny, którego wygląd natychmiast wzbudza w człowieku zaufanie, chociaż to czasem może się okazać zwodnicze. Notariusz pożegnał się z poprzednimi klientami, po czym zwrócił się do mnie.
- Zapraszam pana - powiedział, wskazując dłonią na drzwi do jego gabinetu.
Natychmiast poderwałem się z fotela, a kiedy znalazłem się w środku, mężczyzna wyciągnął do mnie dłoń na przywitanie.
- Witam pana, to ja do pana dzwoniłem. Ryszard Stawecki.
- Antoni Dębski - odpowiedziałem bez wahania, chociaż przecież obaj doskonale wiedzieliśmy, z kim mamy do czynienia.
- Proszę usiąść. - Wskazał ponownie dłonią, tym razem na miejsce przy sporych rozmiarów stole, na którego blacie leżały jakieś dokumenty w teczkach.
Zająłem krzesło naprzeciwko niego. Po chwili drzwi się otworzyły i do pokoju weszła ta sama asystentka, która wpuściła mnie do kancelarii. Położyła na stole jakieś nowe teczki z dokumentami, a zabrała te, które tam wcześniej leżały, i nie robiąc hałasu, niczym japońska gejsza wyszła z gabinetu. Czekałem na to, co ma mi do powiedzenia notariusz.
- Jak już panu wcześniej powiedziałem, pańska matka, Janina, powierzyła mi swój testament.
- Ale jak to się stało? I kiedy? Przecież sam pan powiedział, że mieszkała we Francji. A ja jej nie widziałem od dzieciństwa, nawet nie bardzo pamiętam, jak wyglądała.
- Pani Legrand zgłosiła się do mojej kancelarii pół roku temu. Przyjechała specjalnie tu, do Polski, aby pozałatwiać swoje sprawy.
Zamyśliłem się. Była tu przed kilkoma miesiącami i nie zechciała się ze mną spotkać, a teraz zostawiła mi spadek? To jakaś farsa...
- Czy możemy kontynuować? - zapytał mężczyzna.
Skinąłem głową.
- Pozwoli pan, że teraz odczytam testament?
- A czy mogę z tego spadku zrezygnować?
Nie byłem pewien, czy chcę go przyjąć. Czy powinienem go przyjąć. I dlaczego ja? A moi bracia...?
- I czy nie powinni tu być także moi bracia? - dodałem szybko. - W końcu oni też byli jej synami.
Notariusz pokręcił głową.
- Myślę, że wszystko się wyjaśni, kiedy odczytam panu testament.
- A czy po odczytaniu też będę mógł z niego zrezygnować?
- Oczywiście, może pan to zrobić w każdej chwili.
Znowu skinąłem głową.
- W takim razie zamieniam się w słuch.
Notariusz zaczął czytać.
- Dnia siódmego października dwa tysiące dwudziestego piątego roku przed Ryszardem Staweckim, notariuszem prowadzącym kancelarię notarialną w Katowicach przy ulicy Żmiejewskiego, w tejże kancelarii stawiła się Janina Legrand z domu Krawczyk...
Tu się na chwilę wyłączyłem. Kiedy notariusz odczytywał dane zamieszkania, numer i serię paszportu i coś tam jeszcze, myślami popłynąłem do mojej matki. Nie wiedzieć czemu nagle nawiedziło mnie wspomnienie, kiedy w skromnym fartuszku nakłada nam, trzem chłopakom siedzącym przy kuchennym stole, racuchy na talerze. Był to jeden z najbardziej lubianych przez nas posiłków, szczególnie kiedy do tego serwowała konfitury własnej roboty. Wtedy nie zdawałem sobie sprawy, że to był bida obiad.
- Janina Legrand oświadcza - kontynuował rejent - że do całego spadku powołuje swego syna, Antoniego Dębskiego, urodzonego...
Na Boga, dlaczego tylko ja...? - znowu pomyślałem. To mnie dręczyło coraz bardziej.
- Na spadek składa się nieruchomość położona we Francji w miejscowości Saint-Cyprien, przy ulicy Rue Paul Éluard pod numerem dziesięć. Tu mam wszelkie potrzebne dokumenty.
Wziął w dłoń jedną z teczek leżących na stole i uniósł ją, potrząsając nią lekko.
- Wszelkie formalności związane z francuskim prawem pozostają w gestii notariusza Marcela Dumont, którego kancelaria mieści się w Saint-Cyprien przy Rue Voltaire pod numerem jeden. Tam też zostają zdeponowane wszystkie potrzebne dokumenty dotyczące nieruchomości oraz dostęp do konta, na którym pozostaje zabezpieczona kwota pieniężna potrzebna do opłacenia podatku od spadku oraz pewna suma na najpilniejsze wydatki. Nieruchomość nie jest obciążona hipoteką ani żadnymi innymi zadłużeniami.
Wszystko sobie doskonale zaplanowała... - pomyślałem. - Jakąż kobietą była... Obcą... Dla mnie przede wszystkim obcą... Nie mam nawet żadnego jej zdjęcia. Ojciec wszystkie zniszczył...
- Ponadto - kontynuował rejent - w skład spadku wchodzi również kamper Fiat Ducato Burstner rocznik dwa tysiące dziesięć, zarejestrowany na francuskich numerach rejestracyjnych, a znajdujący się obecnie w depozycie w hangarze mieszczącym się w Katowicach przy ulicy Siemianowickiej sto dwa.
Notariusz spojrzał na mnie.
- Wszelkie dokumenty potrzebne do jego odbioru również posiadam.
Skinąłem głową, nadal oszołomiony.
- W przypadku nieprzyjęcia przez Antoniego Dębskiego owego spadku, lub w przypadku jego śmierci przed przyjęciem spadku, cały majątek przechodzi na rzecz sierocińca prowadzonego przez Zgromadzenie Sióstr Elżbietanek w Perpignan.
Mężczyzna złożył dokumenty.
- To by było w zasadzie wszystko, co najważniejsze. Cały testament otrzyma pan do wglądu, kiedy przyjmie pan spadek. I jest jeszcze coś... - Wyjął z teczki dość grubą kopertę. - Przed śmiercią matka napisała do pana list. Myślę, że on wiele wyjaśni.
Trzymał ten kawałek papieru na wyciągniętej w moją stronę dłoni, a ja poczułem się jak sparaliżowany. To było niczym głos mojej matki zza grobu. I czego tam się mogłem dowiedzieć? Prawdy? O czym? O jej odejściu? Może jeszcze czegoś gorszego? Czy tego chciałem? Czy było mi to potrzebne? Teraz, kiedy byłem już starym koniem, kiedy sam radziłem sobie w życiu? Przecież właściwie dawno o niej zapomniałem, nie istniała dla mnie. Miałem swoje sprawy, starałem się nie wracać do wspomnień z dzieciństwa, nie było w nim niczego dobrego...
- Bez względu na to, czy przyjmie pan spadek, czy nie, matka pańska prosiła, żeby otrzymał pan ten list. A co do przyjęcia spadku, nie musi się pan w tej chwili decydować, może po przeczytaniu tej wiadomości łatwiej będzie panu podjąć decyzję.
- Czy muszę go przeczytać teraz? - Zupełnie nie miałem na to ochoty. Nie chciałem przy tym obcym człowieku odbyć czegoś na kształt ostatniej rozmowy z moją rodzicielką.
Notariusz uśmiechnął się, łagodnie pokręcił głową.
- Nie, nie musi pan. Może go pan zabrać do domu, spokojnie przeczytać, zastanowić się nad podjęciem decyzji, a kiedy już pan coś postanowi, proszę się ze mną niezwłocznie skontaktować.
Wyszedłem z jego gabinetu nadal oszołomiony. Odnosiłem wrażenie, jakbym poruszał się w jakiejś mazi. W mojej kieszeni spoczywała zgięta wpół koperta, która zdawała się dziwnie mi ciążyć, nawet wydawało mi się chwilami, że wręcz zaczyna mnie palić żywym ogniem. Nie poszedłem do warsztatu, chociaż taki miałem pierwotnie zamiar. Wróciłem do mojego mieszkania, wyjąłem z kieszeni kopertę, położyłem ją na stole i krążyłem wokół niej niczym ćma wokół światła, nie mając odwagi po nią sięgnąć. Zaparzyłem sobie kawę. Miałem stary kolbowy ekspres dobrej marki, który dawno temu kupiłem za grosze na jakimś pchlim targu. Był zepsuty. Naprawiłem go, co wcale nie okazało się jakąś sprawą skomplikowaną, poza tym lubiłem takie zajęcia, byłem przecież złotą rączką i dla mnie nie było rzeczy niemożliwych. Wyczyściłem go porządnie i teraz parzył kawę jak żaden inny, nawet wszyscy moi znajomi zachwycali się jej smakiem, a służył mi przecież już od ładnych paru lat. Aromat kawy szybko rozszedł się po kuchni. Dolałem mleka i wreszcie usiadłem przy stole, trzymając w dłoniach ciepły kubek, zupełnie jakby miał mnie ochronić przed czymś przerażającym, co z pewnością znajdowało się w kopercie leżącej na blacie.
W końcu uznałem, że nie mogę dłużej zwlekać. Sięgnąłem po kopertę, rozerwałem ją szybkimi ruchami i wyjąłem ze środka zwitek kartek zapisanych równym, drobnym pismem. Przypomniałem je sobie, to pismo. Mama często zostawiała dla nas wiadomości napisane na małych, kolorowych karteluszkach, które przyczepiała magnesami do lodówki. A to "Józek, pozmywaj naczynia" albo "Ignaś, pozbieraj pranie ze sznurków" czy też "Ant, posprzątaj wasz pokój!".
Tak... Nie lubiliśmy tych karteczek, zawsze kojarzyły się nam z czymś do zrobienia, z jakimś obowiązkiem, który odciągałby nas od zabaw na podwórku, co stanowiło naszą główną rozrywkę. Oczywiście poza kibicowaniem Ruchowi Chorzów. To kibicowanie to właściwie była jedyna przyjemność, jaka łączyła nas z ojcem. On także był zagorzałym miłośnikiem tej drużyny i - jak się można domyślić - tą fascynacją zaraził i nas. Raz po raz nawet, kiedy akurat był przy kasie, zabierał nas na mecze, co dla mnie, kilkulatka, stanowiło nie lada przeżycie. Wtedy marzyłem o zostaniu piłkarzem, podobnie chyba zresztą jak i moi bracia, chociaż kopania piłki nikt mnie nie nauczył.
Tymczasem list nadal spoczywał w moich dłoniach, przyglądałem się kształtnym literkom, ale nie miałem odwagi zacząć czytać. W końcu się przemogłem.
Witaj, Drogi Synu.
Wiele lat minęło, odkąd widziałam Cię po raz ostatni, i wierz mi, od tego czasu tęskniłam za Tobą każdego dnia. W noc przed moim odejściem długo stałam nad Twoim łóżkiem, przyglądając się Twojej spokojnej twarzy, na której raz po raz pojawiał się delikatny uśmiech. Musiało Ci się śnić coś naprawdę przyjemnego, bo w ciągu innych nocy nieraz przybiegałam do Ciebie, kiedy wybudzał mnie ze snu Twój krzyk. Tak też tej ostatniej nocy przyglądałam się Tobie, ocierając łzy, nad którymi nie byłam w stanie zapanować.
Rano już mnie nie było.
Dlaczego Cię zostawiłam? Dlaczego Was zostawiłam? To nie była dla mnie łatwa decyzja. Teraz z perspektywy lat z całą pewnością mogę powiedzieć, że najtrudniejsza w moim życiu. Nie wiem, czy będziesz w stanie mnie zrozumieć, nie wiem, czy zdołasz mi wybaczyć, ale spróbuję uzasadnić Ci tę moją trudną decyzję i może choć trochę się usprawiedliwić.
Kiedy związałam się z Twoim ojcem, byłam w dramatycznej sytuacji. Nie wiem, czy Ty i Twoi bracia o tym wiecie, ale on już wtedy był wdowcem z dwójką dzieci. Tak... Twoi bracia nie są moimi biologicznymi synami. Kiedy do nich dołączyłam, Józek miał dwa latka, a Ignaś roczek. Ich matka zmarła po urodzeniu Ignasia, a ojciec zupełnie nie radził sobie z wychowaniem takich maluchów. Na gwałt szukał dla nich matki i obojętne mu było, jaką kobietę weźmie, byleby zdjęła z jego barków ten ciężar. I ja mu się wtedy trafiłam.
Byłam młoda, miałam zaledwie dziewiętnaście lat, kiedy poznałam go w sklepie, w którym wtedy pracowałam. Przyszedł po zakupy. Ignasia miał w wózku, Józia trzymał za rękę, a zniecierpliwiony malec przestępował z nogi na nogę, raz po raz ocierając wierzchem dłoni smarki spływające mu z nosa aż na brodę. Owszem, chłopcy wyglądali na dobrze odżywionych, ale stan ich higieny pozostawiał wiele do życzenia. Żal mi się ich zrobiło. Podeszłam do Józia, otarłam mu twarz chusteczką, którą najpierw musiałam zmoczyć w wodzie, bo na sucho tych wszystkich zaschniętych smarków nie dało się usunąć. To samo zrobiłam z Ignasiem, bo jego buzia nosiła ślady zastarzałych resztek różnych pokarmów. Tymczasem Twój ojciec przyglądał mi się z uwagą. Wtedy jeszcze nie rozumiałam, że natychmiast wyczuł we mnie potencjalną kandydatkę na matkę dla swoich chłopców.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej